Biometryczne karty płatnicze zdobędą 15% globalnego rynku płatności do 2026 roku

Analitycy UBS uważają, że biometryczne karty płatnicze mogą zdobyć do 15% rynku płatności i wygenerować 5 mld USD przychodów banków do 2026 r. Głównymi czynnikami wpływającymi na zmiany rynku są zmniejszone koszty obsługi i produkcji kart płatniczych, rozwój gospodarki bezdotykowej i wzrost liczby udanych, komercyjnych programów pilotażowych z zakresu biometrii.

Biometria w praktyce

Potwierdzanie transakcji biometrycznych jest już praktycznym rozwiązaniem, z którego można korzystać, a nie tylko ciekawostką technologiczną. Największe firmy technologiczne od dawna testują takie metody płatności, np. Visa, która bada ten obszar od 2018 roku. Zjednoczone Emiraty Arabskie w lutym 2021 roku zatwierdziły już rozpoznawanie twarzy jako metody weryfikacji tożsamości i płatności w sektorze usług prywatnych. Francuski bank BNP Paribas w styczniu tego roku zaczął oferować kartę Visa Premier, dającą możliwość przejścia na autoryzację przez odcisk palca. Wiele innych banków, m.in. SocGen czy NatWest, również testuje tę technologię.

Wykorzystanie tej metody weryfikacji jest wprowadzane w wielu sektorach, nie tylko płatności. Evernym, Yoti i iProov pracują nad zabezpieczeniem przepustek szczepionkowych, biometryczne urządzenia kontroli dostępu zostały wprowadzone m.in. TrustSec – rozwiązanie Cisco minimalizuje zagrożenia wewnętrznych sieci firm, a biometryczne produkty, oferowane, np. przez Suprema, osiągnęły najwyższe rekordy sprzedaży w historii firm.

Polska biometria

W Polsce sektor bankowości zainicjował wprowadzenie wybranych procesów przy wykorzystaniu biometrii. Co ciekawe, pierwszymi instytucjami, które zdecydowały się przetestować biometrię, były banki spółdzielcze (Podkarpacki Bank Spółdzielczy oraz Bank Polskiej Spółdzielczości). W 2010 roku PBS jako pierwszy bank w Europie wdrożył produkcyjnie biometrię naczyń krwionośnych palca w swoich bankomatach w celu usprawnienia wypłat świadczeń społecznych.

Według danych ZBP, obecnie polskie banki wykorzystują kilka technologii: Finger Vein – biometrię naczyń krwionośnych palca, FingerPrint – biometrię linii papilarnych palca, biometrię głosową oraz biometrię odręcznego podpisu. Weryfikację wykorzystuje się m.in. do potwierdzania transakcji, wypłat/wpłat w bankomatach sieci PlanetCash bez karty, zalogowania się do systemu transakcyjnego, autoryzowania operacji kasowych, podpisywania dokumentów.

Technologie biometryczne nie są już tylko ciekawostką, a raczej odpowiedzią na potrzeby klientów i zapewnienia bezpieczeństwa ich transakcji oraz dostępu do danych. Badania Visa pokazują, że 62% ankietowanych konsumentów z Polski zadeklarowało gotowość na korzystanie z biometrii zamiast z hasła do weryfikacji płatności. Polacy stawiają na szybkość transakcji, dlatego 73% ankietowanych konsumentów uważa, że danymi biometrycznymi posługuje się szybciej niż hasłami, a 76% twierdzi, że jest to łatwiejsze. 92% z polskich konsumentów, którzy wzięli udział w badaniu, uważa, że rozpoznawanie odcisków palców jest najbezpieczniejszą formą uwierzytelniania płatności.

Również szybkość i bezpieczeństwo płatności są ważnymi aspektami w e-commerce. Biometria na ten moment nie dotyczy bezpośrednio tej branży, a raczej instytucji finansowych, które pośredniczą w wykonywanych płatnościach online, np. poprzez weryfikację dostępu do aplikacji bankowej, gdzie potwierdzana jest transakcja. Użytkownicy w tym obszarze również najczęściej decydują się na szybkie rozwiązania, które jednocześnie zapewniają bezpieczeństwo transakcji. Według badania przeprowadzonego przez SW Research na zlecenie Tpay, 80% internautów najczęściej wybiera płatności natychmiastowe do finalizacji zamówień internetowych, czyli np. BLIK, który jest najszybszą metodą płatności dostępną w Polsce. Nasza rodzima technologia jest innowacją na skalę światową. BLIK szybko zyskał na popularności i jest ulubioną metodą 71% badanych, a korzysta z niej na codzień 58% badanych respondentów. Różnica użytkowania vs preferencji występuje zapewne ze względu na ograniczoną dostępność tej metody płatności w e-commerce, ponieważ nie wszystkie e-sklepy czy marketplace’y mają zintegrowane płatności z BLIKIEM.

Bezgotówkowe Chiny obejmują biometryczną przyszłość

Rynek weryfikacji płatności biometrycznych ciągle się rozwija, ponieważ rośnie konkurencja i zapotrzebowanie na dane konsumentów, które obecnie są jednym z najcenniejszych zasobów na świecie. Według raportu Global Data Market Size opracowanego przez warszawską spółkę z segmentu nowych technologii – Cloud Technologies wynika, że mimo kryzysu zdrowotnego i ekonomicznego spowodowanego pandemią, nadwiślański rynek danych zanotuje rekordową wartość wyceny. Polskie wydatki na cyfrowe informacje wyniosą w 2020 roku aż 32,1 mln USD, co oznacza wzrost o 17,5% r/r. Analitycy spółki zapowiadają, że to nie koniec dobrych wieści dla tego sektora. Już w przyszłym roku powinniśmy spodziewać się globalnego wzrostu wydatków na dane na poziomie 26%, co będzie skutkowało łączną wyceną rynku na poziomie 52,3 mld USD w 2021 roku.

Największe gospodarki świata prześcigają się w innowacjach, aby osiągnąć prym technologiczny, który od lat posiadają Chiny, gdzie nowe sposoby płatności są już szeroko dostępne w przekroju branż. Nawet niektóre sieci fast-foodów w Państwie Środka oferują płatności. Dzięki tej technologii, opracowanej przez Ant Group, spółkę macierzystą Alipay – największej chińskiej platformy płatności cyfrowych, gość restauracji płaci skanem swojej twarzy, który wykonuje się za pomocą kamery wbudowanej w ekran dotykowy urządzenia POS, używanego do składania zamówień. Korzystanie z takiej futurystycznej technologii biometrycznej stopniowo staje się głównym nurtem na szybko rozwijającym się rynku płatności w Chinach.

Według ankiety przeprowadzonej przez UBS Evidence Lab, około 21% kupujących w aplikacji Ant’s Alipay i w konkurencyjnej usłudze WeChat Pay firmy Tencent korzysta z systemów płatności poprzez rozpoznawanie twarzy – raz lub dwa razy w tygodniu. Analitycy UBS uważają, że postęp technologii biometrycznej w Chinach toruje drogę dla nowego, bogatego w dane, płynnego ekosystemu płatności obejmującego detalistów, banki i grupy telekomunikacyjne. Przewidują, że pomoże to w pobudzeniu wzrostu gospodarczego w Chinach, które znacznie wykraczą poza technologie klasycznych płatności zbliżeniowych –  najpopularniejszych zarówno w Chinach, jak i na całym świecie.

