Zawód opiekuna medycznego powinien wkroczyć na szeroką skalę do polskich szpitali

Od maja trwają prace nad strategią dla polskiego pielęgniarstwa. Ważnym jej obszarem, który wymaga regulacji, są zawody pomocnicze.

–  Po długotrwałych dyskusjach zespół uznał, że pomocniczym zawodem, który powinien wkroczyć na szeroką skalę do szpitali jest opiekun medyczny  powiedziała serwisowi eNewsroom Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych – Jest on usankcjonowany i ma określony system kształcenia. W przypadku braków kadrowych wśród pielęgniarek byłoby to znaczne odciążenie dla środowiska. Proste, niewymagające wysokich kwalifikacji zabiegi przy pacjencie mógłby wykonywać właśnie opiekun medyczny. Ustalono, że jest to ok. 30 proc. czynności pielęgniarsko – położniczych. Opiekun medyczny miałby wtedy ponad 30 zadań i obszarów, w których mógłby pracować, pozostając oczywiście pod nadzorem i kierownictwem pielęgniarek oraz położnych – ocenia Małas.

Zmiany trwałe czy chwilowe?

Wczoraj wykres kursu eurodolara zaliczył maksima w okolicach 1,2530. Było to wywołane tym, że rynek nie przejął się zapewnieniami Mario Draghiego o tym, że operacja QE może i powinna jeszcze trwać, że dopuszcza się jej powiększenie lub przedłużenie, a wzrost kursu euro budzi niepokój i niepewność.

Rynek to zignorował, bo i sam Draghi przyznał np., że sytuacja gospodarcza Eurolandu się poprawia. Wiadomo też, że istnieje pewien nacisk na szefa EBC ze strony innych decydentów Banku, którzy od dłuższego czasu mówią o tym, iż byłoby dobrze nie wydłużać QE poza wrzesień 2018.

Zresztą, jak zawsze na forexie, w tej reakcji było trochę spekulacji i szaleństwa. Wymownym tego świadectwem jest to, że późnym wieczorem zaczęto sprzedawać euro w dość intensywny sposób. Kto był pierwszy, ten był lepszy. Kurs spadł nawet do 1,2365 – acz po połnocy odbił i teraz znów mamy 1,2485.

Wciąż dyskusyjna pozostaje sprawa długoterminowej linii spadkowej, prowadzonej po szczytach z lat 2008, 2011 i 2014 – linia ta właśnie jest testowana. Być może zostanie potwierdzona, aczkolwiek nie musi się to rozstrzygnąć dziś. Główne pytanie jest takie: czy obserwowany ruch powrotny to jedynie ostatni akt ugrania czegoś na strategii „podbijmy euro i zacznijmy sprzedawać w odpowiednim momencie” – czy też zapowiedź kontynuacji aprecjacji.

Wpływ na sytuację mogą mieć dzisiejsze dane makro z USA: dynamika PKB za IV kw. 2017 oraz dynamika zamówień w dwóch sektorach gospodarki (na dobra trwałe i na dobra liczone bez środków transportu). Cały ten pakiet poznamy o 14:30. Inną kwestią jest to, że tak naprawdę przy obecnym rozchwianiu reakcje mogą być paradoksalne i mało intuicyjne.

Poznamy dziś także PKB Wielkiej Brytanii – o 10:30. Para funt-euro lokuje się teraz na 1,1420. Spójrzmy na rzecz długoterminowo: minima z minionego roku to ok. 1,0770, a jeszcze w 2015 wykres był przy 1,44 – w szczytach. Ostatnich kilka miesięcy to konsolidacja przy 1,11 – 1,15.

Na złotym
Dolar-złoty pozycjonuje się na 3,32 lub nieco niżej. Wczoraj wieczorem osiągnięto jeszcze niższe poziomy, ale potem przyszedł powrót do 3,3470. Po północy, odbijając ruch eurodolara, wykres znów poszedł na południe, złoty się wzmocnił.

Na tej parze ważą się losy linii wzrostowej wszczętej w roku 2011. Jeśli linia ta pęknie, to spokojnie możemy pójść do 3 zł w tym roku, do wsparcia wykreowanego w roku 2014. Wciąż jednak jest realna możliwość odbicia i odwrócenia trendu, szczególnie że PLN zarabiał niemal bez poważniejszych korekt przez ostatnich 13 – 14 miesięcy.

EUR/PLN pozycjonuje się przy 4,14, zaś na funcie mamy 4,7275. Warto może przypomnieć, że PLN umacnia się do funta od końca roku 2015 – gdy mieliśmy ok. 6,08 w szczytach. Naturalnie to zrozumiałe w kontekście np. Brexitu, ale i tu w takim razie przydałaby się odmiana sytuacji. Wsparciem jest teraz rewir 4,58 – 4,60.

Tomasz Witczak, FMC Management

Ślepota Europejskiego Banku Centralnego

W czwartek interesujące było przede wszystkim posiedzenie ECB, a szczególnie konferencja prasowa Mario Draghiego, jego prezesa. Oczywiście nic w polityce monetarnej strefy euro się nie zmieniło. Siła euro mogła, a nawet powinna spowodować, zdecydowanie „gołębią” wymowę komunikatu i/lub konferencji.

