Sustainability w wycenie nieruchomości

Choć w ostatnim czasie uwagę analityków zajmuje głównie wpływ pandemii, długofalowe trendy na rynku nieruchomości wiążą się także z innym czynnikiem – zmianą klimatu.

Pojęcie zrównoważonego rozwoju w branży nieruchomości przywoływane jest najczęściej w pozytywnym kontekście. Certyfikaty przyznawane „zielonym budynkom” podnoszą ich atrakcyjność dla przyszłych użytkowników i wpływają na prestiż obiektu. Jednak aspekt środowiskowy w wycenie nieruchomości może też mieć ciemną stronę.

Zmiany klimatu zapowiadają poważne problemy, których skalę na razie trudno oszacować. Pewne jest za to, że nie są one domeną odległej przyszłości.

Lokalizacja

W rzeczywistości ryzyko zmian klimatycznych już zaczyna odbijać się na cenach rynkowych. Ogłoszone w 2018 roku wyniki badań First Street Foundation wskazały, że domy podatne na powodzie na Florydzie, w Georgii, Karolinie Północnej i Południowej oraz Wirginii straciły na wartości 7,4 miliarda dolarów między 2005 a 2017 r. Obszar metropolitalny Nowego Jorku doznał podobnej dewaluacji, łącznie tracąc 6,7 miliarda dolarów wartości w tym samym okresie. Badacze podkreślają przy tym, że uwzględnili skutki kryzysu gospodarczego – podana strata wartości spowodowana jest wzrostem poziomu morza. Na rynku nieruchomości komercyjnych skutki są podobne. Jak wykazały ostatnie badania w USA, nieruchomości komercyjne na obszarach dotkniętych przez huragany straciły na wartości o prawie 6 procent rok po burzy i o 10,5 procent dwa lata później.

Nawet najbardziej ostrożne prognozy sugerują nasilenie zmian klimatycznych. Tymczasem już teraz lustro wody u wybrzeży Nowego Jorku znajduje się o około 30 cm wyżej niż przed stu laty, przybór sztormowy sięga przeszło metr wyżej, zwiększyła się skala i częstotliwość występowania powodzi. Tym samym nieruchomości położone dotąd na bezpiecznym gruncie stały się podatne na skutki działania żywiołów. Wiele organizacji monitorujących stan środowiska alarmuje, że tempo zmian – od topnienia alpejskich lodowców i pokrywy lodowej Arktyki, po kolejne rekordy temperatur – jest większe niż zapowiadały dotychczasowe prognozy.

Nowe ścieżki

Zgodnie z oceną ekspertów Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) ryzyko finansowe wynikające ze zmian klimatycznych jest wciąż powszechnie niedoceniane, co wynika z wieloletnich przyzwyczajeń. Podsumowuje to opracowanie Felixa Suntheima oraz Jérôme Vandenbussche’a zamieszczone na stronie MFW w maju 2020 roku: wpływ klęsk żywiołowych na rynki akcji, akcje banków i spółki z sektora ubezpieczeń innych niż na życie był ogólnie niewielki w ciągu ostatniego półwiecza, ale ta sytuacja może się drastycznie zmienić. MFW szacuje, że w połowie XXI wieku straty spowodowane przez susze, powodzie i pożary osiągną poziom biliona dolarów rocznie. Zapewne bezpośrednie skutki zmian klimatycznych dotkną najpierw Afrykę i Azję, ale odczuwalne będą na całym świecie.

Niemal równie istotne zmiany wynikają z prób ograniczenia wpływu na środowisko w globalnej skali. Ograniczenie roli paliw kopalnych, zwłaszcza węgla; wdrażanie nowej polityki transportowej i obniżenie emisji CO2, nowe przepisy – to wszystko zmienia sytuację całych sektorów gospodarki, a w konsekwencji może uderzyć w stabilność finansową.

Ryzyko klimatyczne: wycena

Rosnąca grupa podmiotów poszukuje w tej sytuacji nowych narzędzi i wspólnych standardów, które pomogą branży poprawić wycenę ryzyka klimatycznego w przyszłości. Są to m.in: mapowanie (identyfikacja) ryzyka bezpośredniego dla obecnego portfolio oraz potencjalnych akwizycji, a także uwzględnienie ryzyka klimatycznego w procesach due diligence i innych procesach decyzyjnych.

Green financing

Jednocześnie pojawiają się perspektywy tzw. green financing. Banki i inne podmioty chętnie finansowałyby „zielone” nieruchomości i tworzyły odpowiednie portfele produktów o minimalnym zużyciu energii i jak najmniejszym ujemnym wpływie na środowisko. Długoterminowe niższe koszty eksploatacji i utrzymania, wskazują, że są one aktywami o wyższej wartości dodanej dla najemcy i jednocześnie niższym ryzyku niż standardowe obiekty.

Główną, a wręcz jedyną przeszkodą jest niewielka ilość odpowiedniego produktu. Przynajmniej na razie – bo popyt na takie inwestycje powinien zaowocować zwiększoną podażą.

Komentarz Alicji Zajler, dyrektor Działu Doradztwa i Wycen Nieruchomości w Colliers

Automatyzacja pracy i procesów w firmach przybiera na sile

Do 2024 r. firmy obniżą koszty operacyjne o 30 proc. dzięki łączeniu technologii automatyzujących procesy biznesowe oraz ich przemodelowaniu – wynika z analizy Gartnera. Niepewność ekonomiczna w czasie pandemii skłoniła wiele firm do ograniczenia kosztów i poprawienia efektywności operacyjnej. Pomimo ogólnych cięć wydatków wzrosły inwestycje w transformację cyfrową, w szczególności w automatyzację procesów biznesowych.

Rozwiązania technologiczne ułatwiające zarządzanie firmą, takie jak komunikatory czy organizery zadań, które wspierają pracowników w realizowaniu codziennych obowiązków, stają się standardem. Kolejnym krokiem na drodze cyfrowego rozwoju są technologie automatyzujące procesy biznesowe. Z szacunków firmy Deloitte wynika, że globalny rynek tych narzędzi rośnie w tempie ok. 20 proc. rocznie. Wspierają one pracę ludzką poprzez oddelegowanie części zadań, zwykle tych najbardziej mechanicznych, systemom informatycznym.