Odrębna analiza przeprowadzona przez UBS China 360, wykazała, że do końca 2019 r. dwa systemy płatności biometrycznych dotarły już do 300 chińskich miast, z wdrożeniem przez  szerokie grono kupców. Dalsze wzrosty w branży płatności są nadal możliwe, pomimo tak dojrzałego i nasyconego rynku, jakim są Chiny. Zwłaszcza w sytuacji kiedy organy regulacyjne zmieniają krajobraz rynku, aby pobudzić konkurencję w branży płatniczej i rozwijać nowe technologie.

Ta sytuacja przygotowuje grunt pod bitwę na innowacje, między firmami technologicznymi, bankami i fintechami – o danych, które stały się niezbędne do budowania pozycji firm i ich potencjału. Dotyczy to przekroju branż, od pojawiających się nowych modeli „handlu detalicznego”, po ubezpieczenia czy zarządzanie majątkiem.

Dojrzewające płatności cyfrowe

Chiński rynek płatności mobilnych jest już liderem na świecie pod względem całkowitego wolumenu transakcji, znacznie przyćmiewając wolumen transakcji w Stanach Zjednoczonych. Do czasu, gdy system metra w Nowym Jorku stał się pierwszą siecią w USA, która akceptowała portfele mobilne w 2019 r., Alipay stosował je w systemach transportowych 400 chińskich miast, a WeChat Pay jest używany w około połowie z nich.

Jednak taka dynamika wzrostów zaczyna spadać. Obserwacje UBS China 360 sugerują, m.in. że jedna z popularniejszych w tym kraju metod płatności – za pomocą kodów QR, osiągnęła już pełne nasycenie nawet w chińskich miastach, a Alipay i WeChat Pay są wszechobecne od centrów handlowych po mniejsze sklepy.

Pozyskanie większej liczby kupców jest jednym z powodów, dla których Ant uruchomił system płatności rozpoznawania twarzy Dragonfly pod koniec 2018 r., a Tencent wypuścił własną wersję, zwaną Frog Pro, rok później. Korzystając z biometrii, obie firmy są w stanie zwiększyć liczbę transakcji w supermarketach i sklepach ze względu na zdolność technologii do zmniejszenia tzw. „Tarć płatniczych” – czyli czasu potrzebnego na sfinalizowanie transakcji po weryfikację i uwierzytelnienie przez kupującego oraz sprzedawcę. Transakcje kartą i te, które wymagają zeskanowania kodu QR, trwają około 15 sekund, podczas gdy przy rozpoznawaniu twarzy cały proces weryfikacji danych biometrycznych użytkownika i przetwarzania transakcji zajmuje około jednej sekundy.

UBS wierzy, że wygrani w świecie „nowego handlu detalicznego” zostaną zdefiniowani nie tylko przez projekt ich oferty omnichannel, ale przez to, która firma ma najbardziej kompleksowy zestaw danych biometrycznych, detalicznych i transakcyjnych. Eksperci UBS dodają, że na  dłuższą metę w pełni bezkontaktowy i płynny system płatności biometrycznych będzie skomercjonalizowany przez bardziej znanych sprzedawców detalicznych, którzy mają odpowiednie zasoby, m.in. w obszarze danych konsumenckich i przewagę technologiczną.

Restauracje gości przyjęły ostatni raz 124 DNI TEMU

Gastronomia nieczynna od równo 4 miesięcy, a miała być zamknięta dwa tygodnie. Ilość windykacji wobec restauratorów wzrosła o kilkaset procent.

Choć trudno w to uwierzyć to gastronomia jest nieczynna już od… 4 miesięcy! To oznacza, że od 124 dni restauracje i kawiarnie mogą serwować swoje produkty tylko na wynos lub z dowozem. To czasy, gdy kilka tysięcy lokali zakończyło działalność, inni przedsiębiorcy dramatycznie  się zadłużają. Według ostatnich szacunków pracę w gastronomii w pierwszym półroczu tego roku może stracić nawet 250 tysięcy osób. – Sytuacja tej branży jest dramatyczna. Ze wszystkich objętych lockdownem najgorsza – mówi Prezes Grupy AVERTO Małgorzata Marczulewska. – Przedsiębiorcy prowadzący działalność gastronomiczną są początkiem łańcucha długów na który składają się także dostawcy, producenci żywności czy podmioty obsługujące lokale – dodaje windykator.

Restauracje notują spadki przychodów rzędu 80-90%

Gastronomia znajduje się na czele branż, które najboleśniej odczuwają skutki lockdownu. Restauracje są nieczynne od 24 października. Wiele lokali bardzo boleśnie odczuło wiosenne zawieszenie, zamknięcie jesienią uruchomiło spiralę zadłużenia, która doprowadziła do bankructwa wiele firm: – Gastronomia, hotelarstwo oraz budownictwo to panteon branż wobec których najczęściej dochodzi do windykacji. Gastronomia to gospodarcza sieć połączeń. Jeżeli w złej kondycji jest restauracja to pieniędzy nie dostają także dostawcy, producenci, firmy leasingowe. Spirala zadłużenia w tej branży kręci się jak świder i nic nie wskazuje na to, by najbliższe miesiące przyniosły jakąkolwiek poprawę – mówi windykator Małgorzata Marczulewska.

– Najpoważniejsze problemy mają lokale luksusowe, które oferują dobrej jakości jedzenie z drogich produktów. Te firmy nie mogą pozwolić sobie na serwowanie np. owoców morza z dowozem, bo to jest ubytek na jakości, którego konsumenci nie wybaczą. Prowadzimy obecnie kilkadziesiąt postępowań windykacyjnych wobec kawiarni i restauracji. To były zwykle lokale, które dobrze lub bardzo dobrze radziły sobie poza pandemią. Nie znam branży, która mogłaby nie generować przychodów przez cztery miesiące i dobrze działać. Spadki w tej branży sięgają 80-90% – mówi Prezes Grupy AVERTO Małgorzata Marczulewska. – Jakoś radzą sobie fast foody, obiady domowe i lokale z pizzą. To jest jednak kwestia nie jakości, ale prostej obsługi tych dań i możliwości formułowania oferty na wynos – dodaje.

„Rozmowy windykatorów z restauratorami mają często bardzo dramatyczny charakter” Ilość windykacji wzrosła o 500%

Na koniec roku 2020 szacowane długi branży gastronomicznej sięgały 281 milionów złotych. Teraz ta kwota może przekraczać już grubo ponad 300 milionów złotych. Ostatnie informacje pokazują, że nawet co piąta restauracja może nie przetrwać dalszych obostrzeń. – Sytuacja restauratorów jest dramatyczna. Jestem pewna, że fala bankructw jest tutaj absolutnie nie do zatrzymania. W samym Szczecinie widzimy prawdziwy pogrom znikających restauracji i kawiarni. Nie ma tygodnia bez informacji, że ktoś zakończył działalność – mówi Prezes Grupy AVERTO Małgorzata Marczulewska. Zadłużenie rośnie, a restauratorzy nie mogą liczyć na pomoc: – Rozmowy windykatorów z restauratorami mają często bardzo dramatyczny charakter. To ludzie bardzo dumni ze swojej pracy, często czują bezsilność, że ich zamknięcie trwa, a oni nie znajdują racjonalnego uzasadnienia dlaczego tak się dzieje. Ilość windykacji wobec restauratorów w porównaniu z rokiem 2019 wzrosła o ponad 500%. Wcześniej takich spraw było kilkanaście rocznie. Teraz kilkaset – dodaje Prezes Marczulewska.

