Decyzja Sądu Najwyższego ws. frankowiczów zachwieje systemem bankowym i może doprowadzić do słabości złotego

25 marca Izba Cywilna Sądu Najwyższego rozstrzygnie zagadnienia prawne związane z kredytami frankowymi. Straty dla banków mogą być bardzo duże. Ta decyzja może osłabić złotego, jeżeli nie dojdzie do interwencji NBP.

Rozstrzygnięcie będzie miało rangę uchwały. Uzyska moc zasady prawnej. Będzie wiążące dla wszystkich składów orzekających Sądu Najwyższego, a siłą autorytetu dla wszystkich sądów w Polsce.

Jeżeli decyzja będzie pomyślna dla kredytobiorców, to sektor bankowy musi się szykować na liczone w dziesiątkach miliardów złotych straty. PKO BP jako największy bank w Polsce szacuje, że negatywny wpływ przewalutowania na jego kapitały własne to 6,1-6,7 mld zł.

Kurs euro pozostaje ostatnio na poziomie zbliżonym do 4,50 zł. Jest to kurs do którego dążył NBP, interweniując na rynku walutowym (po raz pierwszy w grudniu), czym zaskoczył wielu ekonomistów, wywołując liczne komentarze, często negatywne. O ile dalsze cięcie stóp procentowych jest już mało prawdopodobne, to pozostaje pytanie czy NBP zareaguje na osłabienie złotego wywołane decyzjami Sądu Najwyższego.

– Decyzja Sądu Najwyższego teoretycznie może doprowadzić do ogromnej słabości złotego, jeżeli decyzja ta będzie skrajnie korzystna dla frankowiczów – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB. – Osłabienie złotego mogłoby przekroczyć nawet 10 groszy.

Osłabienie złotego byłoby spowodowane tym, że banki zaangażowane w mieszkaniowe kredyty walutowe będą wymieniać złotego na inne waluty, zwłaszcza na franka szwajcarskiego. Na rynku pojawiłoby się wówczas więcej polskiej waluty.

NBP może wówczas stabilizować kurs złotego, ściągając polską walutę z rynku, a ma ku temu wystarczająco duże rezerwy.

Rezerwy walutowe NBP oceniane są obecnie na równowartość 160 mld dolarów, są wyższe o 40 mld zł w porównaniu do stycznia 2020 roku.

– Biorąc pod uwagę różne czynniki nie spodziewam się, aby decyzja SN osłabiła polską walutę bardziej niż o 2-3 grosze – wyjaśnia ekspert XTB.

Druga fala pandemii nie zatrzymała wzrostu cen mieszkań w Warszawie

Okres od października do grudnia ubiegłego roku to czas panowania drugiej fali pandemii, która z impetem uderzyła w polską gospodarkę. Jej wpływ na ceny nowych mieszkań był jednak mniejszy niż sądzili niektórzy eksperci. W Warszawie po cenowej stagnacji odnotowanej w trzecim kwartale, mieszkania deweloperskie znów zaczęły drożeć.

Z raportu „Rynek mieszkaniowy w Warszawie – IVQ 2020”, przedstawionego przez analityków portalu RynekPierwotny.pl wynika, że na przełomie 2020 i 2021 roku w stolicy można było znaleźć 337 projektów mieszkaniowych.  Do wyboru kupujących, w osiemnastu stołecznych dzielnicach było ok. 17 tysięcy mieszkań, czyli o 1% mniej niż w trzecim kwartale ubiegłego roku. „Największy wpływ na kwartalną zmianę podaży w stolicy miała sytuacja dotycząca Białołęki. W tej północnej części miasta odnotowano bowiem aż trzynastoprocentowy spadek liczby dostępnych „M” przez 3 miesiące” – tłumaczy Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.Mapa nowych mieszkań

Mimo tej zmiany, Białołęka cały czas cechowała się największym wyborem mieszkań. Na koniec poprzedniego kwartału do dyspozycji klientów rynku deweloperskiego było tam ponad 2700 lokali. Na drugim miejscu znalazł się Mokotów z ofertą prawie 2400 mieszkań, a na ostatnim stopniu podium uplasowała się Praga-Południe, w której podaż kwartalnie wzrosła o 6% i wyniosła ok. 1900 lokali.

Gdzie w stolicy sprzedało się najwięcej mieszkań?

W drugiej połowie ubiegłego roku, zniknęło ze stołecznego rynku nieruchomości prawie 8800 mieszkań. W ich miejsce pojawiło się nieco ponad 7300 lokali. Ta nierównowaga oprócz skali inwestycji mniejszej niż w czasach boomu, dodatkowo pogłębiała spadek podaży. Ciekawostką może być fakt, że pomimo drugiej fali pandemii, w IV kwartale sprzedaż stołecznych mieszkań wzrosła o 3% względem poprzednich trzech miesięcy.

Według raportu RynekPierwotny.pl, najwięcej mieszkań przez pół roku sprzedano na Białołęce, na Mokotowie, w Woli oraz na Pradze-Południe. Z wyjątkiem Woli były to również lokalizacje, gdzie w analizowanym okresie (III kw. i IV kw. 2020 r.) wprowadzono na rynek najwięcej lokali mieszkalnych.

Warszawskie nowe mieszkania drożeją

Podczas gdy w trzecim kwartale 2020 roku wzrost średniej ceny za metr kwadratowy okazał się symboliczny (0,2%), to już w ciągu kolejnych trzech miesięcy wyniósł on 1,3%. Było to spowodowane między innymi wyprzedażą lokali w „tańszych” dzielnicach. Tym samym, średnia cena ofertowa nowego metrażu w stolicy wzrosła do 10 495 zł/mkw. W ujęciu rocznym (IV kw. 2019 r. – IV kw. 2020 r.), dodatnia zmiana wyniosła natomiast około 7,5%.Średnia cena mkw w Warszawie – mapa

Najbardziej podrożały nowe mieszkania w takich częściach miasta jak Wesoła, Ursynów oraz Bemowo (wszędzie +3,5% względem III kw. 2020 r.), a także Żoliborz i Ursus (po +3,4%). Największe kwartalne spadki cen zaliczyły z kolei lokale w droższych dzielnicach: Śródmieściu (-5,9%) i Pradze-Północ (-10,4%), co było wynikiem wprowadzenia na rynek przez deweloperów nieco „tańszych” inwestycji. W pozostałych dzielnicach Warszawy, zmiany średnich cen ofertowych za 1 mkw. zwykle okazały się dużo mniejsze.Zmiana średniej ceny nowych mieszkań

Pod koniec ubiegłego roku, „najdroższą” dzielnicą nadal było Śródmieście, w którym średnio metr kwadratowy nowego mieszkania wyceniono na 16 616 zł. Niewiele mniej kosztowały lokale na Ochocie (średnio: 14 299 zł/mkw.) oraz Woli (13 926 zł/mkw.). Osoby posiadające znacznie mniejszy budżet na własne „M”, powinny zainteresować się projektami deweloperskimi powstającymi po prawej stronie Wisły – na terenie dzielnic Wesoła, Białołęka, Rembertów oraz Wawer. W nich średnia cena ofertowa nie przekracza bowiem 8000 zł/mkw.Średnia cena i metraż

Więcej informacji w raporcie portalu RynekPierwotny.pl –  „Rynek mieszkaniowy w Warszawie – IV kw. 2020”.

