Sprzedaż pożyczek lekko w górę. Niska szansa na wykorzystanie efektu świąt

Firmy pożyczkowe odnotowały w listopadzie delikatny wzrost sprzedaży pożyczek w porównaniu z październikiem. Wciąż jednak aktywność na rynku jest zdecydowanie mniejsza niż rok temu. Wartość udzielonego finansowania przez branżę w listopadzie 2020 r. była niższa o 27 proc. w stosunku do listopada 2019 roku. W ujęciu liczbowym spadek wyniósł 18 proc. – wynika z analizy Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego.

We wrześniu i październiku tempo odbudowy sprzedaży pożyczek pozabankowych wyraźnie wyhamowało, co było związane z gwałtownym wzrostem zachorowań na COVID-19, wprowadzonymi obostrzeniami w życiu społecznym i gospodarczym oraz obniżonymi nastrojami konsumenckimi. Nie można jednak mówić o załamaniu na rynku, z jakim mieliśmy do czynienia wiosną, podczas pierwszej fali pandemii. W listopadzie liczba i wartość udzielonego finansowania przez firmy pożyczkowe były nieco wyższe niż w poprzednich dwóch miesiącach. Przed branżą okres świąteczny, który zwykle charakteryzuje się wysoką sprzedażą, jednak pierwsze dane za grudzień nie są optymistyczne. Odnotowywane wzrosty są niższe od oczekiwanych.

Rośnie liczba zapytań

Dane Biura Informacji Kredytowej wskazują na wzrost liczby zapytań o raport BIK w listopadzie. Podobnie jak w przypadku wolumenu sprzedaży pożyczek, liczba zapytań kierowanych przez firmy pożyczkowe do BIK mocno spadła w okresie marzec-maj, następnie zaczęła stopniowo rosnąć w kolejnych miesiącach, jednak wciąż jest niższa niż przed rokiem. W listopadzie liczby zapytań zaczęły przekraczać 60 tysięcy tygodniowo. Należy jednak mieć na uwadze, że dane dotyczące liczby zapytań o raport nie odzwierciedlają rzeczywistego popytu na pożyczki. Instytucje kredytowe kierują zapytania do zewnętrznych baz tylko w przypadku tych klientów, którzy wcześniej zostali pozytywnie zweryfikowani w wewnętrznych systemach danej spółki. Strumień wniosków kierowanych do bazy BIK jest zatem zawsze znacznie mniejszy niż faktyczna liczba wniosków o finansowanie, jakie napływają do instytucji pożyczkowych.

Według bazy CRIF liczba odpytań ws. klientów aplikujących o pożyczkę spadła w pierwszej połowie listopada w porównaniu do października, lecz wynika to w większym stopniu z wysokiej bazy porównawczej w poszczególnych tygodniach niż z pogarszania się danych w ujęciu bezwzględnym. Różnice w danych mogą również wynikać z zastosowanej metodologii, która w przypadku danych CRIF uwzględnia dokładnie tę samą bazę porównywanych firm w całym analizowanym okresie.

Wykres – Liczba odpytań ws. klientów aplikujących o pożyczkę w okresie marzec – listopad w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego

Wykres Liczba odpytań ws. klientów aplikujących o pożyczkę
Źródło: CRIF

Druga fala bez większego wpływu na sprzedaż, lecz przyszłość branży niepewna

Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że najlepszym tygodniem pod kątem sprzedaży był 9-15 listopada, mimo że był to okres, w którym notowano rekordowe liczby zachorowań na COVID-19. We wspomnianym okresie wartość udzielonych pożyczek pierwszy raz od marca przekroczyła poziom 100 mln zł. W kolejnych tygodniach lekko osłabła, lecz utrzymywała się na poziomie powyżej 80 mln zł tygodniowo. Odnotowane wolumeny są jednak wciąż znacznie niższe od zeszłorocznych. Według danych BIK spadek wartości udzielonego finansowania wahał się na poziomie 25-37 proc. r/r w zależności od tygodnia.

Według danych CRIF w skali miesiąca liczba udzielonych pożyczek w listopadzie spadła o 17,7 proc. r/r, z kolei wartość udzielonego finansowania była niższa o 27,2 proc. rok do roku. Dane wskazują na słabnięcie kondycji rynku w pierwszym i ostatnim tygodniu listopada. W  wartościach bezwzględnych, przeciwnie do bazy BIK, dane sprzedażowe poprawiały się do końca miesiąca. Pogłębienie spadków rok do roku, widoczne szczególnie w ostatnim tygodniu listopada, które równocześnie jest istotnie silniejsze niż sugeruje baza BIK, wynika z wysokiej bazy porównawczej, co prawdopodobnie oznacza, że druga fala epidemii nie spowodowała załamania rynku w porównaniu z październikiem.

Nadchodzące święta nie powinny znacząco poprawić wyników sprzedaży – w ostatnim tygodniu listopada, w którym zwyczajowo sprzedaż jest już wyższa, wartość udzielonych pożyczek była o 43 proc. mniejsza niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Sytuacja na rynku pożyczek pozabankowych w kolejnych miesiącach w dużej mierze zależy także od decyzji ustawodawcy w zakresie ewentualnego wydłużenia terminu obowiązywania obniżonego limitu kosztów pozaodsetkowych z 8 marca 2021 r. do końca grudnia 2021 roku. Przedłużenie restrykcji z pewnością pogłębi zapaść na rynku – wiele podmiotów, które po marcowej regulacji zdecydowały się na kontynuowanie działalności, prowadzą ją wyłącznie przy założeniu, że przepisy wygasną zgodnie
z pierwotnie zapowiedzianą datą.

Wykres nr 2
Liczba i wartość przyznanych pożyczek w okresie marzec – listopad w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego

Wykres Liczba i wartość przyznanych pożyczek w okresie marzec-listopad
Źródło: CRIF

Wykres nr 3
Liczba i wartość przyznanych pożyczek w listopadzie w stosunku do średniego tygodnia październikaWykres Sprzedaż w listopadzie w porównaniu z październikiem

Porównując dane listopadowe z danymi za październik, widoczny jest słaby pierwszy tydzień miesiąca oraz systematyczna poprawa w kolejnych tygodniach. W ostatnim tygodniu miesiąca wartość pożyczek udzielonych przez podmioty raportujące do CRIF była o blisko 15 proc. wyższa niż wartość ze średniego tygodnia października.

Nominalnie wartość udzielonych pożyczek w listopadzie wzrosła o 1,4 proc. m/m, co wynika z 5,1 proc. wzrostu w tym okresie średniej wartości pożyczki oraz 3,6 proc. spadku liczby udzielonych pożyczek. Warto zauważyć, że listopad miał 20 dni roboczych, podczas gdy październik 22.

Wykres nr 4
Średnia wartość pożyczki w okresie marzec – listopad w stosunku do analogicznego okresu w 2019 r.

