Usługi IT a limit 15e CIT

Wprowadzenie do ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych ograniczenia w zaliczeniu do kosztów podatkowych, w przypadku nabycia niektórych usług od podmiotów powiązanych (art. 15e ustawy o CIT), spowodowało liczne wątpliwości podatników oraz bardzo dużą liczbę wniosków o wydanie interpretacji przepisów. Duża część tych wniosków dotyczyła bardzo szerokiej kategorii usług informatycznych. Pomimo iż usługi te nie zostały wymienione bezpośrednio w treści przepisu, to znaczna ich część podlega limitowaniu.

W ramach współpracy pomiędzy podmiotami powiązanymi dochodzić może do świadczenia różnego rodzaju usług IT – począwszy od prostych usług helpdesk, poprzez dostawę infrastruktury i oprogramowania, wsparcie techniczne, doradztwo, na zarządzaniu procesami kończąc. W wielu przypadkach łatwo jest zidentyfikować usługi limitowane podlegające pod regulacje art. 15e ustawy o CIT, ponieważ ich natura i charakter, a często także nazwa, jednoznacznie wskazują, że są to czynności doradcze, zarządcze czy przetwarzania danych, czyli czynności bezpośrednio wymienione w przepisach ustawy. Duża jednak część świadczonych usług IT nie ma takiego charakteru, a ich klasyfikacja powinna być dokonywana indywidualnie.

Poniżej zaprezentowano podsumowanie interpretacji wydanych w 2020 r. w zakresie różnego rodzaju innych usług IT.

Udostępnianie serwera/platformy

W ramach współpracy w grupie kapitałowej często jeden podmiot nabywa usługi dostępu do serwerów, różnego rodzaju platform, a następnie refakturuje część kosztów na rzecz pozostałych podmiotów z grupy. Zdaniem organów podatkowych zapewnienie dostępu do serwerów oraz platform różnego rodzaju nie powinno wiązać się z koniecznością limitowania tych kwot na podstawie art. 15e ustawy o CIT (interpretacja z dnia 5 lutego 2020 r., sygn. akt 0114-KDIP2-2.4010.518.2019.1.JG).

Projektowanie i wdrażanie nowych aplikacji

W ramach grup kapitałowych jedne przedsiębiorstwa mogą świadczyć na rzecz innych podmiotów usługi w zakresie projektowania i wdrażania aplikacji. Są to aplikacje biznesowe, wspierające aktualne procesy biznesowe, systemy przetwarzania danych, testy sprawności oprogramowania, aktualizację oprogramowania. W ich ramach nie dochodzi do przekazania licencji. Tego rodzaju usługi jako bezpośrednio niewymienione w art. 15e ustawy o CIT oraz niestanowiące usług podobnych nie powinny podlegać limitowaniu w kosztach CIT (interpretacja z dnia 7 października 2020 r., sygn. akt 0114-KDIP2-2.4010.214.2020.2.JG). W przypadku tego rodzaju usług należy zwrócić uwagę na bardzo cienką granicę pomiędzy technicznymi czynnościami IT związanymi z projektowaniem a czynnościami o charakterze doradczym lub zarządzaniem projektami. W praktyce więc często dochodzi do podziału tego rodzaju świadczeń i odrębnego wykazywania na fakturach.

Usługi helpdesk oraz zapewnienie infrastruktury

Świadczenia na rzecz podmiotu powiązanego usługi typu helpdesk polegające na bieżącej obsłudze informatycznej problemów użytkowników podlegają wyłączeniu z limitowania na podstawie art. 15e ustawy o CIT. Usługi te polegają na udzielaniu pomocy technicznej w celu utrzymania funkcjonalności systemów informatycznych, które nie stanowią usług doradztwa ani zarządzania (interpretacja z dnia 5 lutego 2020 r., sygn. akt 0114-KDIP2-2.4010.523.2019.1.PP).

W ramach działalności helpdesków wiele firm dysponuje niezbędną infrastrukturą IT poprzez utrzymywanie serwerów, dostępów do aplikacji, programów, serwisu i konserwacji sprzętu IT, zapewnienie wydajności sprzętu IT oraz wszelkie aktualizacje takiej infrastruktury. Wyżej wymienione usługi nie stanowią w ocenie organów usług podobnych do katalogu usług wymienionego w art. 15 e ustawy o CIT (interpretacja z dnia 21 maja 2020 r., sygn. akt 0114-KDIP2-2.4010.72.2020.1.AS/AM).

W przypadku administrowania infrastrukturą IT warto zwrócić uwagę na stanowisko przeciwne do zaprezentowanego powyżej, gdzie organ uznał czynności związane z dostarczaniem i wspieraniem wspólnej infrastruktury IT, w skład których wchodzi m.in. administrowanie infrastrukturą, projektami, pulą licencji, kontami dostawców oprogramowania itp., jako usługi o podobnym charakterze do usług zarządczych i w konsekwencji podlegające limitowaniu na podstawie art. 15e ustawy o CIT (interpretacja z dnia 19 marca 2020 r., sygn. akt 0114-KDIP2-2.4010.14.2020.2.RK).

Licencje

Przenoszenie w ramach świadczonych usług licencji do programów komputerowych, praw autorskich czy know how jest jednoznacznie określone w ustawie i podlega limitowaniu. Potwierdzają to także organy podatkowe, w ocenie których dostawa licencji na korzystanie z oprogramowania (np. Microsoft Office) dostarczonego od zewnętrznych dostawców spełnia warunki określone w przepisie art. 15e ust. 1 pkt 2 ustawy o CIT, a tym samym podlega limitowaniu (interpretacja z 8 maja 2020 r., sygn. akt 0111-KDIB2-1.4010.32.2020.2.BKD).

Koszty bezpośrednio związane ze świadczeniem

W zakresie zakupowanych licencji na oprogramowanie oraz know how wykorzystywanych bezpośrednio do świadczenia usług organy potwierdzają, że nie ma tu limitowania opisanego w art. 15e ustawy o CIT (interpretacja z dnia 11 stycznia 2021 r., sygn. akt 0111-KDIB2-1.4010.432.2020.1.AP). Sprawa dotyczyła licencji zakupionych do świadczenia usług call center. Dokonując analizy stanowiska organów wyrażanego w różnych interpretacjach, warto zwrócić uwagę, że argumentację w powyższym zakresie wzmacniają następujące argumenty: (i) zakup takich licencji powinien być wliczony w cenę świadczonych usług dokonywanej dostawy; (ii) sposób kalkulacji wynagrodzenia powinien uzasadniać bezpośredni związek ze świadczonymi usługami (np. koszt wynagrodzenia z tytułu licencji może stanowić określony procent przychodów ze sprzedaży usług, do których ta licencja jest wykorzystywana); (iii) podatnik powinien być w stanie przyporządkować koszt licencji do konkretnego świadczenia usługi lub dostawy towarów.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Trzecia fala pandemii może zatopić najemców galerii handlowych

Tymczasowe odmrożenie funkcjonowania galerii handlowych nie pomogło w uzdrowieniu sytuacji finansowej najemców. Zdaniem ekspertów Kancelarii FKK i PMR Restrukturyzacje, wiele firm może nie przetrwać kolejnego lockdownu, dlatego już teraz powinny myśleć o ratowaniu swojego biznesu.

Gdy w styczniu bieżącego roku Polska Rada Centrów Handlowych poinformowała o 30 miliardowej stracie całego sektora, można było oczekiwać, że najgorsze branża ma już za sobą. Rozpędzająca się trzecia fala pandemii nie pozostawia jednak złudzeń – firmy działające w centrach handlowych czekają kolejne chude tygodnie, których wiele z nich, bez odpowiedniego wsparcia może już nie przetrwać. – Przedsiębiorcom kończy się już paliwo finansowe, które wyczerpali w trakcie wcześniejszych izolacji. Firmy już dawno musiały zrewidować swoje założenia i strategie biznesowe, a obecnie zastanawiają się jak w ogóle przetrwać do momentu odmrożenia gospodarki. Tutaj nie ma już marginesu błędu, a każda zła decyzja może grozić nawet bankructwem – mówi Aleksandra Pakuła, radca prawny w Kancelarii FKK.

