Kryzys w energetyce wiatrowej. Przez niekorzystne zmiany w prawie 70 proc. instalacji notuje straty

Kryzys w energetyce wiatrowej. Przez niekorzystne zmiany w prawie 70 proc. instalacji notuje straty 1

Nowy system wsparcia dla biogazowni rolniczych uratował tę branżę przed falą upadłości. Za to z początkiem stycznia 2018 roku doszło do pierwszego od lat bankructwa farmy wiatrowej w Polsce. Sytuacja energetyki wiatrowej jest bardzo zła, głównie ze względu na drastyczny spadek cen zielonych certyfikatów i dodatkowy podatek, nałożony w ramach tzw. ustawy antywiatrakowej. Obecna sytuacja w OZE to przestroga dla prywatnych inwestorów, którzy przez ostatnie lata borykali się z niestabilnością polskiego prawa.

 Sytuacja branży OZE w Polsce nie jest dobra, choć oczywiście w różnych sektorach mamy inną sytuację. W tej chwili najlepiej miewa się sektor biogazu rolniczego, który został uratowany przed katastrofą dzięki wprowadzeniu dla niego osobnego systemu wsparcia, tzw. błękitnych certyfikatów. To spowodowało, że setka działających w Polsce biogazowni złapała oddech – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Podgajniak, wiceprezes Polskiej Izby Gospodarczej Energii Odnawialnej i Rozproszonej.

Obowiązek zakupu błękitnych certyfikatów – przyznawanych za zakup energii elektrycznej pochodzącej z biogazowni rolniczych – wprowadziła nowelizacja ustawy o OZE, która weszła w życie w lipcu 2016 roku. Nowy system wsparcia miał poprawić sytuację finansową biogazowni, z których wiele znalazło się na skraju bankructwa przez spadek cen zielonych certyfikatów.

Wiceprezes PIGEOR ocenia, że nowe świadectwa pochodzenia dla energii z biogazowni rolniczych odniosły skutek i uratowały branżę przed falą upadłości. Z drugiej strony w Polsce wciąż jest ich niewiele. Dla porównania, w Niemczech, porównywalnych pod względem wielkości areału rolniczego, działa ich około 8 tys.

Biogazownie – obok spalarni biomasy i energetyki wiatrowej – miały się przyczynić do osiągnięcia w Polsce wymaganego przez Komisję Europejska 20-proc. poziomu OZE do 2020 roku. Jednak sytuacja dwóch pozostałych branż jest nie najlepsza – z poważnym kryzysem mierzy się zwłaszcza energetyka wiatrowa.

– Są dwa czynniki, które spowodowały tę zapaść finansową: pierwszym jest spadek cen certyfikatów, które do tej pory stanowiły dodatkową dopłatę w stosunku do wpływów za energię sprzedawaną do systemu. Te certyfikaty z poziomu ponad 250–270 zł spadły aktualnie do 45 zł. To mniej niż wynosi dodatkowy podatek, który został nałożony na elektrownie wiatrowe w związku z ustawą odległościową. Dziś wynosi on przeciętnie 50–70 zł na 1 MWh w zależności od wietrzności terenu, a za certyfikat można dostać 45 zł, czyli państwo nie tyle wspiera, ile zabiera nawet to, co drugą ręką postanowiło przyznać – mówi Tomasz Podgajniak.

Obecną sytuację w energetyce wiatrowej wiceprezes PIGEOR ocenia jako katastrofalną, podkreślając że 70 proc. instalacji wiatrowych wykazuje straty.

Myślę, że i tak jest to rachunek zaniżony, bo w pozostałych 30 proc. mieści się grupa przedsiębiorców, która dostała spore dotacje inwestycyjne. Oni nie ponoszą kosztów kapitałowych. Jeszcze większa jest grupa tych, którzy sprowadzili do Polski tzw. demobil, czyli wiatraki demontowane w innych krajach. Oni ponoszą tylko koszty obsługi, bilansowania, a to daje się zapewne pokryć z przychodów uzyskiwanych za energię elektryczną – wyjaśnia Tomasz Podgajniak.

Na początku stycznia miała miejsce pierwsza od lat upadłość farmy wiatrowej, należącej do brytyjskiego funduszu inwestycyjnego Impax. Instalacja o mocy 6 MW, wybudowana w 2010 roku kosztem 37 mln zł, może zostać przejęta za ułamek wartości (2,8 mln zł) przez spółkę Polenergia.

Majątek może zostać przejęty za 10 proc. wartości inwestycji. To naprawdę żałosny pieniądz, a i tak kupujący zastrzegł, że może się wycofać z umowy, jeżeli nie uda mu się odzyskać koncesji na prowadzenie działalności. Takich sytuacji się spodziewaliśmy, protestując przeciwko zmianom wprowadzanym w przypisach – mówi Tomasz Podgajniak.

Wiceprezes PIGEOR ocenia, że nawet gdyby zmieniła się sytuacja na rynku certyfikatów, to przy obecnych przepisach na lądzie i tak nie powstaną nowe elektrownie wiatrowe. Ustawa antywiatrakowa, która obowiązuje od lipca 2016 roku, wprowadziła bardzo restrykcyjne warunki dotyczące lokalizowania takich instalacji.

To strzelanie sobie w stopę, ponieważ energetyka wiatrowa jest dzisiaj najtańsza, a za moment będzie drugą w kolejności – po fotowoltaice, która notuje tak szybkie spadki cen instalacji, że stanie się konkurencyjna dla każdej innej formy energii. Myślę, że to będzie rewolucja, przynajmniej jeżeli chodzi o sektor prosumencki – spotkamy się z zupełnie innymi warunkami dla funkcjonowania dużej energetyki konwencjonalnej. Ona straci za moment istotną pulę klientów, którzy po prostu „zagłosują nogami” i pójdą w zupełnie inną stronę – mówi Tomasz Podgajniak.

Wiceprezes PIGEOR zwraca też uwagę na to, że współspalanie – sektor bardzo dynamicznie rozwijający się do tej pory – praktycznie przestał produkować, bo przy obecnej cenie certyfikatów jest to zupełnie nieopłacalne. Działają jeszcze jednostki biomasowe, które dostały dotacje z funduszy unijnych lub krajowych z NFOŚ i muszą pracować, bo w przeciwnym razie musiałyby zwrócić wsparcie. Ale i one notują straty – chyba że są to elektrociepłownie komunalne, które zarabiają jeszcze na sprzedaży ciepła i pracują tylko w sezonie grzewczym.

Mamy do czynienia z próbą ręcznego ratowania czegoś, co jest nie do uratowania, czyli węgla. Ta próba skończy się katastrofą. Z punktu widzenia polskiej gospodarki również będziemy mieć sytuację katastrofalną. Za moment będziemy mieć najdroższą energię w regionie, a to znaczy, że konkurencyjność polskich przedsiębiorstw spadnie dramatycznie. Nie mamy już taniej siły roboczej, a do tego dojdzie jeszcze droga energia – prognozuje Tomasz Podgajniak.