Komunikat jednak był praktycznie taki sam jak po poprzednim posiedzeniu. Podczas konferencji rasowej szef ECB też nie przekazał niczego, co mogłoby wystraszyć spekulantów i odwrócić kierunek kursu EUR/USD. Powiedział jedynie, że zmienność kursu euro jest źródłem niepewności. Dodał też, że bank nie ma zamiaru mówić o pożądanej wartości kursu i nie będzie prowadził konkurencyjnej dewaluacji waluty.

Ten brak nawet słownej interwencji na rynku, a nawet wręcz zaprowadź braku działań zmierzających do osłabienia euro, otworzył pole dalszemu umocnieniu europejskiej waluty. Trudno zrozumieć takie działanie ECB. Brak próby przeciwdziałania umocnieniu euro szkodzi przecież gospodarce strefy euro. Mocne euro jest substytutem podwyżki stóp.

Wygląda to wszystko tak jakby członkowie ECB oślepli i ogłuchli zanurzeni w swoim uwielbieniu dla wolnego rynku walutowego. Mało tego, Draghi w dość zawoalowany sposób skrytykował Stevena Mnuchina, sekretarza skarbu USA, za jego pochwałę słabości dolara. Stwierdził, że „nie jest zgodna z ustalonymi regułami”. Zamiast założyć rękawice po prostu zapiszczał.

W amerykańskiej części sesji dolarowi pomógł prezydent Trump twierdząc, że słowa sekretarza skarbu były wyjęte z kontekstu, a dolar będzie „silniejszy i silniejszy”. Stało to w dużej sprzeczności z tym, co niedawno sam głosił, ale przynajmniej powrócił do stałej retoryki administracji prezydentów USA.

Jak zwykle w czwartek, w USA opublikowany został tygodniowy raport z rynku pracy. Dowiedzieliśmy się, że złożono 233 tys. nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych (oczekiwano 239 tys.). Średnia 4. tygodniowa dla tych danych spadła.

Dostaliśmy też dane o sprzedaży nowych domów w grudniu oraz publikację indeksu wskaźników wyprzedzających (LEI). Sprzedaż nowych domów spadła o 10,7% (oczekiwano spadku o 7,5%. Indeks wskaźników wyprzedzających (LEI) w grudniu wzrósł o 0,6% (oczekiwano 0,5%).

Dla Wall Street, w odróżnieniu od giełd Eurolandu, słaby dolar był tym, co inwestorzy bardzo lubili. Raport kwartalny 3M określanego podobnie jak GE mianem „gospodarki amerykańskiej w pigułce” doprowadził do znacznego wzrostu cen tych akcji. Indeksy trzymały się tuż nad poziomem neutralnym. Uwagi prezydenta Trumpa schłodziły nastroje, ale byki nadal trzymały rynek w garści. Indeksy S&P 500 i NASDAQ zmieniły się kosmetycznie, ale DJIA zyskał 0,54% i oczywiście ustanowił nowy rekord.

Piotr Kuczyński, Główny Analityk Dom Inwestycyjny Xelion

Przygotuj się na przyszłe dane makroekonomiczne

W przyszłym tygodniu dane makroekonomiczne zostaną zdominowane przez publikację z dwóch gospodarek: Strefy Euro oraz Stanów Zjednoczonych. W poniedziałek zostaną opublikowane amerykańskie dochody oraz wydatki osobiste. We wtorek poznamy japońską stopę bezrobocia, australijską oraz europejską koniunkturę w przemyślę. Oprócz tego zostanie opublikowany wzrost gospodarczy w Strefie Euro oraz niemiecka inflacja. Środa zostanie zdominowana przez rynek pracy. O 11 poznamy europejską stopę bezrobocia, natomiast o 14:15 amerykański przedsmak piątkowych danych makroekonomicznych – ADP.

Oprócz tego zostanie opublikowany koszt pieniądza w Stanach Zjednoczonych. W przedostatni dzień sesji zostanie opublikowany chiński oraz amerykański PMI. Z kolei jak w co każdy pierwszy piątek nowego miesiąca należy przygotować się na podwyższoną zmienność spowodowaną przez publikację danych z amerykańskiego rynku pracy.

Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Stany Zjednoczone – publikacja stóp procentowych oraz rynek pracy

Przyszły tydzień będzie ważny dla ekonomistów, którzy analizują stan gospodarki amerykańskiej. Po pierwsze dowiemy jak szybko rosną dochody oraz wydatki osobiste. Pamiętajmy, że gospodarka amerykańska oparta jest na konsumpcji, natomiast ostatnie podwyżki stóp procentowych utrudniają jej zwiększeniu. Mniejszy wzrost konsumpcji od zakładanego wpłynie negatywnie na wzrost gospodarczy, zatem jest to bardzo ważna zmienna.

Kolejną ważną informacją będą stopy procentowe, konsensus rynkowy nie spodziewa się żadnej zmiany w koszcie pieniądza.

stopy procentowa usa

Źródło: Bloomberg

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych 31 stycznia wynosi jedynie 3.3 procenta. Z kolei w marcu prawdopodobieństwo kosztu pieniądza wyceniane jest na 88.6%.

To nie wszystko, jak zawsze w pierwszy piątek miesiąca o godzinie 14:30 poznamy dane z amerykańskiego rynku pracy. prócz samych miejsc pracy poznamy stopę bezrobocia oraz czynnik, który na przełomie ostatnich kilku miesięcy jest najważniejszy – płaca godzinowa.

