Konkurs „Zagraj o mentoring”

inQUBE Uniwersytecki Inkubator Przedsiębiorczości, działający przy Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu, oraz stworzony przez Sebastiana Kulczyka program mentoringowy InCredibles , zapraszają startupy do udziału w piątej edycji konkursu „Zagraj o mentoring”.

Inicjatywa skierowana jest do zespołów, które wprowadzają na rynek innowacyjne rozwiązania technologiczne. Organizatorzy poszukują startup’ów podchodzących w unikatowy sposób do technologicznych wyzwań oraz biznesowych problemów.

inQUBE to Uniwersytecki Inkubator Przedsiębiorczości, utworzony w celu wspierania aspiracji biznesowych studentów, absolwentów, pracowników naukowych oraz początkujących przedsiębiorców z branży ICT.

Z wrocławskim Inkubatorem współpracuje zespół ekspertów z różnych dziedzin. To zarówno naukowcy, jak i praktycy biznesu, którzy wspierają merytorycznie osoby planujące oraz rozwijające swoją działalność gospodarczą.

inQUBE to także nowoczesna przestrzeń, stanowiąca część kampusu największej ekonomicznej uczelni na Dolnym Śląsku, będąca miejscem spotkań, pracy i nauki.

InCredibles jest prestiżowym programem akceleracyjnym i mentoringowym, skierowanym do innowacyjnych startupów. Przedsięwzięcie ma charakter cykliczny, a wyróżnia je autorska formuła warsztatów, wykładów i konsultacji, prowadzonych przez uznanych ekspertów biznesowych.

Inicjatorem programu jest Sebastian Kulczyk – prezes Kulczyk Investments, inwestor, przedstawiciel młodego pokolenia polskich przedsiębiorców, aktywnie działający w obszarze nowych technologii.

W konkursie „Zagraj o mentoring” wyróżnione zostaną firmy, które rozwijają autorskie, nieszablonowe rozwiązania. „Liczymy na to, że w ramach piątej edycji uda nam się poznać nie tylko ciekawe startupy, ale i niezwykłych ich twórców. Incredibles wypromowało już wielu inspirujących przedsiębiorców. Cieszę się, że teraz również inQUBE będzie miał w tym swój udział” – mówi Patrycja Modrzejewska, Dyrektor inQUBE Uniwersyteckiego Inkubatora Przedsiębiorczości przy Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu.

Podmioty zainteresowane wzięciem udziału w konkursie powinny do końca kwietnia wypełnić, znajdujący się na stronie internetowej www.inqube.pl, formularz zgłoszeniowy oraz przesłać prezentację, w której opiszą swój startup, przedstawią zespół, opracowane rozwiązanie oraz wytłumaczą na czym  polega jego innowacyjność i na jaki problem jest ono odpowiedzią.

Spośród nadesłanych propozycji, kapituła konkursu wybierze te, które zakwalifikują się do etapu finałowego. Głównymi kryteriami selekcji będą przyjęty model biznesowy oraz poziom innowacyjności prowadzonych prac. Finaliści otrzymają szansę bezpośredniego zaprezentowania swojej propozycji przed członkami kapituły.

Zwycięzca nagrody głównej weźmie udział w programie akceleracyjnym i mentoringowym,  organizowanym w ramach InCredibles.

Finał konkursu odbędzie się 15. czerwca 2021 roku.

Nowy język pokolenia Y

Polscy millenialsi to obecnie ponad 11 milionów osób! W 2021 roku kolejna grupa starszych przedstawicieli tej grupy będzie obchodziła swoje czterdzieste urodziny. Przekroczenie tej magicznej granicy wiekowej to dla większości z nas wejście w okres stabilizacji i świadomych  wyborów zarówno tych dotyczących kwestii zawodowych, jak decyzji czysto konsumenckich, obejmujących już także całe rodziny i coraz częściej dzieci. Jak zatem zmienić sposób mówienia, by dotrzeć do przedstawicieli generacji Y?

Stereotypy? Nie, dziękuję!

Millenialsi – tym mianem nazywamy osoby urodzone w latach 1980 – 1995. Jeszcze do niedawna pokolenie to było określane często, jako bardzo wymagające, nałogowo korzystające z internetu i skupione wyłącznie na własnych potrzebach. Czy tak jest naprawdę? Eksperci twierdzą, że nie do końca. Przedstawicieli pokolenia Y trafniej byłoby nazwać zdeterminowanymi, a także przywiązanymi do swoich celów i wartości. Osoby dorastające na przełomie wieków szybko wyczuwają nieścisłości, czy nieszczerości oraz częściej mówią „sprawdzam!” – stąd popularny pogląd o postawie roszczeniowej. Tak naprawdę, chcą być traktowani jak partnerzy. Za indywidualne podejście i szczerość płacą najlepszą walutą – lojalnością. Właśnie dlatego, jedną z najbardziej charakterystycznych cech generacji Y jest przywiązanie do marek. Jak wynika z badań, millenialsi są w stanie zapłacić więcej za produkty firm, z którymi się identyfikują i które postrzegają jako kultowe, cenią także marki transparentne, otwarcie komunikujące swoje wartości[1]. – To cenne wskazówki, z których warto korzystać, bo odpowiednie zdefiniowanie i znajomość oczekiwań klientów odgrywa istotną rolę w procesie adresowania swoich usług i produktów – mówi Stephane Tikhomiroff, Dyrektor Generalny Perfetti Van Melle Polska.

Nadążyć za zmianami

Jak w przypadku każdego pokolenia, charakterystyka millenialsów zmienia się z ich wiekiem. Obecnie, szczególnie wśród najstarszych z nich wyraźnie widać potrzebę bezpieczeństwa czy stabilizacji. Według raportu „Deloitte Global Millennial Survey 2020”, pandemia przyniosła niższy poziom stresu (wskaźnik spadł z 50% do 42%), co badacze powiązali z faktem, że życie zwolniło, a konsumenci więcej czasu spędzali z rodzinami. Nikogo nie powinien więc dziwić fakt, że dla pokolenia millenialsów tak ważna jest niezawodność – dzięki temu nie tracą czasu na szukanie czy metodę „prób i błędów”. Co ciekawe, jak pokazują wnioski z badań „Millenialsi oraz generacja Z na zakupach w czasie pandemii COVID-19”[2] przedstawiciele pokolenia Y na początku pandemii, kiedy przed sklepami tworzyły się kolejki, rzadziej rezygnowali z zakupów. Przeciwnie, woleli poczekać, aby zrobić zakupy w ulubionym miejscu.

Millenialsi cenią także użyteczność, dlatego są wyczuleni na fałsz i przyjmują postawę oceniającą, wobec dostarczanych im treści – słuchają uważnie, ale błąd może zmienić ich nastawienie. Z tego powodu komunikaty kierowane do tej grupy powinny być nie tylko konkretne i nienachalne, ale przede wszystkim prawdziwe. Zwłaszcza, że swoją opinią przedstawiciele pokolenia Y szybko mogą podzielić się też w sieci, gdzie 67% z nich szuka specjalistów oraz recenzji[3]. Dla firm i marek chcących dotrzeć do millenialsów ważne jest więc, aby być widocznym w internecie biorąc pod uwagę m.in. fakt, że aż 36 proc. przedstawicieli tej generacji „przełącza” się na smartfony podczas przerw reklamowych w telewizji[4]. Stała obecność w kanałach social media – czy to własnych, czy w ramach współpracy z influencerami i mediami, wciąż stanowi cenne narzędzie, o którym przedsiębiorcy nie powinni zapominać. Warto pamiętać także o tym, że millenialsi nie boją się pytać: co masz dla mnie poza produktem? Cenią wartości wyzwane przez firmę, jej wizerunek i wierność w podążaniu za ideami.

Charakterystyka poszczególnych pokoleń nie jest stała i zmienia się w czasie. Jak pokazuje doświadczenie, regularna weryfikacja założeń na temat docelowych grup jest ważna dla tworzenia efektywnych koncepcji marketingowych i strategii przyjmowanych w kontakcie z klientem.