Optymizm na rynkach

Pandemia wciąż trwa, co nie przeszkadza analitykom widzieć lepszej perspektywy w przyszłości. Widać to również w odczytach opartych o badania ankietowe menedżerów, które po raz kolejny wskazują na pozytywny rozwój sytuacji.

Lepsze dane z Niemiec

Dzisiaj od rana poznaliśmy dane z Niemiec. Indeks Instytutu IFO wyniósł 92,4 pkt wobec oczekiwanych 90,5 pkt. Lepsze od oczekiwań dane to kolejny sygnał pchający w górę euro względem dolara. Jeżeli tendencja ta się utrzyma to możemy być świadkami kolejnych umocnień się euro względem dolara. Dobre dane z głównej gospodarki strefy euro mocno ciągną w górę wyniki wspólnej waluty.

Chiny nie zmieniają stóp procentowych

W weekend poznaliśmy decyzję Banku Chin w sprawie stóp procentowych. Pozostały one na poziomie 3,85%. Znajdują się na nim od kwietnia 2020, kiedy to podobnie jak w innych państwach doszło do obniżki stóp procentowych. Obniżki w Chinach były jednak znacznie mniejsze niż w krajach zachodu. Chiny cięły stopy o 0,5%, to wyraźnie mniej niż chociażby 1,4% w Polsce. Ciężko ocenić wpływ tej decyzji na rynek walutowy. „Ciężko ocenić”, gdyż miała miejsce w weekend, kiedy rynki nie działały.

Lepsze dane z USA

W piątek poznaliśmy dane z indeksów PMI w USA. Odczyt dla przemysłu zgodnie z oczekiwaniami analityków wyniósł 58,5 pkt. Z kolei odczyt dla usług wyniósł 58,9 pkt, co stanowi wynik o 1,3 pkt lepszy od oczekiwań. Rynki zareagowały na to pozytywnie. Po słabym tygodniu dla dolara domknięcie tygodnia lepszymi danymi spowodowało chociaż delikatne odbicie na korzyść amerykańskiej waluty przed weekendem.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Zbliża się termin wysłania pracownikom PIT-11. Podpisaną elektronicznie deklarację pracodawca może wysłać mailem

Do końca lutego pracodawcy mają obowiązek przesłania pracownikom rozliczenia PIT-11. Istniejące przepisy dopuszczają możliwość przekazania deklaracji w formie elektronicznej. Plik, udostępniany w formacie PDF, powinien jednak zostać opatrzony elektronicznym podpisem kwalifikowanym, który z mocy prawa jest równoważny podpisowi własnoręcznemu.

Początek roku kalendarzowego, szczególnie z perspektywy pracodawców i pracowników księgowości, to okres kojarzony z przygotowywaniem deklaracji podatkowych do urzędów skarbowych. Wiąże się także z obowiązkiem dostarczenia dokumentów podatkowych do pracowników. Jak co roku, termin przewidziany na przekazanie pracownikom formularzy PIT-11 upływa wraz z końcem lutego.

Warto pamiętać, że pracodawca jest zobligowany do posiadania potwierdzenia przesłania informacji, zarówno do urzędu, jak i do pracownika. W czasie gdy wiele firm pracuje zdalnie, a osoby w nich zatrudnione mogą wykonywać swoje obowiązki z różnych miejsc, skuteczne doręczenie takiej dokumentacji w sposób tradycyjny może być utrudnione. Co więcej, nawet w standardowych warunkach wysyłanie wydruków dokumentów pocztą przysparzało problemów, np. kiedy pracownik zmieniał adres zamieszkania. Zgodnie z przepisami, wymagane dokumenty można przekazać także z wykorzystaniem środków komunikacji elektronicznej, w tym za pomocą maila[1]. Konieczne jest jednak, aby taki dokument został przesłany w nieedytowalnej postaci (np. w pliku PDF) oraz został podpisany kwalifikowanym podpisem elektronicznym[2]. Dlatego – w poszukiwaniu wygodniejszych rozwiązań – coraz częściej firmy wybierają zdalne środki komunikacji i stawiają na podpis elektroniczny.

Na rynku jest wiele rodzajów e-podpisu, różniących się zapewnianą mocą prawną, o czym należy pamiętać wybierając konkretne rozwiązanie. Kwalifikowany podpis elektroniczny, weryfikowany przy użyciu kwalifikowanego certyfikatu, jest równoważny podpisowi własnoręcznemu. Oznacza to, że praktycznie każdy dokument papierowy można zastąpić dokumentem podpisanym kwalifikowanym e-podpisem. Dane zawarte w certyfikacie pozwalają m.in. na jednoznaczne ustalenie, kto w imieniu pracodawcy podpisał dany dokument – mówi Elżbieta Włodarczyk, dyrektor Linii biznesowej podpis elektroniczny z KIR. – Należy pamiętać, że pracodawca powinien posiadać w swoim systemie dowód przekazania PIT-11 drogą elektroniczną. Warto też zwrócić uwagę na dodatkowe zabezpieczenie przekazywanych danych, aby zapewnić, że tylko osoba, dla której przygotowany został PIT będzie miała do niego dostęp – dodaje Elżbieta Włodarczyk.

Deklaracje podatkowe to nie jedyny sposób wykorzystania kwalifikowanego podpisu elektronicznego w firmach. E-podpis umożliwia również zdalny, bezpieczny obrót dokumentami, co jest kluczowe przy obecnym trybie pracy. Za pomocą usługi kwalifikowanego podpisu elektronicznego Szafir, a także jego w pełni zwirtualizowanej, mobilnej wersji – mSzafir, możliwe jest wysyłanie deklaracji do ZUS, składanie sprawozdań finansowych czy zarządzanie dokumentacją pracowniczą.

