90 mln zł na COVID-owe dopłaty do czynszu w pierwszym półroczu 2021 r. Czy najemcy potrzebują tego wsparcia?

Tylko do końca marca najemcy mogą złożyć w swojej gminie wniosek o dodatek mieszkaniowy ze specjalną dopłatą z Funduszu Przeciwdziałania COVID-19. Sprawdziliśmy, jak wielu było chętnych na tego typu dopłatę do czynszu.

Dodatek mieszkaniowy z taką COVID-ową dopłatą to nawet 1500 zł miesięcznie. Od 5 stycznia do 31 marca 2021 r. mogą się o nią ubiegać wyłącznie najemcy, także wolnorynkowi, których dochód spadł drastycznie z powodu pandemii koronawirusa.

– Żeby uzyskać sam dodatek mieszkaniowy trzeba spełnić dość surowe kryteria dotyczące dochodu oraz powierzchni mieszkania. Np. średni dochód z ostatnich trzech miesięcy nie może zbytnio przekraczać 1564 zł na osobę, a w przypadku jednoosobowych gospodarstw domowych – 2189 zł – przypomina ekspert portalu GetHome.pl Marek Wielgo.Liczba dodatków mieszkaniowych

Ekspert dodaje, że w kwestii rządowej dopłaty do dodatku mieszkaniowego dochodzą dodatkowe wymagania. M.in. należy wykazać, że było się najemcą lub podnajemcą przed 14 marca 2020 r. (ewentualnie po tej dacie zamieniło na inny lokal), a dochód nie tylko uprawnia do dodatku mieszkaniowego, ale jest też co najmniej o 25% niższy od osiągniętego w 2019 r.

Przygotowując ustawę w tej sprawie rząd zakładał, że wskutek pandemii COVID-19 spadną dochody wielu najemców, a część z nich straci pracę. Na podstawie ankiety wśród najemców w prywatnych mieszkaniach oszacowano, że z tej formy wsparcia może skorzystać nawet 147 tys. gospodarstw domowych. Dopłaty do dodatków mieszkaniowych miałyby pochłonąć nawet 580 mln zł. W Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii dowiedzieliśmy się, że w pierwszym kwartale 2021 r. wojewodowie wystąpili o dofinansowanie dla gmin w wysokości prawie 37,5 mln zł. Z kolei na dopłaty do dodatków mieszkaniowych w drugim kwartale, resort planuje przeznaczyć nieco ponad 53 mln zł.Udział województw w dopłatach do czynszu

Ministerstwo podkreśla, że do tej pory nie otrzymało informacji, ile z tych pieniędzy zostało już wykorzystanych przez gminy. Postanowiliśmy więc sprawdzić, jak duże jest zainteresowanie dodatkami mieszkaniowymi z COVID-ową dopłatą w największych miastach.

 

Okazuje się, że pandemia aż tak bardzo nie uderzyła w budżety domowe najemców. Może o tym świadczyć zarówno niewielka liczba składanych wniosków o dodatek mieszkaniowy powiększony o dopłatę, jak i wysoki udział odmów. Np. w Warszawie wnioski złożyło tylko 80 najemców. 15 z nich zostało odprawionych z kwitkiem, bo najczęściej nie spełniali kryterium dochodowego. 17 najemców dostanie dodatek mieszkaniowy z dopłatą pod koniec tego miesiąca. Pozostali – 48 najemców – czeka jeszcze na decyzję o przyznaniu tego typu świadczenia, które wypłacane jest przez sześć miesięcy.

 

Z kolei w Gdańsku o dodatek mieszkaniowy powiększony o dopłatę do czynszu wystąpiło do tej pory 73 najemców. Urzędnicy rozpatrzyli dotychczas 28 wniosków. W 10 przypadkach ich decyzja była odmowna lub umarzająca postępowanie. Sześciu najemców dostanie sam dodatek mieszkaniowy, bo nie wykazali, że ich dochody spadły z powodu pandemii. Natomiast 12 najemców może się cieszyć z uzyskania dodatku z COVID-ową dopłatą, średnio 922 zł miesięcznie, w tym 605 zł to dopłata.

W Poznaniu przyznane dotychczas 20 najemcom dopłaty wynoszą średnio 342 zł. Przy czym najwyższa sięga 881 zł, zaś najniższa nie przekracza 6,5 zł. Najniższe są dopłaty w Łodzi – 23 najemcom z 27, którzy złożyli wniosek, przyznano od 5,3 zł do 171,4 zł.

– Kilkuzłotowe dopłaty mogą dziwić. Chodzi jednak o to, że dodatek mieszkaniowego z dopłatą może pokrywać maksymalnie 75% miesięcznego czynszu. Zdarza się, że sam dodatek jest wystarczającym wsparciem, a dopłata jest tylko uzupełnieniem – wyjaśnia Marek Wielgo.Wysokość dodatku mieszkaniowego

Dodajmy, że w Krakowie o dodatek mieszkaniowy z dopłatą wystąpiło 53 najemców. Jednak ich wnioski są jeszcze rozpatrywane. Dowiedzieliśmy się, że wypłaty świadczeń rozpoczną się najpóźniej w kwietniu.

– Na szczęście czarny COVID-owy scenariusz na rynku najmu do tej pory się nie sprawdził. Pandemia nie daje jednak za wygraną. Dlatego rząd powinien utrzymać, np. jeszcze przez pół roku, możliwość sięgania po dodatek mieszkaniowy z dopłatą – komentuje ekspert GetHome.pl.

Autor: Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl

Największe polskie firmy sceptyczne wobec unijnego Funduszu Odbudowy

W Polsce trwa obecnie dyskusja o ratyfikacji unijnego Planu Odbudowy dla Europy. Duże firmy, które będą jednym z jego największych beneficjentów, póki co nie biorą pod uwagę dodatkowych środków, które mogłyby otrzymać z Unii Europejskiej. Aż 80 proc. dużych firm ma zamiar sfinansować inwestycje ze środków własnych. Jak wynika z raportu „Kierunki 2021. Nowy Plan Marshalla. Odbudowa polskiej gospodarki po COVID-19.” przygotowanego przez DNB Bank Polska we współpracy z Deloitte tylko 30 proc. dużych przedsiębiorstw ma doświadczenie z pozyskiwaniem funduszy unijnych, a to właśnie dzięki nim mogą rozwijać się w obszarach technologii i ekologii, wspieranych w Planie Odbudowy dla Europy.

Na potrzeby raportu „Kierunki 2021. Nowy Plan Marshalla. Odbudowa polskiej gospodarki po COVID-19.” przeprowadzone zostało badanie wśród klientów DNB Bank Polska. To głównie duże przedsiębiorstwa z różnych branż gospodarki: energii odnawialnej, FMCG, handlowej, usługowej, motoryzacyjnej i przemysłu przetwórczego, TMT (telekomunikacja, media, technologie). Ankietowanych zapytano o wpływ pandemii COVID-19 na warunki prowadzenia biznesu.

Aż 62 proc. firm odczuło nieznaczne negatywne skutki sytuacji epidemiologicznej, zdaniem 26 proc. pandemia poważnie zagroziła funkcjonowaniu przedsiębiorstwa, 7 proc. nie odczuło żadnych skutków, a 5 proc. doświadczyło takich, które zagrażały stabilności firmy. Warto jednak zaznaczyć, że nasi klienci to duże firmy, często z branż, które dzięki swojemu profilowi działalności stały się beneficjentami pandemii. COVID-19 w większym stopniu wpłynął na mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa – mówi Artur Tomaszewski, Prezes Zarządu DNB Bank Polska S.A.

Różnią się również obszary funkcjonowania, które najbardziej ucierpiały w wyniku pandemii. Te z firm, które odczuły nieznaczne negatywne skutki najczęściej wskazywały na bardzo silny negatywny wpływ na możliwość prowadzenia działalności w czasie lockdownu (47 proc.), popyt na produkty i usługi (39 proc.) i współpracę z dostawcami (37 proc.). W ich przypadku najmniejszy problem stanowiła dostępność pracowników (5 proc.).