[1] https://www2.deloitte.com/pl/pl/pages/deloitte-digital/digital-marketing-newsletter-deloitte/digital-marketing-lipiec-2019/Millennialsi-a-pokolenie-Z-podstawowe-roznice.html

[2] https://www.obserwatorfinansowy.pl/bez-kategorii/rotator/millennialsi-oraz-generacja-z-na-zakupach-w-czasie-pandemii-covid-19/

[3] https://www.accenture.com/_acnmedia/PDF-150/Accenture-Postpandemic-Generation-Online-Czy-Offline-PL-New.pdf

[4] https://www.mediaplus.pl/pl/news/DIGITAL_NATIVES_STUDY.html

Północna Izba Gospodarcza apeluje o otwarcie hoteli w reżimie sanitarnym w Majówkę

Zachodniopomorscy hotelarze załamani decyzją o zamknięciu hoteli na majówkę. Prezes Mojsiuk: apelujemy o otwarcie branży hotelarskiej w reżimie sanitarnym.

Sytuacja zachodniopomorskiej branży turystycznej jest bardzo trudna – hotele na przestrzeni ostatnich 6 miesięcy czynne były zaledwie trzy tygodnie w 50% reżimie sanitarnym. Północna Izba Gospodarcza otrzymuje liczne sygnały od przedstawicieli branży, że decyzja o zamknięciu hoteli i pensjonatów na majówkę jest dla nich boleśnie krzywdząca i doprowadzająca ich sytuację finansową do jeszcze większego kryzysu. – Jestem przekonana, że możliwe jest kompromisowe rozwiązanie, czyli otwarcie hoteli na majówkę przy 50% obłożeniu. W podobnym trybie mogłyby działać na przykład restauracje. Rozumiemy powagę sytuacji i fakt, że pandemia nadal nie ustąpiła, ale chyba nadszedł już czas, by poza względami medycznymi poważnie zwracać uwagę na względy ekonomiczne i sytuację przedsiębiorców. Zamykanie hoteli na majówkę uważam za nadgorliwość w sytuacji, gdy Europa podejmuje pierwsze decyzje o odmrażaniu gospodarki – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk.

„Kolejny raz powtórzę za Rzecznikiem MŚP Adamem Abramowiczem: koniec kwietnia to powinien być czas końca lockdownu”

Północna Izba Gospodarcza apeluje o ponowne przeanalizowane decyzji o zamknięciu hoteli na czas weekendu majowego. Jak mówi Prezes Hanna Mojsiuk do końca miesiąca zostały jeszcze dwa tygodnie, to czas, gdy może dojść do poprawy sytuacji epidemicznej: – Kolejny raz powtórzę za Rzecznikiem MŚP Adamem Abramowiczem: koniec kwietnia to powinien być czas końca lockdownu. Od maja powinniśmy wrócić do odbudowywania gospodarki po dramatycznym czasie pandemii. Nie mam żadnych wątpliwości, że zamknięcie hoteli na majówkę to wielki cios dla Pomorza Zachodniego. Wiem, że hotelarze są gotowi do otwarcia i bardzo czekają na turystów. Dla nich najbliższe tygodnie to będzie być albo nie być – mówi Prezes Mojsiuk.

– Jako przedsiębiorcy ocenami tą decyzję jako bardzo surową dla branży hotelarskiej. Dzisiaj jest wielu ozdrowieńców, jest już spora grupa osób zaszczepionych, dlatego wydaje się, że hotele mogłyby być częściowo otwarte – choćby dla tych klientów. Uważam, że hotele zdały egzamin wtedy, gdy były otwarte w reżimie sanitarnym. Firmy prowadzące hotele nie mogą opierać się tylko na tarczach antykryzysowych, bowiem nie wszyscy się spełniają warunki spadku obrotów w konkretnym okresie lub utrzymania poziomu zatrudnienia pracowników w 2020 r. – do końca 2021 r. – dodaje Michał Wojtas, skarbnik Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

„Maj nie będzie rewelacyjny. Jak nastąpi otwarcie to spodziewamy się maksymalnie 50% klientów. Odbicie zacznie się w Boże Ciało”

Hotelarze bardzo krytycznie oceniają decyzję o tym, by hotele były zamknięte na majówkę. Jak mówią decyzja nie jest dla nich zaskoczeniem, ale poważnie odbija się na ich budżetach i możliwości planowania kolejnych miesięcy. Stan niepewności utrzymuje się bez przerwy: – Mamy stracone ostatnie 7 miesięcy. Sylwester, Święta, ferie, Wielkanoc, majówka. Nasze oczy zwrócone są teraz na weekend Bożego Ciała i spodziewamy się, że dopiero wtedy nastąpi odbicie w branży hotelarskiej. Pełniejsze otwieranie może nastąpić w maju, ale przecież w ciągu kilku pierwszych tygodni nie będziemy mieli także większego obłożenia. Nie liczymy, że maj będzie rewelacyjny. Może 30-40%, jak będzie 50%  to będzie świetnie – mówi ekspert Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie ds. hotelarstwa Roman Kucierski, zarządzający hotelem Hamilton w Świnoujściu.

Jak wyjaśnia ekspert Izby zapytań na sezony wakacyjne jest sporo, ale klienci przyznają, że ich rezerwacje warunkowane są tym, jak rozwijać się będzie pandemia. Brakuje także turystów z zagranicy, co jest dla zachodniopomorskiego pasa nadmorskiego wielką stratą: – Wszystko przesuwa się na lipiec, sierpień, czasami sezony jesienne. Nie wiemy także jak wyglądać będzie sytuacja  z turystami z Niemiec czy ze Skandynawii. Jest dużo niepewności – dodaje Kucierski.

W mediach pojawiają się informacje o masowym sprzedawaniu hoteli i pensjonatów. Nie potwierdza tego póki co windykator i Prezes Grupy AVERTO Małgorzata Marczulewska: – Hotelarstwo to jedna z najbardziej zadłużonych branż. Prowadzimy wiele spraw, które dotyczą przedsiębiorców, którzy na kredyt pobudowali swoje pensjonaty czy hotele, a teraz od wielu miesięcy nie mają jak regulować swoich zobowiązań. To także sytuacje z zachodniopomorskich kurortów nadmorskich. Nie możemy jednak potwierdzić, że przedsiębiorcy szykują się do masowej wyprzedaży hoteli. Zwykle wiedzą oni, że w wakacje może nastąpić odbicie i odrobienie strat, choć pewnie wychodzenie z długów wielu hotelom zajmie wiele miesięcy, a może nawet lat – dodaje Prezes Małgorzata Marczulewska.

Od dziś farmaceuci zyskują nowe uprawnienia. Właścicieli aptek czeka szereg wyzwań

16 kwietnia wchodzi w życie większość zapisów nowej ustawy o zawodzie farmaceuty, która rozszerza uprawnienia tego zawodu. Magister farmacji będzie mógł przeprowadzić z pacjentem wywiad farmaceutyczny, doradzić mu w kwestii przyjmowanych leków, przeprowadzić podstawowe nieinwazyjne badania diagnostyczne i przeszkolić w używaniu prostego sprzętu medycznego, np. glukometru. Otwartą kwestią pozostaje to, kto będzie płacił za opiekę farmaceutyczną jako świadczenie – sam pacjent czy może NFZ. Z kolei dla właścicieli aptek wyzwaniem będzie stworzenie miejsca, gdzie takie konsultacje mogą się odbywać, oraz zapewnienie odpowiednich zasobów kadrowych.

– Od 16 kwietnia farmaceuci zyskają nowe uprawnienia. W życie wchodzą nowe regulacje, które dotyczą zawodu farmaceuty i sprawowania opieki farmaceutycznej. Jest to pierwsza część tej ustawy. Kolejna wejdzie w życie w połowie stycznia 2022 roku i będzie dotyczyła wystawiania recept farmaceutycznych – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Żuradzki, adwokat i wspólnik zarządzający w kancelarii KBZ Żuradzka & Wspólnicy Adwokaci i Radcy Prawni.

Do tej pory rola farmaceutów zazwyczaj była ograniczona w zasadzie tylko do wydawania i sprzedaży leków w aptecznym okienku. Ta grupa zawodowa – jako jedna z ostatnich – nie miała też dotąd swojej ustawy, dlatego środowisko aptekarskie wyczekiwało jej od lat. Ustawa o zawodzie farmaceuty to dla branży bardzo ważna zmiana. Nowe przepisy wzmocnią rolę farmaceutów w polskim systemie ochrony zdrowia (ustawa oficjalnie plasuje ich w gronie zawodów medycznych) i nadadzą im nowe uprawnienia, dzięki którym będą mogli szerzej uczestniczyć w profilaktyce, promocji zdrowia i farmakoterapii. Tym samym ustawa stwarza prawne podwaliny do zbudowania w Polsce modelu opieki farmaceutycznej.