Kryzys uderzył w rynkowych potentatów

Na rynku przybywa przedsiębiorstw, których sprzedaż mocno bazowała na obecności w galeriach, a które dziś, cierpią w wyniku problemów finansowych. Jedną z nich jest firma Ferax sp. z o.o., działająca w galeriach pod marką Gatta, wobec której toczy się właśnie postępowanie sanacyjne. Spółka walczy o przetrwanie, a w wyjściu z trudnej sytuacji pomóc ma głęboka restrukturyzacja. – Ferax znalazł się w trudnym położeniu, ale jest na dobrej drodze do uratowania biznesu. Aby tak się stało kluczowe jest jednak spełnienie kilku warunków, poczynając od dobrze ułożonego planu restrukturyzacyjnego i jego konsekwentnej realizacji, poprzez pozytywne nastawienie wierzycieli, aż po przemyślane propozycje układowe – tłumaczy Aleksandra Pakuła.

Sygnał alarmowy wysłała także sieć Kazar, specjalizująca się w sprzedaży obuwia i galanterii skórzanej. Marka wycofuje się obecnie się z jednej z warszawskich galerii, jednak niewykluczone, że to nie ostatnia tego typu decyzja. W niedawnych wywiadach przedstawiciele firmy określali sytuację branży jako katastrofalną. Podobne problemy przeżywają marki Gino Rossi i Monnari. Ostatnia z wymienionych spółek wskazała w komunikacie giełdowym,  że przyczyną wycofania się z centrów handlowych są kolejne lockdowny, drastyczny spadek odwiedzin klientów oraz coraz większy udział sprzedaży odzieży i obuwia on-line. Warto przy tym podkreślić, że popularne sieci to nie jedyny podmioty, w które mocno uderzyła kolejna fala pandemii. Na zamknięciu galerii równie mocno cierpią, firmy specjalizujące się m.in. w ochronie, marketingu czy utrzymaniu czystości i one również w wielu przypadkach znajdą się w obliczu podjęcia strategicznych decyzji, które mogą zaważyć o przyszłości firmy.

Uproszczone postępowania na ratunek firmom

Kolejny ogólnopolski lockdown z pewnością pogorszy niełatwą już sytuację przedsiębiorców. Strategia opierająca się na bierności i wyczekiwaniu nie pozwoli wielu firmom przetrwać do kolejnego „odmrożenia” gospodarki, dlatego każdy podmiot zmagający się z utratą płynności finansowej już teraz powinien rozważyć podjęcie działań restrukturyzacyjnych. – Niestety duża część polskich przedsiębiorców zbyt długo zwleka z decyzją o naprawie firmy. W konsekwencji problemy narastają, długi mnożą się, a zawarcie układu z wierzycielami staje się trudniejsze. Firmy czekają, ponieważ boją się, że proces naprawczy będzie skomplikowany i bardzo czasochłonny, ale dziś wcale nie musi taki być. Dzięki uproszczonemu postępowaniu restrukturyzacyjnemu,  wprowadzonemu w czerwcu ubiegłego roku wraz z tarczą 4.0, firmy same mogą rozpocząć naprawę swojego biznesu. Takie postępowanie trwa maksymalnie 4 miesiące i toczy się bez udziału sądu – podkreśla Małgorzata Anisimowicz, kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny i prezes zarządu PMR Restrukturyzacje i dodaje, że przy bardziej zaawansowanych problemach przedsiębiorcy cały czas mogą skorzystać również z czterech pozostałych narzędzi tj. postępowania o zatwierdzenie układu, przyspieszonego postępowania układowego, postępowania układowego i sanacyjnego.

Pracuj Ventures wchodzi na Ukrainę. Do zespołu dołacza Mykola Mykhaylov

Do zespołu Pracuj Ventures – pierwszego w Polsce corporate innovation fund, który koncentruje się na inwestowaniu w firmy technologiczne z obszaru HR oraz corporate learning – dołącza Mykola Mykhaylov. Jako Dyrektor Inwestycyjny będzie odpowiedzialny za działania oraz rozbudowę portfolio funduszu na rynku ukraińskim. Partnerzy Zarządzający Pracuj Ventures postrzegają ukraiński rynek HR Tech, jako bardzo perspektywiczny i jeszcze w niewielkim stopniu odkryty przez inwestorów europejskich. Fundusz przygotowuje się do jego intensywnej eksploracji. 

Według danych prezentowanych przez Outsourcing Portal Ukraina może pochwalić się prężnym sektorem technologicznym i obiecującą sceną start-upów. Ukraiński rynek IT urósł dwukrotnie w ciągu ostatnich czterech lat, osiągając pułap 184 700 specjalistów IT, według badań przeprowadzonych przez N-iX w 2019 roku. W globalnym rankingu ekosystemu startupów “Startup Blink Raport 2020”, Ukraina zajęła 29 miejsce wśród 100 krajów najbardziej przyjaznym startupom. W porównaniu z rokiem 2019 Ukraina awansowała zatem o dwie pozycje, dzięki czemu znalazła się w pierwszej 30 ekosystemów świata[1].

Wiele powstających na Ukrainie startupów szuka od razu swojej szansy na rynku amerykańskim, ale jesteśmy przekonani, że jest dla nich miejsce również na rynku europejskim, w tym polskim. Mykola ma doskonałą znajomość potrzeb pracodawców i pracowników zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie, więc ma też cenną dla startupów wiedzę, jakie innowacyjne rozwiązania HR Tech są potrzebne i mają szansę sprawdzić się na także w naszym regionie  – komentuje Paweł Leks, Partner Zarządzający Pracuj Ventures.

Mykola Mykhaylov od blisko 15 lat jest związany z obszarem HR-tech i – podobnie jak Partnerzy Zarządzający funduszu Pracuj Ventures Maciej Noga i Paweł Leks – także z Grupą Pracuj. Od 2007 do 2021 roku pełnił funkcję CEO należącego do Grupy Pracuj ukraińskiego serwisu rekrutacyjnego Rabota.ua, a w latach 2014 – 2020 również zasiadał w zarządzie Grupy. Był także Dyrektorem Zarządzającym eRecruiter – internetowej platformy do zarządzania rekrutacjami i bazą kandydatów w modelu SaaS (Software-as-a-Service).

Mykola przez kilka lat pełnił rolę Dyrektora Zarządzającego eRecruiter – najczęściej wykorzystywanego w Polsce systemu do rekrutacji należącego do Grupy Pracuj, który wyrósł ze środowiska startupowego. Zna bardzo dobrze perspektywę founderów startupów i wyzwania z jakimi się borykają. Co więcej, mamy już kilkuletnią historię współpracy i znamy Mykolę jako prężnego i efektywnego menadżera, który dobrze rozumie uwarunkowania rynku pracy – dodaje Maciej Noga, Partner Zarządzający Pracuj Ventures oraz Przewodniczący Rady Nadzorczej Grupy Pracuj.

Wśród spółek, które obecnie posiada w swoim portfelu Pracuj Ventures są: Gamfi, Gymsteer, Inhire.io, Kadromierz, Sherlock Waste, Wandlee oraz Worksmile. Ostatnio Pracuj Ventures zwiększył swoje udziały w Gamfi – rozwiązaniu zwiększającym motywację i zaangażowanie w całym cyklu życia pracownika dzięki grywalizacji – zapewniając drugą rundę finansowania związaną z dalszym rozwojem firmy.

[1] Źrodło http://www.outsourcingportal.eu/en/ukraine-on-the-path-to-becoming-the-european-go-to-tech-destination-the-tech-job-market-trends-in-ukraine-and-lviv

Handel z Chinami 2021. Co czeka polskich importerów?