Sytuacja wygląda zupełnie inaczej wśród przedsiębiorstw, które odczuły poważne skutki. Połowa z nich zauważyła silny negatywny wpływ na współpracę z dostawcami (50 proc.), dostępność pracowników i możliwość prowadzenia firmy w czasie lockdownu (po 44 proc.). Z kolei w grupie przedsiębiorstw, które odczuły negatywne skutki pandemii zagrażające stabilności firmy, najsilniejszy negatywny wpływ dotyczył możliwości prowadzenia działalności w trakcie lockdownu (67 proc.). Równie często silny negatywny wpływ był wskazywany w przypadku współpracy z dostawcami oraz dostępności pracowników.

Niewielka wiedza o funduszach UE

Wśród wszystkich ankietowanych przedsiębiorstw najczęściej wskazywanymi priorytetami strategicznymi na najbliższe lata są rozwój firmy poprzez wejście na nowe rynki, digitalizacja oraz wdrażanie nowych inwestycji. Najrzadziej wskazywane były redukcja kosztów pracowniczych, znalezienie nowych dostawców oraz inne priorytety strategiczne.

W przypadku pytania dotyczącego źródeł finansowania nowych inwestycji zdecydowanie najczęściej wskazywane były środki własne, zarówno jako sposób finansowania głównych inwestycji, jak i dodatkowych (80 proc.). Na drugim miejscu pod tym względem znalazły się produkty bankowe (43 proc.). Jedynie niespełna jedna czwarta ankietowanych chce skorzystać z funduszy unijnych przy finansowaniu swoich podstawowych inwestycji. Zdecydowanie najrzadziej wybieraną formę stanowią emisja akcji i obligacji. Takie instrumenty planuje wykorzystać od 3 do 13 proc. przedsiębiorstw.

Chcieliśmy również sprawdzić, czy przedsiębiorstwa miały już doświadczenia w pozyskiwaniu funduszy UE i jedna trzecia z nich zadeklarowała, że ma na ten temat obszerną wiedzę i aktywnie korzysta z niej w praktyce. Z kolei 23 proc. firm ma niewielkie doświadczenie ze środkami unijnymi, ale jednocześnie nie odczuwają potrzeby doskonalenia się w tym obszarze. Oznacza to, że przedsiębiorstwa mogą nie być świadome, jakie korzyści niesie ze sobą Plan Odbudowy dla Europy  – mówi Marcin Prusak, członek zarządu ds. bankowości korporacyjnej, DNB Bank Polska.

Nacisk na klimat i technologię

Plan Odbudowy dla Europy, często określany jako Nowy Plan Marshalla, ma pomóc państwom członkowskim UE przywrócić konkurencyjność po okresie pandemii i restrykcji, jednocześnie kładąc nacisk na przyspieszenie transformacji cyfrowej i ekologicznej. Co istotne, oba te obszary transformacje są bezpośrednio wbudowane w proces uruchamiania środków: co najmniej 37 proc. wydatków w planie odbudowy każdego kraju ma być związane z klimatem, a 20 proc. z transformacją cyfrową.

Wśród ankietowanych przedsiębiorstw wyraźny jest sceptycyzm dotyczący Planu Odbudowy dla Europy. Jedynie w przypadku inicjatywy „Zwiększenie mocy“ więcej niż połowa ankietowanych przedsiębiorstw wskazała, że może się ona przyczynić do rozwoju firmy. Priorytet ten zakłada rozwój czystych technologii, a więc wykorzystanie odnawialnych źródeł energii, w tym promowany przez Unię Europejską wodór. Z kolei 43 proc. przychylnie patrzy na łączność, czyli dostęp do usług szerokopasmowych, w tym 5G. Niewiele mniej, bo 41 proc., uważa, że dzięki unijnym środkom uda się zmodernizować usługi publiczne.

Przynajmniej na razie w Polsce zbyt mało mówi się o szczegółach Planu Odbudowy, co z niego wynika i jakie korzyści środki te mogą przynieść poszczególnym branżom. Skoro tak niewielki procent dużych przedsiębiorstw wie cokolwiek na ten temat, to zapewne w sektorze MŚP wiedza ta jest jeszcze mniejsza. W Polsce potrzebna jest kampania informacyjna, która mówiłaby o korzyściach płynących ze środków zaproponowanych przez UE. Mamy nadzieję, że Raport Kierunki 2021 zainicjował dyskusję w tym temacie. Jednak to szczegółowe lokalne programy wsparcia oraz klarowne kryteria przyznawania środków to punkt wyjścia do zwiększenia świadomości w tym obszarze – tłumaczy Artur Tomaszewski.

Przedsiębiorstwa zdają sobie sprawę z konieczności nieustannego rozwoju we wspomnianych obszarach. Ankietowani wskazali, że w najbliższym czasie planują wdrożyć rozwiązania z zakresu robotyzacji i automatyzacji procesów biznesowych (48 proc.), big data (28 proc.), a także przejście do chmury (18 proc.).

Natomiast najczęściej planowanymi nowymi działaniami w obszarze środowiska są zmiana w kierunku korzystania z odnawialnych źródeł energii oraz rozwój nowych produktów i usług, przyjaznych dla środowiska. O takich zamiarach opowiedziało 50 proc. firm.

Zamiast obrotów rosną zaległości

Wprowadzenie od 20 marca ponownego lockdownu na terenie całej Polski jeszcze bardziej uderzy w gospodarkę. Przedsiębiorcy doświadczeni przez COVID-19 jak i pozostali, w dłuższej perspektywie czasowej są jednak optymistami. Liczą, że gdy tylko zniesione zostaną obostrzenia, ich obroty wzrosną. Uważa tak 39 proc. MŚP, spadku spodziewa się jedynie 4 proc. firm. Najważniejsze jednak, by przetrwać przedłużającą się pandemię, bo prognozy poprawy opierają się m.in. na założeniu, że części konkurencji się to nie uda – wynika z badania zrealizowanego dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Na razie zamiast obrotów rosną zaległości wobec dostawców i banków. Od kwietnia ub.r. do stycznia br. podwyższyły się one o ponad 0,5 mld zł, głównie w turystyce, gastronomii, handlu, transporcie, wynajmie maszyn i pojazdów, kulturze oraz sporcie.

W związku z rosnącą falą zachorowań na COVID-19, od soboty 20 marca na razie do 9 kwietnia, znów w całym kraju obowiązują ograniczenia działania dla wielu branż. Zamknięte są m.in. hotele (z wyjątkiem hoteli robotniczych i podróży służbowych), instytucje kultury, obiekty sportowe, w tym stoki narciarskie. Przywrócone zostały ograniczenia dla galerii handlowych: czynne są tam jedynie sklepy spożywcze, apteki, drogerie, salony prasowe, księgarnie, sklepy zoologiczne i z artykułami budowlanymi. W galeriach działać mogą też usługi fryzjerskie, optyczne, bankowe i pralnie. Gastronomia w dalszym ciągu może oferować posiłki jedynie na wynos.

Pod koniec stycznia cztery na dziesięć mikro, małych i średnich firm dotkniętych pandemią spodziewało się, że w tym roku kondycja ich biznesów powróci do stanu sprzed COVID-19. Przedsiębiorcy wchodzili w 2021 r. z nastawieniem umiarkowanie optymistycznym, sytuacja jednak szybko się zmienia. – Ogłoszenie kolejnego pełnego lockdownu oddala perspektywę poprawy wyników finansowych, a dla niektórych przedłużające się miesiące ograniczeń mogą definitywnie przełożyć się na zakończenie działalności – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Firmy, którym uda się przetrwać, w dużej mierze liczą jednak, że odbiją sobie gorsze czasy. 39 proc. spodziewa się, że gdy tylko zniesione zostaną wszelkiego rodzaju obostrzenia ich sprzedaż pójdzie w górę, 45 proc. zakłada, że utrzyma obroty, a tylko 4 proc. przewiduje, że im się pogorszy. Więcej pesymistycznych odpowiedzi – ok. 7 proc. – udzielają przedstawiciele transportu i usług – dodaje.

Przyczyn poprawy przedsiębiorcy upatrują głównie w ponownie składanych zamówieniach przesuniętych i zawieszonych wcześniej przez odbiorców, we wzroście liczby zamówień wynikających z odreagowania spowolnienia i zastoju w czasie pandemii, a także w nowych inwestycjach.

