Nakładanie danin podczas kryzysu może okazać się gwoździem do trumny wielu firm. Niektóre branże już dziś ledwo sobie radzą

Od stycznia wchodzi w życie tzw. podatek cukrowy, nakładający na producentów napojów obowiązek odprowadzania opłaty za dosładzanie produktów, bez względu na to, czy jest dodawany cukier, czy jego zastępniki. Zdaniem Marka Moczulskiego, prezesa firmy Unitop, wprowadzanie kolejnej daniny w czasie, gdy branża gastronomiczna i jej dostawcy walczą o przetrwanie, jest niezrozumiałe. Przedstawia on pięć postulatów do rządu, które ułatwiłyby działanie firm, nie tylko branży spożywczej i gastronomicznej.

– Podatek cukrowy jest kolejnym obciążeniem dla firm, chyba już 25. w ostatnich kilku latach. Jest niczym innym jak kosztem, który będą musieli ponieść zarówno producenci, jak i konsumenci, bo należy pamiętać, że od 1 stycznia ceny napojów, które zawierają cukier, wzrosną o 30–40 proc., jeśli nie więcej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Moczulski, prezes Unitopu, producenta słodyczy, m.in. chałwy i sezamków. – Jest to bardzo niefortunny moment. Mamy do czynienia z sytuacją kryzysową, która będzie dla nas istotnym wyzwaniem. Kryzys dopiero się rozpoczyna, wprowadzenie kolejnego podatku teraz jest niepotrzebne i niezrozumiałe.

1 stycznia producenci słodzonych napojów będą musieli uiszczać tzw. opłatę cukrową. Składać się ona będzie z dwóch części: stałej i zmiennej. Pierwsza wyniesie 0,50 zł na litr w przypadku, gdy zawartość substancji słodzącej nie przekracza 5 g na 100 ml napoju. Druga to 0,05 zł za każdy gram cukru lub słodzika powyżej tej granicy. Z pierwszej opłaty zwolnione będą napoje z zawartością soków owocowych i warzywnych powyżej 20 proc. Dodatkowo za napoje energetyzujące, zawierające na przykład kofeinę czy taurynę, producenci płacić będą dodatkowe 10 gr za litr. Opłacie nie będą podlegać izotoniki.

Branża od niemal roku, gdy powstał pierwszy projekt ustawy, argumentuje, że tak sformułowane przepisy nie spowodują, że wybory Polaków staną się zdrowsze, czym jest on uzasadniany, bo konsumenci sięgną po napoje najtańsze, a te powstają ze sztucznych składników. Niezrozumiałe dla producentów wydaje się także obłożenie opłatą np. napojów słodzonych bezkalorycznymi słodzikami czy naturalną stewią.

Podatek, nazywany przez rząd „opłatą”, dotknie nie tylko producentów napojów, ale też ich dostawców (sadowników), odbiorców (sklepy, hurtownie, gastronomię) i konsumentów. Dla wielu przedsiębiorców może to oznaczać konieczność zakończenia działalności.

– Zamknięte restauracje i punkty gastronomiczne ponoszą konkretne straty, zwalniają ludzi, nie mają wystarczającego obrotu. Sprzedaż na wynos tego nie rekompensuje, być może pozwala na utrzymywanie się na powierzchni, ale to jest wegetacja – tłumaczy Marek Moczulski. – Z kolei ci, którzy dostarczali do HoReCa, a więc wszyscy producenci mięsa, produktów mlecznych czy napojów, w początkowym okresie mieli potężny problem, latem była pewna odwilż i teraz znów borykają się z tym samym problemem. Statystyki są coraz gorsze, bo branża gastronomiczna wpada w długi. Około 10 proc. firm gastronomicznych wpadło w istotne pętle zadłużenia, według statystyk to jest już ponad 700 mln zł nieuregulowanych długów. Ci, którzy sprzedawali do branży gastronomicznej, też mają problemy.

Dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor wskazują, że w drugi lockdown pod koniec października branża gastronomiczna wchodziła z prawie 700 mln zł zaległości. Przed wiosennym zamknięciem było to mniej niż 650 mln zł.

Jak wynika z badania Instytutu Keralla Research dla BIG InfoMonitor, cokwartalnego badania wykonywanego wśród 500 mikroprzedsiębiorstw oraz małych i średnich firm, w ostatnim kwartale roku problem faktur przeterminowanych o co najmniej dwa miesiące zaczyna dotyczyć zdecydowanie większej grupy biznesów. Jeszcze w III kwartale odsetek firm skarżących się na takie zaległości topniał, np. w 2019 roku wynosił 50 proc., a w tym już tylko 33 proc., ale w IV kwartale wzrósł on do prawie 46 proc. Co trzecia firma mówi, że przyczyną tych kłopotów jest pandemia.