Stopa bezrobocia spada sukcesywnie od 2009 roku. Aktualnie znalazła się na poziomie 4.1 procenta, co sugeruje bezrobocie naturalne. Jest to wielkość bezrobocia w warunkach równowagi na rynku pracy. Jest to odsetek siły roboczej obejmujący tych, którzy nie chcą podjąć pracy przy płacy realnej zapewniającej równowagę i są dobrowolnie bezrobotni. W takich warunkach powinniśmy zobaczyć rosnącą inflacje oraz presję na wzrost płacy, jeżeli płaca pozostaje na takim samym miejscu, to mamy do czynienia z niezdrowym rynkiem pracy oraz zaniżoną stopą bezrobocia.

Biorąc pod uwagę powyższe informacje na rynku możemy wyróżnić kilka scenariuszy zachowania dolara amerykańskiego po opublikowaniu danych makroekonomicznych.

notowania eurusd reakcja dane

Źródło: Opracowanie własne

Oczywiście powyższy scenariusz nie musi się sprawdzić, ponieważ w trakcie publikacji na rynek walutowy mogą wpływać inne czynniki.

Instrument do obserwacji

Notowania złota dotarły do bardzo ważnej strefy podaży, która została utworzona przez szczyt z 2016 roku. Ostatnia próba przebicia oporu została zakończona mocną wyprzedażą, czy tym razem będzie tak samo? Przebicie wspomnianej strefy otworzy drogę dla kupujących w okolicę 1400 USD za uncję. Z kolei niepowodzenie byków oraz kontra byków może zepchnąć notowania kruszcu w okolicę 1300 USD.

Notowania złota, interwał tygodniowy

Przygotuj się na przyszłe dane makroekonomiczne 1Źródło: Admiral Markets

Dział Analiz Admiral Markets

Warszawa i Gdańsk z rekordowymi transakcjami na rynku nieruchomości. Tu sprzedały się najdroższe działki i mieszkania

Warszawa i Gdańsk z rekordowymi transakcjami na rynku nieruchomości. Tu sprzedały się najdroższe działki i mieszkania 2

123 mln zł – na taką kwotę opiewała rekordowa ubiegłoroczna transakcja na rynku gruntów. Nowy właściciel musiał tyle zapłacić w sumie za działkę budowlaną na warszawskim Żoliborzu. Druga byłą transakcja na warszawskiej Pradze Południe – 62,7 mln zł, a tuż za nią uplasował się zakup w Gdańsku – za prawie 52 mln zł. Natomiast najwięcej za 1 mkw. zapłacił inwestor w Krakowie (9,3 tys. zł). Warszawa i Gdańsk zanotowały rekordy także w sprzedaży najdroższych mieszkań.

W ubiegłym roku zanotowaliśmy rekordy cenowe na rynku gruntów. Grunty pod zabudowę mieszkaniową wielorodzinną często były droższe od gruntów pod zabudowę komercyjną. Najdroższy grunt został zakupiony w Warszawie – wartość tej transakcji wyniosła 123 mln zł. Za 1 mkw. nowy właściciel zapłacił 4,1 tys. zł. Druga transakcja również miała miejsce w Warszawie, na Pradze Południe. Wartość gruntu wynosiła 63 mln zł, przy czym cena jednostkowa była już nieco wyższa, prawie 5 tys. zł za 1 mkw. – mówi agencji Newseria Barbara Bugaj, analityk rynku nieruchomości UrbanOne.

W Gdańsku największa transakcja opiewała na 52 mln zł, przy czym 1 mkw. kosztował tam 1,1 tys. zł. To niewiele w porównaniu do Krakowa, który zajął miejsce lidera pod względem najdroższego 1 mkw. gruntu. Za działkę w samym centrum miasta inwestor zapłacił 9,3 tys. zł za 1 mkw., a w sumie 6 mln zł.

Na drugim końcu zestawienia rekordów są działki rolne. W województwie warmińsko-mazowieckim najtańszy grunt (6 ha) kosztował 10 tys. zł, w Opolskiem za 18 ha rekordzista zapłacił 34 tys. zł (czyli niecałe 20 groszy za 1 mkw.)

– Jeżeli chodzi o rekordy na rynku lokali mieszkalnych prym wiodą wieżowce. Najdroższe dwie transakcje miały miejsce w Warszawie w inwestycji Cosmopolitan. Ich wartość wyniosła po prawie 6 mln zł. Dotyczyły one dwóch ponad 160-metrowych apartamentów. Za 1 mkw. nowi właściciele musieli zapłacić około 35 tys. zł – mówi Barbara Bugaj.

Na drugim miejscu najdroższych apartamentowców uplasowała się lokalizacja w Gdańsku. Za apartament w Jelitkowie o powierzchni 265 mkw., położony blisko plaży, inwestor zapłacił 5,6 mln zł. W pobliskiej Gdyni najdroższe apartamenty kosztują 3–4 mln zł.

Oczekiwane były także dane o transakcjach z kolejnego wieżowca w Warszawie, czyli ze Złotej 44. Jedna z tych transakcji również weszła w nasze zestawienie rekordów. Dotyczyła ona apartamentu, za który nowy właściciel zapłacił prawie 4 mln zł – mówi analityk Urban.one.