Obroty po pandemii

Wśród wymienianych powodów są też dwa mniej optymistyczne – wzrost cen towarów i usług (17 proc.) oraz spadek konkurencji, bo zdaniem ponad 9 proc. respondentów, słabsi nie przetrwają na rynku.

Nieliczni pesymiści spodziewający się ograniczenia popytu po pandemii, prognozują tak głównie ze względu na kryzys jaki wywoła w ich odczuciu przedłużająca się epidemia. Zakładają, że w związku z tym klienci będą ograniczać wydatki.

– Rozbieżność opinii co do tego, czy po pandemii będzie lepiej, czy też gorzej, jest nie mniejsza wśród prognozujących przedsiębiorstw niż spodziewane przez nie różnice w konsekwencjach jakie niosą dla poszczególnych gałęzi gospodarki kolejne lockdowny. O ile w przypadku zarażania ludzi COVID-19 działa losowo, to blokady uderzają w konkretne branże, dosięgając rykoszetem też firmy je wspierające – mówi Sławomir Grzelczak.

Dobrze uświadamiają to widoczne w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz w bazie BIK zaległości firm wobec dostawców i banków. Na koniec stycznia sięgnęły one 33,69 mld zł. Kwota ta przez 10 miesięcy, licząc od kwietnia zeszłego roku, wzrosła o ponad 0,5 mld zł, czyli 1,6 proc., ale już wśród firm zajmujących się działalnością kulturalną było to 16 proc. (4,7 mln zł), w przypadku firm zaangażowanych w sport i rekreację 18 proc. (17 mln zł), wśród wynajmujących i dzierżawiących maszyny oraz pojazdy 36 proc. (55 mln zł). Biznesy turystyczne zwiększyły zaległość o prawie jedną czwartą, do 100 mln zł, a gastronomia o 9 proc., do 707 mln zł.

W przypadku transportu było to o ponad 5 proc. więcej zaległości, ale przy skali sektora przełożyło się to na prawie 111 mln zł dodatkowych przeterminowanych zobowiązań. Podobnie w handlu, który zwiększył zadłużenie o niecałe 2 proc., co w przeliczeniu na kwotę oznacza 140 mln zł nieopłaconych faktur i rat kredytów na które czekają dostawcy i banki. Natomiast w takich sektorach jak przemysł i budownictwo kwota zaległości się nie zmieniła.

Z danych BIG InfoMonitor wynika, że łączna liczba przedsiębiorstw z problemami w spłacie bieżących zobowiązań przekroczyła na koniec stycznia 322,1 tys. Przez 10 miesięcy w bazach BIG InfoMonitor oraz BIK przybyło 7883 firm opóźniających o co najmniej 30 dni płatności faktur i rat kredytowych na minimum 500 zł wobec jednego wierzyciela. Tylko w styczniu doszło 1558 takich przedsiębiorstw.

Badanie Instytutu Keralla Research, realizowane co kwartał wśród mikro, małych i średnich firm, głównie prowadzących wymianę towarów i usług z innymi przedsiębiorstwami. Próba = 500, technika: wywiady telefoniczne, termin: styczeń – luty 2021 r.

Przegląd wydarzeń tygodnia 22.03 – 26.03.2020

Apetyt na ryzyko związany z silniejszym ożywieniem nie może przebić się na pierwszy plan, kiedy nastroje są dyktowane przez rosnące rentowności obligacji skarbowych USA. Ponieważ decyzja Fed nie przyniosła uspokojenia, presja może szybko nie zniknąć, wprowadzając zamęt wśród ryzykownych aktywów. Dane makro są drugorzędne, choć chwilową uwagę przyciągną indeksy PMI z Europy i USA.

Wydarzenia tygodnia: PMI z USA/Europy, Powell w Kongresie, Ifo, rynek pracy/sprzedaż z Wlk. Brytanii, SNB

USA

W USA lepsze od oczekiwań odczyty regionalnych wskaźników koniunktury dobrze rokują przed publikacją ogólnokrajowych PMI (śr). Silne wyniki będą podnosić oczekiwania dla wzrostu i inflacji, prawdopodobnie napędzając wzrost rentowności obligacji skarbowych. Trzeci odczyt PKB za IV kw. (czw) ma znaczenie trzeciorzędne. Trudne warunki pogodowe w lutym mogą wpłynąć na sprzedaż nieruchomości (pon, wt). Prezes Fed Powell razem z sekretarz skarbu Yellen będą przemawiać w Kongresie (wt, śr). Po Powellu spodziewamy się podtrzymania dotychczasowego przekazu – konieczne utrzymanie wysoce akomodacyjnych warunków finansowych z podkreśleniem ryzyk zbyt wczesnego wycofania wsparcia monetarnego. Nie spodziewamy się reakcji dolara na wystąpienia.

Strefa euro

W strefie euro oczekuje się kolejnego silnego odczytu PMI dla przemysłu (śr) za silnym odbiciem popytu globalnego. Ale sektor usługowy pozostaje w kontrakcji przy trudnościach z odbudową aktywności. Powracające restrykcje (w Hiszpanii i Francji) będą hamować powrót ożywienia. Niemiecki indeks Ifo (pt) powinien potwierdzać wskazania z badania ZEW – lekka poprawa zarówno oceny bieżącej, jak i perspektyw. Pomimo przedłużenia obostrzeń, sektor przemysłowy trzyma się mocno, korzystając z przyspieszenia globalnego. Dopóki dane nie będą sugerować odbicia gospodarczego w kolejnych kwartałach, ich wpływ na EUR pozostaje znikomy.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii zapowiada się bogaty w publikacje tydzień. Rynek pracy w lutym (wt) będzie odczuwał skutki lockdownu z poprzednich tygodni, stąd spodziewany jest spadek zatrudnienia. Dynamika płac przyspieszy, prawdopodobnie odzwierciedlając redukcję niskopłatnych etatów. Inflacja CPI (śr) ma wzrosnąć nieznacznie, ale wyższe ceny energii podtrzymają trend w kolejnych miesiącach. Po sprzedaży detalicznej (pt) oczekuje się lekkiego odbicia po styczniowym zahamowaniu aktywności. Marcowe wznowienie działalności po lockdownie powinno przynieść odbicie indeksu PMI dla usług (śr). Dla GBP dane rzutujące na przyszłość (jak PMI) powinny mieć większe znaczenie, a tutaj ryzyka przeważają po stronie pozytywnych zaskoczeń.

Szwajcaria

To ten moment w kwartale, kiedy Szwajcarski Bank Narodowy podejmuje decyzję w sprawie stopy procentowej (czw). Nie spodziewamy się żadnych zmian w polityce z utrzymaniem gołębiego języka w stosunku do franka („wysoko wyceniany”) z gotowością do interwencji, jeśli będzie to konieczne. Jednak gdy EUR/CHF istotnie odbił ponad 1,10, SNB ma przestrzeń do spokojnego obserwowania rynku walutowego. Ale na rezygnacje z gołębiego forward guidance już miejsca nie ma, gdyż zimowa fala zachorowań uderzyła w gospodarkę mocniej niż bank zakładał w grudniowych prognozach.

Polska

W Polsce podaż pieniądza (pon) i stopa bezrobocia (wt) nie będą miały przełożenia na rynek FX. Złoty, jak inne waluty rynków wschodzących, jest pod presją z tytułu rosnących rentowości obligacji skarbowych i silnego dolara. Tematy lokalne są na drugim planie, choć przedłużenie niepewności w sprawie kredytów frankowych (przełożenie rozprawy SN z 25 marca na 13 kwietnia) oraz trzecia fala zachorowań nie budują pozytywnego tła, by przerywać wyprzedaż. Bez korekty na rynku długu USA, EUR/PLN pozostanie na podwyższonych poziomach.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Cyfrowa transformacja polskich firm przyspiesza w czasie pandemii. Koszty inwestycji w nową infrastrukturę można ograniczyć średnio o 50 proc.