Roczna wartość towarów sprowadzanych z Chin do Polski w ciągu pięciu ostatnich lat wzrosła o ponad 50 proc. Styczniowe dane GUS pokazują, że pomimo gwałtownego wzrostu kosztów transportu z tego kraju, z którym zmagają się polskie firmy, ten trend jest kontynuowany i ma szansę się utrzymać. Jest jednak jeden warunek.

Chińskie służby celne (GACC) opublikowały 7 marca wstępne dane, według których eksport Chin w okresie styczeń-luty był wyższy o 60,6 proc. r/r, a import – o 22,2 proc. r/r. Wyniki były znacznie lepsze od prognoz ekonomistów. Przypomnijmy, że na początek 2020 roku przypadł szczyt pandemii koronawirusa w Chinach, ale doskonałych danych z początku tego roku z pewnością nie można tłumaczyć wyłącznie tzw. efektem niskiej bazy.

Dane te potwierdzają, że Państwo Środka wykorzystało szansę na umocnienie swojej pozycji w globalnym handlu i światowego lidera w obszarze produkcji. Można się także spodziewać, że eksport pozostanie jedną z podstaw dynamicznego wzrostu gospodarczego Chin, chociaż równolegle tamtejsze władze konsekwentnie starają się zbudować drugą nogę dla gospodarki poprzez zwiększenie konsumpcji i próby stworzenia prawdziwej klasy średniej, co jest z kolei szansą dla polskich eksporterów.

Publikacja GACC zbiegła się w czasie z zapowiedzią chińskiego premiera o tym, że PKB Chin wzrośnie w tym roku o ponad 6 proc. To i tak dość konserwatywna prognoza, zwłaszcza gdy porównamy ją do oczekiwań Międzynarodowego Funduszu Walutowego – ten prognozuje wzrost PKB Chin o 8,1 proc., czyli wciąż szybszy od krajów Europy czy USA.

Transport z Chin znacznie droższy niż przed rokiem

Najnowsze informacje o wzroście wartości chińskiego eksportu dotyczą okresu, w którym polscy importerzy produktów z Chin musieli zmierzyć się z rekordowymi cenami transportu morskiego. Tą drogą do Unii Europejskiej trafia ok. 90 proc. towarów z Chin. Tymczasem koszt frachtu morskiego na początku 2021 roku był nawet czterokrotnie (!) wyższe niż przed rokiem.

Przyznają to importerzy produktów z Chin, z którymi w Ebury jesteśmy w ciągłym kontakcie. Przykładem może być firma Deltim, która ze względu na niższe koszty przy zachowaniu wysokiej jakości towaru zleca produkcję wózków dziecięcych swoich chińskim partnerom. Jeszcze rok temu płaciła ona za transport kontenera ok. 2,5 tys. dolarów, a w styczniu br. za taki sam fracht musiała płacić już 10 tys. dol. To wpłynęło na jej marże.

Tak dynamiczny wzrost cen transportu to m.in. efekt „kryzysu kontenerowego”, który doprowadził do znacznego ograniczenia liczby kontenerów dostępnych na chińskim rynku. Pandemia spowodowała, że eksporterzy co prawda wysyłali towary z Chin, ale kontenery były rozładowywane wielokrotnie wolniej niż zazwyczaj (istotne zmniejszenie przepustowości portów), a po zamknięciu gospodarek w Europie i USA pozostawały w miejscach ich ostatniego rozładunku. A niewiele firm decydowało się na wysyłanie pustych kontenerów z powrotem do Chin.

Od końca lutego obserwujemy odwrócenie tego trendu i spadek cen frachtu morskiego. Obrazuje to m.in. zachowanie indeksu Shanghai Containerized Freight Index (SCFI). To w dużej mierze rezultat powrotu do pracy w portach po zakończeniu obchodów Chińskiego Nowego Roku. W obawie przed problemami eksporterów władze Chin informowały również o wzmożonej produkcji kontenerów, by ustabilizować sytuację.

Indeks SCFI od 2018 roku
Źródło: container-news.com

Import z Chin mocno rośnie. Mimo pandemii

Chociaż koszt transportu drogą morską wciąż jest kilkukrotnie wyższy niż przed rokiem, to nie spodziewamy się, by ten kryzys mógł wpłynąć na pogorszenie wyników importu z Chin z dłuższym okresie. Państwo Środka intensywnie walczy bowiem o utrzymanie pozycji „fabryki świata” i w długim terminie nie dopuści do tego, by przeszkodziły mu w tym problemy w transporcie. Wystarczy wspomnieć, że po latach chińsko-amerykańskiej wojny handlowej w 2020 roku to właśnie Chiny, po raz pierwszy w historii, stały się największym partnerem handlowym Unii Europejskiej. To pokazuje siłę chińskiego eksportu, który z roku na rok nabiera coraz większego znaczenia również dla polskich importerów.

Obecnie sprowadzamy rocznie z Chin towary o wartości aż ponad 50 proc. wyższej niż 5 lat temu. Tylko w 2020 roku wartość importu do Polski z Chin wzrosła, pomimo pandemii, o 15,7 proc. r/r do poziomu 145,5 mld zł. Daje to Chinom drugie miejsce wśród partnerów handlowych Polski (w imporcie). I wszystko wskazuje na to, że ten trend się utrzyma: według najnowszych danych GUS tylko w styczniu br. importerzy sprowadzili do Polski towary z Chin o wartości 13,1 mld zł, o 10,6 proc. więcej niż w tym samym miesiącu ubiegłego roku.Wymiana handlowa Polski z Chinami

Źródło: GUS

Stabilny juan sprzyja importerom i pozwala chronić marże

Rozwojowi importu do Polski towarów z Chin będzie sprzyjać ważne zjawisko: internacjonalizacja juana. Wojna z USA o dominację w globalnym handlu doprowadziła do tego, że Chiny od lat dążą do zwiększenia znaczenia swojej waluty w handlu międzynarodowym.

Polscy przedsiębiorcy obecnie rozliczają w juanach około 10 proc. transakcji z partnerami z Chin. Spodziewamy się jednak, że ten udział będzie rósł, tym bardziej że chińskie władze mają szereg zachęt dla swoich eksporterów rozliczających się w rodzimej walucie.

Z punktu widzenia polskich importerów juan jest walutą znacznie stabilniejszą niż dolar. Przejście na rozliczenia w juanach wsparte zabezpieczeniem kursu wymiany może okazać się dobrym rozwiązaniem dla wielu polskich przedsiębiorców z sektora MŚP. Eliminuje bowiem ryzyko kursowe, które w przypadku materializacji może pozbawić ich marży (i tak już mocno okrojonej w wyniku wzrostu kosztów frachtu) albo wręcz narazić na straty.

Dywersyfikacja krajów dostaw i środków transportu. To nie takie proste

Czy ostatni kryzys transportowy może zmienić postrzeganie Chin jako atrakcyjnego dostawcy wśród polskich importerów?

Zapewne część z nich wyciągnie wniosek, że warto dywersyfikować źródła dostaw i poszukać partnerów w innych krajach azjatyckich. Zamówienia realizowane obecnie przez chińskich partnerów chętnie przejęłyby fabryki m.in. w Wietnamie czy Indiach. Nie zmieni to jednak faktu, że robotyzacja i automatyzacja produkcji w połączeniu z niskimi kosztami – także na tle innych krajów azjatyckich – powoduje, że dla wielu polskich firm nie ma alternatywy dla dostawców z Chin.

Decyduje o tym m.in. fakt, że Chiny przeszły długą drogę do osiągnięcia obecnego poziomu rozwoju bazy produkcyjnej i technologii. A realizowany w ramach strategii „Made in China 2025” plan zakłada, że chińskie władze będą dalej intensywnie wspierać dalsze unowocześnianie produkcji.