– Dostępne na rynku rozwiązania pozwalające na składanie „zwykłego” e-podpisu także znajdują swoje zastosowanie. W wielu sytuacjach autoryzacja podpisem niekwalifikowanym może być wystarczająca. Należy jednak pamiętać, że urząd ma prawo nie przyjąć tak podpisanego dokumentu. Podobnie nasz partner biznesowy, który powinien taki sposób autoryzacji zaakceptować przed przyjęciem dokumentu podpisanego podpisem niekwalifikowanym. Dla części dokumentów elektronicznych prawo wprost wymaga zastosowania elektronicznego kwalifikowanego e-podpisu lub Profilu Zaufanego – wyjaśnia Elżbieta Włodarczyk.

[1] https://sip.lex.pl/orzeczenia-i-pisma-urzedowe/pisma-urzedowe/ippb4-415-791-11-3-mp-mozliwosc-przekazania-przez-184672531

[2] Patrz. Przykł. https://sip.lex.pl/orzeczenia-i-pisma-urzedowe/orzeczenia-sadow/i-sa-kr-537-18-wyrok-wojewodzkiego-sadu-522690419

Popularność sklepów typu pop-up rośnie

Element zaskoczenia, urozmaicenie oferty handlowej oraz szansa na przyciągnięcie nowej grupy klientów – to główne korzyści płynące z otwarcia sklepów typu pop-up, które coraz częściej dostrzegają właściciele i najemcy lokalizacji handlowych na całym świecie. Zainteresowanie tym formatem urosło na fali COVID-19. Pandemia przewartościowała tradycyjne modele sprzedaży i jeszcze bardziej zwiększyła oczekiwania zakupowe klientów. Na te zmiany zareagowało już wiele globalnych marek, jak Gucci, czy Prada. Czy ten trend dotrze również do Polski?

Pop-up store, czyli sklep, który działa przez krótki czas, nie jest nowym trendem na globalnych rynkach handlowych. Jeden z pierwszych tego typu konceptów powstał w 1997 roku, a był nim The Ritual Fashion and Music Expo w Los Angeles. Również w Polsce wielu klientów korzystało już z oferty takich tymczasowych lokalizacji handlowych, jednak trwająca od blisko roku pandemia może ich popularność dodatkowo zwiększyć.
Fakt, że sklepy rotacyjne są dostępne w bardzo ograniczonym terminie, wzbogaca i urozmaica ofertę, co może przełożyć się na wzrost klientów i przyciągnięcie do danej lokalizacji nowej grupy konsumentów. Dlatego spodziewamy się, że liczba sklepów typu pop-up w Polsce będzie zyskiwała na popularności, na miarę indywidualnych potrzeb właścicieli galerii handlowych, tłumaczy Mariusz Czerwiak, Dyrektor w Dziale Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL.

Pop-up przynosi korzyść właścicielom i najemcom

Globalna pandemia negatywnie odbiła się na rynku handlowym na całym świecie – to zdanie od niemal roku jest powtarzane jak mantra, a eksperci wskazują na konieczność dywersyfikacji kanałów sprzedaży i poszukiwania nowych kanałów dotarcia do klientów. Jest to szczególnie ważne wobec rosnącego wskaźnika pustostanów w centrach handlowych. Jak wynika z danych JLL, poziom powierzchni niewynajętej w Polsce urósł z 4,4% w głównych aglomeracjach kraju na koniec 2019 do 5,3% w sierpniu 2020 roku. W takiej sytuacji krótkoterminowe umowy podpisywane z najemcami otwierającymi pop-up mogą być dobrym rozwiązaniem na poradzenie sobie z turbulencjami na rynku. Jednak zdaniem Mariusza Czerwiaka, korzyści, jakie daje taki tymczasowy sklep są dużo większe.

Nie powinniśmy traktować pop-upów wyłącznie w kategorii koła ratunkowego w sytuacji przejściowych trudności z komercjalizacją danego centrum. To dość krzywdzące podejście do tego formatu zakupowego, który daje szerokie pole do testowania nowych produktów, kreatywności oraz innowacyjności dużego spektrum marek funkcjonujących na rynku, tłumaczy Mariusz Czerwiak.

Natomiast tymczasowy charakter takiego sklepu oznacza, że umowa jest podpisywana na znacznie krótszy czas, na warunkach typowych dla umów krótkoterminowych.

W przypadku sklepów typu pop-up kontrakty są najczęściej zawierane na kilka tygodni lub miesięcy. Ta grupa najemców zazwyczaj decyduje się zająć niewielki lokal, rzadko przekraczający kilkaset metrów kwadratowych i który nie wymaga dodatkowych prac aranżacyjnych. Wysokość czynszu jest ustalana indywidualnie i zwykle jest ona niższa niż w przypadku umów długoterminowych, dodaje Mariusz Czerwiak.

Takie warunki przekładają się na znaczące oszczędności, z których mogą skorzystać zarówno początkujące, jak i uznane marki. Najemca może w ten sposób przetestować nowe pomysły, upewnić się, że jego model biznesowy odniesie sukces, wprowadzić na rynek nowy produkt lub wypróbować nową lokalizację.

Niejednokrotnie zdarza się, że pop-up ma bardzo dobre perspektywy na to, aby funkcjonować jako tradycyjny sklep. W takiej sytuacji najemca często ma pierwszeństwo w negocjacjach z właścicielem, których przedmiotem jest przedłużenie kontraktu na okres kilku lat, dodaje Mariusz Czerwiak.

Od influencerów po marki luksusowe

Wachlarz marek i branż, które otwierają pop-upy jest dość szeroki. Zwykle jednak na ten rodzaj sprzedaży decydują się marki modowe.

Najemca otwierający pop-up stara się unikać kosztownych, czasochłonnych prac aranżacyjnych i celuje w przestrzenie, które są już gotowe. Sklep odzieżowy może wprowadzić się do takiego lokalu w ciągu kilku dni. Podobnie sytuacja ma się w przypadku marek oferujących akcesoria czy obuwie, mówi Mariusz Czerwiak.