Trudną sytuację mają również pracownicy gastronomii: – Tysiące osób straciło pracę lub etaty. W wielu restauracjach pozostała tylko podstawowa obsada i to na najniższych wynagrodzeniach. Frustracja jest gigantyczna. Nie zapominajmy, że składową pensji w restauracjach jest napiwek. Nie ma klientów to nie ma napiwków. To jest trudny czas nie tylko dla restauratorów, ale i pracowników gastronomii – dodaje Prezes Marczulewska.

Freelance, etat czy praca zdalna? Polacy o różnych formach pracy

Bezpieczeństwo i stabilizacja to w czasach pandemii jedne z najważniejszych wartości pracy dla Polaków. A jednak, wielu zatrudnionych poszukuje dodatkowych źródeł dochodu poza etatem. Z badań Pracuj.pl wynika, że decydując się na alternatywne źródło zarobku aż jedna trzecia zatrudnionych Polaków realizuje dodatkowe zlecenia „po godzinach”, a co czwarty – wykonuje prace tymczasowe i sezonowe. Ponadto blisko połowa Polaków jest otwarta na propozycje pracy w 100% zdalnej, jeśli takie by się pojawiły.

Z materiału dowiesz się, że:

  • 1/3 pracujących badanych deklaruje, że realizuje zlecenia „po godzinach”.
  • 1 na 7 Polaków deklaruje, że pracuje na więcej, niż jednym etacie.
  • Blisko połowa Polaków jest otwarta na propozycje w 100% zdalnej pracy.
  • Obecnie o przebranżowieniu myśli co piąty pracujący Polak.
  • Zdaniem 58% w przyszłości pojawią się nowe formy wykonywania pracy.

Etat nie zawsze wystarczy

Stała praca na etacie ma wiele zalet, wśród nich kluczowe są bezpieczeństwo i stabilizacja – szczególnie w czasach pandemii i wyzwań gospodarczych. Jednak Polacy sięgają często także po inne formy zarobkowania. Głównym motywatorem do poszukiwania dodatkowych źródeł dochodu jest oczywiście wysokość wynagrodzenia – wielu zatrudnionych na etacie chciałoby otrzymywać wyższą pensję. Dlatego decydują się na poszukiwanie dodatkowych możliwości zarobkowania. Inną często podkreślaną motywacją jest większa swoboda i niezależność, związana z życiem poza etatem – choć freelancing bywa wymagającą ścieżką kariery.

Niewątpliwie na otwartość na różnorodne formy pracy wpłynęła pandemia COVID-19 która udowodniła, że praca z biura czy siedziby firmy nie musi na zawsze pozostać dominującym modelem wykonywania obowiązków.

Jak te powszechne przekonania dotyczące niestandardowych form zarobkowania wypadają na tle deklaracji Polaków? Tego postanowiliśmy się dowiedzieć w kolejnej części badań „Polacy w środowisku pracy”, przeprowadzonych na reprezentatywnej grupie ponad 1000 pracujących respondentów. Polacy o różnych formach pracy

Zlecenia coraz bardziej popularne

Jak wynika z badań Pracuj.pl, aż 1/3 pracujących badanych przyjmowała w 2020 roku (styczeń-grudzień) dodatkowe zlecenia „po godzinach”. Warto zauważyć, że częściej z takiej formy pracy korzystają mężczyźni (37%) niż kobiety (27%) – co może się wiązać między innymi z większym obciążeniem pań przez obowiązki rodzicielskie, wciąż nierówno rozłożone w przypadku płci.

Polacy o różnych formach pracy 2

Sposobem na zdobycie dodatkowych środków są także prace tymczasowe i sezonowe. Do takiej formy zarobkowania w 2020 roku przyznaje się co czwarty pracujący respondent. Choć w czasach pandemii tego typu praca w celu uzyskania dodatkowego dochodu bywa koniecznością, badani zauważają, że wciąż jest ona traktowana jako mniej prestiżowa.

Ciekawe są również wyniki dotyczące pozostałych form zarobkowania. Badanie Pracuj.pl wskazuje, że na więcej niż jednym etacie pracowało 15% respondentów, a tylko 14% wykonywało obowiązki w 100% zdalnie. Jeszcze mniej, bo nieco więcej niż co dziesiąty, wykonywało pracę na zastępstwo (12%).

Polacy otwarci na nowe

Jak wykazują badania, Polacy są bardziej otwarci na nietypowe formy pracy, niż wynikałoby to z liczby osób deklarujących ich faktyczną realizację. Najwięcej, bo aż 45% pracujących badanych gotowych byłoby podjąć w 100% zdalną pracę lub telepracę. To pokazuje ciekawą zależność – wśród osób pracujących zdalnie gotowość na taką formę wykonywania obowiązków w przyszłości jest znacznie niższa (o czym można przeczytać w raporcie „Pół roku nowej normalności”).
Polacy o różnych formach pracy 3

Z kolei mniej więcej co trzeci zatrudniony badany jest otwarty na takie źródła dodatkowego dochodu, jak praca tymczasowa lub sezonowa (34%), dodatkowy etat (33%) oraz freelancing lub dodatkowe zlecenia po godzinach (31%). Najmniej, bo 29% byłoby gotowych na podjęcie się pracy na zastępstwo.

Jasne i ciemne strony freelancingu

Jak wykazują badania, praca zdalna i freelancing okazują się być atrakcyjną formą wykonywania obowiązków dla znaczącej grupy Polaków. Tego typu zajęcia coraz częściej przeradzają się w obecnych czasach w pełnowymiarowy model pracy. Przykładem udanej, stopniowej transformacji z „etatowca” na freelancera jest historia Justyny Mazur, autorki popularnych podcastów – od niedawna na „pełen etat”. W tym roku wraz z Pracuj.pl przygotowała także serię rozmów pod tytułem „Dobra robota”.

Podczas studiów dziennikarskich miałam przekonanie, że praktyka ma kluczowe znaczenie i nim się obejrzałam, miałam już kilkuletnie doświadczenie w pracy redakcyjnej, co wzbudzało wśród rówieśników podziw. Po kilku latach zaobserwowałam u siebie jednak wypalenie zawodowe. Jakiś czas temu poczułam, że moje możliwości rozwoju mogą zostać zaspokojone poza klasyczną formą zatrudnienia. Od lat tworzę rzeczy do sieci, od niespełna trzech podcasty. Włożyłam całą swoją energię w to, by moje zainteresowania stały się moją pracą. Wymagało to początkowo wielu wyrzeczeń, ale dzisiaj patrząc na listę najczęstszych problemów towarzyszących zatrudnionym, żaden z nich mnie nie dotyczy – komentuje Justyna Mazur.Polacy o różnych formach pracy 4

Jak jednak podkreśla Konstancja Zyzik, ekspertka Grupy Pracuj, freelancing nie jest dla każdego. To forma pracy, która wymaga specyficznego zestawu umiejętności i charakteru, a w wielu wypadkach może skutkować brakiem równowagi między pracą, a życiem prywatnym.