Średnia wartość pożyczki w okresie marzec – listopad
Źródło: CRIF

Średnia wartość pojedynczej pożyczki wyniosła w listopadzie 3086 zł, co oznacza wzrost o 5,1 proc. w porównaniu do października 2020 r. i spadek o 11,5 proc. w ujęciu rok do roku. W ostatnim tygodniu listopada średnia wartość pożyczki wyniosła 81,4 proc. wartości ubiegłorocznej, co jest odczytem zauważalnie niższym od wartości notowanych od września. Spadek jest efektem wysokiej bazy porównawczej, który spowodowany jest wejściem w okres świąteczny.

Wykres nr 5
Odsetek klientów odrzuconych w okresie marzec – listopad 2020 r.[1]

Odsetek klientów odrzuconych w okresie marzec – listopad
Źródło: CRIF

Z uwagi na model raportowania przez firmy pożyczkowe danych nt. liczby odrzucanych aplikacji o pożyczki, należy mieć na uwadze, że dane z ostatnich czterech tygodni zapewne ulegną korekcie. Z tego względu jako ostatni miarodajny odczyt należy potraktować tydzień rozpoczynający się 26 października, który pokazuje delikatne pogorszenie się wskaźnika do poziomu 39,5 proc. wobec minimalnie niższych odczytów w poprzednich tygodniach. W dalszym ciągu poziom odrzucanych wniosków jest jednak mniejszy niż miało to miejsce w kwietniu.

O ponad 20 proc. zmniejszyła się liczba aktywnych podmiotów

Według danych CRIF liczba aktywnych firm pożyczkowych, tj. takich, które w analizowanym okresie udzieliły choć jednej pożyczki, pozostaje od trzech miesięcy na stabilnym poziomie i wynosi 38, co oznacza spadek o ponad 20 proc. w porównaniu z zeszłym rokiem.

Wykres nr 6
Liczba aktywnych firm pożyczkowych[1]

Liczba aktywnych firm pożyczkowych
Źródło: CRIF

Podsumowanie

Analizowane dane z BIK i CRIF za listopad 2020 r. wskazują na wzrost sprzedaży pożyczek pozabankowych w ujęciu nominalnym w porównaniu do października br. Wspomniane dane należy uznać za pozytywny sygnał, gdyż mimo drugiej fali COVID-19 nie doszło do zmaterializowania się scenariusza obserwowanego w marcu i kwietniu, choć wciąż poziomy sprzedaży są znacznie niższe od poziomów z zeszłego roku. Minimalne wzrosty sprzedaży obserwowane w drugiej połowie miesiąca wskazują na ryzyko, że sezonowo dobry okres świąteczny nie zostanie przez branżę wykorzystany, gdyż skala tych wzrostów jest zbyt mała, co powoduje, że w porównaniu do wyników z poprzedniego roku odczyty ulegały znaczącemu pogorszeniu.

Sytuacja na rynku w kolejnych miesiącach jest uzależniona od terminu obowiązywania obniżonego limitu pozaodsetkowych kosztów kredytu konsumenckiego. Już regulacja marcowa mocno uderzyła w firmy pożyczkowe, przez co niektóre spółki musiały ograniczyć lub czasowo zawiesić akcję kredytową, a to w konsekwencji mocno obniżyło podaż pożyczek. Prawie dwukrotnie wydłużony czas obowiązywania regulacji może tylko pogłębić ten problem, co oznaczałoby ograniczony dostęp do finansowania pozabankowego dla dużej części konsumentów.

[1] We wszystkich danych CRIF, gdzie dokonujemy porównania z analogicznym okresem zeszłego roku lub średnimi danymi z poprzedniego miesiąca, stosujemy jednorodną grupę porównawczą, tj. analizujemy wyłącznie grupę instytucji pożyczkowych, która była obecna w całym okresie badania, co pozwala na uniknięcie zaburzeń wniosków na skutek rozpoczęcia lub zakończenia raportowania przez instytucję pożyczkową. W przypadku tego wykresu wskazana w pierwszym zdaniu reguła nie obowiązuje.

[1] Ze względu na specyfikę raportowania spółek do CRIF dane za ostatnie tygodnie listopada w zakresie odsetka klientów odrzuconych mogą ulec zmianom. W niniejszej publikacji używamy danych CRIF wg stanu na 10 grudnia 2020 r.

Pakiet Mobilności: jak zmieni się transport o DMC do 3,5 tony?

Dyskusja na temat tzw. pakietu mobilności w branży TSL nie cichnie od kilku miesięcy. Przegłosowane w lipcu przepisy dotykają między innymi norm socjalnych, tachografów, czy wynagrodzeń kierowców. Szczególna rewolucja nastąpi w transporcie drogowym operującym pojazdami o dopuszczalnej masie całkowitej do 3,5 tony, potocznie nazywanych „busami”. Dotychczas pojazdy tego typu nie podlegały regulacjom zawartym w rozporządzeniu nr 561/2006 (normy socjalne), czy nr 165/2014 (tachografy i ich obsługa). Co czeka przedsiębiorców opierających biznes na samochodach o DMC do 3,5 tony? Od kiedy zaczną obowiązywać tachografy w „busach” i jakie obowiązki będą ciążyć na przedsiębiorstwach transportowych? Arkadiusz Góra ekspert OCRK z Grupy INELO podsumowuje nadchodzące zmiany.

Po pierwsze: licencja wspólnotowa

Pierwszą istotną oraz czasowo najbliższą do wdrożenia zmianą jest objęcie opisywanej grupy przewoźników obowiązkiem posiadania licencji wspólnotowej uprawniającej do wykonywania międzynarodowych przewozów rzeczy pojazdami lub zespołami pojazdów o dopuszczalnej masie całkowitej przekraczającej 2,5 tony. Ta niezwykle istotna zmiana oznacza włączenie tych przewozów do przepisów rozporządzenia 1071/2009. W konsekwencji przewoźnik wykonujący działalność w oparciu o wspomniane „busy” będzie musiał spełnić szereg obowiązków związanych z dostępem do rynku, stanowiących podstawę do uzyskania licencji wspólnotowej.

Przewoźnicy mają czas na przygotowanie się do wprowadzenia licencji wspólnotowych, ponieważ wskazane przewozy zostaną objęte obowiązkiem jej posiadania od maja 2022 roku. Zgodnie z treścią art. 3 ust. 1 rozporządzenia 1071/2009 przedsiębiorca musi spełnić wymogi w zakresie:

  • posiadania rzeczywistego miejsca prowadzenia działalności w siedzibie państwa, w której dostępna będzie kompletna dokumentacja dotycząca prowadzonej działalności, zatrudnienia oraz realizowanych przewozów,
  • znajomości przepisów związanych z prowadzeniem działalności w zakresie przewozów,
    posiadania zdolności finansowej w wysokości 1 800 € na pierwszy pojazd oraz 900 € na każdy następny,
  • posiadania kwalifikacji potwierdzonych certyfikatem kompetencji lub wyznaczenia osoby posiadającej certyfikat.

Efektem uzyskania licencji wspólnotowej będzie dostęp do rynku przewozowego Wspólnoty Europejskiej na zasadach określonych przepisami unijnymi. Pozwoli to na uniknięcie barier wynikających z indywidualnych rozwiązań prawnych stosowanych przez poszczególne państwa członkowskie.

