Świat sponsoringu sportowego – legendarne współprace i miliardowe wydatki na promocje

Kiedy w 1928 roku Coca-Cola dostarczając napoje dla amerykańskiej reprezentacji na Igrzyska Olimpijskie w Amsterdamie zamieściła przy tym swoje reklamy, być może jeszcze nieświadomie rozpoczęła erę sponsoringu w sporcie. Pół wieku później ten sposób reklamowania wkroczył na stadiony w USA i Europie Zachodniej, a potem dotarł również do środowisk klubowych w Polsce.[1] Według najnowszego raportu Sports Sponsorship Investment[2] wydatki firm na reklamę i marketing sportowy na 2020 rok były szacowane na 48 miliardów dolarów. A w ciągu pięciu ostatnich lat wzrosły o około 20 proc. Liczby te zweryfikowała pandemia i mocno ograniczyła dotychczasowe działania globalnych marek, ale czy całkowicie? Jakie branże wydają najwięcej na sponsoring sportowy i z którymi legendarnymi klubami współpracują? Jakie trendy zdominują ten sektor w kolejnym pandemicznym roku?

Sponsoring sportowy przez ostatnie kilkadziesiąt lat przeszedł ewolucję od prezentacji logotypów na szyldach reklamowych do realizacji złożonych kampanii promocyjnych, w których zaangażowane są nie tylko marki, ale i znane osobistości świata sportu. Firmy, które inwestują w tę dziedzinę, jako najważniejsze wymieniają budowę świadomości marki i jej wizerunku, prestiż, zawiązywanie emocjonalnych relacji z odbiorcami i wzrost lojalności wobec marki, ze sprzedażą swoich produktów na czele. Badania zachowań konsumentów wielokrotnie potwierdzały, że ludzie chętniej nabywają artykuły sponsorów, a nawet czasem są skłonni zapłacić więcej, jeśli wspiera bliskie im drużyny, reprezentacje czy zawodników.

Sponsoring sportowy – kto wydaje najwięcej?

Według raportu Sports Sponsorship Investment najwięcej na sponsoring sportu wydają branże: finansowa (5,3 mld dolarów w 2019 roku), motoryzacyjna (2,4 mld), sprzedaż detaliczna (1,3 mld), telekomunikacyjna (1 mld) i alkoholowa (0,85 mld). Ta ostatnia budzi najwięcej emocji, bo pojawiają się głosy sprzeciwu, że tzw. „procentów” nie powinno się mieszać z rywalizacją sportową. Te głosy są jednak w mniejszości, a pokazują to roczne wydatki na sponsoring właśnie w tej branży. Jeszcze kilka lat temu zbadał je portal Sportcal.com [3]i oszacował, że to około 765 mln dolarów i prognozuje się, że będą rosły. Z raportu wynikało, że w czołowej dziesiątce firm osiem to kompanie piwowarskie. To głównie efekt tego, że w wielu krajach na świecie reklama piwa, pod pewnymi warunkami, jest dozwolona. Dalej w kolejności byli producenci szampana, wina i cydru.

Branża piwna w świecie sponsoringu sportowego

Marki browarnicze liczą na dotarcie do masowego odbiorcy, a do tego piwo jest zwykle najtańszym dostępnym alkoholem i kojarzonym ze sportem oglądanym przez kibica. Z tego powodu tak często możemy oglądać piwne brandy w sportowych realiach. – Po pierwsze jest tu wysoka zbieżność grup docelowych. Kibice znacząco pokrywają się z konsumentami piwa. Co więcej, obydwie grupy są populacyjnie bardzo duże i regularnie spożywają ten rodzaj alkoholu, więc tym bardziej są atrakcyjne dla koncernów – uważa Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska.

Potentatem jest amerykański Anheuser-Busch InBev, który wydaje około 250 mln dolarów rocznie (jako marka Bud Light) na partnerstwo z ligą amerykańskiego footballu NFL, a do tego jest także oficjalnym sponsorem reprezentacji Anglii w piłce nożnej. Kolejna marka z tej kompanii – Budweiser od 1994 roku jest sponsorem mundialu w piłce nożnej, czyli jednej z największych imprez sportowych na świecie. Wydaje rocznie około 85 mln dolarów.

– Marki alkoholi, w tym głównie piwa, zwróciły się w stronę sportu w nadziei, że dotrą do podstawowej grupy docelowej, czyli mężczyzn w średnim wieku. Liczą, że współpraca z zespołami i zawodnikami, udział w zwycięstwach i porażkach sprawi, że zbudują też lojalność wśród kibiców podsumował Conrad Wiacek ze Sportcal.

Prysznic po bawarsku

Kompanie piwowarskie działają nie tylko przy największych wydarzeniach sportowych, ale są też sponsorami klubów. Często dotyczy to lokalnych browarów. Jednym z przykładów jest długoletnia współpraca Bayernu Monachium i Paulanera. Każde mistrzostwo Niemiec w XXI wieku, a Bayern zdobył ich aż 14, jest świętowane podobnie. Jeszcze na murawie piłkarze dostają kilkulitrowe pokale wypełnione piwem, biegają po boisku i próbują oblać kolegę z drużyny, trenerów lub działaczy. Relacje ze świętowania zwykle obiegają cały świat. Producent piwa wykorzystuje też bardzo popularne w Niemczech święto Oktoberfest. Piłkarze z partnerkami zakładają bawarskie stroje i biorą udział w piwnej biesiadzie. Do tego za każdego gola w lidze Paulaner przekazuje 100 litrów piwa dla kibiców. W tym sezonie sam Robert Lewandowski, zapewnił fanom Bayernu już 3500 litrów.

Choć najczęściej sport sponsorują koncerny piwowarskie, to na taki krok decydują się także producenci win i szampanów, a nawet mocniejszych trunków. W tym przypadku częściej dotyczy to dyscyplin „elitarnych”, kojarzących się zamożnością i prestiżem, ale także współpracujących z legendarnymi klubami sportowymi.

Kiedy jeden diabeł szuka drugiego – sponsoring sportowy w świecie win

Jednym z ciekawych przykładów z branży winiarskiej jest współpraca Manchesteru United i Casillero del Diablo. W tym przypadku można mówić o naturalnym partnerstwie. Angielski klub nosi bowiem przydomek „Czerwone Diabły”, a cała legenda wokół chilijskiego wina jest osnuta na diable, który pilnuje szlachetnego trunku. Inicjatywa współpracy wyszła z Manchesteru, który w 2010 roku miał wysłać list, że „szuka jeszcze jednego diabła” do zespołu.

Efektem partnerstwa są reklamy wina na bandach podczas meczów Premier League, ale także filmy reklamowe z udziałem największych gwiazd drużyny m.in. Zlatana Ibrahimovicia, Waynea Rooneya, Juana Maty czy Davida De Gei. We wspólnie zorganizowanym konkursie „Spotkanie Legend” do wygrania jest wyjazd dla 26 osób z całego świata, w tym z Polski, na stadion Manchesteru United i rozegranie meczu o Puchar Diabła na murawie Old Trafford.

– Te dwie wielkie firmy łączy nie tylko diabeł, ale też to, że należą do marek premium. Manchester to jeden z najbardziej znanych klubów sportowych na całym świecie. W 2020 roku był warty ponad 3,8 mld dolarów, co dało mu dziesiąte miejsce w rankingu i trzecie wśród klubów piłkarskich – podkreśla Dawid Piotrowski, specjalista ds. marketingu marki Casillero del Diablo. – Z kolei Casillero del Diablo to ikona win z Nowego Świata i najbardziej znane wino z Ameryki Południowej. To najlepszy ambasador Chile na całym świecie. Jest obecne w większej liczbie krajów na świecie niż działa chilijskich ambasad. A więc zarówno w piłce nożnej, jak i w produkcji wina łączy nas nasz legendarny duch, determinacja i pasja do doskonałości.

Świeżym przykładem, że koronawirus nie stanął na drodze branży alkoholowej w inwestowaniu w sport, jest podpisana pod koniec marca czteroletnia umowa między Hiszpańskim Związkiem Piłki Nożnej, a winnicą Familia Torres. Marka wina Sangre de Toro (Krew byka) została sponsorem reprezentacji kobiet, mężczyzn i zespołów młodzieżowych U-21 Hiszpanii. Będzie widoczna podczas najważniejszych imprez – mistrzostw Europy, mistrzostw świata czy Igrzysk Olimpijskich. Producent wina zaznacza, że piłka nożna to największe źródło rozrywki na świecie. 2 miliardy ludzi oglądało Euro w 2016 roku, a prawie 3,6 mld mundial dwa lata późnej i podkreśla, że wpływ na sprzedaż produktów jest ogromny.

– Dzielimy się naszą miłością do piłki nożnej z kibicami i wspieramy reprezentacje. Chcemy wspólnie świętować życie i wznosić toasty za zwycięstwa z przyjaciółmi i rodziną. Piłka nożna i wino łączą ludzi, a także budują przyjaźnie – mówi Sanda Sanabria, dyrektor marketingu marki.