Strategia ta działa, co widać chociażby wśród polskich importerów. Ci szukają w tym kraju dostawców produktów coraz wyższej jakości. Dodatkowo wielokrotnie w rozmowach z polskimi przedsiębiorącymi słyszeliśmy, że partnerzy biznesowi z Chin, zwłaszcza tamtejsze młode pokolenie przedsiębiorców, bardzo dobrze rozumie oczekiwania konsumentów w Europie.

Ceny transportu towarów z Chin drogą morską będą problemem jeszcze przez jakiś czas. Gdyby jednak miał on potrwać dłużej, polskie firmy zapewne skłoniłyby się ku szukaniu alternatywy, np. w postaci dostaw koleją. Polska ze względu na swoje położenie ma wszystkie atuty, by stać się kolejowym hubem dla transportu z Chin do UE. By jednak urzeczywistnić tę niewykorzystaną od lat szansę – i zmienić obecną strukturę transportu, w której kolej ma tylko ok. 2 proc. udziału – potrzeba lat i ogromnych nakładów na rozwój infrastruktury kolejowej.

W kolejnych miesiącach ceny frachtu morskiego mają szansę dalej spadać, co przywróci przewidywalność w kontaktach handlowych z chińskimi partnerami. Warunek jest jeden: ograniczenie albo wygaszenie pandemii COVID-19.

Czy to się uda? Mamy nadzieję, że tak. Wiele zależy od dalszego tempa produkcji szczepionek, a następnie gotowości większości z nas do zaszczepienia się. Największym zagrożeniem dla realizacji tego scenariusza byłoby wezbranie obecnej fali koronawirusa do poziomu skutkującego opóźnieniami dostaw i wzrostem cen transportu. Na ten moment wydaje się jednak, że w dłuższym horyzoncie perspektywy polskich importerów i eksporterów handlujących na chińskim rynku są optymistyczne.

Autorzy:

  • Jakub Łańcucki, Dyrektor Zarządzający ds. Sprzedaży Ebury Polska
  • Adam Stosio, Dyrektor Zarządzający ds. Transakcji Walutowych Ebury Polska

TSUE potwierdził sprzeczność ustawy o VAT z przepisami Unijnymi

W postępowaniu przed TSUE toczącym się przy udziale Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców Trybunał wyrokiem z dnia 18 marca 2021 roku potwierdził o sprzeczności z art. 86 ust. 10b pkt 2 lit. b) ustawy o VAT z przepisami Unijnymi, w zakresie jaki przepisy ustawy o VAT wykonanie prawa do odliczenia podatku VAT związanego z nabyciem wewnątrzwspólnotowym w tym samym okresie rozliczeniowym, w którym VAT jest należny, uzależniały od wykazania należnego VAT w deklaracji podatkowej, złożonej w terminie trzech miesięcy od upływu miesiąca, w którym w odniesieniu do nabytych towarów powstał obowiązek podatkowy.

Rzecznik MŚP wstąpił do postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości dotyczącego zgodności przepisu art. 86 ust. 10b pkt 2 lit. b) ustawy o VAT z Artykuły 167 i 178 dyrektywy Rady 2006/112/WE z dnia 28 listopada 2006 r. w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej w zakresie dotyczącym wewnątrzwspólnotowych nabyć towarów.

W swoim wystąpieniu skierowanym do TSUE Rzecznik wskazał, że zasada neutralności podatkowej wymaga aby prawo do odliczenia naliczonego podatku VAT zostało przyznane w razie spełnienia podstawowych wymagań, nawet jeśli podatnik nie spełnił niektórych wymagań formalnych. Podatek ten na żadnym etapie nie powinien obciążać podatnika.

Rzecznik podkreślił, że w przypadku wewnątrzwspólnotowych nabyć towarów mechanizm ich rozliczenia został skonstruowany w oparciu o równoważność podatku należnego oraz naliczonego. Mechanizm ten zakłada neutralność podatku, ponieważ kwocie podatku należnego odpowiada jednocześnie kwota podatku naliczonego wynikająca z tej samej czynności opodatkowanej. Innymi słowy ustawodawca zagwarantował realizację zasady neutralności opodatkowania poprzez rozliczenie podatku należnego oraz naliczonego wynikającego z jednej czynności opodatkowanej w ramach jednego okresu rozliczeniowego.

Zdaniem Rzecznika przepisy krajowe przedmiotową równowagę wypaczały. Powodowały, że podatnik jedynie ze względów formalnych (tj. daty/momentu ujęcia faktury w rejestrze) będzie musiał de facto ponieść dodatkowy wydatek w postaci odsetek. Ciężar ten będzie wynikał jedynie z faktu, że ze względu na wymogi formalne wprowadzone przez polskiego ustawodawcę nie będzie mógł rozliczyć podatku naliczonego oraz należnego w tym samym okresie rozliczeniowym. Przedmiotowe wymogi zdaniem Rzecznika pozostają w sprzeczności z zasadą neutralności podatku od towarów i usług. Skoro bowiem fakt dokonania dostawy wewnątrzwspólnotowej jest bezsporny to zasada neutralności podatkowej wymaga, by prawo do odliczenia podatku naliczonego zostało przyznane w razie spełnienia przesłanek merytorycznych, nawet jeśli podatnik nie był w stanie dochować pewnych wymogów formalnych.

W wyroku TSUE podzielił argumentację Rzecznika MŚP oraz Spółki i wskazał, że prawo do odliczenia jest wykonywane co do zasady w okresie, w którym podatek stał się wymagalny, może zagwarantować neutralność podatkową. Pozwala on bowiem zagwarantować, że zapłata VAT i jego odliczenie następują w tym samym okresie, tak aby podatnik został całkowicie uwolniony od ciężaru VAT należnego bądź lub zapłaconego w ramach całej prowadzonej przez niego działalności gospodarczej. Podkreślił, że sprzeczne z tą logiką byłoby czasowe obarczenie podatnika ciężarem VAT należnego z tytułu nabycia wewnątrzwspólnotowego, tym bardziej że żadna kwota nie jest należna organom podatkowym z tytułu takiego nabycia.

W związku z tym, zdaniem TSUE stosowanie przepisów krajowych nie może uniemożliwiać w sposób automatyczny i z powodu naruszenia wymogu formalnego wykonania prawa do odliczenia VAT należnego z tytułu nabycia wewnątrzwspólnotowego w tym samym okresie co rozliczenie tej samej kwoty VAT bez uwzględnienia wszystkich istotnych okoliczności, a w szczególności dobrej wiary podatnika.

Trybunał podkreślił, że uregulowanie krajowe, które zakazuje w sposób systematyczny wykonywania prawa do odliczenia VAT związanego z nabyciem wewnątrzwspólnotowym w tym samym okresie, w którym ta sama kwota VAT powinna zostać rozliczona, nie przewidując uwzględnienia wszystkich istotnych okoliczności, a w szczególności dobrej wiary podatnika, wykracza poza to, co jest konieczne, po pierwsze, do zapewnienia prawidłowego poboru VAT, w sytuacji gdy żadna kwota VAT nie jest należna na rzecz organu podatkowego, a po drugie – do zapobiegania oszustwom podatkowym.

Mając na względzie całość powyższych rozważań TSUE wskazał, że art. 167 i 178 dyrektywy VAT należy interpretować w ten sposób, że stoją one na przeszkodzie stosowaniu przepisów krajowych, zgodnie z którymi wykonanie prawa do odliczenia VAT związanego z nabyciem wewnątrzwspólnotowym w tym samym okresie rozliczeniowym, w którym VAT jest należny, jest uzależnione od wykazania należnego VAT w deklaracji podatkowej, złożonej w terminie trzech miesięcy od upływu miesiąca, w którym w odniesieniu do nabytych towarów powstał obowiązek podatkowy.