Po drugie: dotkliwsze kary

Na szczególną uwagę przewoźników zasługiwać będzie zupełnie nowe podejście uprawnionych służb kontrolnych do odpowiedzialności za nieprawidłowości stwierdzane podczas kontroli na drogach lub przedsiębiorstwach. Po wejściu w życie nowych przepisów wiele naruszeń będzie uderzało w tzw. dobrą reputację przewoźnika, która w określonych przepisami okolicznościach może nawet zostać utracona. Stwierdzenie podczas kontroli nieprawidłowości może prowadzić nie tylko do nałożenia kary finansowej, ale do przypisania naruszenia do grupy tzw. poważnych, bardzo poważnych lub najpoważniejszych. W takim przypadku uprawniony organ przekazuje do właściwego rejestru informację o naruszeniu. Na jej podstawie organ wydający licencję ma prawo wszcząć postępowanie w zakresie oceny dobrej reputacji. W konsekwencji może dojść do czasowego zawieszenia przewoźnikowi określonej liczby wypisów z licencji lub np. utraty certyfikatu kompetencji zawodowych. Wymóg posiadania dobrej reputacji dotyczy przedsiębiorcy oraz osoby zarządzającej transportem w przedsiębiorstwie – posiadacza certyfikatu kompetencji zawodowych.

Po trzecie: tachografy w „busach”

Kolejną niezwykle ważną zmianą będzie objęcie przewozów realizowanych pojazdami lub zespołami pojazdów, których dopuszczalna masa całkowita przekracza 2,5 tony i nie przekracza 3,5 tony, obowiązkiem instalacji i użytkowania tachografów cyfrowych. Oznacza to stosowanie wobec kierowców pełnego zakresu norm socjalnych dotyczących czasu jazdy, przerw oraz odpoczynków, zawartych w rozporządzeniu (WE) 561/2006 oraz obowiązku prawidłowej obsługi tachografu, określonego w rozporządzeniu (UE) 165/2014. Również w tym przypadku przewidziano okres przejściowy, umożliwiający dostosowanie się przewoźników do nowej sytuacji. Jeśli wdrożone niedawno przepisy nie ulegną zmianie, tachografy w „busach” pojawią się obowiązkowo od lipca 2026 roku.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że zgodnie z treścią rozporządzenia 561/2006 przedsiębiorstwo transportowe odpowiada za naruszenia przepisów, których dopuszczają się kierowcy tego przedsiębiorstwa, nawet jeśli naruszenie takie miało miejsce na terytorium innego Państwa Członkowskiego lub w państwie trzecim. Na przedsiębiorcy spoczywa więc obowiązek nadzorowania realizowanych przewozów drogowych, dbania o wiedzę i kwalifikacje kierowców, ponieważ w czasie kontroli drogowych weryfikowana będzie aktywność kierowców nawet do 56 dni wstecz. Również za umiejętność obsługi tachografów przez kierowców odpowiedzialność ponosi przewoźnik. Wynika to wprost z rozporządzenia 165/2014, według którego przedsiębiorstwa transportowe są odpowiedzialne za zapewnienie, by ich kierowcy byli właściwie wyszkoleni, a także poinstruowani w zakresie prawidłowego działania tachografów. Firmy powinny przeprowadzać regularne kontrole wewnętrzne, by zapewnić właściwe użytkowanie tachografów przez swoich kierowców. Przedsiębiorcom nie wolno też udzielać żadnych bezpośrednich ani pośrednich zachęt, które mogłyby skłaniać kierowców do niewłaściwego używania tachografów.

Państwa członkowskie mogą wprowadzać własne regulacje do czasu ich ujednolicenia

Odnosząc się do międzynarodowych przewozów rzeczy realizowanych tzw. „busami” warto wspomnieć o niedawnej zmianie przepisów na terenie Francji. Od 3 września 2020 roku wprowadzono bezprecedensowy zakaz obierania przez kierowców odpoczynków dziennych oraz tygodniowych w kabinach pojazdów, których dopuszczalna masa całkowita nie przekracza 3,5 tony. Zakaz obowiązuje bez względu na wyposażenie pojazdów w miejsca do spania. W konsekwencji, odpoczynki dzienne i tygodniowe powinny być odbierane poza pojazdem, w miejscach do tego przystosowanych, z zachowaniem odpowiednich warunków higienicznych. Na pracodawcy i kierowcy spoczywa obowiązek wykazania, gdzie i w jakich warunkach odbierał odpoczynki. Regulacja wynika z art. L3313-4 francuskiego kodeksu drogowego. Tego typu praktyki nie będą stosowane, gdy omawiane przewozy zostaną objęte przepisami wspólnotowymi.

Artykuł przygotował Arkadiusz Góra, ekspert OCRK, Grupa INELO.

Czy od stycznia wrócą cła i kontrole graniczne między UE a Wielką Brytanią?

Już 1 stycznia 2021 roku ma się zakończyć okres przejściowy, poprzedzający wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Wciąż jednak nie zostało wynegocjowane, jak ma wyglądać umowa handlowa i gospodarcza pomiędzy Wielką Brytanią a krajami Unii. Bez wynegocjowania tej umowy, od 1 stycznia przyszłego roku handel z Wielką Brytanią zacznie odbywać się na takich zasadach, jak z krajami trzecimi. A to oznacza powrót ceł, kontroli na granicach i wyższych norm sanitarnych w handlu żywnością. To nie musi się jednak zdarzyć. Jest jeszcze szansa na to, że umowa zostanie wynegocjowana do końca tego roku. Jednak możliwości, że wejdzie ona w życie od 1 stycznia, są znikome. Najprawdopodobniej możemy się spodziewać umowy, która przedłuży okres przejściowy na kolejne miesiące – by jej wdrożenie było możliwe.

– Obu stronom powinno zależeć na tym, aby nie dopuścić do wyjścia bezumownego i powrotu stawek celnych. To spowoduje szerokie komplikacje, jeżeli chodzi o wzajemną współpracę gospodarczą. Jeżeli uda się wynegocjować umowę, która za jakiś czas wejdzie w życie, nie opłacałoby się wdrażać całego systemu związanego z handlem z Wielką Brytanią jako krajem trzecim. Dlatego w interesie wszystkich jest wynegocjowanie tej umowy i przedłużenie okresu przejściowego – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Ambroziak, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Stronom może na tym zależeć jeszcze bardziej, niż rok temu – z uwagi na pandemię COVID-19, kłopoty unijnych gospodarek oraz gospodarki Wielkiej Brytanii. Niepotrzebny byłby nam teraz taki cios w postaci bezumownego wyjścia. W zależności od scenariusza, Polska może stracić więcej lub mniej. Według szacunków PIE – w przypadku powrotu cła, średnia ważona stawka celna w polskim eksporcie do Wielkiej Brytanii wzrosłaby do ponad 7%. Wzrost cła w imporcie wyniósłby około 5%. Najbardziej ucierpiałyby produkty rolno-spożywcze, stanowiące około 20% polskiego eksportu na rynek brytyjski. W tej grupie produktów średnia stawka celna przekroczyłaby 25%. Dotkną nas również ograniczenia w handlu samochodami i częściami, kontrole na granicach podniosą koszt transportu, a dodatkowe normy obciążą polskich eksporterów i importerów – ostrzega Ambroziak.