Wiceprezes PIGEOR ocenia, że podkreśla też, że obecna sytuacja w sektorze OZE to bardzo zły sygnał i przestroga na przyszłość dla prywatnych inwestorów, którzy inwestowali i budowali w Polsce energetykę wiatrową od podstaw, a przez ostatnie lata borykali się z niestabilnością polskiego prawa.

 – Państwo zaprosiło polskich i zagranicznych inwestorów, żeby budowali potencjał wiatrowy praktycznie od zera. W 2005 roku było 80 MW zainstalowanej mocy, a w 2015 roku już ponad 4,5 tys. MW, więc w ciągu 10 lat moce zainstalowane zwiększono pięćdziesięciokrotnie. Teraz państwo mówi: „dobrze, zaryzykowaliście – to wasz problem, ale my wam to teraz zabierzemy, nakładając drakońskie podatki i obniżając dochody”. To jest katastrofa, której ja nie jestem w stanie zrozumieć – podkreśla Tomasz Podgajniak.

Polacy wydają ponad 40 mld zł na zdrowie z własnej kieszeni. Coraz więcej osób kupuje prywatne polisy zdrowotne

Polacy wydają ponad 40 mld zł na zdrowie z własnej kieszeni. Coraz więcej osób kupuje prywatne polisy zdrowotne 2

Niedofinansowana służba zdrowia, nisko oceniania przez pacjentów jakość organizacji opieki i wielomiesięczne kolejki do specjalistów – to powody, dla których rośnie popularność prywatnych ubezpieczeń medycznych. Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że po trzecim kwartale ubiegłego roku objętych nimi było niemal 2,2 mln Polaków. Taka polisa jest również jednym z najbardziej pożądanych przez pracowników benefitem pozapłacowym, co w połączeniu ze starzeniem się społeczeństwa, jednocyfrowym bezrobociem i wzrostem zapotrzebowania na świadczenia medyczne, napędza rozwój tego segmentu.

 Pomimo bardzo szerokiego koszyka publicznego, który obiecuje nam prawie wszystko, ponad połowa Polaków w ostatnim roku finansowała sobie z własnej kieszeni świadczenia opieki zdrowotnej. Widać więc, że chcemy i musimy wydawać prywatnie na zdrowie. Na ten cel wydajemy już ponad 40 mld zł, a niektóre zestawienia pokazują nawet 46 mld zł, to ogromna kwota – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota M. Fal, doradca zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Jak wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń, z prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych korzysta już 2,17 mln Polaków (dane za III kwartał 2017 r.). Liczba osób z polisą zdrowotną wzrosła bardzo dynamicznie po III kwartale ubiegłego roku – aż o 23 proc.

– Problemem polskiej opieki zdrowotnej są kolejki do świadczeń, których potrzebujemy na co dzień. Niewielu z nas od pewnego wieku nie skarży się na bóle kręgosłupa. Tymczasem, jak pokazują ostatnie statystyki, na tomografię dolnego odcinka kręgosłupa trzeba czekać blisko pół roku, na rezonans magnetyczny blisko 10 miesięcy, a na wizytę u ortopedy 9–10 miesięcy. W związku z tym nie dziwi fakt, że prawie 70 proc. osób, które wydawały pieniądze na prywatną opiekę zdrowotną, wydały je właśnie na szybszy dostęp do specjalistów bądź badań – mówi Dorota M. Fal.

Dla większości pacjentów prywatne ubezpieczenie zdrowotne jest właśnie sposobem na to, aby zapewnić sobie dostęp do profilaktyki i szybkich konsultacji lekarskich bez konieczności czekania w długich kolejkach.

Dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne gwarantują szybki dostęp do lekarza pierwszego kontaktu, większość zapewnia go w ciągu jednego, maksymalnie dwóch dni. To pozwala na szybką interwencję w przypadku  zwykłego przeziębienia lub grypy i skorzystanie z opieki lekarskiej w bardzo komfortowych warunkach. Gwarantowane najczęściej w polisach 5–7 dni oczekiwania na specjalistę, w porównaniu z czasem oczekiwania w publicznej opiece zdrowotnej, to ogromna różnica – podkreśla Dorota M. Fal.

Jak pokazują dane PIU, w III kwartale 2017 roku wysokość składki przypisanej w dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych wzrosła o 21 proc. (rok do roku) i sięgnęła blisko 0,5 mld zł.

Eksperci PIU oceniają, że starzenie się społeczeństwa będzie powodować wzrost zapotrzebowania na świadczenia medyczne, a tym samym – prywatne ubezpieczenia zdrowotne, zapewniające dostęp do lepszej i szybszej opieki.

Dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne stanowią również dużą wartość dla pracodawców. Po pierwsze – efektywna i dopasowana do potrzeb pracowników opieka medyczna pozwala obniżyć koszty związane ze zwolnieniami lekarskimi, a z drugiej strony – prywatne polisy to najbardziej cenione benefity pozapłacowe.

Ubezpieczenie zdrowotne jest jednym z najbardziej oczekiwanych i pożądanych benefitów pracowniczych prawdopodobnie dlatego, że oferuje szybki dostęp do specjalistów, do diagnostyki, do lekarza pierwszego kontaktu. Patrząc na kolejki w publicznej opiece zdrowotnej i na fakt, że budżet NFZ przewiduje w tym roku o 1,5 mln zł mniej wydatków na ambulatoryjną opiekę specjalistyczną, czyli na lekarzy specjalistów, możemy oczekiwać, że zapotrzebowanie na ten produkt będzie się tylko zwiększało – prognozuje Dorota M. Fal.

W Gdańsku powstaną nowe magazyny na ropę naftową. Coraz więcej tego surowca dociera do Polski drogą morską

W Gdańsku powstaną nowe magazyny na ropę naftową. Coraz więcej tego surowca dociera do Polski drogą morską 3

Dwa zbiorniki na ropę naftową o pojemności 100 tys. metrów sześciennych każdy – to najnowsza inwestycja PERN, dzięki której pojemność gdańskiej bazy magazynowej spółki wzrośnie o 20 proc. Rozbudowa jest konieczna, ponieważ do Polski coraz więcej tego surowca dociera drogą morską. Nowe zbiorniki wybuduje konsorcjum Mostostal Warszawa i Mostostal Płock. Kontrakt opiewa na blisko 143 mln zł. W planach do 2020 r. PERN ma jeszcze kilka innych, dużych inwestycji w segmencie ropy i paliw. 

– Potrzeba budowy zbiorników magazynowych ropy naftowej w Gdańsku wynikła z konieczności realizacji założeń rozwoju tej branży w Polsce, a przede wszystkim zapewnienia bezpieczeństwa dostaw surowców dla polskich rafinerii. Musimy zadbać o bezpieczeństwo, a także zaspokoić potrzeby naszych klientów w zakresie liczby i jakości dostaw ropy do Gdańska, czyli separacji ropy i rozdzielenia jej gatunków, które trafiają statkami do portu w Gdańsku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Zwierzyński, wiceprezes zarządu spółki PERN SA.