Do zestawienia weszły także lokale w rezydencji Foksal (rynek wtórny) i w Vilii Monaco na Mokotowie. Najtańsze transakcje miały miejsce w Nowej Soli – tu za 50 tys. zł kupiono ponad 40-metrowy lokal, ale w niskim standardzie, oraz w Piekarach Śląskich, gdzie za 38 mkw. inwestor zapłacił 49,7 tys. zł, czyli 1,3 tys. zł za 1 mkw. Jak wynika z danych Urban.one, dokładając nieznaczną kwotę do wartości 1 mkw. apartamentu w Cosmpolitan przy ulicy Twardej, można było kupić całe mieszkanie w Nowej Soli.

Nowe przepisy hazardowe zmniejszyły o połowę szarą strefę. Jej dalsze ograniczenie przyniosłaby budżetowi kolejne 600 mln zł

Nowe przepisy hazardowe zmniejszyły o połowę szarą strefę. Jej dalsze ograniczenie przyniosłaby budżetowi kolejne 600 mln zł 3

Ostatnia nowelizacja ustawy hazardowej spowodowała zmniejszenie szarej strefy i przejęcie dużej części rynku przez legalnie działających bukmacherów. Ustawa hazardowa, której zapisy weszły w życie w kwietniu i lipcu 2017 roku, przyniosła niemal dwukrotny wzrost obrotów bukmacherów legalnie działających w Polsce, do 3,3 mld zł w ubiegłym roku wobec 1,7 mld zł w 2016 roku. Budżet państwa również zyskuje, 12-proc. stawka podatku od zakładów przyniosła mu 396 mln zł.

Nowelizacja ustawy hazardowej uderzyła w szarą strefę. W ciągu niespełna roku jej udział w rynku spadł z 90 proc. do 60 proc. Z szacunków stowarzyszenia „Graj Legalnie” wynika, że całkowita likwidacja działalności nielegalnych bukmacherów przyniosłaby budżetowi dodatkowe 594 mln zł.

– Przepisy, które weszły w życie w 2017 roku, rzeczywiście dosyć istotnie zmieniły obraz na polskim rynku bukmacherskim. Część nielegalnych podmiotów zdecydowało się opuścić nasz rynek, część firm niestety nadal oferuje swoje usługi wbrew polskiemu ustawodawstwu, aczkolwiek odnotowaliśmy dosyć istotny spadek szarej strefy – do białej strefy przeszło około 40 proc. rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Borkowski ze stowarzyszenia „Graj Legalnie”.

Borkowski zauważa, że niewiele zmieniło się na rynku firm legalnie działających, bowiem żadna z tych nielegalnie działających nie zdecydowała się zalegalizować swojej działalności w Polsce. Na rynku pojawił się tylko jeden dodatkowy gracz, ale jego wejście nie jest związane bezpośrednio z ustawą, a prowadzoną polityką ekspansji tego podmiotu. W listopadzie na polski rynek wszedł bukmacher z Rumunii, który chce w Polsce pozyskać około 100 tys. aktywnych graczy.

Eksperci stowarzyszenia „Graj Legalnie” przewidują, że 2018 rok może przynieść dwa scenariusze rozwoju rynku bukmacherskiego w Polsce, a mianowicie konserwatywny – niezakładający dalszych zmian, oraz optymistyczny – wymagający większej determinacji w egzekwowaniu przepisów prawa.

 Scenariusz konserwatywny zakłada, że ustawodawca nie zmieni już nic w zakresie zakładów bukmacherskich i prawa, które ich dotyczy. Przewidujemy, że wówczas rynek będzie się rozwijał w mniej dynamiczny sposób, niż gdyby ustawodawca zdecydował się na doprecyzowanie niektórych przepisów oraz na bardziej skrupulatne prowadzenie rejestru nielegalnych witryn, które oferują swoją ofertę wbrew polskiemu prawu – podkreśla Borkowski.

W jego ocenie podjęcie dalszych działań wymierzonych w nielegalnie działające podmioty mogłoby spowodować, że docelowo tylko ok. 10–15 proc. rynku pozostawałoby w szarej strefie.

Od lipca 2017 roku obowiązują przepisy dotyczące blokowania dostępu do domen hazardowych zarejestrowanych poza Polską i nielegalnych bukmacherów online. Dostawcy internetu – pod karą grzywny do 250 tys. zł – mają obowiązek blokowania takich stron w sieci (w oparciu o rejestr nielegalnych serwisów hazardowych  Ministerstwa Finansów), a operatorzy płatności – blokowania możliwości dokonywania transakcji na rzecz takich domen.

 W modelu optymistycznym przewidujemy, że wzrost rynku może sięgać nawet około 70–80 proc., ale wymagałoby to od ustawodawcy większej determinacji w wywiązywaniu się z przepisów prawa, które zostały wprowadzone w zeszłym roku. Oznaczałoby to, że blokowanie nielegalnych witryn bukmacherskich musiałoby być dużo bardziej efektywne, niż jest to w tym momencie – mówi Łukasz Borkowski.

Inną bolączką branży jest jedna z najwyższych w Europie stawka podatku. Obecnie wynosi ona 12 proc. i jest naliczana od obrotu. Dla porównania w Austrii ten podatek to 2 proc., w Irlandii – 1 proc., na Słowacji – 5,5 proc., a w Niemczech – 5 proc. Polska stawka nie zachęca zagranicznych graczy do wchodzenia na polski rynek.