Poznański startup rusza na podbój Europy. Umożliwi zdalny monitoring pacjentów w izolatoriach COVID-owych

W grudniu br. sensor WARMIE wraz z oprogramowaniem otrzymał Certyfikat Wyrobu Medycznego Klasy IIb. Oznacza to, że może być stosowany do pomiaru temperatury ciała nawet najciężej chorych pacjentów, m.in. nieprzytomnych, przebywających na oddziałach intensywnej terapii czy w izolatoriach, także tych COVID-owych. Dzięki WARMIE pomiar może być dokonywany automatycznie i zdalnie, czyli bez zaangażowania personelu medycznego.

– W dobie pandemii szczególnie istotne jest ograniczenie zbędnego kontaktu z pacjentem przy zachowaniu najwyższej jakości oceny jego stanu. To podnosi poziom bezpieczeństwa chorych i pracowników szpitali. WARMIE jest idealnym narzędziem do tego celu – mówi prof. Tomasz Banasiewicz, odpowiedzialny za nadzór medyczny nad projektem.

Producenci podkreślają, że urządzenie w czasie rzeczywistym zbiera bardzo dokładne wyniki. Umożliwia wykrywanie nawet najmniejszych zmian temperatury ciała, często wyprzedzając inne sposoby oceny stanu zdrowia. Dużym ułatwieniem logistycznym jest też bezprzewodowy pomiar. Co więcej, sensor pozwala na integrację z innymi systemami, globalne gromadzenie danych, generowanie alarmów i udział w algorytmach wspomagania decyzyjnego.

– Wiemy o wysokiej gorączce u części pacjentów w przebiegu COVID-19, ale nie poznaliśmy jeszcze roli prognostycznej tego parametru i możliwości szybkiej interwencji zależnie od jego zmian. Sensor daje możliwość unikatowej obserwacji dynamiki wahań temperatury ciała i tworzenia algorytmów postępowania z pacjentami. To ważny krok na drodze do inteligentnego, spersonalizowanego nadzoru, który jest przyszłością w opiece nad chorym, zwłaszcza wymagającymi intensywnego leczenia – zaznacza prof. Banasiewicz.

Spółka już od kwietnia sukcesywnie wdrażała odpowiednie procedury. Zaczęła od Systemu Zarządzania Jakością Dla Wyrobów Medycznych ISO 13485:2016. Wówczas certyfikacja w zakresie projektowania, wytwarzania i sprzedaży czujnika temperatury wraz z oprogramowaniem do domowego i profesjonalnego użytku potwierdziła zdolność do produkcji urządzeń medycznych. I dała gwarancję oferowanej przez nią jakości. To było pierwszym krokiem do uzyskania Certyfikatu Wyrobu Medycznego Klasy IIb, który rozszerza poznańskiej spółce możliwości dotarcia do większej grupy odbiorców.

– Do tego w listopadzie br. zostało zakończone badanie kliniczne prowadzone w poznańskim szpitalu im. Heliodora Święcickiego, który jako pierwszy wyraził chęć wykorzystania naszego systemu. Obecnie prowadzimy rozmowy z kilkoma dużymi podmiotami działającymi w branży medycznej i z placówkami ochrony zdrowia, które są zainteresowane wdrożeniem nie tylko w Polsce, ale też w innych krajach – informuje Piotr Piątek, członek zarządu spółki WARMIE.

Uzyskanie certyfikatu wyrobu medycznego, a następnie zgłoszenie produktu do Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych (URPLWMiPB) dało spółce prawo do sprzedawania urządzenia na terenie całej Unii Europejskiej. To z kolei otwiera jej drogę do 30 nowych rynków. Jednak spółka myśli o szerszej ekspansji.

– Poza UE obowiązują indywidualne normy danego kraju, dlatego obecnie prowadzimy szereg dodatkowych czynności, żeby się dopasować do wymogów innych rynków. W niedalekiej przyszłości planujemy dotrzeć też na Bliski Wschód i do Afryki. Prowadzimy już rozmowy z Nigeryjczykami. Ze względu na utrudniony dostęp do lekarzy coraz większą rolę zaczyna pełnić tam telemedycyna i zdalny monitoring pacjentów. Dla nas to idealna szansa, którą chcemy wykorzystać – podsumowuje Piotr Piątek.

Producenci opakowań nie płacą za recykling polskich śmieci. System ROP ma to zmienić

Przedsiębiorcy wprowadzający produkty w opakowaniach na polski rynek ponoszą najniższe w Unii opłaty recyklingowe. Powoduje to zapaść na rynku surowców wtórnych, czyniąc nieopłacalną selektywną zbiórkę odpadów. Faktyczne koszty gospodarki komunalnej ponoszą obywatele i firmy recyklerskie. Po zmianie przepisów kwota opłat wnoszonych przez firmy opakowaniowe wzrośnie z kilkudziesięciu milionów do kilku miliardów złotych rocznie. Pozyskane fundusze oraz środki unijne zasilą inwestycje w obszarze recyklingu i gospodarki w obiegu zamkniętym.

„W Polsce funkcjonuje quasi system wyznaczający normy odzysku i recyklingu, realizowany na podstawie dokumentów potwierdzających recykling (DPR), wydawanych przez kilkadziesiąt organizacji odzysku. Brakuje realnej gospodarki w obiegu zamkniętym, a producenci przez wiele lat nie zaproponowali zmian usprawniającą system” – zauważa Szymon Dziak-Czekan, prezes Stowarzyszenia „Polski Recykling”. „Zmienić ten stan ma system rozszerzonej odpowiedzialności producentów (ROP), w ramach którego firma wprowadzająca produkt w opakowaniu na rynek będzie partycypować w kosztach recyklingu odpadów opakowaniowych, wedle zasady >>zanieczyszczający płaci<<. Nowy system ma premiować firmy wykorzystujące surowce wtórne i dbające o środowisko naturalne. Organizacje zrzeszające przedsiębiorców z branży recyklingu popierają takie rozwiązanie. Postulują również lokację nowego systemu w agencji rządowej, która zagwarantuje przejrzystość, ustanowienie regulatora ds. ROP i rzetelną weryfikację systemu poprzez BDO. Gotowość w zakresie uporządkowania systemu wykazuje Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej” - wyjaśnia prezes. Stanowisko branży recyklingowej zyskuje uznanie samorządów odpowiedzialnych za lokalną gospodarkę komunalną. „W Polsce recyklerzy stworzyli sprawny system odzysku surowców, spełniający wyśrubowane unijne wymogi w zakresie gospodarowania odpadami. Równolegle funkcjonuje system tzw. opłaty produktowej oparty o organizacje odzysku opakowań. Dziś wiemy, że ten system nie sprawdza się" - zaznacza Piotr Grzelak, zastępca prezydenta miasta Gdańsk, reprezentujący również Związek Miast Polskich. „Organizacje odzysku zdejmują obowiązek zapewnienia poziomów odzysku i recyklingu odpadów z przedsiębiorców wprowadzających opakowania lub produkty w opakowaniach po bardzo niskich stawkach, a ich działanie przybrało formę handlu tzw. kwitami. W rezultacie wsparcie branży recyklerskiej jest fikcyjne” - dodaje samorządowiec. „System ROP w Polsce jest na etapie konsultacji, nie znamy projektu, ale branża oczekuje zmian" - wyjaśnia Jarosław Roliński z NFOŚiGW. „W miejsce rynku odpadów zaistniał rynek dokumentów potwierdzających odzysk i recykling dla przedsiębiorców wprowadzających opakowania na rynek oraz szara strefa. Co istotne, obecna sytuacja powoduje, że rosną opłaty mieszkańców za wywóz śmieci, koszty obróbki polskich śmieci spadają na recyklerów, a zyski z produkcji i sprzedaży opakowań zostają na kontach producentów" - zauważył przedstawiciel NFOŚiGW. Jerzy Zając, przedstawiciel KIGO z branży gospodarki odpadami zaznacza, że od 2021 roku Polska będzie musiała ponieść opłatę za niewykonanie wskazanego przez UE poziomu recyklingu. „To znaczne koszty, które zgodnie z obecnymi przepisami prawa poniosą recyklerzy i obywatele, a nie producenci czy dostawcy opakowań. System ROP nadzorowany przez NFOŚiGW i Ministerstwo Klimatu i Środowiska byłby gwarancją, że te pieniądze wrócą na polski rynek” - wyjaśnia. Unia Europejska odchodzi od termicznego przetwarzania odpadów w nowej perspektywie na lata 2021-27. Dostosowanie polskiego prawa do przepisów europejskich w zakresie gospodarki odpadami komunalnymi ma służyć ograniczeniu powstawania odpadów i należytemu ich recyklingowi.