Marek Moczulski proponuje swój zestaw postulatów, których wprowadzenie poprawiłoby sytuację przedsiębiorców.

– Określę to „piątką Moczulskiego”. Po pierwsze, żadnych nowych podatków, żadnych nowych danin, bo część nazywa się dowcipnie opłatą: deszczową, cukrową czy innymi. Po drugie, jeśli jakakolwiek regulacja ma być wprowadzona dla biznesu, to dwie regulacje, które istnieją w tej chwili, muszą być wyrzucone z ustawodawstwa – przekonuje prezes Unitopu. – Trzeci postulat jest taki, że jakakolwiek regulacja, która ogranicza swobodę działalności gospodarczej, musi mieć odpowiednio długi okres karencji, a jakiekolwiek skutki, jeśli są finansowe, muszą być właściwie policzone. Najlepszym przykładem jest słynna piątka antyhodowlana, dowcipnie nazywana piątką dla zwierząt, gdzie po prostu nic nie policzono i próbowano wręcz zabronić legalnie działającej działalności hodowli, plus ograniczyć hodowlę nie tylko tzw. futrzaków, ale też bydła czy innych zwierząt. W czasach kryzysu to jest niewybaczalne.

Podobnie było z podatkiem cukrowym. Projekt został przedstawiony do konsultacji w piątek 20 grudnia 2019 roku, tuż przed świętami, Nowym Rokiem i świętem Trzech Króli, gdy wiele osób planowało wolne. Jako termin zgłaszania opinii wyznaczono 10 stycznia br., a podatek miał pierwotnie obowiązywać już od 1 kwietnia. Producenci przekonywali, że to zbyt krótki okres, by opracować nowe receptury produktów. Podawali też przykład Wielkiej Brytanii, gdzie branża dostała dwa lata na przygotowanie się do nowych przepisów. Ostatecznie ze względu na pandemię przesunięto datę na 1 lipca, a potem prace nad nowym prawem zawieszono. Latem zostały jednak wznowione i pod koniec sierpnia prezydent Andrzej Duda podpisał uchwaloną ustawę.

– Kolejny element mojej piątki jest taki, żeby rząd łaskawie nie przeszkadzał w prowadzeniu działalności gospodarczej, tylko usprawnił sądownictwo. Wymiar prawa i liczba stanowionych praw jest po prostu zbyt duża. I piąty postulat – wróćmy do prostej ustawy o działalności gospodarczej, która uwolniła inicjatywę Polaków i dała im skrzydła w 1989 roku i przez kilka następnych lat – konkluduje Marek Moczulski.

Ustawa z 23 grudnia 1988 roku o działalności gospodarczej, zwana „ustawą Wilczka” od nazwiska ówczesnego ministra przemysłu Mieczysława Wilczka, miała bardzo liberalny charakter i położyła podwaliny pod rozwój drobnej przedsiębiorczości Polaków. Liczyła sześć rozdziałów rozpisanych na zaledwie pięciu stronach.

Już prawie 80 proc. Polaków uważa zagrożenia środowiskowe za poważne. Nadal jednak ich wiedza na temat zmian klimatycznych jest niewielka

Zdaniem 97,5 proc. klimatologów za kryzys klimatyczny odpowiada człowiek. Świadomość społeczna tego faktu jest coraz większa: tylko 3 na 100 Polaków nie dostrzega niszczącego wpływu człowieka na środowisko – wynika z nowej edycji raportu „Ziemianie atakują”. Co istotne, największe wyzwania środowiskowe według badanych stanowią zanieczyszczenie plastikiem, niedobory wody i susze, natomiast na globalne ocieplenie wskazuje tylko co czwarty z nas. Wobec ubiegłego roku poziom wiedzy Polaków na ten temat praktycznie się nie zmienił i choć zaniepokojenie stanem planety rośnie, to nie idzie z nim w parze edukacja.

Poziom wiedzy Polaków na temat zmian klimatu i problemów środowiskowych sprawdził Kantar na potrzeby raportu „Ziemianie atakują”, opracowywanego wspólnie z UN Global Compact. Z badania wynika, że mieszkańcy naszego kraju mają do kwestii środowiskowych coraz bardziej wyrobiony stosunek.

– Znacząco wzrosła liczba osób, które uważają, że obecne zagrożenia związane z klimatem są poważne i wymagają jak najszybszej reakcji decydentów i działań społecznych. Ten odsetek zwiększył się z 72 do 78 proc. w tym roku, co pokazuje znaczący wzrost zainteresowania problemami klimatycznymi – mówi agencji Newseria Biznes Kuba Antoszewski, PR manager Kantar Polska.

– Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest dobrze. 78 proc. Polaków mówi, że Ziemia znalazła się w krytycznym momencie, że trzeba zacząć działać. To wzrost w porównaniu do zeszłego roku. Polacy wiedzą też, że to człowiek jest odpowiedzialny za zmiany klimatyczne. Natomiast kiedy zaczniemy drążyć, to okazuje się, że te zmiany klimatu są niespecjalnie zrozumiałe – wyjaśnia Mateusz Galica, lider projektu Ziemianie Atakują, prezes firmy doradczej Lata Dwudzieste.

55 proc. Polaków ocenia swój stan wiedzy na temat problemów środowiskowych jako przeciętny, a 32 proc. – jako duży. Jednak wyniki dziesięciopunktowego testu, które oddają faktyczny stan wiedzy, są dużo gorsze i pokazują, że na ogół jest ona bardzo mała (20 proc.), niska (43 proc.) albo umiarkowana (20 proc.). Z raportu „Ziemianie atakują” wynika także, że wobec ubiegłego roku poziom wiedzy Polaków na ten temat praktycznie się nie zmienił i – choć zaniepokojenie stanem planety rośnie – to nie idzie z nim w parze edukacja, która stworzyłaby realną szansę na zmianę zachowań społecznych i konsumenckich.

– Narodowo test zdaliśmy średnio na 2+, więc jest słabo. Zwłaszcza że kluczem do zmian i podjęcia działań jest właśnie poziom wiedzy na temat środowiska – ocenia Mateusz Galica.

W oczach Polaków największe wyzwania środowiskowe stanowią w tej chwili zanieczyszczenie środowiska odpadami i plastikiem (40 proc.), niedobory wody i susze (38 proc.), przekształcanie środowiska naturalnego pod działalność człowieka (np. wycinanie lasów pod tereny przemysłowe, rolnicze czy drogowe – 33 proc.), zanieczyszczenie powietrza i smog (32 proc.), które uplasowało się ex aequo z zanieczyszczeniem mórz i oceanów. Kwestie klimatyczne znalazły się natomiast na dole rankingu. Gwałtowne zjawiska pogodowe (huragany, tornada, powodzie, pożary) postrzega jako wyzwanie 31 proc. Polaków, a na globalne ocieplenie wskazuje tylko co czwarty (26 proc.).

– Polacy utożsamiają problemy środowiskowe głównie z plastikiem i odpadami, czasami ze smogiem. W ubiegłym roku także z suszą, bo o niej było głośno. Natomiast nikt nie uczy o tym w szkołach, a media informują w najróżniejszy i mało konsekwentny sposób. Wciąż jeszcze zdarza się, że niektóre tytuły wręcz kwestionują zmiany klimatyczne i odpowiedzialność człowieka za te zmiany, twierdząc np., że mamy jakiś etap naturalnego cyklu – mówi lider projektu Ziemianie Atakują.

Co trzeci badany zalicza się do grupy tzw. Dobrzeżyjów, którzy nie uważają, że obecna sytuacja jest na tyle zła, żeby trzeba było podejmować radykalne działania. Nie winią też za nią działalności człowieka ani gospodarki opartej na węglu. Co dziewiąty badany w ogóle nie wierzy w ekologię, a kwestii środowiskowych nie traktuje jako swojego osobistego problemu. Osoby należące do tej grupy nie robią nic, by zmienić sytuację, nawet nie segregują śmieci. Na drugim końcu zestawienia jest grupa tzw. Nieczekajów, czyli osób świadomych, które są gotowe do pewnych zmian.

– Ci, którzy wiedzą więcej i są bardziej świadomi zagrożeń klimatycznych, są gotowi na zmianę swojej codziennej konsumpcji, szczególnie dotyczy to opakowań, a czasami też poważniejszych wyrzeczeń. Oczywiście im bardziej trzeba za te wyrzeczenia zapłacić z własnego portfela, tym jest trudniej. Natomiast główna refleksja, którą mamy po analizie tych danych, jest taka, że ludzie czują się zbyt mali wobec ogromu zmian klimatycznych i raczej zwracają się w stronę przywódców. Jeśli już do nich dotarło, że coś złego dzieje się z klimatem, to jedynym efektem może być depresja klimatyczna. Żeby wydostać się z tej depresji, trzeba znaleźć liderów politycznych i biznesowych, którzy mają narzędzia, żeby tworzyć wspólnoty, i pomóc im zrobić to, co należy – wyjaśnia Mateusz Galica.