Proces transformacji technologicznej i organizacyjnej przedsiębiorstw przebiega w Polsce na zbliżonym poziomie i w podobnym tempie co globalnie – wynika z raportu Deloitte’​a. Dla 70 proc. polskich firm pandemia była głównym motorem napędowym cyfrowych zmian, co wynika m.in. z konieczności przestawienia się na model pracy zdalnej. Jednak potrzeba dokonania transformacji cyfrowej oznacza też konieczność inwestycji i poniesienia związanych z nimi kosztów. Te można znacząco ograniczyć, wybierając odpowiednią infrastrukturę.

– Cyfrowa transformacja w czasach pandemii to już nie tylko możliwość zbudowania przewagi rynkowej, lecz absolutna konieczność dla wszystkich polskich firm chcących utrzymać się w nowej rzeczywistości – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Aleksander Jagodzki, wiceprezes ds. sprzedaży w Goldenore.

Proces transformacji technologicznej i organizacyjnej przedsiębiorstw, który obejmuje m.in. cyfryzację produktów i usług oraz wprowadzanie nowych modeli biznesowych, przebiega w Polsce na zbliżonym poziomie i w podobnym tempie co globalnie – wynika z opublikowanego w ubiegłym roku raportu Deloitte’a („Przemysł 4.0 w Polsce”). W badaniu 58 proc. menedżerów wyższego szczebla wskazało, że cyfrowa transformacja to priorytet w ich organizacji.

Pandemię jako przyczynę przyspieszonej digitalizacji wskazało aż 70 proc. przedsiębiorstw w najnowszej odsłonie raportu „Smart Industry Polska”. Większość polskich firm podjęła w ciągu ostatniego roku intensywne działania w zakresie cyfrowej transformacji biznesu, skupiając się m.in. na wdrożeniu pracy zdalnej i przeniesieniu procesów wewnętrznych do sieci internet – pokazał wrześniowy raport „Trusted Economy w nowej rzeczywistości. Ograniczanie ryzyka związanego z szybką cyfryzacją” opracowany przez Deloitte’a.

– Pandemia okazała się dodatkowym bodźcem, który skłonił polskie firmy do przyspieszenia procesu technologicznej transformacji – mówi Aleksander Jagodzki. – To głównie konieczność przeniesienia pracy do kanału online’owego stymulowała ten proces. W tej chwili większość z nas swoje obowiązki służbowe wykonuje właśnie online, co z kolei zmienia wymogi odnośnie do wykorzystywanych narzędzi oraz  infrastruktury. 

Potrzeba dokonania transformacji cyfrowej oznacza konieczność inwestycji i poniesienia związanych z nimi kosztów, które mogą się okazać barierą dla wielu polskich firm. Koszty można jednak znacząco ograniczyć, wybierając odpowiednią infrastrukturę.

– Bardzo istotna dla transformacji cyfrowej w firmach jest nowoczesna infrastruktura. Ona powinna być nie tylko wydajna, ale również skalowalna i elastyczna, bo obecnie w takich dynamicznych czasach żyjemy – mówi Andrzej Syta, Presales Manager Goldenore. – Potrzebne jest więc połączenie sprzętu i oprogramowania, które stworzą nowoczesną, dynamiczną platformę, doskonałą do budowy cyfrowej organizacji.

Jak wskazuje, takim właśnie rozwiązaniem jest platforma IBM LinuxONE, która łączy innowacje Linuksa i środowiska open source na platformie serwerowej IBM Z, oferując m.in. niezawodność, konsolidację obciążeń, najwyższy poziom bezpieczeństwa czy narzędzia do zarządzania infrastrukturą. Co najistotniejsze, platforma pozwala też ograniczyć koszty ze względu na wykorzystanie mniejszej liczby rdzeni przy zachowaniu lub nawet zwiększeniu mocy przetwarzania. Według analizy IDC Polska na zlecenie IBM pozwala to znacząco ograniczyć koszty ponoszone przez firmy na zakup i utrzymanie licencji.

– Chodzi o liczbę zadań, jakie maszyna jest w stanie wykonać w przeliczeniu na jedną licencję. Mamy tu do czynienia z procesorami IFL, które mogą pracować pod średnim obciążeniem nawet 90 proc., a wyższa przepustowość kanałów transmisji danych pozwala skrócić czas odpowiedzi na zapytania. Dodatkowo operacje zapis/odczyt, które zwykle stanowią ok. 1/3 wszystkich zadań wykonywanych przez procesory, tu przejmowane są przez dedykowane i specjalizowane jednostki, które nie wymagają licencjonowania – tłumaczy Andrzej Syta.

Z analizy IDC Polska wynika, że wdrożenie platformy LinuxONE III w przedsiębiorstwach pozwoli m.in. na zmniejszenie o 85 proc. zajętej powierzchni serwerowni, ograniczenie kosztów zużycia energii elektrycznej do 80 proc., ograniczenie liczby administratorów o co najmniej 60 proc., a także zmniejszenie inwestycji w infrastrukturę sieciową.

Dla przykładu całkowity koszt zastosowania (TCO) platformy w systemie bankowym Temenos T24 wykazał oszczędności od 15 do 49 proc. w porównaniu z tradycyjną platformą x86.

– LinuxONE III to w tej chwili jedna z najstabilniejszych platform serwerowych. Zapewnia wysoką dostępność, a poprzez konsolidację baz danych znaczące optymalizacje w zakresie licencyjnym. Dzięki wydajnemu systemowi I/O oraz procesorom IFL możemy ograniczyć liczbę rdzeni i tym samym ograniczyć koszt zakupu i utrzymania licencji – wskazuje Aleksander Jagodzki.

Szybkie tempo technologicznych zmian to jednak także wyzwania dla firm w zakresie cyberbezpieczeństwa. Z raportu „Cyberbezpieczeństwo w polskich firmach 2021” przygotowanego przez Vecto wynika, że już ponad 64 proc. polskich firm miało do czynienia z cyberincydentem zagrażającym bezpieczeństwu danych i systemów IT. To o 19 proc. więcej niż w ubiegłorocznym badaniu. Pandemia i zmiany m.in. w modelu pracy generują zupełnie nowe zagrożenia, co potwierdza 82 proc. badanych firm. Jednocześnie tylko 12 proc. ankietowanych firm wprowadziło dodatkowe zabezpieczenia dla pracowników w trybie home office.

– Wraz z cyfrową transformacją biznesu można zadbać także o cyberodporność – wskazuje Andrzej Syta. – Wdrażając platformę LinuxONE III, dostajemy w pakiecie kompleksowe szyfrowanie, za które odpowiadają procesory kryptograficzne, nie obciążając głównych jednostek, i pełną ochronę danych. Nowe rozwiązanie Data Privacy Passports pozwala na szyfrowanie danych, przyznawanie i odbieranie uprawnień dostępu do nich oraz utrzymanie nad nimi pełnej kontroli – nawet kiedy trafiają poza przedsiębiorstwo, np. w przypadku stosowania hybrydowych środowisk wielochmurowych. Mechanizmy kontroli DPP są zachowane nawet dla sporządzonych kopii danych, co jest rewolucyjnym rozwiązaniem.

Z październikowych prognoz IDC wynika, że do 2023 roku już 75 proc. wszystkich organizacji na świecie będzie dysponować konkretnymi planami wdrożenia cyfrowej transformacji. Jeszcze pół roku temu takie cele miało 27 proc. przedsiębiorstw.

Trafiające do Bałtyku zanieczyszczenia zostają w nim nawet 30 lat. Największy wpływ na jego zasoby mają konsumenci

Morze Bałtyckie jest wyjątkowe w skali całego świata, ponieważ jest dość słodkie, a wymiana wody trwa w nim nawet 30 lat. To oznacza, że zanieczyszczenia, które trafiają do niego z niemal całego obszaru Polski, pozostają w nim na długo i wpływają na populację ryb bałtyckich. Z okazji obchodzonego 22 marca Światowego Dnia Ochrony Morza Bałtyckiego organizacje ekologiczne i rybacy apelują do konsumentów o pomoc w ochronie zasobów. – Nawet najmniejsza zmiana naszych codziennych przyzwyczajeń może wpłynąć na to, jak wygląda Bałtyk i na jak długo wystarczą nam jego zasoby – podkreśla Marcin Radkowski, prezes zarządu Kołobrzeskiej Grupy Producentów Ryb.