Pandemia nie zniechęciła pracowników z Ukrainy do przeprowadzenia się do Polski

Co trzeci pracownik z Ukrainy zatrudniony w Polsce chciałby na stałe zamieszkać w naszym kraju, a niemal co czwarty wolałby przeprowadzić się na kilka lat. Świadczą o tym wyniki badania socjologicznego , przeprowadzonego przez EWL S.A. oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego w grudniu 2020 roku.

Badanie pokazało, że zamieszkać w Polsce na dłużej chce 57,3% obywateli Ukrainy, czyli najwięcej od trzech lat (o 2,3 pkt. proc. więcej niż w 2019 roku oraz o 8,9 pkt. proc. więcej niż w 2018 roku). Udział ukraińskich pracowników, którzy chcieliby osiedlić się w Polsce na stałe, wzrasta nieprzerwanie od 2018 roku. W 2018 roku chętnych do pozostania było 22,1%, w 2019 – 32,7%, a w 2020 – 33,2%.Coraz więcej pracowników z Ukrainy chce pozostać w Polsce

Ponadto, w porównaniu z zeszłorocznym badaniem, w 2020 roku wzrosła liczba Ukraińców, którzy chcieliby zamieszkać w Polsce na czas kilku lat – 24,1% wobec 22,3% w 2019 roku. O niemal połowę zmalała natomiast liczba pracowników z Ukrainy, którzy nie chcieliby by przeprowadzić się do Polski – z 29,8% do 15,7%.

“Z naszych badań, przeprowadzonych w trakcie pandemii, wynika, że pracownicy zagraniczni bardzo dobrze oceniają zarówno zachowanie polskich pracodawców, jak i kroki administracji państwowej. Ponadto podczas pandemii polska gospodarka ucierpiała stosunkowo najmniej wśród krajów Unii Europejskiej i zdecydowanie mniej, niż gospodarka ukraińska. Tak więc nie dziwi nas wzrost zaufania wśród pracowników z Ukrainy do naszego kraju i naszych pracodawców oraz większa chęć pozostania w Polsce” – komentuje wyniki badania Andrzej Korkus, prezes EWL S.A.

Badanie zostało przeprowadzone przez EWL S.A. oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego w dniach 10-14 grudnia 2020 roku. Metodą CAWI (Computer Assisted Web Interview) przebadanych zostało 1230 obywateli Ukrainy, zatrudnionych w Polsce.

Rząd oficjalnie popiera nieruchomościowe inwestycje. Niestety niektóre nadchodzące zmiany podatkowe temu przeczą

W przypadku przepisów podatkowych, koniec roku zawsze jest bardzo ciekawy. Chodzi o to, że rząd zwykle stara się szybko przyjąć zmiany, które będą obowiązywały od 1 stycznia. Trudno ukryć, że takie modyfikacje przepisów często są opracowywane zbyt późno, a ich kształt również wzbudza spore wątpliwości. Jeżeli chodzi o przełom 2020 roku oraz 2021 roku, to dodatkowym akcentem jest kryzys gospodarczy, który zmusza rząd do poszukiwania nowych źródeł wpływów do budżetu. Taka budżetowa motywacja prawdopodobnie stoi za zmianami podatkowymi, które utrudnią nieruchomościowe inwestycje. Wyjaśniamy, dlaczego taki efekt nowych przepisów jest bardzo prawdopodobny. Na pocieszenie pozostanie niektórym inwestorom możliwość ryczałtowego rozliczania przychodów z najmu nieruchomości.

Nasz artykuł w bardzo dużym skrócie:

  • Już w 2021 r. spółki nieruchomościowe będą musiały płacić podatek od sprzedaży swoich udziałów przez osoby i firmy nieposiadające rezydencji podatkowej w Polsce.
  • Spółkami nieruchomościowymi będą firmy posiadające krajowe nieruchomości i prawa do nich o wartości ponad 10 mln zł (min. 50% aktywów).
  • Wspomniane spółki teoretycznie będą tylko płatnikami, ale może się zdarzyć, że faktycznie zapłacą podatek (19%) zamiast zbywcy ich udziałów.

Poniżej prezentujemy więcej informacji na ten temat. Dotyczą one również dodatkowych obowiązków firm nieruchomościowych.

Spółki nieruchomościowe czekają obciążenia i formalności

Na portalu NieruchomosciSzybko.pl niedawno pojawił się artykuł dotyczący zmian w zasadach ryczałtowego opodatkowania przychodów z najmu. Warto wiedzieć, że zmiany przepisów odnośnie ryczałtu zostały wprowadzone przez tę samą ustawę, która utrudni nieruchomościowe inwestycje. „Mowa o ustawie z dnia 28 listopada 2020 r. o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. 2020 poz. 2123)” – informuje Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Najogólniej rzecz ujmując, wspomniana ustawa przewiduje przeniesienie na spółkę nieruchomościową obowiązku zapłaty podatku z tytułu zbycia udziałów w sytuacji, gdy zbywca nie jest polskim rezydentem podatkowym. Do końca 2020 roku, obowiązek płatności podatku ma sprzedawca udziałów. Wraz z nowym rokiem, formalności oraz de facto obciążenia związane z podatkami przejdą na spółkę nieruchomościową. Ustawodawca oczywiście tłumaczy, że nowe zasady mają służyć uszczelnieniu systemu podatkowego. Spółki prowadzące nieruchomościowe inwestycje zwracają jednak uwagę, że nowe przepisy mocno utrudnią ich działalność. „Takie spółki nie będą bowiem jedynie płatnikami podatku. W wielu sytuacjach poniosą one faktyczne koszty opodatkowania sprzedanych udziałów” – ostrzega Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Ważna wydaje się również opinia Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan wskazująca, że nowe przepisy przerzucają konsekwencje sprzedaży udziałów na tych inwestorów, którzy nadal są udziałowcami. Ocenę nowych regulacji niewiele zmienia fakt, że mają być one stosowane tylko przy zbyciu udziałów lub akcji zapewniających co najmniej 5% praw głosu. Identyczna zasada będzie dotyczyć zbycia ogółu praw i obowiązków dającego min. 5% udziału w zyskach spółki niebędącej osobą prawną oraz zbycia co najmniej 5% tytułów uczestnictwa. „Jak widać, ustawodawca dobrze zadbał, aby wszystkie duże nieruchomościowe inwestycje były objęte nowymi regulacjami” – mówi Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Rząd zdefiniował również samą spółkę nieruchomościową