Autorzy tegorocznego raportu „Ziemianie atakują” podkreślają fakt, że zdaniem 97,5 proc. klimatologów to człowiek odpowiada za kryzys klimatyczny, a obecna sytuacja jest poważna. Dziś nie ma już prawie żadnej instytucji naukowej, uniwersytetu czy innej instytucji edukacyjnej, która podważałaby negatywny wpływ działalności człowieka na klimat. Według ostatniego raportu Międzyrządowego Zespołu ds. Zmiany Klimatu (IPCC) stale postępuje utrata kriosfery, zakwaszanie oceanów i mórz oraz podnoszenie się ich poziomu, a temperatury na Ziemi będą wciąż rosnąć – w negatywnym scenariuszu o 3,7 stopnia Celsjusza do 2100 roku, co spowoduje kryzys i katastrofę cywilizacyjną na niespotykaną dotąd skalę. Będzie to przyczyną m.in. katastrofalnych braków wody, suszy, pożarów, niedoborów żywności czy zalania terenów zamieszkanych przez dużą część populacji świata.

– Niszczący wpływ człowieka na środowisko jest dostrzegalny gołym okiem – podkreśla Kamil Wyszkowski, przedstawiciel i prezes rady UN Global Compact w Polsce. – Nie przez przypadek ONZ w grudniu każdego roku już od 26 lat spotyka się na szczytach klimatycznych, żeby rozmawiać o fenomenie, jakim jest ignorowanie ryzyka przez decydentów. Ryzyko związane ze wzrostem średnich temperatur dotknie przede wszystkim gatunki stałocieplne, a takie na planecie Ziemia są dwa: ptaki i ssaki, do których zalicza się też homo sapiens, czyli my, ludzie.

Według badań Instytutu Monitorowania Mediów, który jest partnerem raportu „Ziemianie atakują”, od początku 2019 roku zainteresowanie tematyką środowiskową rosło. Kontrowersje wokół szczytów klimatycznych i tysiące publikacji sprawiały, że polityka klimatyczna była obecna w mainstreamowej  narracji. Wszystko zmieniła pandemia, kiedy problem zmian klimatycznych w mediach zszedł na drugi plan. Liczba informacji w mediach na ten temat zaczęła znacząco spadać.

Według danych przytaczanych w raporcie „Ziemianie atakują” zmiany klimatyczne nie zwolniły w czasie pandemii. Jak wynika z raportu Światowej Organizacji Meteorologicznej (WMO), w ubiegłym i bieżącym roku stężenie gazów cieplarnianych w atmosferze stale rosło, a redukcje obserwowane w związku ze spowolnieniem gospodarczym wymuszonym lockdownem nie są wystarczające, żeby ustabilizować problem globalnego ocieplenia. Lata 2016–2020 będą prawdopodobnie pięcioma najcieplejszymi latami w historii pomiarów. Z kolei według ostatniego raportu Programu Środowiskowego ONZ (UNEP) za ubiegły rok luka emisyjna – czyli niewystarczający poziom redukcji emisji gazów cieplarnianych zgodnie z porozumieniem paryskim – jest większa niż kiedykolwiek.

– Jeśli ktoś ma rozwiązać ten problem, to oczywiście nie sama planeta, tylko człowiek, który ma do tego narzędzia, technologię i pieniądze, ale musi się na to zdecydować – podkreśla Kamil Wyszkowski. – ONZ próbuje zbudować trudny kompromis tak, żebyśmy jak najszybciej jako ludzkość zrezygnowali z emisji gazów cieplarnianych ze spalania paliw kopalnych, bo właśnie ten naddatek paliw kopalnych spowodował, że nam się klimat rozregulował. Oceany i zieleń na świecie zwyczajnie nie są w stanie wchłonąć więcej CO2 i metanu, bo już skończyły się ich zdolności absorpcyjne, a człowiek cały czas namnaża kolejne tony rocznie właśnie tych substancji.

Pełna wersja raportu „Ziemianie atakują” dostępna jest na stronie: https://ziemianieatakuja.pl/

Black Friday – okazja czy złudzenie szalonych promocji

Wśród konsumentów popularna jest teoria, że sklepy – w okresie poprzedzającym Black Friday – podnoszą ceny, aby następnie je obniżyć, dając w ten sposób złudzenie szalonych promocji. Badanie przeprowadzone przez Sembot.com i CENTEO odsłania kulisty tego, co dzieje w Czarny Piątek po drugiej stronie lady. Wynika z niego, że 26 proc. sklepów rzeczywiście winduje ceny przed świątecznym szaleństwem zakupowym, lecz przyczyna takiego działania leży zupełnie gdzie indziej. 

9 mld USD, zgodnie z doniesieniami raportu Adobe Analytics, wydali w tym roku Amerykanie na zakupy online podczas Black Friday. W Cyber Monday ten wskaźnik sięgnął poziomu 10,8 mld USD. Złożyły się na to, jak donosi National Retail Federation, decyzje zakupowe 174 milionów Amerykanów, którzy z pewnością są przekonani – podobnie jak wielu innych klientów na całym świecie – że zrobili świetny interes.