– Bałtyk jest bardzo specyficznym morzem, nawet w skali całego świata. Jest zbiornikiem wód brachicznych, dodatkowo jest dość słodkim morzem, a wymiana wody – przez to, że jest na wpół zamknięty – zajmuje mu około 30 lat. Dlatego wszystkie zanieczyszczenia i wszystko, co przedostanie się do Bałtyku, zostanie w nim minimum przez tyle czasu. Stąd tak ważne jest, żebyśmy zajęli się Bałtykiem i jego ochroną – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Olga Sarna, prezes zarządu Fundacji MARE.

22 marca w krajach położonych nad Bałtykiem co roku obchodzony jest Światowy Dzień Ochrony Morza Bałtyckiego, ustanowiony przez Komisję Helsińską w 1997 roku. Ma on zwrócić uwagę na konieczność podjęcia działań w celu ochrony wód tego morza i jego zasobów.

– Do najważniejszych problemów, z jakimi boryka się Bałtyk, należą odpady morskie: wszelkiego rodzaju plastik, zagubione, stare sieci rybackie czy np. niedopałki papierosów. Widzimy też bardzo postępujące zmiany klimatyczne, a konkretnie zmiany temperatury wody, które mają bardzo duży wpływ na organizmy żyjące w morzu. Ten akwen jest też mocno zanieczyszczony – spływają do niego zanieczyszczenia z przemysłu i rolnictwa, a pod wodą znajdują się wraki z paliwem i broń chemiczna z czasów I i II wojny światowej, które także zagrażają Bałtykowi. Tym tematem trzeba się zająć, zanim w nadchodzących latach to wszystko zacznie przedostawać się do wody – podkreśla Olga Sarna.

Jedną z najskuteczniejszych metod ochrony środowiska Morza Bałtyckiego jest zmniejszenie emisji zanieczyszczeń oraz eksploatacji jego zasobów, np. poprzez ograniczenie zużycia sztucznych nawozów w rolnictwie oraz skuteczniejsze oczyszczanie ścieków. Niemal cały obszar Polski (99,7 proc.) znajduje się w zlewni Bałtyku, więc każdy konsument ma wpływ na to, co ostatecznie trafia do morza.

– Tak naprawdę nie ma znaczenia, gdzie jesteśmy: w Gdańsku, w Warszawie, Krakowie czy we Wrocławiu – i tak mamy wpływ na Bałtyk. Wszystko to, co wylejemy czy wyrzucimy na ziemię, docelowo może spłynąć do Bałtyku i go zanieczyścić – wskazuje prezes zarządu Fundacji MARE.

– W naszym najnowszym programie edukacyjnym Naturalnie Bałtyckie chcemy pokazać Polakom, że nawet najmniejsza zmiana naszych codziennych przyzwyczajeń może wpłynąć na to, jak wygląda Bałtyk i na jak długo starczą nam jego zasoby – podkreśla Marcin Radkowski, prezes zarządu Kołobrzeskiej Grupy Producentów Ryb.

Marka Naturalnie Bałtyckie informuje konsumenta, że ma on do czynienia z rybą bałtycką najwyższej jakości. Program ma na celu promowanie racjonalnego wykorzystywania zasobów morza i świadomej konsumpcji lokalnych ryb, których połów generuje najmniejszy ślad węglowy. Znakiem Naturalnie Bałtyckie oznaczane są produkty rybne wytwarzane z ryb pozyskanych z Bałtyku, zgodnie z najwyższymi standardami jakościowymi, a także bez szkody dla środowiska. Takim standardem jest też certyfikat MSC, który aktualnie polskie organizacje połowowe starają się uzyskać.

– Standard Zrównoważonego Rybołówstwa MSC to trzon naszego programu i wyznacza zasady, jakimi powinny kierować się rybołówstwa, które chcą poławiać w sposób zrównoważony, czyli taki, żeby nie zagrażać ekosystemom morskim, żeby chronić zwierzęta, które żyją w morzach i oceanach, a przy okazji eksploatować stada i gatunki ryb, które konsumują ludzie na całym świecie – mówi dr Marta Potocka, menedżer ds. kontaktów z klientami biznesowymi i rybakami w MSC Polska i Europa Centralna.

Polskie organizacje rybackie, które prowadzą połowy na Północnym Atlantyku czy Południowym Pacyfiku, są członkami  programu MSC już od ponad 10 lat. Od ubiegłego roku w procesie certyfikacji MCS uczestniczą też organizacje rybaków, którzy poławiają na rodzimym Bałtyku.

– Wyniki audytów, którym poddawani są polscy rybacy na Bałtyku, poznamy za kilka miesięcy – wskazuje dr Marta Potocka. – Przystąpienie polskich rybaków do programu MSC będzie dowodem, że faktycznie wszyscy poławiający ryby na Bałtyku robią to w sposób zrównoważony, bezpieczny dla naszego akwenu.

– Od jakiegoś czasu polscy rybacy są właściwie największą organizacją ekologiczną, której najbardziej zależy na tym, żeby dbać o zasoby Bałtyku. Realizowaliśmy projekty z wieloma organizacjami ekologicznymi, dotyczące np. usuwania z dna Bałtyku utraconych narzędzi połowowych, czyli tzw. sieci widm. Teraz jesteśmy w trakcie projektu, który ma ograniczyć emisję spalin emitowanych przez kutry rybackie. Staramy się też o certyfikat zrównoważonego rybołówstwa MSC dla naszych ryb bałtyckich – podkreśla Marcin Radkowski.

Według danych Europejskiego Obserwatorium Rynku w zakresie Rybołówstwa (EUMOFA) statystyczny Polak zjada rocznie ok. 14,5 kg ryb, czyli nawet trzykrotnie mniej niż mieszkańcy krajów śródziemnomorskich. Co istotne, rzadko też sięgamy po ryby z Bałtyku. Rodzime gatunki, takie jak śledź, szprot, flądra, łosoś, turbot czy sandacz, częściej trafiają na stoły w Skandynawii czy Europie Zachodniej, gdzie są cenione przez konsumentów ze względu na swoje prozdrowotne właściwości. Badania jednoznacznie udowadniają, że ryby i przetwory rybne z Bałtyku zawierają śladowe zawartości zanieczyszczeń i nie zagrażają konsumentom.

– Badania Morskiego Instytutu Rybackiego wskazują, że poziom zanieczyszczeń w rybach bałtyckich jest zdecydowanie niższy niż jeszcze 2030 lat temu. Zresztą ryby bałtyckie nigdy nie przekraczały jakichkolwiek norm, nawet się do nich nie zbliżamy. Ryby bałtyckie są pełne wielonasyconych kwasów omega-3, mają łatwo przyswajalne białko, mikroelementy i witaminy, dlatego gorąco je polecam. Powinniśmy wszyscy dbać o Bałtyk i o rzeki, które do niego wpadają, żeby tych zasobów starczyło nam na jak najdłużej – podsumowuje prezes zarządu Kołobrzeskiej Grupy Producentów Ryb.

Środki z PPK mogą posłużyć za wkład własny na mieszkanie albo zabezpieczenie na wypadek choroby. Polacy nie chcą jednak w nich oszczędzać, obawiając się powtórki z OFE

– Niska partycypacja w pracowniczych planach kapitałowych wynika zapewne z braku zaufania m.in. przez to, co się stało z OFE. Natomiast porównywanie tych dwóch programów jest bardzo błędne – mówi Łukasz Bugaj, ekspert AXA TFI. Jak wskazuje, wielu Polaków wciąż nie wie także, że środki zgromadzone w PPK mogą stanowić poduszkę finansową na wypadek choroby albo posłużyć za wkład własny przy zaciąganiu kredytu na mieszkanie. Instytut Emerytalny w analizie za poprzedni rok wskazał, że na rynku nie ma obecnie drugiego bardziej pewnego sposobu oszczędzania, który zapewniałby tak dobry zysk. W najbliższych tygodniach do programu muszą przystąpić najmniejsze firmy oraz administracja.