Baza magazynowa w Gdańsku liczy obecnie 18 zbiorników na ropę naftową, których łączna pojemność wynosi 900 tys. metrów sześciennych. Do 2020 roku pojemność sięgnie 1,1 mln metrów sześciennych – to efekt podpisanej umowy na rozbudowę bazy. PERN wyłonił w przetargu ofertę konsorcjum Mostostal Warszawa i Mostostal Płock, które wybuduje w Gdańsku dwa nowe zbiorniki na ropę naftową – każdy o pojemności 100 tys. metrów sześciennych – wraz z infrastrukturą towarzyszącą. Wartość kontraktu wyniesie blisko 143 mln zł.

– Termin realizacji to 25 miesięcy od momentu przekazania placu budowy, czyli zakończenie nastąpi na przełomie miesięcy jesiennych i zimowych 2020 roku – mówi Tadeusz Zwierzyński.

– 25 miesięcy to termin wystarczający do wykonania tego projektu. Wiemy to z własnego doświadczenia, do tej pory zrealizowaliśmy już cztery takie inwestycje. Ten termin pozwoli bezpiecznie wykonać zadanie, a zamawiający w miarę szybko otrzyma nowe pojemności magazynowe. Pozwolenie na budowę jest spodziewane pod koniec lutego i niezwłocznie po jego otrzymaniu oraz przekazaniu nam placu budowy chcemy rozpocząć prace. Cały etap przygotowawczy już rozpoczęliśmy – dodaje Maciej Barycki, prezes Mostostal Płock.

Wiceprezes PERN podkreśla, że rozbudowa tej infrastruktury to jeden z filarów strategii spółki przyjętej w 2016 roku. Poza tym inwestycja jest elementem budowania niezależności energetycznej kraju oraz pokrywa się z oczekiwaniami klientów, którzy dywersyfikują dostawy ropy naftowej, w tym zwłaszcza PKN Orlen, który chce separacji gatunków ropy dostarczanej tankowcami do gdańskiego Naftoportu.

– Inwestycja zwiększy pojemność bazy magazynowej w Gdańsku o ponad 20 proc. Ponadto do bazy w Gdańsku przynależy terminal naftowy, który już dziś liczy 375 tys. metrów sześciennych. W następnym przetargu rozstrzygniemy wybór wykonawcy na podwojenie tej pojemności do poziomu prawie 800 tys. metrów sześciennych – zapowiada Tadeusz Zwierzyński.

Gdański terminal przeznaczony na różne gatunki ropy naftowej, to jedyny taki obiekt w Polsce działający jako hub morski. W ramach strategicznych inwestycji do 2020 roku PERN zamierza rozbudować go o pięć nowych zbiorników o łącznej pojemności 63 tys. metrów sześciennych.

– W najbliższych latach planujemy bardzo duże inwestycje, zarówno w segmencie ropy, jak i paliw. W segmencie ropy to przede wszystkim rozbudowa zbiorników w bazie w Gdańsku oraz rozbudowa TNG. W segmencie paliw planujemy budowę nowych zbiorników w bazie w Nowej Wsi i Koluszkach. Ponadto planowany jest II etap tej rozbudowy, w którym ma powstać blisko 190 tys. metrów sześciennych nowych pojemności magazynowych w paliwach. Łącznie w ramach tych inwestycji w magazynowanie ropy i paliw – powstanie około 550 tys. metrów sześciennych zbiorników na ropę i ok. 310-320 tys. metrów sześciennych nowych zbiorników do magazynowania paliw – wylicza Mateusz Wodejko, wiceprezes zarządu PERN SA.

Pierwszy etap rozbudowy pojemności w obszarze paliw ma się zakończyć jeszcze w 2018 roku. Obejmie budowę nowych zbiorników o pojemności magazynowej 130 tys. m3 w bazach w Nowej Wsi i Koluszkach – czyli tam, gdzie popyt ze strony klientów jest największy. Potężny plan inwestycyjny spółki na najbliższe dwa lata zakłada też inwestycje liniowe: budowę drugiej nitki rurociągu Pomorskiego (Gdańsk–Płock) oraz  wybudowanie rurociągu paliwowego Boronów–Trzebinia.

– Te inwestycje będą oznaczały duże nakłady, ale zakładamy, że docelowo przysłużą się zwiększeniu bezpieczeństwa energetycznego Polski i umacnianiu pozycji firmy na rynku europejskim – mówi Mateusz Wodejko.

Na początku stycznia formalnie zakończył się proces połączenia spółki PERN z OLPP – dotychczas największym w Polsce podmiotem wyspecjalizowanym w magazynowaniu i przeładunku paliw płynnych. Połączenie z założenia ma wzmocnić grupę kapitałową, zwiększyć jej wartość i zapewnić mocniejszą pozycję na rynku.

– Połączona spółka będzie dysponowała jeszcze większym potencjałem finansowym, który ułatwi realizację inwestycji i umożliwi ich realizację w taki sposób, żeby efekt był jak najbardziej zoptymalizowany – mówi Mateusz Wodejko.

PERN SA to państwowa spółka, strategiczna z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego kraju. Zarządza siecią ponad 2,6 tys. km rurociągów i jest właścicielem 19 baz paliw o pojemności 1,8 mln metrów sześciennych, w których magazynowana jest benzyna i inne paliwa do bieżącej dystrybucji. Jest właścicielem rurociągu „Przyjaźń”, którym transportuje ropę naftową do krajowych rafinerii PKN Orlen i Grupy Lotos oraz dalej, do Niemiec. Należy do niej również większościowy pakiet udziałów w gdańskim Naftoporcie, jednym z największych naftowych terminali przeładunkowych na Bałtyku.

Grupa Mostostal Warszawa już wcześniej realizowała zamówienia dla PERN-u, to jeden z największych generalnych wykonawców w Polsce. Z kolei wyspecjalizowany w montażu zbiorników przemysłowych Mostostal Płock przeprowadził m.in. kompleksową realizację dwóch zbiorników na ropę surowcową w Adamowie – wówczas były to największe tego typu instalacje w Polsce. Spółka była też zaangażowana z budowę terminala naftowego w Gdańsku, a w portfolio całej grupy znajdują się znaczące inwestycje realizowane na zamówienie sektora naftowo-paliwowego.

Rośnie liczba urządzeń pomagających walczyć ze smogiem. Pojawiają się tkaniny filtracyjne czy „zielone” doniczki

Rośnie liczba urządzeń pomagających walczyć ze smogiem. Pojawiają się tkaniny filtracyjne czy „zielone” doniczki 4

Rośnie liczba innowacyjnych urządzeń, które pomagają walczyć ze smogiem. Oprócz standardowych masek i oczyszczaczy powietrza na rynku pojawiają się także inne produkty, takie jak doniczki, które intensyfikują oczyszczające działanie roślin, czy tkaniny filtracyjne. Zanieczyszczenia powietrza to coraz poważniejszy problem, zwłaszcza w Polsce. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia 7 na 10 najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie znajduje się właśnie w Polsce. Co roku smog powoduje śmierć nawet 40 tys. Polaków.