– To bardzo ważny wyrok dla polskich przedsiębiorców dokonujących nabyć wewnątrzwspólnotowych. Przepisy będące podstawa wyroku od początku budziły kontrowersje, co do ich zgodności z prawem Unii Europejskiej. Obowiązek zapłaty przez przedsiębiorcę odsetek będący skutkiem braku możliwości odliczenia podatku naliczonego w rozliczeniu za okres, w którym powstał obowiązek podatkowy pozostawał w sposób oczywisty w sprzeczności z zasadą proporcjonalności oraz neutralności podatku VAT – komentuje Paweł Chrupek, radca prawny doradca podatkowy pełnomocnik Rzecznika MŚP w postępowaniu przed TSUE.

Wyłączenia i zwolnienia

W poniedziałek rentowności obligacji USA obniżają się, ale po innych klasach aktywów nie widać oddechu ulgi. Jeszcze przed weekendem Fed ogłosił, że nie będzie przedłużał wyłączenia papierów skarbowych pod wyliczenia wymogów kapitałowych przez banki, co podnosi obawy o utrzymanie podaży obligacji. Tymczasem lira turecka nurkuje po zwolnieniu prezesa banku centralnego.

Niecałe pięć miesięcy trwała kariera Agbala na stanowiska prezesa banku centralnego Turcji. W sobotę prezydent kraju Erdogan zwolnił prezesa po tym, jak w ubiegłym tygodniu Agbal zdecydował o większej od oczekiwań podwyżce stóp procentowych (o 2 pkt proc.). Cała nadzieja w odbudowę stabilności finansowej w Turcji i naprawie wiarygodności banku centralnego została zaprzepaszczona. Kolejny raz przypomniane zostało, że polityka monetarna jest kierowana tylko przez jednego człowieka – Erdogana, który jest wyznawcą teorii, że to niskie stopy procentowe prowadzą do niskiej inflacji. Prezes Agbal miał inne zdanie i dlatego musiał odejść. Powołany na jego miejsce profesor Kavcioglu nie tylko był krytykiem podwyżki, ale także uważa, że podwyżki stóp procentowych pośrednio prowadzą do wyższej inflacji. Rynki nie zgadzają się z nową teorią i już sprowadzają lirę do poziomów sprzed nominacji Agbala na początku listopada. Wszystkie nadzieje stojące na ostatnim napływem kapitału do TRY teraz wyparowują. Zagrożeniem jest kolejny skok inflacji, wskutek którego tureckie aktywa utracą dodatnią realną stopę zwrotu. A przy mocno przetrzebionych rezerwach walutowych bank centralny może nie mieć wystarczająco amunicji, by bronić waluty. Turcji i lirze grozi kolejny kryzys walutowy. Jeśli nowy prezes w pierwszej kolejności zdecyduje się na odwrócenie ostatniej podwyżki stopy procentowej, chaos będzie jeszcze większy. Niekoniecznie musi do tego dojść, gdyż priorytetem teraz powinno być ponowne ustabilizowanie waluty. Jednak nagromadzenie długich pozycji w lirze od listopada 2020 r. wraz z oczekiwaniami stabilizacji będzie teraz dużą przeszkodą w zahamowaniu deprecjacji. Skok USD/TRY na otwarciu o ok. 15 proc. pokazuje skalę paniki.

Załamanie liry wysyła negatywne wibracje na rynki finansowe, co widać w odejściu kapitału w stronę bezpiecznych USD i JPY oraz przewadze czerwonego koloru na rynku akcji. Interesująco, rentowności 10-letnich obligacji skarbowych USA spadają dziś o ponad 4 pb poniżej 1,68 proc. Wygląda na to, że jest źle, gdy rentowności rosną, ale jeśli już spadają, to nie oznacza to od razu euforii i szału zakupów ryzykownych aktywów. Komplikacji może dostarczać piątkowy komunikat Fed, że ustanowione w ubiegłym roku wyłączenie papierów skarbowych pod wyliczenia wymogów kapitałowych dla banków komercyjnych przestanie obowiązywać po 31 marca. Innymi słowy banki będą musiały zwiększyć kapitały, albo zdecydują się pozbyć nadwyżkowego wolumenu obligacji. Obawy o wygaśnięcie wyłączenia pośrednio stały za wzrostem rentowności obligacji. Teraz strach został potwierdzony, choć równie dobrze decyzja Fed może być potraktowana jako usunięcie niepewności i pretekst do sprzedaży faktów. Kluczowe jest to, że nie był to główny powód windowania rentowności, gdyż tym są oczekiwania przyspieszenia wzrostu gospodarczego i inflacji. Tutaj silne wyniki PMI (środa) będą podsycać te oczekiwania.

EUR/PLN bez większych zmian dryfuje blisko 4,62. Dzisiejszy odczyt podaży pieniądza nie będzie miał przełożenia na rynek FX. Złoty, jak inne waluty rynków wschodzących, jest pod presją z tytułu rosnących rentowości obligacji skarbowych i silnego dolara. Tematy lokalne są na drugim planie, choć przedłużenie niepewności w sprawie kredytów frankowych (przełożenie rozprawy SN z 25 marca na 13 kwietnia) oraz trzecia fala zachorowań nie budują pozytywnego tła, by przerywać wyprzedaż. Bez ustania presji z tytułu wzrostu rentowności USA, EUR/PLN pozostanie na podwyższonych poziomach.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polska Rada Centrów Handlowych podsumowuje 2020 rok

  • Trend wzrostowy w odwiedzalności centrów handlowych skończył się wraz z wprowadzeniem pierwszego lockdownu wiosną 2020 roku. Od marca do końca ubiegłego roku ruch klientów w centrach handlowych nie osiągnął poziomu z 2019 roku i był niższy średnio o 32 proc. w porównaniu do tego samego okresu roku poprzedniego, natomiast średnio w całym 2020 roku był niższy o 28 proc.
  • Straty w obrotach sklepów i punktów usługowych spowodowane ograniczeniami w funkcjonowaniu centrów handlowych w 2020 roku przekroczyły 33 mld zł. Obroty spadły łącznie we wszystkich kategoriach zakupowych w branży centrów handlowych o około jedną czwartą – 26 proc. – w porównaniu do 2019 roku i wyniosły około 96 mld zł.
  • Konsekwencją lockdownów jest luka w budżetach właścicieli centrów handlowych w wysokości ok. 5 mld zł, co stanowi 45 proc. ich rocznych przychodów.
  • Największy spadek obrotów wśród wszystkich analizowanych kategorii zakupowych odnotowały Usługi i Rozrywka. W 2020 roku były one niższe odpowiednio o 66 proc. i 59 proc. Najmniejsze spadki dotknęły kategorię Żywność – 5 proc. oraz Dom i Wnętrze – 7 proc., w porównaniu do 2019 roku.
  • Centra handlowe funkcjonowały i funkcjonują w najwyższym reżimie sanitarnym, a analizy liczby zakażeń nie pokazują związku pomiędzy otwarciami galerii, a liczbą zachorowań na koronawirusa. Nieprzerwane i stabilne funkcjonowanie sklepów umożliwia klientom zaplanowanie zakupów i znaczące ograniczenie niekontrolowanych skoków odwiedzalności, które generowane są przy wprowadzaniu i znoszeniu ograniczeń.

Początek 2020 roku w styczniu i lutym przyniósł kilkuprocentowe wzrosty obrotów – odpowiednio o 3 proc. i 6 proc. oraz odwiedzalności o 2 proc. i 1 proc. w porównaniu do pierwszych dwóch miesięcy 2019 roku Tendencje wzrostowa skończyła się wraz z wprowadzeniem pierwszego lockdownu.

Obroty w centrach handlowych niższe o 26 proc. r/r

Lockdown i ograniczenia w działalności centrów handlowych przełożyły się na niższy poziom obrotów. Miesiącem o najniższych wynikach był kwiecień, w którym centra handlowe działały w mocno ograniczonym zakresie, czego konsekwencją był spadek obrotów o 80 proc. Od maja do września obroty zaczęły się odbudowywać i w sierpniu były niższe zaledwie o 9 proc. w porównaniu do tego samego miesiąca w 2019 roku. Statystyki zdecydowanie poprawiło grudniowe odbicie- obroty w ostatnim miesiącu roku były o 64 proc. wyższe od średniej miesięcznej z 2020 roku, a w porównaniu rok do roku były jedynie o 17 proc. niższe, a przecież centra handlowe funkcjonowały w grudniu ze znaczenie ograniczoną ofertą rozrywkową i gastronomiczną. Skumulowany spadek obrotów w 2020 roku osiągnął finalnie 74 proc. poziomu z roku 2019.