Szampan i truskawki ze śmietaną

Jedną z tradycji tenisowego turnieju na Wimbledonie są szampan i truskawki ze śmietaną. Co roku na kortach All England Lawn Tennis and Croquet Club sprzedaje się około 28 ton owoców i 25 tys. butelek „wina z bąbelkami”. Francuski szampan Lanson jest oficjalnym partnerem wielkoszlemowego turnieju od 2001 roku, a współpracuje od 1977 roku. Przygotowuje specjalne edycje butelek, których grafika nawiązuje do tenisowej rakiety czy zielonej murawy, na której grają tenisiści. Na partnerstwo z najbardziej prestiżowym turniejem tenisowym wydaje około 4 mln dolarów rocznie.

Jeśli chodzi o naprawdę mocne alkohole, to od ubiegłego roku nowym partnerem najlepszej ligi koszykarskiej na świecie NBA – został koniak Hennessy. Kolejny przykład to whisky Canadian Club, które jest partnerem tenisowego turnieju Australian Open. W tym roku kanadyjska marka przedłużyła umowę o kolejne siedem lat. – Prestiżowe „produkty” sportowe są wręcz idealne do prezentowania towarów luksusowych, a zwłaszcza do budowy wizerunku tych produktów i docierania do odpowiedniej grupy docelowej. W marketingu sportowym występuje tzw. efekt aureoli, który pozwala na przenoszenie cech i atrybutów sponsorowanego wydarzenia czy klubu sportowego na reklamowany produkt – podkreśla Grzegorz Kita.

Prognozy na 2021 rok – esport rośnie najmocniej

Sponsoring nadal będzie mocno obecny w tradycyjnym sporcie – choćby z tego powodu, że odbędą się kluczowe imprezy przeniesione z ubiegłego roku – Igrzyska Olimpijskie w Tokio czy mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Coraz bardziej będzie rosła jego rola w e-sporcie. W 2020 roku wydatki firm sięgnęły 800 mln dolarów. To wzrost o 20 proc. w porównaniu do 2019 roku.

E-sport daje możliwość kontaktu z młodszą publicznością, do której dostęp był do tej pory utrudniony. To też nowa droga dla firm, dla których promocja marek w tradycyjnym sporcie skomplikowała się z powodu pandemii. Według analizy Nielsen Sports „The changing value of sponsorship” wydatki z ery przedcovidowej na e-sport wzrosną z 347 mln dolarów do 842 mln dolarów w 2025 roku.

[1] Jarosław Kończak, Ewolucja i trendy w sponsoringu sportowym, UW

[2] https://www.warc.com/newsandopinion/news/global-ad-trends-tokyo-olympics-drives-sports-sponsorship-new-record/43161

[3] „Sponsorship Sector Report: Alcoholic Beverages”; https://www.sportcal.com/News/Search/121339

Jak uratować branżę gastronomiczną w kryzysie? Nowe rozwiązanie FPP

Podczas kryzysu pandemicznego cierpimy wszyscy – przedsiębiorcy, pracownicy i budżet państwa. Nie wszystkie branże jednak przyjęły równie mocne uderzenie od koronawirusa. W niektórych dzieje się dużo gorzej niż w innych. Jedną z nich jest branża gastronomiczna – która już od roku nie działa na pełnych obrotach, a obecnie znajduje się na granicy załamania. Jak jej pomóc? Federacja Przedsiębiorców Polskich proponuje rozwiązanie, które pozwoli innym przedsiębiorcom solidaryzować się z kolegami z sektora gastronomicznego, ulży im w płaceniu składek ZUS za pracowników, a nawet potencjalnie sypnie pieniędzmi do kasy państwa. Mowa o usprawnieniu systemu pracowniczych bonów lunchowych.

Zwróciliśmy się do państwa z projektem zwiększenia możliwości finansowania posiłków pracowniczych przez pracodawców ze 190 złotych do 560 złotych. Jednocześnie, żeby zachęcić pracodawców do wydawania takich bonów, rekomendujemy zdjęcie z nich składki na ubezpieczenia społeczne i PIT-u – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Branża gastronomiczna od dłuższego czasu jest wyłączona i nie może pracować. Nie może wypracowywać przychodów i zysków – przez co znalazła się na skraju upadłości. Uważamy, że proponowane przez nas rozwiązanie uratuje około 100 tysięcy miejsc pracy w gastronomii, a także przyniesie zwiększone wpływy do kasy państwa. Pobudzi bowiem popyt na usługi gastronomiczne, co wygeneruje zwiększony wpływ z VAT do budżetu. Mamy nadzieję, że rząd dostrzeże potencjał tego rozwiązania i w najbliższym czasie skieruje ustawę do prac legislacyjnych – apeluje Kowalski.

Polityka NBP względem złotego

Państwo posiada wiele narzędzi, dzięki którymi może ratować gospodarkę przed działaniem różnorakich kryzysów. Podobnie rzecz ma się w przypadku kryzysu pandemicznego, z którym wciąż walczymy. Jedną z instytucji państwowych, która odgrywa w tym procesie ważną rolę, jest Narodowy Bank Polski. To organ, który w aktywny sposób może wspierać popyt na rynku i ruch inwestycyjny w kraju. Już na początku pandemii COVID-19 Narodowy Bank Polski podjął działania mające na celu wsparcie polskiej gospodarki w czasach kryzysu. Jedno z nich, chociaż na pierwszy rzut oka nie do końca zrozumiałe, bardzo pomogło sektorowi eksportowemu w odbiciu się od dna. Wydaje się, że Bank Centralny będzie kontynuował tę politykę nie tylko w Polsce, ale także na rynkach światowych. Będzie chciał wspierać eksporterów. Dotychczas to działanie przynosi dobre skutki. Polski eksport dosyć szybko zaczął odreagowywać, bo ożywił się już w drugiej połowie 2020 roku.

– Obserwowaliśmy oczywiście serie obniżek stóp procentowych, ale to nie jedyne działanie, które przeprowadził Bank Centralny. NBP stoi po stronie eksporterów i wspiera ich korzystnym kursem walutowym. Zwłaszcza pod koniec 2020 roku mieliśmy do czynienia z interwencjami walutowymi, które osłabiły złotego. Im słabszy złoty, tym większe są przychody z eksportu – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface. – Posługując się badaniami przeprowadzonymi wśród eksporterów przez Narodowy Bank Polski można oszacować, że najwyższy poziom wartości waluty – przy którym eksport przestaje być opłacalny – to 4 złote i 7 groszy. Jesteśmy więc obecnie na bezpiecznym poziomie z ceną około 4,60 złotego za 1 euro. Poza konkurencyjnością jakościową produkcji – czynnik kosztowy, wspierany dodatkowo przez atrakcyjny poziom kursu walutowego, pozostaje więc dosyć istotny. Oczywiście nie tylko działania Banku Centralnego będą miały wpływ na kształtowanie się kursu walutowego. Bardzo istotne jest podejście zagranicznych inwestorów do naszej gospodarki i do naszej waluty. Wygląda na to, że złoty wchodzi w długoterminowy trend umacniania się – wraz z postępującym procesem ożywienia gospodarczego. Pojawią się jednak na pewno okresowe czynniki, które będą miały negatywny wpływ na kurs walutowy. Chociażby sytuacja sektora bankowego, kwestia rozwiązania sprawy kredytów frankowych. To może sprawić, że pomimo działań Banku Centralnego, chwilowe wahania i fluktuacje w kursie walutowym będą widoczne – przewiduje Sielewicz.

Rząd proponuje nowy sposób na poprawę dostępności tanich mieszkań na wynajem

Czy prywatni właściciele mieszkań zechcą je wynajmować osobom i rodzinom o niskich dochodach? Są kraje, np. Belgia i Francja i Wielka Brytania, w których znaleziono na to sposób. Rząd liczy, że podobnie będzie i u nas. Mają w tym pomóc społeczne agencje najmu.

W Sejmie ma się dziś odbyć pierwsze czytanie projektu ustawy, na podstawie której będą mogły działać społeczne agencje najmu, zwane SAN-ami. Założenie jest następujące: prywatny właściciel wydzierżawiłby mieszkania SAN, a ta wynajęłaby je lokatorowi wskazanemu przez gminę. Przy czym właściciel musiałby się zadowolić czynszem nawet o 20% niższym w stosunku do cen na rynku komercyjnym. W zamian SAN gwarantowałby właścicielowi regularne wpływy z tytułu czynszu oraz wsparcie prawne i administracyjne.