– Po trzech pierwszych etapach programu PPK partycypacja wynosi średnio około 30 proc. i jest na zaskakująco niskim poziomie. Ona różni się pomiędzy firmami, bo jest sporo przedsiębiorstw – choć głównie z kapitałem zagranicznym, w sektorze finansowym i IT – gdzie partycypacja jest zdecydowanie wyższa. Natomiast jest też ponad 30 tys. firm, w których do programu PPK nie zapisał się ani jeden pracownik i to jest bardzo smutny obraz – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Bugaj, menedżer komunikacji inwestycyjnej w AXA TFI (wkrótce zmieni nazwę na UNIQA TFI).

Według danych Polskiego Funduszu Rozwoju pod koniec grudnia, po wdrożeniu pierwszych trzech etapów PPK, partycypacja w pracowniczych planach kapitałowych wyniosła 30,4 proc., co oznacza uczestnictwo prawie 1,7 mln pracowników na blisko 7,4 mln uprawnionych. Z danych PFR wynika, że ok. 32 tys. firm nie wdrożyło efektywnie programu i nie zawarło żadnej umowy o prowadzenie PPK. Są to głównie firmy z III etapu, czyli zatrudniające między 20 a 50 pracowników.

PFR zakłada, że po IV etapie programu liczba uczestników wzrośnie do minimum 3,5 mln. Docelowo ma ich być ok. 6–8 mln, z partycypacją na poziomie ok. 50–75 proc.

– Wydaje się, że uczestnictwo w PPK jest na tak niskim poziomie ze względu na brak zaufania Polaków i nieznajomość tego programu. Natomiast gdyby dobrze się z nim zaznajomić, to on jest tak korzystny z punktu widzenia pracownika, że grzech z niego nie skorzystać – przekonuje ekspert AXA TFI. – Warto przynajmniej przez chwilę, na próbę skorzystać z programu PPK i zobaczyć, jak to wygląda. Jeśli ktoś już raz skorzysta z tych dopłat, to nie będzie chciał rezygnować.

Łukasz Bugaj ocenia, że niski poziom uczestnictwa w PPK to głównie efekt wielu mitów, które narosły wokół tego programu, i częstego porównywania go z otwartymi funduszami emerytalnymi.

– Porównywanie tych dwóch programów jest błędne i to z trzech powodów. Po pierwsze, środki zgromadzone w PPK są prywatne i to jest zapisane w ustawie. Tego nie było w przypadku OFE. Po drugie, środki z PPK w każdej chwili można wypłacić, natomiast w OFE takiej możliwości nie było. Wydaje się, że Polacy po prostu o tym nie wiedzą. Trzecia kwestia to atrakcyjność programu PPK, która jest zdecydowanie większa niż OFE, ponieważ wpłaty są dokonywane nie tylko ze strony pracownika, ale również pracodawcy i Skarbu Państwa. To znaczy, że środki na nasze konto w programie PPK płyną z trzech różnych źródeł – wyjaśnia.

Polski Fundusz Rozwoju podaje, że – mimo pandemicznego kryzysu i zawirowań na rynkach finansowych – średnia stopa zwrotu z funduszy PPK od powstania wyniosła 10,1 proc., a całkowita stopa zwrotu z inwestycji w PPK dla pracowników przekroczyła 122 proc. Według wyliczeń Instytutu Emerytalnego uczestnicy PPK uzyskali po pierwszym roku przeciętny zwrot na poziomie 95 proc. Tym, którzy po roku zrezygnowali i wypłacili wszystkie środki, pozostało w kieszeni 50 proc. więcej, niż sami przekazali do PPK plus 23 proc. zapisane dodatkowo na koncie emerytalnym w FUS. Inwestycje na własną rękę przyniosłyby tymczasem tylko ok. 10,5 proc.

– Pracownik w wieku 35 lat, który zarabia 4,5 tys. zł brutto, wpłaca do programu 90 zł miesięcznie. Mniej więcej drugie tyle dopłaca pracodawca i Skarb Państwa. Taka osoba do momentu osiągnięcia wieku emerytalnego, czyli 60 lat, wpłaci do PPK łącznie ok. 20 tys. zł. Natomiast – uwzględniając zyski z inwestycji oraz dopłaty ze strony pracodawcy i Skarbu Państwa – docelowo może zgromadzić ponad 112 tys. zł, czyli gigantyczną kwotę versus to, co sam wpłacił – wylicza ekspert AXA TFI.

W raporcie podsumowującym wyniki PPK na koniec 2020 roku eksperci Instytutu Emerytalnego wprost wskazują, że obecnie nie ma lepszego i bardziej pewnego sposobu oszczędzania, który gwarantowałby tak dobry zwrot. Z perspektywy uczestnika PPK ważne jest też to, że środki zgromadzone w programie są prywatną własnością, a w razie śmierci – podlegają dziedziczeniu.

– Konstrukcja tego programu, która polega na systematycznym wpłacaniu co miesiąc niewielkich kwot, jest bardzo korzystna. Te kwoty sumują się z biegiem lat, dzięki czemu zwłaszcza osoby młode mogą w ten sposób zgromadzić bardzo duży kapitał. Ponadto tutaj wszystko dzieje się automatycznie. Nie musimy o niczym pamiętać, składki są odprowadzane za nas, po pewnym czasie nawet przestajemy to dostrzegać. Ten automatyzm i systematyczność powodują, że środki się gromadzą i po pewnym czasie możemy się zdziwić, ile byliśmy w stanie ich odłożyć – mówi Łukasz Bugaj.

Środki zgromadzone w PPK można wycofać w każdej chwili, nie czekając do emerytury, chociaż nie będzie to bezkosztowe.

– Przy rezygnacji trzeba odprowadzić podatek od zysków kapitałowych tak jak w każdym innym programie. W takim przypadku stracimy też dopłaty Skarbu Państwa, ale zatrzymamy praktycznie całość dopłat ze strony pracodawcy. Gros, czyli 70 proc., zostanie nam wypłacone w formie bezpośredniej, natomiast 30 proc. trafi do ZUS-u na poczet przyszłej emerytury – precyzuje menedżer komunikacji inwestycyjnej w AXA TFI.

Co istotne, środki z PPK można też wypłacić przed 60. rokiem życia bez żadnych potrąceń. Jednorazowo do 25 proc. w sytuacji poważnego zachorowania uczestnika PPK lub jego najbliższych (małżonek, dziecko) albo 100 proc. na cele mieszkaniowe, aby pokryć wkład własny przy zaciągnięciu kredytu na zakup mieszkania czy budowy domu.

– Ciężko w tej chwili znaleźć drugi program inwestycyjny, który jest tak korzystny jak PPK – podkreśla Łukasz Bugaj.

Pracownicy mający od 18 do 55 lat zostają zapisani do PPK automatycznie. Pracownicy w wieku 55–70 lat muszą złożyć w tym celu wniosek do pracodawcy. Firma zawiera w imieniu pracowników umowę o prowadzenie PPK i finansuje za niego wpłatę podstawową wynoszącą 1,5 proc. wynagrodzenia. Może też sfinansować wpłatę dodatkową – do 2,5 proc. wynagrodzenia. Na rachunek PPK trafiają też wpłaty finansowane przez samego uczestnika PPK, pobierane z jego pensji. To zasadniczo 2 proc. wynagrodzenia, ale w przypadku osób o niskich zarobkach można obniżyć je do 0,5 proc. Uczestnik PPK otrzymuje też od Skarbu Państwa jednorazową wpłatę powitalną 250 zł oraz dopłaty roczne w wysokości 240 zł.

Pracownicy, którzy nie chcą uczestniczyć w programie, mogą się z niego wypisać. Co istotne, mogą także do niego wrócić, nawet jeśli wypłacili wcześniej zgromadzone środki. Deklarację ponownego przystąpienia do programu można złożyć w każdym momencie.

Problem niedoboru wody pitnej może się pojawić w Polsce w ciągu kilkunastu lat. Rusza właśnie największa ogólnopolska akcja sprzątania rzek

Na jednego Polaka przypada statystycznie ok. 1,8 tys. m³ wody rocznie, podczas gdy średnia w Europie sięga 5 tys. m³. Polska jest jednym z państw najuboższych w wodę i problem jej niedoboru może się pojawić w ciągu kilkunastu lat. Dlatego konieczne staje się oszczędzanie wody i dbanie o jej zasoby. W przypadającym 22 marca Światowym Dniu Wody rusza największa ogólnopolska akcja społecznego sprzątania rzek w Polsce. Do końca sierpnia kilka tysięcy wolontariuszy z całego kraju będzie sprzątać rzeki, ich dopływy i okolice ze śmieci i zanieczyszczeń, a do akcji masowo włączyły się też samorządy i biznes.