– Nowa ustawa umożliwi farmaceutom przeprowadzanie konsultacji farmaceutycznych, dokonywanie przeglądów lekowych i wykonywanie nieinwazyjnych badań diagnostycznych, takich jak pomiary tętna, oddechu czy masy ciała – wymienia Krzysztof Żuradzki. – Ta ustawa stwarza możliwość, żeby można było przyjść do apteki i spotkać się ze specjalistą, który przeprowadzi konsultację farmaceutyczną poprzedzoną wywiadem. Opiekę farmaceutyczną będzie mógł sprawować wyłącznie farmaceuta posiadający wiedzę i umiejętności w tym zakresie. One muszą być potwierdzone tytułem specjalisty w dziedzinie farmacji aptecznej, szpitalnej, klinicznej czy też farmakologicznej, po specjalnym szkoleniu

Sprawowanie opieki farmaceutycznej będzie zarezerwowane tylko dla magistrów farmacji, z wyłączeniem techników farmaceutycznych. Rozporządzenie ministra zdrowia ma szczegółowo określić zakres tej opieki i wprowadzić katalog badań diagnostycznych, które farmaceuta będzie mógł wykonać w aptece. Rozporządzenie określi też kompetencje wymagane do świadczenia takiej opieki, czyli np. kursy kwalifikacyjne, po ukończeniu których farmaceuta zyska nowe uprawnienia. Co istotne, nowe przepisy przewidują też kary za świadczenie tego rodzaju usług przez osoby nieuprawnione, czyli techników oraz magistrów bez specjalizacji i wymaganych kursów.

– Opieka farmaceutyczna to nowa forma usługi, o której nie wiemy jeszcze do końca, jak będzie uregulowana pod względem płatności, czyli kto za nią na końcu zapłaci – pacjent czy Narodowy Fundusz Zdrowia. To też będzie zależało od rozporządzenia wykonawczego. Jednak postulaty były takie, aby to NFZ płacił za diagnostykę, przeglądy i konsultacje farmaceutyczne – mówi prawnik.

Ustawa o zawodzie farmaceuty stanowi rewolucję nie tylko dla przedstawicieli tego zawodu, ale również dla aptek, których – zgodnie z danymi GUS – jest w Polsce 12,3 tys. (nie uwzględniając punktów aptecznych). Dla właścicieli placówek, którzy będą mogli poszerzyć ofertę o nowe usługi farmaceutyczne, to szansa na zwiększenie konkurencyjności, ale i szereg wyzwań, związanych np. z zapewnieniem odpowiedniej liczby wykwalifikowanych pracowników w aptece oraz spełnieniem odpowiednich wymagań lokalowych w celu świadczenia opieki farmaceutycznej.

– Nie każda apteka posiada na tyle dużo pomieszczeń i rozmieszczonych w taki sposób, aby pacjenci mogli z nich korzystać. Dlatego należy umożliwić dostosowanie tych lokali w różnych wariantach, np. poprzez wydzielenie specjalnego pomieszczenia do sprawowania opieki farmaceutycznej albo wydzielenie jakiegoś obszaru, który będzie gwarantować jakąkolwiek intymność i poufność konsultacji. Wykorzystanie pomieszczenia tzw. administracyjno-szkoleniowego powinno być minimum. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby w aptece był osobny gabinet, ale wszyscy zdajemy sobie sprawę, jak wyglądają apteki i ile tam jest miejsca. Dla właścicieli placówek to będzie wyzwanie w zakresie czynszu czy też odpowiedniej organizacji miejsca – wyjaśnia Krzysztof Żuradzki.

Jak podkreśla, każda apteka bądź indywidualna czy grupowa praktyka farmaceutyczna, która w myśl nowej ustawy będzie świadczyć opiekę farmaceutyczną, musi też spełnić wymóg posiadania ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej.

– Podmiot prowadzący aptekę ogólnodostępną bądź farmaceuta prowadzący indywidualną praktykę farmaceutyczną, aby rozpocząć sprawowanie tej opieki, będzie musiał najpierw zawrzeć umowę ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej, aby – w razie jakiejkolwiek szkody – ubezpieczyciel mógł pokryć ewentualną szkodę – mówi wspólnik w kancelarii KBZ Żuradzka & Wspólnicy Adwokaci i Radcy Prawni.

W Polsce na ok. 87,5 tys. lekarzy przypada 26,1 tys. magistrów i 33,3 tys. techników farmacji – wynika z danych GUS i ubiegłorocznego raportu IQVIA („Opieka farmaceutyczna w Polsce”).

Pandemia ograniczyła aktywność fizyczną dzieci o ponad 30 proc. Wśród najmłodszych rośnie problem nieprawidłowej masy ciała i problemów z kręgosłupem

Już od ok. 20 lat poziom kondycji fizycznej dzieci i młodzieży systematycznie spada, a pandemia jeszcze pogłębiła ten problem. Nauka online, zamknięte szkoły, baseny, sale sportowe i boiska spowodowały, że aktywność fizyczna wśród najmłodszych spadła o 33 proc. – wynika z raportu „Aktywność fizyczna i żywienie dzieci w czasie pandemii”. – Możemy mieć przyrost populacji osób otyłych i z nadwagą, prawdopodobnie zwiększy się także częstotliwość występowania wad postawy i bólu  kręgosłupa – wymienia prof. Bartosz Molik, rektor AWF w Warszawie. Na zdrowie i kondycję dzieci przełożenie może mieć także coraz częściej diagnozowany zespół pocovidowy. 

– Bez zajęć wychowania fizycznego, mając zamknięte sale gimnastyczne, siłownie, pływalnie i inne ośrodki sportowe i rekreacyjne, mamy ograniczony dostęp do infrastruktury, jak i ograniczony dostęp do różnych form aktywności fizycznej. Nie pozostaje to bez wpływu na stan zdrowia i generalnie kondycję fizyczną Polaków, również dzieci – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. Bartosz Molik, rektor Akademii Wychowania Fizycznego Józefa Piłsudskiego w Warszawie.

Przed pandemią 65 proc. Polaków podejmowało aktywność fizyczną przynajmniej raz w miesiącu. Wraz z wiosennym lockdownem blisko połowa znacznie ograniczyła treningi – wynika z badania MultiSport Index 2020 firmy Benefit Systems. Nauka zdalna pogłębiła też problem słabej kondycji fizycznej wśród najmłodszych. Raport „Aktywność fizyczna i żywienie dzieci w czasie pandemii”, zrealizowany w ramach programu „Lekkoatletyka dla każdego!” Polskiego Związku Lekkiej Atletyki i Nestlé Polska, wskazuje, że tygodniowa aktywność dzieci spadła o 33 proc.

W czasie lockdownów dzieci realizowały wybraną formę aktywności fizycznej (rower, czas na podwórku, sportowe zajęcia zorganizowane, WF) przynajmniej godzinę dziennie średnio przez trzy–cztery dni w tygodniu. Przed pandemią było to prawie pięć dni w tygodniu. Mocno wzrosła liczba dzieci, które są aktywne dwa lub mniej dni w tygodniu – z 9 do 37 proc. Tylko co trzeci rodzic ocenił, że w trakcie pandemii dziecko poświęcało odpowiednio dużo czasu na ruch na świeżym powietrzu, a 61 proc. wskazało, że było go za mało.

– Ma to wpływ na poziom wydolności fizycznej, mówię tutaj głównie o wydolności tlenowej, także na masę ciała, czyli jest wielce prawdopodobne, że w związku z tym okresem hipokinezji u większości osób wzrosła masa ciała, co może mieć wpływ na przyrost populacji osób otyłych i z nadwagą – wskazuje rektor AWF.

Tym bardziej że co piąte dziecko przyznało, że w czasie pandemii ma większy apetyt i podjada. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia w czasie pandemii statystyczny obywatel przytył o ok. 2 kg. Z powodu nieodpowiedniego trybu życia i ograniczenia aktywności fizycznej niemal do zera u części osób nasiliły się bóle pleców i kręgosłupa. Siedzący tryb życia może też przełożyć się na wady postawy u dzieci.