– Problem złej jakości powietrza i smogu jest bardzo lokalny. W Polsce widzimy, że on nasila się zimą w związku z niską emisją, czyli tym, jak są ogrzewane domy jednorodzinne, ale z drugiej strony są miejsca, gdzie jest on bardziej związany z komunikacją, np. w centrum Warszawy, więc problem smogu zależy od wielu rzeczy. To, co warto robić, to obserwować i śledzić jakość powietrza tam, gdzie jesteśmy. Są do tego aplikacje i urządzenia – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Agnieszka Liszka-Dobrowolska z portalu oddechtożycie.pl.

Za powstawanie smogu odpowiada przede wszystkim tak zwana niska emisja, czyli pyły i szkodliwe gazy pochodzące z transportu i domowych palenisk. Raport Najwyższej Izby Kontroli pt. „Ochrona powietrza przed zanieczyszczeniami” wskazuje, że niska emisja odpowiada za ok. 90 proc. zanieczyszczeń, a 7 proc. generuje komunikacja. W największych miastach transport odpowiada już za ponad 60 proc. zanieczyszczeń. Jakość powietrza należy śledzić na bieżąco, a swoją aktywność najlepiej dostosować właśnie względem zanieczyszczeń.

– Jeśli powietrze jest złej jakości, a musimy przejść dłuższy kawałek, powinniśmy korzystać z masek antysmogowych, odpowiednio certyfikowanych. Możemy też korzystać z oczyszczaczy powietrza w domu, ale są też inne urządzenia czy metody, które możemy wykorzystywać. W domu możemy poprawiać jakość powietrza, wykorzystując rośliny, np. ze wsparciem doniczek Airy, które intensyfikują właściwości roślin. Są też tkaniny filtracyjne Respilon, które można montować w oknach i ograniczać ilość pyłów dostających się do pomieszczenia przez nieszczelne okna – tłumaczy dr Agnieszka Liszka-Dobrowolska.

Airy zasysa powietrze od dołu, wentylując korzenie roślin i pozbywając się trujących związków oraz toksyn, i wyrzuca od góry czyste powietrze.

Włókniny filtracyjne, z których zbudowane są maski przeciwsmogowe, zapewniają skuteczną filtrację powietrza i stanowią ochronę przed cząstkami stałymi, które występują w wysokim stężeniu przy smogu. Barierą dla pyłów unoszących się w powietrzu są specjalne siatki. Część z nich – membrany Respilon – dzięki wykorzystaniu nanotechnologii oprócz kurzu, pozwalają zatrzymać bakterie, zarodniki grzybów, spaliny i cząstki smogowe. W domu przydatne mogą się też okazać oczyszczacze powietrza. Ich efektywność zależy przede wszystkim od filtra, a skuteczność może sięgać 99,7 proc. Wyłapywać dwutlenek węgla i wzbogacać powietrze w tlen pomagają rośliny, praktycznie wszystkie. Dzięki specjalnym doniczkom mogą jednak ośmiokrotnie wydajniej czyścić powietrze.

Na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń, które pomagają walczyć ze smogiem, oraz inicjatyw, które pomagają im zaistnieć na rynku.

– Mamy w swojej ofercie urządzenia podręczne, które można postawić w domu czy wziąć ze sobą do kieszeni, sprawdzić, jaka jest jakość powietrza. To także temat ochrony małych dzieci przed smogiem, najmniejszym dzieciom nie powinno się zakładać masek. Kiedy wiemy, że normy są przekroczone parokrotnie mamy propozycję kalifornijskiego start-upu, który przygotował oczyszczacz powietrza do wózka, który działa przez parę godzin, można nakierować strumień czystego powietrza do budki – mówi ekspertka portalu oddechtożycie.pl.

Według danych Światowej Organizacji Zdrowia 7 na 10 najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie znajduje się właśnie w Polsce. Leżą one głównie w województwie śląskim i małopolskim. Mocno zanieczyszczona jest jednak również Warszawa czy Kielce.

– To, co dziś można zrobić doraźnie, to zabezpieczyć siebie i swoją rodzinę w miarę możliwości, sprawdzać jakość powietrza, ale też zaangażować się, tzn. zapytać lokalne władze, co robią w sprawie jakości powietrza, zobaczyć, co robi lokalny alarm smogowy. Można włączyć się w działania, zwracać uwagę na to, czym palą nasi sąsiedzi. Jeśli wszyscy nie zaangażujemy się w kwestię poprawy jakości powietrza, to ten proces będzie trwał wiele lat i nie wiadomo, kiedy zobaczymy efekty – ocenia dr Agnieszka Liszka-Dobrowolska.

Co trzeci nastolatek padł ofiarą wyzwisk lub był ośmieszany w internecie. Budowanie kultury szacunki w sieci wymaga edukacji i systemowego wsparcia

Co trzeci nastolatek padł ofiarą wyzwisk lub był ośmieszany w internecie. Budowanie kultury szacunki w sieci wymaga edukacji i systemowego wsparcia 5

Już 60 proc. młodych ludzi było świadkami poniżania i ośmieszania w sieci. Bezpośredniego ataku doświadczył co trzeci nastolatek. Jednocześnie jednak tylko co piąty o takim doświadczeniu informuje dorosłych. Konieczne jest kształtowanie odpowiedzialnego korzystania z internetu, ale i właściwa edukacja ze strony rodziców i nauczycieli – podkreślają eksperci z okazji Dnia Bezpiecznego Internetu. Potrzebne jest też systemowe wsparcie, budowanie programów szkolenia i edukowania, wsparcie administracji i dostawców treści.

 Młodzi ludzie bardzo boją się hejtu. Hasło tegorocznych światowych obchodów Dnia Bezpiecznego Internetu – „Tworzymy kulturę szacunku w sieci” – nie jest przypadkowe. To temat, który jest obecny w głowach młodych ludzi, powstrzymuje ich przed internetową twórczością i nawiązywaniem relacji –podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Rywczyńska, koordynatorka Polskiego Centrum Programu Safer Internet w NASK.

Z badania „Nastolatki 3.0” przeprowadzonego przez NASK wynika, że środowisko internetu jest przez samą młodzież odbierane jako agresywne. Niemal 60 proc. młodych ludzi było świadkami poniżania i ośmieszania swoich znajomych w sieci. Co trzeci nastolatek sam padł ofiarą wyzwisk, a co piąty doświadczył ośmieszania w internecie. W dużej mierze wynika to z braku szacunku, a bez niego niemożliwe jest zbudowanie kultury zrozumienia i tolerancji.

 Wiadomo, że jeżeli na agresję odpowiemy agresją, to tylko ją potęgujemy, tworzymy spiralę. Jeśli jednak potrafimy być ponad agresję i potrafimy promować inne wartości, to agresja będzie dużo mniejsza. Wpłynie na to także kształtowanie już od bardzo młodych pokoleń kultury używania internetu, czyli jak zwracać się w sieci do siebie, jak używać internetu, żeby piętnować tych, którzy chcą z niego robić agresywne środowisko – wskazuje dr inż. Wojciech Kamieniecki, dyrektor NASK.