Kluczowe jest odciążenie pracowników od wykonywania żmudnych, monotonnych i powtarzalnych czynności po to, aby mogli pracować bardziej efektywnie i realizować ambitniejsze, wymagające kreatywności zadania.

– W wielu firmach panuje obawa, że celem automatyzacji procesów jest redukcja zatrudnienia. Jest to błędne założenie. Automatyzacja części czynności, które były dotąd wykonywane ręcznie, np. przygotowywanie cyklicznych raportów, nie oznacza, że pracownik staje się zbędny. Taka osoba może skupić się na rzeczach bardziej twórczych, czyli np. na analizie tych raportów i wyciąganiu wniosków. Takie zmiany mogą znacznie wpłynąć na zwiększenie satysfakcji pracownika z wykonywanej pracy – zauważa Paweł Górecki, konsultant 7N.

Wśród innych zalet automatyzacji wymienia się minimalizowanie ryzyka popełnienia błędu oraz oszczędność czasu, dzięki np. odpowiedniej orkiestracji procesu. Zastosowanie rozwiązań automatyzujących pracę niesie za sobą szereg korzyści dla całej gospodarki. Raport firmy McKinsey szacuje, że ich masowe wdrożenie zwiększyłoby produktywność gospodarki o 0,8-1,4 proc. rocznie.
Mądre automatyzowanie
Automatyzacja nie powinna jednak polegać na zasadzie przekopiowania istniejącego procesu na taki sam, tylko automatyczny – przestrzega ekspert 7N.
Należy wyjść od analizy procesu biznesowego – czy i jak można go przemodelować, aby był bardziej efektywny. Ważna jest tutaj wiedza i wizja biznesowa, ale również świadomość dostępnych na rynku technologii. Istotnym elementem układanki jest również środowisko informatyczne w danej firmie. Analitycy Gartnera w publikacji “Top 10 Trends Impacting Infrastructure & Operations for 2020” szacują, że do 2025 r. nawet 90 proc. korporacji będzie na stałe zatrudniało architekta automatyzacji, czyli osobę zapewniającą rozwój automatyzacji zgodnie z celami biznesowymi firmy.

– Kluczowe jest postawienie pytania: co chcemy osiągnąć? Jaki problem chcemy rozwiązać? Dostępne technologie dają nam szerokie możliwości automatyzacji. Pozwalają modelować proces w sposób elastyczny i uwzględniający wiele reguł biznesowych. Rozwój technologiczny jest tak duży, że jego konsumpcja następuje z opóźnieniem – tłumaczy ekspert.

Jak zaplanować proces?

Pojęcie automatyzacji procesów biznesowych jest szerokie i dotyczy wielu aspektów prowadzenia biznesu. Po zidentyfikowaniu procesu, który firma chce ulepszyć, dopiero na kolejnym etapie dobierane jest optymalne rozwiązanie.

– Wszystkie firmy powinny myśleć o tym, żeby automatyzować swoje procesy. Muszą one jednak robić to w najbardziej efektywny dla nich sposób. W niektórych przypadkach odpowiednim podejściem będzie wdrożenie dużej i kompleksowej platformy RPA (z ang. robotic process automation). Dla jednej firmy samo wprowadzenie technologii OCR (optyczne rozpoznawanie znaków) do odczytywania tekstów z dokumentów, może rozwiązać rzeszę problemów związanych z obsługą korespondencji od klientów. W innych przypadkach idealnym rozwiązaniem automatyzującym będzie prosty skrypt – mówi Paweł Górecki z 7N.

Ekspert 7N wyjaśnia, że automatyzować można zarówno same zadania w procesie jak i zarządzanie tym procesem poprzez orkiestrację i monitorowanie. Odpowiednio zdefiniowany i zautomatyzowany proces pozwala na dużo większą kontrolę.

W zależności od potrzeb i wielkości firmy stosuje się różne rozwiązania. – W przypadku organizacji z mocno rozproszoną infrastrukturą, korzystających z wielu aplikacji, narzędzia klasy RPA bywają niezbędne, by móc je efektywnie połączyć. Efektywność często wynika tu z relatywnie krótkiego czasu wdrożenia rozwiązania. Czasami wystarczy jednak wykorzystać potencjał systemu informatycznego, który już funkcjonuje w firmie, ale jego zasoby nie są w pełni wykorzystywane. Dotyczy to między innymi systemów klasy ERP, które często mają wbudowane swoje komponenty BPMS (Business Process Management Software). Pomijając wszystkie dostępne rozwiązania pudełkowe warto pamiętać, że często proste, zaprogramowane skrypty mogą zrewolucjonizować jakość pracy. Zaletą takich rozwiązań jest to, że są 'szyte na miarę’. Technologicznie możliwości jest wiele i wystarczy to dobrze zaplanować. Niezależnie od wybranego rozwiązania kluczowa jest współpraca pomiędzy biznesem a IT – dodaje Paweł Górecki.

Największe instalacje OZE. Wśród krajów z rekordowymi inwestycjami PV…Polska

Wymykające się przyjętym standardom inwestycje, wciąż wzbudzają dużo emocji w branży energetycznej. W kategorii powierzchni i przepustowości prym wiodą przede wszystkim elektrownie fotowoltaiczne, wspierane przez czołowe gospodarki regionalne. Co ciekawe, do grona posiadaczy “gigantów” już wkrótce wstąpi Polska.

Fotowoltaiczna Azja

Jednym z głównych czynników determinujących projekty fotowoltaiczne jest geografia. Tym samym nie dziwi fakt, iż największe kompleksy oparte na energii słonecznej znajdują się m.in. w Australii, Azji Południowo-Wschodniej i na Bliskim Wschodzie. Inną kwestią jest z kolei ocena “wielkości” danego kompleksu. Pod względem przepustowości elektrowni dominują inwestycje w Indiach, Chinach, Egipcie oraz Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Pod względem przepustowości największym kompleksem jest indyjski Bhadla Solar Park z wynikiem 2245 MW. Obiekt skromniej wychodzi w przypadku powierzchni działki szacowanej na 57 km2.