– Jeszcze przed pandemią dostawaliśmy informację, że dzieci coraz częściej skarżą się na takie objawy jak bóle kręgosłupa. Za moich czasów studenckich to była rzadkość. Wiążemy to z siedzącym trybem życia dzieci w szkolnych ławkach, ale teraz, kiedy uczą się w domu, siedzą o wiele więcej, bo nie poruszają się między zajęciami, więc liczba przypadków wad postawy, bólów kręgosłupa na pewno się zwiększyła – zauważa prof. Bartosz Molik.

Dodatkowo na zdrowie dzieci, które przeszły koronawirusa, nawet bezobjawowo, po kilku miesiącach od choroby wpływa zespół pocovidowy. Objawia się to pogorszeniem kondycji fizycznej i ogólnym osłabieniem, może też prowadzić do chronicznego zmęczenia, duszności czy zaburzeń snu.

– W niektórych krajach pojawiają się już propozycje, żeby po pandemii dzieci przeszły diagnostykę związaną z pracą układu krążenia, bo okazuje się, że występują także zaburzenia rytmu pracy serca – wyjaśnia rektor warszawskiej AWF. – Są to bardzo niepokojące informacje.

Jak podkreśla, aktywność fizyczną Polaków można zwiększyć poprzez uświadamianie – zarówno dzieciom, jak i dorosłym – jej znaczenia dla zdrowia i kondycji człowieka.

Chcemy ruszyć z promocją i budowaniem świadomości społecznej na temat potrzeby regularnej aktywności fizycznej, która ma wpływ na jakość życia. Chcemy te działania ukierunkowywać nie tylko w stronę dzieci i młodzieży, ale przede wszystkim rodziców. Jeżeli rodzic jest sprawny, co weekend idzie z dziećmi na spacer, gra w piłkę, biega, jeździ na wycieczki, jeździ na nartach, to i dziecko buduje w sobie potrzebę regularnej aktywności fizycznej. I to jest niezwykle potrzebne – wyjaśnia prof. Bartosz Molik.

Drugi ważny obszar działania to szkoła i zajęcia wychowania fizycznego.

WF to nie mogą być zajęcia, w których odliczamy, robimy tylko zbiórki, wyścigi bądź inne formy rywalizacji, bo nie wszystkie dzieci mają chęć ciągłego konkurowania. Musimy dotrzeć do tych dzieci, dać im możliwość zabawy. WF ma cieszyć. Dzieci powinny czuć radość z uczestnictwa w zajęciach ruchowych – wyjaśnia rektor AWF.

Na początku kwietnia ruszył program resortu edukacji i AWF z całej Polski „Aktywny powrót uczniów do szkoły po pandemii”. W pierwszym etapie nauczyciele WF-u otrzymają wskazówki, jak pracować z dziećmi po długim okresie nauki zdalnej. Do końca roku szkolnego trwa rejestracja zainteresowanych nauczycieli. W drugim etapie, który ma ruszyć od września, mają powstać Sport Kluby, czyli dodatkowe aktywne zajęcia dla uczniów.

Globalna pozycja węgla nie jest zagrożona w najbliższych latach. Popyt napędzają państwa azjatyckie, głównie Chiny i Indie

W ubiegłym roku światowe zapotrzebowanie na węgiel spadło o 5 proc. r/r, najmocniej od II wojny światowej. To w dużej mierze efekt globalnego spowolnienia w przemyśle wywołanego przez COVID-19. W tym roku wraz ze stopniowym powrotem gospodarek do normalności Międzynarodowa Agencja Energii spodziewa się wzrostu popytu na czarny surowiec o 2,6 proc., głównie za sprawą państw azjatyckich. – Energetyka światowa jest oparta na węglu i takie państwa jak Chiny, Indie, Indonezja nie odstąpią od tego najtańszego, najbardziej bezpiecznego nośnika energii. Czyli praktycznie świat poza Unią Europejską będzie nadal opierał swoje systemy energetyczne na tym paliwie – mówi Janusz Olszowski, prezes Górniczej Izby Przemysłowo-Handlowej.

Węgiel przez najbliższe dekady pozostanie podstawowym nośnikiem energii na świecie. Chociażby z tego powodu, że nawet tak bogatych krajów jak Chiny nie stać na wprowadzenie polityki zeroemisyjnej w 2050 roku. Oszacowano, że tam trzeba by w to zainwestować około 20 bln dol. i jednocześnie utracić dużą część bezpieczeństwa energetycznego, o czym w Unii Europejskiej zupełnie zapomnieliśmy – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Janusz Olszowski. – Chiny w ubiegłym roku wydobyły ponad 3,8 mld ton tego surowca. Dodatkowo zaimportowały jeszcze 300 mln ton węgla, produkując blisko 60 proc. swojej energii z tego paliwa. Przypomnę, że w Unii Europejskiej wydobywamy ok. 60 mln ton, więc dysproporcja jest duża. 

Jak prognozuje Międzynarodowa Agencja Energii (IEA) w raporcie „Coal 2020”, w 2025 roku popyt na czarny surowiec ma się ustabilizować na poziomie ok. 7,4 mld ton. W samych Chinach konsumowane jest ok. 4 mld. Za cztery lata Azja Południowo-Wschodnia będzie trzecim największym konsumentem węgla, wyprzedzając USA i UE, które stopniowo z niego rezygnują. Zdaniem prezesa GIPH unijna polityka Zielonego Ładu – czyli odchodzenia od węgla i dążenia do neutralności klimatycznej w 2050 roku – zagraża konkurencyjności europejskiej gospodarki.

Unia Europejska nie bierze pod uwagę realiów, jakie są w innych państwach, nie bierze pod uwagę ubóstwa energetycznego na świecie. Paręset milionów ludzi nadal nie ma dostępu do energii elektrycznej i oni potrzebują taniego, bezpiecznego, powszechnie dostępnego paliwa. Tych państw nie stać na budowę bardzo drogich bloków energetyki jądrowej czy na importowanie gazu, którego ceny są bardzo niestabilne, również ze względów geopolitycznych – ocenia. – Taka polityka UE może sprawić, że staniemy się zieloną wyspą, może odrobinę czystszą niż reszta świata, ale bez przemysłu.

Długoterminowe prognozy dotyczące zużycia węgla na świecie są jednak jednoznaczne. Szacowany przez IEA wzrost popytu na węgiel w rozwijających się gospodarkach Azji jest znacznie niższy niż w poprzednich prognozach. Coraz więcej krajów regionu redukuje swoje prognozy popytu czy plany rozwoju energetyki węglowej. Wśród nich są m.in. Korea Południowa, Japonia, Wietnam, Filipiny. Nawet władze Chin zadeklarowały, że chcą osiągnąć neutralność węglową do 2060 roku. Według „World Energy Outlook 2020” udział węgla w globalnym miksie energetycznym spadnie z 37 proc. w 2019 roku do 28 proc. z końcem obecnej dekady. Z kolei w 2040 roku będzie już wynosił poniżej 20 proc.

Jak pokazują dane Eurostatu, w 2019 roku produkcja węgla kamiennego w UE wyniosła 65 mln ton, z czego zdecydowana większość, bo aż 95 proc., przypadła na Polskę (61,6 mln ton), a reszta na Czechy (5 proc., czyli 3,4 mln ton). W porównaniu z 2012 rokiem, który był ostatnim szczytem produkcji węgla kamiennego w UE (123 mln ton), Polska zmniejszyła w tym czasie produkcję o 22 proc., a Czechy – o 70 proc. Eurostat wskazuje, że również konsumpcja węgla kamiennego w UE spada systematycznie od 2013 roku. Szacuje się, że w 2019 roku zużycie tego surowca w UE wyniosło 176 mln ton, a za 60 proc. tego zużycia odpowiadały Polska (39 proc.) oraz Niemcy (23 proc.).

– Wydobywamy bardzo mało węgla, z roku na rok coraz mniej, w ostatnich latach nie zainwestowaliśmy w nowe kopalnie, więc w naturalny sposób nasz potencjał spada. Będzie dobrze, jeżeli zapewnimy dostawy węgla dla polskich elektrowni, których też na pewno nie zlikwidujemy w ciągu kilku lat, jak się to niektórym wydaje – mówi Janusz Olszowski.