Freelancing jest ciekawą formą pracy, ale wymaga od stawiającej na niego osoby sporej sprawności i przedsiębiorczości. W większości wypadków wymaga dobrej organizacji zadań, systematyczności, zdolności do samodzielnego postawienia granicy między czasem pracy i prywatnym. Badania pokazują, że choć otwartość na alternatywne formy zarobkowania jest duża, etat pozostaje wciąż najbardziej powszechnie oczekiwaną i pożądaną opcją – komentuje Konstancja Zyzik, Talent Acquisition & Capabilities Development Manager w Grupie Pracuj.

Również sami badani Polacy podzieleni są w ocenie wpływu freelancingu na work-life balance. 38% respondentów Pracuj.pl zgadza się z opinią, że ten model pracy mocniej niż inne burzy równowagę między pracą i życiem osobistym, 19% – nie zgadza się, a aż 43% nie ma na ten temat określonego zdania.
Polacy o różnych formach pracy 5

Nadchodząca ewolucja modeli pracy

Sytuacja na rynku pracy zmienia się, zwłaszcza w obecnym czasie, gdy wpływ na firmy i zatrudnionych ma pandemia wywołana przez COVID-19. Dostrzegają to pracujący Polacy – aż 58% z nich uważa, że w najbliższych latach pojawiać się będą nowe formy realizacji pracy. Okazuje się także, że ponad połowa badanych liczy się z tym, że zmiany na rynku pracy spowodują wzrost zainteresowania innymi formami zatrudniania niż etat.

Czy jednak zatrudnieni robią coś w tym kierunku, by lepiej być przygotowanym do zmieniającej się sytuacji? Okazuje się, że tak. Obecnie o przebranżowieniu myśli 21% osób. Jednak znacznie więcej pracujących jest gotowych poświęcić czas i pieniądze, jeśli skutkowałoby to nową, lepszą pracą w przyszłości. Aż 80% respondentów deklaruje, że może poświęcić swój czas na samorozwój – kursy, szkolenia i nabywanie nowych kompetencji zawodowych po to, by móc się przebranżowić i zmienić pracę na lepszą.

Ponad połowa badanych (53%) osób byłaby skłonna zapłacić za szkolenia i kursy, dzięki którym ich szanse na nową pracę się zwiększą, nawet jeśli miałby to być inny, niż wykonywany dotychczas zawód. Jedynie 7% osób uznało, że szkoda im czasu na naukę.

Wspólna praca nad nowymi modelami

Wybuch pandemii COVID-19 i jego konsekwencje dla rynku pracy pokazały, że warto być elastycznym i mieć umiejętność szybkiego odnajdywania się w zmieniającej rzeczywistości. Obawy przed zmianami mogą być paraliżujące dla pracodawców i pracowników, a nowa sytuacja – czy tego chcemy, czy nie – mocno będzie wpływać na rdzenie się nowych trendów i tendencji. Najbliższe lata to będzie okres mocnego testowania zarówno nowych modeli pracy, jak i nacisku na przekwalifikowywanie części kadr.

To dobrze, że pracownicy na poziomie deklaracji starają się patrzeć w przyszłość i przewidywać, jak może wyglądać sytuacja na rynku pracy za kilka lat. Z badań widać, że większość osób nie boi się zmian, a nawet przekwalifikowania. Są w stanie poświęcić czas i pieniądze, by znaleźć pracę swoich marzeń. To jednak także sygnał dla pracodawców, którzy powinni przygotowywać się do ewentualnych zmian. W długiej perspektywie rekrutacja i zatrudnianie nowych osób jest bardziej kosztowna niż dokształcanie obecnej kadry. Ponadto szerszy wachlarz modeli pracy to, jak pokazują badania, magnes na dodatkowe grupy kandydatów. Firmy powinny przyglądać się rynkowi i do niego adaptować, bo tempo zmian rynku pracy w ostatnim roku znacznie przyspieszyło – podsumowuje Konstancja Zyzik.

Kiepskie nastroje firm z nadzieją na szybkie zakończenie pandemii

Główne wnioski z VII edycji badania Krajowego Rejestru Długów „KoronaBilans MŚP” dotyczące bieżącej sytuacji i prognoz:

  • 38,5% firm pozytywne ocenia swoją aktualną sytuację finansową. To o 1,5 pp. więcej niż w poprzedniej edycji badania. O 4 pp. (do 34%) natomiast wzrosła grupa przedsiębiorców niezadowolonych ze swojej sytuacji ekonomicznej.
  • Niecałe 15% firm spodziewa się poprawy sytuacji ekonomicznej w najbliższych trzech miesiącach. 27% firm obawia się jej pogorszenia. Prawie 60% nie jest w stanie przewidzieć, jak zmieni się ta sytuacja w najbliższej przyszłości.
  • 79% właścicieli firm dostrzega wpływ pandemii na prowadzenie biznesu. Zdecydowana większość, bo 95% z nich odczuwa jego negatywne skutki.
  • Niemal 37% właścicieli firm ma problemy z uzyskaniem od dostawców materiałów, produktów czy komponentów niezbędnych do prowadzenia działalności.
  • Niewiele mniej, bo 36,2% przedsiębiorców, obawia się, że problemy z dostawami utrzymają się w najbliższych trzech miesiącach.
  • NOWOŚĆ: 40% przedsiębiorców uważa, że wprowadzenie lockdownu miało sens. Ponad połowa z nich wierzy, że dzięki temu pandemia szybciej się skończy. Jednocześnie 60,5% przedsiębiorców jest przeciwnego zdania. Uważają oni, że takie działanie blokuje gospodarkę (68%) i pozbawia ludzi źródła pracy (61%).

Co trzecia firma źle ocenia swoją sytuację ekonomiczną – wynika z VII edycji badania „KoronaBilans MŚP”, zrealizowanego w lutym br. przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. Wiele firm mówi jasno, że wprowadzone obostrzenia negatywnie wpływają na prowadzenie działalności. Tymczasem zwolennicy lockdownu wierzą, że dzięki niemu, pandemia szybciej się skończy.KoronaBilans MŚP – główne wnioski

Wyniki VII edycji badania KRD „KoronaBilans MŚP” pokazują, że mimo trudnej ogólnej sytuacji firm, wciąż utrzymuje się przewaga optymistów nad pesymistami. Dobrze o swojej bieżącej sytuacji ekonomicznej wypowiada się 38,5% właścicieli firm z sektora MŚP, to o 1,5 pp. więcej niż w grudniu i znacznie więcej niż na początku pandemii, kiedy to pozytywnie swoją sytuację ekonomiczną oceniał zaledwie co czwarty przedsiębiorca.KoronaBilnas MŚP – lockdown

Towar chwilowo niedostępny

W widoczny sposób wzrósł natomiast odsetek firm, które mają odmienne zdanie. Jeszcze w grudniu źle bądź bardzo źle o swojej sytuacji ekonomicznej mówiło 30% firm. W najnowszej edycji badania takie spostrzeżenia ma już ponad 34% przedsiębiorców. Tym samym maleje grono firm, które nie są w stanie określić, czy ich sytuacja ekonomiczna jest dobra czy zła. Odsetek przedsiębiorstw, które spodziewają się pogorszenia sytuacji w najbliższych trzech miesiącach, spadł z 41% w grudniu do 27% obecnie. Dwukrotnie wzrósł odsetek optymistów (choć wciąż stanowią oni mniejszość) i dość wyraźnie spadł odsetek pesymistów.