Zaraz po inwestycji ze stanu Jodhpur jest chiński Huanghe Hydropower Hainan Solar Park (2200 MW) z prawie 7 mln modułów PV na 5,64 km2. Na podium znajduje się także Pavagada Solar Park Karnataka — kolejna inwestycja z Indii o docelowej przepustowości 2050 MW (z zainstalowanymi panelami na działce 53 km2). Później… długo długo nic.

Emiracki pretendent do rekordów

Kolejne miejsca w kategorii przepustowości zajmuje egipski kompleks Benban Solar Park (1650 MW), chiński Tengger Desert Solar Park (1547 MW) oraz dwa obiekty ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich — Noor Abu Dhabi (1177 MW) i Mohammed bin Rashid Al Maktoum Solar Park (na ten moment około 1013 MW). Szczególnie druga inwestycja w ZEA już wkrótce może awansować o kilka pozycji w światowym rankingu fotowoltaicznych gigantów — zarówno pod względem mocy, jak i wielkości.

Mohammed bin Rashid Al Maktoum Solar Park docelowo w skali roku ma generować 2863 MW (2,863 GW). Położona około 50 km od Dubaju działka nadal jest zagospodarowywana przez kolejnych inwestorów. W tym momencie szacowana powierzchnia elektrowni wynosi 77 km2, a sama budowana etapami elektrownia nie osiągnęła jeszcze maksymalnych rozmiarów przewidzianych w pierwotnych planach.

Pierwsza faza projektu zakończyła się 22 października 2013 roku, początkowo dostarczając 28 GWh (DEWA 13). Obecnie zespół pracuje nad 4. i 5. etapem rozwoju kompleksu, który docelowo ma osiągnąć planowane gabaryty do 2. kwartału 2022 roku. Potencjalnym game-changerem rynku może się okazać również zapowiadana inwestycja w australijskim Newcastle Waters.

Globalna Australia i europejskie Pomorze?

Planowany obiekt na Terytorium Północnym ma powstać na ranczu o powierzchni 10 tys. km2 i generować moc rzędu absolutnie rekordowych 10 GW, które docelowo będą mogły zaspokoić 20 proc. potrzeb Singapuru. Cena? Wstępne plany mówią o funduszu rzędu 20 mld dolarów. Obecnie wniosek o pozwolenie na budowę rozpatruje stanowy Urząd Ochrony Środowiska. Jeśli konsultacje społeczne wykażą, iż obiekt nie będzie uciążliwy dla samych mieszkańców, budowa powinna rozpocząć się pod koniec 2023 roku, a produkcja energii 3 lata później.

Co jednak z rynkiem europejskim? W skali kontynentu do tej pory prym wiodła Hiszpania, która na liście największych elektrowni świata usytuowała się z kompleksem Núñez de Balboa (500 MW na działce 10 km2) oraz Mula Photovoltaic Power Plant (494 MW również na działce 10 km2). Godnym konkurentem obu ośrodków ma się okazać jednak inwestycja w pomorskim Zwartowie spółki Respect Energy i niemieckiego koncernu Goldbeck Solar. Inwestycja, która powstanie na 3 km2, docelowo ma generować 350 MW mocy. Tym samym, elektrownia na Pomorzu stanie się największym podmiotem w Europie Środkowo-Wschodniej. Czy właśnie giga-elektrownie mogą się okazać przyszłością regionalnej branży?

– W najbliższych latach będziemy mieli dynamiczny wzrost inwestycji głównie w fotowoltaikę iw farmy wiatrowe, ponieważ są to technologie najbardziej uzasadnione ekonomicznie. W ciągu najbliższych 10–15 lat powinniśmy zbudować około 30 GW w fotowoltaice, czyli zwiększyć moc 10-krotnie. Porównywalną wartość możemy uzyskać w wietrze. Skala inwestycji będzie więc pięcio–sześciokrotnym wzrostem zainstalowanej mocy – ocenia Sebastian Jabłoński, prezes Respect Energy.

W obliczu zapowiadanej inwestycji w Zwartowie, Polska już wkrótce znajdzie się na liście krajów z największymi elektrowniami fotowoltaicznymi na świecie. Co to oznacza dla regionu? Projekt na Pomorzu może stać się skutecznym bodźcem dla innych inwestorów, którzy chcą dołożyć cegiełkę do sektora napędzanego przez największe gospodarki — a w tym wyzwaniu sprawdzą się nie tylko “giga” fundusze.

GPW światowym liderem spółek z branży gamedev

  • Od października 2020 roku Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) jest światowym liderem pod względem liczby notowanych spółek z sektora gamedev
  • Ubiegłotygodniowy debiut spółki Huuuge, Inc. był nie tylko największą ofertą publiczną spółki gamedev w historii GPW, ale również największą ofertą firmy z branży gier mobilnych w Europie
  • Obecnie na warszawskich parkietach – Głównym Rynku i NewConnect – notowanych jest łącznie 58 spółek z tej branży

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) umacnia się na pozycji światowego lidera pod względem liczby notowanych spółek z branży producentów gier. Od października ubiegłego roku wyprzedza takich technologicznych gigantów, jak giełdy w Japonii czy Korei Południowej. Obecnie na Głównym Rynku i NewConnect notowanych jest łącznie 58 spółek z branży gamedev.

– W 2020 roku branża gamedev była bardzo popularna na polskiej giełdzie. Wszystko wskazuje na to, że również w tym roku inwestorzy nie będą narzekali na brak atrakcji. W miniony piątek odbył się debiut Huuuge, Inc., największy debiut gamingowy w historii GPW – podkreśla Przemysław Gerschmann, Doradca Zarządu GPW w cotygodniowym „Wideokomentarzu GPW” zamieszczonym na oficjalnym kanale Giełdy w mediach społecznościowych.

Oferta publiczna spółki warta była 1,67 mld zł. Inwestorzy indywidulani zapisali się na blisko 55 mln akcji sprzedawanych po cenie 50 zł. Pula w transzy detalicznej wyniosła 1,66 mln akcji, natomiast inwestorom instytucjonalnym przydzielono 31,65 mln akcji: – Inwestorzy indywidualni złożyli bardzo dużo zapisów, co doprowadziło do redukcji sięgającej 97 proc. W IPO Huuuge, Inc. wzięło udział blisko 20 tysięcy inwestorów indywidualnych – dodaje Przemysław Gerschmann.