Stosunkowo niskie koszty, które generuje pop-up, są powodem, dla którego w ten typ sprzedaży mogą też wchodzić mniejsze i nieznane na rynku marki. Pandemia podkreśliła konieczność wspierania lokalnych sprzedawców, projektantów i przedsiębiorców, którzy popularność zdobywają między innymi dzięki mediom społecznościowym. Elastyczne warunki najmu, jakie można wynegocjować w rozmowach z właścicielami centrów handlowych, to możliwość spróbowania swoich sił w tradycyjnym kanale sprzedaży.

Najlepszym potwierdzeniem korzyści, jakie daje pop-up, jest fakt, że w ten format inwestują również marki luksusowe. Na początku lutego otwarcie takiego sklepu w Hong Kongu ogłosiła Prada, a styczniu tego roku poznaliśmy szczegóły wyczekiwanej przez rynek kolekcji kapsułowej Gucci i North Face. Efekty kolaboracji obu marek można było oglądać do 14 lutego w wybranych lokalizacjach w Stanach Zjednoczonych oraz Kanadzie. Część tymczasowych sklepów otworzono również w istniejących salonach Gucci w formule „sklep w sklepie”. To dość nowy na rynku format, który jest szansą między innymi na zwiększenie przepływu klientów. Recenzje współpracy Gucci i North Face są bardzo entuzjastyczne, a niektóre media piszą nawet, że ich pop-up wyciągnął kupujących z powrotem na ulice, podsumowuje Mariusz Czerwiak.

Rząd zapowiada uproszczenie procedury zatrudniania cudzoziemców

Wydłużenie czasu zatrudnienia cudzoziemców w Polsce bez konieczności uzyskania zezwolenia na pracę, wprowadzenie nowego typu dokumentu pozwalającego na uproszczony dostęp obcokrajowców do polskiego rynku pracy na okres nawet do trzech lat, przyspieszenie wszystkich postępowań legalizacyjnych oraz wyeliminowanie nadużyć w kwestii zatrudniania obcokrajowców – to propozycje rządu, o których w wywiadzie dla Dziennika Gazety Prawnej, poinformowała wiceminister rozwoju, pracy i technologii Iwona Michałek.

Według Iwony Michałek, planowane zmiany pozwolą uprościć obecną procedurę związaną z zatrudnianiem imigrantów. Ponadto rząd chce, aby wszystkie niezbędne formalności można było uregulować w jednym urzędzie, co nie tylko zmniejszyłoby liczbę wymaganych dokumentów, ale również pozwoliłoby znacząco przyśpieszyć ten proces.

Zdaniem ekspertów rynku pracy, zapowiedź rządu to bardzo optymistyczna informacja dla pracodawców w Polsce, ponieważ polskie firmy potrzebują pracowników, którzy zatrzymają się u nich na dłużej.

Obecne procedury zatrudniania cudzoziemców w Polsce są proste jedynie na pierwszym etapie. Natomiast, jeśli chodzi o przedłużanie dokumentów pobytowych oraz umożliwiających zatrudnienie obcokrajowców, którzy już rozpoczęli pracę w Polsce, pracodawcy napotykają szereg trudności” – komentuje zapowiadane propozycje zmian Michał Wierzchowski, dyrektor sprzedaży agencji pracy EWL Group.

Zdaniem eksperta, dużym problemem polskich firm jest rotacja personelu.

Często proces wdrożenia nowego pracownika w takim zakładzie trwa 2-3 miesiące a czasem i pół roku. Niestety po tym okresie pracownik, na przykład z Ukrainy, często musi już wracać do swojego kraju albo starać się o wyrobienie karty pobytu, co z kolei wiąże się z długim okresem oczekiwania” – podkreśla przedstawiciel agencji pracy.

Według Michała Wierzchowskiego zapowiedź rządu dotycząca wprowadzenia w Polsce jednolitego uproszczonego rozwiązania, umożliwiającego cudzoziemcom pobyt i pracę w Polsce nawet do 3 lat bez konieczności ubiegania się o zezwolenie, jest bardzo dobrym sygnałem dla polskiego biznesu.

Umożliwiłoby to zmniejszenie rotacji pracowników, a także obniżyłoby koszty prowadzenia biznesu – przekonuje ekspert. – Cieszymy się, że postulaty polskich firm zostały wysłuchane, ponieważ zapotrzebowanie na kadrę zagraniczną w naszym kraju będzie nadal rosnąć i jest to proces nieunikniony, jeśli zależy nam na rozwoju polskiej gospodarki”.

Wiceminister rozwoju, pracy i technologii Iwona Michałek podkreśliła, iż zmiany, będące odpowiedzią rządu na apele pracodawców, zapowiadane są na początek 2022 roku. Dodała, że mimo pandemii, liczba pracowników zagranicznych w naszym kraju średnio rocznie utrzymuje się na poziomie ok.1 mln osób.

Kto i na jakich warunkach może skorzystać z rządowego wsparcia

W ramach wsparcia dla biznesu zmagającego się z trudnościami na skutek pandemii i lockdownu rząd przygotował szereg form wsparcia. Nie wszyscy przedsiębiorcy są jednak biegli w zmieniających się dynamicznie przepisach i warunkach uzyskania pomocy. Odpowiedzią na drugą falę pandemii jest tarcza finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla mikro, małych i średnich przedsiębiorstw, oraz tzw. tarcza branżowa, z której firmy zostaną zwolnione z płacenia ZUS za grudzień i styczeń oraz będą miały możliwość skorzystać ponownie ze świadczenia postojowego.

Anna Białek, ekspert Fundacji Centurion, która pomaga przedsiębiorcom w przeprowadzeniu restrukturyzacji oraz rozwiązaniu problemów wywołanych kryzysem gospodarczym wyjaśnia zawiłości programów rządowego wsparcia.

Przedsiębiorcy, którzy chcieliby uzyskać pomoc finansową mają do wyboru pomoc w kilku różnych kryjących się pod wspólną nazwą tarcza antykryzysowa. Składa się ona z pięciu filarów takich jak bezpieczeństwo pracowników, finansowanie przedsiębiorstw, ochrona zdrowia, wzmocnienie systemu finansowego oraz piąty, którym jest program inwestycji publicznych. Wszystkie te działania, przebiegające równolegle, razem mają na celu zapobieganie negatywnym skutkom ekonomicznym pandemii.

Dodatkową formą wsparcia jest tarcza finansowa PFR dedykowana mikrofirmom oraz małym, średnim i dużym przedsiębiorcom. W rozumieniu PFR mikrofirma zatrudnia do 9 pracowników, bez samozatrudnionych. Jeśli chodzi o małe i średnie przedsiębiorstwa, to są to podmioty zatrudniające do 249 pracowników, a duże firmy to pułap zatrudnienia powyżej 249 pracowników. PFR na wsparcie przedsiębiorców przeznaczył 100 mld złotych. Program ma na celu ochronę miejsc pracy, utrzymanie płynności finansowej i rozwój już po zakończeniu kryzysu.