Zdecydowanie w najtrudniejszej sytuacji znaleźli się najemcy z kategorii Usługi i Rozrywka, którzy skumulowaną zmianę w 2020 roku zanotowali odpowiednio na poziomie – 66 proc. i – 59 proc. – to największe spadki obrotów wśród wszystkich analizowanych kategorii handlowych. Najmniejsze spadki odnotowały kategorie Żywność – zmiana skumulowana 5 proc., oraz Dom i Wnętrze – 7 proc. Spadek skumulowany Gastronomii to 34 proc., Mody – 31 proc., Artykułów specjalistycznych 28 proc., Zdrowie i Uroda zanotowało spadek na poziomie 21 proc. Spadki w obrotach prezentują się dość podobnie, jeśli chodzi poszczególne regiony Polski (od -24 proc. do -30 proc.), a także wielkość obiektu. Nieco wyższe obroty, z różnicą na poziomie 4 pp. powyżej średniej, odnotowały centra małe i średnie o powierzchni od 5 000 do 40 000 mkw. GLA.

W pandemii zmieniły się nawyki zakupowe klientów – odwiedzają centra rzadziej, ale w bardzo konkretnych celach zakupowych, szybko realizując swoje potrzeby i spędzając na zakupach mniej czasu. Takie wizyty częściej skutkują decyzją o zakupie oraz wyższym paragonem, dzięki czemu rośnie konwersja. Zmienił się też profil klienta galerii handlowych – w czasach pandemii zakupy robią pojedyncze osoby, a nie całe rodziny, czy grupy młodzieży. Niższa liczba klientów robiących większe zakupy to pożądane zachowanie w czasach pandemii.

Odwiedzalność w centrach handlowych niższa o 28 proc. r/r

Zanim pojawił się kryzys związany z pandemią, podobnie jak w przypadku obrotów wskaźnik odwiedzalności w centrach handlowych notował delikatne wzrosty w styczniu i lutym w porównaniu do pierwszych dwóch miesięcy poprzedniego roku. Od marca do końca 2020 roku ruch klientów w centrach handlowych nie osiągnął poziomu z 2019 roku i był niższy średnio o 32 proc. w porównaniu do tego samego okresu roku poprzedniego, natomiast średnio w całym 2020 r. był niższy o 28 proc.

W marcu nastąpił spadek odwiedzalności o 50 proc., a w kwietniu o około 75 proc. Po ponownym otwarciu obiektów handlowych 4 maja 2020 roku odwiedzalność powoli zaczęła się odbudowywać, osiągając średnio w maju 62 proc. poziomu z poprzedniego roku. W czerwcu wskaźnik ten wyniósł średnio ponad 77 proc., osiągając najwyższy poziom 88 proc. we wrześniu w porównaniu do 2019 roku. W październiku w związku z drugą falą epidemii odwiedzalność w centrach handlowych spadła do poziomu 78 proc. wartości z 2019 roku, a w listopadzie (miesiąc analogiczny do marca 2020 w związku z częściowym ograniczeniem działalności obiektów handlowych) do 52 proc., w grudniu otwarto centra handlowe i wizyty klientów były o jedną czwartą niższe niż w 2019 r.

Niedziele handlowe w 2020 roku cieszyły się zainteresowaniem klientów

Niedziele handlowe w 2020 roku cieszyły się zainteresowaniem klientów, którzy chętnie korzystali z dodatkowego dnia zakupów przyczyniając się do wzrostu obrotów w handlu. W tygodniach z niedzielą handlową w 2020 roku,  tygodniowa odwiedzalność w centrach handlowych była wyższa o około 20 proc. w porównaniu do tygodni bez niedzieli handlowej. Niedziela była także drugim po sobocie najpopularniejszym dniem na zakupy.

Stabilność i przewidywalność dostępu do pełnej oferty obiektów handlowych gwarantuje brak nagłych wzrostów odwiedzalności i pozwala na równomierne rozłożenie ruchu klientów.

Analiza wskaźników pokazuje, że otwarcia i zamknięcia centrów handlowych przyczyniają się do skoków odwiedzalności, po których następuje stabilizacja wizyt klientów. Nieprzerwane działanie handlu ułatwia klientom realizację najpotrzebniejszych zakupów z zachowaniem najwyższych standardów bezpieczeństwa. Centra handlowe były i są bezpieczne, standardy sanitarne są zgodne z krajowymi zaleceniami Głównego Inspektoratu Sanitarnego i Ministerstwa Rozwoju Pracy i Technologii oraz wytycznymi organizacji międzynarodowych np. WHO. W przestrzeniach handlowych stale przypomina się o konieczności noszenia maseczek, dezynfekowania rąk i zachowywania bezpiecznego dystansu. O przestrzeganie zasad DDM dbają pracownicy sklepów i obsługa galerii handlowych.

Komentarz Jana Dębskiego, Prezesa Zarządu Polskiej Rady Centrów Handlowych

Jako branża jesteśmy w dramatycznej sytuacji – ostatnie decyzje rządu o wprowadzeniu kolejnych ograniczeń na skalę ogólnopolską postawiły wielu przedsiębiorców pod ścianą. Niezrozumiałe jest nierówne traktowanie podmiotów zajmujących się handlem – te same sklepy działające poza centrami handlowymi mogą prowadzić nieograniczoną działalność, a te w centrach już nie. Trudno tłumaczyć takie decyzje względami epidemicznymi, bo przecież zakupy odbywają się w sklepach, a nie poza nimi. Na jakiej podstawie  uznano, że niektóre sklepy w zależności od branży są bardziej bezpieczne od innych?  Nie otrzymujemy odpowiedzi na te pytania. Dramatyczne efekty wszystkich obostrzeń będą widoczne w najbliższych tygodniach i miesiącach. Branża centrów handlowych nie ma już środków na finansowanie kosztów kolejnych lockdownów.

Po podsumowaniu wyników za 2020 rok patrzyliśmy w przyszłość z niepewnością, ale także z umiarkowanym optymizmem. Rozpoczął się program szczepień, a nasi klienci pokazali nam, że możliwość zakupów stacjonarnych jest dla nich ważna – dane GUS dotyczące udziału e-commerce w handlu detalicznym w 2020 r. zmieniały się w zależności od wprowadzanych obostrzeń. Podczas lockdownów handel internetowy zyskiwał na popularności i stanowił około 11 proc. handlu detalicznego ogółem, by wraz z otwarciem centrów handlowych szybko powracać do wielkości zbliżonych do tych sprzed pandemii, czyli poziomu 6-9 proc. Znacząco poprawiła się  konwersja, ponieważ klienci zjawiali się w centrach handlowych w określonym celu zakupowym i mimo niższej odwiedzalności, wydawali więcej na swoje potrzeby. Potwierdzają to dane od operatorów kart płatniczych.

Liczyliśmy, że w 2021 roku mając na względzie nowe zachowania klientów przekładające się na obroty, rozpoczniemy proces ratowania branży, przedsiębiorstw i miejsc pracy. Dzisiaj trudno na to liczyć – najemcy po raz kolejny zostali z niesprzedanymi kolekcjami, tym razem wiosennymi i produktami przygotowanymi z myślą o Wielkanocy, a konsumenci zostali pozbawieni możliwości spokojnego i bezpiecznego zrobienia zakupów. Trudno jest zrozumieć i przewidzieć kolejne decyzje rządu, od których zależy przyszłość ponad  400 tysięcy pracowników sektora. Nieustanne działania sektora – wynajmujących i najemców – mające na celu zapewnienie bezpiecznych warunków zaspokojenia podstawowych potrzeb zakupowych wydają się niewystarczające, aby przekonać rządzących, że centra były i są bezpieczne.