 Stowarzyszenie „Graj Legalnie” od dawna apeluje o zmianę formy opodatkowania albo racjonalizację stawek podatkowych. Polski rząd powinien dość konsekwentnie podążać za rozwiązaniami europejskimi i zdecydować się na racjonalizację stawek podatkowych lub zmianę formy opodatkowania – potwierdza Borkowski.

W kontekście zakładów bukmacherskich stowarzyszenie „Graj Legalnie” zwraca uwagę na zmianę preferencji Polaków, którzy coraz częściej traktują zakłady jako dodatkową formę rozrywki w trakcie śledzenia różnego typu wydarzeń sportowych czy politycznych.

– W związku z tym bukmacherzy decydują się na coraz szerszą ofertę, wprowadzają kursy zarówno na wydarzenia społeczne, polityczne, kulturalne, jak i sportowe. Jest to ten czynnik, który powoduje, że śledzenie tych wydarzeń jest jeszcze ciekawsze – mówi Borkowski.

Większość rodziców szuka w internecie pomysłów na spędzenie wolnego czasu z dzieckiem. Od grudnia w sieci pojawiło się 3 tys. publikacji na ten temat

Większość rodziców szuka w internecie pomysłów na spędzenie wolnego czasu z dzieckiem. Od grudnia w sieci pojawiło się 3 tys. publikacji na ten temat 4

Ponad połowa rodziców nie wie, jak bawić się z dziećmi. Te zaś potrzebują ciągłych bodźców i aktywności. Pomocny w szukaniu zabaw może być internet. W wyszukiwarce fraza „weekend z dzieckiem” ma ok. 1,1 mln podpowiedzi – publikacji informacyjnych i poradnikowych o weekendowych aktywnościach, np. warsztatach, kreatywnych zajęciach dla dzieci czy zabawach na świeżym powietrzu – wynika z danych Instytutu Monitorowania Mediów.

– Od grudnia zmonitorowaliśmy ponad 3 tys. materiałów na temat aktywności weekendowych dla dzieci. Przede wszystkim są to treści informacyjne i poradnikowe na portalach i blogach. Najczęściej w tym kontekście mówi się o warsztatach oraz kreatywnych zajęciach dla dzieci, a także o aktywnościach na świeżym powietrzu, takich jak spacery, wypady do parku czy dłuższe wycieczki – mówi agencji Newseria Biznes Magdalena Pawłowska z Instytutu Monitorowania Mediów.

Większość informacji dotyczy największych miast: Warszawy, Krakowa czy Poznania. Na portalach społecznościowych także rodzice z małych miejscowości mogą znaleźć pomysły na spędzanie czasu z dziećmi. Na takie porady można trafić m.in. na Facebooku, zwłaszcza w grupach typu „spotted”, które mają pomóc w nawiązywaniu kontaktów.

 Na Instagramie również znajdziemy sporo rekomendacji, sprawdzonych pomysłów, np. namiary na kawiarnie i restauracje przyjazne dzieciom i rodzicom – zauważa Magdalena Pawłowska.

Media społecznościowe i internet są nieograniczonym źródłem inspiracji i pomysłów na spędzanie wolnego czasu z dzieckiem. To o tyle istotne, że ponad połowa rodziców (według Millward Brown) przyznaje, że nie wie, jak bawić się z dzieckiem. Te potrzebują bodźców, nowych pomysłów i aktywności, a rodzicom często trudno za tym nadążyć.

– Największą barierą przed zabawą z dziećmi jest wymyślenie, w co się bawić, żeby było to jakościowe i wartościowe. To może wydawać się dziwne, zwłaszcza jeśli popatrzymy na liczbę wyników podpowiedzi weekendowych aktywności w Google – na frazę „weekend z dziećmi” wyskakuje ponad milion wyszukiwań. To pokazuje, że rodzice dość łatwo mogą znaleźć pomysły na takie aktywności w internecie – ocenia Łukasz Majewski z Duckie Deck.

Z raportu „Dzieci zanurzone w technologii” opracowanego przez Zymetria i Mediafarm wynika jednak, że choć pomysły na inspirujące spędzenie czasu z dzieckiem można znaleźć w sieci, to w praktyce rzadko z nich korzystamy. Średnio w weekendy najmłodsi spędzają 123 minuty na oglądaniu telewizji i 104 minuty na gry online.

– Weekend to czas, kiedy przy odpowiednim planowaniu aktywności można budować relacje między rodzicem a dzieckiem. W Duckie Deck zachęcamy rodziców, by z dużym wyprzedzeniem, przynajmniej kilkudniowym, planowali aktywności weekendowe, żeby nie było to wyszukiwanie gorączkowe w sobotni poranek. Badanie IMM pokazuje, że warsztaty to rzecz, która najczęściej jest wybierana przez rodziców z dość dużej i szerokiej oferty wszystkich pomysłów – mówi Łukasz Majewski.

Nowe technologie mogą mieć wiele zastosowań w rolnictwie. Pomagają w zarządzaniu hodowlą, kontrolą jakości czy nawadnianiem pól i upraw

Nowe technologie mogą mieć wiele zastosowań w rolnictwie. Pomagają w zarządzaniu hodowlą, kontrolą jakości czy nawadnianiem pól i upraw 5

W polskim rolnictwie jest bardzo duży potencjał zastosowania technologii z obszaru internetu rzeczy. Inteligentne czujniki mogą zarządzać procesem uprawy i hodowli, optymalizować pracę ludzi zatrudnionych na farmie czy pomóc w nawadnianiu pól. Rewolucja technologiczna w tym sektorze to konieczność, bo jak prognozuje ONZ, do połowy stulecia rolnictwo będzie musiało znacząco zwiększyć wydajność i wyżywić już 9 mld ludzi. 