PFR oferuje wiele opcji wsparcia, natomiast dla przedsiębiorców odstraszająca może być procedura składania wniosków oraz liczne obostrzenia i ograniczenia, jeśli chodzi o podmioty, które mogą aplikować o subwencje. Niewiele pozostało również czasu na składanie wniosków. Nabór trwa od 15 stycznia do 28 lutego, a procedura odwoławcza do PFR 2.0 od 1 lutego do 31 marca. Dodatkowo w ramach rozszerzania pomocy powstała tzw. tarcza branżowa i zostanie ona także poszerzona o kod PKD 55.20.Z. związany z turystyką, jak zapowiedziała z kolei wiceminister rozwoju, pracy i technologii Olga Semeniuk.

Należy też pamiętać o ulgach podatkowych w rozliczeniach PIT a także, że od 1 lutego 2021 r. przedsiębiorcy z określonych branż będą mogli skorzystać z ponownego świadczenia postojowego oraz zwolnienia z obowiązku opłacania składek za styczeń 2021 r. albo za grudzień 2020 r. i styczeń 2021 r. Wnioski można złożyć tylko elektronicznie – przez Platformę Usług Elektronicznych (PUE) ZUS. Ponowne świadczenie postojowe przysługuje osobom prowadzącym działalność gospodarczą na podstawie przepisów Prawa przedsiębiorców, których rodzaj przeważającej działalności, na dzień 30 listopada 2020 r., oznaczony jest kodem PKD wymienionym w tzw. Tarczy antykryzysowej 7.0.

Warunkiem skorzystania z benefitów PFR jest wpis do CEIDG lub KRS, a przed składaniem wniosków warto również sprawdzić, czy kod PKD prowadzonej przez nas działalności znajduje się na liście upoważnionych do pomocy PFR. Tarcza finansowa umożliwia również zwolnienie z opłacania składek lub umorzenie zaległości podatkowych. Możliwości wsparcia jest bardzo wiele, ponad 60, więc każdy przedsiębiorca na pewno znajdzie dla siebie rozwiązanie.

Niestety, wielu przedsiębiorców nie jest w stanie spełnić wszystkich warunków ze względów formalnych lub przerasta ich biurokracja. Niejasność i niespójność przepisów sprawia, że wielu z nich zmuszonych jest oddać subwencje przez kruczki prawne, których nie dostrzegli na etapie wypełniania wniosków. W wielu przypadkach zobligowani do zwrotu środków mogą być również ci przedsiębiorcy, którzy pomimo zakazów zdecydowali się na otwarcie swoich firm. Właściciele biznesów są z kolei, jak nas poinformowano, niezadowoleni z wysokości przyznanego wsparcia, które np. na dofinansowanie pensji łącznie nie może przekroczyć 144 tys., czy w przypadku pożyczek 5 tysiecy PLN, ale także z powodu wymogów, które bardzo ciężko jest spełnić, podczas gdy w innych krajach pomoc jest bezwarunkowa.

Przed podjęciem decyzji o jaką pomoc jako przedsiębiorca będziemy wnioskować, warto przemyśleć to, jak nasz biznes będzie wyglądał w perspektywie kolejnych lat. Musimy pamiętać, że nawet po zakończeniu pandemii i powolnym wychodzeniu z kryzysu rzeczywistość będzie inna niż w latach poprzednich. Czasem lepszą opcją będzie zmiana profilu biznesu czy gruntowna restrukturyzacja, a w skrajnych przepadkach zamkniecie firmy i rozpoczęcie nowej działalności. Środowisko biznesowe powinno zrozumieć, że upadłość i procesy restrukturyzacyjne to nie jest nic osobistego. Nie powinno się takich procesów kwalifikować do porażek czy sukcesów. Są one naturalne i trzeba korzystać ze wszelkich dostępnych narzędzi pomocowych, aby ograniczyć ich skutki dla właścicieli, zarządów, akcjonariuszy i pracowników. Z naszych doświadczeń wiemy, że jest wiele firm, które poradziły sobie bardzo dobrze. Przeprowadziły firmę przez proces likwidacji czy upadłości, zrestrukturyzowały przedsiębiorstwo, a teraz patrzą z dużo większym optymizmem w przyszłość. Wiemy, że to niezwykle trudne, ale możliwe, a czasem nawet nieuniknione. Trzeba wykonać pierwsze kroki, a najlepiej zgłosić się do odpowiednich specjalistów korzystając z dostępnej pomocy oraz poznać możliwe scenariusze zarządzania ryzykiem w swoim biznesie.

4 na 10 firm transportowych może zbankrutować za 3 miesiące – branży brakuje popytu i zalega z płatnościami

Jeszcze w normalnych czasach firmy z branży TSL zmagały się z terminowym regulowaniem zobowiązań i rosnącymi kosztami działalności. Kryzys ekonomiczny i obostrzenia związane z pandemią sprawiły, że 4 na 10 przedsiębiorców obawia się, że ich płynność finansowa nie wystarczy na dłużej niż 3 miesiące.[1] Przewoźnicy mają również utrudniony dostęp do wsparcia od państwa, ponieważ część z nich nie kwalifikuje się do udziału w tarczy antykryzysowej.

Firmy gastronomiczne, hotele czy handel zdominowały w ostatnich tygodniach dyskusję o wpływie pandemii i obostrzeń z nią związanych na gospodarkę. W tym czasie branża transportowa pozostaje w cieniu, mimo że również odnotowuje spore straty ekonomiczne. Problemy z zaległościami w rozliczeniach z kontrahentami i bankami towarzyszyły firmom z sektora TSL od lat. Pandemia dodatkowo pogłębiła kłopoty z ich płynnością finansową. Wstrzymanie dostaw do sklepów w galeriach handlowych czy ograniczenia w przemieszczaniu się ludzi to tylko dwa czynniki, które spowodowały, że branża transportowa odnotowała czwarty co do wysokości wzrost zaległości na rynku. Po pół roku od pierwszego lockdownu 9,1 proc. firm z tego sektora miało problemy z przeterminowanymi zobowiązaniami – najwięcej wśród największych sektorów gospodarki budujących polskie PKB.[2]