Jak wynika z raportu „Woda w rolnictwie”, opracowanego przez Koalicję Żywa Ziemia we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla i WWF Polska, na jednego mieszkańca Polski przypada rocznie około 1,8 tys. m³ wody (średnia w Europie jest prawie trzykrotnie wyższa i wynosi ok. 5 tys. m³), ale w okresach suszy jej ilość spada nawet do 1,1 tys. m³. Przez ograniczone zasoby wody pitnej Polska jest jednym z państw najbardziej zagrożonych kryzysem wodnym, który postępuje wraz ze zmianami klimatycznymi.

– Polska ma zasoby słodkiej wody zbliżone do Egiptu i – choć trudno w to uwierzyć – perspektywa niedoborów wody pitnej jest w dłuższej perspektywie całkiem realna. Nie można określić, czy stanie się to za rok, czy za 10 lat, ale przyspieszające zmiany klimatu pokazują nam już dziś, że powinniśmy zrobić wszystko, żeby ten scenariusz się nie ziścił – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Oleg Stasiewicz, prezes zarządu Aquaphor Poland Sp. z o.o.

Jak wynika z danych opracowanych przez Fundację Aeris Futuro i Rankomat.pl, statystyczny Polak bezpośrednio zużywa ok. 92 l wody dziennie, ale po uwzględnieniu wody potrzebnej do wyprodukowania żywności i towarów, które kupujemy, ślad wodny każdego z nas sięga prawie 3,9 tys. l. To pokazuje, że oszczędzanie wody jest koniecznością, bez której problem jej niedoboru może się pojawić już za kilkanaście lat.

– Choć wydaje się, że problem dostępu do wody pitnej nie dotyczy Polaków, sytuacja Polski wcale nie jest wesoła. Jesteśmy dumni z naszych rzek, mokradeł i jezior, jednak polskie zasoby naturalne są skromne. Mamy najmniej wody spośród wszystkich krajów europejskich i amerykańskich, a także w porównaniu z wieloma krajami środkowej Afryki czy południowej i środkowej Azji – mówi cytowany w komunikacie prasowym Daniel Parol, pomysłodawca i organizator Operacji Czysta Rzeka.

Operacja Czysta Rzeka to największa zorganizowana akcja społecznego sprzątania rzek w Polsce. W tym roku odbędzie się już po raz trzeci. Pierwsza edycja miała miejsce w 2019 roku, kiedy ponad 2 tys. wolontariuszy z całego kraju zebrało prawie 55 ton śmieci. W zeszłym roku – ze względu na sytuację epidemiczną – odbyła się tylko częściowo. Tegoroczna edycja startuje 22 marca, czyli w ustanowiony przez ONZ Światowy Dzień Wody.

– Zanieczyszczanie wód powierzchniowych jest niczemu niesłużącą, samolubną bezmyślnością. Rzeki są nie tylko elementem krajobrazu, ale i miejscem występowania bezcennej fauny i flory. To nasze wspólne dobro, o które trzeba dbać – podkreśla Oleg Stasiewicz.

Rejestracja lokalnych sztabów, które chcą wziąć udział w ogólnopolskim sprzątaniu rzek, potrwa do 6 kwietnia. Wolontariusze natomiast mogą się zgłaszać do 10 kwietnia, dopisując się do już zarejestrowanych sztabów (na stronie internetowej akcji www.operacjarzeka.pl). Akcja sprzątania rzek w całej Polsce zakończy się 29 sierpnia. Będzie powiązana z szeregiem akcji edukacyjnych skierowanych do dorosłych i dzieci, których celem jest kształtowanie proekologicznych postaw. Jak co roku wsparły ją również samorządy, NGO-sy, firmy oraz media, a także przedstawiciele życia publicznego, w tym m.in. Urszula Dudziak, Kayah, Marek Kamiński czy Justyna Steczkowska. W tym roku do grona sponsorów i partnerów strategicznych Operacji Czysta Rzeka dołączył też Aquaphor, którego działalność biznesowa jest ściśle związana z tematyką oszczędzania i uzdatniania wody.

– To akcja, w której wzięliśmy udział po raz pierwszy, ale na pewno zostaniemy z nią na dłużej. Cel jest bowiem szczytny i bardzo potrzebny naszym rodzimym akwenom. Profesjonalnie zajmujemy się uzdatnianiem wody, więc najlepiej wiemy, jak ważna jest czysta woda dla kraju i świata. Wybieramy się więc całą załogą na aktywne sprzątanie, żeby mocniej zaznaczyć swój udział w akcji – wskazuje Oleg Stasiewicz.

Międzynarodowy koncern jest jednym z największych na świecie producentów materiałów filtrujących i domowych filtrów do oczyszczania wody. Eksperci Aquaphora stworzyli m.in. dzbanek filtrujący wyposażony w innowacyjną membranę, która radzi sobie nie tylko z filtrowaniem domowej kranówki, lecz nawet wody z rzeki. Potrafi ją oczyścić z bakterii, związków organicznych i metali ciężkich.

Dzięki własnym badaniom i ponad 130 patentom Aquaphor jest też producentem zaawansowanych technologicznie systemów filtrujących, które pomagają obniżyć zużycie wody m.in. w przemyśle spożywczym, farmaceutycznym czy kosmetycznym. Tymczasem w Polsce – jak pokazują dane Global Compact Network Poland i GUS – największy udział w zużyciu wody pitnej (ponad 70 proc.) ma właśnie przemysł, mocno wyprzedzając pod tym względem sektor komunalny i rolnictwo.

Fala ataków cyberprzestępców w pandemii przybiera na sile. W 2020 roku tylko w USA straty sięgnęły 4,1 mld dol.

Coroczny raport FBI o przestępstwach internetowych wskazuje, że w 2020 roku łączna liczba otrzymanych skarg wzrosła o 69 proc. w ciągu roku, a zgłoszone straty sięgają rekordowych 4,2 mld dol. Ponad 28 tys. skarg dotyczyło ataków związanych z COVID-19. Cyberprzestępcy najczęściej wykorzystują phishing, ransomware czy włamują się do poczty elektronicznej. – Cyberprzestępcy w czasie pandemii korzystają z naszego uzależnienia od technologii, aby rzucić się w wir przestępczości internetowej – podkreśla Paul Abbate, zastępca dyrektora Federalnego Biura Śledczego.

Ubiegły rok okazał się rekordowy pod względem liczby cyberprzestępstw. Coroczny raport Internet Crime Complaint Center (IC3) FBI wskazuje, że w 2020 roku ofiary cyberprzestępczości w USA straciły łącznie 4,1 mld dol. w ciągu roku. To o 700 mln dol. więcej niż w 2019 roku. Znacząco wzrosła także liczba skarg otrzymanych przez IC3.

– IC3 (Internet Crime Complaint Center – przyp. red.) otrzymało rekordową liczbę blisko 792 tys. skarg od Amerykanów w 2020 roku. Oznacza to 69-proc. wzrost liczby skarg w stosunku do 2019 roku. Straty wynikające z cyberprzestępstw przekroczyły zaś 4,1 mld dol. – wylicza Paul Abbate, zastępca dyrektora Federalnego Biura Śledczego.

W dużej mierze to efekt pandemii, pracy zdalnej czy coraz popularniejszych platform do komunikacji. Aplikacja Zoom, miejsce spotkań wirtualnych, była nieustannie celem różnych cyberataków. W kwietniu 2020 roku doszło do ogromnego naruszenia danych. Ponad 500 tys. haseł Zoom zostało skradzionych, sprzedanych, a nawet rozdanych za darmo na forach dark web. Udostępniono dane logowania ofiar, adresy URL osobistych spotkań i klucze hostów.

– Cyberprzestępcy w czasie pandemii korzystają z naszego uzależnienia od technologii, aby rzucić się w wir przestępczości internetowej – podkreśla Paul Abbate.