Wciąż wiele firm, bo 76 proc. dostrzega wpływ pandemii na prowadzenie działalności. Co prawda to o 5,6 pp. mniej niż w grudniu, ale to nadal bardzo dużo. I niestety mowa tu o negatywnym oddziaływaniu. Prawie 95 proc. przedsiębiorców w tej grupie, przyznaje, że zmuszonych było ograniczyć, zawiesić lub zamknąć działalność. Według danych Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej, w grudniu 2020 roku zamknęło lub zawiesiło działalność 47 332 przedsiębiorców, a rozpoczęło lub odwiesiło działalność 27 711 podmiotów. W drugim półroczu 2020 roku systematycznie rosła w Polsce liczba wniosków o zamknięcie czy zawieszenie działalności. Epidemia musiała się do tego znacznie przyczynić, co potwierdza także nasze badanie – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Wzrósł odsetek firm, które mają problemy z uzyskaniem od dostawców materiałów, produktów czy komponentów niezbędnych do prowadzenia działalności. Aktualnie taki kłopot zgłasza 36,9% przedsiębiorców, to o 5,2 pp. więcej niż w grudniu. Z drugiej strony o 1,5 pp. (do 36,2%) spadł odsetek tych, którzy w najbliższych trzech miesiącach spodziewają się problemów z dostawami.

Lockdown dobry, lockdown zły

Prawie 79% badanych przyznało, że obostrzenia wprowadzone w październiku 2020 r. miały wpływ na prowadzenie ich biznesu. Co piąty przedsiębiorca nie odczuł konsekwencji. Jednocześnie ponad połowa ankietowanych firm zakłada, że jeśli niektóre restrykcje zostaną przedłużone, to odbije się to na ich działalności negatywnie.

Jeśli chodzi o ocenę wprowadzenia obostrzeń, widać, że przedsiębiorcy są podzieleni. Prawie 40% z nich uważa, że wprowadzenie lockdownu ma sens. Ponad połowa zwolenników zamrożenia gospodarki, wierzy, że dzięki temu pandemia szybko się skończy. 46% jest przekonanych, że takie działanie zapewnia społeczeństwu bezpieczeństwo.

Przeciwnicy lockdownu natomiast w dużej mierze sądzą, że takie działanie za bardzo paraliżuje gospodarkę (68%) i pozbawia ludzi źródła utrzymania (61%). Ponad połowa (56%) uważa, że zamrażanie firm w wybiórczej formie nie ma sensu, ponieważ niektóre branże działają bez zmian, a inne są zamknięte, co czasem odbija się na branżach ściśle współpracujących z tymi zamrożonymi.

Widać, że przedsiębiorcy o zamrożeniu gospodarki nie mówią jednym głosem. Jedni uważają, że jest ono potrzebne, bo rodzi nadzieję na szybkie zakończenie pandemii. W ich ocenie zdrowie jest ważniejsze od zysków, bądź podchodzą do tego bardzo pragmatycznie: jeśli zaraza będzie się szerzyć wśród pracowników, to oznacza to długotrwały paraliż firmy. Jednak większość nie widzi w nim sensu. Te negatywne oceny wynikają głównie z tego, że nie mogą normalnie prowadzić działalności lub, mimo że lockdown nie dotknął ich bezpośrednio, to problemy ich kontrahentów wpływają także na ich działalność. Są branże, które ściśle współpracują z tymi zamkniętymi, jak na przykład pralnie, które kiedy hotele były zamknięte, traciły nawet 80 proc. zysków. Takich powiązań jest bardzo dużo. Ale 23 proc. przeciwników zamrażania gospodarki uważa, że takie działanie wcale nie zmniejsza ryzyka zachorowania – mówi Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

VII edycja ogólnopolskiego Badania „KoronaBilans MŚP” została przeprowadzona przez IMAS International w lutym 2021 r. na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. Objęła grupę 301 firm z sektora MŚP, w tym: mikro (zatrudniające 3-9 osób), małe (10-49) i średnie przedsiębiorstwa (50-249). Technika badawcza: CATI/CAWI.

E-życie zostanie z nami na dłużej

Rewolucja technologiczna towarzyszy nam już od dawna, ale w ostatnich miesiącach zdecydowanie przyspieszyła. Wybuch pandemii i przeniesienie znacznej części życia konsumentów oraz funkcjonowania firm do strefy wirtualnej, spowodowały nasilenie korzystania z nowoczesnych technologii. Boom ten z pewnością będzie miał wpływ na szeroko pojęty biznes – także w przyszłości.

Nowoczesne technologie to jedna z najbardziej dynamicznych branż. Rozwój wirtualnych usług, który obserwujemy od kilku lat, w ostatnim czasie jeszcze bardziej podkręcił tempo. Na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy na rynku pojawiły się zupełnie nowe rozwiązania, narzędzia i platformy, będące odpowiedzią na szereg wyzwań, przed którymi stanęła światowa gospodarka. Jeszcze przed rokiem, gdy wprowadzano pierwszy lockdown, a obostrzenia całkowicie zmieniły życie konsumentów, pracowników i firm, większość z nas traktowała nową rzeczywistość jako okres przejściowy. Dziś, oczywistym jest, że zmiany wywołane przez pandemię będą nam towarzyszyły przez dłuższy okres i trwale wpłyną na wiele aspektów życia konsumentów i funkcjonowania biznesu.

Rzeczywistość kształtuje trendy

Potwierdzają to wyniki badań przeprowadzonych przez Polski Instytut Ekonomiczny. Aż 65 proc. ankietowanych przedsiębiorców twierdzi, że pandemia trwale zmieni działalność ich firm. Zmiana ta w dużym stopniu będzie wiązała się z wykorzystaniem nowoczesnych technologii, które w tak dynamicznie zmieniających się warunkach umożliwiają organizacjom zarówno pracę zdalną, jak i komunikację z klientami, czy rozszerzanie oferty usług dopasowanych do bieżących wyzwań. Dane PIE wskazują, że aż 37 proc. dużych firm biorących udział w badaniu deklarowało wzrost inwestycji w nowoczesne technologie, a 32 proc. ich utrzymanie na poziomie z poprzedniego roku[1]. – Aby sprawnie działać i odpowiadać na zmieniające się zwyczaje konsumentów biznes musi uwzględniać najważniejsze trendy. Nowoczesne technologie są dziś niezbędne – biorąc pod uwagę choćby model pracy zdalnej, czy oczekiwania konsumentów, którzy w znacznym stopniu żyją w świecie wirtualnym i tam poszukują informacji o produktach i markach – komentuje Stephane Tikhomiroff, Dyrektor Generalny Perfetti Van Melle Polska

Warto pamiętać, że aby skutecznie i efektywne wykorzystywać nowoczesne technologie w organizacjach niezbędny jest cechujący się odpowiednimi kompetencjami zespół. Nawet najnowocześniejsze narzędzia cyfrowe umożliwiające pracę zdalną i realizację zaawansowanych procesów nie sprawdzą się, jeśli na czele rozproszonego zespołu zabraknie cyfrowego lidera potrafiącego zarządzać pracownikami w nowej rzeczywistości.