Koronawirus nie wystraszył Ukraińców. Wkrótce może być ich w Polsce nawet 2 razy więcej

W ciągu roku o niecały 1% zmniejszyła się liczba obywateli Ukrainy, którzy otrzymali zezwolenia na pobyt w Polsce. Jak wynika z analiz Urzędu do Spraw Cudzoziemców, do przedłużania tego stanu zachęcały ich obostrzenia i pandemia. Natomiast wcześniej w większym stopniu korzystali oni z możliwości migracji tymczasowych. Zdaniem ekonomistów, różnica w statystykach jest dość niewielka. Sytuacja epidemiczna za wschodnią granicą była gorsza. Natomiast wszystkich Ukraińców, również tych, którzy nie dokonują rejestracji, może być około miliona. Nie brakuje opinii, że za 5 lat będzie ich nawet 2 razy więcej.

Jak wynika z danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców, 113,8 tys. obywateli Ukrainy otrzymało zezwolenia na pobyt (wszystkie rodzaje) w Polsce. Dotyczy to okresu od 1 marca 2020 do 28 lutego 2021 roku. Natomiast rok wcześniej było ich nieznacznie więcej – 114,5 tys.

– Analiza danych statystycznych z ubiegłego roku pokazuje, że sytuacja epidemiologiczna i związane z nią ograniczenia w podróżowaniu zachęcały obcokrajowców do przedłużania pobytu. Dotyczyło to zwłaszcza obywateli Ukrainy, którzy wcześniej w większym stopniu korzystali z możliwości migracji tymczasowych – komentuje Jakub Dudziak, rzecznik prasowy Urzędu do Spraw Cudzoziemców.

Patrząc tylko na ww. statystyki, zmiana jest dość niewielka, co podkreśla prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC i były wiceminister finansów. Ekspert zaznacza, że to jest interesujące, ale jednocześnie trudne do interpretacji. I dodaje, że efekty pandemii nie są zbyt precyzyjnie rozpoznane. Ukraińcy mogli pozostać tutaj, ponieważ obawiali się, że będą mieć problemy z powrotem do Polski. Ale równie dobrze czynnikiem decydującym mogły być obostrzenia wprowadzone na Ukrainie dla wszystkich przyjeżdżających.

– Krótko mówiąc, koronawirus nie wystraszył Ukraińców. I to jest dość zrozumiałe, ponieważ za wschodnią granicą było jeszcze gorzej pod tym względem. Wobec tego nie mieli się gdzie schronić przed pandemią. A jeśli cudzoziemcy utrwalają pobyt w naszym kraju, to mają ku temu warunki. To oznacza, że dysponują oszczędnościami lub nie utracili swoich możliwości zarobkowania – mówi prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Prof. Gomułka uważa, że liczba wszystkich Ukraińców w Polsce może oscylować wokół miliona. Wśród nich są również tacy, którzy pracują chwilowo lub w ogóle się nie rejestrują. Zdaniem eksperta, ogólnie to dość liczna grupa, co ma związek z brakami siły roboczej na naszym rynku pracy. W ciągu ostatnich 2-3 lat przedsiębiorcy musieli zabiegać o pracowników spoza naszego kraju. Powstawały specjalne biura, które zajmowały się rekrutacją obcokrajowców, głównie Ukraińców. Na drugim planie byli Białorusini. Natomiast pandemia spowodowała duże zaburzenie, zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie.

– Jeżeli w ostatnich miesiącach Ukraińcy stracili pracę, np. polegającą na sprzątaniu firm, to mogli  przenieść się do opieki nad starszymi osobami. W dobie pandemii seniorzy są bardziej zagrożeni, więc potrzebują ludzi, którzy pomogą im w zwykłym codziennym życiu, np. w zrobieniu zakupów. Są też inne dziedziny, w których mogą teraz zarabiać. To m.in. gospodarka magazynowa czy dostarczanie produktów zamawianych online – informuje prof. Mączyńska.

Natomiast ekonomista Marek Zuber zaznacza, że pracownicy ze wschodnich państw są w zasadzie jedyną alternatywą, na którą dzisiaj zgadzają się Polacy. Ukraina jest największym z nich, co przekłada się na liczbę wydawanych zezwoleń na pobyt. Jak podkreśla ekspert, tam systematycznie rośnie poziom życia, ale proces ten pozostaje ograniczony. I realne dochody wciąż są niższe niż w Polsce.

– Przed pandemią były takie obawy, że duża część Ukraińców wybierze wyjazdy do Niemiec. Tam zarobki są mniej więcej 3 razy wyższe niż w Polsce, ale pracodawcy oczekują znajomości niemieckiego. To jednak okazało się sporą barierą. U nas tego problemu nie ma ze względu na podobieństwo języków i łatwość przyswajania polskiego przez Ukraińców – dodaje ekspert z PTE.

Jak stwierdza prof. Gomułka, jeżeli w Polsce wszystkich Ukraińców jest ok. 1 mln, to w ciągu kolejnych pięciu lat ta liczba może wzrosnąć nawet do 2 mln. Tak się może stać, szczególnie jeżeli rzeczywiście za rok rozpocznie się silniejsze odbicie gospodarcze w Polsce. Z przewidywań NBP wynika, że w latach 2022-2023 tempo wzrostu może być powyżej 4%.

– W tym roku spodziewamy się wzrostu bezrobocia, bo skończą się tarcze antykryzysowe, a gospodarka nie wejdzie na poziom sprzed pandemii. Ale taka sytuacja na rynku będzie przejściowa. Tak naprawdę w perspektywie 2-3 lat powróci problem z obsadzaniem wolnych stanowisk. Pojawia się pytanie o to, ilu jeszcze Ukraińców i Białorusinów będzie chciało u nas pracować. Jeśli niewielu, to powstanie poważny problem, w jaki sposób niwelować te braki w zatrudnieniu – podkreśla Marek Zuber.

Według prof. Mączyńskiej, zainteresowanie przyjazdami Ukraińców do Polski nie spadnie. Ich przyciąga m.in. rosnąca u nas płaca minimalna. A każdy, kto jest legalnie zatrudniony, ma ją zagwarantowaną, również obcokrajowcy. Jak podkreśla prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, napływ pracowników z Ukrainy czy innych państw nie może spowolniać procesów robotyzacji, cyfryzacji oraz aktywizacji krajowych zasobów pracy. A w tych obszarach wciąż jest wiele do poprawienia.

Urlop ojcowski, dłuższe urlopy i równość płac – zmiany w Kodeksie pracy

Zarówno w Parlamencie Europejskim, jak i w naszym sejmie, trwają prace nad nowelizacją Kodeksu pracy. Unia Europejska pracuje nad projektem ujednoliconego urlopu ojcowskiego. Ma on trwać dwa miesiące, a wszystkie państwa członkowskie powinny go respektować w swoim ustawodawstwie. Zobaczymy, kiedy i w jakim stopniu wejdzie on w życie. Na razie Polski sejm pracuje się nad równie odważnymi zmianami. Jednym z nich jest wydłużenie urlopów.

– Szykuje się nowelizacja Kodeksu pracy dotycząca wydłużenia urlopów wypoczynkowych do 31 dni. Dotyczyłyby one osób, które pracują na pełen etat. Na razie trwają rozmowy partnerów – czyli związków zawodowych, strony rządzącej i przedsiębiorców. Projekt ten budzi bowiem dużo kontrowersji – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Bocianowski, adwokat, mediator i specjalista z zakresu prawa pracy. – Do Kodeksu pracy ma być również wprowadzona na stałe praca zdalna. Do tego kroku przymusza ustawodawców sytuacja pandemiczna i zmiana kultury pracy w przedsiębiorstwach, które coraz chętniej komunikują się ze swoimi pracownikami zdalnie. Planowane są również regulacje dotyczące równości płciowej w pracy. Nowa ustawa wprowadzi obowiązek równej płacy – bez względu na płeć, rasę i orientację. Jeżeli na przykład kobieta będzie zarabiała mniej od kolegi z pracy, wykonując te same zdania, będzie mogła żądać od pracodawcy wyrównania. Plany zmian w Kodeksie pracy są przedmiotem dyskusji trwającej już od wielu miesięcy. Zobaczymy, na ile będą przez ustawodawcę zrealizowane i które z nich wejdą w życie – wskazuje Bocianowski.