– Patrzyliśmy na różne giełdy na świecie i zdajemy sobie sprawę, że Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie jest giełdą numer jeden jeśli chodzi o liczbę notowanych firm gamingowych. Jest to więc również doskonała platforma wzrostu dla nas – tłumaczył decyzję o wyborze przez amerykańską spółkę warszawskiego parkietu Anton Gauffin, Prezes Zarządu Huuuge, Inc.  

Huuge, Inc. dołączył do nieformalnego klubu spółek gamingowych, których kapitalizacja na polskiej giełdzie przekracza 1 mld zł. Znajdują się w nim również CD Projekt, 11 BIT STUDIOS, Ten Square Games, PCF Group i PlayWay. Na warszawskim parkiecie inwestorzy mogą wybierać między firmami tworzącymi topowe produkcje na PC i konsole, gry na platformy mobilne czy niskobudżetowe projekty mniejszych podmiotów.

W ostatnich dniach grono spółek z branży gamedev notowanych na warszawskim parkiecie powiększyło się o trzy spółki: obok Huuuge, Inc. debiutującego na Głównym Rynku GPW, na rynku NewConnect zadebiutowały Simteract i KOOL2PLAY.

Udany debiut Kool2Play na NewConnect

Akcje Kool2Play – twórcy i wydawcy gier, zadebiutowały na giełdzie NewConnect. Producent nadchodzącej gry Uragun wzbudził duże zainteresowanie inwestorów, a walory spółki w momencie otwarcia podrożały względem ceny odniesienia o 50%, osiągając kurs 21 zł. Już po pół godzinie akcje wzrosły o prawie 100% względem ceny odniesienia.

– Wierzymy, że jesteśmy najbardziej oryginalnym i unikatowym tegorocznym debiutantem. Wyróżnia nas nastawienie na jakość, a nie ilość oraz doświadczony zespół producentów i speców od marketingu gier. Planujemy tworzyć silne marki Premium Indie, z których pragniemy czerpać zyski nawet do 5-6 lat od premiery – komentuje debiut Marcin Marzęcki, prezes spółki.

43. reprezentant sektora gier na giełdzie NewConnect specjalizuje się w tworzeniu gier na komputery osobiste oraz konsole Xbox Series X, Play Station 5 oraz Nintendo Switch. Uragun, który zadebiutuje na platformie Steam w Early Access w II kwartale 2021, jest pierwszym z trzech tytułów zapowiedzianych przez spółkę.

– Uragun, to futurystyczny roguelite shooter skierowany m.in. do fanów gier Hades czy Enter the Gungeon. Stawiamy na unikalny gameplay, fabułę, a przede wszystkim nieskrępowaną niczym rozgrywkę z dynamiką rodem z serii DOOM – mówi Marcin Marzęcki, prezes Kool2Play. – Naszym celem jest tworzenie produkcji meaningful pop games – skierowanych do masowego odbiorcy, dających frajdę, ale noszących też ważne przesłanie. Taki jest właśnie Uragun, który z jednej strony stawia na akcję i pokazuje jak wyglądałby świat opanowany przez Sztuczną Inteligencję, ale też robi to w odpowiednio lekki sposób.

Międzynarodową promocją gier zajmie się Kool Things, jedna z najbardziej doświadczonych agencji promocji gier, a zarazem część Grupy Kapitałowej Kool2Play. Kool Things świadczy usługi z zakresu promocji gier na terenie Europy oraz Ameryki Północnej i jest jedną z najbardziej cenionych agencji na świecie. Jest spółką zależną Kool2Play, dzięki czemu twórca gier ma pełne wsparcie w zakresie promocji swoich nadchodzących tytułów – Uragun, City of Minds oraz Restoration. Spółka zabezpieczyła środki na długofalowy rozwój obu odnóg działalności. W dotychczasowych emisjach akcji zebrano 4,5 mln zł. Dodatkowo Kool2Play uzyskała grant Game Inn w wysokości 1,6 mln zł na produkcję gier oraz 1,9 mln zł z NCBiR na rozwój agencji Kool Things.

Młodzi liderami – o tym, kto stawia na pomnożenie swojego majątku

Prawie 27% respondentów badania firmy Tavex inwestuje odłożone środki. Co ciekawe, w 2020 roku najchętniej na pomnożenie swoich oszczędności decydowały się osoby młode – do 24. roku życia. Aż 38% respondentów w tym wieku potwierdziło ten rodzaj aktywności finansowej. Jak sytuacja prezentuje się w przypadku pozostałych grup wiekowych?

Prym wiodą sprawdzone rozwiązania

Młodzi (osoby w przedziale wiekowym 18-24) najchętniej inwestycją w: lokaty (25,5%), fundusze inwestycyjne (23,4%) oraz akcje na giełdzie (21,3%). Co ciekawe, inaczej dane prezentują się w przypadku tego, w co według nich warto zainwestować. Na podium znalazły się: nieruchomości (50%) oraz takie aktywa jak: złoto, akcje na giełdzie i bitcoiny (po równo 31,5%).

Młode osoby zaczynają interesować się inwestycjami. Widać jednak w ich zachowaniu pewien schemat – powielania dobrze znanych zachowań. Sądzą oni, że bezpiecznym rozwiązaniem jest inwestowanie swoich oszczędności wzorem innych osób. Warto pamiętać, że przez pandemię wpłacanie środków na lokaty i depozyty straciło sens, jeżeli chcemy rzeczywiście pomnożyć lub skutecznie zabezpieczyć swój majątek – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. Pocieszające jest to, że młodzi dostrzegają możliwości, jakie dają bardziej opłacalne aktywa. Brakuje im natomiast jeszcze odwagi, która najprawdopodobniej przyjdzie z czasem, gdy nabędą inwestorskiego doświadczenia – dodaje.

Osoby 24+ stawiają na nieruchomości

Respondenci z pozostałych grup wiekowych również inwestowali, ale już na nieco mniejszą skalę. Na pomnożenie swojego majątku postawiło 35,8% osób w przedziale wiekowym 25-34 oraz 27,2% 25-49. Chęć pomnożenia majątku wykazywały również przedstawiciele silver generation ­– powyżej 50 r.ż. (19,9%).