[1] https://pie.net.pl/wp-content/uploads/2021/01/Tygodnik-Gospodarczy-PIE_03-2021.pdf

Deweloperski Fundusz Gwarancyjny – jakie zmiany wniesie na rynku nieruchomości

Prace nad projektem ustawy dotyczącej ochrony praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego oraz Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego trwają już od wielu lat. W minionym tygodniu projekt został przyjęty przez Radę Ministrów. Temat jest bardzo dobrze znany w branży nieruchomości. Co to w praktyce oznacza i jakie niesie ze sobą zmiany dla deweloperów oraz kupujących mieszkania?

Głównym założeniem ustawy jest zwiększenie bezpieczeństwa osób kupujących mieszkanie od dewelopera, w przypadku ogłoszenia przez niego upadłości. Tomasz Chróstny, Prezes UOKiK, twierdzi, że dotychczasowa ochrona środków wpłacanych przez nabywcę mieszkania nie zapewnia odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa. Aby je zwiększyć, rząd chce powołać Deweloperski Fundusz Gwarancyjny. Dzięki takiemu rozwiązaniu, osoba, która kupiła lokal od upadającego dewelopera, otrzyma pieniądze zgromadzone właśnie przez tę instytucję.

Co to oznacza dla deweloperów? Wspominany fundusz będą zasilały składki odprowadzane przez inwestorów od środków wniesionych przez klientów na zakup mieszkania. Będzie to 2% (w przypadku otwartych rachunków powierniczych) lub 0,2%, przy zamkniętych rachunkach – od wartości mieszkania. Składka jest de facto dodatkowym opodatkowaniem deweloperów, co w dalszej perspektywie może wpłynąć na wyższe ceny mieszkań. Łączne wpływy do DFG mogą wynieść nawet 1,5 mld zł rocznie. Realna wysokość składki będzie określana w rozporządzeniu, więc musimy się liczyć z tym, że może być ona wyższa. Co ciekawe, w ostatnich latach, po wprowadzeniu rachunków powierniczych, nie słyszy się o upadłościach deweloperów, co pozwala wnioskować, że skala problemu jest minimalna, a pieniądze klientów bezpieczne. Nowy podatek to potencjalny wzrost cen, który nie jest potrzebny i do końca uzasadniony.

Ustawa przewiduje również sytuację, w której nabywca nowego mieszkania będzie mógł odmówić dokonania jego odbioru ze względu na istotne wady lokalu. Aby było to możliwe, potrzebne jest stworzenie jednej obowiązującej procedury odbiorów mieszkań, która musi być odpowiednio sprecyzowana. Ustawa ma także zawierać określenie konsekwencji, jakie poniesie deweloper w przypadku nieusunięcia zauważonej wady w wyznaczonym przez konsumenta terminie.

Wszelkie nowe działania, które wynikają z wejścia w życie ustawy o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego, a także z utworzenia Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego, niosą za sobą również zwiększenie biurokracji. Wszystkie te procesy z pewnością będą wymagały szeregu procedur, odpowiedniego raportowania oraz archiwizowania dokumentacji. To wiąże się z ponoszeniem dodatkowych kosztów, co z kolei może przełożyć się na wzrost cen mieszkań. Czy jest to rzeczywiście niezbędne? Moim zdaniem nie. Można zaryzykować stwierdzenie, że jest to sztuczne tworzenie etatów, dodatkowe obciążenia administracyjne i dokładanie kolejnych godzin pracy przy dokumentach.

Wszelkie inicjatywy, które mają na celu ochronę mieszkańców, są jak najbardziej pożądane. Muszą być one jednak odpowiednio przemyślane, aby nie godzić w interesy innych – w tym przypadku deweloperów, a przede wszystkim odpowiadać na rzeczywiste potrzeby i problemy klientów oraz branży nieruchomości.

Robert Stachowiak, Prezes Zarządu spółki deweloperskiej SGI

Tylko co szósty nauczyciel był przygotowany do nauczania zdalnego

Aż 85 proc. nauczycieli deklaruje brak doświadczenia w wykorzystywaniu narzędzi nauki zdalnej, a zaledwie 5 proc. z nich określa swoje umiejętności w tym zakresie jako bardzo dobre. Jednocześnie, tylko 8 proc. uczniów postrzega kompetencje nauczycieli w obszarze nauki zdalnej jako wysokie, a aż 62 proc. przebadanych uczniów uważa zdalną formę nauczania jako nieefektywną. Pandemia pokazała też nowy wymiar wykluczenia sprzętowego. O ile aż 97 proc. gospodarstw domowych dysponowało co najmniej jednym komputerem, to w momencie przeniesienia nauki do domu barierą okazała się konieczność współdzielenia sprzętu między uczącym się rodzeństwem, ograniczenia przepustowości łącza lub limitowana wielkość wielkości miesięcznego transferu danych. To wnioski płynące z przygotowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny policy paper „Cyfrowe wyzwania stojące przed polską edukacją”.

Pandemia COVID-19 radykalnie zmieniła rzeczywistość edukacyjną w Polsce. Przede wszystkim ujawniła bariery związane z deficytem kompetencji po stronie nauczycieli
i uczniów w zakresie wykorzystywania narzędzi cyfrowych. Czynniki w postaci nierównego dostępu do infrastruktury i konieczności współdzielenia sprzętu przyczyniają się do wzrostu luki edukacyjnej. Problemami są także ograniczona możliwość monitorowania aktywności i postępów w nauce uczniów oraz konieczność znacznie zwiększonego zaangażowania rodziców w proces edukacyjny. Zdalny tryb nauczania wpłynął także na pogorszenie relacji między uczniami oraz między nauczycielami i uczniami. Głównym wyzwaniem takie zastosowanie narzędzi cyfrowych w polskim systemie edukacji które nie będzie prostym przeniesieniem nauki stacjonarnej do internetu, ale pozwoli na wykorzystanie wszystkich atutów nowych narzędzi i źródeł treści
– mówi Ignacy Święcicki, kierownik zespołu gospodarki cyfrowej Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Zdalne nauczanie pogłębia nierówności

Wprawdzie aż 85 proc. przebadanych placówek deklaruje zdolność do prowadzenia nauczania w trybie zdalnym, jednak w mniejszych ośrodkach czy szkołach wiejskich częstymi barierami są konieczność współdzielenia sprzętu, problemy z przepustowością sieci oraz nieznajomość oprogramowania. Ponadto, ok. 4,5 proc. 15-letnich dzieci w Polsce nie ma spokojnego miejsca do nauki w domu. Dla takich uczniów, jak również dla tych z niepełnosprawnościami oraz mniej zdolnych, zdalny tryb nauczania jest źródłem zwiększania dystansu do dzieci mających dostęp do lepszych warunków edukacyjnych. Problemem jest także przerzucenie dużej części odpowiedzialności za naukę na rodziców – 21 proc. z nich poświęca na wspieranie jednego dziecka w nauce zdalnej co najmniej pięć godzin dziennie, 18 proc. co najmniej cztery godziny, a 20 proc. co najmniej trzy.

