Bolt ogłasza plany ekspansji w regionie Azji i Pacyfiku oraz Ameryki Łacińskiej

Bolt Franchise to program, który ma na celu zapewnić niedrogie, wygodne i odpowiedzialne usługi transportu miejskiego i dostaw dla większej liczby klientek i klientów na całym świecie. Pozwoli on przyspieszyć rozwój platformy Bolt poprzez ekspansję poza jej główne rynki w Europie i Afryce, do regionów takich jak Ameryka Łacińska i Azja. Bolt jest pierwszą platformą mobilności na świecie, która wprowadza międzynarodowy program franczyzowy usług z zakresu transportu na żądanie i dostaw jedzenia.

– W 2020 roku prawie podwoiliśmy liczbę naszych klientek i klientów, osiągając 50 milionów użytkowników w 40 krajach i 200 miastach. Bolt Franchise umożliwi lokalnym przedsiębiorcom korzystanie z naszej technologii i wiedzy rynkowej. Cieszymy się, że możemy zaoferować usługi transportowe, mikromobilne i dostaw milionom klientek i klientów w regionach Azji i Pacyfiku, Ameryki Łacińskiej i nie tylkopowiedział Nikita Utkins, Franchise Expansion Manager w Bolt.

Bolt połączy siły z wybranymi franczyzobiorcami w celu świadczenia usług mobilności na zasadzie udziału w przychodach. Przedsiębiorcy dołączający do Bolt Franchise będą odpowiedzialni za codzienną, lokalną działalność firmy, taką jak marketing, obsługa klienta oraz wprowadzanie kierowców i kurierów w działanie aplikacji. Firmy, które zdecydują się na współpracę z Bolt, mogą uruchomić jedną lub kilka usług, w tym przewozy osób, wypożyczanie urządzeń mikromobilnych z hulajnogami i rowerami elektrycznymi oraz dostawy żywności.

– Usługi na żądanie zdobyły już popularność, jednak ich potencjał w obszarze innowacji nie został jeszcze w pełni wykorzystany. W Bolt mamy wieloletnie doświadczenie we współpracy z lokalnymi partnerami w krajach takich jak Meksyk, Rosja i Arabia Saudyjska.  Chcemy dać lokalnym przedsiębiorcom dostęp do światowej klasy technologii i zapewnić lepszą jakość usług milionom ludzi dodał Nikita Utkins.

Czy 2021. będzie rokiem zielonej energii?

Najbliższe miesiące mogą okazać się przełomowe dla całego rynku energii ze źródeł odnawialnych. OZE już wcześniej notowało rekordowe zainteresowanie, zarówno ze strony klientów, jak i samych inwestorów. Trend wydaje się nie ustawać, pomimo niepewnych czasów dla innych branż. Szczególnie w roku 2021, spółki związane z zieloną energetyką nie będą musiały martwić się o przyszłość sektora.

Z rozpędem i bez giełdowej konkurencji

Ostatnia dekada stanęła pod znakiem dynamicznych wzrostów zużycia produktów OZE w tempie rocznym na poziomie (uśredniając) 13,7 proc. Według analityków z Międzynarodowej Agencji Energii (IEA), źródła odnawialne to także jedyna nisza, która notowała dwucyfrowe wyniki z całej branży i bezkonkurencyjny w kategorii kolejnych wzrostów pretendent do zajęcia czołowych miejsc na energetycznym podium. Najwięksi gracze? Chiny (odpowiadające za 70 proc. światowej produkcji paneli fotowoltaicznych), Unia Europejska (skupiająca jedne z największych rynków OZE) oraz Stany Zjednoczone (deklarujące powrót do Porozumienia paryskiego).

Na ogromny potencjał OZE reagowali również czujni inwestorzy. Jeszcze na jesieni 2020 roku, czyli w okresie tzw. drugiej fali epidemii, indeks Invesco Solar ETF TAN notował aż 144.1-proc. wzrosty. Sam wolumen opcji kupna ETF iShares Global Clean Energy w październiku ubiegłego roku odnotował skok na poziomie… 600 proc.! Biorąc pod uwagę sytuację na przestrzeni wszystkich 12 miesięcy, S&P Global Clean Energy wzrósł o ponad 177 proc. A energetyczna konkurencja? Indeksy, bazujące m.in. na węglu i tradycyjnych formach wydobycia, notowały regularne spadki: Dow Jones U.S. Coal o ponad 75 proc, a S&P 500 Energy o około 33 proc.

OZE w kuluarach

Optymistycznie dla zielonej energii rozkładają się również siły w rządowych kuluarach. Globalny rynek OZE może oczekiwać dużego wsparcia ze strony nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Joe Bidena, który zadeklarował, że USA wrócą do postanowień Porozumienia paryskiego. Z realizacji postanowień klimatycznych zrezygnował dokładnie 4 listopada 2020 roku Donald Trump, choć i ten fakt nie zniechęcił inwestorów do zielonej energii. Wagę słów prezydenta-elekta rynek odczuł jeszcze przed jego oficjalnym przejęciem władzy. Kandydat Demokratów planuje przekazać na rzecz rozwoju eko-gospodarki aż 2 mld dolarów. Jednak czy bez USA inwestujących w OZE, globalny rynek odwróciłby się od zielonej energii? Z pewnością nie. Na stanowczą politykę klimatyczną stawia również Unia Europejska.

Jednym z najbardziej strategicznych miesięcy 2021 roku będzie czerwiec. Wczesnym latem Komisja Europejska planuje przedstawić raporty z rewizji dotychczasowych regulacji klimatycznych, a także zaproponować zmiany w prawodawstwie klimatyczno-energetycznym. Całkiem możliwe, że wtedy też zapadną kolejne wytyczne dotyczące skali celów redukcji dwutlenku węgla. Już teraz grudniowy projekt Rady Europejskiej, dotyczący zwiększenia celu redukcji z 40 proc. na 55-proc. ograniczenie emisyjności, napawa optymizmem. Spółki zajmujące się zieloną energią będą miały jeszcze większe pole do rynkowego manewru, czego wyrazem jest m.in. inwestycja Respect Energy na Pomorzu, która w perspektywie najbliższych 30 lat przyczyni się do redukcji emisji CO2 o ok. 5 mln ton. Eksperci przewidują również, że całkiem możliwym scenariuszem jest wprowadzenie opłat uzależnionych od emisji CO2 z budynków i transportu. Zdaniem przedstawicieli Konfederacji Lewiatan, dla regionalnej branży energetycznej obiecujące mogą się wydawać specjalne rewizje dyrektyw Komisji w sprawie OZE.

Zielona energia szansą dla polskich inwestorów

Zarówno zmiany zza Atlantyku, jak i decyzje organów w Brukseli, będą rzutować na sytuację OZE w Polsce. Najbardziej strategiczne wydają się środki z ram finansowych na lata 2021-2027, a także NextGenerationEU, czyli m.in. Instrument na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności (RRF) oraz Fundusz Sprawiedliwej Transformacji. W 2. kwartale 2021 roku polski rząd musi przedstawić założenia tzw. sprawiedliwej transformacji. Plan m.in. rozbudowy krajowego sektora OZE będzie w dużym stopniu finansowany z pieniędzy unijnych. Ponad 30 proc. środków z UE jest dedykowane inwestycjom na ochronę klimatu i niskoemisyjną energetykę. Całkiem możliwe, że pierwsze fundusze trafią nad Wisłę jeszcze w tym roku.

Sam RRF to dla Polski zastrzyk gotówki na poziomie 23 mld euro w formie bezzwrotnych grantów oraz 34 mld euro w formie pożyczek. Co jednak z sektorem prywatnym? I w tym segmencie czeka nas sporo zaskoczeń. Jedną z najbardziej obiecujących inicjatyw jest partnerstwo strategiczne Respect Energy (dawniej TRMEW Obrót S.A.) i niemieckiego koncernu fotowoltaicznego GOLDBECK SOLAR GmbH. Pierwszy projekt duetu? Farma fotowoltaiczna w Zwartowie na Pomorzu, która ma być największą elektrownią tego typu w całej Europie Środkowo-Wschodniej o finalnej wartości ok. 200 mln euro. W obliczu tak dynamicznych zmian na globalnym rynku OZE, region powinien stanowczo wykorzystywać nadarzające się okazje. Na zielonej energii zyska nie tylko klimat, gospodarka, czy konsument. Cały anturaż dofinansowań, nowych inicjatyw oraz trendów to także ogromna szansa dla krajowych inwestorów.