Finansowe YOLO, czyli „zetki” i „igreki” na minusie

Młode pokolenie, choć dopiero wkracza w dorosłe życie, często już na starcie miewa finansowe zaległości. Osoby poniżej 36. roku życia mają na swoim koncie łącznie 5,8 mld zł długów, a średnie zadłużenie młodego człowieka to prawie 5 tys. zł – wynika z danych Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Co czwarty dłużnik notowany w Krajowym Rejestrze Długów ma mniej niż 36 lat. Grupę tę stanowią przedstawiciele pokolenia Z, czyli osoby w wieku 18-25 lat i młodsze oraz część pokolenia Y, czyli tzw. milenialsów, w wieku 26-35 lat. To łącznie ponad 639,5 tys. osób.

Młodzi zadłużają się coraz szybciej

Zadłużenie wszystkich konsumentów notowanych w KRD wynosi ponad 48 mld zł. Zobowiązania osób poniżej 36 r.ż. stanowią 12 proc. tej kwoty. Najliczniejszą grupę wśród zadłużonych młodych stanowią osoby między 26 a 35 r.ż. Na początku lutego 2021 r. do oddania miały prawie 5,28 mld zł. Z kolei dług młodych w wieku 18-25 lat sięga 508,6 mln zł. Nieuregulowane zobowiązania mają też niepełnoletni, na których ciąży dług w wysokości 421 tys. zł. Średnie zadłużenie osoby młodej w KRD to niespełna 5 tys. zł.

Wysoki odsetek osób poniżej 36. roku życia wśród dłużników może być niepokojącym sygnałem. Pokazuje, że wielu Polaków wchodzi w dorosłe życie z obciążeniem finansowym. W dodatku, jak obserwujemy w naszym rejestrze, najszybciej przybywa dłużników z najmłodszego pokolenia. Podczas gdy w innych grupach wiekowych liczba dłużników w 2020 roku praktycznie się nie zmieniła lub nieznacznie spadła, to w przypadku osób w wieku 18-25 lat przybyło ich o 18 proc. Jednocześnie kwota ich zadłużenia w tym czasie wzrosła ponad 30-krotnie. Nadal jest niższa w porównaniu do zaległości starszych grup wiekowych, ale przyrasta w najszybszym tempie – zaznacza Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Ile kosztuje młodość

Rosnące zadłużenie osób z młodego pokolenia można tłumaczyć ich dużymi potrzebami przy niewielkim budżecie. Na pokolenie Z ogromny wpływ ma moda i styl życia. Ciągle pojawiają się nowe gadżety, trendy, a nadążanie za nimi kosztuje. Jeśli dodać do tego łatwy dostęp do finansowania – poprzez zakupy na raty, kredyt konsumpcyjny czy szybką pożyczkę oraz małe doświadczenie w kwestii samodzielnego zarządzania finansami, to zwiększa się prawdopodobieństwo zaciągania impulsywnych i nieprzemyślanych zobowiązań. Te natomiast, jeśli nie zostaną spłacone, przeradzają się w długi.

Młodzi ludzie, choć nierzadko mają już rodziny i wydaje się, że powinni odpowiedzialnie zarządzać budżetem, nie zawsze sobie z tym radzą. Bywa, że zagalopują się w wydatkach ze względu na presję otoczenia. Na przykład co dwa lata wymieniają telefon, choć najnowszy model nie jest im wcale niezbędny, natomiast rata kredytu już przekracza ich możliwości finansowe – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Ale młodzi to nie tylko rozrzutni konsumenci. Wielu z nich inwestuje w swoją edukację i przyszłą karierę, nie zawsze jednak kończy się to powodzeniem: 4,2 mln zł wynoszą długi młodych wobec uczelni wyższych i ośrodków szkoleniowych.

Pożyczki, alimenty, jazda na gapę

Najwyższy dług jednak młodzi mają wobec firm zarządzających wierzytelnościami – ponad 2,6 mld zł. Ponad 1 mld zł wynoszą niezapłacone alimenty. Trzecie miejsce na liście wierzycieli zajmują banki, którym młode osoby muszą oddać ponad 557 mln zł. Spory dług mają także w firmach pożyczkowych – prawie 418 mln zł. Tu trzeba dodać jeszcze charakterystyczne dla tej kategorii wiekowej grzechy młodości, takie jak mandaty za jazdę bez biletu – 205 mln zł czy długi u operatorów telekomunikacyjnych – ponad 360 mln zł, za Internet, TV i komórki.

Pod względem geograficznym młodzi nie odbiegają poziomem zadłużenia od starszych grup wiekowych. Podobnie jak w przypadku pozostałych dłużników, najwięcej zobowiązań mają kolejno mieszkańcy województw: śląskiego, mazowieckiego i dolnośląskiego. Na Śląsku suma, którą zwrócić muszą osoby w wieku poniżej 36 lat, to ponad 850 mln zł, a na Mazowszu – prawie 762 mln zł. Trzecie miejsce wypracowali mieszkańcy Dolnego Śląska, którzy w sumie do oddania mają 576 mln zł. Podobną, sporą sumę niespłaconych zobowiązań mają też młodzi z Wielkopolski – ponad 527 mln zł.

Z kolei rekordzista wśród zadłużonych młodych pochodzi z Mazowsza. To 34-letni mężczyzna, którego dług wynosi 25,5 mln zł. Wierzycielem zdecydowanej większości jego zobowiązań jest administracja państwowa i samorządowa, ale mniejsze kwoty musi oddać również towarzystwu ubezpieczeniowemu, spółkom transportowym oraz firmie zarządzającej wierzytelnościami.

Co ciekawe, mężczyźni w wieku poniżej 36 lat mają łącznie ponad dwa razy wyższy dług niż ich rówieśniczki. W sumie oddać muszą ponad 4 mld zł. Kobiety w tym wieku są zadłużone na łącznie 1,7 mld zł.

Skutki pandemii

Eksperci zwracają również uwagę, że na finanse młodych duży wpływ miała pandemia, która spowodowała likwidację części miejsc pracy. Osoby młode częściej zatrudniane są na umowy cywilnoprawne. Według Eurostatu, umowy o dzieło bądź zlecenie stanowią 60 proc. podstawy zatrudnienia pracowników do 24 r.ż. Jak zauważają eksperci Towarzystwa Ekonomistów Polskich, osoby zatrudnione na umowy cywilnoprawne znacznie poważniej odczuły skutki koronakryzysu niż zatrudnieni na umowę o pracę. Są często zwalniane z dnia na dzień. Ich stanowisk pracy nie objęły także programy pomocowe, które miały zapobiegać zwolnieniom w firmach.

Według statystyk Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii w ciągu 2020 r. liczba bezrobotnych osób poniżej 35 r.ż. wzrosła o 21 proc. rok do roku i wyniosła prawie 415 tys. To o prawie 72 tys. więcej niż na koniec 2019 r. Najwięcej rejestracji jako bezrobotni młodzi dokonali w drugim kwartale ubiegłego roku. W IV kwartale 2020 r. pozostali najliczniejszą (40 proc.) grupą osób bezrobotnych w czasie pandemii. Faktyczna liczba młodych Polaków bez pracy może być jednak wyższa. Nieznany jest odsetek osób w tym wieku, które straciły zatrudnienie, ale nie zarejestrowały się jako bezrobotne.