Nowe przepisy utrudnią nieruchomościowe inwestycje również dlatego, że wprowadzają one kontrowersyjną definicję samej spółki nieruchomościowej. Tylko taka spółka będzie zobowiązana do zapłacenia podatku w sytuacji, gdy jej udziały zbywa nierezydent (będący osobą fizyczną lub prawną). Generalnie rzecz biorąc, jako spółki nieruchomościowe mają być zakwalifikowane podmioty, w przypadku których polskie nieruchomości oraz prawa do nieruchomości są warte ponad 10 mln zł i stanowią co najmniej połowę wartości aktywów. „W przypadku działających spółek, kryterium będzie także udział przychodów powiązanych z nieruchomościami na poziomie min. 60%” – podkreśla Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Można przypuszczać, że spółki prowadzące nieruchomościowe inwestycje poprzez kształtowanie struktury aktywów będą chciały unikać nowych przepisów. Wynika to nie tylko z faktu, że rząd próbuje przerzucać na firmy obowiązki płatnika podatku należnego od sprzedaży udziałów lub akcji przez nierezydentów. Warto także podkreślić, że spółki nieruchomościowe będą musiały po zakończeniu roku podatkowego informować fiskusa o swoim akcjonariacie. „Podatnicy posiadający istotny udział w spółce nieruchomościowej (min. 5%) zostaną z kolei zobowiązani do corocznego poinformowania fiskusa o tym fakcie” – dodaje Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Spółka odpowie podatkowo za zaniedbania udziałowców

Nieruchomościowe inwestycje utrudni również ważna zmiana wprowadzona do ordynacji podatkowej. Nowy przepis z artykułu 30 paragraf 5a punkt 7 ordynacji podatkowej wskazuje, że spółka nieruchomościowa będzie odpowiedzialna za zapłatę podatku nawet wtedy, gdy brak płatności wynika z winy zagranicznego podatnika. Taki nierezydent teoretycznie powinien przekazać spółce nieruchomościowej środki dla polskiego fiskusa. Z egzekwowaniem wspomnianego obowiązku może jednak pojawić się problem. „Opisywana regulacja niestety stanowi kolejny dowód na to, że fiskus próbuje obciążać spółki nieruchomościowe konsekwencjami działań ich byłych udziałowców” – komentuje Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Opisywane podejście jest kolejnym czynnikiem, który ograniczy skalę dużych inwestycji w nieruchomości na terenie Polski. Warto wspomnieć, że wcześniej rząd de facto zrezygnował z działań, które miały na celu utworzenie polskich REIT-ów jako zdefiniowanych prawnie i podatkowo podmiotów. „Prace nad rządowym projektem ustawy o firmach inwestujących w najem nieruchomości nie posunęły się do przodu od jesieni 2018 roku” – podsumowuje Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Źródło: Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Większość sieci handlowych zrezygnowało ze sprzedaży żywych karpi

Stowarzyszenie Otwarte Klatki opublikowało raport dot. wycofania żywego karpia ze sprzedaży i zmian w branży handlowej. W raporcie przedstawiono najnowsze wyniki badań opinii publicznej, aktualną sytuację branży rybnej oraz zmiany na polskim rynku w kwestii sprzedaży żywych karpi.

Polska jest jednym z największych hodowców karpi w Unii Europejskiej – produkcja w naszym kraju stanowi ok. ⅓ produkcji w UE. Zgodnie z szacunkami Polskiego Stowarzyszenia Przetwórców Ryb, ok. 80% wyprodukowanego w Polsce karpia przeznaczane jest na produkcję wyrobów przetworzonych, a w ciągu najbliższych 3-4 lat sprzedaż karpia w postaci żywej spadnie do nieznacznej wielkości. Najwięcej karpi sprzedawanych jest w okresie Świąt Bożego Narodzenia – jak wskazują autorzy raportu, w 2018 r. aż 80% sprzedaży tej ryby na rynku krajowym przypadło na grudzień. W tym czasie możliwe jest nie tylko kupno karpia w postaci dzwonków czy fileta, ale też żywej ryby.

Organizacje prozwierzęce od kilku lat zwracają uwagę na liczne problemy dobrostanowe, które wiążą się z transportem żywych ryb oraz ich ubojem dokonywanym przez niewykwalifikowane do tego osoby. Coraz więcej sieci handlowych rezygnuje ze sprzedaży żywych karpi, mając na uwadze ich dobrostan. Jak podają autorzy raportu, niemal wszystkie największe sieci handlowe operujące w Polsce, z wyjątkiem MAKRO i E.Leclerc, nie sprzedają żywych karpi (Lidl, Biedronka, Aldi, Piotr i Paweł, Bi1, Tesco, Selgros Cash&Carry, Kaufland, Auchan) lub zadeklarowały ich wycofanie w najbliższych latach (Carrefour – wprowadził ograniczenie w sprzedaży żywych karpi w 2020 r. – ubój ryb na miejscu – i zadeklarował całkowite wycofanie ich z oferty do 2021 roku, o czym przedstawiciele firmy poinformowali m.in. w swojej gazetce, podkreślając troskę o dobrostan zwierząt). Wśród motywacji najczęściej przytaczanych przez przedstawicieli firm, które wycofały żywego karpia ze sprzedaży są dobrostan zwierząt oraz dostosowanie się do zmieniających się wymagań konsumentów.

Decyzje sieci sklepów przybliżają koniec sprzedaży żywych karpi, czego świadomi są zarówno hodowcy karpia, dyrektorzy sklepów, jak i konsumenci – mówi Maria Madej, Menadżerka Relacji Biznesowych w Stowarzyszeniu Otwarte Klatki – W Polsce jeszcze tylko dwie z największych sieci handlowych – Makro i E.Leclerc – kontynuują tę praktykę. Zarówno oczekiwania konsumentów widoczne w badaniach opinii publicznej, jak i rozwój przetwórstwa i rynku alternatyw roślinnych jasno pokazują, że jest to praktyka sprawiająca rybom niepotrzebne cierpienie i nie ma na nią miejsca w XXI wieku – dodaje Madej.