Cyfrowa transformacja warunkiem sprostania wymogom zdalnej edukacji

W trakcie pandemii brakowało w Polsce zakrojonych na szeroką skalę reprezentatywnych badań nad sytuacją w obszarze edukacji, w tym barierami po stronie szkół, nauczycieli
i uczniów, czy stratą edukacyjną. Bazując na dostępnych opracowaniach, można jednak wskazać na kilka zjawisk. W przypadku nauczycieli największym problemem oprócz niedostatecznych kompetencji cyfrowych był deficyt w zakresie przygotowania metodycznego, pozwalającego wybierać optymalne narzędzia, metody i treści nauczania. Duży dysonans jest widoczny w obszarze postrzegania kwestii technologicznej sprawności kadry nauczycielskiej przez dyrektorów a faktycznymi umiejętnościami w tym zakresie. 78 proc. dyrektorów szkół w Polsce jest zdania, że nauczyciele posiadają niezbędne umiejętności do kształcenia na odległość. Tymczasem w grupie 3 tys. przebadanych nauczycieli, tylko 5 proc. z nich określiło swoje przygotowanie do prowadzenia zajęć zdalnych jako bardzo dobre, zaś kolejne 40 proc. deklarowało przygotowanie w stopniu małym lub umiarkowanym. Przekłada się to m.in. na traktowanie przez nauczycieli kontaktu online z uczniami jako formy zadawania prac do samodzielnego wykonania, na czym najbardziej tracą uczniowie słabsi i nieposiadający wystarczającego wsparcia ze strony rodziców.Tylko co szósty nauczyciel był przygotowany do nauczania zdalnego

Jak uzdrowić edukację po pandemii?

Wśród rekomendacji działań w krótkim horyzoncie czasowym znajdują się przede wszystkim zapewnienie uczniom opieki psychologicznej wspierającej ich w radzeniu sobie ze spowodowanym izolacją społeczną stresem, monitoring nauczania poprzez utrzymanie kontaktu z uczniami i rodzicami, wspieranie uczniów defaworyzowanych oraz troska
o dobór odpowiednich pod względem jakości, a przede wszystkim dostępności, narzędzi transferu wiedzy.

Pandemia COVID-19 zrewolucjonizowała sposób funkcjonowania systemu edukacyjnego. Dlatego oprócz koniecznych do wdrożenia w szybkim tempie rozwiązań, kluczowe jest spojrzenie średnio- i długoterminowe. Ograniczenie luki i straty edukacyjnej będzie możliwe, jeżeli w porę zdiagnozujemy ich źródła oraz dostosujemy rozwiązania
w możliwie największym stopniu do indywidualnych preferencji uczniów. Taka diagnoza powinna być zakorzeniona w wynikach egzaminów zewnętrznych oraz rzetelnych badaniach międzynarodowych jak np. PISA. Ponadto, konieczne jest opracowanie kompleksowego planu nadrabiania zaległości edukacyjnych wraz z projektem jego sfinansowania. Z kolei w długim okresie najważniejsze będą działania na rzecz równej
i sprawiedliwej transformacji cyfrowej polskiej edukacji. Chodzi tu przede wszystkim
o przygotowanie uniwersalnych platform edukacyjnych, zwiększenie dostępu do infrastruktury cyfrowej, włączenie edukacji online do zmodyfikowanej podstawy programowej oraz szeroko zakrojone programy zwiększające kompetencje cyfrowe nauczycieli wraz z minimalnymi standardami w tym zakresie
– mówi Tomasz Gajderowicz z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego oraz Evidence Institute, współautor raportu.

Pekao Investment Banking wsparło przejęcie przez polski fundusz Luma Automation spółki na Węgrzech

Pekao Investment Banking było wyłącznym doradcą transakcyjnym przy przejęciu przez polską Luma Automation (część grupy kapitałowej Luma Holding) 100 proc. udziałów węgierskiego producenta metalowych komponentów dla przemysłu motoryzacyjnego oraz maszynowego spółki Iron-Tech Zrt.

Do zadań Pekao Investment Banking należała strukturyzacja transakcji, modelowanie biznesowe i finansowe oraz wsparcie klienta przy pozyskaniu finansowania z dwóch międzynarodowych banków. Zamknięcie transakcji nastąpiło 18 lutego.

– Cieszę się, że grupa Pekao mogła wziąć udział w tej transakcji, a moja satysfakcja jest tym większa, że mogliśmy pomóc w ekspansji polskiego holdingu, który dynamicznie rozwija się na rynkach zagranicznych – powiedział Jerzy Kwieciński, wiceprezes Banku Pekao S.A., nadzorujący w grupie Pekao bankowość korporacyjną i inwestycyjną.

– Pekao Investment Banking jest i chce być liderem polskiego rynku bankowości inwestycyjnej, a to oznacza, że chce na nim wyznaczać trendy. Bez wątpienia takim trendem jest ekspansja zagraniczna polskich firm i coraz mocniejsza integracja regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Ta transakcja jest wyjątkowa, bo jest transgraniczna, ale także dlatego, że udało się ją zrealizować w niezwykle trudnym czasie epidemicznym – powiedział Maciej Jacenko, prezes Pekao Investment Banking.

Luma Automation jest polskim wyspecjalizowanym funduszem inwestycyjnym należącym do grupy Luma Holding. Fundusz buduje kompetencje w branży zaawansowanych technologii produkcji i obróbki metali. Inwestycja na ważnym dla tej branży rynku węgierskim wzmacnia obecność grupy Luma Holding w Europie Środkowej oraz w samej branży motoryzacyjnej.

Iron-Tech jest węgierskim przedsiębiorstwem zajmującym się precyzyjną obróbką metali i inżynierią mechaniczną, skupiającym się na klientach z branż: motoryzacyjnej, kolejowej i maszynowej. Zakłady spółki są zlokalizowane w południowo-zachodnich Węgrzech w miejscowości Szigetvar. Zapewnia dobry dostęp do krajów Europy Środkowo-Wschodniej oraz regionu DACH (Niemcy, Austria, Szwajcaria). Wśród klientów spółki są światowi liderzy w swoich dziedzinach, w tym Denso, Borg Warner, Bosch Rexroth, Knorr-Bremse. W 2020 roku Iron-Tech odnotował, według wstępnych danych, 64 mln zł przychodów, przy 17 mln zł EBITDA.

Przed nami kolejna fala hossy na rynku materiałów budowlanych?

Materiały budowlane stanowią zasadniczy koszt każdej budowy, stąd tendencje cenowe ich dotyczące mają podstawowe znaczenie dla kształtowania stawek metra kwadratowego mieszkań deweloperskich. Portal RynekPierwotny.pl sprawdził, czy ubiegłoroczne sygnały nadchodzącej korekty hossy rynku materiałów budowlanych pozostają aktualne.