Święto konsumpcjonizmu

Black Friday “wynaleziono”, rzecz jasna, w USA. Jest to zawsze pierwszy piątek wypadający po Święcie Dziękczynienia, które z kolei obchodzone jest w czwarty czwartek listopada. Ponieważ Święto Dziękczynienia jest wydarzeniem bardzo uroczystym i rodzinnym, wielu Amerykanów w piątek po tym dniu brało (i bierze do dziś) urlop, by nieco wypocząć i pobyć z bliskimi. A gdzie lepiej spędza się wolny czas, jak nie na zakupach? Ten fakt postanowili wykorzystać sprzedawcy, którzy właśnie w piątek po Święcie Dziękczynienia zaczęli obniżać ceny, przyznawać rabaty i organizować promocje, byle tylko przyciągnąć jak najwięcej kupujących w zaczynającym się właśnie sezonie bożonarodzeniowym. Tak zrodziła się tradycja Czarnego Piątku.

Początkowo na ten dzień czekali tylko mieszkańcy Stanów Zjednoczonych, ale w miarę postępu globalizacji, także w innych krajach sprzedawcy zwęszyli okazję i importowali największe święto konsumpcjonizmu na własne podwórka. Dziś ze świecą szukać kraju, w którym przynajmniej część sklepów nie organizowałaby promocji z okazji Czarnego Piątku.

Nad Wisłę ta tradycja zawitała w połowie drugiej dekady obecnego wieku. Zawitała i przyjęła się, podobnie jak wiele innych “nowinek” z Zachodu. Polacy pokochali Czarny Piątek. Jak donosi OVHcloud, zaledwie 9 proc. z nas nie planowało korzystać z ofert przygotowanych na ten dzień, czy nawet tydzień, bo przecież w wielu sieciach handlowych zorganizowany został Black Week. W tym roku – tylko przy pomocy BLIK-a – na zakupy z tej okazji wydaliśmy około 2,2 mld zł.

Cenowy regulator popytu

O tym jak wygląda Black Friday od kuchni dowiadujemy się z badania przeprowadzonego przez Sembot.com i CENTEO. Wynika z niego, że w okresie od 20 listopada do 15 grudnia sklepy mają problem z obsługą ogromnej liczby spływających w tym czasie zamówień. 26 proc. badanych sklepów internetowych przyznało, że w okresie poprzedzającym Black Friday podniosło ceny swoich produktów, z czego 100 proc. zrobiło to w celu wyhamowania popytu z powodów logistycznych. Co ciekawe, aż 74 proc. przebadanych firm nie prowadziła żadnych znaczących działań promocyjnych z okazji czarnego piątku lub całkowicie go zignorowała.

Działa tutaj prosty, w miarę oczywisty mechanizm – wyjaśnia Bartosz Ferenc, współwłaściciel i pomysłodawca Sembot.com, aplikacji do zarządzania kampaniami reklamowymi e-commerce w Google Ads i jednej z największych agencji PPC w Polsce, oraz CENTEO, rozwiązania do optymalizacji widoczności ofert i automatyzacji sprzedaży w porównywarce Ceneo.pl. – Sklepy doskonale wiedzą, że z okazji Black Friday zaleje je „miliard” zamówień. Wywiązanie się z nich przed świętami nie będzie zaś łatwym zadaniem. Dlatego wolą mieć „pół miliarda” zamówień i być w stanie wszystkie zrealizować. Do regulacji popytu używają zaś ceny.

Wyniki badania CENTEO pokrywają się z raportem przygotowany przez Deloitte we współpracy z Dealavo, w ramach którego przeanalizowano oferty ponad 1000 sklepów internetowych. Okazało się, że – w porównaniu do piątku 20 listopada – podczas Black Friday obniżki cen w ramach promocji sięgnęły średnio 3,4 proc. W tym samym czasie średni wzrost cen wyniósł 3,42 proc. W rezultacie Polakom z Black Friday została tylko obco brzmiąca nazwa. Jak to się jednak dzieje, że promocje są, choć ich nie ma?

Z rozmów z osobami prowadzącymi sklepy, badanymi na potrzeby raportu Sembot.com i CENTEO wynika, że w tym okresie popyt często przewyższa podaż. Po prostu sprzedawcy nie są w stanie uzupełniać towaru na bieżąco, tak szybko jest on zbywany. Założyciel Sembot.com i CENTEO przyznaje: – Znam przypadek sklepu z branży wnętrzarskiej, którego właściciele byli zmuszeni podnieść ceny ze względu na braki surowca potrzebnego do produkcji sprzedawanego towaru. W ten właśnie sposób starali się ograniczyć popyt. Przez konsumentów, szczególnie w przypadku produktów z długim procesem zakupowym, takie działanie sklepu jest odbierane jako podnoszenie cen w prime time w celu maksymalizacji zysków. Tymczasem zmiana wynikała z konieczności zniwelowania liczby zamówień tak, aby nie była ona wyższa niż zdolności produkcyjne, co gwarantuje szybką wysyłkę do klienta. Inne środki po prostu nie pomagały. Sklep próbował na przykład wpłynąć na popyt poprzez ograniczenie kampanii reklamowych, ale nie dawało to pożądanych rezultatów. Jedynym czynnikiem, mającym realny wpływ na kupujących, była właśnie cena.