To brak poszanowania innych osób, ich prywatności czy odmiennych poglądów prowadzi do cyberprzemocy, hejtu czy ksenofobii. Działający w NASK Dyżurnet.pl, zespół przyjmujący zgłoszenia o niebezpiecznych treściach w sieci zagrażających najmłodszym użytkownikom, podaje, że w 2017 roku wśród blisko 14 tysięcy przyjętych zgłoszeń zidentyfikowano prawie 2,5 tys. incydentów związanych z rozpowszechnianiem materiałów przedstawiających seksualne wykorzystywanie dzieci i ponad 1,3 tys. z publikacją obrazów dzieci i nastolatków w seksualnym kontekście. Zespół podejmował też działania związane z rasizmem i cyberprzemocą. Łącznie do Interpolu i międzynarodowej sieci punktów kontaktowych Inhope Dyżurnet zgłosił ponad 2,7 tys. incydentów.

– Niezwykle ważny jest rodzic. To on buduje pierwsze postawy życiowe dziecka. My, dorośli, jesteśmy często przez młodych ludzi naśladowani, to, jakie mamy postawy w sieci, to, jak my zarządzamy naszą obecnością w sieci, ma kluczowe znaczenie dla młodych ludzi – tłumaczy Anna Rywczyńska.

Duża rola spoczywa także na nauczycielach, zwłaszcza że w mniejszych miejscowościach to szkoła jest miejscem, gdzie dziecko ma pierwszy kontakt z internetem.

– Ministerstwo Edukacji Narodowej chciałoby, żeby na każdej lekcji, nie tylko na informatyce, wykorzystywać nowoczesne zasoby, a to rodzi różne konsekwencje dotyczące bezpiecznego internetu. Stąd zmiany w Prawie oświatowym, które dotyczą bezpiecznego korzystania z technologii. Te kwestie znalazły się także w podstawie programowej do informatyki i podstawie programowej edukacji dla bezpieczeństwa. Podejmujemy takie działania, żeby każdy nauczyciel wiedział, jak postępować w przypadku negatywnych zjawisk, potrafił zabezpieczyć uczniów przed negatywnymi konsekwencjami korzystania z internetu – tłumaczy Maciej Kopeć, wiceminister edukacji.

Walka z mową nienawiści, falą hejtu, zwłaszcza w kontekście ochrony dzieci i młodzieży, powinna mieć jednak nie tylko wymiar edukacyjny, lecz także formę systemowego wsparcia.

– Budowanie szacunku w sieci powinno być wsparte, i jest wspierane, odpowiednimi strategiami na poziomie administracji państwowej. Warto wspomnieć dokument strategiczny „Krajowe ramy polityki cyberbezpieczeństwa na lata 2017–2022”, gdzie wiele miejsca poświęca się na projektowanie działań, które wspierają tworzenie całego ekosystemu, budowanie programów szkolenia, edukowania, przeprowadzania szkoleń – wskazuje Krzysztof Silicki, podsekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.

Takim systemowym wsparciem, programem, który może pomóc zbudować kulturę komunikacji w internecie, może być Ogólnopolska Sieć Edukacyjna. Zgodnie z rządową strategią w kolejnych latach wszystkie 30,5 tys. szkół ma się znaleźć w zasięgu szybkiego i bezpiecznego internetu. Dziś zaledwie kilka tysięcy ma dostęp do sieci o przepustowości co najmniej 100 Mbps, a co czwarty uczeń deklaruje, że nie korzysta z internetu nawet na lekcjach informatyki. Zgodnie z rządowymi planami w 2018 roku pierwsze 1,5 tys. szkół zostanie podłączonych do szerokopasmowego internetu w ramach OSE.

– Internet ma to do siebie, że skraca dystans, powoduje, że w jednej chwili można uzyskać to samo w każdym innym miejscu w Polsce i na świecie. Dlatego realizowany przez NASK program OSE, czyli szybki i bezpieczny internet dla szkół, umożliwi wszystkim dzieciom korzystanie z tego bogactwa, które daje internet, pomoże nauczycielom w podnoszeniu swoich kwalifikacji cyfrowych, co przełoży się na bardziej efektywne kształcenie uczniów. Program umożliwi też szersze wprowadzenie nowych technologii do dydaktyki, ponieważ OSE to nie tylko szybki dostęp do internetu, lecz także bezpieczny strumień transmisji ogromnych danych – tłumaczy dr inż. Wojciech Kamieniecki.

Od 2004 roku z inicjatywy Komisji Europejskiej w drugim tygodniu lutego organizowany jest Dzień Bezpiecznego Internetu, którego celem jest podjęcie dyskusji na temat bezpieczeństwa w sieci i promocja działań na rzecz pozytywnego wykorzystywania zasobów internetowych przez dzieci i młodzież. W tym roku hasłem akcji 6 lutego jest „Tworzymy kulturę szacunku w sieci”.

2018 rok będzie kolejnym rokiem hossy w mieszkaniówce. Na rynku zaczyna brakować gruntów pod nowe inwestycje deweloperskie

2018 rok będzie kolejnym rokiem hossy w mieszkaniówce. Na rynku zaczyna brakować gruntów pod nowe inwestycje deweloperskie 6

Na rynku mieszkaniowym hossa trwa trzeci rok z rzędu, a tylko w sześciu największych miastach Polski deweloperzy sprzedali w ubiegłym roku blisko 73 tys. lokali. Rekordowy popyt na mieszkania przekłada się na rekordowy popyt na grunty. Z szacunków JLL wynika, że w tym roku ponad 60 firm deweloperskich planuje zakupy gruntów o łącznej wartości od 10 do 50 mln zł. Tych zaczyna jednak brakować. Ceny gruntów nie powinny już szybować w górę, bo na wielu lokalnych rynkach nie ma miejsca na kolejne wzrosty.

– Wygląda na to, że w 2018 roku rynek gruntów inwestycyjnych ma dużą szansę kontynuować trend z ubiegłego roku, który upłynął pod znakiem boomu w sektorze mieszkaniowym. Ten rynek osiągał kolejne rekordy – zarówno pod względem liczby sprzedanych mieszkań (ponad 72 tys.), jak i terenów inwestycyjnych. W sumie wartość gruntów, które zmieniły właściciela, sięgnęła ok. 5,5 mld zł – mówi agencji Newseria Biznes Daniel Puchalski, dyrektor działu gruntów inwestycyjnych w JLL.

Z danych firmy doradczej JLL wynika, że zdecydowanym liderem był segment mieszkaniowy, w którym odnotowano rekordową liczbę oraz wartość umów kupna i sprzedaży. Na rynku miały też miejsce transakcje pakietowe – włącznie z nabywaniem całych budynków na etapie pozwolenia na budowę.

Mieszkaniówka jest w fazie boomu trzeci rok z rzędu. W ubiegłym roku podaż nie nadążała za popytem – dlatego w ciągu roku deweloperom zdarzało się podnosić ceny nawet kilkukrotnie, żeby nieco wyhamować sprzedaż i utrzymać lepszą płynność całego projektu. Największy wzrost cen ofertowych miał miejsce kolejno: w Trójmieście (15 proc.), Łodzi (8,5 proc.) i Warszawie (8,4 proc.).