Jaki stosunek do sprzedaży żywych ryb mają Polacy? Według badań przeprowadzonych przez Biostat w grudniu br. 59% ankietowanych uważa, że sprzedaż żywych ryb, w tym karpi, nie zapewnia zwierzętom odpowiednich warunków. 45,3% respondentów mówi, że w ogóle nie kupuje karpia na święta, natomiast spośród osób, które go kupują, jedynie 29,8% kupuje żywą rybę (pozostali kupują karpia ubitego w sklepie, tuż przed zakupem – 28% lub w postaci przygotowanych wcześniej płatów, tuszek, dzwonków, itp. – 42,2%). Co więcej, ponad połowa badanych (59%) wskazuje, że jeśli w ofercie sklepu nie będzie karpia żywego, to zdecyduje się na zakup karpia w innej postaci w tym sklepie.

Od stycznia spodziewany paraliż w wymianie handlowej między Wielką Brytanią a krajami UE. To zagrożenie dla działalności polskich firm

Wielka Brytania nie chce unii celnej z krajami Wspólnoty, nie zanosi się też na osiągnięcie porozumienia w sprawie warunków wymiany handlowej. Za 10 dni może więc nastąpić paraliż w handlu między Zjednoczonym Królestwem a kontynentalną Europą. Choć będzie on bardziej dotkliwy dla Brytyjczyków niż krajów unijnych, to może też dla wielu polskich firm oznaczać straty, a nawet zagrożenie dla ich działalności. Największe obawy mają producenci żywności.

– Miękki brexit oznaczałby, że Wielka Brytania opuszcza Unię Europejską, natomiast zostaje w unii celnej i w jednolitym rynku europejskim. Wiemy, że Brytyjczycy tego nie chcą, więc będzie twardy brexit – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Dembiński, główny doradca Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej (BPCC). – Jeżeli nie dojdzie do umowy, to mamy dwie możliwości: jedną jest wystąpienie Wielkiej Brytanii bez umowy, co będzie dla niej klęską gospodarczą, a druga jest taka, że po prostu przesunie ona termin o kolejne trzy–sześć miesięcy.

Obywatele Wielkiej Brytanii w referendum przeprowadzonym 23 czerwca 2016 roku podjęli decyzję o wystąpieniu z Unii Europejskiej. Pierwotnie miało ono nastąpić 29 marca 2019 roku, następnie termin ten przesunięto na 12 kwietnia, potem na 31 października, wreszcie na 31 stycznia 2020 roku. Teoretycznie tego dnia Zjednoczone Królestwo przestało być członkiem Wspólnoty, praktycznie jednak niewiele się zmieniło, ustalono bowiem czas do końca roku na wynegocjowanie warunków współpracy między UE a Wielką Brytanią. Na osiągnięcie konsensusu się nie zanosi.

– Jeśli nie będzie podpisanej umowy, to Wielka Brytania będzie handlowała z Unią Europejską na podstawie reguł stworzonych przez Światową Organizację Handlu. One będą decydujące dla poziomów taryf celnych na różne produkty – mówi Michał Dembiński. – Takie małe rzeczy, typu chipy komputerowe czy farmaceutyka, to jest 2–3 proc. Natomiast najwyższe taryfy celne są na produkty rolnicze, tutaj mamy np. wołowinę – 58 proc., mleko w hurcie – 200 proc., sery – 75 proc. To będzie naprawdę ogromny cios, przede wszystkim dla brytyjskich eksporterów. Trzeba też brać pod uwagę, że dla Polski Wielka Brytania jest trzecim największym rynkiem eksportowym po Niemczech i Czechach.

Wielka Brytania jest trzecim największym odbiorcą polskich produktów, przy czym dystans do drugich Czech nie jest wielki i w ubiegłych latach oba kraje wymieniały się miejscami. Między styczniem a październikiem 2020 roku Zjednoczone Królestwo odpowiadało za 5,7 proc. polskiego eksportu, podczas gdy nasz południowy sąsiad za 5,9 proc., a kolejna Francja za 5,6 proc. Najważniejszym kupcem polskich produktów pozostają nieustająco Niemcy z udziałem na poziomie 28,6 proc. Jeśli chodzi o polski eksport sektora rolno-spożywczego, to Wielka Brytania zajmuje drugie miejsce, za Niemcami, z wynikiem na poziomie 9 proc. ogółu sprzedaży zagranicznej. Po trzech kwartałach jego wartość sięgnęła prawie 10 mld zł. Jest także ważnym odbiorcą polskich usług (druga pozycja, za Niemcami, 7,8 proc.). Wśród nich są zarządzanie biznesem, telekomunikacja, usługi informatyczne, informacyjne oraz transportowe.

Jak wyjaśnia resort rozwoju, wśród prawdopodobnych, najważniejszych negatywnych skutków bezumownego brexitu są cła na większość towarów na poziomie stawek dla państw trzecich, konieczność zapłaty VAT od importu towarów na granicy, zmiany w zasadach poboru akcyzy, długie i wnikliwe kontrole graniczne, celne, fitosanitarne czy weterynaryjne.

– Na pewno przez kilka tygodni będą puste sklepy. To, co widzieliśmy na początku COVID-u, jak opustoszały półki w brytyjskich supermarketach, to był raczej skutek panicznych zakupów niż długotrwałych wstrząsów w łańcuchu dostaw. A teraz zobaczymy, że systematycznie będą spadały przepływy produktów z Unii Europejskiej do Wielkiej Brytanii – przewiduje główny doradca Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej. – Kryzys wywołany koronawirusem i brexit spowodują, że wzrost gospodarczy Wielkiej Brytanii w przyszłym roku będzie bardzo niski, jeżeli w ogóle będzie. Brytyjczycy muszą się dostosować do nowych realiów, które dla nich będą dość bolesne.

Produkt krajowy brutto Wielkiej Brytanii wzrósł w III kwartale 2020 roku o 15,5 proc. kwartał do kwartału (w II kwartale spadek wyniósł 19,8 proc.). W ujęciu rok do roku PKB zmniejszył się w III kwartale o 9,6 proc. po spadku w II kwartale o 21,5 proc.

Dla polskich firm i obywateli najistotniejszą kwestią jest jednak los Polaków mieszkających na Wyspach, możliwość kontaktu z nimi i koszt podtrzymywania relacji. Dotyczy to ponad 900 tys. osób. Jest to największa grupa cudzoziemców w Zjednoczonym Królestwie.

Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii podkreśla, że prawa pobytowe polskich obywateli przebywających w Wielkiej Brytanii do końca okresu przejściowego są uregulowane już w ramach umowy o wystąpieniu. Mogą oni, jeżeli przybędą do niej przed 31 grudnia br., ubiegać się o tzw. settled status lub pre-settled status.

– Widać, że sporo osób aplikowało o obywatelstwo brytyjskie. Natomiast jest też sporo Polaków, którzy przyjeżdżają na kontrakt krótkoterminowy. I dla nich mamy coś nowego, czyli frontier worker status – informuje Michał Dembiński. – Pracownikom, którzy już byli kilkakrotnie w Wielkiej Brytanii, będzie znacznie łatwiej tam wrócić, ale Polak, który dostał kontrakt na budowę kilkutygodniową lub kilkumiesięczną, a który jeszcze tam nigdy nie był, będzie miał większe problemy.