W zaklętym kręgu

W efekcie nie brakuje konsumentów, którzy są święcie przekonani, że tak naprawdę mamy do czynienia z Fake Black Friday. Popularna jest teoria, że sklepy sztucznie podnoszą ceny na kilka tygodni czy dni przed Czarnym Piątkiem, aby w tym dniu je obniżyć, co daje złudzenie promocji, która przyciąga kupujących. A jaka jest prawda? Bartosz Ferenc z CENTEO nie przychyla się do tej opinii: – Choć na pozór tak można zinterpretować działanie sklepów, to przyczyny tego zachowania są inne, niż twierdzą kupujący. Z naszych danych wynika, że sklepy najpierw przed okresem świątecznym podnoszą ceny, aby wyhamować popyt. Następnie, w Black Friday, obniżają je do wartości zbliżonych do stanu sprzed podwyżki, po czym produkty wracają do cen wyższych. W ten sposób sklepy są w stanie utrzymać aktywną ofertę przez okres świąteczny i oczywiście mieć wyższą marżę jednostkową. Popyt w Czarny Piątek jest tak duży, że ponadprzeciętnie atrakcyjna oferta wyczyściłaby każde zapasy magazynowe, czego przykładem są kończące się w sekundę po starcie promocje na Allegro.pl, w których oferowane są przecież tysiące sztuk produktu.

Można więc pokusić się o wniosek, że współczesny Black Friday stał się ofiarą swojej własnej popularności, a wraz z nim klienci, którzy liczą na niecodzienne promocje. Kiedyś Czarny Piątek miał obniżkami cen zachęcić do rozpoczęcia sezonu przedświątecznych zakupów. Zrobił to jednak na tyle skutecznie, że dziś sklepy nie są w stanie podołać popytowi. – W Polsce mamy inną specyfikę sprzedawców niż w USA. Rządzą u nas małe sklepy, które nie mają takich możliwości magazynowych. Aby sprawnie funkcjonować muszą zmniejszyć popyt, a więc podnoszą ceny. W Black Friday lecą one w dół, bo taka jest tradycja i tego wymaga klient – tłumaczy założyciel CENTEO i dodaje, że ich wartości nie spadają tak bardzo, jak oczekiwaliby tego kupujący, bo dalsza obniżka zakłóciłby podaż towaru przez sklep. To zrozumiałe, że konsumenci czują się rozczarowani, jednak zamiast robić zakupy w miarę swoich potrzeb, z następnymi większymi inwestycjami znów poczekają na kolejny Black Friday, licząc, że tym razem upolują „mega promocję”. Czy tak się stanie? Z badania przeprowadzonego przez CENTEO wynika, że jest to mało prawdopodobne. Wiadomo natomiast, że takie podejście konsumentów zamyka zaklęty krąg niezmiennych praw rządzących podażą i popytem, który wpływa na kształtowanie się cen towarów, nie dając przy tym sklepom innego sposobu na wpłynięcie na popyt, jak tylko poprzez podniesienie cen. W rzeczywistości konsumenci płacą za produkty tyle samo, co pod koniec października, jednak przekreślona cena w ofercie daje im poczucie odniesienia dodatkowej korzyści.

Amerykańscy naukowcy twierdzą, że koronawirus dostaje się do mózgu. Skutki jego działania mogą być długotrwałe

Chociaż jest to głównie choroba układu oddechowego, COVID-19 atakuje inne narządy, w tym mózg. Naukowcy odkryli, że białko kolca, często przedstawiane jako czerwone ramiona wirusa, może przekroczyć barierę krew–mózg u myszy. Same białka kolczaste mogą powodować mgłę mózgu. Ponieważ dostają się do niego, przedostaje się tam również sam wirus. – Wiele skutków, jakie wywołuje COVID-19, może być zaakcentowanych, utrwalonych lub nawet spowodowanych przez dostanie się wirusa do mózgu, i mogą trwać bardzo długo – wskazuje William A. Banks.

U niektórych osób, które zachorują na koronawirusa, pojawiają się objawy neurologiczne. Część chorych miewa napady psychozy, inni doświadczali stanu podobnego do delirium. W kwietniu grupa w Japonii opublikowała pierwszy raport o osobie z COVID-19, która miała obrzęk i stan zapalny w tkankach mózgu. W innym raporcie opisano pacjenta z pogorszeniem mieliny, otoczki tłuszczowej, która chroni neurony i zazwyczaj jest nieodwracalnie uszkodzona w chorobach neurodegeneracyjnych, jak np. stwardnienie rozsiane.