W grupie 25-34 najwięcej respondentów badania firmy Tavex (56,8%) wskazało, że inwestuje w nieruchomości. Podobnie kształtowały się podpowiedzi osób z przedziałów: 25-49 (51%) i powyżej 50 lat (55,3%). Co ciekawe, dużym zainteresowaniem cieszyło się również złoto. Kruszec ten znalazł entuzjastów w każdym przedziale wiekowym – 25-34 – 30%, 25-49 – 36,2%, powyżej 50 lat – 37%.

Warto podkreślić, że obecnie mamy do czynienia z burzliwymi zmianami na rynku. Istotne jest więc podejmowanie zarówno przemyślanych, jak i odważnych kroków. Osoby, które z początkiem roku 2020 zdecydowały się na inwestycje w złoto czy bitcoiny, skorzystały – wskazuje Aleksandra Olbryś, Młodszy Analityk ds. Rynku Złota, Tavex. Inwestorzy, którzy poszli tą ścieżką sporo zarobili. Podobnie może być w tym roku. Warto jednak podkreślić, że nie należy podejmować decyzji pod wpływem chwili kierując się zachowaniem tłumu. Każdy krok powinien być poprzedzony dogłębną analizą – dodaje.

EDP otwiera oddziały, które zajmą się potencjałem wodoru oraz magazynami energii

Grupa EDP wzmacnia swoje zaangażowanie na rzecz dekarbonizacji inaugurując oddziały dedykowane wykorzystaniu potencjału wodoru i magazynowaniu energii. H2BU to nowa jednostka Grupy, która zajmie się „zielonym” wodorem, a powstały w USA specjalny oddział – magazynowaniem. W ciągu 5 lat ma on osiągnąć łączna moc instalacji wynoszącą 1 GW.

EDP skupia się na rozwijaniu “zielonego” wodoru nie tylko z uwagi na przyjęte przez grupę cele w zakresie dekarbonizacji, ale także na malejące koszty związane z rozwojem tej technologii, która  stanie się bardziej konkurencyjna na przestrzeni następnych 10 lat. Jako lider transformacji energetycznej, Grupa EDP działa dynamicznie i efektywnie wspierając ograniczanie emisyjności we wszystkich sektorach gospodarki.

Inauguarcja nowej jednostki to strategiczny i transwersalny krok na drodze do włączenia “zielonego” wodoru w portfolio biznesowe Grupy i dalszą promocję inwestycji w odnawialne źródła energii. Na czele H2BU stanie Ana Quelhas, dyrektor ds. planowania energetycznego w Grupie EDP.

H2BU skupi się na rozwijaniem potencjału “zielonego” wodoru w sektorach gorspodarki  takich jak przemysł metalurgiczny, chemiczny, rafinerie oraz cementownie, a także w transporcie ciężkim na długich dystansach. Głównymi rynkami, na których będzie operować będą Stany Zjednoczone i Europa, gdzie Grupa dysponuje rozległym portfolio aktywów, uzupełniając wachlarz oferowanych rozwiązań  w zakresie ograniczania emisyjności.

Nowy oddział zajmie się magazynami energii

Wzmacniając swą kluczową pozycję w transformacji energetycznej, EDP Renováveis (EDPR) otworzyło nowy oddział, który zajmie się magazynowaniem energii. Będzie on powiązany z działalnością operacyjną EDPR w Stanach i skupi się na analizowaniu technologii w tym zakresie. Będzie to kolejny krok na drodze do realizacji zobowiązań w zakresie rozwijania innowacyjności w obszarze zielonej energii.

Stworzenie tej jednostki biznesowej związane jest z wdrażaniem w USA przyjętego przez EDP planu o nazwie „Re-charge,” którego celem jest zbudowanie instalacji o łącznej mocy 1 GW do roku 2026.

Dla  CEO EDP Miguela Stilwella de Andrade, „otworzenie tych oddziałów wzmacnia pozycję EDP jako lidera transformacji energetycznej. Rosnące znaczenie odnawialnych źródeł energii wymaga integracji z systemami magazynowania takimi jak baterie, aby zapewnić konieczną elestyczność w ramach sieci i tym samym wspierać dalszy rozwój OZE. Dodatkowo, zwiększenie udziału odnawialnych źródeł w systemie dystrybucji w obliczu rosnących potrzeb poboru, będzie najbardziej efektywną finansowo dla klienta ostatecznego drogą do zmniejszania emisyjności. Jednakowoż, jeśli dążymy do osiągnięcia upragnionego celu neutralności emisyjnej, musimy myśleć o wdrożeniu innych rozwiązań, takich jak zastosowanie wodoru, co pozwoli zaspokoić potrzeby sektorów przemysłu, dla których zastosowanie prądu nie jest w tej chwili rozwiązaniem gwarantującym niezbędną stabilność albo opłacalność”.

Rosnące ambicje na utartym szlaku

Zarówno w przypadku “zielonego” wodoru, jak i magazynów energii, Grupa EDP podjęła szereg inicjatyw, które służą rozwijaniu wiedzy i weryfikowaniu potencjału tych rozwiązań.

I tak, w zakresie wodoru, EDP posiada projekt pilotowy w Ribatejo Central, w ramach partnerstwa z H2Sines i przy współpracy m. in. z Radą Miasta Alenquer. Na poziomie inwestycyjnym EDP rozwija także projekt Behyond, który jest efektem współpracy naukowej pomiędzy rządami Portugalii i Norwegii, skupiającym się na zbadaniu możliwości produkcji wodoru w ramach morskiej energetyki wiatrowej. Grupa EDP jest także zaangażowana w tworzenie europejskiego rynku wodoru razem z European Alliance Clean.

Tak samo w zakresie magazynowania, silne zaangażowanie ze strony EDPR w tę technologię nie pozostawia wątpliwości. W 2018 spółka zaingurowała pionierski projekt instalując baterie do magazynowania energii wytwarzanej przez farmę wiatrową Cobadin zlokalizowaną w Rumunii. Jeszcze w 2019 i także w Rumunii EDPR uruchomiło system magazynowania przy farmie fotowoltaicznej i podało do wiadomości, że zamierza rozwijać projekt PV Sonrisa na terenie stanu Kalifornia w oparciu o umowę sprzedaży energii (PPA) na 200 MW mocy i magazyn na 40MW.