Rok 2021 to dla branży OZE przede wszystkim czas na jak najszybsze wykorzystanie dostępnych już na rynku instrumentów. Dynamika wzrostu całego sektora jest jednym z głównych argumentów dla potencjalnych inwestorów, którzy chcieliby postawić na niszę wpisującą się nie tylko w rządowe strategie klimatyczne, ale i w mocny trend wśród samych konsumentów. Najbliższe miesiące powinny być dla sektora synonimem dużych zmian i niezwykle wytężonej pracy. Obserwując sytuację na krajowym rynku, już teraz widać pierwsze kroki w stronę całkowicie nowych standardów branży.

Sebastian Jabłoński

Nowy trend w branży TSL

Pandemia koronawirusa spowodowała zupełną zmianę percepcji na prowadzenie biznesu w niemalże każdym sektorze gospodarki. Nie inaczej stało się w branży TSL. Wśród przedsiębiorców transportowych wzrosło zainteresowanie inwestycjami w warsztaty, myjnie, czy powierzchnie magazynowe. Na rynku można również znaleźć firmy, które odnajdują się w imporcie i sprzedaży pojazdów, niejednokrotnie prowadząc przy tym własny transport czy spedycję. Z czasem to, co miało niwelować wydatki związane z utrzymaniem floty, staje się usługą oferowaną innym przewoźnikom. Taka dywersyfikacja przychodu jest popularniejsza za zachodnią granicą, jednak i w Polsce pojawia się coraz więcej firm, generujących dodatkowe zyski w ten sposób. Jakich trendów inwestycyjnych możemy się spodziewać w 2021 roku w branży TSL? Odpowiada Tomasz Czyż, ekspert GBox z Grupy INELO.

Zdaniem ekspertów z Grupy INELO, którzy przyjrzeli się strategiom, jakie polscy transportowcy realizują w dobie pandemii, krajowe przewozy i wynikające z nich przychody mogą wrócić do poziomy sprzed roku już niedługo. Dodatkowo, raport banku Santander na temat kondycji TSL w post pandemicznej rzeczywistości upatruje szans w rozwoju Nowego Jedwabnego Szlaku i ugruntowania Polski jako europejskiego hubu przeładunkowego. To okazja dla przewoźników, którzy oprócz floty posiadają infrastrukturę do obsługi pojazdów innych firm.

Analityczne trendy nakłaniają do zmian

Choć nie jest to wciąż normą, według obserwacji Grupy INELO zakładanie dodatkowej, okołotransportowej działalności to widoczny trend wśród polskich przewoźników. Rozbudowa na własne potrzeby warsztatu, myjni lub powierzchni magazynowej przekłada się po pewnym czasie na dodatkowy zarobek. Co skłania przewoźników do takich decyzji?

– Ostatnie 12 miesięcy przyniosło zauważalną zmianę przewoźników w podejściu do nowych technologii w transporcie. Wiele firm zdecydowało się na wdrożenie cyfrowych rozwiązań, takich jak np. TMS, umożliwiających dokładną analizę kondycji przedsiębiorstwa oraz zaplanowanie długofalowej strategii rozwoju. Niektórzy z nich postanowili zainwestować wolne środki w dywersyfikację swoich biznesów. Otworzyło się kilka nowych warsztatów – w praktyce wygląda to tak, że przedsiębiorca naprawia pojazdy nie tylko swoje, ale również innych przewoźników. Doskonałym przykładem może być również prowadzenie myjni dla cystern, które przed każdym załadunkiem muszą zostać umyte i uzyskać specjalny certyfikat. Ciekawa jest też dynamika rozwoju powierzchni magazynowych oraz przeładunkowych, które z czasem staja się nawet głównym źródłem dochodu firmy – komentuje Tomasz Czyż, ekspert GBOX, Grupa INELO.

Takie działania wynikają z prostego rachunku ekonomicznego: budowa multifunkcyjnej hali, magazynu czy zakup odpowiedniego sprzętu to inwestycja, która zwraca się po kilku latach i skutecznie ogranicza wysokie wydatki zostawiane w kasie pośredników. Strategia rozwijania firmy o kolejne usługi to także poduszka finansowa w niepewnych czasach, możliwość szybkiego przebranżowienia się, a także szansa na znalezienie dodatkowych oszczędności przy rozliczaniu podatków. W takich sytuacjach przedsiębiorcy korzystają również z dofinansowań UE czy krajowych funduszy wsparcia rozwoju.

Rekompensaty nierentownych frachtów?

Eksperci GBOX i INELO podkreślają, że prowadzenie dodatkowej działalności tylko po to, żeby uratować fracht mija się z celem. Rozbudowa oferty to raczej kolejny element rozwoju organizacji.

– Nie każdy przewoźnik decyduje się na wykupienie dla pojazdów pełnych pakietów serwisowych. Inni planują używać ciężarówek dłużej niż sam okres leasingu. To naturalne, że w takiej sytuacji posiadanie własnego warsztatu stacjonarnego pozwoli utrzymać flotę na wysokim poziomie niezawodności, co przekłada się bezpośrednio na niższe koszty eksploatacji, redukcję spalania i większą wartość odsprzedaży pojazdu – dodaje Tomasz Czyż.

Zdaniem Tomasza Czyża najpopularniejszym kierunkiem jest jednak rozwój własnej spedycji. Dzieje się tak, gdy pojazdy własne nie są w stanie obsłużyć wszystkich zleceń. Handel ładunkami nie wymaga praktycznie żadnej inwestycji finansowej. Niezbędne jest natomiast zbudowanie reputacji pewnego płatnika i profesjonalna obsługa klientów, gwarantująca rozszerzanie kontaktów, które przyniosą wymierny biznesowy efekt.

– Promowanie i rozwijanie nowych trendów jest możliwe dzięki zbudowanej wcześniej marce szanowanej w branży firmy z wieloletnimi tradycjami. To inspiruje innych przedsiębiorców do oferowania konkurencyjnych produktów i usług, przez co TSL nigdy nie stoi w miejscu i wciąż się rozwija – podsumowuje.

Polska specyfika?

Generowanie dodatkowego przychodu w branży TSL jest nie tylko polską specjalnością. To globalny trend, który na Starym Kontynencie widać szczególnie mocno w Europie Zachodniej. Wynika on z dużej swobody, jaką prywatni przewoźnicy cieszyli się tam od wielu lat w czasie, gdy blok wschodni borykał się z centralizacją gospodarki.

– Do rozwoju i sukcesu tych przewoźników często przyczyniały się właśnie pozostałe aspekty działalności, czyli usługi zewnętrzne i handel, które istotnie wpływały na finanse firmy – podsumowuje Tomasz Czyż.

Polska może stać się największym producentem energii elektrycznej w morskich farmach wiatrowych. Wymaga to modernizacji i budowy sieci przesyłowej w Polsce Północnej

Stabilne ramy prawne dla budowy polskich farm wiatrowych na Bałtyku ma zapewnić ustawa offshore’owa, którą w ubiegły czwartek podpisał prezydent. Prąd z wiatraków na morzu ma popłynąć już za kilka lat, ale wymaga to przyspieszenia inwestycji, również tych związanych z budową sieci dystrybucyjnych. Inwestycje w tym zakresie wymusza także rządowy plan rozwoju OZE i budowy elektrowni jądrowej. Boomu inwestycyjnego będzie potrzebować zwłaszcza północna Polska.

– Perspektywy dla budownictwa elektroenergetycznego na ten rok są zależne od rynku. W Polsce jesteśmy w okresie przejściowym, trwa zatwierdzanie polityki energetycznej państwa do 2040 roku. Dlatego dla wszystkich spółek zajmujących się sieciami energetycznymi, przesyłowymi czy dystrybucyjnymi jest to moment na aktualizację planów rozwojowych – mówi Mariusz Targowski, prezes zarządu Enpromu. – Na rynkach zagranicznych te decyzje zostały już podjęte i tam trwa etap wdrażania i uruchamiania planów rozbudowy sieci związanych z wyprowadzeniem mocy z farm offshore’owych. Mowa tu głównie o krajach, które leżą wzdłuż Morza Bałtyckiego i Morza Północnego.