Z danych katowickiego oddziału Agencji Rozwoju Przemysłu (ARP) wynika, że w 2020 roku polskie kopalnie wydobyły o ok. 7,2 mln mniej ton węgla kamiennego niż rok wcześniej, a sprzedaż w tym czasie spadła o ok. 5,4 mln ton. Historycznie najniższe wartości wydobycia węgla w Polsce odnotowano w maju ub.r. (3,2 mln ton) oraz czerwcu (3,8 mln ton). Dla porównania w lutym i marcu br. było to po ok. 4,5 mln ton. Według prezesa GIPH całkowita rezygnacja z węgla może stanowić jednak duże zagrożenie dla bezpieczeństwa energetycznego.

– Jestem gorącym zwolennikiem odnawialnych źródeł energii. To jest tania i dobra energia, ale jest z nią jeden problem. W styczniu–lutym w UE o mały włos nie doszło do blackoutu, bo została zachwiana stabilność całego systemu elektroenergetycznego. 30 tys. wiatraków w Niemczech przestało wytwarzać energię, bo nie było wiatru, a panele słoneczne i cała fotowoltaika pozamarzała, została pokryta lodem i śniegiem. Niemcy ratowali się energią z węgla, Szwedzi kupowali brudną energię z Polski, a Anglicy z Francji. A jakaż to była zima? Pamiętam takie, kiedy było po -30°C. Gdyby przyszła taka zima, padłby nam cały system elektroenergetyczny w UE – mówi.

Przyjęta w lutym przez rząd „Polityka energetyczna Polski do 2040 roku” zakłada, że do końca obecnej dekady polska energetyka będzie wciąż w ok. 56 proc. oparta na węglu (albo w 37,5 proc. w scenariuszu wysokich cen uprawnień do emisji CO2). W 2040 roku natomiast jego udział będzie wynosić jeszcze ok. 28 proc. (albo 11 proc. przy podwyższonych cenach uprawnień do emisji CO2). Zgodnie ze wstępnym porozumieniem zaproponowanym przez rząd górnikom jesienią ub.r. ostatnia kopalnia węgla kamiennego w Polsce ma zakończyć działalność w 2049 roku. Rząd proponuje, by źródła węglowe zastąpić atomem. Zgodnie ze strategią ma powstać sześć bloków jądrowych, z których pierwszy zacznie działać w 2033 roku.

 Jeżeli chcemy zlikwidować elektrownie węglowe, to musimy coś w zamian wybudować. Nie wierzę, że powstanie w Polsce cztery czy pięć bloków jądrowych, ponieważ są to ogromne inwestycje, a poza tym energia nuklearna wcale nie jest tak do końca ekologiczna. Zresztą mamy przykłady państw, jak Niemcy, gdzie jest całkowity plan odejścia od energetyki jądrowej – mówi prezes GIPH. – Unia kreuje taką politykę, żeby gaz był pomostem między węglem a atomem. Tylko ilości gazu, które wydobywamy w Polsce, nie wystarczają, więc będziemy go importować. Czyli całkowicie się uzależnimy od dostaw tych nośników, równocześnie likwidując nasze rodzime źródła energii. Dla mnie to jest polityka naprawdę nieracjonalna.

Koronawirusy atakowały już 25 tys. lat temu. Za sprawą postępujących zmian klimatycznych pradawne wirusy mogą znów zagrażać ludzkości

Pradawne wirusy mogą zagrażać ludzkości. Naukowcy są w stanie ożywić drobnoustroje sprzed dziesiątków tysięcy lat. Topienie się wiecznej zmarzliny w wyniku postępujących zmian klimatycznych może uwalniać długo ukryte choroby i wirusy do środowiska, zagrażając zdrowiu zarówno ludzi, jak i zwierząt. Naukowcy byli w stanie ożywić drobnoustroje sprzed dziesiątków tysięcy lat. Najnowsze badania DNA potwierdzają, że starożytny koronawirus lub blisko spokrewniony patogen wywołał epidemię na terenie Azji około 25 tys. lat temu.

Najnowsze badania pokazują, że starożytny koronawirus lub blisko spokrewniony patogen wywołał epidemię wśród przodków współczesnych Azjatów z Azji Wschodniej około 25 tys. lat temu. Analiza DNA ponad 2 tys. osób wykazała, że zmiany genetyczne w odpowiedzi na tę uporczywą epidemię kumulowały się w ciągu następnych 20 tys. lat, o czym na wirtualnym corocznym spotkaniu Amerykańskiego Stowarzyszenia Antropologów Fizycznych poinformował David Enard, genetyk ewolucyjny z Uniwersytetu Arizona.

Epidemie wywoływane przez wirusy nawiedzały ludzkość wielokrotnie. Ponad 5 tys. lat temu nieznana epidemia praktycznie całkowicie unicestwiła prehistoryczną wioskę w Chinach. Badania archeologiczne i antropologiczne wskazują, że nastąpiła ona na tyle szybko, że nie było czasu na właściwe pochówki, a miejsce nie było ponownie zamieszkane. Z kolei ok. 430 roku p.n.e., niedługo po rozpoczęciu wojny między Atenami a Spartą, epidemia spustoszyła dzisiejszą stolicę Grecji i trwała przez pięć lat. Plaga Antoninów (165–180 rok n.e.), prawdopodobnie ospa prawdziwa, zabiła z kolei ponad 5 mln ludzi w imperium rzymskim. Zabójcze wirusy i bakterie mogą powrócić do żywych za sprawą postępujących zmian klimatycznych.

– Istnieje ryzyko, ponieważ zarówno wirusy, jak i bakterie mogą wegetować zamrożone. Oczywiście w wielu wypadkach prawdopodobnie są one już od dawna martwe i mogłyby nam zaszkodzić w niewielkim stopniu, natomiast hibernacja może teoretycznie pozwolić na przechowanie organizmów, zwłaszcza bakterii, mających formy wegetatywne, odporne na niekorzystne warunki środowiska, które mogą wrócić do aktywności i ponownie infekować – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab. Tomasz Szczygielski z Instytutu Paleobiologii Polskiej Akademii Nauk.

Wieczna zmarzlina nie musi całkowicie rozmarznąć, aby mikroorganizmy zamarznięte w ziemi ożyły lub przedostały się do taliku – warstwy ponad wieczną zmarzliną, która rzadko, jeśli w ogóle, zamarza. Ta aktywna warstwa, coraz większa i aktywna dłużej, staje się nowym środowiskiem, w którym wystarczy wzrost niezamarzniętej wody, aby aktywować niektóre procesy biologiczne.

Jean Michel Claverie, wirusolog z Uniwersytetu Aix-Marseille, już w 2019 roku podczas spotkania klimatologów i wirusologów przyznał, że podczas swoich badań był w stanie ożywić wirusy z próbek pradawnej wiecznej zmarzliny, choć nie był w stanie przekroczyć granicy 30 tys. lat. Wraz z rozwojem technologii te bariery uda się jednak znacznie przekroczyć. Tym samym może się okazać, że obecna pandemia może zostać wkrótce zastąpiona nową, wywołaną przez wirusy, które pojawiły się nawet setki tysięcy lat temu.

– Niedawno z pokrywy lodowej udało się wydobyć starożytne bakterie. Na razie jednak trudno stwierdzić, czy są groźne dla dzisiejszych zwierząt, w tym dla ludzi. Z jednej strony teoretycznie tak, ponieważ są czymś zupełnie nieznanym dla nas, do czego my możemy nie być przystosowani pod kątem odporności. Ale z drugiej strony być może są to jakieś organizmy, do których już wyewoluowaliśmy odporność dawno, dawno temu i w związku z tym one uległy pewnego rodzaju eliminacji – ocenia Tomasz Szczygielski.

Polacy badają występowanie schorzeń u kręgowców w czasach prehistorycznych. Projekt w Krasiejowie, gdzie odnaleziono całe grupy prehistorycznych zwierząt, ma pomóc udokumentować schorzenia i urazy oraz uzupełnić stan wiedzy o prehistorycznych formach współczesnych chorób. Pokaże też, jak przez miliony lat różne schorzenia wpływały na kształtowanie się życia. Drobnoustroje chorobotwórcze (np. bakterie, grzyby) są znacznie starsze niż sama ludzkość, nie wiadomo, jak dawno temu uzyskały zdolność wnikania do organizmów żywych i wywoływania u nich zmian chorobowych. Projekt prowadzony w Krasiejowie ma pomóc zrozumieć, w jaki sposób w ciągu setek milionów lat kształtowały się owe zależności pomiędzy chorobotwórczymi drobnoustrojami a ich żywicielami.