– Wiele skutków, jakie wywołuje wirus COVID-19, może być zaakcentowanych, utrwalonych lub nawet spowodowanych przez dostanie się wirusa do mózgu, a skutki te mogą trwać bardzo długo – wskazuje William A. Banks, profesor medycyny w Szkole Medycznej Uniwersytetu Waszyngtońskiego.

Naukowcy ze Szkoły Medycznej Uniwersytetu Waszyngtońskiego oraz Healthcare System w badaniu opublikowanym w „Nature Neuroscience” twierdzą, że białko kolca, często przedstawiane jako czerwone ramiona wirusa, może przekroczyć barierę krew–mózg u myszy. Same białka kolczaste mogą powodować mgłę mózgu. Ponieważ do mózgu dostaje się białko kolca, prawdopodobnie również sam wirus przedostaje się do niego.

– Białko S1 prawdopodobnie powoduje, że mózg uwalnia cytokiny i produkty zapalne – tłumaczy William A. Banks.

Wypustki wirusa, białko S1, dyktują, do których komórek może on wejść. Zwykle wirus robi to samo, co jego białko wiążące, zaś białka wiążące, takie jak S1, zwykle same powodują uszkodzenia, ponieważ oddzielają się od niego i powodują stan zapalny. Białko S1 prawdopodobnie powoduje, że mózg uwalnia cytokiny i produkty zapalne. Burza cytokin i zespół uwalniania cytokin to z kolei zagrażające życiu ogólnoustrojowe zespoły zapalne, obejmujące podwyższony poziom krążących cytokin i hiperaktywację komórek układu odpornościowego. Nadmierna produkcja cytokin prozapalnych prowadzi do zaostrzenia zespołu ostrej niewydolności oddechowej i rozległego uszkodzenia tkanek.

Taką reakcję naukowcy zaobserwowali już wcześniej w przypadku wirusa HIV. Okazało się, że białko S1 w SARS-CoV2 i białko gp 120 w HIV-1 działają podobnie. To glikoproteiny – białka, które zawierają dużo cukrów i łatwo wiążą się z innymi receptorami. Oba te białka działają jako ramiona dla wirusów, chwytając inne receptory. Oba przekraczają barierę krew–mózg. Białko S1, podobnie jak gp120, jest prawdopodobnie toksyczne dla tkanek mózgu.

– Wiemy, że pacjenci zainfekowani koronawirusem z chorobą COVID-19 mają problemy z oddychaniem z powodu infekcji w płucach. Dodatkowym wyjaśnieniem tych problemów jest to, że wirus dostaje się do ośrodków oddechowych mózgu i tam również wyrządza szkody – przekonuje William A. Banks.

Naukowcy odkryli także, że transport S1 był szybszy w opuszce węchowej i nerkach samców niż samic. To zaś prawdopodobnie oznacza, że mężczyźni mogą być częściej narażeni na cięższe następstwa COVID-19.

Inteligentne wózki zrewolucjonizują transport w fabrykach. To dla przedsiębiorców szansa na obniżenie kosztów i poprawienie wydajności

Transport może obecnie stanowić nawet połowę kosztów prowadzenia działalności. Ograniczenie do minimum roli człowieka wewnątrz fabryk czy magazynów pozwoli obniżyć nie tylko koszty osobowe, lecz także te generowane w wyniku ludzkich pomyłek. Polski start-up opracował inteligentny system, w którym pracowników zastępują zrobotyzowane wózki, co pozwala niemal w pełni zautomatyzować pracę np. na halach produkcyjnych.

– Jesteśmy w stanie realizować procesy transportu np. między poszczególnymi liniami produkcyjnymi a magazynem i robić to w sposób kontrolowany, w pełni zautomatyzowany, a jednocześnie zbierać dane o tym procesie, analizować je w celu jego optymalizacji – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Michalski, współzałożyciel, odpowiadający za sprzedaż zagraniczną, biznes i product development w VersaBox.

Polski start-up stworzył Autonomy@Work, czyli system autonomicznych pojazdów przeznaczonych do inteligentnej intralogistyki – transportowania towarów wewnątrz magazynów lub hal produkcyjnych. Oprócz zrobotyzowanych wózków na system składa się też oprogramowanie pozwalające na ich pozycjonowanie i wytyczanie optymalnych tras z uwzględnieniem przeszkód, które należy ominąć. Wózki mają ładowność do 700 kg, a ich baterie pozwalają efektywnie pracować przez 8 godzin.