Wielu konsumentów na co dzień nie zauważa, jak duży wpływ ma niepewna i dynamicznie zmieniająca się sytuacja gospodarcza w kraju oraz w Europie na przedsiębiorstwa transportowe. W styczniu br. blisko 13 proc. firm sektora TSL spodziewało się nadejścia lub pogłębienia problemów z zatorami płatniczymi, w tym takich, które mogą zagrażać ich stabilności.[3] – komentuje Jan Enno Einfeld, dyrektor zarządzający Finiata Group. – Wiele przedsiębiorców zgłasza problemy z pokryciem kosztów stałych oraz wynagrodzeń pracowników, ponieważ bieżące obroty są niewystarczające. Obecnie aż 43 proc. firm ocenia, że ich płynność finansowa nie wystarczy na dłużej niż 3 miesiące.[4]

Transport w kryzysie FiniataFirmy autobusowe od blisko roku znajdują się w najtrudniejszej sytuacji – w okresie od marca do czerwca 2020 branża została z dnia na dzień zablokowana przez rządowe rozporządzenia. W czasie wakacji oraz ferii zimowych Polacy zrezygnowali z długodystansowych podróży wycieczkowych, a uczniowie i studenci (dojeżdżający do szkół z małych miast i wsi) od kilku miesięcy uczą się zdalnie. Sytuacji branży nie poprawiła tzw. Tarcza 5.0, ponieważ wyeliminowano z niej przewoźników, którzy jako dominującą działalność w PKD posiadają inny kod niż 49.39.Z – „Pozostały transport lądowy pasażerski, gdzie indziej niesklasyfikowany”. Oznacza to, że pominięto w niej m.in. przedsiębiorców zapewniających transport miejski i podmiejski.

Mniejszy popyt i mniej inwestycji

Przełom roku dla branży transportowej był często szansą na nadrobienie strat. Niestety, w grudniu z powodu ogłoszenia narodowej kwarantanny i ograniczeniu przemieszczania się ludzi w okresie świątecznym popyt na usługi transportowe znacznie spadł. Co czwarta firma (28 proc.) zanotowała uszczuplenie portfela zamówień w grudniu o ponad 10 proc. w porównaniu z listopadem. Przedsiębiorcy pesymistycznie oceniają bieżący popyt oraz sprzedaż także w nowym roku.

– Niepokoi nas fakt, że wraz ze spadkiem popytu branża transportowa zwolniła tempo rozwoju. Potwierdzają to dane o stanie inwestycji – 58 proc. przedsiębiorców nie podjęło się żadnych wydatków inwestycyjnych w IV kwartale 2020 r. To o 9 proc. więcej niż przedsiębiorstwa handlowe, których część musiała dwukrotnie zamykać swoje placówki w tym okresie.[5] Inwestycje w transporcie są jednak nie zbędne, jeśli branża ma nadążyć za unijnymi wymogami w redukcji emisji CO2. – dodaje Jan Enno Einfeld, Finiata Group – Pamiętajmy także, że poza inwestycjami transport to przeważnie pojazdy, które wymagają serwisów, ubezpieczeń, napraw, a gdy stoją to nie zarabiają. Firmy też mają szereg zobowiązań, takie jak umowy leasingowe czy kredyty, których nikt im nie umorzy, ani do nich nie dopłaci.

Banki odmawiają kredytów

W całym 2020 roku 7 proc. ogółu postepowań upadłościowych dotyczyło przedsiębiorstw transportowych.[6] Nie dziwi więc fakt, że przedsiębiorcy szukają dodatkowych środków, które pomogą im przetrwać kolejne miesiące. Nieterminowi kontrahenci, coraz wyższe koszty prowadzenia firmy oraz rosnące zadłużenie całej branży nie sprzyjają przedsiębiorcom w rozmowach z bankami. Co czwarty z nich (25 proc.) ocenia, że w ostatnich trzech miesiącach dostęp do finansowania zewnętrznego jest dla nich utrudniony.[7]

– Gdy funkcjonowanie firm transportowych jest mało stabilne nieplanowane wydatki mogą pojawić się w najmniej oczekiwanym momencie. Obecnie banki borykają się z napływem setek wniosków o pożyczki, których nie są w stanie obsłużyć wystarczająco szybko. Wśród naszych klientów już 12 proc. stanowi branża TSL – to pokazuje, że przedsiębiorcy potrzebują wsparcia, dlatego decydują się na wprowadzenie odnawialnej linii kapitałowej. Umożliwia ona dowolne wypłacanie środków na firmę przez 6 miesięcy. W ramach FlexKapitał cały proces wypłaty pieniędzy opiera się na jednym kliknięciu, po czym trafiają one na konto w ciągu 10 minut. – radzi Jan Enno Einfeld.

[1] Dane PIE i BGK, Comiesięczny monitoring nastrojów polskich przedsiębiorstw, styczeń 2021

[2] Dane BIG InfoMonitor i BIK

[3] Dane GUS, Wpływ pandemii COVID-19 na koniunkturę gospodarczą, styczeń 2021

[4] Dane PIE i BGK, Comiesięczny monitoring nastrojów polskich przedsiębiorstw, styczeń 2021

[5] Dane PIE i BGK, Comiesięczny monitoring nastrojów polskich przedsiębiorstw, styczeń 2021

[6] Dane z Monitora Sądowego i Gospodarczego za 2020 rok

[7] Dane PIE i BGK, Comiesięczny monitoring nastrojów polskich przedsiębiorstw, styczeń 2021

Blisko co czwarty pożyczający nie sprawdza, czy będzie w stanie spłacić zobowiązanie

Statystyczny Polak posiadający kredyt lub pożyczkę, uzyskane w ten sposób pieniądze przeznacza przeważnie na zakup sprzętu RTV/AGD bądź remont i wyposażenie mieszkania, pracuje zawodowo, a jego dochód nie przekracza 5 tys. zł – taki profil posiadającego zobowiązania finansowe Polaka wyłania się z badania Krajowego Rejestru Długów pt. „Jak pożyczają Polacy”. Większość pożyczających zaciąga takie zobowiązania odpowiedzialnie, ale co czwarty czasami sprawdza, czy będzie w stanie je spłacić lub w ogóle tego nie robi.

Z badania Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA wynika, że ponad połowa Polaków (54 proc.) spłaca obecnie kredyty lub pożyczki. Najczęściej zaciągają jedno zobowiązanie rocznie i robią to przede wszystkim w bankach (83 proc.). Zwykle jest to kredyt gotówkowy (48 proc.) lub ratalny (37,8 proc.). 23,5 proc. posiada kartę kredytową.