Rząd przekonuje, że chętni się znajdą, bo obecnie wiele mieszkań na wynajem stoi pustych z powodu pandemii COVID-19. Ponadto część właścicieli dojdzie do wniosku, że lepiej zarobić mniej, ale mieć święty spokój. Co ważne, właściciele, którzy wydzierżawią mieszkania SAN, nie płaciliby podatku dochodowego. Z kolei najemcy SAN, którzy spełnią kryterium dochodowe, mogliby skorzystać z dopłaty do czynszu w ramach rządowego programu Mieszkanie na Start oraz z dodatku mieszkaniowego.

– Na papierze program wydaje się atrakcyjny. Obawiam się jednak, że szczególnie w największych miastach, nie będzie łatwo przekonać właścicieli do współpracy z SAN-ami – komentuje ekspert portalu GetHome.pl Marek Wielgo.

Zwraca uwagę, że w niektórych miastach właściciele mieszkań mają alternatywę – mogą pozbyć się „kłopotu” zarządzania najmem powierzając je wyspecjalizowanej firmie. Jej usługi mogą być tańsze od utraconych wpływów z tytułu dzierżawy mieszkania SAN. Ponadto większość wynajmujących zawiera roczne umowy najmu, aby dostosowywać stawkę czynszu do zmieniających się warunków rynkowych. W przypadku wydzierżawienia mieszkania SAN, umowa byłaby kilkuletnia. Projekt ustawy nie określa zaś sposobu waloryzacji czynszu dzierżawnego. Ta kwestia ma podlegać negocjacjom. Najbardziej prawdopodobnym rozwiązaniem wydaje się być waloryzacja czynszu o wskaźnik inflacji. Co prawda obecnie właścicielom może się to opłacać, ale nie wiadomo, czy tak będzie np. za rok. W poprzednich latach czynsze rynkowe rosły szybciej od inflacji.

Właściciele musieliby się również pogodzić z tym, że nie mają wpływu na to, kto dostanie klucze do ich mieszkania. Zajmą je bowiem lokatorzy wskazani przez gminę na podstawie przyjętych przez nią kryteriów.

– Najpewniej każdy właściciel, który będzie rozważał dzierżawę, zada też sobie pytanie: czy SAN w należyty sposób zadba o stan techniczny mojego mieszkania? W przypadku tego rodzaju spółek tworzonych przez gminy, mogą pojawić się wątpliwości – mówi ekspert GetHome.pl.

Co prawda SAN mógłby zobowiązać się do przeprowadzania remontu dzierżawionego lokalu. Koszty poniósłby jednak właściciel, bo musiałby odpowiednio obniżyć czynsz dzierżawny lub zrezygnować z niego przez jakiś czas. Dodajmy, że projekt dopuszcza wypowiedzenie umowy dzierżawy. Właściciela obowiązywałby jednak roczny okres wypowiedzenia.

W naszym kraju SAN-y promuje od kilkunastu lat chrześcijańska fundacja Habitat for Humanity Poland. Wskazuje, że z powodzeniem działają one m.in. w Belgii, Francji i Wielkiej Brytanii. Fundacja utworzyła eksperymentalny SAN w Warszawie, który dysponuje 44 lokalami, w tym 24 najętymi od prywatnych właścicieli. Najemcami są głównie osoby wychodzące z bezdomności, uchodźcy czy ofiary przemocy w rodzinie, którym gmina nie była w stanie zapewnić dachu nad głową.

– Niestety, gminy bardzo słabo radzą sobie z realizacją ustawowego zadania, jakim jest zaspakajanie potrzeb mieszkaniowych gospodarstw domowym o niskich dochodach – przyznaje Marek Wielgo.

I wskazuje na ostatnie dane GUS, z których wynika, że po mieszkania komunalne czeka w kolejce ponad 150 tys. osób i rodzin, które ze względu na zbyt niskie zarobki nie mogą one sobie pozwolić na zakup mieszkania za kredyt lub na najem na zasadach rynkowych. Tymczasem, nie dość, że zasoby mieszkaniowe gmin systematycznie się kurczą, to nowych powstaje niewiele. W ostatnich 10 latach gminy wybudowały 19,2 tys. mieszkań, czyli średnio ok. 1,9 tys. na rok. Na statystyczną gminę przypada więc niespełna 1 lokal.
Ile mieszkań budowały gminy1

Rząd liczy, że społeczne agencje najmu będą zakładały przede wszystkim gminy w formie spółek działających na zasadach non profit, czyli nie dla zysku (ewentualny zysk musi być przeznaczany na zadania statutowe). Ustawa umożliwi też tworzenie SAN-ów w formie fundacji, stowarzyszeń i spółdzielni socjalnych. Warunkiem prowadzenia przez SAN działalności jest zawarcie z gminą umowy o współpracy, która określi m.in. zasady podziału odpowiedzialności za nieuregulowane należności czynszowe najemców SAN w przypadku wypowiedzenia lub wygaśnięcia umowy najmu.

Habitat Poland ma kilka zastrzeżeń do rozwiązań proponowanych przez rząd. Przede wszystkim SAN-y powinny być wspólnymi przedsięwzięciami gmin i organizacji pozarządowych, które mają kompetencje i doświadczenie w tym zakresie. Prowadzenie SAN wymaga bowiem ogromnego zaangażowania. Np. konieczny jest stały kontakt z najemcami oraz natychmiastowa reakcja na pojawiające się zaległości czynszowe. Chodzi o to, żeby nie dopuścić do sytuacji, że najemca nie będzie już w stanie się z nich wygrzebać. Życie pokazuje, że w zasobach mieszkaniowych gmin zaległości czynszowe są ogromnym problemem, bo urzędnicy reagują często zbyt późno.

Habitat Poland zwraca również uwagę, że to SAN-y powinny prowadzić nabór najemców spośród osób spełniających kryteria ustalone przez gminę. Zdaniem tej fundacji w ustawie powinien się też znaleźć przepis, który zobowiązywałby gminy do pokrywania wszystkich nieuregulowanych należności czynszowych.

Podsumowanie drugiego półrocza 2020 w branży centrów handlowych

  • Polska Rada Centrów Handlowych prezentuje najnowsze wydanie Raportu Retail Research Forum zawierającego podsumowanie sytuacji sektora centrów handlowych w drugiej połowie roku 2020.
  • Publikacja przedstawia wpływ ograniczeń w funkcjonowaniu obiektów handlowych na strukturę rynku nowoczesnych powierzchni handlowych i apetyty inwestorów.
  • Na podstawie obserwacji zachowań konsumentów w okresach otwarcia centrów handlowych po lockdownach, eksperci wysnuwają ostrożne pozytywne wnioski dotyczące poziomów odwiedzalności, konwersji i gotowości klientów do wzmożonej realizacji potrzeb zakupowych w nadchodzących miesiącach.

Podaż powierzchni handlowej w drugiej połowie 2020 r.

Podaż powierzchni handlowej na koniec zeszłego roku wynosiła ponad 12 mln mkw. Główną część, bo 86 proc. tego wyniku stanowią centra handlowe, ponad 11 proc. – parki handlowe i nieznacznie ponad 2 proc. – centra wyprzedażowe. W ciągu ostatnich 5 lat nastąpiła niewielka zmiana udziału parków handlowych w podaży powierzchni handlowej, od 2015 roku wzrósł on o 3 p.p. W tym samym okresie udział centrów handlowych w całkowitych zasobach powierzchni handlowej zmniejszył się o niecałe 4 p.p.

W 2020 r. do użytkowania oddano o 4 proc. więcej powierzchni handlowej niż w roku poprzednim – łącznie 280 tys. mkw. GLA, z czego w drugiej połowie roku rynek zasiliło ponad 135 tys. mkw. GLA. Najwięcej, bo aż 74 proc. nowej podaży w ostatnich sześciu miesiącach 2020 r. zrealizowano w miastach do 100 tys. mieszkańców. W największych aglomeracjach do użytkowania oddano jedynie 20 proc. nowej powierzchni handlowej, co wynika z wysokiego nasycenia w nich powierzchnią handlową. Pozostałe 6 proc. zasiliło miasta średniej wielkości o liczbie od 200 tys. do 400 tys. mieszkańców.

Powierzchnie handlowe w budowie w 2021 r.

Aktualnie w budowie jest 394 tys. mkw. GLA nowoczesnej powierzchni handlowej z terminem otwarcia planowanym na 2021 r. Połowa budowanej obecnie powierzchni handlowej jest dedykowana formatowi parków handlowych, a kolejne 42 proc. będą stanowiły tradycyjne centra handlowe. Format mixed-use stanowi 6 proc. budowanej powierzchni, a 1 proc. to centra wyprzedażowe. Największy realizowany obecnie projekt będzie miał 30 tys. mkw. GLA.

Nasycenie powierzchnią centrów handlowych

Nasycenie powierzchnią centrów handlowych dla całej Polski na koniec 2020 r. osiągnęło poziom 324 mkw./1000 mieszkańców. Po ukończeniu powstających obecnie obiektów wartość tego wskaźnika wzrośnie do 336 mkw./1000 mieszkańców. Roczny potencjał zakupowy konsumentów przypadający na jeden metr istniejącej i  budowanej powierzchni wynikający z zestawienia podaży powierzchni z Ogólną Siłą Nabywczą GfK w miastach z centrami handlowymi wynosi 56 100 zł, a w ośmiu największych aglomeracjach kształtuje się na poziomie średnio 60 500 zł.

 

„W pierwszej połowie 2020 r. na bazie wartości Siły Nabywczej GfK dla Handlu Detalicznego, wyrażającej potencjalną wartość wydatków w handlu detalicznym, w tym zakupów w centrach handlowych, opracowaliśmy prognozę spadku wydatków na skutek pandemii COVID-19. Według najbardziej prawdopodobnego scenariusza spadek wydatków w handlu detalicznym w 2020 r. wyniósł  od 11,7 do 19,3 proc. w poszczególnych powiatach. Powrót do poziomów sprzedaży sprzed epidemii w związku z wprowadzonymi obostrzeniami w 2021 r. najprawdopodobniej przesunie się na pierwszą połowę 2022 r. pod warunkiem, że nie nastąpią kolejne ograniczenia w handlu” – podsumowuje Przemysław Dwojak, Senior Director w GfK

Inwestycje w sektorze nieruchomości komercyjnych w 2020 r.

Pomimo ogólnoświatowego kryzysu ekonomicznego i poważnych reperkusji dla sektora nieruchomości aktywność inwestorów obejmująca zakupy w Polsce utrzymała się na zadowalającym poziomie Wolumen transakcji inwestycyjnych na rynku nieruchomości komercyjnych (obejmujących obiekty handlowe, biurowe i przemysłowo-logistyczne) był w 2020 r. w Polsce o ok. 30 proc. niższy niż w rekordowym pod tym względem 2019 r. i wyniósł ponad 5,3 mld euro. Zawirowania w branży wywołane pandemią, a przede wszystkim ograniczenia nakładane na działalność sklepów i usług spowodowały spadek apetytu inwestorów na nieruchomości handlowe. W tym segmencie w 2020 r. sfinalizowano transakcje o wartości 658 mln euro – trzy razy niższej niż w 2019 r., co stanowi także ok. 30 proc. średniego wolumenu transakcji z poprzednich pięciu lat.

„W najnowszym raporcie skupiliśmy się na przedstawieniu stanu aktualnego, ostrożnie podchodząc do prognozowania przyszłości. PRCH analizuje na bieżąco dane dotyczące odwiedzalności i obrotów zwłaszcza w okresach otwarcia centrów handlowych. Każdorazowo po lockdownach szybko odbudowują się i stabilizują poziomy odwiedzalności centrów handlowych. Mamy też do czynienia z wyższą konwersją, a wysokie średnie paragony pokazują gotowość klientów do wzmożonej realizacji potrzeb i odreagowania okresu zamknięcia. Wzrastająca świadomość klientów, postępujące szczepienia i profesjonalne przygotowanie centrów handlowych do pracy w okresie pandemii skłaniają do spojrzenia na rok 2021 z nadzieją na powrót do wyników sprzed pandemii – zwłaszcza w obszarze obrotów” – komentuje Krzysztof Poznański, Dyrektor Zarządzający PRCH.

Raport dostępny jest do pobrania dla wszystkich na stronie PRCH: https://prch.org.pl/pl/baza-wiedzy/24-retail-research-forum?start=0  

EY: choć efektami pandemii niepokoimy się nieco mniej, wciąż trzymamy wydatki w ryzach

Jak wynika z trzeciej już lokalnej edycji badania EY Future Consumer Index, Polacy nieco mniej niż jeszcze pół roku temu niepokoją się skutkami pandemii. Choć zdrowie, finanse i przyszłość zawodowa nie są już obecnie tak dużym powodem zmartwień, nie oznacza to, że kwestie te nie oddziałują na zachowania konsumenckie.

Biorąc pod uwagę poszczególne aspekty codziennego życia, bardzo duży niepokój o finanse osobiste odczuwa obecnie 16,4% ankietowanych, co oznacza spadek o kilka punktów procentowych z poziomu 21,6% zanotowanego kilka miesięcy temu. Nawet umiarkowanego niepokoju o swoją sytuację finansową nie odczuwa obecnie 27% badanych – pół roku temu było to niespełna 20%. Z 6,8% w październiku ubiegłego roku do 8% w marcu bieżącego roku wzrosła też liczba tych osób, które w ogóle nie odczuwają żadnego zaniepokojenia stanem swoich domowych budżetów.

Jak bardzo jest Pan|i zaniepokojony|a wpływem pandemii COVID-19 w poszczególnych dziedzinach życia…

Jak bardzo jest Pan zaniepokojony wpływem pandemii COVID-19 w poszczególnych dziedzinach życia

Próbując wybiec w przyszłość i ocenić perspektywy dla finansów osobistych za 12 miesięcy, największa grupa badanych (40,9%) zadeklarowała, że nie spodziewa się żadnej zmiany swojej sytuacji finansowej. Lepszej, lub nawet znacznie lepszej kondycji domowych budżetów oczekuje 35% badanych (w październiku 32,7%), a jej pogorszenia lub znacznego pogorszenia – 24,2% (w październiku 28,5%).

Mniejszy niepokój o finanse może być pokłosiem większego komfortu, jaki ankietowani odczuwają w związku ze swoją sytuacją zawodową. Patrząc na dane dotyczące niepokojów związanych z pracą – odsetek bardzo zaniepokojonych spadł w marcu do 12,7% z 16,8% w październiku ubiegłego roku. Wzrosła również liczba w ogóle niezaniepokojonych i zaniepokojonych, ale w stopniu małym i umiarkowanym. Podobnie jak w przypadku finansów, badani odczuwający obawę związaną swoją sytuacją zawodową w perspektywie najbliższych 12 miesięcy, stanowią mniejszy odsetek niż jeszcze kilka miesięcy temu. Martwi się o nią obecnie 39,3%, co oznacza spadek o nieco ponad 3 punkty procentowe w porównaniu do października.
choć efektami pandemii niepokoimy się nieco mniej, wciąż trzymamy wydatki w ryzachNajbardziej stopniały natomiast obawy o stan zdrowia. Podczas gdy jeszcze blisko pół roku temu bardzo zaniepokojonych tą kwestią było ponad 24% badanych, w marcu tak silne obawy o zdrowie wyraziło niespełna 18% uczestników ankiety EY Polska. Wzrosła tym samym grupa osób, które swoim stanem zdrowia nie niepokoją się w ogóle.

choć efektami pandemii niepokoimy się nieco mniej, wciąż trzymamy wydatki w ryzach 2

– Z edycji na edycję naszego badania obserwujemy, że Polacy coraz mniej – przynajmniej na poziomie deklaratywnym – obawiają się konsekwencji pandemii. Trzeba mieć na uwadze, że III edycja EY Future Consumer Index została przeprowadzona jeszcze przed gwałtownym wzrostem liczby zakażeń w marcu, ale tendencja ta utrzymywała się dotychczas bez względu na poprzednie zmiany sytuacji epidemicznej. To znamienne, ponieważ globalne wyniki badania pokazują z kolei diametralnie inną tendencję i z edycji na edycję wzrost niepokoju o zdrowie, rodzinę i przyszłość. Od początku badania największy ogólny niepokój widać było w krajach takich jak Indie czy Brazylia. O zdrowie bardzo martwią się Amerykanie i Japończycy. W Chinach i Niemczech spory niepokój powoduje niepewność dotycząca sytuacji finansowej. Na tym tle Polska zdecydowanie się wyróżnia i w każdej z tych kategorii odnotowujemy poprawę nastrojów o podobnej zresztą skali. To pokazuje że po początkowym wzroście niepokojów, które obserwowaliśmy z początkiem pandemii, z każdym kolejnym kwartałem sytuacja w ocenie respondentów jest lepsza – mówi Łukasz Wojciechowski, Partner, Lider Sektora Handlu i Produktów Konsumenckich EY.

Wydatki w ryzach, oszczędności w cenie

Mimo nieco lepszych nastrojów i bardziej optymistycznych deklaracji niż jeszcze kilka miesięcy temu, wciąż z dużą uwagą i ostrożnością podchodzimy do kwestii finansowych i – jak wynika z badania EY Polska – niezmiennie trzymamy wydatki w ryzach, jednocześnie starając się oszczędzać więcej. Wprawdzie podobna liczba respondentów jak w październiku deklaruje, że wydaje pieniądze z większą rozwagą w porównaniu do czasu sprzed pandemii (obecnie 58,9%), to jednak pytani o konkretne zachowania zakupowe, ankietowani deklarują, że bliżej przyglądają się produktom w swoim koszyku zakupowym. Obecnie 34,1% ankietowanych zmienia marki produktów, które kupuje, aby obniżyć koszty. Wcześniej na takie działanie decydowało się aż o 10 pkt proc. respondentów mniej. Większego znaczenia niż jeszcze miesiąc temu nabrało także w trakcie zakupów kryterium ceny. Kieruje się nim obecnie 59,1%, podczas gdy w październiku było to 53,3%.

Liczy się również to, jakiego rodzaju produkty wkładamy do koszyka. Ograniczanie wydatków na artykuły inne niż niezbędne (czyli na przykład nowe ubrania, przedmioty kosmetyczne, artykuły gospodarstwa domowego) dotyczy 54,4% badanych, podczas gdy w październiku stosowanie tego typu ograniczeń zakupowych deklarowało 45% z nich.

Czy jednak wydatki będziemy trzymać w ryzach dłużej? Jeszcze w październiku ankietowani częściej niż obecnie mówili o ograniczaniu ich w dłuższym terminie w zależności od kategorii produktów. Teraz 37,2% respondentów deklaruje, że w ciągu najbliższych 6-12 miesięcy zamierza zmniejszyć kwotę, którą wydaje na produkty inne niż podstawowe (np. odzież, buty, kosmetyki, itp.), a w październiku było to 39,1%. Mniej na produkty z grupy „uroda i kosmetyki” zamierza wydawać niespełna 10% ankietowanych (w październiku ograniczenie takie planowało ponad 15%), na odzież i obuwie wydatki ograniczać w przyszłości chce niespełna 15% (wcześniej prawie 20% ankietowanych). Coraz więcej osób (obecnie blisko 55%, w poprzedniej edycji badania niespełna 50%) planuje powrócić również do wydatków na podobnym poziomie jak przed pandemią, jeśli chodzi o usługi kosmetyczne.

Niezależnie od tego, jak będą wyglądać wydatki Polaków w przyszłości, obecne trzymanie ich w ryzach spowodowało, że możliwe stało się oszczędzanie. Gromadzić pieniądze stara się 65,3% ankietowanych w badaniu EY Polska, a to tendencja rosnąca, biorąc pod uwagę, że jeszcze kilka miesięcy temu poziom ten nie przekraczał 60%. W dłuższej perspektywie bardziej oszczędzać planuje 52,1% ankietowanych co oznacza również wzrost w porównaniu z październikiem, kiedy takie plany miało 50,3%.

– Ograniczanie wydatków przy jednoczesnej poprawie ogólnych nastrojów, również tych związanych z sytuacją finansową, w pierwszej chwili wydaje się być zaskakującym zestawieniem. Przyczyn takiego stanu rzeczy można jednak upatrywać co najmniej w dwóch obszarach. Pierwszy to różnice między deklaracjami a faktycznym stanem rzeczy, tzn. martwimy się o swoją sytuację i jesteśmy bardziej ostrożni niż jesteśmy skłonni przyznać. Drugi dotyczy wymuszonych zachowań. Polacy mogli zauważyć, że przy znacznym ograniczeniu codziennych aktywności i spędzając większość czasu w domu, możliwe jest oszczędzanie większych kwot. Oszczędności mogą wynikać zarówno z faktu, że część wydatków stała się zbędna, jak i z tego, że ich realizacja została odgórnie ograniczona. Wybiegając nieco w przyszłość można postawić hipotezę, że część osób zaoszczędzone w tej chwili pieniądze potraktuje jako bufor, który po zakończeniu pandemii pozwoli wrócić do poprzednich zwyczajów i dawnego sposobu życia „z przytupem”, wynagradzając sobie tych kilkanaście miesięcy ograniczeń – dodaje Grzegorz Przytuła, Associate Partner EY-Parthenon, ekspert Sektora Handlu i Produktów Konsumenckich EY.

Kiedy życie wróci do normy?

Blisko 11% ankietowanych uważa, że COVID-19 w ogóle nie wpływa na ich styl życia. Największa grupa – blisko 28% – spodziewa się jednak jego powrotu do normy w ciągu najwyżej 12 miesięcy po zakończeniu pandemii. 24,4% ankietowanych nie jest natomiast w stanie w ogóle ocenić, ile czasu może zająć powrót do normalności. Czy dystrybucja szczepionek może coś zmienić w tej kwestii? 26,3% ankietowanych przez EY Polska spodziewa się, że COVID-19 przestanie wpływać na ich sposób życia, gdy tylko przyjmie szczepionkę. Jednocześnie 23,5% ankietowanych uważa, że nawet bez szczepień, COVID-19 nie wpływa na ich życie znacząco.

Patrząc na poszczególne aspekty życia i przewidywania dotyczące ich powrotu do normalności po zakończeniu pandemii, badani przez EY Polska spodziewają się, że najszybciej – bo w ciągu dosłownie dni od jej końca – będą mogli wrócić do swoich zwyczajów związanych z robieniem zakupów. Więcej niż jeden na trzech ankietowanych spodziewa się takiego obrotu sprawy i to znacząca różnica w porównaniu z październikiem, kiedy ankietowani oczekiwali, że będą potrzebować miesięcy, by powrócić do normalności.choć efektami pandemii niepokoimy się nieco mniej, wciąż trzymamy wydatki w ryzach 3Również pozytywniej niż podczas poprzedniej edycji badania oceniona została szybkość powrotu do normalnego trybu pracy. Tu również najwięcej osób wskazuje, że będą to dni, a nie jak jeszcze w październikowej edycji badania – miesiące. Zmniejszyła się tym samym grupa tych, którzy uważali że będą potrzebowali na ten proces miesięcy czy nawet lat.

ey-fci-praca-powrot.jpg.renditionNie tak jednoznacznie wygląda natomiast sytuacja, biorąc pod uwagę czas powrotu sytuacji finansowej do stanu sprzed pandemii, ponieważ przy jednoczesnym wzroście odsetka ankietowanych uważających, że wystarczą dni, by finanse osobiste były jak przed pandemią, to jednocześnie wzrosła też liczba osób deklarujących, że w ich przypadku proces ten zajmie lata.

ey-fci-finanse-powrot.jpg.rendition

– Powrót do dawnego sposobu robienia zakupów to efekt tego, że po pierwszych, ubiegłorocznych niepokojach związanych z odwiedzaniem fizycznych placówek handlowych, w ostatnich miesiącach mogliśmy już obserwować wzmożony ruch, np. w sklepach spożywczych. Polacy od początku dobrze czuli się i często korzystali szczególnie ze sklepów spożywczych typu convenience z tzw. sąsiedztwa, a także sklepów z materiałami remontowymi i wyposażeniem wnętrz (relatywnie więcej czasu na majsterkowanie oraz drobne remonty). Choć zamknięcie galerii handlowych wyparło część handlu do Internetu, od początku w naszych badaniach padały deklaracje, że jeśli będzie możliwy powrót do tradycyjnych zakupów ubrań czy obuwia, Polacy mogą powrócić do tego typu modelu. Jednak otwartym pytaniem pozostaje przyszły balans pomiędzy poziomem zakupów realizowanych w Internecie vs. sieć stacjonarna, gdyż raczej mało realnym wydaje się powrót do nawyków sprzed pandemii. Podobne tendencje widać również w biurach – po pierwszym lockdownie, firmy częściowo udostępniały pracownikom przestrzenie do pracy, z czego część osób chętnie i regularnie korzystała. Trzeba też pamiętać, że po długich miesiącach walki z pandemią Polacy oswoili się już z obostrzeniami i może okazać się, że część z nich traktują już jak nową normalność np. dla pracy zdalnej – dodaje Arkadiusz Gęsicki, Lider EY-Parthenon w Polsce i Krajach Bałtyckich, ekspert Sektora Handlu i Produktów Konsumenckich EY.

O badaniu EY Polska
Trzecia polska edycja badania „EY Future Consumer Index” przygotowana przez EY Polska przeprowadzona została w dniach od 23 lutego do 1 marca 2021 roku 2021 roku na grupie 1001 osób w wieku 18-65 lat. Swoim zasięgiem badanie objęło cały kraj i wszystkie grupy społeczne. Respondenci odpowiadali na pytania dotyczące obecnych zachowań zakupowych, nastrojów i przewidywanych postaw w najbliższej przyszłości.

O globalnym badaniu EY Future Consumer Index
Cykliczne badanie EY Future Consumer Index pozwala śledzić zmieniające się nastroje i zachowania konsumentów w różnych horyzontach czasowych i na rynkach globalnych, identyfikując nowe wyłaniające się segmenty konsumentów. Badanie pokazuje zarówno tymczasowe reakcje na sytuację spowodowaną pandemią COVID-19 oraz te, które wskazują na bardziej fundamentalne zmiany. Szósta globalna edycja EY Future Consumer Index objęła 14 483 konsumentów w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Brazylii, Francji, Włoszech, Niemczech, Hiszpanii, Danii, Szwecji, Finlandii, Norwegii, Indiach, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Arabii Saudyjskiej, Chinach, Indonezji, Japonii, Australii i Nowej Zelandii, a badanie przeprowadzono w tygodniu od 25 stycznia do 4 lutego 2021 r.

Praca od silversa

Polacy starzeją się w szybkim tempie. Obecnie co siódmy, a za 40 lat już co trzeci mieszkaniec naszego kraju, będzie miał 65 lat lub więcej. W 2050 r. liczba osób w wieku 60+ wzrośnie do 13,7 mln osób. To spora grupa, która potrzebuje i będzie potrzebowała opiekuna, obecnie stanowiącego „towar deficytowy”. Starsi ludzie biorą sprawy w swoje ręce i szukają wsparcia, za które są gotowi płacić. Potrzeb jest wiele, a na zarobek mogą liczyć nie tylko pracownicy branży medyczno-opiekuńczej, ale też „złote rączki”, fryzjerzy, kosmetyczki czy osoby wyprowadzające psy na spacer.

W 2021 r. prognozowany deficyt zawodowy dotyczy m.in. lekarzy, fizjoterapeutów i masażystów, pielęgniarek i położnych oraz opiekunów osoby starszej lub niepełnosprawnej (Barometr zawodów). Pogłębianie braków kadrowych w wymienionych profesjach jest obserwowane od kilku lat. Biorąc pod uwagę dane demograficzne zapotrzebowanie na usługi z branży medyczno-opiekuńczej, które już jest wysokie, nadal będzie rosło. Wzrosty mogą dotyczyć też innych profesji spełniających oczekiwania starszych ludzi np. kosmetyczek, osób sprzątających mieszkania, gotujących posiłki, opiekujących się grobami bliskich czy załatwiających sprawy urzędowe.

Praca wynikająca z potrzeb

To, że wielu naszych rodaków potrzebuje wsparcia, potwierdzają dane ZUS wskazujące, że – tylko w styczniu 2021 r. – przyznano 99,1 tys. świadczeń rehabilitacyjnych, liczba osób pobierających rentę z tytułu niezdolności do pracy wyniosła 659,9 tys., a renty socjalne wypłacono 289,1 tys. Polaków. Liczną grupę stanowią także emeryci, których w pierwszym miesiącu tego roku było niemal 6 mln (5 986,2 tys.).

Nie każdego seniora stać na stałą opiekę i nie każdy też otrzyma ją od państwa. Jest jednak spora grupa, która potrzebuje niewielkiej pomocy w codziennych obowiązkach. Niestety, nie zawsze mogą na nią liczyć, bo owdowieli, ich dzieci mieszkają daleko, a oni nie utrzymują relacji z sąsiadami. Dlatego sami szukają płatnych form wsparcia, w – często z pozoru błahych – czynnościach, które okazują się być dla nich barierą nie do pokonania. Pomoc tej grupie jest potrzebna, tym bardziej że wiele osób izoluje się w swoich mieszkaniach, wynika z badania SeniorApp – pierwszej w Polsce aplikacji mobilnej stworzonej dla poszukujących i oferujących pomoc w opiece i sprawach życia codziennego. Ludzie po 60-tce ograniczają swoją aktywność – w wielu przypadkach – do minimum. Tylko 45 proc. wychodzi z domu często, 29 proc. opuszcza go w konkretnych celach np. idzie do sklepu, lekarza, apteki, na spacer, spotkać się z bliskimi. 25 proc. rzadko wychodzi z mieszkania i tylko wtedy, gdy jest to konieczne, 1 proc. wcale nie wychodzi z domu.

Wieloobowiązkowe wynagrodzenie

Jak wynika badania Platformy SeniorApp najczęstsze wsparcie, którego szukają seniorzy i za które chcą płacić, dotyczy opieki w ciągu dnia, towarzystwa w trakcie spacerów, gotowania posiłków, robienia zakupów, realizacji recept, drobnych napraw i prac remontowych, wyprowadzania psa na spacer, sprzątania mieszkania oraz załatwienia sprawy urzędowej. Poszukiwane są także usługi rehabilitantów oraz te z sektora beauty – fryzjerzy i kosmetyczki z dojazdem do domu. Wzrasta też popularność osób oferujących opiekę nad grobami bliskich.

– Płatna pomoc dedykowana grupie osób starszych, która – w czasach covid-19 – szczególnie potrzebuje wsparcia jest niezbędna. Cieszy nas, że coraz więcej Polaków wybiera tę formę aktywności zarobkowej pozwalającej im podreperować domowy budżet – podkreśla Przemysław Mroczek, współtwórca platformy SeniorApp. – Wynagrodzenie za godzinę tego typu pracy jest uzależnione od m.in. od obowiązków, z których trzeba się wywiązać. Za 60 minut spaceru z psem można otrzymać ponad 20 pln netto, stawka za sprzątnie mieszkania przez 1 h wynosi średnio 30 pln netto, przygotowanie i dostarczenie posiłku, osoby myjące nagrobki zarobią za usługę do 100 pln netto, a fryzjerzy czy kosmetyczki od 50 pln wzwyż – mówi Przemysław Mroczek.

Chcą sprzątać i wprowadzać psa na spacer

Oprócz przedstawicieli branży medyczno-opiekuńczej oferujących opiekę dzienną i nocną, konsultacje lekarskie czy rehabilitację prym wiodą też inne zajęcia. Najwięcej zainteresowanych dodatkowym zarobkiem (58 proc.) oferuje sprzątanie mieszkania i mycie okien, 54 proc. będzie robić zakupy, tyle samo wyprowadzi psa na spacer, 52 proc. wykona drobne naprawy lub prace remontowe, 28 proc. może przygotować i dostarczyć posiłek, 11 proc. oferuje usługi tj. kosmetyczna i fryzjer z dojazdem do domów. Wielu z nich (25%), za określoną stawkę wahającą się od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych  jest gotowych praktycznie od zaraz rozpocząć świadczenie usług, których oczekują osoby starsze, by móc podreperować budżet, który w czasach covid-19 został wyraźnie nadszarpnięty.

Polscy przedsiębiorcy w pandemii. Krajowy biznes ma problem z narzędziami kryzysowymi?

Analitycy z Głównego Urzędu Statystycznego nie mają wątpliwości – rok 2021 jest wyjątkowo niewdzięcznym czasem dla krajowego biznesu. Nie jest również tajemnicą, że w rolę głównego winowajcy wcielił się covid, choć w przedsiębiorców uderza nie tylko pandemia. Na standing rodzimych firm uderzają także zaostrzające się przepisy podatkowe, konieczność dostosowywania swoich przedsiębiorstw do zmieniającego się otoczenia biznesowego, jak również kłopoty w pozyskaniu finansowania zewnętrznego. W takiej scenerii na pierwszy plan wysuwa się umiejętność zarządzania organizacją w kryzysie. Niestety, właściciele polskich spółek nadal nie posiadają szerokiej wiedzy w tym zakresie, która na Zachodzie jest już standardem.

Jest źle, a może być jeszcze gorzej

Szybkie przypomnienie najbardziej dokuczliwych statystyk: w 4. kwartale 2020 roku gospodarka skurczyła się o 2,8 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej, a stopa bezrobocia w ciągu ostatnich 12 miesięcy wzrosła z 5,5 do 6,5 proc. Przychody rodzimych firm z kolei liczone od początku poprzedniego sezonu do końca 3. kwartału 2020 roku spadły o 4,2 proc. w porównaniu z rokiem 2019. Naturalną konsekwencją takiego anturażu jest więc odczuwalny spadek liczby nowo rejestrowanych podmiotów. W ubiegłym roku na krajowym rynku pojawiło się 311 794 przedsiębiorstwa, co przekłada się na spadek rzędu 12,4 proc. względem roku 2019. Czy pandemia oraz czynniki prawodawcze wpływają również na wartość przeterminowanych zobowiązań? Nie jest to novum w takiej sytuacji, ponieważ w rejestrach KRD odnotowano już 9,4 mld zł długów. Co na to sami przedsiębiorcy?

Złą passę roku 2021 najbardziej odczuł segment małych i średnich przedsiębiorstw. Niestety, z racji niekorzystnych warunków gospodarczych, załamanie następuje dynamicznie, bardziej gwałtownie, a biznesowy zegar tyka coraz szybciej. W tej sytuacji liczy się przede wszystkim gruntowna znajomość możliwości pomocowych, właściwe rozpoznanie problemów oraz skuteczny scenariusz działań naprawczych. Pomimo że przedsiębiorcy coraz częściej korzystają z możliwości restrukturyzacji, rodzi się pytanie czy przy tej okazji nie popełniają błędów. Przyjrzymy się zatem bliżej jak polskich realiach wygląda proces podejmowania takich decyzji przez przedsiębiorców i w jaki sposób winien zostać zmodyfikowany.

Etapy kryzysu i chowanie głowy w piasek

Istnieją 4 etapy typowego kryzysu w polskim przedsiębiorstwie.
Pierwszym z nich jest nieświadoma niekompetencja, kiedy to przedsiębiorcy nie zauważają sygnałów świadczących o utracie płynności lub podświadomie odrzucają je, gdyż myśl o początkach kryzysu stawia zarząd poza własną strefą komfortu i wymagało by podejmowania szybkich, a często radykalnych kroków co nie zawsze sprzyja moralom zespołu i otoczeniu rynkowemu. W drugim etapie niekompetencja staje się już świadoma, a kryzys jest skrzętnie ukrywany przed ogółem kontrahentów. Zarządzający starają się poradzić z efektem kryzysu w najprostszy dostępny im sposób, a więc dodatkowo zadłużają firmę, celem spłaty zaległych zobowiązań. To rozwiązanie jednak w większości przypadków nie przynosi długoterminowych efektów. Jak uczą nas doświadczenia kilkuset postępowań restrukturyzacyjnych, w większości przypadków źródłem problemów nie był bowiem brak kapitału obrotowego. Niedobory środków finansowych są najczęściej bowiem objawem kryzysu a nie jego powodem. Bez dotarcia do rzeczywistego powodu złej sytuacji, zlikwidowanie objawów nie powoduje wyleczenia. Tym bardziej, że kredyty trzeba spłacać, a zatem po pewnym czasie sytuacja powraca tylko w większym gwałtownym wymiarze. Trzecią fazą, jest spirala zadłużenia. Sytuacja w której nie możemy spłacić zasięgniętych zobowiązań finansowych powoduje iż właściciele bądź zarządzający firmami sięgają po kolejne pożyczki. Niestety na tym etapie zaciąganie kredytów staje się niemożliwe bądź bardzo drogie. Przedsiębiorcy nie bacząc na koszty zaciągają wysokooprocentowane pożyczki, które tym bardziej nie mają szans być spłacone. Ponadto, nawarstwiające się problemy powodują, że przedsiębiorca stara się rozwiązać problem poprzez samodzielne rozmowy z pojedynczymi Wierzycielami

Jednakże działania w pojedynkę (przy jednoczesnym braku odpowiedniej wiedzy i zaplecza narzędziowego) najczęściej prowadzą do czwartego etapu – nazywanego przez nas ucieczką.. Jest to moment, gdy dochodzi do zniechęcenia, ucieczki przed problemem i rezygnacji z dalszych kroków. Przedsiębiorcy zaczynają wątpić w możliwość skutecznego zapanowania nad sytuacją, co w konsekwencji prowadzi do egzekucji komorniczej, prób wyprowadzenia majątku, bądź przeniesienia części działalności do innego podmiotu. Taki scenariusz może się zakończyć dodatkowymi konsekwencjami prawnymi, które obejmują także ryzyko odpowiedzialności karnej.

Każdy z etapów to również rosnąca presja, która nieustannie towarzyszy narażonym na konsekwencje swoich decyzji przedsiębiorcom. Dochodzi również kwestia kurczącego się horyzontu czasowego, niestety większość właścicieli dopiero na trzecim bądź czwartym etapie zgłasza się do specjalistów, czyli doradców restrukturyzacyjnych. W dużej części przypadków są to decyzje spóźnione, które w konsekwencji uniemożliwiają ratowanie przedsiębiorstwa. Stąd też zjawisko notorycznego zamykania postępowań restrukturyzacyjnych brakiem zawarcia układu.

Tymczasem najlepszy moment na restrukturyzację to etap drugi, podczas którego można podejmować działania naprawcze bez wprowadzania przedsiębiorstwa w spiralę zadłużenia, która często kończy się upadłością lub likwidacją.

Analiza na pierwszy miejscu

Pierwszych symptomów kryzysu nie można bagatelizować. Często są nim pogorszenie rzetelności płatniczej kontrahentów, a to ważny moment, w którym warto poświęcić czas na głębszą analizę źródła problemu. Aby mogła ona jednak być rzetelna i pomocna, zawczasu musimy zadbać o posiadanie w firmie właściwego zakresu danych analitycznych, które mogą być następnie przedmiotem przeglądu.

Choć nie pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że jest to strategia korporacyjna, nawet w małych firmach możemy zaplanować konieczność gromadzenia ważnych dla nas danych (np. średni czas płatności naszych kontrahentów, poziom zobowiązań przeterminowanych powyżej 14 dni, poziom rentowności zbywanych lub produkowanych przez nas produktów itp.). Tylko posiadając zbiór informacji, które można skutecznie analizować, jesteśmy w stanie ustalić źródło problemu. Nie interesuje nas bowiem usuwanie jedynie objawów kryzysu co przy żadnej chorobie nie zmierza do uleczenia. Właściwa droga wiedzie jedynie poprzez użycie odpowiednich narzędzi nakierowanych na usunięcie faktycznych przyczyn problemów.

Samodzielna kuracja vs lekarz

Sam fakt pojawienia się symptomów wskazujących na pogorszenie kondycji przedsiębiorstwa, nie jest jeszcze równoważne zdefiniowaniu powodów, dla których ono nastąpiło. Brak czasu lub niewystarczające kwalifikacje to pierwsze sygnały, aby pomyśleć o wsparciu zewnętrznym. Na rynku działa wiele podmiotów prowadzących analizy przyczyn pogorszenia kondycji finansowej, a tylko rzetelne zdiagnozowanie przyczyn kryzysu może doprowadzić do ustalenia skutecznego planu naprawczego. Dlaczego tak istotna jest konsultacja ze specjalistą? Ryzyko złej diagnozy może spowodować większe straty, a całkiem zasadnym porównaniem jest analogia do branży medycznej. Pacjent odczuwający pierwsze symptomy choroby, często próbuje się na początku leczyć sam, skupiając się głównie na leczeniu objawów, a nie przyczyn złego samopoczucia. W większości przypadków i tak kończymy u specjalisty. Ważnym jest jednak aby kontakt ten nastąpił w pierwszej fazie choroby, a nie w momencie, gdy coraz trudniej o całkowite wyleczenie.

Ułożenie i wdrożenie planu działań naprawczych to kolejny etap skutecznego przeciwdziałania kryzysom. W praktyce oznacza to konieczność przeprowadzenia restrukturyzacji przedsiębiorstwa w ujęciu całościowym oraz restrukturyzacji jego zadłużenia. W pierwszym przypadku w grę najczęściej wchodzą aspekty związane ze strategią funkcjonowania na rynku oraz optymalizacją struktury firmy i jej procesów. W drugim z kolei przedsiębiorca powinien wykorzystać narzędzia prawne, jakie dają możliwości uporządkowania sytuacji finansowej.

Restrukturyzacja zadłużenia wymaga zawarcia umowy z licencjonowanym doradcą restrukturyzacyjnym. Najważniejszym z narzędzi przewidzianych przez polskie prawo jest uregulowane przez Ustawę „prawo restrukturyzacyjne” postępowanie restrukturyzacyjne, czyli proces przeciwdziałający ryzyku upadłości firmy poprzez umożliwienie jej zawarcia układu z wierzycielami. Jego otwarcie może dać przedsiębiorcy liczne korzyści, w tym: uzyskanie ochrony przed wierzycielami na okres postępowania, profesjonalną pomoc od doradcy restrukturyzacyjnego, a także możliwość redukcji zadłużenia, umorzenia odsetek i rozłożenia spłat na dogodne raty.

Najczęściej stosowaną obecnie procedurą jest uproszczone postępowanie o zatwierdzenie układu. W tym przypadku otwarcie postępowania oraz uzyskanie ochrony przed wierzycielami odbywa się bez udziału sądu, a jedynymi warunkami, jakie należy spełnić, są: podpisanie umowy z licencjonowanym doradcą restrukturyzacyjnym oraz publikacja ogłoszenia w „Monitorze sądowym i gospodarczym”. Trzeba jednak mieć na względzie iż wybór odpowiedniej formy postępowania musi być skorelowany z planem restrukturyzacyjnym oraz indywidualną sytuacją przedsiębiorstwa. Obserwując masowe otwieranie obecnie uproszczonych postępowań restrukturyzacyjnych oraz bardzo niski poziom zawieranych w ramach tych postępowań układów, dochodzimy do wniosku iż często nie przeprowadzono właściwej analizy co do sposobu postępowania. Wydaje się nawet, iż część przedsiębiorców chce w ten sposób „kupić” sobie jedynie trochę czasu, zabezpieczając się przed działaniami wierzycieli. Bez rzetelnego planu restrukturyzacyjnego, proces ten raczej ma niewielkie szanse sukcesu.