Farmy wiatrowe na morzu ma obecnie 11 europejskich państw, a liderami są Wielka Brytania, Niemcy, Dania, Belgia i Holandia. Prąd z pierwszych polskich farm wiatrowych na Bałtyku ma natomiast popłynąć około 2025 roku. Zaktualizowany projekt „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku”, który we wrześniu 2020 roku przedstawiło Ministerstwo Klimatu i który ma być przyjęty jeszcze w tym kwartale, wymienia je jako jedną ze strategicznych inwestycji energetycznych. Zgodnie z rządowymi planami do 2040 roku Polska ma mieć na Bałtyku już 8-11 GW mocy, a wart ok. 130 mld zł program budowy morskich farm wiatrowych ma stać się kołem zamachowym dla całej gospodarki.

– Trzeba zdać sobie sprawę, że już ta planowana w najbliższej perspektywie budowa farm offshore’owych na Bałtyku do 2030 roku spowoduje generację mocy na poziomie elektrowni Bełchatów, która dzisiaj zaspokaja ok. 20 proc. zapotrzebowania na moc w Polsce – mówi Mariusz Targowski.

21 stycznia prezydent podpisał tzw. ustawę offshore’ową, która ma zapewnić stabilne ramy prawne dla budowy polskich farm wiatrowych na Bałtyku. Określa ona m.in. system wsparcia i ułatwienia administracyjne dla takich projektów oraz zasady przyłączania wytwórców do sieci elektroenergetycznej. Rząd liczy, że nowe i długo wyczekiwane przez branżę offshore’ową przepisy będą stanowić impuls dla dynamicznego rozwoju tego sektora. Z kolei stowarzyszenie WindEurope, które promuje energetykę wiatrową, nazywa polskie plany budowy farm wiatrowych ambitnymi i podaje, że jeżeli uda się je zrealizować, wówczas Polska stanie się największym rynkiem offshore na Bałtyku.

Prezes Enpromu zwraca też uwagę na fakt, że budowa farm na Bałtyku w połączeniu z planowanym na 2033 rok oddaniem pierwszego bloku elektrowni atomowej (prawdopodobnie na Pomorzu: w Lubiatowie–Kopalinie lub Żarnowcu) spowoduje konieczność wzmocnienia sieci przesyłowej przede wszystkim w północnej części Polski.

– Obecnie wytwarzanie skupia się w południowej części kraju,  a więc tam, gdzie znajduje się główny odbiorca, czyli przemysł ciężki. Jeżeli przesuniemy część wytwarzania na północ Polski, wtedy sieci przesyłowe muszą przekazać tę energię na południe. To jedno z głównych wyzwań przed Polskimi Sieciami Elektronergetycznymi na najbliższe lata – mówi Mariusz Targowski.

Według rządowych planów integrację morskich farm wiatrowych z Krajowym Systemem Elektroenergetycznym ułatwi fakt, że budowa nowych mocy będzie rozłożona na etapy. Harmonogram zakłada, że do 2030 roku Polska ma mieć na Bałtyku początkowo 3,8 GW mocy, a następnie ok. 10 GW do 2040 roku.

Jak podkreśla prezes Enpromu, planowane w kolejnych dekadach projekty dotyczące rozwoju OZE – w tym także farm wiatrowych na lądzie – po stronie spółek dystrybucyjnych spowodują duże zapotrzebowanie na wcześniejsze modernizacje i budowę nowych sieci dystrybucyjnych.

– Przebudowa linii 110 kV z lat 60. daje nawet kilkukrotny wzrost możliwości przesyłowych takiej linii w sieci dystrybucyjnej – mówi. Skalę zjawiska widać jeszcze lepiej w przypadku planów krajowego operatora sieci przesyłowej.  – Program rozwoju PSE, który – w zależności od scenariusza – pokazuje, że do 2030 roku powstanie 1–1,5 tys. km nowych lub gruntownie zmodernizowanych sieci 400 kV. Jest to program wart ok. 4–5 mld zł w perspektywie do 2030 roku.

Plan Rozwoju Systemu Przesyłowego do 2030 roku został na początku czerwca 2020 roku zatwierdzony przez URE. Stanowi odpowiedź na najważniejsze wyzwania w obszarze przesyłania energii elektrycznej i uwzględnia różne scenariusze rozwoju Krajowego Systemu Elektroenergetycznego, wskazując inwestycje niezbędne do zapewnienia jego niezawodności. Dokument zakłada, że w latach 2019–2040 zapotrzebowanie na moc w Polsce wzrośnie o około 46,5 TWh. W tym okresie znacząco spadnie też rola jednostek wytwórczych zasilanych paliwami węglowymi – ich udział w mocy zainstalowanej netto zmniejszy się do ok. 20 proc. w 2040 roku. Wzrośnie za to udział OZE w wytwarzaniu energii elektrycznej, osiągając ok. 32 proc. w 2030 i 40 proc. w 2040 roku.

Prawie 5 mln Polaków nie korzysta z komputera i internetu. Podatek od smartfonów i laptopów jeszcze pogłębi problem cyfrowego wykluczenia

W Polsce blisko 5 mln osób wciąż nie korzysta z internetu ani komputera, a pod względem wykluczenia cyfrowego sytuacja wygląda gorzej tylko w sześciu krajach Europy. Jedną z głównych przyczyn są zbyt wysokie koszty sprzętu i dostępu do sieci. Tymczasem planowane przez rząd rozszerzenie opłaty reprograficznej na nowe urządzenia, takie jak smartfony, tablety, laptopy i komputery stacjonarne, może dodatkowo wywindować ich ceny o kilkaset złotych. – W tej pandemicznej sytuacji, kiedy z dnia na dzień przestawiliśmy się na nauczanie zdalne, zamknęliśmy seniorów w domu i przenieśliśmy szereg usług do online’u, podnoszenie cen na urządzenia typu smartfon czy laptop jest błędem – podkreśla Michał Herde z Federacji Konsumentów.

Raport Federacji Konsumentów („Wykluczenie cyfrowe podczas pandemii. Dostęp oraz korzystanie z internetu i komputera w wybranych grupach społecznych”) pokazuje, że w czasie pandemii Polacy rozpoczęli walkę z wykluczeniem cyfrowym „na własną rękę”. W sklepach elektronicznych o kilkadziesiąt procent wzrosło zainteresowanie laptopami i tabletami. Organizacja zwraca jednak uwagę, że chociaż ceny tych urządzeń w Polsce są obecnie niższe niż w krajach Europy Zachodniej, i tak dla wielu Polaków wciąż są zbyt wysokie. Planowane przez rząd rozszerzenie opłaty reprograficznej na nowe urządzenia – takie jak smartfony, tablety, laptopy i komputery stacjonarne – może je jeszcze wywindować.

– Opłata reprograficzna jest nałożona na niektóre nośniki, np. papier i płyty CD, a projektowane zmiany mają rozszerzyć ją na kolejne nośniki: smartfony, laptopy czy telewizję z funkcją smart – mówi agencji Newseria Biznes Michał Herde, członek Rady Krajowej Federacji Konsumentów i prezes warszawskiego oddziału tej organizacji. – Nie widzimy jednak związku między korzystaniem z tych nośników a stratami po stronie twórców. Jeżeli np. słuchamy muzyki na smartfonie, to nie plików zapisanych w pamięci urządzenia, ale raczej muzyki świadczonej jako usługa, za którą płacimy w ramach streamingu czy video on demand. Dlatego nie widzimy potrzeby nakładania nowej opłaty.

Z szacunków Federacji Konsumentów wynika, że jeżeli urządzenia takie jak smartfony, tablety czy laptopy zostaną objęte opłatą reprograficzną w wysokości do 6 proc., to ich ceny wzrosną nawet o kilkaset złotych. To ograniczy popyt, a Polacy będą kupowali mniej sprzętu. To jeszcze bardziej przyczyni się do zaostrzenia problemu wykluczenia cyfrowego. Tym bardziej że już dziś dla wykluczonych cyfrowo gospodarstw domowych o najniższych dochodach, poniżej 2,5 tys. zł netto, największą barierę stanowią zbyt wysokie koszty sprzętu (21,6 proc.) i dostępu do internetu (14,7 proc.).