W Polsce ogromną przestrzenią, w której może zaistnieć internet rzeczy, jest rolnictwo, bardzo przez nas niedoceniane. Mamy ogromną wiedzę, jeżeli chodzi o zwierzęta, zmiany klimatyczne, możliwość kontrolowania zasiewów, badanie, w jaki sposób należy przeprowadzić nawozy, jak wypasać krowy i co powinny jeść, śledzenie hodowli od inseminacji po rzeźnię. To będzie dla nas ważne, żeby kontrolować, jakiego rodzaju mięso mamy w sprzedaży – mówi agencji informacyjnej Newseria Katarzyna Pąk, dyrektor Działu Komunikacji i Marketingu w Ericsson Polska.

Internet rzeczy może pomóc rolnikom unowocześnić i zwiększyć produkcję o 70 proc. do 2050 roku – oceniła firma badawcza Beecham Research („Towards Smart Farming Report”). Specjalne systemy IoT mogą znaleźć zastosowanie w monitorowaniu i zarządzaniu plonami czy hodowlą zwierząt, na bieżąco dostarczając danych np. o ich stanie zdrowia, albo optymalizować nawadnianie pól i pracę ludzi zatrudnionych na farmach.

Inwestycje w technologie podnoszące wydajność rolnictwa to konieczność, bo – według prognoz demograficznych ONZ – do połowy stulecia ten sektor będzie musiał wyżywić już prawie dziewięć miliardów ludzi. Z drugiej strony rośnie liczebność klasy średniej i coraz wyraźniejszy jest akcent na ekologię i zdrowe żywienie. Konsumenci chcą kupować produkty i żywność dobrej jakości, wolne od chemii. Specjalne czujniki i systemy IoT mogą pomóc rolnikom i hodowcom nadzorować cały proces kontroli jakości.

W Polsce działalność prowadzi ok. 1,4 mln gospodarstw rolnych, więc potencjał zastosowania takich rozwiązań jest bardzo duży. Jednak Katarzyna Pąk prognozuje, że nadchodzący rok będzie należał do rozwiązań internetu rzeczy w przemyśle.

– Tym, co najczęściej przychodzi na myśl, jest logistyka, rozwiązania transportowe lub produkcyjne – mówi Katarzyna Pąk.

Z corocznego raportu „10 trendów konsumenckich na rok 2018”, opracowywanego przez Ericsson ConsumerLab w oparciu o badanie przeprowadzone wśród 30 mln ludzi, wynika, że nadchodzące miesiące upłyną również pod znakiem rozwoju technologii VR i AR. Ponad połowa użytkowników rzeczywistości wirtualnej i rozszerzonej uważa, że reklamy będą niedługo nie do odróżnienia od rzeczywistych produktów. Konsumenci oczekują też możliwości używania języka ciała, ekspresji, intonacji i dotyku w interakcji z urządzeniami technicznymi.

Oczekujemy, że technologie cyfrowe będą nam służyły, będziemy ich beneficjentami w każdym momencie, ale jednocześnie nie będą nas ubezwłasnowolniać. Istotne jest, abyśmy mieli wpływ. Obawiamy się, że cyfrowa rzeczywistość zabije naszą wolę, zatem chcemy mieć możliwość reagowania i wywoływania właściwego zachowania urządzeń, z których korzystamy. Dlatego znikną przyciski i wyłączniki, a będziemy korzystać z urządzeń za pomocą twarzy, intonacji czy ruchu. Urządzenie będzie rozpoznawało, kto z niego korzysta, i to my swoim zachowaniem będziemy je uruchamiać – mówi przedstawicielka Ericsson Polska.

Unijne rozporządzenie zagwarantuje większą kontrolę nad danymi osobowymi. Świadomość zagrożeń wciąż zbyt mała

Unijne rozporządzenie zagwarantuje większą kontrolę nad danymi osobowymi. Świadomość zagrożeń wciąż zbyt mała 6

W maju 2018 roku zarówno firmy i instytucje, jak i konsumentów czeka rewolucja w ochronie danych osobowych. Klienci będą lepiej poinformowani o tym, co dzieje się z informacjami na ich temat: w jaki sposób i do czego są wykorzystywane oraz komu udostępniane. Będę też mogli zażądać usunięcia z bazy danej firmy swoich danych. Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych podkreśla, że mimo RODO nic nie zastąpi zdrowego rozsądku i świadomości zagrożeń, jakie wiążą się z utratą takich informacji. Ta wciąż jest jednak niewystarczająca.

Za chwilę będziemy w nowej rzeczywistości. Zmiany będą rewolucyjne dla tych, którzy dopiero dowiadują się o ochronie danych osobowych. Będą też znaczące dla administratorów i podmiotów, które już stosują przepisy dotyczące ochrony danych osobowych. Z pewnością będą wyzwaniem dla całej organizacji, ale myślę, że spowodują uporządkowanie, jasność i przejrzystość procesów przetwarzania danych osobowych – mówi agencji Newseria Biznes Edyta Bielak-Jomaa, Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych.