Rysopis pożyczającego

Wśród pożyczających blisko połowę stanowią osoby w wieku 25-44 lat. Najmniej zobowiązań mają młode osoby (18-24 lata). Co piąta osoba z wykształceniem wyższym ma w swoich zobowiązaniach kredyt bądź pożyczkę. Znacznie częściej mają je jednak osoby z wykształceniem średnim (38,5 proc.) i zawodowym (37 proc.).

Większość spłacających pracuje zawodowo (63 proc.), a blisko co piąty utrzymuje się z emerytury lub renty. Bezrobotni bądź osoby niepracujące, ale zajmujące się domem, stanowią 12,2 proc. kredytobiorców. 3/4 osób posiadających kredyt bądź pożyczkę mieszka z partnerem, a połowa z dziećmi. Co ciekawe, więcej osób pożyczających pieniądze mieszka z rodzicami (17 proc.) niż żyje samotnie (9 proc.).

Osoby, które pożyczają pieniądze, najczęściej deklarują, że miesięczne dochody ich gospodarstwa domowego mieszczą się w przedziale 5-7,5 tys. zł netto (21 proc.). Widać jednak, że większość (58 proc.) stanowią osoby, których domowe wpływy nie przekraczają 5 tys. zł. W swoim badaniu KRD zapytał także o osobisty miesięczny dochód spłacających obecnie zobowiązanie. Ponad połowa (55,5 proc.) zadeklarowała, że jest to od 1,5 do 3 tys. zł. 22 proc. przyznaje, że ich indywidualne wynagrodzenie to mniej niż 1,5 tys. zł na rękę.

Blisko co trzeci Polak z kredytem pożyczone pieniądze przeznacza na zakup urządzeń AGD czy sprzętu RTV (35 proc.). Co trzeci wydaje je na remont mieszkania lub domu, bądź jego wyposażenie. Kolejnym wydatkiem finansowanym przez pożyczone pieniądze jest zakup auta (17 proc.), komputera lub smartfona (15 proc.). 13 proc. osób zaciąga nowe zobowiązanie, aby spłacić już zaciągnięte kredyty lub pożyczki.

To doraźne rozwiązanie i zarazem jeden z najczęstszych błędów popełnianych przez osoby, które mają problemy ze spłatą swoich zobowiązań. Pokrywanie rat jednego kredytu drugim nierzadko wpędza je w spiralę zadłużenia. Dlatego wcześniej warto rozważyć inne możliwości, jak kredyt konsolidacyjny, scalający nasz dług w jedno zobowiązanie, czy dialog z instytucją, u której mamy dług. Bankom i firmom pożyczkowym zależy na odzyskaniu pożyczonych pieniędzy, więc są w stanie zaproponować różne możliwości wyjścia z sytuacji, np. przerwę w spłacie czy prolongatę umowy – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu Kaczmarski Inkasso.

Pożyczanie z głową

Problemy ze spłatą są często pochodną lekkomyślnego podejścia do zaciągania zobowiązań. W badaniu „Jak pożyczają Polacy” większość respondentów (77 proc.) przyznaje, że przed zaciągnięciem pożyczki lub kredytu zawsze oblicza, czy będzie w stanie je spłacić. Pozostaje jednak wciąż grupa osób, którym raz zdarza się to robić, a raz nie (14 proc.) i taki krok uzależniają od danej okoliczności. Do tego 9 proc. nigdy nie liczy i w ogóle nie zastanawia się nad tym, czy będzie w stanie zwrócić pieniądze.

Blisko co czwarty kredytobiorca przyznaje, że nie zastanawia się nad tym, czy będzie miał z czego spłacić kredyt. To dużo, ale tak naprawdę odsetek takich nierozważnych osób jest wyższy. Nie lubimy się przyznawać do takich zachowań, nawet w anonimowych badaniach. Oszacowanie własnych możliwości finansowych przed wzięciem na swoje barki kredytu bądź pożyczki jest bardzo ważne. Jednak to nie wystarczy w podejmowaniu decyzji. Możliwości finansowe mogą się bowiem w każdej chwili zmienić, o czym dobitnie przypomniała pandemia. Istotnym elementem jest więc przygotowanie się na ewentualność niespłacenia zaciągniętych zobowiązań. Z naszego badania wynika, że 66 proc. Polaków wie, jakie konsekwencje się z tym wiążą. 24 proc. przyznaje, że mniej więcej wie, co się stanie w takiej sytuacji, a co dziesiąta osoba zupełnie nie ma pojęcia, co będzie, kiedy przestanie spłacać zaciągnięte zobowiązanie – dodaje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów BIG SA.

Rynek pożyczek wciąż mało znany

W zaciąganiu zobowiązań bardzo przydaje się znajomość oferty i rynku. Większość Polaków jest świadoma, że lepiej nie zadłużać się w instytucjach, które oferują pożyczki bez sprawdzania zdolności kredytowej i weryfikowania klientów w Biurze Informacji Gospodarczej. Niechętnie do oferty takich podmiotów podchodzi aż 68 proc. rodaków. Co szósty Polak dopuszcza możliwość zaciągnięcia pożyczki w firmach, które reklamują się, że udzielają ich „bez sprawdzenia w KRD i w BIK”. Kolejne 15 proc. nie potrafi potwierdzić ani wykluczyć, czy zdecydowałoby się na takie działanie.

Zdecydowanie odradzam taki krok. Żaden bank ani żadna poważna firma pożyczkowa tak nie robi. To pchanie się w kłopoty. Taka pożyczka może się okazać bardzo droga – ostrzega Adam Łącki.

Ogólnopolskie badanie „Jak pożyczają Polacy” zostało przeprowadzone przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów w listopadzie 2020 r. na reprezentatywnej grupie 1007 osób, które mają pożyczki bądź kredyty.

2021: Dziś nie ma już „bezchmurowych” firm?

Jak wynika z opublikowanego właśnie opracowania Enterprise Strategy Group (ESG) „2021 Technology Spending Intentions Survey” już 94% przedsiębiorstw z całego świata wykorzystuje przynajmniej jedną aplikację bądź korzysta z minimum jednej usługi infrastrukturalnej funkcjonującej w środowisku chmury publicznej. Tak wysoki odsetek stwierdzonych przypadków implementacji cloud computingu pozwala stwierdzić, że w dzisiejszej rzeczywistości niemal nie występują już firmy zarządzające swoimi zasobami wyłącznie w modelu in-house, a więc jedynie „u siebie”.