– Nadal dla 1/4 osób ceny stanowią istotną barierę w zakupie urządzenia, a tym samym w dostępie do nowoczesnych usług. W tej sytuacji, kiedy z dnia na dzień przestawiliśmy się na nauczanie zdalne, zamknęliśmy seniorów w domu, odcięliśmy ich od świata zewnętrznego, podnoszenie cen na urządzenia typu smartfon czy laptop jest po prostu błędne. Będzie to istotna bariera dla możliwości zakupowych Polaków – mówi członek Rady Krajowej Federacji Konsumentów. – Oczekujemy spokojnej dyskusji i przede wszystkim dobrego uzasadnienia tego projektu, ale dopiero po ustaniu zagrożenia pandemicznego.

Tym bardziej że pandemia COVID-19 już zaostrzyła problem wykluczenia cyfrowego wśród Polaków – zwłaszcza tych, którzy już wcześniej nie korzystali z internetu.

– Podczas pandemii zostaliśmy w domach. Osoby, które na co dzień korzystają z internetu, nie miały problemu z tym, żeby z dnia na dzień przestawić się na pracę, zakupy czy korzystanie z usług zdalnie. Natomiast ogromna rzesza Polaków, których dotknął lockdown, została tak naprawdę z dnia na dzień odcięta od świata – mówi Michał Herde.

W sumie problem dotyczy ok. 4,51 mln osób w wieku 16–74 lata (15,5 proc). Jeszcze więcej, bo ok. 4,78 mln Polaków, nigdy wcześniej nie posługiwało się komputerem – wynika z raportu Federacji Konsumentów.

– W tej grupie 80 proc. stanowią osoby starsze, bezrobotne i niepełnosprawne. Szacuje się, że od 50 do 70 tys. uczniów nie posiada ani dostępu do komputera, ani łącza, a aż co czwarty uczeń nie ma własnego urządzenia, musi je współdzielić z innym domownikiem. Siłą rzeczy osoby te, w tym dzieci i młodzież, nie mają możliwości korzystania z nowoczesnych zdalnych usług – mówi Michał Herde.

Ponad 80 proc. dyrektorów szkół wskazuje, że to właśnie dostęp do sprzętu i łączy stanowi główny problem w zdalnej edukacji. Co istotne, w normalnych okolicznościach uczniowie i studenci nie należą do grupy wykluczonych cyfrowo, bo według GUS-u 97,4 proc. gospodarstw domowych, w których są dzieci, posiada komputer. W czasie pandemii i powszechnej nauki zdalnej ilość sprzętu komputerowego w domach Polaków okazała się jednak niewystarczająca.

– Weźmy pod uwagę, że nawet państwo przeszło na świadczenie różnego rodzaju usług publicznych zdalnie. Przez internet możemy zarejestrować samochód, zapisać się do lekarza, zdalnie możemy też wziąć udział w wyborach. Kiedy ponad 15 proc. polskiego społeczeństwa nie ma możliwości dostępu do tych usług, to zaczyna być dość realny problem – ocenia prezes warszawskiego oddziału Federacji Konsumentów.

W grupie najbardziej dotkniętych cyfrowym wykluczeniem są seniorzy, których ten problem w dużym stopniu dotyczył jeszcze przed pandemią. W Polsce ponad połowa osób w wieku 65–74 lata nigdy nie korzystała z internetu i jest to odsetek o 20 pkt proc. wyższy niż unijna średnia, która wynosi 33 proc. Ogółem, pod względem wykluczenia cyfrowego w UE, sytuacja gorzej niż w Polsce wygląda tylko w sześciu krajach – w Portugalii, Grecji, Rumunii, Chorwacji, Bułgarii i we Włoszech. Około 15,5 proc. Polaków, którzy nie mają dostępu do internetu, to wynik również znacznie powyżej unijnej średniej na poziomie 9 proc. Również pod względem liczby osób, które nie korzystają z komputera, znajdujemy się w europejskim ogonie, zajmując 20. pozycję wśród państw UE.

– W różnych grupach wiekowych są różnego rodzaju bariery. W grupie wiekowej 16–20 lat głównym problemem jest brak sprzętu albo brak dostępu do łącza internetowego. Wśród seniorów jest nim wciąż brak umiejętności posługiwania się rożnego rodzaju narzędziami w internecie – wyjaśnia Michał Herde. – Jeszcze w 2019 roku mieliśmy bardzo dobrą dynamikę wzrostu liczby osób wykluczonych, które zyskiwały dostęp do internetu i komputera. Ale zazwyczaj, zwłaszcza w miasteczkach i na wsiach, zyskiwały go dzięki różnego rodzaju organizacjom społecznym, seniorskim, uniwersytetom trzeciego wieku itd. Te instytucje wykonywały bardzo dobrą robotę, ucząc seniorów korzystania z internetu. Po wybuchu pandemii, przy ograniczonej możliwości wyjścia z domu, zostały one pozbawione możliwości działania.

Olga Semeniuk: W pierwszej kolejności będą odmrażane sklepy detaliczne i centra handlowe. Jesteśmy gotowi do wdrożenia protokołów bezpieczeństwa dla ponad 40 branż

Jeżeli rząd zdecyduje się na poluzowanie części obostrzeń od 1 lutego, to w pierwszej kolejności pracę będą mogły wznowić sklepy detaliczne i centra handlowe. Decyzja o luzowaniu bądź wydłużeniu restrykcji ma zapaść w tym tygodniu i będzie uzależniona m.in. od statystyk dotyczących zakażeń i zgonów oraz sytuacji epidemiologicznej w całej Europie, która jest obecnie trudna. Wyczekują jej przede wszystkim przedsiębiorcy, którzy w całym kraju decydują się już na wznawianie działalności mimo zakazów. Olga Semeniuk, wiceminister rozwoju, pracy i technologii, przekonuje jednak, że są to odosobnione przypadki i skala zjawiska jest niewielka.

– Mamy nadzieję, że luty będzie miesiącem, w którym będziemy mogli powoli uwalniać przede wszystkim sprzedaż detaliczną i centra handlowe, a w ślad za tym również inne obszary gospodarcze. Czekamy na decyzje Rządowego Zespołu Zarządzania Kryzysowego – mówi Olga Semeniuk.

Po feriach, 18 stycznia w ścisłym reżimie sanitarnym do szkół wrócili uczniowie klas I–III szkół podstawowych, jednak wszystkie inne, obowiązujące w tej chwili ograniczenia – w tym m.in. zamknięcie galerii handlowych, hoteli i gastronomii – rząd przedłużył do 31 stycznia. Najprawdopodobniej w tym tygodniu zapadnie decyzja, czy z początkiem lutego zostaną one poluzowane, czy wydłużone o kolejne tygodnie.

– Zależy nam na tym, aby gospodarka była uwalniana jak najszybciej. Pod uwagę brane są różne warianty – zarówno punktowe odmrażanie gospodarki, jak również całościowe, w poszczególnych etapach. Wszystko uzależnione jest od Narodowego Programu Szczepień, jak również od sytuacji epidemicznej w Europie – mówi wiceminister rozwoju, pracy i technologii.

W ubiegłym tygodniu o możliwość luzowania obowiązujących w Polsce obostrzeń z początkiem lutego pytany był również szef resortu zdrowia Adam Niedzielski, który wskazał, że istnieje na to szansa, jednak kluczowym argumentem jest utrzymująca się wysoka liczba zgonów.

Wiele zależy też od tego, jak będzie rozwijać się sytuacja epidemiologiczna po tym, jak w połowie stycznia część uczniów wróciła do stacjonarnego nauczania. Rząd chce sprawdzić, czy nie przełoży się to na zwiększoną liczbę zakażeń.

– Jesteśmy na etapie weryfikacji stanu po zakończeniu ferii zimowych. Wirus działa z opóźnieniem 10–14 dni od momentu, kiedy kończymy dany etap potencjalnie zwiększonej mobilności – mówi Olga Semeniuk.

Jak wskazuje, o poluzowaniu obostrzeń będzie decydować opinia działającej przy premierze Rady Epidemicznej, ale rząd uwzględnia też sytuację, jaka panuje w całej Europie. Ta wciąż jest trudna, m.in. ze względu na odkrytą niedawno w Wielkiej Brytanii nową mutację koronawirusa SARS-CoV-2 i rosnące w wielu krajach statystyki zakażeń.