Rekordowy popyt i kurcząca się oferta lokali poskutkowały zwiększonym zainteresowaniem gruntami ze strony deweloperów. To miało z kolei bezpośrednie przełożenie na ich ceny – w niektórych rejonach Warszawy wzrosły one nawet o 80 proc.

W dalszym ciągu liczymy na to, że – jeśli chodzi o grunty – rynek mieszkaniowy będzie się rozwijał równie mocno i szybko. Bardzo istotna jest podaż – podaż pieniądza jest bardzo wysoka, natomiast podaż gruntów umiarkowana. Do tego dochodzą wysokie koszty wykonawstwa, czyli dość duże problemy generalnych wykonawców z zatrudnianiem specjalistów i podwykonawców. Oczywiście, są też czynniki sprzyjające, zapewne istniejące banki ziemi będą mocno wykorzystywane w tym roku, aby jeszcze tę dobrą koniunkturę wykorzystać – prognozuje Daniel Puchalski.

Z szacunków JLL wynika, że w tym roku ponad 60 firm deweloperskich planuje zakupy gruntów o wartości od 10 do 50 mln zł, a 14 inwestorów jest gotowych nabyć tereny o wartości nawet 150–200 mln zł. Z kolei fundusze typu private equity są gotowe na wydanie około 300 mln euro na zakupy dużych pakietów mieszkaniowych pod wynajem w celach inwestycyjnych

– Policzyliśmy to z grubsza, rozmawiając w zeszłym roku z wieloma inwestorami. Przeprowadziliśmy badania na grupie ponad 120 inwestorów, z których wynika, że gdyby były dostępne na rynku grunty inwestycyjne pod zabudowę mieszkaniową, biurową i hotelową, to spokojnie moglibyśmy liczyć na wyniki rzędu 6–8 mld zł. Niemniej jednak wątpię, że taki wynik uda się uzyskać, ze względu na dosyć niską podaż gruntów. Ona spadła mocno w zeszłym roku ze względu na wiele zakupów, które obserwowaliśmy – mówi Daniel Puchalski.

W ubiegłym roku również inwestorzy hotelowi – zachęceni dobrą sytuacją na tym rynku – śmielej podejmowali decyzje o nowych projektach, co miało bezpośrednie przełożenie na zainteresowanie gruntami na sprzedaż i obiektami do adaptacji na cele hotelowe.

Zeszły rok był również bardzo ciekawy pod kątem nieruchomości hotelowych. To drugi boom po tym zarejestrowanym przed EURO 2012 – zauważa Daniel Puchalski.

Eksperci JLL prognozują, że liczba projektów ogłoszonych i rozpoczętych w 2017 roku oraz niesłabnące zainteresowanie inwestorów to dowód na to, że w kolejnych latach na rynku hotelowym można się spodziewać nawet kilkudziesięciu otwarć nowych obiektów rocznie, a na polskim rynku zadebiutują niedostępne dotąd marki znanych, międzynarodowych sieci (np. Motel One, Marriott Renaissance, Four Points by Sheraton czy MGallery by Sofitel).

Wygląda na to, że trendy na 2018 rok będą bardzo zbliżone do ubiegłorocznych. Mimo wielu niedogodności i różnego rodzaju ustaw, które są wprowadzane na rynek bądź już uchwalone, widzimy bardzo wysoką podaż pieniądza i w dalszym ciągu bardzo wysokie zainteresowanie na rynku gruntów: tak mieszkaniowych, jak i  hotelowych – mówi Daniel Puchalski. – Miasta regionalne – Wrocław, Kraków, Trójmiasto, Poznań czy Katowice – mają bardzo dobry czas i wygląda na to, że deweloperzy będą kontynuować w nich zakupy pod zabudowę biurową. Zapewne możemy się spodziewać kilku ciekawych transakcji w tym sektorze.

JLL prognozuje, że w przyszłym roku skala popytu na grunty pod zabudowę biurową i handlową utrzyma się na poziomie podobnym co w latach poprzednich. Liderem będzie jednak segment mieszkaniowy. Niezmienny apetyt na grunty, bardzo dobre wyniki sprzedaży mieszkań w IV kwartale 2017 roku i długie listy rezerwacyjne w świeżo rozpoczętych projektach pokazują, że w tym roku można się spodziewać dalszych dobrych wyników – zarówno jeśli chodzi o sprzedaż gruntów, jak i mieszkań.

W ostatnich kwartałach – z związku z rekordowym popytem – inwestorzy odczuwali rosnące ceny gruntów.

– W wielu miejscach ceny doszły do apogeum i raczej nie powinny już rosnąć, natomiast dla sektora jako całości jest jeszcze miejsce na wzrosty na niektórych rynkach lokalnych. Przy ostatnich negocjacjach i apetytach inwestorów widzimy, że te ceny jeszcze nieznacznie będą rosły też w dużych miastach regionalnych – zarówno pod budownictwo biurowe i mieszkaniowe. Jeśli chodzi o Warszawę, to w tych najdroższych lokalizacjach jak Wola – raczej wątpimy, żeby ceny osiągały jeszcze wyższe ceny niż w ubiegłym roku – mówi Daniel Puchalski.

Koniec elastyczności na rynku pracy

Projekt nowego Kodeksu Pracy zawiera tak sztywne zasady zawierania umów o pracę, że nie będą one w stanie zastąpić wielu nietypowych usług dziś wykonywanych na podstawie umów cywilnych. Tymczasem współczesny rynek pracy wymaga przede wszystkim elastyczności. To, co proponuje Komisja Kodyfikacyjna Prawa Pracy, to cofnięcie się do lat 70 tych, kiedy kodeks wszedł w życie.

Komisja Kodyfikacyjna Prawa Pracy zamierza zrezygnować z zatrudniania w ramach umów prawa cywilnego. Zgodnie z projektem praca nie na etacie ma być jedynie wyjątkiem. Prawo zawierania umów cywilnoprawnych zostanie przyznane wyłącznie samozatrudnionym, którzy będą musieli zarejestrować swoją działalność. Jednak nawet samozatrudniony może być uznany za pracownika, jeśli nie spełni określonych cech świadczących o sprzedaży usług. Pracodawcy otrzymają w zamian prawo stosowania trzech nowych rodzajów umów o pracę: umowy o pracę sezonową, dorywczą lub pracy nieetatowej.

– Wszystkie nowe umowy cechuje daleko idąca elastyczność, niestety zakres ich zastosowania będzie raczej niewielki, o czym świadczą już same ich nazwy – ocenia wiceprzewodnicząca Komisji prof. Monika Gładoch. Praca sezonowa ma być dopuszczalna wyłącznie w związku z okresowym zapotrzebowaniem na prace ściśle związane z warunkami atmosferycznymi, cyklami produkcji rolnej i ogrodniczej oraz w związku z okresowym zapotrzebowaniem lub brakiem zapotrzebowania na produkty, wynikającym z pór roku. Umowa na czas wykonywania pracy dorywczej będzie zawierana w celu wykonania prac nieregularnych lub wynikających z potrzeb obiektywnie krótkoterminowych na czas nie dłuższy niż 30 dni w ciągu roku kalendarzowego. Z kolei praca nieetatowa może być oferowana wyłącznie pracownikom do 26 roku życia i powyżej 60 roku życia oraz przedsiębiorcom i pracownikom zatrudnionych na pół etatu – w obu przypadkach maksymalnie do 18 godzin tygodniowo.