Główny doradca Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej przekonuje jednak, że podróżowanie po 1 stycznia będzie bardziej uwarunkowane przez COVID-19 niż przez brexit. Przypomnijmy także, że do końca 2021 roku będzie możliwy wjazd do Wielkiej Brytanii na podstawie polskiego dowodu osobistego. Od 2022 roku trzeba będzie mieć paszport.

– Kolejna kategoria dotyczy pracy, do której będzie potrzebna wiza, gdzie są pracownicy pożądani przez rynek pracy w Wielkiej Brytanii, przede wszystkim ci, którzy mają wyższe wykształcenie. Tutaj Brytyjczycy wprowadzili system bardzo podobny do tego, co mają w Australii, gdzie się nalicza punkty, że młodsza osoba ma więcej punktów niż starsza, podobnie jak osoba z wyższym wykształceniem ma więcej punktów niż ktoś ze średnim – wyjaśnia ekspert. – Jeżeli ktoś ma wystarczająco punktów plus ofertę pracy z Wielkiej Brytanii, to tę wizę otrzymuje. Zatem faktycznie będą zmiany, nie wszystkie będą wprowadzone od razu 1 stycznia, to będzie robione stopniowo, niektóre w ciągu sześciu, a inne w ciągu 12 miesięcy.

W tzw. point-based system podstawą oceny będą dodatkowo znajomość języka angielskiego, posiadane kompetencje, konieczność osiągnięcia wymaganego progu wynagrodzenia i uprzednie uzyskanie zgody na przyjazd.

W czasie pandemii Polacy zmienili podejście do zabezpieczenia finansowego. Aż 90 proc. deklaruje, że będzie oszczędzać

Dbanie o bezpieczeństwo finansowe może być jednym z długotrwałych skutków pandemii i spowodowanego przez nią kryzysu. Dziś tylko 23 proc. Polaków czuje się odpowiednio zabezpieczonych finansowo, czyli posiada oszczędności wyższe niż sześć miesięcznych pensji. Zamiar odkładania na czarną godzinę lub inny dowolny cel deklaruje jednak 90 proc. badanych – wynika z Prudential Family Index. Prawie co trzeci Polak, który odkłada nadwyżki finansowe, zamierza przeznaczać na oszczędności więcej niż dotychczas. Pandemia zwiększyła też skłonność do kupowania polis na życie. Obawy o finanse są w wielu przypadkach silniejsze niż o zdrowie. 

Zgodnie z badaniem Prudential Family Index, które przeprowadziliśmy we wrześniu 2020 roku, jeszcze przed rozpoczęciem drugiej fali pandemii, większość Polaków bała się bardziej o swoje finanse niż o zdrowie. Ponad 1/3 ankietowanych obawiała się pogorszenia sytuacji finansowej, około 1/3 badanych miała obawy zarówno o kwestie finansowe, jak i zdrowotne, a jedynie 16 proc. najbardziej bało się zachorowania – komentuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jarosław Bartkiewicz, prezes Prudential Polska.

Niepokoje Polaków znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości – ponad połowa respondentów przyznaje, że doświadczyła pogorszenia sytuacji finansowej w wyniku pandemii COVID-19.

Najbardziej dokuczliwym doświadczeniem Polaków jest drożyzna w sklepach (51 proc.), a około 40 proc. ankietowanych było zmuszonych do ograniczenia swoich wydatków. Prawie co trzeci podkreśla, że jego wynagrodzenie/dochody uległy zmniejszeniu. Co czwarty był zmuszony naruszyć swoje oszczędności, a 28 proc. – zrezygnować z wyjazdu wakacyjnego z powodu obaw związanych ze zdrowiem.

– Co ciekawe, wśród pięciu najbardziej dotkliwych doświadczeń związanych z pandemią cztery dotyczą finansów, a tylko jedna dotyka kwestii zdrowotnych – zauważa Jarosław Bartkiewicz.

Jednocześnie ponad 90 proc. Polaków deklaruje, że oszczędza i będzie to robić w przyszłości. 27 proc. twierdzi, że będzie odkładać większe kwoty, ale 14 proc. – że ich oszczędności będą mniejsze niż dotychczas z uwagi na obniżenie pensji bądź konieczność naruszenia posiadanych zapasów finansowych. Spośród osób, które dotąd nie miały w zwyczaju oszczędzać, aż połowa zapowiada, że zacznie to robić.

Silne bodźce, takie jak światowa pandemia, zawsze mają mocne oddziaływanie i skłaniają ludzi do większej refleksji. Miejmy nadzieję, że te pozytywne deklaracje naszych rodaków, wśród których aż 90 proc. oszczędza bądź zamierza to robić, przyniosą długotrwały efekt i zamienią się w czyny – dodaje prezes Prudential Polska.

Eksperci przyznają, że minimalna poduszka finansowa na czas kryzysu powinna wynosić równowartość ponad sześciu miesięcznych pensji. Taką jednak dysponuje jedynie 23 proc. badanych.

– 65 proc. Polaków ma mniejsze oszczędności niż równowartość sześciu miesięcznych pensji. Około 1/3 Polaków deklaruje posiadanie zabezpieczenia na poziomie jednej–trzech pensji – mówi Jarosław Bartkiewicz.

W czasie pandemii równie niezbędne jak oszczędności staje się posiadanie polisy na życie. Ponad 40 proc. Polaków uważa, że takie ubezpieczenie stało się koniecznością. Rośnie także odsetek deklarujących, że jest to przejaw roztropności i rozsądku.

W 2017 roku w naszym badaniu Prudential Family Index około połowy osób odpowiedziało, że ubezpieczenie na życie to przejaw roztropności, a w 2020 roku aż 2/3 ankietowanych jest tego zdania. Oczywiście miało na to wpływ poczucie zagrożenia wywołane pandemią. Dzięki temu wzrosła świadomość klientów, a co za tym idzie przydatność ubezpieczeń na życie i potrzeba posiadania tego typu polis – zauważa prezes Prudential Polska.

Coraz więcej Polaków ma indywidualną polisę życiową. W 2017 roku deklarowało to 40 proc. ankietowanych, a obecnie jest to ponad 56 proc. Rośnie też liczba osób posiadających polisy grupowe zapewniane np. przez pracodawcę.

– Dodatkowe elementy zawarte w polisie na życie, np. ubezpieczenie na wypadek poważnego zachorowania, pobytu w szpitalu czy utraty zdolności do pracy, w trudnych momentach życiowych mogą okazać się realnym wsparciem dla ubezpieczonego i jego rodziny. Posiadanie polisy na życie nie jest już tak często postrzegane jako przywilej dla bogaczy lub wymuszona konieczność. Polacy dostrzegają coraz większą wartość z posiadania tego typu produktów – podsumowuje Jarosław Bartkiewicz.

W ciągu ostatnich trzech lat znacząco spadł odsetek osób bez żadnego ubezpieczenia – z 33 do 19 proc. Jednocześnie dwukrotnie wzrósł odsetek badanych, którzy deklarują, że posiadają więcej niż jedną polisę na życie (z 8 do 16 proc.).