Powodują one, że kolejne europejskie kraje decydują się na wprowadzenie nowych albo wydłużenie obecnie obowiązujących restrykcji. W ostatnich dniach taką decyzje podjęły m.in. Hiszpania, Holandia, Austria i Włochy. Czechy zadecydowały o wydłużeniu obowiązującego w kraju stanu wyjątkowego do 14 lutego. Częściowy lockdown wydłużyły też Niemcy, gdzie w sklepach i środkach komunikacji miejskiej wymagane jest noszenie maseczek medycznych typu FFP2. Z kolei we Francji wyjść z domu można tylko z ważnego powodu i należy w tym celu mieć przy sobie specjalne zaświadczenie.

– Bierzemy pod uwagę zarówno Radę Epidemiczną, która funkcjonuje przy prezesie Rady Ministrów, ale również wszystkie informacje, które spływają do nas z Europy. Niestety mamy do czynienia z drugim szczepem SARS-CoV-2, który bardzo szybko rozprzestrzenia się w Wielkiej Brytanii. Wszystkie działania, które podejmujemy, narzędzia i instrumenty wsparcia z budżetu państwa, które są przewidziane dla różnych gałęzi i obszarów gospodarczych, mają zapewnić im możliwość przetrwania w czasie, kiedy lockdown funkcjonuje – mówi wiceminister rozwoju, pracy i technologii.

Według niej, jeśli rząd zdecyduje się na poluzowanie części obostrzeń z początkiem lutego, to w pierwszej kolejności pracę będą mogły wznowić sklepy detaliczne i centra handlowe.

Końca dobiegają też prace nad zaktualizowaniem protokołów bezpieczeństwa, do których poszczególne branże będą musiały się dostosować, wznawiając działalność.

– Jesteśmy gotowi do wdrożenia protokołów bezpieczeństwa dla ponad 40 branż, jesteśmy już na etapie ich ostatnich aktualizacji – mówi Olga Semeniuk. – Bierzemy pod uwagę metraż, liczbę osób, przepustowość, która musi być zachowana, jak również czas, który dana liczba osób może spędzać w jednym miejscu. To są podstawowe kryteria, które bierzemy pod uwagę, aby zapewnić komfort zarówno przedsiębiorców, jak i klientów.

Jak podaje KPRM, do tej pory wsparcie wypłacone firmom i pracownikom w ramach tarcz antykryzysowej, finansowej i pomocowej przekroczyło już 170 mld zł i uratowało ponad 5 mln miejsc pracy. W czasie obecnie obowiązujących restrykcji przedsiębiorców mają też wesprzeć rozwiązania przewidziane w rozszerzonej tarczy branżowej, m.in. zwolnienie ze składek ZUS za listopad, ustanowienie jednorazowego dodatkowego świadczenia postojowego w wysokości 2080 zł, dopłata dla przedsiębiorców w wysokości 2 tys. zł do każdego miejsca pracy (w tym umowy-zlecenia), dotacja w wysokości do 5 tys. zł oraz zawieszenie opłaty targowej w 2021 roku.

– Liczymy, że z samej tarczy branżowej, która weszła w życie 19 grudnia ub.r., skorzysta ponad 240 tys. przedsiębiorstw. Zgodnie z rozporządzeniem przyjętym przez Radę Ministrów rozszerzyliśmy tę tarczę o dodatkowe sześć kodów PKD z działu turystyka i liczymy, że te dodatkowe środki finansowe na poziomie około 5 mld zł trafią bezpośrednio do wszystkich zainteresowanych objętych lockdownem – mówi wiceminister rozwoju, pracy i technologii.

Obecnie rząd raczej nie planuje nowych instrumentów pomocowych i skupia się na dysponowaniu środków kierowanych do przedsiębiorców w ramach tarczy branżowej, jak i Tarczy Finansowej 2.0 Polskiego Funduszu Rozwoju, która została uruchomiona 15 stycznia.

– Na dzisiaj mówimy o ponad 200 mln zł, które znajdują się już na kontach przedsiębiorców – mówi Olga Semeniuk.

Wsparcie w ramach Tarczy Finansowej 2.0 PFR obejmie przedsiębiorców z 38 branż najbardziej dotkniętych skutkami pandemii. Do mikro- i średnich firm ma trafić w sumie ok. 13 mld zł. Przedsiębiorstwa uprawnione do wsparcia w jej ramach mogą ubiegać się o nie do 28 lutego br.

Duża część przedsiębiorców wskazuje jednak, że rządowa pomoc jest dalece niewystarczająca i – wbrew rządowym zakazom – decyduje się na wznowienie działalności. Stąd w całej Polsce punktowo otwierają się m.in. restauracje, hotele, obiekty rozrywkowe i usługowe. Część z nich na nowo uruchamia działalność w ramach zorganizowanych akcji, jak Góralskie Veto czy #OtwieraMY, którą wsparła Izba Gospodarcza Gastronomii Polskiej (IGGP). Wiceszefowa MRPiT przekonuje jednak, że są to odosobnione przypadki i skala zjawiska jest niewielka.

– W kontekście gastronomii, klubów fitness czy hotelarstwa – skala potencjalnego otwierania działalności niezgodnie z rozporządzeniem dwa tygodnie temu wydawała się bardzo duża. Na dzisiaj mówimy o 70–80 obiektach gospodarczych, które zdecydowały się na otwarcie pomimo funkcjonującego rozporządzenia – mówi Olga Semeniuk. – Nie obawiamy się tego typu przykładów, wszyscy od 10 miesięcy żyjemy z pandemią COVID-19 i jest ona nowa zarówno w obszarze społeczno-zdrowotnym, jak i gospodarczym. Tylko solidarnościowe podejście do tego tematu pozwoli nam szybciej uwolnić gospodarkę.

Według szacunków IGGP po 18 stycznia działalność wznowiło nawet 20 tys. lokali gastronomicznych.

Narodowy Spis Powszechny może zostać wydłużony z trzech do sześciu miesięcy. GUS będzie zachęcać do samospisywania się przez internet

Główny Urząd Statystyczny przygotowuje się do Narodowego Spisu Powszechnego 2021, który ma zostać przeprowadzony między kwietniem a czerwcem, choć z uwagi na pandemię COVID-19 stara się o jego wydłużenie do końca września. Warunki epidemiologiczne sprawiają, że tegoroczny spis będzie prowadzony głównie przez internet, za pomocą interaktywnego formularza dostępnego na stronie GUS. Jeśli natomiast osoba zobowiązana do udziału w spisie go nie wypełni, skontaktują się z nią telefonicznie lub osobiście rachmistrze spisowi.

– Metodykę przeprowadzenia spisu mamy już gotową. Jesteśmy w trakcie zakupów ostatnich środków, które są niezbędne do jego realizacji. Na podstawie  najnowszych danych administracyjnych, które pozyskujemy m.in. od innych ministerstw, opracowujemy też operaty, które posłużą do przeprowadzenia spisu – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Dominik Rozkrut, prezes Głównego Urzędu Statystycznego.

Narodowy Spis Powszechny Ludności i Mieszkań 2021 odbędzie się pomiędzy 1 kwietnia a 30 czerwca br. Zostanie przeprowadzony na podstawie ustawy, która została przyjęta w sierpniu 2019 roku. Trwają jednak prace nad jej nowelizacją, która zakłada m.in. wydłużenie spisu o dodatkowe trzy miesiące.

– Mając na uwadze niepewną sytuację związaną z pandemią, chcielibyśmy wydłużyć czas trwania Narodowego Spisu Powszechnego z trzech do sześciu miesięcy – od kwietnia do końca września. To dałoby nam większą przestrzeń, swobodę i bezpieczeństwo jeżeli chodzi o aktywne reagowanie na przebieg procesów epidemicznych – mówi Dominik Rozkrut. – Dodaliśmy także do ustawy o narodowym spisie powszechnym kilka nowych rozwiązań i zapisów związanych z pozyskiwaniem telefonów kontaktowych do respondentów. Chcemy maksymalnie wykorzystywać bezpieczne metody kontaktu i uzyskać dostęp do szerszej palety źródeł w tym zakresie.