– Proponowane umowy nie mogą zastąpić szeregu nietypowych usług wykonywanych obecnie na podstawie umów cywilnych. Domniemanie stosunku pracy działa wbrew woli stron, co oznacza koniec elastyczności na rynku pracy – podsumowuje prof. Monika Gładoch.

Ataki DDoS zagrożeniem dla sektora finansowego

Ataki typu DDoS („odmowa usługi” ang. Distributed Denial of Service) stają się coraz częstszym zagrożeniem dla sektora finansowego. Dane pokazują, że ataki DDoS są najbardziej powszechnym rodzajem cyberataku stosowanego wobec firm świadczących usługi finansowe, stanowiąc 32% analizowanych przypadków naruszeń bezpieczeństwa. Według szacunków instytucje finansowe mogą stracić w ich wyniku nawet 100 000 dolarów na godzinę.[1]

Na czym polega atak DDoS?

Ataki DDoS biorą na cel część sieci, zalewając ją żądaniami, które przekraczają jej przepustowość. Tym samym powodują jej spowolnienie lub awarię. W znacznej mierze ataki DDoS są powiązane z  cyberprzestępcami wspieranymi przez państwa, które wykorzystują ataki do celów politycznych. Jednak wraz z postępującym uzależnianiem organizacji od transakcji internetowych cyberprzestępcy zaczęli kierować ataki DDoS w stronę firm, zarabiając na nich pieniądze.

Czynniki umożliwiające przeprowadzenie ataku DDoS

Specjaliści z firmy Fortinet wskazują na dwa podstawowe czynniki umożliwiające przeprowadzenie ataku typu DDoS:

  • Urządzenia IoT. Liczba urządzeń internetu rzeczy gwałtownie rośnie w sektorze finansowym i chociaż oferują one wiele udogodnień i korzyści dla konsumentów, są również w dużej mierze podatne na naruszenia bezpieczeństwa. Urządzenia IoT są infekowane przez złośliwe oprogramowanie i przekształcane w boty, a następnie połączone w sieć w celu utworzenia botnetu, który może obejmować setki tysięcy zainfekowanych urządzeń. Botnety z kolei są używane do przeprowadzania ataków typu DDoS.
  • Dostępność. Coraz łatwiej jest kupować w Darknecie złośliwe oprogramowanie jako usługę. Oznacza to, że osoby nawet bez umiejętności kodowania, mogą przeprowadzać wyrafinowane, skuteczne ataki z wykorzystaniem złożonych botnetów.

Konsekwencje DDoS

Niezależnie od tego, w jaki sposób są przeprowadzane, ataki DDoS powodują przestoje w działalności firmy. Według szacunków instytucje finansowe mogą stracić w ich wyniku nawet 100 000 dolarów na godzinę. Są one również wykorzystywane do wyłudzania pieniędzy od organizacji: cyberprzestępcy grożą firmom atakiem DDoS, chyba że otrzymają odpowiedni okup. Mogą być one także powszechnie stosowane do odwrócenia uwagi osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo IT. W tym czasie cyberprzestępcy instalują złośliwe oprogramowanie, które pomaga w kradzieży danych.

Zabezpieczanie przed atakami DDoS

W ostatnich latach instytucje finansowe doświadczają wzmożonej aktywności cyberprzestępców, którzy wykorzystują ataki typu DDoS. Jest to bardzo duży problem dla banków, dotykający kilku wymiarów ich działalności.

W wyniku ataków DDoS banki tracą nie tylko pieniądze, ale także zaufanie klientów. Ponieważ instytucje świadczące usługi finansowe prowadzą coraz więcej operacji online, stają się bardziej podatne na tego typu zagrożenia – mówi Wojciech Ciesielski, kierownik ds. klientów kluczowych sektora finansowego w firmie Fortinet.  – Ataki te są coraz  bardziej wyrafinowane i zagrażają też prywatności konsumentów. Sektor finansowy musi więc zapewniać środki bezpieczeństwa w celu ochrony przed DDoS w każdej warstwie sieci.

[1] https://www.bankinfosecurity.com/ddos-a-8497

Fundusz ERNE VENTURES przejął spółkę publiczną, aby uruchomić giełdę kryptowalut

ERNE VENTURES, fundusz kapitałowy notowany od dziesięciu lat na NewConnect, ogłosił przejęcie publicznej spółki Revitum S.A. w celu zmiany jej strategii i uruchomienia giełdy kryptowalut działającej zgodnie z wszelkimi wymaganiami prawnymi oraz posiadającej wszelkie stosowne licencje i zezwolenia.

ERNE VENTURES, który wprowadził na rynek publiczny 10 spółek, w ostatnich latach inwestował głównie w projekty growe. Wychodząc naprzeciw najnowszym trendom w finansowaniu startupów, fundusz szczególną uwagę zwraca obecnie na
projekty planujące wdrożenie rozwiązań opartych o blockchain, również w ramach ICO (Initial Coin Offering).

Z obserwacji rynku wynika, iż wadą wielu emisji cyfrowych walut jest brak pełnej informacji o twórcach projektów czy też niewystarczająca dokumentacja pozwalająca w pełni ocenić ryzyko inwestycyjne. Większość ICO jest też często jedynie pomysłami w bardzo wczesnej fazie rozwoju.

Z tego powodu fundusz skoncentruje się na tzw. 'reverse ICO’, czyli na projektach spółek posiadających już gotowy produkt lub usługę. Na chwilę obecną ERNE VENTURES ma już zbudowaną grupę partnerów z prawie wszystkich kontynentów, którzy na zasadzie doradztwa lub bardzo bliskiej współpracy są gotowi uczestniczyć w realizowanych projektach. Zebrane kompetencje obejmują opracowanie ekonomiki tokenów i zasadności użycia technologii blockchain, doradztwo prawne, konsultacje marketingowe i PR, realizację kampanii reklamowych wraz z tworzeniem społeczności wokół produktu, programy lojalnościowe, rozwiązania KYC/AML, obsługę klienta przy emisji ICO, przygotowanie materiałów informacyjnych obejmujących whitepaper, dotarcie do inwestorów, jak również obsługę samej emisji walut cyfrowych.