– Epidemie i pandemie nie są niczym nowym, choć skala zachorowań w materiale kopalnym bywa często trudna do określenia, zwłaszcza jeżeli chodzi o zwierzęta kręgowe. Zazwyczaj znajdujemy pojedyncze okazy, czasem fragmenty zwierząt, jakieś pojedyncze kości, więc oczywiście to nam o populacji najczęściej niewiele mówi. Ale są takie stanowiska, gdzie znajdujemy całe stada zwierząt, m.in. w polskim Krasiejowie – wskazuje badacz z  Instytutu Paleobiologii Polskiej Akademii Nauk.

Pradawne wirusy prawdopodobnie wyglądały podobnie do tych, które atakują nas obecnie, choć nie zachowały się w stanie kopalnym.

– Z zapisu kopalnego nie jesteśmy do końca w stanie identyfikować konkretnie gatunków czy rodzajów wirusów. Natomiast jesteśmy w stanie prześledzić ich historię ewolucyjną i do pewnego stopnia wydatować ich czas pojawienia się za pomocą badań molekularnych, czyli badań materiału genetycznego. W przypadku wirusów to jest trochę trudniejsze niż w przypadku wielu innych organizmów, ponieważ ich genom jest bardzo uproszczony, więc mutacje, które zachodzą, są bardzo intensywne, choć pewne informacje oczywiście można uzyskać – przekonuje ekspert.

Jak podkreśla, ewolucja wirusów jest silnie związana z ewolucją żywych organizmów.

– Pojawiła się hipoteza, że być może właśnie wirusy są ekstremalnie uproszczonymi organizmami chorobotwórczymi, czymś, co pierwotnie miało formę bakteryjną albo zbliżoną do bakteryjnej. Ponieważ stały się wymagającymi gospodarza pasożytami, to te elementy ich genomu, ich struktury, które nie były potrzebne do samej replikacji czy do infekcji komórek gospodarza, uległy wycięciu i z czasem uprościły się do ekstremalnie prostych struktur – tłumaczy dr hab. Tomasz Szczygielski.

Przełom w obserwacji czarnych dziur. Dane z 19 obserwatoriów mogą pomóc testować ogólną teorię względności Einsteina

Kilka z najpotężniejszych teleskopów na świecie jednocześnie obserwowało supermasywną czarną dziurę w galaktyce M87. To pierwsza czarna dziura, która została bezpośrednio sfotografowana przed dwoma laty. Teraz naukowcy ujawnili dane z 19 obserwatoriów – zarówno na Ziemi, jak również tych w kosmosie, które pozwalają  na głębszy wgląd w czarną dziurę. Nowe obserwacje mogą m.in. pomóc ulepszyć testy ogólnej teorii względności Einsteina.

W kwietniu 2019 roku naukowcy opublikowali pierwsze zdjęcie czarnej dziury w galaktyce M87, wykonane za pomocą teleskopu Event Horizon Telescope (EHT). Jednak to niezwykłe osiągnięcie było dopiero początkiem odkryć. Teraz naukowcy ujawnili dane z 19 obserwatoriów, umieszczonych na Ziemi i w kosmosie, które pozwalają na dokładny wgląd w tę czarną dziurę.

– Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że pierwsze bezpośrednie zdjęcie czarnej dziury będzie przełomowe – twierdzi Kazuhiro Hada z Narodowego Obserwatorium Astronomicznego Japonii, współautor nowego badania opublikowanego w „The Astrophysical Journal Letters”. – Aby jednak wyciągnąć jak najwięcej wiedzy z tego niezwykłego obrazu, musimy wiedzieć wszystko o zachowaniu się czarnej dziury w tamtym czasie, obserwując całe spektrum elektromagnetyczne.

Supermasywne czarne dziury w centrach niektórych aktywnych galaktyk wytwarzają potężne dżety [strugi – przyp. red.] promieniowania i cząsteczek poruszających się z prędkością bliską prędkości światła. Przyciągnięta silną grawitacją materia opada w kierunku centralnej czarnej dziury, żywiąc się otaczającym ją gazem i pyłem. Jednak zamiast wpadać do czarnej dziury, niewielka część cząstek zostaje przyspieszona do prędkości prawie równej prędkości światła i wyrzucona w postaci dwóch wąskich wiązek wzdłuż osi obrotu czarnej dziury. Uważa się, że dżety te są źródłem najszybciej podróżujących cząstek we Wszechświecie, czyli promieni kosmicznych.

Dżety M87 wytwarzają światło obejmujące całe spektrum elektromagnetyczne, od fal radiowych po światło widzialne i promienie gamma. Intensywność światła w tym widmie daje inny wzór dla każdej czarnej dziury. Zidentyfikowanie tego wzoru, który zmienia się w czasie, daje kluczowy wgląd we właściwości obiektu.

Naukowcy poprzez skoordynowane obserwacje za pomocą kilku najpotężniejszych teleskopów zebrali światło z całego widma – światło widzialne (teleskopy Hubble i Swift), światło ultrafioletowe (teleskop Swift) i promieniowanie rentgenowskie (teleskopy Chandra i NuSTAR). Każdy dostarcza innych informacji o zachowaniu i wpływie czarnej dziury o masie 6,5 mld mas Słońca w centrum M87, która znajduje się około 55 mln lat świetlnych od Ziemi. Pomoże to zrozumieć zmienny wzór przyspieszania cząstek.

– Zrozumienie przyspieszenia cząstek jest naprawdę kluczowe dla naszego zrozumienia zarówno obrazu uzyskanego w 2019 roku przez Event Horizon Telescope, jak i dżetów, we wszystkich ich „odcieniach” – podkreśla astrofizyk Sera Markoff z Uniwersytetu w Amsterdamie.

Pierwsze wyniki pokazują, że natężenie światła wytwarzanego przez materię wokół supermasywnej czarnej dziury M87 było najniższe, jakie kiedykolwiek zaobserwowano. Stworzyło to idealne warunki do oglądania „cienia” czarnej dziury, umożliwiło też odizolowanie światła z regionów w pobliżu horyzontu zdarzeń od czarnej dziury.

Połączenie danych z tych teleskopów oraz obecnych i przyszłych obserwacji EHT umożliwi naukowcom prowadzenie ważnych badań. Naukowcy planują wykorzystać te dane do udoskonalenia testów ogólnej teorii względności Einsteina. Obecnie niepewność co do materiału obracającego się wokół czarnej dziury i wyrzucanego przez dżety, w szczególności właściwości określające emitowane światło, stanowią główną przeszkodę. Dżety wystrzeliwane z czarnych dziur są najbardziej prawdopodobnym źródłem promieni kosmicznych o najwyższej energii, ale jest wiele wątpliwości co do miejsc, w których cząstki są przyspieszane.

– Dżety potrafią transportować energię uwolnioną przez czarną dziurę na ogromne odległości, poza galaktykę, w której się znajduje – niczym ogromny przewód zasilający. Nasze wyniki pomogą nam obliczyć ilość przenoszonej energii oraz wpływ tych strug na otoczenie czarnej dziury – wskazuje Sera Markoff.

Dane zostały zebrane przez zespół 760 naukowców i inżynierów z prawie 200 instytucji w 32 krajach, którzy korzystali z obserwatoriów finansowanych przez instytucje na całym świecie. Obserwacje trwały od końca marca do połowy kwietnia 2017 roku.

 – Ten niesamowity zestaw obserwacji pochodzi z wielu najlepszych teleskopów świata – wskazuje współautor badania Juan Carlos Algaba z Uniwersytetu Malaya w Kuala Lumpur w Malezji. – To wspaniały przykład współpracy astronomów z całego świata w dążeniu do nauki.