RODO to rewolucja nie tylko z perspektywy firm i instytucji, które przetwarzają dane osobowe, lecz także z perspektywy samych konsumentów. Nowa regulacja przyznaje osobom fizycznym szereg praw i zwiększa ich kontrolę nad swoimi danymi osobowymi.

Od maja internauci i konsumenci zyskają m.in. prawo do bycia zapomnianym. Dane osób, które sobie tego zażyczą, muszą zostać niezwłocznie i w całości usunięte z systemów administratora. Dotyczy to także kopii, linków, odniesień i dokumentacji papierowej, na przykład wydruków czy skanów dokumentów. Nowością w przepisach jest też wymóg uzyskania zgody na przetwarzanie danych osobowych bezpośrednio od dziecka, które ukończyło 16 rok życia. Poniżej tej granicy wiekowej konieczna będzie zgoda rodzica albo opiekuna prawnego dziecka, które korzysta z mediów społecznościowych, internetowych aplikacji czy gier. Obowiązkiem firmy będzie zweryfikować i upewnić się, że taka zgoda jest wiarygodna.

Prawo do prywatności i prawo do ochrony danych osobowych to podstawa, trzeba o nich pamiętać. Ograniczanie tego prawa jest niezgodne chociażby z konstytucją. Kluczowa jest świadomość – sami powinniśmy jak najwięcej wiedzieć o prawach, które nam przysługują – podkreśla Edyta Bielak-Jomaa.

Wachlarz konsekwencji związanych z brakiem kontroli nad swoimi danymi jest szeroki: od natarczywych telemarketerów i uciążliwych telefonów z propozycją szkoleń, zakupu nowych garnków czy lepszego abonamentu po utratę poczucia bezpieczeństwa i wyłudzenie kredytu w oparciu o wykradzione dane. GIODO ocenia, że wśród Polaków poziom świadomości dotyczącej zagrożeń jest bardzo zróżnicowany.

Sami niejednokrotnie się do tego przyczyniamy. Apelujemy do wszystkich – zwłaszcza do młodych ludzi, którzy korzystają z technologii i nowoczesnych rozwiązań – o zachowanie zdrowego rozsądku. Sami umieszczamy o sobie mnóstwo informacji – bez zastanowienia się po co, kto i jak z tych informacji skorzysta. Kolejną kwestią jest niedbałość o dokumenty, zwłaszcza dowód osobisty. Stale zdarza się, że zostawiamy dowód osobisty w zastaw za wypożyczenie łyżew czy kajaków albo za wejście na basen czy siłownię – mówi Edyta Bielak-Jomaa.

Zostawienie dowodu osobistego obcej osobie, pochwalenie się na Facebooku nowiutkim prawem jazdy albo kartą płatniczą, podanie swoich danych niezaufanej firmie czy opublikowanie w sieci szczegółowych informacji na swój temat – za każdym razem wiąże się to z ryzykiem kradzieży tożsamości. Takie przestępstwa są plagą: tylko w III kwartale 2017 roku oszuści próbowali wyłudzić kredyty z wykorzystaniem cudzej tożsamości 1,7 tys. razy (na łączną kwotę ponad 130,5 mln zł) – wynika z danych Związku Banków Polskich. Statystycznie każdego dnia odnotowano dziewiętnaście takich prób, średnio na kwotę ponad 1,4 mln zł.

Kradzież tożsamości jest przestępstwem XXI wieku. Te informacje o nas, które gdzieś krążą, są łatwe do zestawienia. Imię, nazwisko, adres, PESEL, numer dokumentu – to wystarczy, żeby zaciągnąć kredyt i niestety często zdarzają się takie sytuacje. Trafiają do nas skargi z prośbą o pomoc w sytuacji, gdy ktoś obcy wyłudził kredyt na nasze nazwisko – mówi Edyta Bielak-Jomaa.

Z ubiegłorocznego badania BIK wynika, że 44 proc. Polaków w wieku 15–65 lat przynajmniej raz zetknęło się z sytuacją, która zagrażała bezpieczeństwu jego danych osobowych.

GIODO podkreśla, żeby przywiązywać większą wagę nie tylko do pilnowania swoich dokumentów, lecz także danych biometrycznych. Biometria, czyli skan siatkówki czy odcisk palca, są coraz częściej wykorzystywane do uwierzytelniania klientów. Takie dane – raz utracone czy wykradzione – są praktycznie niemożliwe do odzyskania.

Wykorzystanie biometrii z pewnością ułatwia skorzystanie z jakiejś usługi, przyspiesza wejście na siłownię czy do sauny, ale odbywa się to trochę bezrefleksyjnie. Dane biometryczne są szczególnym rodzajem danych osobowych: jeśli stracimy dowód osobisty czy paszport, możemy wyrobić nowy dokument, ale jeśli utracimy dane biometryczne, niełatwo je odzyskać. Nie zastanawiamy się nad tym, jakie mogą być konsekwencje ich wycieku, bezrefleksyjnie zostawiamy wszędzie odciski palców, np. u pracodawcy, który żąda danych biometrycznych dla wskazania czasu pracy. Trzeba zadać sobie pytanie: czy nie widzimy zagrożenia dla bezpieczeństwa naszych finansów? – zwraca uwagę Edyta Bielak-Jomaa.