Grubo ponad połowa kosztów budowy każdej nieruchomości mieszkaniowej dotyczy materiałów budowlanych. Dlatego ich ceny i perspektywy kształtowania w bliższej i dalszej przyszłości są niezwykle ważnym elementem planowania wszelkich inwestycji na rynku mieszkaniowym. W ostatnich latach jednym z koronnych argumentów tendencji wzrostowej cen mieszkań było bowiem powszechne przekonanie o nieuchronności „wiecznej” hossy na rynku materiałów budowlanych.Tabela – Dynamika cen materiałów budowlanych

Decydujący wpływ na trendy cenowe rynku materiałów budowlanych wywierają, publikowane co miesiąc, dane Głównego Urzędu Statystycznego, dotyczące budownictwa mieszkaniowego. Dotyczy to głównie statystyk nowo rozpoczynanych budów oraz nowych pozwoleń na budowę. Te w głównym stopniu determinują obecny oraz przewidywany w przyszłości popyt na materiały budowlane. Innymi słowy, postępująca drożyzna materiałów budowlanych w ciągu kilku ostatnich lat była pokłosiem rosnącego popytu na mieszkania i boomu inwestycyjnego w mieszkaniówce. Tymczasem dane GUS budownictwa mieszkaniowego, niezależnie od komplikującej się sytuacji gospodarczej kraju na skutek pandemii, wciąż sygnalizują bardzo wysoką aktywność inwestycyjną mieszkaniowego rynku pierwotnego.

Wg analityków portalu RynekPierwotny.pl silna hossa na rynku materiałów budowlanych była jednym z głównych, o ile nie zasadniczym stymulatorem wzrostów cen nowych mieszkań w ostatnich latach koniunkturalnej prosperity. Jednak cały rok 2020 przebiegał pod znakiem wyraźnego spadku dynamiki zwyżek cen wiodących materiałów dla budownictwa. We wrześniu ub. roku zniżkowała ona do poziomu zaledwie 1 proc., czyli blisko trzykrotnie niższego licząc rok do roku, co wyglądało na wiarygodną zapowiedź korekty.

Jak jednak wynika z publikowanych co miesiąc danych Grupy Polskie Składy Budowlane (PSB), hossa na rodzimym rynku materiałów budowlanych wciąż trwa i nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Wspomniana powyżej minimalna 1-procentowa wartość dynamiki wzrostów okazała się bowiem dołkiem, od którego trwa systematyczne czteromiesięczne odbicie. W efekcie w tegorocznym styczniu wartość ta uległa prawie podwojeniu osiągając pozom 1,8 proc.  Poza tym na dwudziestu monitorowanych grup towarowych w dziewiętnastu przypadkach zanotowano wzrosty, przy jedynie pojedynczym spadku cen w relacji rok do roku.Wykres – Średnia dynamika cen materiałów budowlanych

Sytuacja ta jednak jak na razie nie odwróciła spadkowej tendencji linii trendu na wykresie uśrednionej dynamiki cen materiałów budowlanych w relacji rok do roku. Dopóki to nie nastąpi, obserwowane czteromiesięczne odbicie należy traktować jako krótkoterminową korektę wzrostową w zapoczątkowanym blisko 2 lata temu trendzie spadkowym.

Obserwowana sytuacja wynika z faktu braku oczekiwanego przez rynek materiałów budowlanych wyraźniejszego osłabienia statystyk GUS budownictwa mieszkaniowego. Poddał się on za to medialnej retoryce silnej odporności pierwotnego segmentu krajowej mieszkaniówki na ekonomiczne skutki COVID-19. Tymczasem te ostatnie najprawdopodobniej dadzą o sobie znać w nieco mniej optymistycznej wymowie dopiero w kolejnych miesiącach bieżącego roku. A w takiej sytuacji trudno będzie producentom i dystrybutorom tej kategorii towarów utrzymać dynamikę wzrostów cen na dotychczasowym poziomie.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Demolish Games S.A. rozpoczyna ofertę publiczną akcji

Demolish Games S.A., producent gier z gatunku symulatorów na PC, rozpoczął dziś pierwszą transzę oferty publicznej w związku z emisją nowych akcji. Zapisy od indywidualnie oznaczonych, większych inwestorów, przyjmowane są do 1 marca. Druga transza oferty, skierowana do wszystkich zaineresowanych, rozpocznie się 2 marca. Celem emisji akcji jest pozyskanie 1 mln zł. Środki te spółka przeznaczy na nowe produkcje. Usługę oferowania akcji Demolish Games wykonuje Dom Maklerski INC S.A. Do końca br. Spółka zamierza wprowadzić akcje do obrotu na rynku NewConnect.

– Rozpoczęliśmy dziś pierwszą transzę oferty publicznej akcji Demolish Games, skierowaną do większych inwestorów. W tej rundzie chcemy pozyskać 0,5 mln zł. Naszym głównym celem jest dynamiczny rozwój, dywersyfikowanie działań oraz produkcja nowych tytułów. Mamy wiele pomysłów na gry o dużym potencjale sprzedażowym. Wierzymy, że efekty naszej pracy spełnią oczekiwania inwestorów, którzy nam zaufają – mówi Paweł Dywelski, prezes zarządu Demolish Games S.A.

Od 22 lutego na platformie CrowdConnect.pl oraz stronie https://demolish-games.com/ dostępne są informacje o akcjach oraz warunkach składania zapisów na akcje wraz z dokumentem ofertowym.

Pierwsza transza oferty publicznej potrwa do 1 marca. Dzień później Spółka rozpocznie drugą transzę oferty, skierowaną do wszystkich zainteresowanych. Jednorazowy zapis na akcje Spółki w ramach drugiej transzy nie może przekroczyć 15 tys. zł.

W obu transzach oferty publicznej chcemy pozyskać łącznie 1 mln zł. Środki przeznaczymy na produkcję nowych gier. Aktualnie pracujemy m.in. nad naszym największym projektem Demolish & Build 2022. W rozgrywce zastosujemy rozwinięty system zniszczeń oraz wprowadzimy nowości w zakresie sterowania pojazdami oraz zarządzania firmą. Chcemy także, aby tytuł wyróżniał się realistyczną oprawą wizualną i odwzorowywał jak najlepiej wyburzanie budynków. W grze pojawią się elementy, których nie obejmowały poprzednie wersje, np. angażujące gracza zagrożenia prądowe, czy instalacje gazowe, które mogą wybuchnąć – informuje Paweł Dywelski.

Demolish Games jest właścicielem dwóch tytułów z popularnej serii Demolish & BuildDemolish & Build 2017 i Demolish & Build 2018.  Oba symulatory budowlane otrzymały bardzo pozytywny feedback od graczy, o czym świadczą m.in. wysokie oceny od użytkowników. Gra Demolish & Build 2017 sprzedała się w nakładzie ok. 40 tys. egzemplarzy (Steam) i zgromadziła 73 proc. pozytywnych opinii. Demolish & Build 2018 w wersji na PC kupiło ok. 115 tys. osób, z czego ponad 7 tys. nabyło ją od momentu przejęcia gry przez Demolish Games.

W ramach rozgrywki Demolish & Build gracz wciela się w kierownika firmy budowlanej, przyjmuje i wykonuje zlecenia na wyburzenia, zatrudnia personel, obsługuje maszyny budowlane oraz kupuje posiadłości.

W portfolio Spółki znajduje się także gra Car Demolition Clicker. Obecnie trzy tytuły Demolish Games – Explosive Demolition Simulator, WW2 Underground oraz Malone In Nightmares – są w fazie preprodukcji.

Wszystkie gry Spółki będą dostępne na PC oraz konsole Nintendo Switch, Xbox Series X/S i PlayStation 5. Wydawcą wersji dedykowanych komputerom stacjonarnym będzie Demolish Games, wydaniem na konsole zajmie się Ultimate Games S.A., która jest głównym akcjonariuszem Spółki.

Demolish Games do końca br. zamierza wprowadzić akcje do obrotu na rynku NewConnect.