Deloitte: Instytucje finansowe zyskują na zatrudnieniu dyrektorów ds. zrównoważonego rozwoju

Aż 70 proc. specjalistów z sektora finansowego uważa, że w pięcioletniej perspektywie dyrektorzy ds. zrównoważonego rozwoju będą pełnili kluczową rolę w dążeniu do osiągnięcia celów ESG, czyli z zakresu ochrony środowiska, czynników społecznych i ładu korporacyjnego. Jak wynika z raportu “The future of the Chief Sustainability Officer. Sense-maker in chief”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, najczęściej wskazywanym celem działania Chief Sustainability Officer, czyli CSO, jest skuteczne przeprowadzenie zmian w zakresie modelu biznesowego danej organizacji.

Badanie przeprowadzone przez firmę Deloitte i Institute of International Finance miało za zadanie określić, w jaki sposób instytucje świadczące usługi finansowe mierzą się z problemami dotyczącymi zagadnień ESG, a także, w jaki sposób postrzegają rolę dyrektorów ds. zrównoważonego rozwoju.

Wynik naszego badania potwierdził, że instytucje finansowe, które wyznaczyły w swoich strukturach funkcję Chief Sustainability Officer, podejmując tym samym wyzwanie związane z zagrożeniami środowiskowymi i zrównoważonym rozwojem, i zapewniły mu silne poparcie zwierzchników oraz strategiczny zakres obowiązków, zaczęły dostrzegać płynące z tego korzyści – mówi Irena Pichola, partner, lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.

W świecie, w którym tempo, zakres i złożoność zachodzących zmian mogą zagrozić sprawnemu funkcjonowaniu wielu firm i wytrącić je z torów, istnieje pilna potrzeba wsparcia ze strony zarządzających, którzy zadbają o sens działania swoich instytucji (sense-maker in chief). Powinni oni móc efektywnie wytłumaczyć palące problemy, zmobilizować swoich współpracowników i zaaranżować wprowadzenie adekwatnych zmian.

Prawie jedna trzecia respondentów badania Deloitte dostrzega tę potrzebę, ale w ich firmach jeszcze takie stanowisko się nie pojawiło. Mimo to, 5 proc. ankietowanych uważa, że stworzenie funkcji CSO nie jest konieczne, a 14 proc. wskazuje na niechęć zarządu do takiej inicjatywy. Co piąty mówi, że taka rola już jest włączona w strukturę ich firmy i tyle samo, że za te zagadnienia jest już odpowiedzialna inna osoba z zarządu.

Kiedy potrzebny jest CSO?

Eksperci Deloitte wskazują w raporcie, że w działalności przedsiębiorstw może dojść do trzech momentów zwrotnych, w których wyznaczenie dyrektora ds. zrównoważonego rozwoju jest dla nich niezbędne.

Po pierwsze, gdy tempo zmian zachodzących w zewnętrznym otoczeniu biznesowym przewyższa możliwość dostosowania się do nich wewnątrz organizacji. Ekspert, wspomagający firmę w zdefiniowaniu kluczowych celów, pozwoli jej efektywnie przeprowadzić transformację, a nawet przewidzieć kierunek przyszłych zmian. Po drugie, gdy organizacja nie prowadziła działań w zakresie zrównoważonego rozwoju

i nie posiada wystarczających kompetencji w tej dziedzinie, a ma świadomość, że interesariusze właśnie tego od niej oczekują. Po trzecie, gdy firma rozpoznaje zagrożenia w zakresie ESG i uznaje ich zaadresowanie za strategiczne dla swojego funkcjonowania.

– Dyrektor ds. zrównoważonego rozwoju zajmuje centralną pozycję w strukturach firmy nie dlatego, że jest bezpośrednio odpowiedzialny za wszystkie wysiłki podejmowane w tym zakresie. Przy tej skali niezbędnych zmian potrzebny jest dyrektor wyższego szczebla, który będzie miał za zadanie kształcić współpracowników, inicjować transformację i łączyć wszystkie niezbędne elementy tej skomplikowanej układanki, a także koordynować i inicjować współpracę multidyscyplinarnych zespołów odpowiedzialnych za wdrażanie realnej zmiany w firmie – mówi Katarzyna Średzińska, manager, zespół ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.

Obszar działania CSO

Szczegółowy zakres obowiązków dyrektorów ds. zrównoważonego rozwoju różni się w zależności od rodzaju przedsiębiorstwa, w którym pracują, a także np. od sektora gospodarki, w którym działa firma. Tak ogólne podejście oznacza, że funkcja ta w rzeczywistości jest różnie nazywana, wiąże się ze zróżnicowanymi zadaniami i zmienną odpowiedzialnością.

Ankieta Deloitte wskazała jednak trzy główne obszary, którymi CSO się zajmują. Są to: ocena i analiza zmieniających się warunków, w których funkcjonuje firma i ich skuteczne wyjaśnienie wewnątrz organizacji; pomoc w adekwatnym przekonfigurowaniu strategii biznesowej przedsiębiorstwa; i wreszcie – zapewnienie świadomego i przemyślanego przywództwa, umożliwiającego skuteczną współpracę wielu działów, a także ich efektywne zaangażowanie i kształcenie.

Wyniki badania pokazują też, że istnieje konsensus co do celów, jakie CSO usiłują osiągnąć. Respondenci najczęściej, w prawie 70 proc. przypadków, na pierwszym miejscu wskazywali, że jest to przeprowadzenie zmian w zakresie modelu biznesowego danej organizacji.

CSO dzisiaj i w przyszłości

Od profesjonalistów zajmujących stanowiska dyrektorów ds. zrównoważonego rozwoju wymaga się posiadania szeregu technicznych i menadżerskich umiejętności, wśród których najczęściej wymieniane są kompetencje w zakresie: strategii, wywierania wpływu, podnoszenia świadomości i ukazywania wymiernych konsekwencji zagadnień z zakresu ESG dla pracowników ich firmy.

Zdaniem ekspertów Deloitte CSO powinni doskonale nawiązywać relacje i współpracować z wszystkimi zaangażowanymi w funkcjonowanie biznesu. Niezbędna jest też znajomość struktury organizacyjnej, a także doskonałe zorientowanie w specyfice oferty firmy.

W zależności od przedsiębiorstwa i konkretnych zadań, CSO mogą przyjmować różne style pracy: agitatora, który podważa istniejące zasady i namawia do zmian, wykonawcy, który obejmuje przywództwo w dążeniu do wyznaczonych celów, moderatora, który stara się godzić często sprzeczne interesy lub asystenta, który usprawnia zachodzące procesy. Najlepiej jednak jest, gdy potrafią zrównoważyć podejście i dostosowywać do konkretnej sytuacji. Do tego dochodzą oczywiście zdolności komunikacyjne i organizacyjne.

Pozycja w strukturach firm i skuteczność działania dyrektorów ds. zrównoważonego rozwoju w dużej mierze zależy od tego, komu podlegają. 32 proc. respondentów badania raportuje do prezesów firm, druga najpopularniejsza ścieżka (13 proc.) prowadzi do szefów działów komunikacji lub marketingu, a po 9 proc. badanych wskazało szefa HR i zarządzającego strategią. Jak wynika z raportu, część CSO podkreślała, że niezwykle ważna jest też dobra bezpośrednia relacja z prezesem – szczególnie mocno zaangażowanym w kwestie społecznej odpowiedzialności, nawet z pominięciem oficjalnych zależności służbowych.

99 proc. badanych, niezależnie od kraju, rodzaju zespołu czy konkretnej funkcji, przewiduje w ciągu najbliższych dwóch lat dalszy wzrost znaczenia zadań dotyczących zrównoważonego rozwoju i społecznej odpowiedzialności biznesu. Powoduje to, że rośnie autorytet i pozycja w strukturach firm specjalistów zajmujących się tymi kwestiami. 80 proc. badanych CSO i 72 proc. respondentów niesprawujących tej funkcji przewiduje, że w najbliższych 5 latach taka sytuacja się utrzyma i dyrektorzy ds. zrównoważonego rozwoju będą nadal pełnić osobną rolę w przedsiębiorstwach. Zaledwie 14 proc. zakłada, że funkcja nie będzie już potrzebna. Tyle samo badanych uważa, że te zadania zostaną przypisane do prezesów firm.