Najbardziej nowatorskimi formami przestępczości, jakie pojawiły się w zeszłym roku, było wykorzystywanie w Internecie ustawy CARES, federalnego pakietu pomocy gospodarczej dla małych firm w czasie pandemii. Zorganizowane grupy oszustów często składały masowo fałszywe wnioski, wykorzystując skradzione dane osobowe. Przestępcy podszywali się pod urzędników państwowych, kontaktowali się z ofiarami za pośrednictwem poczty elektronicznej, telefonów i mediów społecznościowych w celu zebrania ich danych osobowych. Do IC3 wpłynęły tysiące skarg dotyczących pojawiających się przestępstw finansowych związanych z funduszami CARES, w szczególności dotyczących ubezpieczeń na wypadek bezrobocia, pożyczek w ramach programu ochrony pensji i pożyczek na wypadek szkód ekonomicznych dla małych firm.

Wciąż jednak, jak wynika z raportu IC3, cyberprzestępcy najczęściej wykorzystują phishing, vishing (phishing wideo), smishing (phishing tekstowy) i pharming (przekierowanie ruchu internetowego na stronę kontrolowaną przez cyberprzestępców).

Częste są również włamania na biznesową pocztę e-mail. Haker uzyskuje dostęp do firmowego konta e-mail lub fałszywego konta, a następnie podszywa się pod wiadomości e-mail dyrektorów firmy, żądając przesłania płatności przelewem. W 2020 roku do IC3 wpłynęło 19 369 skarg dotyczących tego rodzaju ataków, z których straty finansowe wyniosły ok. 1,8 mld dol.

– Przestępcy wykorzystują phishing, spoofing, wymuszenia i różne rodzaje oszustw internetowych, aby dotrzeć do najbardziej narażonych osób w naszym społeczeństwie – pracowników medycznych poszukujących środków ochrony osobistej, rodzin szukających informacji o czekach stymulacyjnych pomocnych w opłaceniu rachunków i wielu innych – wymienia Paul Abbate.

Przedstawicielka WHO w Polsce: Szczepionka Johnson & Johnson może się okazać przełomem w walce z COVID-19. Jednak wirus jest inteligentny, musimy pozostać czujni i gotowi

Od grudnia 2020 roku opracowywanych jest ponad 200 kandydatów na szczepionki przeciwko SARS-CoV-2. Szczepionka Johnson & Johnson, która niedawno została dopuszczona do obrotu, może stanowić przełom w walce z koronawirusem. Wystarczy podanie tylko jednej dawki, a sam preparat może być przechowywany w temperaturze, jaka panuje w zwykłej lodówce. W przyszłości będzie jednak więcej epidemii koronawirusa. Nietoperze i inne ssaki są bogate w szczepy wirusów, a niektóre z tych patogenów nieuchronnie przedostaną się przez barierę gatunkową i spowodują nowe pandemie. Dlatego kluczowe jest opracowanie szczepionki przeciwko pankoronawirusowi.

– Preparat firmy Johnson & Johnson będzie prawdopodobnie przełomowy, ponieważ znacznie łatwiej jest szczepić pacjentów jedną dawką. Nie trzeba umawiać kolejnej wizyty, upewniać się, że pacjent przyjdzie ponownie, zapewniać dostępności preparatu na pierwszą i drugą dawkę. Im prostsze procedury, tym łatwiej można realizować program – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Paloma Cuchi, przedstawicielka Światowej Organizacji Zdrowia w Polsce.

Niedawno do obrotu została dopuszczona szczepionka Johnson & Johnson. Zdaniem wielu ekspertów może się okazać przełomowa w walce z koronawirusem. Chociaż ma niższy ogólny wskaźnik skuteczności w Stanach Zjednoczonych (72 proc. przy nawet 95 proc. innych szczepionek), to badania firm były przeprowadzane w różnych miejscach, w różnym czasie. Niższa wartość niż w przypadku już wcześniej dopuszczonych preparatów wiąże się prawdopodobnie z występowaniem mutacji koronawirusa, które podczas badań prowadzonych latem ubiegłego roku nie odgrywały jeszcze tak znaczącej roli.

Badania wykazały też, że nowa szczepionka chroni przed brazylijskim i południowoafrykańskim wariantem koronawirusa. Co istotne, w przeciwieństwie do pozostałych preparatów wystarczy jedna dawka zamiast dwóch, łatwiej też jest ją przechowywać.

– Preparat ten nie ma tak restrykcyjnych wymagań dotyczących temperatury przechowywania. Odchodzi więc sprawa posiadania dużej lodówki, a więc mniejsze są także nakłady. W rzeczywistości będziemy mieli jednak do czynienia z połączeniem różnych szczepionek i koniecznością dalszego stosowania znanych nam już środków, takich jak maski czy dezynfekcja dłoni. Sama szczepionka nie rozwiąże całego problemu niezależnie od tego, czy potrzebna będzie jedna, czy dwie dawki  – wskazuje dr Paloma Cuchi. – Dopiero połączenie wszystkich środków bezpieczeństwa pozwoli nam osiągnąć przełom w walce z COVID-19.

Każdy podtyp koronawirusa może wielokrotnie mutować, tym samym skuteczność szczepionek może być z biegiem czasu i pojawianiem się kolejnych mutacji mniej skuteczna.

– Koronawirusów nie powinniśmy traktować odrębnie. Jest rodzina koronawirusów i wyróżniamy w jej ramach podtypy. To samo dotyczy grypy. W miarę zachorowań wirus grypy zmienia się w niewielkim stopniu. Należy pamiętać, że jest system, w ramach którego kraje obserwują różne szczepy tej samej rodziny, czyli podtypy koronawirusa. Bardzo ważne jest więc alarmowanie i monitorowanie sytuacji – mówi przedstawicielka WHO w Polsce.

W przyszłości epidemii koronawirusa może być więcej. Nietoperze i inne ssaki są bogate w szczepy i gatunki tej licznej rodziny wirusów. Niektóre z tych patogenów mogą przeskoczyć barierę gatunkową. Dlatego obecnie naukowcy zaczynają opracowywać prototypy szczepionki przeciwko pankoronawirusowi, czyli przeciwko wszystkim koronawirusom. Pierwsze wyniki eksperymentów na zwierzętach są obiecujące.

Po pierwszej identyfikacji koronawirusów w latach 60. XX wieku nie stały się one priorytetem dla twórców szczepionek. Wydawało się, że powodują jedynie łagodne przeziębienia. Jednak w 2002 roku pojawił się nowy koronawirus, SARS-CoV, powodujący śmiertelne zapalenie płuc, zwane zespołem ostrego układu oddechowego. Niebezpieczeństwo koronawirusów stało się jeszcze wyraźniejsze w 2012 roku, kiedy drugi gatunek pochodzący od nietoperzy spowodował kolejną śmiertelną chorobę układu oddechowego, MERS. Naukowcy rozpoczęli prace nad szczepionkami, jednak niektórzy badacze zastanawiali się, czy stworzenie nowej szczepionki dla każdego nowego koronawirusa jest faktycznie najlepszym rozwiązaniem.

W 2019 roku pojawił się SARS-CoV-2, który choć ma znacznie niższy wskaźnik śmiertelności niż jego poprzednicy, to szybciej przenosi się z człowieka na człowieka. Wszystko wskazuje na to, że tylko szczepionka przeciwko pankoronawirusowi może pomóc w walce z kolejnymi pandemiami. Obecnie jednak, w przypadku COVID-19, szczepionki okazują się niemal całkowicie skuteczne, niezależnie od wariantów i mutacji koronawirusa. To zaś daje nadzieję, że wkrótce pandemia zacznie wygasać.

– Istotne, że mamy system, który zapewnia bieżącą obserwację sytuacji, aby społeczność międzynarodowa mogła wdrażać konieczne działania. Kolejną dobrą informacją jest to, że w wielu z dostępnych szczepionek możliwe jest dostosowanie cząsteczek neutralizujących, aby szczepionka działała na nowe szczepy koronawirusa. Mogą pojawiać się zmiany, wirus jest inteligentny i zmienia się z czasem, musimy więc pozostać czujni i gotowi – podkreśla dr Paloma Cuchi.