Polska jest zobowiązana do przeprowadzania narodowego spisu powszechnego ludności i mieszkań raz na 10 lat również na mocy przepisów europejskich. Ostatni taki spis odbył się w 2011 roku. Dostarcza on urzędom statystycznym najbardziej aktualnych i szczegółowych informacji m.in. o liczbie ludności i jej rozmieszczeniu, strukturze demograficznej i zawodowej, a także sytuacji ekonomicznej i społecznej gospodarstw domowych wraz z informacją o ich warunkach mieszkaniowych.

W trakcie Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań 2021 będą zbierane dane takie jak płeć, wiek, adres zamieszkania, stan cywilny, kraj posiadanego obywatelstwa, status zatrudnienia i wykonywany zawód, wymiar czasu pracy, rodzaje pobieranych świadczeń socjalnych, poziom wykształcenia, stopień niepełnosprawności, okres zamieszkania w obecnym miejscu i wyjazdy zagraniczne, a także informacje dotyczące stanu i charakterystyki domu bądź mieszkania (powierzchnia użytkowa, liczba pomieszczeń, status własności, rok budowy etc.).

To jedyne badanie, które dostarcza tak pełnych danych o polskim społeczeństwie. Stanowią one m.in. źródło informacji i podstawę dla decyzji podejmowanych przez organy państwa i administracji publicznej.

– W tym roku wyzwaniem jest komunikacja, uzmysłowienie społeczeństwu, jak ważny jest spis powszechny. Statystyka kojarzy się z czymś nudnym, wysoce technicznym i z natury rzeczy nie przyciąga zainteresowania. Natomiast ona w tym jednym momencie jest kluczowa, bo spis powszechny determinuje jakość badań statystycznych przez kolejnych 10 lat – mówi prezes Głównego Urzędu Statystycznego. – Drugim wyzwaniem, które pojawiło się nagle, jest pandemia. Musimy dostosować przeprowadzenie spisu do tej sytuacji.

To z tego powodu tegoroczny spis powszechny będzie w większości realizowany przez internet, za pomocą interaktywnego formularza spisowego dostępnego na stronie GUS. Aby zapobiec sytuacji, w której osoba zobowiązana do spisu nie ma dostępu do komputera lub łącza internetowego, ustawa zobowiązuje do ich udostępnienia m.in. urzędy statystyczne, urzędy wojewódzkie, gminne jednostki organizacyjne oraz urzędy obsługujące wójtów, burmistrzów i prezydentów miast.

– Chcemy bardzo zachęcić do skorzystania z opcji samospisu przez internet. To metoda najlepsza zarówno dla respondenta, obywatela, jak i dla nas jako statystyków. Oferujemy pewne, dosyć proste w użyciu narzędzie internetowe. Samospisu będzie można dokonać przez komputer, ale również na urządzeniach mobilnych. Z naszej perspektywy jest to też najtańsza forma pozyskania danych – mówi Dominik Rozkrut.

Do formy internetowej GUS zachęcał już podczas ubiegłorocznego Powszechnego Spisu Rolnego, który zakończył się 30 listopada. Jedna piąta z 98 proc. wszystkich gospodarstw rolnych w całym kraju dokonała samospisu przez internet.

W przypadku, kiedy osoba zobowiązana do udziału w spisie powszechnym nie będzie mogła wypełnić formularza przez internet, skontaktują się z nią (telefonicznie lub osobiście) rachmistrze spisowi. Spis będzie prowadzony przez specjalnie przeszkolonych rachmistrzów, wyłonionych z naborów, które poprowadzą urzędy gmin. GUS przypomina, że zbierane przez nich dane podlegają szczególnej ochronie. Rachmistrzowie i pracownicy statystyki publicznej są obowiązani do zachowania i przestrzegania tajemnicy statystycznej, a za jej złamanie grozi zgodnie z ustawą kara pozbawienia wolności od trzech do pięciu lat.

– Poprzednie spisy polegały wyłącznie na wizytach rachmistrzów w gospodarstwach domowych. Idziemy jednak z duchem czasu, stosując nowocześniejsze narzędzia, choć oczywiście nie wykluczamy innych metod – zapewnia prezes Głównego Urzędu Statystycznego.

Udział w spisie jest obowiązkowy. Zgodnie z ustawą obejmie on osoby fizyczne stałe zamieszkałe i czasowo przebywające w mieszkaniach, budynkach i innych zamieszkanych pomieszczeniach niebędących mieszkaniami, osoby fizyczne bez miejsca zamieszkania, a także wszystkie mieszkania, budynki, obiekty zbiorowego zakwaterowania i inne zamieszkane pomieszczenia niebędące mieszkaniami.

– Są odpowiednie zapisy w ustawie o statystyce publicznej i za uchylanie się od obowiązku statystycznego grozi kara grzywny do 5 tys. zł. Kary nakłada sąd, do którego sprawę wnosi właściwy geograficznie urząd statystyczny – wyjaśnia Dominik Rozkrut.

GUS przypomina, że informacje i dane zgromadzone w trakcie spisu powszechnego są objęte tajemnicą statystyczną. Po przeprowadzeniu niezbędnych operacji walidacyjnych są one przekształcane w zanonimizowane zbiory statystyczne (czyli zbiory po odłączeniu nr PESEL), niepozwalające na zidentyfikowanie konkretnej osoby fizycznej.

– Dane ze spisu powszechnego są kluczowe dla organów administracji publicznej, ale również samorządów i całego społeczeństwa. To jest informacja, która stanowi później podstawę do wszystkich badań statystycznych w okresie międzyspisowym i determinuje jakość tego, jak głęboko jesteśmy w stanie diagnozować sytuację społeczno-gospodarczą w kraju. To z kolei determinuje jakość polityk, które budujemy – polityk rozwojowych, polityk wsparcia czy ochrony – mówi prezes GUS.

Zanieczyszczone powietrze jest jak taksówka dla koronawirusa. Większa liczba zgonów w 2020 roku to w dużej mierze efekt smogu

Według danych z USC, udostępnionych w rządowym serwisie Otwarte Dane, w ubiegłym roku w Polsce zmarło w sumie ponad 486 tys. osób. W 2019 roku zgonów było ok. 409 tys., czyli o 77 tys. mniej. – Polacy muszą sobie uświadomić, że w ubiegłym roku umarła największa liczba osób od II wojny światowej nie tylko ze względu na koronawirusa, lecz również z powodu smogu – mówi pulmunolog, dr hab. n. med. Tadeusz Zielonka. Jak wskazuje, pandemia nie przez przypadek najszybciej rozprzestrzenia się w regionach uprzemysłowionych, z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem. – Nie zdajemy sobie sprawy, że gdyby tych pyłów nie było w powietrzu, wirus nie miałby na czym osiąść. One są taksówką, którą bakterie i wirusy wjeżdżają do organizmu – podkreśla ekspert.

– Koronawirus spowodował, że walka ze zmianami klimatycznymi i smogiem przesunęła się na drugi plan. Z drugiej strony koronawirus dał nam olbrzymią wiedzę na temat roli smogu, ograniczyliśmy emisję, poprawiliśmy stan zdrowia Polaków i dzięki temu wprowadziliśmy znaczące oszczędności finansowe – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. n. med. Tadeusz Zielonka, pulmunolog, przewodniczący i inicjator Koalicji Lekarzy i Naukowców na Rzecz Czystego Powietrza.

Już na samym początku pandemii naukowcy zauważyli, że zamykanie fabryk, spowolnienie aktywności gospodarczej i ograniczenia w transporcie przyczyniły się do poprawy jakości powietrza. Po raz pierwszy zaobserwowano to na zdjęciach satelitarnych NASA w chińskiej prowincji Hubei, gdzie wybuchła pandemia. Naukowcy z Uniwersytetu Stanforda wyliczyli, że w ciągu kilku pierwszych miesięcy pandemii w Chinach emisje CO2 spadły w sumie o 1/4, co mogło uratować życie 4 tys. dzieci poniżej piątego roku życia i 73 tys. osób starszych powyżej 70 lat.