– W krótkiej i średniej perspektywie czasowej będziemy świadkami zmian we wszystkich sektorach gospodarki. Z badań wynika też, że w ciągu dwóch lat zrównoważony rozwój i społeczna odpowiedzialność staną się kluczowe dla sektora bankowego i ubezpieczeniowego, zarządzania, bankowości inwestycyjnej, firm ubezpieczeniowych, zarządzania ryzykiem, relacji inwestorskich oraz marketingu i brandingu. Z moich rozmów z klientami wynika, że większość banków rozpoczęła intensywne prace nad uwzględnieniem tych aspektów w swojej strategii biznesowej, często widząc w nich szanse na rozwój dodatkowych usług i budowę przewagi konkurencyjnej wobec rosnących potrzeb rynku – mówi Przemysław Szczygielski, partner, lider sektora finansowego w Deloitte Polska.

O badaniu

Badanie Institute of International Finance (IIF) oraz Deloitte zostało przeprowadzone między lipcem a wrześniem 2020 r. na grupie ponad 80 profesjonalistów o różnych specjalizacjach, zajmujących się zagadnieniami zrównoważonego rozwoju

i społecznej odpowiedzialności biznesu. Respondenci pracowali w ponad 70 instytucjach świadczących usługi finansowe z Europy, Ameryki Północnej, Azji i rynków wschodzących.

Branża pożyczkowa zamknęła 2020 rok na dużym minusie

Pandemia COVID-19 i towarzyszące jej zmiany regulacyjne na trwałe zmieniły obraz polskiego rynku pożyczek pozabankowych. Branża zanotowała w poprzednim roku 34 proc. spadek wartości udzielonego finansowania oraz 21 proc. spadek liczby przyznanych pożyczek. Z rynku zniknęła niemal jedna czwarta firm pożyczkowych – wynika z raportu Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego podsumowującego sytuację w sektorze w 2020 roku.

Sektor instytucji pożyczkowych, który już w 2019 r. odnotował stratę na poziomie ponad 122 mln złotych, znacząco odczuł skutki pandemii COVID-19. W związku z niestabilną sytuacją epidemiczną i gospodarczą z jednej strony obniżyła się wiarygodność kredytowa wielu konsumentów, a z drugiej czasowo osłabł popyt na produkty kredytowe. Dodatkowo, oprócz trudności operacyjnych związanych z nowym reżimem sanitarnym i pracą zdalną, branżę dotknęła trzykrotna obniżka stóp procentowych, wakacje kredytowe oraz ustawowe ograniczenie maksymalnej wysokości kosztów kredytu konsumenckiego o ponad 60 proc. w stosunku do wcześniej obowiązującego poziomu. Ten ostatni czynnik spowodował, że wskutek problemów ze skonstruowaniem rentownej oferty w nowych warunkach, wiele podmiotów wstrzymało aktywność, a pozostałe ograniczyły rozmiar akcji kredytowej.

Oprócz problemów legislacyjnych i operacyjnych, z jakimi mierzyły się instytucje pożyczkowe w poprzednim roku, stabilnością branży zachwiały również problemy z pozyskaniem finansowania. „Niepewna sytuacja gospodarcza i legislacyjna spowodowała znaczny spadek zaufania inwestorów do branży i wstrzemięźliwość z ich strony. Branża została także wyłączona z rządowych programów pomocowych, przez co podmioty, które nie mogły liczyć na finansowanie w ramach własnej grupy kapitałowej, miały problem z utrzymaniem płynności i pozyskaniem środków na kontynuowanie działalności kredytowej” – mówi Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego. Jak dodaje „W efekcie wiele podmiotów nie wytrzymało covidowo-regulacyjnego tsunami i wycofało się w rynku. Tylko w ciągu 2020 roku rynek skurczył się pod kątem liczby aktywnych graczy niemal o jedną czwartą”.

Głębokie spadki sprzedaży

Wyraźnie obniżona podaż pożyczek pozabankowych odbiła się na wynikach sprzedaży. Według danych CRIF wartość udzielonego finansowania przez firmy pożyczkowe w 2020 r. wyniosła 6,65 mld złotych, co oznacza spadek o niemal 34 proc. w porównaniu do wcześniejszego roku. O blisko 21 proc. spadła też liczba przyznanych pożyczek, wynosząc w 2020 roku 2,32 mln sztuk. Średnia wartość pojedynczej pożyczki w 2020 r. wyniosła 2866 zł, co stanowi o 16 proc. mniej niż rok wcześniej.Branża pożyczkowa zamknęła 2020 rok na dużym minusie

Największe załamanie na rynku odnotowano w okresie marzec-maj, kiedy branża musiała w szybkim tempie zmodyfikować ofertę produktową, dostosowując ją do nowych wymogów prawnych, a także od strony technicznej i operacyjnej przygotować się do branżowego, a następie ustawowego, memorandum kredytowego. W kwietniu 2020 r. branża odnotowała rekordowy 66 proc. spadek wartości udzielonego finansowania.

Jak zaznaczono w raporcie odnotowane spadki sprzedaży to wypadkowa dwóch czynników – ograniczonej podaży i osłabionego popytu. Przy czym w ocenie FRRF groźniejszym zjawiskiem na płaszczyźnie gospodarczej i społecznej wydaje się obniżona podaż, gdyż popyt, ściśle skorelowany z formą codziennej aktywności konsumentów i ich nastrojami, prawdopodobnie szybko odbuduje się po ustaniu lub złagodzeniu pandemii. Zredukowany stopień akcji kredytowej wynikający z mniejszej liczby firm pożyczkowych może nie być natomiast w stanie zaspokoić zapotrzebowania wśród konsumentów, kiedy poziom konsumpcji prywatnej wróci do stanu sprzed pandemii. Z kolei bariera wejścia na rynek pożyczek, a także niepewność regulacyjna i finansowa jest na tyle duża, że mało prawdopodobne wydaje się pojawienie się w sektorze nowych graczy.

W poprzednim roku dominowały pożyczki niskokwotowe

Zgodnie z przyjętą ustawą anty-covidową na czas epidemii obniżono limit kosztów pozaodsetkowych kredytu konsumenckiego do maksymalnie 21 proc. dla pożyczek udzielanych na okres powyżej 30 dni oraz 5 proc. dla pożyczek o okresie spłaty krótszym niż 30 dni.  Nowe wymogi regulacyjne zmusiły zatem firmy pożyczkowe do przebudowania oferty produktowej i dostosowania jej do nowych regulacji. Z danych CRIF w zakresie rozkładu kwotowego udzielonych pożyczek w poprzednim roku wynika, że aż 53,5 proc. wszystkich przyznanych pożyczek stanowiły pożyczki o wartości poniżej 2 tys. złotych. Kolejne 23,5 proc. to pożyczki w przedziale 2-4 tys. złotych, a pożyczki o wartości powyżej 4 tys. zł stanowiły w zeszłym roku mniej niż ¼ wszystkich sprzedanych kredytów.Branża pożyczkowa zamknęła 2020 rok na dużym minusie 2

Wzrost niepewności gospodarczej, widmo kryzysu oraz ograniczone przychody firm pożyczkowych do poziomu uniemożliwiającego pokrycie strat z tytułu niespłaconych pożyczek zmusiły branżę do zmian w polityce kredytowej. Z danych CRIF wynika, że odsetek odrzuconych przez firmy pożyczkowe konsumentów wzrósł podczas pierwszej fali pandemii do około 45 procent.

 

Jaki będzie rok 2021 na rynku pożyczek?

Sytuacja w sektorze instytucji pożyczkowych w kolejnych miesiącach jest w dużej mierze uzależniona od dalszego przebiegu pandemii i jej wpływu na gospodarkę. Istotną determinantą będzie sytuacja na rynku pracy i tempo odbudowy popytu na pożyczki, a przede wszystkim otoczenie regulacyjne.

Dane za pierwsze miesiące 2021 r. ilustrują wyraźnie obniżoną aktywność kredytową sektora w stosunku do poprzedniego roku, co z jednej strony wynika z czasowo osłabionego popytu konsumenckiego, a z drugiej strony ze znacznie mniejszej liczby aktywnych firm pożyczkowych. Przy czym zmiana ta wydaje się długookresowa. Czynnikami hamującymi odbudowę rynku, poza aspektem regulacyjnym, będą rosnące koszty prowadzenia działalności oraz utrudnione pozyskiwanie finansowania od inwestorów z rynku kapitałowego” – komentuje Mateusz Mucha z DM Navigator, doradca ekonomiczny FRRF.