Wzrost rentowności nie musi szkodzić hossie

Rentowności obligacji skarbowych w USA pozostają w centrum uwagi, ale ich dalszy wzrost nie skutkuje wyraźnym umocnieniem dolara. Efekt niweluje risk-on na miedzi i inny towarach oraz korespondujące umocnienie walut surowcowych. Optymizm podsycają dobre wieści o szczepionkach i w sprawie pakietu fiskalnego USA.

Stopniowo ulatniają się obawy, że skok rentowności obligacji USA zaprzepaści szanse na kontynuację hossy na rynkach finansowych. Już piątek pokazał, że oba zjawiska mogą istnieć jednocześnie, choć pod pewnymi warunkami. Przede wszystkim wraz z oprocentowaniem długu USA muszą rosnąć rentowności obligacji w innych rejonach świata, inaczej zmiany będą premiować USD i hamować przesiadkę z dolara na inne ryzykowne aktywa. Widać jednak podobne wzrosty rynkowych stóp procentowych w Australii, Nowej Zelandii czy Wielkiej Brytanii, podkreślając globalny charakter ruchu. Nawet różnica w rentownościach dziesięciolatek Niemiec i USA obniżyła się tylko o połowę tego, co zyskały obligacje amerykańskie. To neguje argumentację, że rynek długu zaczyna wyceniać zmianę postawy Fed (redukcja QE, wyższe stopy procentowe), a wzrost rentowności jest reakcją na wzrost oczekiwań inflacyjnych. Ten efekt może zresztą zaraz osłabnąć, jeśli oczekiwania były ostatnio podsycane skokiem cen ropy naftowej wywołanym przez atak mrozów w USA. Wytłumaczenie oczekiwaniami inflacyjnymi wspiera też cena miedzi na 9-letnich szczytach i zwyżki rudy żelaza. Wzrosty cen wynikają z oczekiwań silnej nierównowagi popytu i podąży, częściowo w oparciu o prognozy przyspieszenia ożywienia i wzrost zapotrzebowania na surowce przemysłowe. Postęp w szczepieniach oraz wzmianki o planowanych inwestycjach infrastrukturalnych w USA pomagają podtrzymać te prognozy. W ten sposób wracamy do wniosków przemawiających za utrzymaniem hossy na ryzykownych aktywach. I wyższe rentowności obligacji nie powinny w tym przeszkadzać, o ile dalsze wzrosty przybiorą miarowe tempo bez silnych zrywów. Jeśli jednak rynek teraz rozumie, że wyższe rentowności w USA nie oznaczają od razu zmiany polityki Fed, wpływ na inne klasy aktywów powinien złagodnieć.

Przekaz Fed jest kluczowy, aby uwiarygodnić powyższe rozważania. I ten przekaz już ma miejsce. Jeszcze w piątek szef oddziału Fed w Nowym Jorku Williams odrzucił obawy dotyczące wyższych rentowności, argumentując, że odzwierciedlają one poprawiającą się sytuację gospodarczą. W tym tygodniu oczekujemy, że podczas przemówień w Kongresie (wtorek i środa) prezes Powell podkreśli, że głównym celem Fed obecnie jest wspieranie odbudowy zatrudnienia i inflacji, ale aktualnie Fed jest daleko od osiągnięcia swoich celów. Polityka monetarna szybko nie ulegnie zmianie i wzrost rentowności na to nie wpłynie.

Co poza tym w tym tygodniu? W USA indeksy nastrojów konsumentów (wt, pt) i regionalne wskaźniki biznesu (pt) powinny wskazać na poprawiające się warunki gospodarcze. Dane o wnioskach o zasiłek (czw) będą obciążone szumem wynikającym z ataku mrozów w płd.-zach. stanach i do wyników należy podchodzić z rezerwą. W Europie najbardziej interesujący będzie niemiecki indeks Ifo (pon). Bazując na odczytach ZEW i Sentix można założyć, że wskaźnik oceny sytuacji bieżącej spadł w lutym, ale postęp programu szczepień i wizja złagodzenia restrykcji powinny doprowadzić do wzrostu subindeksu oczekiwań.

W Polsce podaż pieniądza M3 (pon) i stopa bezrobocia (wt) najprawdopodobniej przejdą bez echa. Szacunek PKB a IV kw. (pt) będzie uzupełniony o składowe z główną uwagą na udziałach konsumpcji i inwestycji. Na EUR/PLN utrzymuje się konsolidacja 4,47-4,51 w oczekiwaniu na silniejsze zawiązanie kierunku na rynkach zewnętrznych. Pozytywnie należy oceniać względną odporność złotego na umocnienie dolara w ostatnich dniach, co sugeruje brak obecności krótkoterminowego kapitału spekulacyjnego zainteresowanego większą zmienności na rynku PLN. Ustawia to asymetrię ryzyk na korzyść aprecjacji, o ile pojawi się silniejszy zryw apetytu na ryzyko. Na razie jednak obowiązuje trend boczny.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Lockdowny kosztowały polskich przedsiębiorców 31 mld zł. Wiosenne zamknięcie przyniosło największe szkody

Na Liczniku Strat Lockdownowych, uruchomionym w lutym br., na razie jest 31 mld zł. To koszty, jakie poniosły firmy, i zyski, które utraciły od marca 2020 roku. W opinii analityków ZPP i WEI największe szkody w gospodarce wyrządził pierwszy wiosenny lockdown, a najbardziej ucierpiały sektory handlu detalicznego oraz hurtowego oraz wciąż zamknięte branże, czyli m.in. kulturalno-rozrywkowa oraz sportowa. Eksperci oceniają, że z zagrożeniem epidemiologicznym można było poradzić sobie lepiej niż poprzez zamrażanie gospodarki.