Intensywną realizację nowego kierunku inwestycyjnego ERNE VENTURES dowodzi nie tylko zapowiedziana zmiana działalności Revitum, ale i poszerzenie strategii innej notowanej spółki z grupy ERNE VENTURES, czyli Telehorse S.A. Zarząd Telehorse ogłosił bowiem w zeszłym tygodniu rozszerzenie zakresu działalności na rynku gier komputerowych poprzez uruchomienie społecznościowej platformy dystrybucyjnej o międzynarodowym zasięgu. Wykorzystując swój potencjał oraz posiadane kompetencje, Telehorse będzie finansować marketing oraz dystrybuować wybrane przez społeczność gry video i mobilne, bazując na technologii blockchain. Platforma będzie rozwijana w ramach spółki celowej, która planuje pozyskanie środków poprzez przeprowadzenie emisji ICO.

Niemiecki konsensus przechodzi bez echa

Wtorkowe doniesienia o osiągnięciu porozumienia pomiędzy CDU/CSU oraz SPD przeszły praktycznie bez echa. Decyzja o ponownym zawiązaniu „Wielkiej Koalicji” była jedynie kwestią czasu, na co wcześniej wskazywały wewnętrzne naciski ze strony członków obu partii. Plany daleko idących zmian w ramach niemieckiej polityki fiskalnej rzutują uzgodnieniem kandydatury Olafa Scholza, burmistrza Hamburga, na stanowisko nowego ministra finansów, który otrzymuje w spadku po wysoce konserwatywnym Wolfgangu Schäuble dość szerokie pole do popisu.

Dzisiejsza sesja to wyraźny powrót dolara do łask. W koszyku G10 wyższość amerykańskiej waluty najsilniej uznają jej skandynawskie odpowiedniki. Szczególną uwagę zwraca korona norweska (-1,1 proc.), która znalazła się pod presją odczuwalnej przeceny ropy naftowej i niezbyt satysfakcjonujących wskazań produkcji przemysłowej za grudzień. Najbliżej poziomów z wczorajszego zamknięcia znajduje się japoński jen (-0,1 proc.) usilnie stabilizujący kurs USD/JPY w okolicach 109,60. W środku stawki w dalszej mierze znajduje się euro (-0,8 proc.) mogące w trakcie najbliższych godzin ponownie wypchnąć notowania EUR/USD nad okrągły poziom 1,2300.

Serię wypowiedzi amerykańskich bankierów centralnych rozpoczął Bill Dudley, reprezentant Fed z Nowego Jorku, który w swoim dość nudnym wystąpieniu skoncentrował się na odstępstwach od szeroko rozumianej kultury bankowości oraz ostatnich uchybieniach etycznych Wells Fargo. Dość ciekawą serię pytań i odpowiedzi ma za sobą Charles Evans, szef Fed z Chicago, prognozujący spadek stopy bezrobocia do poziomu 3,5 proc. w perspektywie najbliższych dwóch lat. Dolar zlekceważył wysoce gołębią deklarację Evansa o tym, że był wysoce bliski sprzeciwu wobec grudniowej podwyżki stóp procentowych.

Zgodnie z oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej pozostawiła stopy procentowe na niezmienionych poziomach. Tym razem w komunikacie do decyzji pierwsze skrzypce próbowały grać wzmianki dotyczące wyraźnego odbicia inwestycji prywatnych w ostatnich trzech miesiącach minionego roku, co napawa optymizmem przed wskazaniami za najbliższe kwartały. W dalszej mierze Rada utożsamia utrzymywanie obecnie obowiązujących ram polityki pieniężnej z brakiem powstawania nierównowag w gospodarce. Ponownie zwrócono uwagę na wysoce przygaszoną inflację bazową, której towarzyszą oscylujące blisko celu roczne przyrosty indeksu CPI. W trakcie konferencji szczególną uwagę zwróciła wymijająca wypowiedź prezesa NBP Adama Glapińskiego na temat potencjalnych podwyżek stóp procentowych w 2019 roku. Malejące ryzyko zmiany instrumentów zauważa również inny członek Rady – Łukasz Hardt, zdaniem którego szansę lekkiego zacieśniania ograniczają obecnie obserwowane tendencje gospodarcze.

Środa przyniosła długo oczekiwane odbicie na europejskim rynku akcji. Wśród głównych indeksów o miano lidera do końca walczyły wiedeński ATX (2,9 proc.) oraz mediolański FTSE MIB (2,9 proc.), na czele którego znalazły się walory Fiata (6,8 proc.). We Frankfurcie liderem został Adidas (5,3 proc.) za sprawą napływu przychylnych not analitycznych. Nieco skromniejszy ruch w stronę północy odnotowało Deutsche Börse, notujące swoją 4,1 proc. zwyżkę na wyraźnie podbitym wolumenie obrotu. Skalę potencjalnych wzrostów indeksu DAX (1,6 proc.) częściowo ograniczył Deutsche Bank (-0,4 proc.) będący zakładnikiem publikacji wyników za miniony kwartał. Dość nisko znalazła się również Lufthansa (-0,3 proc.), której władze przewidują podtrzymanie dynamicznego tempa wzrostu w 2018 roku.

Nieco silniejszą skalę wzrostu notuje londyński FTSE 100 (1,9 proc.), na czele którego znalazł się rosnący najsilniej od blisko dwóch lat Scottish Mortgage Investment (6,6 proc.). Uwagę inwestorów usilnie próbował zwrócić GlaxoSmithKline (3,4 proc.) informujący o rewizji długookresowych prognoz wyników. Niezbyt optymistyczne nastroje na rynku surowców wyraźnie uderzyły w wycenę wydobywczych gigantów. Najsilniej „oberwały” walory Randgold Resources, które na przestrzeni dnia potaniały o 3,8 proc.

Przy Książęcej swoje pięć minut miał Lotos (4,5 proc.) pomimo wczorajszych informacji o nieplanowanym przestoju rafinerii w Gdańsku. Obniżenie rekomendacji przez Bank Ochrony Środowiska (1,8 proc.) do „trzymaj” nie wpłynęło istotnie na sentyment wobec LPP, które wróciło do poziomu 9 825 PLN za walor. Na dnie indeksu WIG 20 (1,2 proc.) znalazło się Asseco (-2,7 proc.) taniejące od początku miesiąca aż 5,9 proc. Solidnie ciążącym komponentem okazało się być KGHM (-1,6 proc.), któremu wtórowało wymazujące wczorajsze zyski Orange Polska (-1,5 proc.).

Środa na rynku surowców stoi pod znakiem wyraźnego odpływu kapitału. Beneficjentem solidnego przetasowania sentymentu stają się marcowe kontrakty na pszenicę, które wypracowując zwyżkę rzędu 3,3 proc. zyskały miano lidera płodów rolnych. O niezbyt pozytywnych nastrojach mówi się na rynku surowców energetycznych, gdzie pod presją niezbyt przychylnego raportu Departamentu Energii USA znalazła się ropa naftowa. Obecnie West Texas Intermediate schodzi w okolicę poziomu 61,70 USD, notując tym samym ruch rzędu 2,7 proc. Wśród metali szlachetnych najsilniejszą przecenę ponownie ma za sobą pallad (-2,5 proc.), który okrywa cieniem dzisiejsze ruchy w wykonaniu srebra (-1,4 proc.) oraz złota (-0,6 proc.). Na koniec dnia żółty kruszec jest wyceniany po 1 315 USD za uncję.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers