Tradycyjna telewizja, serwisy streamingowe, muzyka i gaming – oto jak najczęściej korzystamy z telewizorów

W związku z sytuacją pandemiczną w całym kraju wprowadzone zostały dodatkowe obostrzenia, co oznacza między innymi zamknięcie kin i teatrów. Częściej będziemy zatem sięgać po rozrywkę w domu. Współczesne telewizory to prawdziwe centra rozrywki. Jak pokazuje badanie przeprowadzone na zlecenie TP Vision, właściciela marki Philips TV & Sounds, korzystając z nich, wciąż najczęściej sięgamy po tradycyjną telewizję. Popularne stają się jednak również serwisy streamingowe online, słuchanie muzyki czy gaming.

Wiele możliwości w smart TV

Współczesne telewizory z technologią smart i dostępem do internetu pozwalają korzystać z szerokiej gamy rozrywki. Wśród Polaków wciąż najpopularniejsza jest tradycyjna telewizja. Warto jednak podkreślić, że najczęściej wybiera ją mniej niż połowa ankietowanych – 47%. Za nią uplasowały się inne sposoby korzystania z telewizora, w tym platformy streamingowe. Filmy, seriale czy programy dokumentalne ogląda za ich pośrednictwem 15% ankietowanych, Z serwisów video, takich jak YouTube, korzysta na telewizorze 12%. Blisko 8% wykorzystuje telewizor do słuchania muzyki, a prawie 6% do gamingu.

Współczesny telewizor to domowe centrum rozrywki. Dzięki możliwości połączenia z internetem i szerokiej gamie aplikacji, daje wiele możliwości. Wciąż pojawiają się na rynku nowe rozwiązania, które ułatwiają wykorzystanie potencjału nowoczesnych telewizorów. W gamingu jest to choćby aplikacja eForce NOW umożliwiająca grę w chmurze, bezpośrednio na telewizorze. W telewizorach Philips gwarantujemy też wysoką jakość dźwięku – zarówno poprzez soundbary, jak i wbudowane głośniki, rozwijane wspólnie z Bowers & Wilkins, firmą doskonale zananą melomanom. Dźwięk jest ważny podczas oglądania filmu, serialu, wydarzeń sportowych, a szczególności dla tych użytkowników, którzy wykorzystują telewizor do słuchania muzyki – stwierdza Marcin Habzda, dyrektor generalny TP Vision w Polsce.

Rozrywka i informacje

Zarówno rozrywka, jak i chęć zdobycia najnowszych informacji to dwa główne powody, dla których korzystamy z telewizora. Każdą z tych dwóch opcji wskazało 79% ankietowanych. Dla ponad 23% telewizor to źródło inspiracji – zarówno telewizja, jak i serwisy streamingowe oraz video oferują szeroką gamę programów poradnikowych, związanych z kuchnią, aranżacją wnętrz czy modą. 18% stwierdziło natomiast, że włączony telewizor to remedium na uczucie samotności. 14% wskazało, że urządzenie pomaga im zająć dzieci – odsetek ten wzrasta do 41% wśród osób, które mają pociechy w wieku do 13 lat.

Zapewnienie dostępu do informacji i rozrywki to dwa cele, które od początku przyświecały producentom telewizorów. W związku z rozwojem nowoczesnych technologii zmienił się jednak sposób, w jaki możemy dostarczać je kupującym nasze urządzenia – podsumowuje Marcin Habzda z TP Vision.

O badaniu

Badanie online przeprowadzone przez PanelWizard Direct na reprezentatywnej grupie 1027 osób w wieku od 18 do 75 roku życia w dniach 24-29 września 2020 roku.

Haitong Bank – wyniki finansowe za 2020 r

Haitong Bank opublikował wyniki finansowe za 2020 r. W ujęciu globalnym bank inwestycyjny odnotował zysk netto na poziomie 1,6 mln EUR, przy przychodach z działalności bankowej wynoszących 82 mln EUR. Instytucja w okresie dynamicznych zmian na rynkach finansowych wzmocniła swoją pozycję kapitałową i płynnościową. Na koniec ubiegłego roku wskaźnik CET1 wynosił 22,7 proc., a TCR 28,5 proc.

Bank inwestycyjny odnotował w 2020 r. zysk netto na poziomie 1,6 mln EUR. Istotnym elementem, który przyczynił się do utrzymania korzystnych wyników finansowych była optymalizacja kosztów działalności. Koszty operacyjne wyniosły 58 mln EUR (spadek o prawie 20 proc. r/r). Przełożyło się to na zysk operacyjny na poziomie 24 mln EUR.

Pomimo wyjątkowej sytuacji na rynkach, przychody z działalności bankowej wyniosły w ubiegłym roku 82 mln EUR. Taki wynik jest efektem otwarcia się rynku w drugiej połowie roku, gdyż w pierwszych 6-ciu miesiącach Haitong Bank odnotował przychody z tego segmentu na poziomie 24 mln EUR.

Wzmocnienie fundamentów

W 2020 r. Haitong Bank zwiększył jakość swoich aktywów – wskaźnik kredytów zagrożonych spadł do 1,9 proc. z 3,6 proc. w 2019 r. W ubiegłym roku bank inwestycyjny skupił się również na wzmacnianiu pozycji kapitałowej i płynnościowej. Na koniec 2020 r. wskaźnik CET1 wynosił 22,7 proc., a łączny współczynnik kapitałowy (TCR) 28,5 proc. Natomiast wskaźnik staiblnego finansowania netto (NSFR) osiągnał poziom 157 proc. Dzięki wzmocnieniu bilansu Haitong Bank może rozwijać ofertę kredytową, gwarancji na emisje obligacji czy zabezpieczeń.

Haitong Bank dzięki obecności na rynkach w Azji, Europie i Ameryce Łacińskiej może dywersyfikować swoje źródła przychodów i efektywnie realizować przyjętą strategię, minimalizując wpływ zmienności na światowych rynkach finansowych. Rok 2020 okazał się dla naszej instytucji ważnym testem. Okazało się, że obrany kilka lat temu kierunek rozwoju i solidne fundamenty finansowe, pozwalają nam stale rozwijać biznes pomimo wyzwań panujących zarówno na rynkach kapitałowych, jak i w branżach, w których działają nasi klienci – mówi Ryszard Hermanowski, Head of Investment Banking w Haitong Bank w Polsce.

Haitong Bank konsekwentnie realizuje przyjętą 3 lata temu strategię umacniania swojej pozycji na rynkach w Europie, Ameryce Łacińskiej i Chinach. Instytucja pozostała odporna na negatywne skutki gospodarcze pandemii COVID-19 dzięki współpracy z klientami korporacjami i instytucjonalnymi. Ten unikalny model biznesowy sprawia, że Haitong Bank odgrywa kluczową rolę w ekspansji grupy HAITONG na świecie.

Przez zmiany klimatu uprawy rolnicze wymagają coraz większego nawadniania. W przyszłości może czekać nas zmiana modelu produkcji i wzrost cen dla konsumentów

Skutki zmiany klimatu będą mieć dla produkcji rolnej w Polsce poważne konsekwencje. Zmienia się rozkład opadów i rośnie temperatura, co sprawia, że część roślin przestanie być uprawiana. Jednocześnie rolnictwo odpowiada za największe zużycie wody. W większości wykorzystuje wody powierzchniowe, jednak częstsze susze i brak opadów sprawiają, że coraz częściej rolnicy sięgają po sztuczne nawadnianie. – Konieczna jest zmiana sposobu gospodarowania wodą, w przeciwnym wypadku możemy spodziewać się daleko idących zmian w produkcji rolnej, wzrostu cen i ograniczenia spożycia mięsa – prognozuje profesor SGGW Mateusz Grygoruk.

– W zasadzie nie da się powiedzieć, jak dużo wody konsumuje rolnictwo w Polsce. W jednych obszarach rolnictwo wymaga nawodnień, w innych obszarach – osuszania terenów. Natomiast należy pamiętać, że dostępność wody w krajobrazie będzie mniej stabilna, przez co, jak wszystkie prognozy mówią, będziemy przechodzić w coraz większym stopniu na techniczne, sztuczne nawodnienia użytków rolnych, co jeszcze niedawno nie było rozważane – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Mateusz Grygoruk z Wydziału Budownictwa i Inżynierii Środowiska, Katedry Inżynierii Wodnej w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.

Jak wynika z ekspertyzy „Woda w rolnictwie”, rolnictwo wykorzystuje ok. 70 proc. odnawialnych zasobów wodnych. Na kolejnych miejscach jest przemysł (20 proc.) i cele komunalne (10 proc.). W przypadku wód pobieranych przemysł jest liderem (70 proc.), a rolnictwo i leśnictwo wykorzystują ok. 10 proc. Jeżeli jednak trend w produkcji żywności zostanie utrzymany i jednocześnie będą postępowały zmiany klimatu skutkujące suszami, zapotrzebowanie na wodę będzie rosło. Przy szacowanym wzroście popytu na żywność o 60 proc. do 2050 roku powierzchnia upraw nawadnianych ma się zwiększyć o więcej niż 50 proc. W Polsce areał upraw wymagających nawadniania może wzrosnąć nawet o 300 proc.

 Rolnictwo potrzebuje coraz więcej wody ze względu na jego towarowość, czyli przejście z gospodarowania ekstensywnego, gdzie dominowały niewielkie gospodarstwa, na wielkie gospodarstwa obszarowe zorientowane na biznes, które muszą dostarczać stabilne produkty w przewidywalnym okresie. Z tego względu na pewno nawodnienia w rolnictwie będą wymagane, przez co potrzeby wodne rolnictwa będą rosły – ocenia ekspert z SGGW.

W naszym kraju woda pobierana na potrzeby gospodarki i ludności w ok. 80 proc. pochodzi z zasobów wód powierzchniowych. Pozostałe 20 proc. to woda podziemna przeznaczona głównie na zaopatrzenie ludności lub przemysłu spożywczego czy farmaceutycznego.

Polska należy do europejskich krajów zagrożonych deficytem wody. Poziom wód gruntowych w naszym kraju obniżył się w ostatnich kilku latach o 2 m. W latach 1946–2016 średnia roczna zasobów wodnych przypadająca na jednego mieszkańca wynosi w Polsce ok. 1,8 tys. m3 (w Europie – 5 tys. m3), a w latach o mniejszych opadach – 1,1 tys. m3. Próg 1,7 tys. m3 na osobę jest już granicą „stresu wodnego”.

Eksperci podkreślają, ze ryzykowne jest wykorzystywanie do nawodnień w rolnictwie wód głębinowych ze względu na to, że ich zasoby oraz tempo odnawiania nie są w pełni rozpoznane, a stanowią one główne źródło wody pitnej.

– Nawodnienia w przypadku Polski najczęściej są planowane jako korzystanie z wód podziemnych, czyli budowy studni. Jest to sięganie po oszczędności, które tworzą się bardzo długo, równocześnie wymagają długiego czasu na ich odtworzenie. Czyli to nie jest tak, że mamy gdzieś pod ziemią rezerwuar wody, który jest nieskończenie duży. Korzystanie z tej wody i prognozowanie zwiększenia intensywności rolnictwa w przyszłości na pewno za 20–50 lat odbije się tym, że wód podziemnych również zacznie nam brakować – ostrzega ekspert SGGW.

Jak oceniają autorzy ekspertyzy „Woda w rolnictwie”, pomóc mogłoby wprowadzenie pakietów retencyjnych w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2021–2027. Ich celem byłoby wspieranie rolników – użytkowników terenów nadrzecznych i mokradłowych – w zatrzymaniu wody lub ograniczania jej odpływu na zarządzanym przez nich terenie. Skutecznie pomóc w walce z suszą mogłaby jednak przede wszystkim naturalna retencja i renaturyzacja ścieków wodnych. W przeciwnym wypadku mogą nas czekać trwałe zmiany w produkcji rolnej, nie tylko w Polsce, ale też całej Europie.

 Od rolników będzie wymagana większa elastyczność, co jest bardzo trudne, bo w wielu przypadkach próby gospodarowania w pewnym sektorze rolnictwa wymagają dużych nakładów. Zmiana tych nakładów z dnia na dzień czy zmiana orientacji produkcji na zupełnie inną gałąź rolnictwa pociągnie za sobą rosnące koszty, co przełoży się na fundusze przeznaczane na rolnictwo przez Unię Europejską. Natomiast na pewno już teraz możemy zapomnieć o wieloletniej stabilności pewnych upraw – mówi Mateusz Grygoruk.

Częstsze susze i związany z tym niższy poziom wody sprawiają, że rolnictwo w Polsce mogą czekać spore zmiany. Dużo wskazuje na to, że już niedługo niemożliwa stanie się np. uprawa ziemniaka czy zbóż ozimych, bo będzie dla nich po prostu za ciepło.

– Dla konsumentów oznacza to najprawdopodobniej wzrost cen, poza tym również zmianę pewnych rozwiązań prawnych w kraju i najprawdopodobniej stopniowe przechodzenie na ograniczanie konsumpcji mięsa, co jest również dobre dla zasobów wodnych – ocenia ekspert.

Fundacja Nasza Ziemia podaje, że do wyprodukowania 1 kg wołowiny potrzeba 14 500 litrów wody, 1 kg wieprzowiny – prawie 6000 litrów, a 1 kg mięsa drobiowego – 4300. Jednocześnie rosnące zapotrzebowanie na mięso sprawia, że potrzebna jest większa powierzchnia rolna pod uprawę roślin na pasze dla zwierząt oraz do ich wypasania.

– Rolnictwo zorientowane na produkcję mięsną produkuje również bardzo dużo nawozów, które są w Europie wylewane na pola. Koncentracja tej produkcji, np. trzody chlewnej, powoduje zwiększoną obecność nawozów – azotanów i fosforanów, które są wylewane na pola, skąd trafiają bezpośrednio do rzek i następnie do Bałtyku. Patrząc na jedzenie produkowane przez rolników, musimy patrzeć na to, że jest to pewien element wielkiego cyklu wodnego, który zamyka się w Bałtyku – podkreśla dr hab. Mateusz Grygoruk.

Państwa UE potrzebują większej produkcji szczepionek przeciw COVID-19. To pole do współpracy dla polskich i francuskich firm

Zarówno w Polsce, jak i na poziomie UE trwają dyskusje o możliwości zawieszenia ochrony patentowej i uruchomienia produkcji szczepionek przeciw COVID-19 na bazie tzw. licencji przymusowych. Podczas zeszłotygodniowego spotkania w Paryżu prezydent Emmanuel Macron i premier Mateusz Morawiecki zgodzili się, że istnieje konieczność produkcji szczepionek na terenie Unii Europejskiej. Dyrektor Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej Monika Constant wskazuje, że przemysł polski i francuski mają w tym obszarze duże pole do współpracy. – Wydaje się, że właśnie tutaj Polska i Francja mogłyby współpracować, żeby zaproponować rozwiązanie, którego wszystkie kraje potrzebują jak najszybciej – ocenia.

Szczepionki przeciw COVID-19 były jednym z głównych tematów poruszanych przez prezydenta Emmanuela Macrona i premiera Mateusza Morawieckiego podczas ubiegłotygodniowego spotkania w Paryżu. Politycy rozmawiali także o sytuacji związanej z pandemią i wezwali Komisję Europejską do tego, aby maksymalnie skutecznie egzekwowała pozyskiwanie szczepionek na podstawie umów, które zostały zawarte kilka miesięcy temu. Jak podaje KPRM, obaj politycy zgodzili się też co do konieczności produkcji szczepionek na terenie UE, uznając, że rozszerzenie możliwości produkcyjnych w Europie jest kluczowe dla jej bezpieczeństwa.

 Potrzebujemy wspólnego działania dotyczącego produkcji szczepionek. Wydaje się, że właśnie tutaj Polska i Francja mogłyby współpracować, żeby zaproponować rozwiązanie, którego wszystkie kraje – nie tylko te europejskie – potrzebują jak najszybciej – mówi agencji Newseria Biznes Monika Constant, dyrektor generalna Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej (CCIFP).

Polsko-francuskie rozmowy o szczepionkach na COVID-19 to pokłosie chaosu szczepionkowego, który trwa w Europie od kilku miesięcy. Wszystkie kraje zmagają się ze zbyt dużym zapotrzebowaniem na szczepionki w porównaniu do ich obecnej dostępności, podczas gdy koncerny farmaceutyczne spowalniają produkcję albo ogłaszają zmniejszenie dostaw. W teorii do końca II kwartału do Polski ma dotrzeć w sumie ok. 15 mln dawek, ale formalne deklaracje producentów wciąż się zmieniają. Jak dotąd nasz kraj otrzymał ok. 6,5 mln dawek, a do punktów trafiło nieco ponad 5,4 mln. Liczba wykonanych szczepień to prawie 5,1 mln.

Dlatego w Polsce od lutego trwa dyskusja dotycząca możliwości produkcji szczepionek na COVID-19 przez krajowe firmy na bazie tzw. licencji przymusowej (specjalnego zezwolenia na korzystanie z opatentowanego wynalazku innego podmiotu). Część krajowych polityków zaapelowała już do premiera Morawieckiego, aby zwrócił się w tym celu do Urzędu Patentowego RP i wyłonił krajowego producenta, który będzie w stanie uruchomić taką produkcję. Jak wskazuje Monika Constant, francuski przemysł mógłby wesprzeć w tym obszarze polskie firmy.

Współpraca pomiędzy firmami z Francji i Polski w zakresie produkcji szczepionek na COVID-19 może być różnoraka. Francja dysponuje bardzo dobrze rozwiniętą infrastrukturą przemysłową. Z kolei w Polsce mamy kilkadziesiąt firm i producentów w ramach szeroko rozumianego przemysłu farmaceutycznego. Wydaje się więc, że tutaj mogłaby nastąpić wymiana know-how i kompetencji. Trzeba też pamiętać, że na terenie Unii Europejskiej znajdują się firmy proponujące np. dostarczenie substancji czynnych, które są niezbędne do tego, żeby szczepionki mogły powstać – wymienia dyrektor generalna Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej. – Jako CCIFP organizujemy misję handlową, która ma zbliżyć firmy polskie i francuskie w obszarze szeroko rozumianej produkcji farmaceutycznej, z ukierunkowaniem właśnie na produkcję szczepionek.

Dyskusje o zawieszeniu ochrony patentowej, wprowadzeniu przymusowych licencji i uruchomieniu produkcji szczepionek na terenie UE toczą się też na poziomie unijnym. Już w końcówce stycznia taką opcję w liście do przywódców UE zasugerował przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel. Wskazał on, że Unia powinna zastosować pilne środki oraz zbadać wszystkie środki prawne i egzekucyjne w celu zapewnienia dostaw szczepionek przeciwko COVID-19, jeśli negocjacje z firmami dotyczące opóźnionych dostaw zakończą się niepowodzeniem.

Podobne głosy płyną też ze strony Komitetu ONZ, który 12 marca przyjął oświadczenie w sprawie powszechnych, przystępnych cenowo szczepień przeciwko COVID-19 oraz współpracy międzynarodowej i własności intelektualnej. Wskazał w nim, że należy rozważyć obowiązkowe licencje na produkcję szczepionek przeciw COVID-19, jeżeli to zwiększy ich dostępność.

Dyrektor Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej wskazuje, że niedobór szczepionek na COVID-19 to niejedyne wyzwanie, w obszarze którego Polska i Francja mogłyby podjąć współpracę. Kolejnym jest niedostatek kadr medycznych i starzenie się społeczeństwa, które są w tej chwili jednymi z najpilniejszych problemów w obszarze zdrowia dla całej Europy.

– Polska jest jednym z tych krajów, które mają najbardziej starzejące się społeczeństwa. Francja ma z kolei bardzo rozbudowany sektor ochrony, opieki nad osobami starszymi. Możemy się wspólnie uczyć, wykorzystując doświadczenia francuskich firm i wprowadzać rozwiązania, które będą jednym z głównych punktów Nowego Ładu zapowiadanego przez polskie władze – mówi Monika Constant.

Wiele stacji narciarskich może nie doczekać przyszłej zimy. Branża liczy na unijne pieniądze i domaga się odszkodowania za stracony sezon

Lockdown w czasie sezonu zimowego 2020/2021 negatywnie odbił się na branży turystycznej, w tym na stacjach narciarskich rozlokowanych w całej Polsce. Przez zamknięcie stoków niemal przez całą zimę obiekty zarobiły jedynie 30 proc. tego, co przed rokiem. Dodatkowo wiele z nich nie dostało wsparcia z tarcz finansowych, przez co dziś są zagrożone upadłością. Dlatego branża domaga się od rządu specjalnej pomocy i wypłaty odszkodowań. Bez tego wiele firm może nie dotrwać do przyszłego sezonu.

Każdy dzień zamknięcia stoków narciarskich w tym sezonie to ok. 5 mln zł strat dziennie dla całej branży. Samo przygotowanie do sezonu pochłonęło 32 mln zł, a koszty przygotowania do działania w reżimie sanitarnym to kolejne 600 tys. zł. Do tego dochodzą raty leasingowe i kredytowe oraz podatki. Zamknięcie stoków w sezonie 2020/2021 oraz brak uregulowanych zasad dotyczących dofinansowywania z tarczy finansowej może spowodować bankructwo branży narciarskiej, której przychody spadły nawet do 80 proc. Jak wylicza Stowarzyszenia Polskie Stacje Narciarskie i Turystyczne, realne przychody, na jakie może liczyć branża, to ok. 90 mln zł z szacowanych przed lockdownem 450 mln zł.

– Kondycja branży jest słaba, ponieważ sytuacja, w której polskie stacje narciarskie były zamknięte, kiedy nie mogły funkcjonować przy tak pięknej zimie, doprowadziła do tego, że wszystkie ośrodki straciły pieniądze. Okresem, w którym zarabia się pieniądze i kiedy turyści korzystają z tych ośrodków, są święta Bożego Narodzenia, Nowy Rok i ferie. W tym roku cały ten okres, do którego stacje się przygotowują cały rok, był zamknięty. To spowodowało, że stacje uzyskały może 30 proc. dochodu, który uzyskują normalnie – informuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Rzetelski, wiceprezes stowarzyszenia Polskie Stacje Narciarskie i Turystyczne, skupiające prawie 90 proc. stacji narciarskich w kraju.

Kolejne tarcze antykryzysowe i finansowe nie trafiały do wszystkich firm ze względu na profil prowadzonej działalności. Pomoc ta była przewidziana głównie na ochronę miejsc pracy, więc mogły na nią liczyć stacje, które zatrudniają pracowników przez cały rok. Małe stacje, które są bardzo często firmami rodzinnymi, niezatrudniającymi pracowników, nie mogły z tego wsparcia skorzystać. Efektem tego pomoc od państwa z pierwszej tarczy objęła tylko 65 proc., a z drugiej już tylko niecałe 36 proc. stacji zrzeszonych w PSNiT. W sumie opiewała ona na ok. 70 mln zł. Jak podkreślają przedstawiciele stowarzyszenia, ci, którzy otrzymali dofinansowanie, byliby w stanie wygenerować kwotę otrzymanej pomocy w ciągu jednego dobrego weekendu –  jeśli mówimy o dużym ośrodku, lub pracując ok. 10–15 dni w sezonie w przypadku mniejszych stacji.

– Nikt na stacji narciarskiej nie zatrudnia ludzi we wrześniu, tylko w październiku lub listopadzie, i zatrudnia te osoby na sezon, czyli do kwietnia. Jesteśmy więc specyficzną branżą, która działa innymi schematami. Dlatego apelujemy, domagamy się, żeby stworzono pomoc dedykowaną dla stacji narciarskich, która będzie dla nas dostępna – tłumaczy Piotr Rzetelski.

Przedstawiciele PSNiT domagają się odszkodowania za utracone zyski w czasie sezonu 2020/2021 w granicach 60 proc. przychodu, jaki uzyskiwano w poprzednich sezonach. W przeciwnym razie wiele stacji i powiązanych z nimi biznesów może w najbliższym czasie upaść. Pojawiają się już pierwsze oferty sprzedaży stacji przez przedsiębiorców, którzy nie wytrzymali presji. Pieniądze, które udało im się zarobić, wystarczyły wyłącznie na pokrycie kosztów związanych z przygotowaniem do sezonu.

– W naszym odczuciu byliśmy narzędziem polskiego rządu – zamknięto stacje, więc ludzie nie  pojechali w góry w czasie świat czy ferii. W związku z tym – jako narzędzie, które służyło do pewnego celu – uważamy, że należy nam się rekompensata i te 60 proc. przychodu z poprzednich sezonów powinniśmy otrzymać i o to do rządu apelujemy – podkreśla wiceprezes PSNiT.

Stowarzyszenie apeluje również o ustawowe ulgi lub zwolnienia z podatku od nieruchomości i od budowli, dofinansowanie do wynagrodzeń pracowników, umorzenie ZUS i postojowe aż do następnego sezonu narciarskiego. Piotr Rzetelski podkreśla, że rozważane są różne opcje, również kroki prawne, ale branża liczy na negocjacje z rządem.

– Chcielibyśmy się spotkać, pokazać te niuanse prawne, które nas wyeliminowały z pomocy, pokazać, co nas boli. Mamy nadzieję, że jest to możliwe, że przyjdzie czas na rozmowę, stworzenie jakiegoś programu dla nas, który doprowadzi do tego, że przeżyjemy do przyszłego sezonu – mówi. – W 2022 roku mamy nadzieję, że będzie już normalna zima, że uporamy się z tym wielkim problemem, jakim jest COVID, że zaczniemy normalnie funkcjonować.

Branża liczy także na zastrzyk pieniędzy z unijnych programów pomocowych.

– Ośrodki narciarskie to nie jest tylko sama stacja, ale też tysiące biznesów wokół: wypożyczalnie sprzętu, serwisy, kwatery agroturystyczne, wynajem pokoi, hotele i pensjonaty i wszystko, co wokół ośrodków narciarskich się kręci. Nie wyobrażamy sobie, że turysta będzie skazany na wyjazd za granicę, bo polskie stacje narciarskie nie doczekają zimy, nie dadzą rady finansowo – podkreśla wiceprezes PSNiT.

Jak podaje stowarzyszenie, widać to było już w styczniu tego roku. Na zamkniętych stokach w Polsce skorzystała m.in. Szwajcaria, która zaliczyła wzrost liczby turystów z Polski o ponad 60 proc. r/r.

Weterynaria staje się coraz bardziej innowacyjna. Polska firma pracuje nad lekami biologicznymi dla zwierząt towarzyszących

Grupa naukowców z wrocławskiej firmy Bioceltix pracuje nad innowacyjnymi rozwiązaniami w terapii powszechnie występujących chorób u zwierząt towarzyszących. Obecnie koncentruje się na lekach biologicznych na schorzenia o podłożu zapalnym i autoimmunologicznym u psów, tj. na zmiany zwyrodnieniowe stawów oraz atopowe zapalenie skóry. – Leki biologiczne bazują na substancjach aktywnych występujących naturalnie w organizmach ssaków, np. przeciwciałach. Są skuteczne i bezpieczniejsze w terapii – wyjaśnia Łukasz Bzdzion, prezes zarządu Bioceltix. Rynek weterynaryjnych leków biologicznych wciąż jest jednak na początkowym etapie rozwoju.

– Weterynaria staje się coraz bardziej innowacyjna dzięki poszukiwaniu nowych, skuteczniejszych i bezpieczniejszych metod leczenia. Zwierzęta towarzyszące człowiekowi traktowane są jak pełnoprawni członkowie rodziny i podobnie jak ludzie cierpią z powodu chorób. Najczęściej są to choroby o podłożu zapalnym, autoimmunologicznym, jak również nowotwory – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Łukasz Bzdzion.

Jak podkreśla, leki te bazują na substancjach biologicznie aktywnych, naturalnie występujących w organizmach ssaków. Dlatego są bezpieczniejsze niż leki chemiczne, oparte zwykle na związkach chemicznych niewystępujących naturalnie w ich organizmach. Ponadto leki chemiczne działają głównie objawowo, a nie przyczynowo, dlatego muszą być stosowane długoterminowo. To z kolei może się wiązać z ryzykiem wystąpienie skutków ubocznych. Leki biologiczne, oprócz klasycznego działania objawowego, wykazują również działanie przyczynowe.

Przykładem schorzeń, na które Bioceltix poszukuje leków biologicznych, jest atopowe zapalenie skóry. Cierpi na nie ok. 15 proc. populacji psów i skala problemu staje się coraz większa. Innym przykładem są zmiany zwyrodnieniowe stawów, na które choruje co piąty pies i które są główną przyczyną przewlekłego bólu.

– Dla przykładu w leczeniu zmian zwyrodnieniowych stawów u psów, którym towarzyszy przewlekły stan zapalny, dzięki podaniu leku biologicznego na bazie komórek macierzystych modulujemy środowisko zapalne. Możemy je w sposób selektywny wyciszyć, dzięki czemu uruchamiają się naturalne procesy regeneracji zniszczonej chorobą tkanki. To jest zasadnicza różnica pomiędzy lekami chemicznymi a biologicznymi – te ostatnie są skuteczniejsze i bezpieczniejsze w terapii – podkreśla prezes zarządu Bioceltix.

Według szacunków przytaczanych przez spółkę rynek leków biologicznych jest wart ok. 390 mld dol. i odpowiada za 28 proc. całego rynku farmaceutycznego. Rozwój rynku weterynaryjnych leków biologicznych jest dopiero na początkowym etapie. W 2017 roku w Europejskiej Agencji Leków (EMA) został zarejestrowany pierwszy lek wykorzystujący przeciwciało monoklonalne w leczeniu atopowego zapalenia skóry u psów. Bioceltix, jako jedna z pierwszych spółek w Europie, planuje przejść pełną ścieżkę rejestracyjną w EMA dla produktu leczniczego wykorzystującego jako substancję czynną mezenchymalne komórki macierzyste (MSC).

– Kandydaci na leki w weterynarii muszą przejść podobną ścieżkę rejestracyjną, co produkty lecznicze stosowane u ludzi. Nie jest to łatwiejszy proces, może być jedynie nieco szybszy ze względu na to, że w przypadku leków weterynaryjnych faza badań klinicznych jest krótsza w porównaniu do ścieżki klinicznej dla leków stosowanych u ludzi. Każda spółka wchodząca w rozwój kliniczny produktu leczniczego jest zobligowana, by wytworzyć ten produkt w standardzie farmaceutycznym. Jest on taki sam dla leków stosowanych u ludzi, jak i u zwierząt – uściśla Łukasz Bzdzion.

W ubiegłym roku spółka Bioceltix uzyskała zezwolenie od Głównego Inspektora Farmaceutycznego na wytwarzanie badanego produktu leczniczego, a w tym roku rozpoczęła kolejny etap badań. Chodzi o fazę bezpieczeństwa w ramach badań in vivo w zakresie badania tumorogenności. W kolejnym etapie będzie prowadzone badanie bezpieczeństwa TAS (Target Animal Safety), zgodnie z wymaganiami regulatora rynku.

Jeżeli ta faza skończy się pozytywnie, czyli wykażemy w badaniu, że produkt jest bezpieczny, możemy przejść do kolejnej fazy, czyli terenowego badania klinicznego na gatunku docelowym już w klinice, na pacjentach klinicznych. To jest odpowiednik trzeciej fazy badań klinicznych nad lekami dla ludzi – wyjaśnia ekspert.

Bioceltix opracowuje weterynaryjne leki biologiczne na bazie komórek macierzystych Obecnie firma prowadzi prace nad rozwojem kilku leków biologicznych na bazie MSC. Dwa z nich, BCX-CM‑J oraz BCX-CM-S, są w fazie klinicznej rozwoju leku. Kolejni kandydaci na lek – BCX-EM stosowany w leczeniu zapalenia stawów u koni i BCX-FM na stany zapalne jamy ustnej u kotów – są na etapie badań przedklinicznych.

Koronawirus zdaniem naukowców pojawił się już w październiku 2019 roku. Nadzór pandemiczny nie był przygotowany na taki rodzaj zagrożenia

Wirus SARS-CoV-2 prawdopodobnie krążył niewykryty przez około dwa miesiące przed opisaniem pierwszych przypadków COVID-19 u ludzi pod koniec grudnia 2019 roku. Symulacje naukowców sugerują, że mutujący wirus ginie w sposób naturalny przez ponad trzy czwarte czasu, nie powodując epidemii. – Gdybyśmy mogli cofnąć się w czasie i powtórzyć rok 2019 stukrotnie, to dwa na każde trzy razy COVID-19 sam wygasłby bez wywołania pandemii. To odkrycie potwierdza pogląd, że ludzie są nieustannie bombardowani odzwierzęcymi patogenami – podkreśla dr Joel Wertheim ze Szkoły Medycznej Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego.

Korzystając z narzędzi do datowania molekularnego i symulacji epidemiologicznych, naukowcy ze Szkoły Medycznej Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego oraz Uniwersytetu Arizońskiego szacują, że wirus SARS-CoV-2 prawdopodobnie krążył niewykryty przez ponad dwa miesiące, zanim pod koniec grudnia 2019 roku opisano pierwsze przypadki COVID-19 u ludzi.

– Nasze badanie miało odpowiedzieć na pytanie, jak długo SARS-CoV-2 mógł krążyć w Chinach, zanim został odkryty – mówi dr Joel O. Wertheim, profesor nadzwyczajny na Wydziale Chorób Zakaźnych i Globalnego Zdrowia Publicznego w Szkole Medycznej Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego. – Połączyliśmy trzy ważne informacje: szczegóły na temat sposobu, w jaki SARS-CoV-2 rozprzestrzenił się w Wuhanie przed lockdownem, różnorodność genetyczną wirusa w Chinach oraz raporty o najwcześniejszych przypadkach COVID-19. Dzięki temu byliśmy w stanie ustalić, że SARS-CoV-2 zaczął krążyć w prowincji Hubei co najmniej od połowy października 2019 roku.

Przypadki COVID-19 po raz pierwszy zgłoszono pod koniec grudnia 2019 roku w Wuhanie, położonym w prowincji Hubei w środkowych Chinach. Raporty gazet regionalnych sugerują jednak, że diagnozy COVID-19 w Hubei sięgają co najmniej 17 listopada 2019 roku. To oznacza, że wirus już aktywnie krążył i zdążył się przedostać poza prowincję, nawet gdy chińskie władze otoczyły region i wdrożyły środki zapobiegawcze w całym kraju.

W nowym badaniu naukowcy wykorzystali analizy ewolucyjne zegara molekularnego, aby spróbować ustalić, kiedy wystąpił pierwszy faktyczny przypadek SARS-CoV-2. „Zegar molekularny” to termin określający technikę, która wykorzystuje współczynnik mutacji genów do wnioskowania, kiedy istniał wspólny przodek wszystkich wariantów wirusa. Datowanie molekularne ostatniego wspólnego przodka jest zazwyczaj uważane za synonim przypadku indeksu pojawiającej się choroby, ale zdaniem naukowców przypadek indeksowy może poprzedzać wspólnego przodka.

– Faktycznie pierwszy przypadek tej epidemii mógł mieć miejsce kilka dni, tygodni lub nawet miesięcy przed szacowanym dotąd pacjentem zero. Chcieliśmy konkretnie ustalić długość tego „filogenetycznego lontu” – mówi dr Michael Worobey, profesor ekologii i biologii ewolucyjnej na Uniwersytecie Arizony.

W ten sposób naukowcy oszacowali, że mediana liczby osób zakażonych SARS-CoV-2 w Chinach do 4 listopada 2019 roku była mniejsza niż 1. Trzynaście dni później były to cztery osoby, a 1 grudnia 2019 roku – dziewięć osób.

– Zazwyczaj naukowcy wykorzystują różnorodność genetyczną wirusów, aby określić moment, w którym wirus zaczął się rozprzestrzeniać – wskazuje dr Joel Wertheim. – Nasze badanie dodało kluczową warstwę do tego podejścia, która pozwala określić, jak długo wirus mógł krążyć, zanim wywołał obserwowaną różnorodność genetyczną.

Autorzy badania wykorzystali różnorodne narzędzia analityczne do modelowania, w jaki sposób wirus SARS-CoV-2 mógł się zachowywać podczas początkowej epidemii i wczesnych dni pandemii, kiedy był jeszcze niemal zupełnie nieznany. Narzędzia te obejmowały symulacje epidemii oparte m.in. na zdolności przenoszenia się. Zaledwie w 29,7 proc.  symulacji wirus był w stanie wywołać samopodtrzymujące się epidemie. W pozostałych 70,3 proc. zainfekował stosunkowo niewiele osób, a następnie wygasł.

– Nasze podejście przyniosło zaskakujące rezultaty. Ponad dwie trzecie epidemii, którą próbowaliśmy symulować, wygasło. Oznacza to, że gdybyśmy mogli cofnąć się w czasie i powtórzyć rok 2019 stukrotnie, to dwa na każde trzy razy COVID-19 sam wygasłby bez wywołania pandemii. To odkrycie potwierdza pogląd, że ludzie są nieustannie bombardowani odzwierzęcymi patogenami – podkreśla badacz. – Jest raczej mało prawdopodobne, by wirus w tamtym czasie mógł pojawić się poza Chinami, w Europie czy Stanach Zjednoczonych.

Już wcześniejsze badania (naukowców z Uniwersytetu Glasgow) potwierdzały, że SARS-CoV-2 przeskoczył z nietoperzy na ludzi bez większych zmian genetycznych. Zwykle wirusy, które przeskakują do nowego gatunku żywiciela, potrzebują trochę czasu, aby uzyskać taką adaptację, aby były tak samo zdolne do rozprzestrzeniania się jak SARS-CoV-2. Większość z nich nigdy nie przekracza tego etapu, co prowadzi do miejscowych wybuchów epidemii lub wygaśnięcia wirusa. W przypadku SARS-CoV-2 było inaczej, choć przez pierwsze 11 miesięcy pandemii wirus praktycznie nie mutował.

Według naukowców pierwotny szczep SARS-CoV-2 stał się epidemią, ponieważ był szeroko rozproszony, rozwijał się też na obszarach miejskich, gdzie transmisja jest łatwiejsza. W symulowanych epidemiach obejmujących mniej gęste społeczności wiejskie epidemie wyginęły w 94,5 do 99,6 proc. przypadków.

– Nadzór pandemiczny nie był przygotowany na wirusa takiego jak SARS-CoV-2 – podkreśla Joel Wertheim. – Szukaliśmy kolejnego SARS lub MERS, czegoś, co zabija ludzi w wysokim tempie, ale z perspektywy czasu widzimy, jak wysoce zaraźliwy wirus o niewielkim współczynniku śmiertelności może również rozłożyć cały świat na łopatki.

W dobie pandemii coraz więcej firm działa wyłącznie online. Polacy opracowali zaawansowany system do komunikacji w czasie rzeczywistym

Blisko 70 proc. przedsiębiorców deklaruje, że nawet kiedy pandemia się skończy, pozwoli pracownikom na pracę zdalną. W związku z transformacją rynku pracy na znaczeniu zyskują platformy, które pozwalają na prowadzenie wideokonferencji. Polska firma RTCLab opracowała zaawansowany system ArchieBot, który ułatwia pracę zdalną i usuwa bariery komunikacji między komponentami sieciowymi. System pozwala stworzyć dowolne rozwiązanie w zależności od zapotrzebowania – od platform spotkań i webinariów po przesyłanie strumieniowe na żywo, przy użyciu kamer 360.

– ArchieBot jest engine’​em, na bazie którego jesteśmy w stanie budować rozwiązania do komunikacji. Przy czym jest to bardzo szeroko rozumiana komunikacja, nie tylko spotkania online, ale również przedstawienie prezentacji, rozmowa tylko na czacie. ArchieBot daje możliwość zbudowania z komponentów tego, czego potrzebujemy. Nasz model i nasza budowa platformy opiera się na tzw. puzzlach i to my dobieramy komponenty, które odpowiadają naszym potrzebom – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Filip Rau, dyrektor ds. sprzedaży w RTCLab.

Polska firma RTCLab opracowała zawansowany system ArchieBot, który usuwa bariery komunikacji między komponentami sieciowymi i pozwala stworzyć dowolne rozwiązanie w zależności od zapotrzebowania – od narzędzi do współpracy, jak platforma spotkań i webinariów, po przesyłanie strumieniowe na żywo do Facebooka i YouTube’a oraz przy użyciu kamer 360. Zapewnia też m.in. czat na żywo z klientami, menedżera głosowania i rozwiązania e-learningowe. Cały system wykonany jest z komponentów, więc użytkownik sam decyduje, z czego skorzysta. Rozwiązanie bazuje na technologii WebRTC (Real Time Communications), czyli komunikacji w czasie rzeczywistym i live streamingu.

Silnik ArchieBot wykorzystuje np. platforma LiveWebinar pozwalająca na szybkie wdrożenie komunikacji zdalnej do firm. Żeby dołączyć do spotkania, nie potrzeba instalacji dodatkowego oprogramowania, wystarczy kliknąć w link.

– Obecnie wdrażamy dla naszych klientów rozwiązania stricte korporacyjne, które budujemy na silniku ArchieBota. To powoduje, że po chwili rozmowy, jeśli potrzebujemy czatu, screen sharingu czy audio-wideo, każdy z tych komponentów możemy odpowiednio dobrać do naszego użytkownika. Pomagamy budować dużym, światowym markom ich narzędzia komunikacyjne, żeby mogli zastąpić rozwiązania dużych dostawców rozwiązaniem idealnie dopasowanym do ich potrzeb – podkreśla Filip Rau.

Zalety wideokonferencji doceniły branże konferencyjna i eventowa, które szczególnie mocno ucierpiały w czasie pandemii. Integracja VR z wideokonferencjami zapewniła innowacyjne, interaktywne i angażujące rozwiązanie do prowadzenia wydarzeń w 3D.

Na implementację rozwiązania do wideokonferencji decydują się też coraz częściej działy HR, a rekrutacja przeniosła się do świata online.

– Dostarczamy technologię webinarową dla takich firm jak Andox, Check Point, a na naszym podwórku to np. Grupa Pracuj. Jesteśmy w stanie zbudować z nimi naprawdę ogromne, ciekawe projekty, żeby dostarczyć audio-wideo, poprowadzić procesy rekrutacyjne czy np. poprowadzić na naszej platformie lekcje online w projekcie, który prowadzimy z ORPEG, czyli projektem Ministerstwa Edukacji dla dzieci uczących się zdalnie za granicą – wymienia ekspert.

Global Market Insights szacuje, że wielkość rynku wideokonferencji w latach 2020–2026 wzrośnie o ponad 19 proc. Były to jednak wyliczenia sprzed pandemii. Obecnie wydaje się, że wzrost może być znacznie szybszy, zwłaszcza że na rozwiązania bazujące na wideokonferencjach decyduje się coraz więcej firm z różnych branż. Zakaz podróżowania zmusił przedsiębiorstwa na rynkach zagranicznych do przyjęcia oprogramowania do wideokonferencji w celu utrzymania ciągłości biznesowej. Kilka firm wdraża innowacyjne procesy szkolenia i rekrutacji pracowników poprzez rozmowy wideo. Ponadto władze rządowe korzystają z usług wideokonferencji do łączenia się z pracownikami służby zdrowia i organami administracyjnymi z innych krajów.

– Każdy może z tego korzystać: branża bankowa, finansowa, małe firmy doradcze, szkoły, pojedyncze podmioty, ogromne korporacje, jak również dostawcy usług telekomunikacyjnych, którzy także muszą się w jakiś sposób kontaktować ze swoimi odbiorcami – przekonuje Filip Rau.

OANDA uzyskuje zielone światło od KNF na transakcję nabycia TMS Brokers

– Światowy lider w dziedzinie usług obrotu instrumentami finansowymi, usług walutowych i analitycznych, OANDA Global Corporation, uzyskał akceptację organu regulacyjnego na nabycie czołowego polskiego brokera, Domu Maklerskiego TMS Brokers SA (TMS). Komisja Nadzoru Finansowego nie wyraziła zastrzeżeń co do transakcji.

Gavin Bambury prezes OANDA, stwierdził: „Cieszymy się, że uzyskaliśmy zielone światło od regulatora na transakcję nabycia TMS Brokers. Z niecierpliwością czekamy na finalizację już zatwierdzonej transakcji i na rozpoczęcie działań ukierunkowanych na integrację naszej infrastruktury technologicznej, kluczowych narzędzi i platform do handlu w celu zapewnienia możliwie najlepszych usług zarówno klientom OANDA jak i TMS”.

Spółka OANDA zawarła umowę dotyczącą nabycia 100% udziałów w TMS Brokers we wrześniu 2020 roku. Transakcja jest pierwszą z serii strategicznych przejęć, które OANDA planuje zrealizować na przestrzeni najbliższych lat.

Potrzebne wsparcie dla 35 tysięcy górników

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wskazuje, że niezbędne jest jak najszybsze uruchomienie programu transformacji regionu śląskiego. Rząd za pośrednictwem dedykowanych podmiotów powinien zapewnić pożyczki na rozpoczęcie działalności z możliwością umorzenia, wsparcie szkoleniowe i doradcze. Program dedykowany dla 35 tys. górników i osób odchodzącym z górnictwa może pomóc w stworzeniu 30 tys. nowych podmiotów gospodarczych. Kluczowe jest zwiększenie zainteresowania i motywacji do założenia działalności gospodarczej oraz wzrost poziomu innowacyjności mikroprzedsiębiorstw.

Niezbędne wsparcie

  • Pożyczki na rozpoczęcie działalności gospodarczej bez opłat i prowizji oraz z możliwością umorzenia nawet do 100%
  • Wsparcie szkoleniowo-doradcze:
    • analiza potrzeb – wykorzystanie naturalnych predyspozycji i umiejętności przez weryfikację kompetencji zawodowych
    • szkolenia dotyczące zakładania działalności gospodarczej (ABC Przedsiębiorczości, przygotowanie biznesplanu i finanse, prawo i podatki w małej firmie, szkolenia IT – podstawy informatyczne, m.in. własna strona, media społecznościowe, marketing, obsługa klienta)
  • Wsparcie doradcze – doradztwo w zakresie przygotowania wniosku o pożyczkę oraz rozpoczynania działalności, a także rozliczenia wydatków sfinansowanych ze środków pożyczki.
  • Finansowanie kosztów ZUS w okresie 6 miesięcy, z możliwością przedłużenia do 12 miesięcy

„Ryzyko utraty pracy oraz konieczność zmiany sektora dotyczą w szczególności młodszych pracowników – poniżej 40 roku życia, którzy dzisiaj stanowią około połowę całkowitej liczby pracowników w górnictwie. Górnicy odchodzący do innych sektorów gospodarki powinni mieć możliwość zmiany kwalifikacji. Aby była ona efektywna, powinna być poprzedzona identyfikacją braków w umiejętnościach oraz atutów pracowników. Szansą dla regionu śląskiego jest duże uprzemysłowienie, w szczególności wykorzystanie kompetencji i kwalifikacji osób zatrudnionych w górnictwie, do zakładania działalności w gałęziach, które w naturalny sposób mogą wykorzystać ich kompetencje i kwalifikacje czyli przemysł motoryzacyjny, transport, budownictwo, sektor energetyczny. Realizacja zaproponowanych działań i powstanie nowych firm to większa podaż pieniądza, większe obroty firm współpracujących, większe wpływy gmin i nakłady na rozwój lokalnej społeczności. To także pojawienie się konkurencji, atrakcyjniejszych ofert na rynku, korzyści dla potencjalnych odbiorców” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Przejście do gospodarki niskoemisyjnej w ciągu najbliższych kilku dziesięcioleci stanowić będzie wyzwanie dla regionu śląskiego – największego regionu górniczego w Polsce i w Europie. Dekarbonizacja polskiej gospodarki, w dalszym ciągu w dużym stopniu zależnej od paliw kopalnych, pociągnie za sobą daleko idące zmiany gospodarcze i społeczne. W szczególności transformacja węglowa przekształci rynek pracy, co będzie się wiązało z powstaniem zarówno nowych możliwości, jak i zagrożeń dla pracowników.[1]

W scenariuszu realizacji ambitnej polityki klimatycznej liczba miejsc pracy w górnictwie w latach 2015-2040 zmniejszy się o 50 tys. Nie oznacza to, że tyle osób straci pracę. Do 2040 roku 53 tys. górników odejdzie z sektora w sposób naturalny na emeryturę. Jednak część pracowników, których kopalnie zostaną zamknięte zanim osiągną wiek emerytalny, będzie zmuszona do zmiany miejsca pracy.

[1]  Sprawiedliwa Transformacja Węglowa w Regionie Śląskim , Implikacje dla Rynku Pracy, D.Kiewra, A.Szpor, J.Witajewski-Baltvilks,  IBS RESEARCH REPORT 02/2019, MAJ 2019 (https://ibs.org.pl/publications/sprawiedliwa-transformacja-weglowa-w-regionie-slaskim-implikacje-dla-rynku-pracy/