– Straty w polskiej gospodarce z tytułu lockdownu, zarówno tego, z którym mieliśmy do czynienia w dwóch fazach w 2020 roku, jak i tego, który w tej chwili obserwujemy w nieco ograniczonej wersji, szacujemy na około 30 mld zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Jest to kryzys, który rozlewa się przede wszystkim na sektory usług, w których ograniczenia są najdalej idące i najdłużej utrzymywane. Musimy pamiętać, że te podmioty są otoczone siecią dostawców, innych usługodawców, którzy z nimi współpracują, stąd też straty i ryzyka związane ze wzrostem bezrobocia i z bankructwami mogą rozlać się również na sektory powiązane.

Przykładem są spadki w takich sektorach jak transport, handel hurtowy, energia elektryczna, które nie zostały bezpośrednio objęte restrykcjami, ale ucierpiały na skutek zamknięcia gospodarki.

W 2020 roku najlepszy był III kwartał, w którym nie doświadczyliśmy żadnego zamknięcia gospodarki. Zgodnie ze wstępnymi danymi GUS w ujęciu kwartalnym PKB poszedł wówczas w górę o 7,9 proc., a rok do roku spadł jedynie o 1,8 proc. (wobec spadku w ujęciu rocznym o 8,2 proc. kwartał wcześniej i 2,8 proc. kwartał później). Ubiegły rok oznaczał pierwszy spadek gospodarki od 1989 roku. I choć recesja była w ubiegłym roku zjawiskiem globalnym, to zdaniem Warsaw Enterprise Institute oraz Związku Przedsiębiorców i Pracodawców w Polsce można było bardziej ograniczyć jej skutki, pozwalając na działanie w reżimie sanitarnym. Tarcze antykryzysowe i finansowe nie zdołały bowiem wyrównać właścicielom firm strat.

 Przygotowany przez rząd program pomocowy można podzielić na dwie części. Mamy kolejne tarcze kryzysowe procedowane przez Sejm. W przypadku ostatnich tarcz mamy do czynienia z podejściem ściśle sektorowym i ograniczonym zakresem pomocy. Drugim narzędziem, które wydaje się z punktu widzenia firm najistotniejsze, jest tarcza finansowa prowadzona przez Polski Fundusz Rozwoju – wymienia Jakub Bińkowski. – Ona w tej drugiej odsłonie również ma ograniczenie branżowe i trafia do firm dosyć szybko i sprawnie, natomiast nie możemy zapominać o tym, że sektory najsilniej dotknięte pandemią, czyli usługowy, gastronomia, branża fitness, funkcjonują bez zaplecza finansowego i często nie łapią się na tę pomoc, bo zatrudniają studentów, którzy sobie dorabiają na podstawie umowy-zlecenia.

Według danych Licznika Strat Lockdownowych straty branży rozrywkowo-kulturalnej przekroczyły 2,1 mld zł, w gastronomii wynoszą blisko 2 mld zł. Hotelarze i kluby fitness straciły po ok. 1 mld zł. Jak wynika z wyliczeń ZPP i WEI, z powodu zamrożenia gospodarki od 12 marca 2020 roku, a potem od listopada ub.r. polskie firmy, zwłaszcza te najmniejsze, czyli zatrudniające poniżej 10 osób lub jednoosobowe działalności gospodarcze obejmujące tylko samozatrudnionych, straciły blisko 31 mld zł. To przez lata był rząd wielkości deficytu budżetowego.

Stan finansów publicznych w tej chwili oceniamy jako relatywnie stabilny, ale zagrożony, ponieważ cały czas utrzymujemy dosyć wysoki poziom wydatków na dodatkowe programy socjalne i społeczne. Nie krytykowaliśmy 500+ w jego pierwszej wersji, natomiast jego rozszerzenie na pierwsze dziecko bez jakiegokolwiek progu dochodowego już tak. Naszym zdaniem zwyczajnie nie było nas na to stać – ocenia dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ZPP. – Mamy również dosyć rozbuchane wydatki związane z dodatkowymi świadczeniami emerytalnymi, program wyprawek szkolnych. W momencie, w którym mamy do czynienia z kryzysem gospodarczym, należałoby się poważnie tym wydatkom przyjrzeć i je zrewidować.

Pandemia przyspieszyła wprowadzanie elektronicznego podpisu w firmach i instytucjach. Także coraz więcej konsumentów chce z niego korzystać

Podpis elektroniczny jest stosowany w Polsce od 20 lat, ale to w ostatnich miesiącach przeżywa prawdziwy boom. Szczególnie w czasie pandemii stał się rozwiązaniem, które ułatwia wdrożenie na szeroką skalę pracy zdalnej, ale też usprawnia załatwianie spraw urzędowych i bankowych bez wychodzenia z domu. Badania Kantara pokazują, że 28 proc. użytkowników bankowości internetowej chciałoby korzystać z e-podpisu. Dlatego na jego wdrożenie decyduje się coraz więcej firm i instytucji, m.in. największe banki i operatorzy telekomunikacyjni.

 Z badania Kantara wynika, że od kilku lat rośnie liczba osób zainteresowanych dostępem do podpisu cyfrowego. Trzy ostatnie edycje badania, zrealizowane w latach 2018–2020, wykazały, że wśród użytkowników bankowości internetowej lub mobilnej odsetek tych, którzy chcieliby korzystać z e-podpisu, wzrósł z 22 proc. w 2018 roku do 28 proc. w ubiegłym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Elżbieta Włodarczyk, dyrektor Linii biznesowej podpis elektroniczny w KIR.

Rosnąca popularność podpisu elektronicznego to m.in. efekt coraz szerszej listy jego zastosowań i kolejnych, wprowadzanych w ostatnich latach zmian w prawie, które z jednej strony wymusiły stosowanie kwalifikowanych podpisów do zatwierdzania dokumentów, a z drugiej wprowadziły możliwość np. zdalnego wydawania kwalifikowanych certyfikatów. Dziś e-podpis można zastosować np. w kontakcie z urzędem skarbowym w celu złożenia e-deklaracji podatkowej, składając wniosek o dowód osobisty, zgłaszając narodziny dziecka czy starając się o odpis aktu z urzędu stanu cywilnego.