Do niemal połowy wzrósł z kolei odsetek firm realizujących strategię „Cloud First”, a więc wdrażających i rozwijających wyłącznie chmurowe systemy i narzędzia IT. Jeszcze przed rokiem liczba ta wynosiła 38%. W odniesieniu do szerokiej, globalnej skali pandemia oraz jej następstwa doprowadziły do nieobserwowanego jak dotąd zjawiska wszechobecnego cloud computingu (Omnipresent Cloud) – pytanie, czy można odnieść je również do Polski?

Wyraźne kroki

Na tą chwilę, nie sposób powiedzieć by aż tak szeroka i niemal wszędzie widoczna adaptacja rozwiązań chmurowych – zarówno samego storage’u jak i aplikacji czy platform – występowała nad Wisłą, jednak poczyniliśmy na tym polu bardzo widoczne postępy. Jeszcze przed wybuchem pandemii, wykorzystanie cloud computingu – przynajmniej w zakresie przechowywania swoich danych w chmurze publicznej – deklarowało dokładnie co trzecie (33%) polskie średnie oraz duże (pow. 250 pracowników) przedsiębiorstwo. To jeden z wniosków z badania Aruba Cloud – Wykorzystanie usług chmurowych w biznesie. Analiza rynku polskiego, czeskiego i węgierskiego. Dziś, jego konfrontacja z aktualnymi danymi udostępnionymi właśnie przed GUS pozwala zaobserwować, jak przyspieszyła w Polsce adaptacja rozwiązań chmurowych.

Według najnowszej publikacji GUS-u z cyklu Społeczeństwo informacyjne w Polsce płatne usługi cloud computingu wykorzystuje w swojej działalności już niemal 60% dużych firm i instytucji. W przypadku średnich, odsetek ten osiągnął już prawie 40%. Warto podkreślić, iż nie brakuje branż, w których wykorzystanie narzędzi chmurowych w 2020 roku względem 2019r wzrosło o co najmniej 50%. W sektorze obsługi rynku nieruchomości wzrost ten wyniósł aż 65%, w przedsiębiorstwach zajmujących się dostawą wody, gospodarowaniem ściekami i odpadami było to 58%, w budownictwie zaś 56,5%. – Poza wyróżnieniem gałęzi gospodarki, które znacząco przyspieszyły z cyfrową transformacją, nie sposób nie wspomnieć także o sytuacji całego segmentu małych i średnich przedsiębiorstw. W przypadku tych pierwszych wykorzystanie rozwiązań chmurowych w minionym roku wzrosło o niemal połowę (46%) w porównaniu do 2019r, dla średnich firm odnotowano zaś wzrost równy 35%. Oczywiście, Główny Urząd Statystyczny nie wskazuje tutaj zakresu migracji do chmury, tj. czy poprzez wykorzystanie cloud computingu rozumie wyłącznie przeniesienie danych do środowisk chmurowych, subskrypcje profesjonalnych aplikacji biznesowych, czy też oba te obszary, niemniej i tak wzrost zainteresowania tą technologią jest bardzo widoczny – tłumaczy Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud. 

Ewolucja „serc” globalnej sieci

Powracając do globalnych trendów, wiele wskazuje na to, że firmy i organizacje już w mniejszym bądź większym stopniu zarządzające swoimi procesami biznesowymi poprzez rozwiązania chmurowe będą konsekwentnie dążyły do kompletnych migracji swoich zasobów i pozyskiwania kolejnych, od początku ulokowanych w chmurze. Dowodzi tego wdrażanie polityk „Cloud First” i planowane zwiększanie nakładów na zakup usług cloud computingu. Według wspomnianego już raportu Enterprise Strategy Group, wydatki na powiększenie swojej przestrzeni dyskowej w chmurze publicznej planuje zwiększyć 68% przedsiębiorstw z całego świata. Te, związane z aplikacjami – także funkcjonującymi w tym środowisku – powiększy 63% firm. Tyle samo w większym stopniu zainteresuje się sztuczną inteligencją i machine learningiem.

Dla dostawców usług cloud computingu oraz operatorów centrów danych nie oznacza to wyłącznie obiecujących perspektyw na ten rok, ale także konieczność stawienia czoła dużemu wyzwaniu. Temu, dotyczącemu efektywności zasilania swoich obiektów i potrzeby poszukiwania bardziej ekologicznych rozwiązań. Już dziś, ponad połowa specjalistów branży Data Center, zaproszonych do badania ABB Data Overload: Powering Data Centres in the New Normal przyznaje, że zamierza zmodyfikować systemy zasilania swoich kampusów w związku z „eksplozją” zainteresowania usługami zewnętrznych dostawców w 2020r, które nie osłabnie także w tym roku. Chodzi zarówno o sprostanie oczekiwaniom klientów i przygotowanie się na rozbudowę obiektów jak i uwzględnienie ważnego aspektu ekologicznego. Stąd też, podpisany niedawno przez europejskich graczy rynku chmury obliczeniowej oraz centrów danych, w tym także przez nas, oraz stowarzyszenia branżowe, pakt neutralności klimatycznej, wprowadzający konieczność samoregulacji usługodawców. Po to, by odpowiadać na rosnące zapotrzebowanie na usługi, ale jednocześnie niwelować wpływ na środowisko zewnętrzne i pozyskiwać niezbędne, ogromne ilości energii elektrycznej z odnawialnych źródeł – dodaje Marcin Zmaczyński z Aruba Cloud.

Omni Present Multi Cloud

Zjawiskiem, które szczególnie zaznaczy swoją obecność w tym roku będzie także stosowanie systemów IT opartych na środowisku wielochmurowym. Jak przekonuje analiza firmy Telefonica, do końca 2021 ponad 90% dużych firm i organizacji będzie opierać swoją działalność na środowiskach łączących chmurę publiczną z dedykowanymi, profilowanymi pod kątem konkretnego przedsiębiorstwa rozwiązaniami chmury prywatnej. Pozwoli to na szerszą adaptację cloud computingu szczególnie tzw. branżom regulowanym i podmiotom posiadającym bardzo restrykcyjne wytyczne odnośnie przechowywania i gromadzenia swoich danych poza swoją siedzibą. Wg. badania Aruba Cloud, wewnętrzne procedury w tym obszarze były główną barierą dla projektów migracyjnych – wskazało na nią najwięcej, bo aż 34% polskich firm.