Nie taka restrukturyzacja straszna

Całkowicie naturalna obawa przedsiębiorców przed otwieraniem postępowania restrukturyzacyjnego najczęściej związana jest z rzekomym ryzykiem niesamodzielnego zarządzania firmą, potencjalnymi konsekwencjami dla struktury lub reakcją otoczenia na tego typu decyzje. W głowach przedsiębiorców pojawia się coraz więcej znaków zapytania, więc i w tym kontekście sprawdzi się analogia z diagnozą postawioną przez lekarza specjalistę. Jak to leczenie wpłynie na nasze samopoczucie, czy w związku z nim będziemy mieli jakieś ograniczenia, czy przyniesie ono skutek? Zarówno jednak w pierwszym, jak i drugim przypadku odpowiedź jest jedna – po prostu trzeba to zrobić.

Tylko dzięki tym działaniom, nasza firma przetrwa. Obecni na rynku licencjonowani doradcy to specjaliści wysokiej klasy, którzy przez wiele lat gromadzili wiedzę w obszarze ratowania firm. Coraz więcej instrumentów prawnych jest uruchamianych celem poprawy skuteczności tych działań. Jednym z takich narzędzi jest ustawa o pomocy publicznej w celu ratowania lub restrukturyzacji przedsiębiorców. Dzięki tej ustawie przedsiębiorcy mogą wesprzeć prowadzone przez siebie działania naprawcze, pomocą publiczną, która może przybrać formę pomocy finansowej bądź wsparcia kapitałowego.

W całym procesie coraz większą rolę odgrywają także służby wsparcia skupione wokół doradców restrukturyzacyjnych. Tworzone są m.in. przez szereg ekonomistów, prawników, finansistów czy doradców podatkowych, których głównym zadaniem jest pomoc przedsiębiorstwu w sytuacji kryzysowej. Kluczem do zaufania takiemu zespołowi jest weryfikacja dotychczasowych osiągnięć, kompetencji i doświadczenia.

Prawo zdynamizuje działania naprawcze

Zmieniające się przepisy coraz częściej będą wymuszać na przedsiębiorcach stosowanie działań o charakterze naprawczym czy sanacyjnym. Instytucje finansujące staną się posiadaczami coraz większej dawki informacji o przedsiębiorcach, a rejestry dłużników najpewniej zdynamizują swoje działania. Obecnie trwają zaawansowane prace nad zmianą ustawy o Krajowym Rejestrze Dłużników, która może wejść w życie już w lipcu br. Umożliwi ona dostęp do szeregu informacji wskazujących na rzeczywiste problemy z zadłużeniem.

Coraz trudniej zatem będzie ukryć rzeczywistą sytuację, a pozostawienie sprawy bez rozwiązania utrudni codzienne funkcjonowanie firmy. W tej sytuacji nie pozostaje nic innego jak szybki kurs przyswojenia nowej wiedzy przez przedsiębiorców i jeszcze sprawniejsze reagowanie na sytuacje kryzysogenne.

Największą bolączką wielu polskich firm cały czas pozostaje brak świadomości w zakresie możliwych działań, jakie należy przeprowadzić w sytuacji kryzysowej. Właściwie przeprowadzone postępowanie restrukturyzacyjne jest kluczem do skutecznego postawienia danej organizacji na nogi – warunkiem jest tylko zdecydowana reakcja we właściwym momencie pogłębiania się problemu.

Autor: Mariusz Grajda — Partner Zarządzający i członek Zarządu MGW Corporate Consulting Group

GUS nie skorygował inflacji. Stabilizacja na rynkach

Po bardzo burzliwych tygodniach kilka spokojniejszych dni na rynkach nikomu źle nie zrobi. Taką sytuację mamy teraz, ponieważ środa była wyjątkowo spokojna jak na ostatnie czasy. Taki odpoczynek po nagłej przecenie złotego z wtorku pozwolił trochę odetchnąć części osób.

Euro wciąż mocne

Produkcja przemysłowa opublikowana wczoraj dla strefy euro okazała się słabsza od oczekiwań. Analitycy spodziewali się 1,6% spadku wobec oczekiwanego 0,8% spadku. Na rynku dane te nie wzbudziły dużego zamieszania, gdyż w ostatnich dniach poznaliśmy dane cząstkowe dla najważniejszych gospodarek, co pozwoliło lepiej się inwestorom przygotować na ten odczyt. W rezultacie wczoraj byliśmy świadkami zaledwie wstrzymania ruchu wzrostowego euro wobec dolara.

Nastroje za oceanem

Wczoraj poznaliśmy zawartość tak zwanej beżowej księgi. Jest to zbiór informacji o bieżącym stanie gospodarki przygotowana przez 12 regionalnych oddziałów współtworzących Rezerwę Federalną. Nie znalazło się tam za wiele przełomowych wiadomości. To, że gospodarka przyspiesza, widać przecież po danych makroekonomicznych. To, że wraz ze wzrostem gospodarczym pojawiła się presja inflacyjna, też nie jest zagrożeniem. Wydatki konsumentów rosną, ale biorąc pod uwagę rozesłane bony rządowe, nie powinno to dziwić. Generalnie raport utwierdził nas w tym, że postrzeganie stanu gospodarki przez FED nie uległo zmianie.

GUS nie skorygował inflacji

Dzisiaj od rana poznaliśmy finalne dane na temat zmian cen w Polsce. Wstępne dane ze wzrostem do 3,2% zrobiły trochę zamieszania na rynku, bo to wynik blisko górnej granicy celu inflacyjnego. Taki wzrost sugerował, że oczekiwania dalszych obniżek stóp procentowych wyraźnie się odsunęły w czasie, gdyż przy rosnącej inflacji byłby to bardzo ryzykowny ruch. Część analityków zaczęła nawet spekulować o możliwym wzroście stóp procentowych, ale szybko na rynek trafiła prognoza mówiąca o przejściowym charakterze inflacji. W tle złoty utrzymuje swoją wartość w okolicach 4,55 zł za euro.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Regulacja pracy zdalnej

W marcu 2021 r. minął rok odkąd wielu pracowników biur przeszło na tak zwany home office i ten tryb pracy w dobie pandemii stał się standardem oraz chętnie wykorzystywanym rozwiązaniem przez większość pracodawców. Organizacyjnie pracodawcy dość dobrze poradzili sobie z przejściem na taki system pracy, jednak z uwagi na praktycznie brak regulacji prawnych teraz przepisy muszą nadążyć za zmianami na rynku, które obserwujemy.

Obecnie, na podstawie tzw. ustawy covidowej z marca 2020 r. przedsiębiorcy mogą kierować pracowników do pracy zdalnej w okresie obowiązywania stanu epidemicznego lub stanu epidemii oraz do trzech miesięcy po ich odwołaniu. Przepisy te są jednak dość ogólne i lakoniczne. Obowiązujący w Polsce kodeks pracy też nie przewidywał możliwości pracy zdalnej w takim stopniu i w takim zakresie, z jakim mamy do czynienia w dobie pandemii. Wciąż pozostaje sporo otwartych pytań, zatem naturalna jest próba przystosowania prawa do nowej rzeczywistości. Wpisują się w to prace nad projektem dotyczącym zapisu o pracy zdalnej w Kodeksie Pracy, o których poinformowało Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii. Celem resortu jest wpisanie na stałe pracy zdalnej do Kodeksu Pracy i zastąpienie nowymi przepisami dotychczasowego zapisu o telepracy.

Widać, że zapisy regulujące pracę zdalną mają mieć charakter na tyle ogólny, by pozostawić furtkę do uzgodnień między pracodawcami i pracownikami. Prawdopodobnie resort nie chce powtarzać błędów, które pojawiły się przy próbie uregulowania telepracy: bardzo szczegółowe uregulowanie przepisów dot. telepracy spowodowało bowiem, że ta forma świadczenia pracy po prostu nie przyjęła się. Przepisy te uważane są za przeregulowane, a w wielu przedsiębiorstwach pracownicy umawiali się na pracę z domu bez stosowania przepisów o telepracy. W nowych realiach firmy będą musiały w swoich regulaminach pracy określić, jak ma wyglądać u nich praca z domu i ustalić zasady, wedle których ta ma się odbywać. Z jednej strony pozwoli to elastycznie podchodzić do ustalenia, jak ma wyglądać praca zdalna u konkretnego pracodawcy, ale z drugiej – pozostawia więcej możliwości do nadużyć z jego strony. Pracownik może bowiem mieć bardzo ograniczone prawo głosu przy tych ustaleniach.

W projekcie zaproponowano, by praca zdalna mogła być wykonywana całkowicie lub częściowo w miejscu zamieszkania pracownika lub w innym miejscu ustalonym przez pracownika i pracodawcę. Nie ma jeszcze jednak informacji jak zostaną uregulowane kwestie dotyczące zasad bezpieczeństwa i higieny pracy oraz koszty wykonywania pracy zdalnej – chyba dlatego, mimo zapowiedzi, dotyczących szybkiego uregulowania pracy zdalnej prace nad projektem jeszcze trwają.

Autorem komentarza jest Valeria Jeleńska, Prezes Zarządu w JP Business Law Firm