Badanie Kantara wykazało, że 72 proc. ankietowanych zainteresowanych e-podpisem chce w ten sposób podpisywać umowy z bankiem, a 57 proc. z dostawcami prądu czy gazu. Ponad połowa wymieniła również jego przydatność w kontaktach z operatorami telekomunikacyjnymi oraz ubezpieczycielami, a 43 proc. – w umowach dotyczących usług medycznych. Dzięki temu można uniknąć konieczności drukowania dokumentów, ich skanowania, wysyłania kurierem czy ponoszenia kosztów archiwizacji.

Konsekwentne wdrażanie e-dokumentacji powoduje, że także relacje między administracją państwową a firmami w coraz większym stopniu przenoszą się do kanału online. Podpis elektroniczny, który pozwala zdalnie podpisywać np. urzędowe wnioski, umowy czy e-faktury, ułatwia firmom prowadzenie działalności. Przykładem z ostatnich miesięcy jest zastosowanie kwalifikowanych podpisów elektronicznych przez przedsiębiorców ubiegających się o dofinansowanie ze środków w ramach obydwu edycji programu Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla Małych i Średnich Przedsiębiorstw.

Na rynku jest wiele rodzajów e-podpisu, różniących się zapewnianą mocą prawną, o czym należy pamiętać, wybierając konkretne rozwiązanie. Kwalifikowany podpis elektroniczny weryfikowany przez kwalifikowany certyfikat, wydany konkretnej osobie fizycznej, jest równoważny z mocy prawa podpisowi własnoręcznemu. Oznacza to, że praktycznie każdy dokument papierowy można zastąpić dokumentem podpisanym kwalifikowanym e-podpisem i co ważne – jest on tak samo ważny w urzędzie, jak i we współpracującej z nami firmie. Żaden urząd czy partner biznesowy nie może odmówić przyjęcia tak zabezpieczonego dokumentu, gdyż jego moc prawna jest równie ważna jak dokumentu opatrzonego podpisem złożonym własnoręcznie na papierze.

Na rynku są również dostępne rozwiązania pozwalające na składanie „zwykłego” e-podpisu. Tak zwany zwykły e-podpis lub też e-podpis zaawansowany także znajduje rynkowe zastosowanie. W wielu sytuacjach autoryzacja podpisem niekwalifikowanym jest wystarczająca. Należy jednak pamiętać, że urząd zwykle nie przyjmie tak podpisanego dokumentu. Podobnie nasz partner biznesowy może nie zaufać tak podpisanemu dokumentowi. Dla części dokumentów elektronicznych prawo wprost wymaga zastosowania kwalifikowanego e-podpisu lub Profilu Zaufanego.

– E-podpis ułatwia też obieg dokumentów wewnątrz firmy. Pozwala podpisywać faktury, przedłużać i podpisywać nowe umowy, w tym np. umowy-zlecenia czy o dzieło, autoryzować płatności i podpisywać dokumenty pracownicze. W praktyce e-podpis pozwala, np. zespołom HR, wdrożyć elektroniczne dokumenty osobowe (personalne) bez konieczności drukowania i archiwizowania papierowej dokumentacji. To narzędzie umożliwia też podpisywanie praktycznie wszystkich formatów plików (np. DOC, PDF) z dowolnego miejsca i w dowolnym czasie. W świetle prawa e-podpis jest równoważny z odręcznym podpisem złożonym na tradycyjnym dokumencie – podkreśla Elżbieta Włodarczyk.

E-podpis Szafir jest zaawansowanym narzędziem kryptograficznym – to ciąg znaków dołączany do podpisywanego dokumentu, gwarantujący, że jego treść się nie zmieniła i pozwalający ustalić tożsamość osoby podpisującej. Jest całkowicie bezpieczny, a jego nowa mobilna wersja mSzafir, którą KIR wprowadził na rynek w marcu 2020 roku, jest narzędziem całkowicie wirtualnym i dostępnym w pełni zdalnie. Nie wymaga stosowania fizycznych urządzeń, takich jak czytnik i karta kryptograficzna. Tak samo jak e-podpis Szafir – mSzafir jest zgodny z wymaganiami rozporządzenia eIDAS i ma moc prawną równoważną podpisowi złożonemu własnoręcznie.

– Oznacza to, że kwalifikowany podpis elektroniczny mSzafir jest uznawany we wszystkich państwach członkowskich Unii Europejskiej, co ułatwia firmom m.in. start w europejskich postępowaniach przetargowych – wskazuje dyrektor Linii biznesowej podpis elektroniczny w KIR.

Podpis elektroniczny mSzafir jest oferowany w dwóch wariantach. Klienci KIR mają możliwość uzyskania jednorazowego podpisu mSzafir służącego do podpisania pojedynczego dokumentu, a także podpisu z długim terminem ważności, którym podpiszemy wiele dokumentów. Przed uzyskaniem jednorazowego podpisu użytkownik potwierdza swoją tożsamość zdalnie, korzystając z bankowości elektronicznej PKO Banku Polskiego i Inteligo. W przypadku mSzafiru (wielorazowego) z długim terminem ważności użytkownicy potwierdzają tożsamość na jeden z trzech sposobów:
z wykorzystaniem bankowości elektronicznej, przy użyciu standardowego certyfikatu kwalifikowanego lub w wybranej placówce KIR.

Jak wskazują dane przytaczane przez KIR, przejście na system podpisów elektronicznych pozwala firmom zaoszczędzić nawet 75% kosztów ponoszonych na obsługę dokumentów. Kwalifikowany podpis elektroniczny mSzafir stosowany jest m.in. przez PKO Bank Polski, który udostępnia go swoim klientom zakładającym zdalnie rachunek inwestycyjny w Domu Maklerskim. Z kolei Orange Polska prowadzi obecnie pilotażowy program wykorzystania mSzafiru do podpisywania dokumentów kadrowych.

– W procesie generowania kwalifikowanych e-podpisów online potwierdzanie tożsamości użytkowników odbywa się za pomocą bankowości elektronicznej. Z tego rozwiązania chętnie korzystają klienci reprezentujący wiele różnych sektorów gospodarki, bo innowacyjne przedsiębiorstwa doskonale rozpoznają pilną potrzebę elektronizacji procesów. Kolejne wdrożenia są w toku – dodaje Elżbieta Włodarczyk.