GIODO podkreśla, że mimo nowych przepisów, które znacznie zwiększą kontrolę konsumentów nad danymi osobowymi, każdy sam, we własnym zakresie, powinien zadbać o ich bezpieczeństwo. W tym roku dzień po obchodzonym 28 stycznia Europejskim Dniu Ochrony Danych Osobowych urząd po raz kolejny zorganizuje konferencję dotyczącą bezpieczeństwa i nowego prawa, która zacznie obowiązywać za pięć miesięcy.

– Tytuł konferencji to „Zainwestuj w prywatność. Przygotowujemy się do HASHRODO”, ponieważ nadal widzimy konieczność podnoszenia świadomości i rozmowy na temat nowego systemu, który za chwilę będzie nas obowiązywał – mówi Edyta Bielak-Jomaa.

RODO, czyli unijne rozporządzenie o ochronie danych osobowych, wejdzie w życie dokładnie 25 maja br. Regulacja ujednolici przepisy w tym zakresie na terenie wszystkich państw członkowskich UE. Narzuci nowe restrykcyjne obowiązki na wszystkie podmioty publiczne i prywatne, małe i duże, które przetwarzają dane osobowe. Te będą musiały wdrożyć odpowiednie rozwiązania i infrastrukturę IT, żeby zagwarantować maksymalny poziom bezpieczeństwa, powołać wewnętrznych inspektorów danych osobowych, przeszkolić swoich pracowników oraz wymienić większość formularzy i zgód na przetwarzania danych klientów. To tylko część zmian, które wymusi RODO. Jeżeli firmy się do nich nie dostosują, grożą im wysokie kary finansowe. Prace nad polską ustawą wdrażającą unijne przepisy trwają.

Producenci telewizorów w 2018 roku stawiają na sztuczną inteligencję i asystentów głosowych. Nowe modele OLED 4K trafią na rynek w marcu

Producenci telewizorów w 2018 roku stawiają na sztuczną inteligencję i asystentów głosowych. Nowe modele OLED 4K trafią na rynek w marcu 7

W marcu 2018 roku na rynek ma trafić nowa linia telewizorów LG OLED, oferujących rozdzielczość 4K i technologię ThinQ. Ich sercem będzie procesor nowej generacji Alpha9 oferujący nową jakość obrazu i elementy sztucznej inteligencji. Technologia AI oraz asystenci głosowi to przyszłość rynku telewizorów. Niestety, w Polsce część funkcji z najnowszej linii telewizorów OLED 4K nie będzie dostępna ze względu na brak obsługi języka polskiego.

Linia nowych telewizorów LG OLED C8 składa się z modeli o przekątnej ekranu 55, 65 oraz 77 cali. Wszystkie wyposażone są w nowy, inteligentny procesor Alpha9. Układ ma zapewnić nową jakość obrazu niezależnie od jego źródła – jakość 4K będzie można uzyskać nawet z kablówki. Co więcej, dzięki technologii High Frame Rate odtworzy nawet 120 klatek na sekundę (obecnie standardem jest 60 kl./s).

– Niezależnie od tego, czy oglądamy telewizję z kablówki, satelity czy nawet anteny naziemnej, dzięki temu procesorowi podniesiemy jakość obrazu do rozdzielczości samego telewizora, czyli do natywnego 4K. Pracować będzie na to bardzo dużo systemów działających w tle. Dzięki nim uzyskamy płynniejsze przejścia tonalne, jeszcze bardziej wyraziste szczegóły oglądanego obrazu, a także dużo lepszą ostrość i głębię – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Wiesław Kowalczyk z LG Electronics Polska.

Nowy inteligentny chip LG zawiera także elementy sztucznej inteligencji. Telewizor będzie można kontrolować głosem – wyposażony jest w Asystenta Google i kompatybilny jest z głośnikiem Amazon Echo. Niestety, oba nie są na razie dostępne w polskiej wersji językowej.

– Sztuczna inteligencja w telewizorze jest chociażby po to, żeby można było o wiele łatwiej nim sterować i wchodzić w interakcje. Będziemy mogli dowiedzieć się od niego, jaka jest pogoda albo czegoś o programie, który oglądamy, wyszukać filmy z danym aktorem czy przejrzeć zdjęcia na dysku Google. Musimy poczekać do polskiej premiery, żeby zobaczyć, które z tych funkcjonalności będą dostępne na rynku polskim – mówi Wiesław Kowalczyk.

Włączenie telewizora w system inteligentnego domu pozwoli nam na zarządzanie gospodarstwem domowym sprzed telewizora. Stanie się tak, jeżeli reszta urządzeń będzie kompatybilna z technologią ThinQ. Aktualnie w ofercie LG znajduje się lodówka, zmywarka, pralka i piekarnik, wspierające tę technologię i komunikujące się ze sobą za pomocą łączności Wi-Fi.

– Z telewizora będziemy mogli zobaczyć, co mamy w lodówce, albo powiedzieć za jego pośrednictwem, żeby nasza pralka wyprała rzeczy o danej godzinie. Gdy pralka skończy prać, my oglądając film i siedząc w dużym pokoju, dostaniemy powiadomienie na telewizorze – tłumaczy ekspert.

Na razie nie jest znana cena nowego modelu telewizora od LG, ale można przypuszczać, że będzie ona oscylowała początkowo wokół kwoty 10 tys. złotych. 55-calowy model C7 obecnie kosztuje około 8000 zł.

Według analityków Grand View Research wartość rynku Smart TV w 2025 roku wyniesie niemal 300 mld dol. W 2018 r. sprzedanych zostanie 114 mln tego typu telewizorów.