Opublikowany w listopadzie raport Europejskiej Agencji Środowiska („COVID-19 i środowisko Europy: skutki globalnej pandemii”) potwierdza, że pandemia i wynikające z niej ograniczenia przyniosły krótkoterminowe pozytywne skutki dla środowiska również w Europie. Przełożyły się na tymczasową poprawę jakości powietrza, niższe emisje gazów cieplarnianych i niższe poziomy zanieczyszczenia hałasem, choć były i negatywne konsekwencje, takie jak zwiększone wykorzystanie jednorazowych tworzyw sztucznych. EEA wskazuje, że kryzys związany z koronawirusem dodatkowo podkreśla pilną potrzebę działań prośrodowiskowych – z korzyścią nie tylko dla środowiska, ale i stanu zdrowia całego społeczeństwa.

– Polacy muszą sobie uświadomić, że to nie z powodu samego koronawirusa, ale z powodu koronawirusa nałożonego na sytuację smogową w roku ubiegłym umarła największa liczba osób od czasu II wojny światowej. Przyczyniło się to też do zmniejszenia dzietności, przez co w Polsce ubyło w ubiegłym roku 120 tys. ludzi. To jedno, duże miasto na mapie Polski, nasza populacja wyraźnie się zmniejszyła – wyjaśnia przewodniczący i inicjator Koalicji Lekarzy i Naukowców na Rzecz Czystego Powietrza.

Do tych statystyk przyczyniły się koronawirus i niewydolność systemu ochrony zdrowia, ale jeszcze przed pandemią Ministerstwo Zdrowia szacowało, że rokrocznie smog zabija w Polsce ok. 67 tys. osób. Jak podkreśla pulmunolog, w trakcie pandemii ma on szczególnie fatalne skutki. Nie tylko przyczynia się do zgonów i chorób wywołanych złą jakością powietrza, ale też sprzyja przenoszeniu nowego wirusa.

– Wiedzieliśmy o tym już przed pandemią. Wcześniejsze badania od dawna pokazywały, że w okresie wzrostu zanieczyszczeń powietrza, czyli w okresie grzewczym, wzrasta liczba przeziębień i infekcji wirusowych i bakteryjnych – podkreśla dr hab. n. med. Tadeusz Zielonka.

Stowarzyszenie Miasto Jest Nasze, które koordynuje Warszawski Alarm Smogowy, już w marcu przytaczało dane naukowców z Włoch, pogrążonych w pierwszej fali pandemii, z których wynikało, że zawarte w smogu pyły zawieszone PM2.5 i PM10 w odpowiednich warunkach pozwalają nowemu wirusowi pozostawać w powietrzu od kilku godzin do nawet kilku dni. Naukowcy zaobserwowali też, że istnieje wykładnicza korelacja między przypadkami infekcji COVID-19 a stężeniem pyłów PM10 i PM2.5

– Bakterie i wirusy do rozwoju nie potrzebują chłodu, wręcz odwrotnie – wolą cieplejsze temperatury, aby się dobrze rozwijać. Dlaczego zatem w okresie grzewczym mamy więcej infekcji? Otóż dlatego, że jesteśmy słabsi, broniąc się przed inwazją z zewnątrz w postaci smogu i zanieczyszczeń powietrza. Te zanieczyszczenia pyłowe odgrywają podwójną rolę: z jednej strony drażnią i uszkadzają nasz nabłonek oddechowy, a każda taka uszkodzona struktura jest bardziej podatna na wniknięcie bakterii i wirusa. Po drugie – pyły, które penetrują do pęcherzyków płucnych, są olbrzymie w stosunku do cząsteczki bakterii czy wirusa, więc one się na tych pyłach osadzają. Można powiedzieć, że pyły są taksówką, którą bakterie i wirusy wjeżdżają do naszego organizmu. Nie zdajemy sobie sprawy, że jeżeli tych pyłów nie byłoby w powietrzu, wirus nie miałby na czym osiąść – wyjaśnia pulmunolog.

Jak wskazuje, pandemia koronawirusa w Europie nie przez przypadek rozpoczęła się w jednym z najbardziej zanieczyszczonych regionów Włoch.

– Dolina Padu to jest – obok Polski, części Bałkanów, Bułgarii i Turcji – jeden z najbardziej zanieczyszczonych regionów Europy. Później epidemia rozniosła się do innych krajów, m.in. do Stanów Zjednoczonych. Tam obserwowaliśmy dokładnie to samo, najwięcej zachorowań było na Wschodnim i Zachodnim Wybrzeżu, co było skorelowane z zanieczyszczeniem powietrza. Znacznie lepiej było w środkowych stanach, gdzie to zanieczyszczenie powietrza jest niższe – mówi dr hab. n. med. Tadeusz Zielonka.

W trakcie pandemii lekarze i medycy skupiają się przede wszystkim na walce z COVID-19, ale – jak podkreślają – inne zagrożenia zdrowotne w tym czasie wcale nie zniknęły. Dlatego już kilkadziesiąt instytucji (w tym m.in. Naczelna Rada Lekarska, WHO, ośrodki badawcze i uniwersytety medyczne) oraz ekspertów dołączyło do powstałej niedawno koalicji Lekarze dla Klimatu, apelując do rządzących o podjęcie szybkich działań na rzecz walki ze zmianą klimatu. Jak podkreślają, zanieczyszczenie środowiska i zmiany klimatyczne są realnym problemem, który generuje wysokie koszty zdrowotne. W samej Polsce szacowane są na 119 mld zł w latach 2021–2030. To m.in. koszty hospitalizacji, utraconych dni pracy, wypłacanych rent czy zasiłków w wyniku niezdolności do pracy.

– Jeśli nie będzie takiego ścisłego lockdownu jak rok temu, to smog potrwa dłużej, ale kiedyś się skończy. Od kwietnia, maja nie będziemy już mieć tak dużych problemów smogowych, dzięki czemu do jesieni znów możemy mieć spokojniejszy okres – odpowiedni do tego, żeby wyszczepić część populacji i zwiększyć odporność, bo jesienią znowu może czekać nas wzrost zachorowań, który odnotowaliśmy w tym roku – prognozuje ekspert.

Polacy chcą zrewolucjonizować proces tworzenia animacji 3D w filmach czy grach. Dzięki uczeniu maszynowemu będzie on tańszy i prostszy niż do tej pory

To może być przełom w renderowaniu, czyli automatycznej konwersji modeli szkieletowych na komputerze. Wysokiej jakości animacje są koniecznością w grach wideo czy filmach. Rozwiązania wykorzystywane w wirtualnej czy rozszerzonej rzeczywistości, obrazy generowane komputerowo zajmują dużo czasu, są przy tym drogie. Polacy chcą ułatwić powstawanie awatarów, wykorzystując do tego metodę uczenia się przy niskim poziomie zaawansowania. Z częściowych informacji uda się wówczas wygenerować realistycznie wyglądające wizualizacje.

– Projekt „Realistyczne renderowanie postaci ludzi na podstawie niepełnej informacji” ma rozwiązać problem renderowania, czyli tworzenia grafiki komputerowej. Chcielibyśmy ten obraz generować metodami uczenia maszynowego, generatywnymi sieciami neuronowymi i kontrolować ten obraz – mówi agencji Newseria Innowacje dr hab. inż. Tomasz Trzciński, adiunkt na Wydziale Elektroniki i Technik Informacyjnych z Politechniki Warszawskiej.

Wymagania świata filmu czy gier są coraz większe. Oznacza to konieczność wygenerowania lepszych jakości trójwymiarowych obrazów. Tradycyjnie wykorzystuje się przy tym techniki wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, także obrazy generowane komputerowo. Wszystkie te techniki są jednak drogie, trudne do skalowania, a przy tym zajmują bardzo dużo czasu. Projekt Politechniki Warszawskiej „Low Shot Realistic Human Rendering from Partial Information” („Realistyczne renderowanie postaci ludzi na podstawie niepełnej informacji”), finansowany przez Microsoft Research Cambridge, może całkowicie zrewolucjonizować renderowanie.

– Niepełna informacja, którą wykorzystujemy, polega na tym, że często podczas np. uchwytywania jakiejś klatki ze zdjęciem osoby nie mamy dostępu do jej pełnej sylwetki. Widzimy tylko część – od pasa w dół albo od pasa w górę, albo tylko ramiona – i w związku z tym chcielibyśmy rozwiązać ten problem przy wykorzystaniu generatywnych sieci neuronowych, takich jak wariacyjne autoenkodery czy architektury pozwalające na pewnego rodzaju domyślanie się reszty postaci przy wykorzystaniu danych, które już wcześniej miały tego typu ujęcia – tłumaczy dr hab. inż. Tomasz Trzciński.

Polacy chcą do renderowania wykorzystać metody Partial Information (częściowe informacje) i Low-shot learning (uczenie się przy niskim poziomie zaawansowania) i w ten sposób tworzyć awatary. Generatywne modele sieci neuronowych pozwolą stworzyć wysokiej jakości wizualizacje postaci oraz animację ich ruchu.

– Moim celem badawczym jest w tym momencie zaproponowanie takiego algorytmu, który byłby w stanie np. wyrenderować całą postać na podstawie tylko częściowych informacji. Lub np. inne zastosowanie w filmach, kiedy zadajemy jakąś trajektorię ruchu postaci, modelu trójwymiarowego i ta postać podąża za nią – wskazuje Kacper Kania, doktorant na Politechnice Warszawskiej.

Według założeń, jak podaje Politechnika Warszawska, z częściowych informacji (np. fragmentu twarzy) i podstawowych, łatwych do zebrania danych, bez wykorzystywania skomplikowanych systemów wymagających wielu powtórzeń (w jednej z opisanych metod człowiek musi użyć 122 wyrażeń i 50 zdań oraz być rejestrowanym przez 40 kamer) – można wygenerować realistycznie wyglądające filmy (np. z pełną twarzą i mimiką oraz naturalnym sposobem mówienia).

– Moje wstępne badania pokazały, że w tej działce brakuje rozwiązań, gdzie zadajemy jakiś ruch i postać podąża za tą trajektorią – to jest jedno. Drugie, okazuje się, że często widząc kogoś idącego na ulicy, jeśli to jest ktoś, kogo znamy, jesteśmy w stanie rozpoznać, że to jest nasz znajomy, po samym ruchu. I staram się też w tych badaniach wykorzystać te informacje – tłumaczy Kacper Kania.

Zazwyczaj praca nad cyfrową postacią rozpoczyna się od skanu 3D twarzy czy ciała prawdziwej osoby wykonującej różne czynności przy wykorzystaniu specjalistycznego sprzętu, który następnie przetwarza grafik. Wymaga to studia przechwytywania ruchu. Tak powstał np. Gollum we Władcy Pierścieni. Rozwiązanie Polaków będzie tańsze, prostsze i szybsze. Pomoże też w sytuacji, gdy np. aktor nie może dokończyć filmu.

– Za pomocą tego rozwiązania będzie można również odzwierciedlić w grach lub filmach, w jaki sposób np. zachowywałyby się postacie historyczne – mówi doktorant na Politechnice Warszawskiej.

Nowe technologie przenoszą leczenie laryngologiczne i otolaryngologiczne na wyższy poziom. WOŚP będzie zbierać pieniądze na zakup najnowocześniejszego sprzętu

Nanotechnologia i nanomedycyna to nowe i szybko rozwijające się dziedziny zajmujące się wykorzystaniem m.in. urządzeń o skali jednej miliardowej metra oraz sposobami wykorzystania ich specjalnych właściwości w diagnostyce i leczeniu chorób. To w otorynolaryngologii poczyniono pewne postępy w wykorzystaniu tych nowych metod leczenia. Nowe technologie mogą zrewolucjonizować leczenie, w Polsce jednak mało który szpital jest wyposażony w nowoczesny sprzęt. Dlatego 29. Finał WOŚP skupia się na zakupie urządzeń dla laryngologii, otolaryngologii i diagnostyki głowy.

– Temat tegorocznego finału – laryngologia, otolaryngologia, diagnostyka głowy to temat związany głównie ze sprzętem. Mamy w tej chwili superlekarzy, superwiedzę, superumiejętności, ale stary sprzęt – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jurek Owsiak, założyciel i prezes Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Według raportu globalnej koalicji, w skład której wchodzą UNICEF i WHO, prawie 30 mln dzieci rodzi się zbyt wcześnie, są za małe lub chorują każdego roku i potrzebują specjalistycznej opieki, aby przeżyć. Bez specjalistycznego leczenia wiele noworodków z grupy ryzyka nie przeżyje pierwszego miesiąca życia. Co roku umiera nawet 2 mln noworodków, głównie z przyczyn, którym można było zapobiec. Jedną z nich są urazy głowy, także te, do których doszło w czasie porodu. Brak nowoczesnego sprzętu często utrudnia nie tylko leczenie, lecz także samą diagnozę.

– Proszę pomyśleć o operacjach endoskopowych, które po prostu jednym małym punktem wchodzą do organizmu dziecka i skutecznie operują. To najnowocześniejszy sprzęt, absolutnie topowy. Neurochirurgia to obszary kosmicznej technologii. Chodzi o to, żeby to kupić, nie wyważamy otwartych drzwi, często pracujemy na tym polu, który ma masę doświadczeń, dobrze wykonywanych operacji, tylko lekarze i cała obsługa mówią: dajcie nam supersprzęt, a będziemy pracowali jeszcze lepiej – podkreśla Jurek Owsiak.

Przykładem takiej technologii jest np. robot chirurgiczny Rosa do neurochirurgii dziecięcej, który skraca czas znieczulenia, zwiększa precyzję i poprawia bezpieczeństwo. Synaptive to z kolei nowa technologia, która pomaga chirurgom szybciej i skuteczniej przeprowadzać operacje czaszki.

– Kiedy otwieraliśmy pewne działy, jak reumatologię, to zaczynaliśmy w pewnym sensie od urządzeń, których jeszcze nigdy w Polsce nie było. Ale laryngologia to jest po prostu wymiana urządzeń na nowe, z dzisiejszej półki. Nie chodzi tu o rok produkcji, bo przestarzałe urządzenie może być produkowane nawet teraz. Ważne są technologie, z zeszłego roku, sprzed dwóch lat, być może będą to urządzenia, które właśnie wchodzą na rynek. O takie będziemy się starali – zapowiada prezes Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Podczas tegorocznego, 29. finału, WOŚP będzie zbierać pieniądze na zakup m.in. endoskopów laryngologicznych, egzoskopów, nawigacji optycznej otolaryngologicznej, aparatów USG i RTG czy polisomnografii do diagnostyki bezdechu sennego. To urządzenia niezbędne w chirurgii laryngologicznej. Brak możliwości korzystania z nich może powodować wzrost ryzyka powikłań, a wydłużanie zabiegów bezpośrednio wpływa na proces leczenia i rekonwalescencji.

Jak zaznacza założyciel Fundacji WOŚP, sprzęt będzie nowoczesny, często z wykorzystaniem przełomowej technologii. Podobnie było w 2020 roku, kiedy fundacja kupiła cyfrowy aparat do badań PET-CT, który pozwala na precyzyjne lokalizowanie ognisk chorób nowotworowych u dzieci. Sprzęt o wartości blisko 16 mln zł działa w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie.

– Respirator wspomaga pracę płuc, żeby się uniosły, oddychały. A technologie medyczne wymyśliły dla dzieci, mających problem z oddychaniem, urządzenie wymuszające oddech, które leży na nosku. Niewielkie urządzenie o wartości dobrego samochodu komputerowo wymusza oddech, wdech i wydech, ale nie inwazyjnie, wtedy mamy pewność, że to dziecko jak się rozwija, nie ma zrujnowanych płuc – podkreśla Jurek Owsiak.

Już w 2008 roku, w czasie 16. Finału WOŚP, fundacja zbierała środki na zakup sprzętu dla dzieci ze schorzeniami laryngologicznymi. Zebrano 14 mln dol., dzięki którym do szpitali trafiły m.in. nasofiberoskopy, zestawy do endoskopowych operacji nosa i zatok oraz inhalatory ultradźwiękowe. Po 13 latach urządzenia wówczas kupione po prostu się zużyły, ponadto pojawiły się nowe technologie, które znacznie usprawniają leczenie.

– Nadal pozostaje stół operacyjny, który musi być nowoczesny, który trzeba odnowić, nadal są tory wizyjne, które są używane przy operacjach. Ale tak jak przy samochodzie powiemy: „o, to jest stary samochód, ten jest nowy, ma inny kształt, ma inne funkcje, chociaż nadal są cztery koła, kierownica i to się niby tak nie różni”, ale jednak fachowcy wiedzą, że różni się bardzo – tłumaczy twórca Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

29. Finał WOŚP odbędzie się 31 stycznia.