– Procesy realizowane w sposób manualny nie do końca są kontrolowane. Natomiast dobrze zaprojektowany i wdrożony system automatyczny zawsze będzie działał tak samo, zawsze w sposób powtarzalny i poprawny. Dzięki temu  unikamy różnych pomyłek, które mogą się zdarzyć, kiedy ten proces jest sterowany przez ludzi – ocenia Jakub Michalski.

System wdrożono już w kilkunastu przedsiębiorstwach, m.in. w Polsce, w Czechach i we Francji. Rozwiązania obejmujące automatyzację procesów magazynowych stosuje także e-commerce’owy gigant Amazon, który korzysta z mobilnych platform transportowych w rozdzielniach. Zautomatyzowane procesy magazynowe wykorzystuje też polska grupa Neuca, działająca w branży farmaceutycznej. W nowym centrum dystrybucyjnym spółki funkcjonuje magazyn wyposażony w automat do wydawania produktów szybkorotujących, które stanowią około 70 proc. oferty, oraz przenośniki transportujące nawet do 2,8 tys. pojemników na godzinę.

Automatyzacja transportu wewnątrz magazynu pozwala jednak nie tylko na znaczne przyspieszenie pracy, lecz także na lepszą kontrolę procesów wewnętrznych w firmie.

– Kiedy wdrażamy taki automatyczny system transportu, a towar transportują roboty, w każdym momencie wiemy, co się z nim dzieje. Wiemy, kiedy towar został zamówiony, kiedy przyjechał robot, kiedy ten towar zabrał, ile czasu zajęło mu przewiezienie go z punktu A do punktu B. Wiemy też, co zdarzyło się po drodze, jakie ewentualnie były komplikacje. Potrafimy analizować te dane zbierane przez robota w celu optymalizacji tego procesu. Czyli wiemy, że np. gdzieś towar wychodził za wolno, być może coś się stało wcześniej, robot przyjechał, musiał czekać. Jadąc, pokonywał daną trasę, czasem dłużej niż przeciętnie, to znaczy, że też coś po drodze się działo – tłumaczy ekspert.

Nawigacja wózkami odbywa się z wykorzystaniem lidarów, czyli skanerów laserowych, rozpoznających otoczenie wokół robota. Technologią uzupełniającą, pozwalającą na pracę w dynamicznie zmieniających się warunkach, jest natomiast ultradźwiękowy system wizyjny. Tego typu systemy są jednak stale uzupełniane o najnowsze rozwiązania umożliwiające jeszcze bardziej efektywną pracę.

– Pojawiają się nowe sensory bez elementów ruchomych, które stosowane są np. w samochodach autonomicznych. Pozwalają skanować przestrzeń w różnych płaszczyznach, czyli jest to skanowanie 3D. Z drugiej strony mamy coraz bardziej zaawansowane systemy wizyjne, które z kolei pozwalają nam obserwować otoczenie robota w 3D, analizować je i odpowiednio reagować – mówi Jakub Michalski.

Możliwość wyręczenia człowieka w kwestii transportu towarów wewnątrz magazynu pozwoli firmom rozwiązać jeden z najpoważniejszych obecnie problemów, jakim jest niedobór pracowników magazynowych. Z badań przeprowadzonych przez BNP Paribas Real Estate Poland zagrożenie takie dostrzega 75 proc. przedsiębiorców z sektora magazynowo-logistycznego. Prawie 70 proc. ankietowanych spodziewa się w związku z tym wzrostu kosztów.

– Między 40 a 50 proc. kosztów stanowi transport. Jeśli jesteśmy w stanie je trochę obniżyć, to są realne oszczędności i proces staje się bardziej ekonomicznie uzasadniony. W momencie, kiedy jakaś czynność jest wykonywana przez ludzi, istnieje też ryzyko, że nastąpi jakaś pomyłka, coś zostanie dowiezione nie tam, gdzie trzeba. Problemem jest też duża rotacja pracowników. Kiedy doświadczeni pracownicy zmieniają pracę, przychodzą ludzie, których trzeba wdrażać, szkolić, co także generuje koszty – wylicza współzałożyciel VersaBox.

Zdaniem ekspertów w najbliższych latach automatyzacji będzie podlegało coraz więcej procesów magazynowych. Potwierdza się to w przewidywaniach analityków LogisticsIQ. W najnowszym raporcie, uwzględniającym wpływ COVID-19 na gospodarkę, zakładają oni, że rynek automatyki magazynowej, wyceniany w 2019 roku na 15 mld dol., wzrośnie do 2026 roku do poziomu 30 mld dol.

– Marzeniem każdej korporacji czy dużego przedsiębiorstwa są „czarne magazyny”, w których ludzi jest bardzo mało i są oni potrzebni do obsługi urządzeń, ale nie wykonują  monotonnych, powtarzalnych czynności. Procesy są tańsze choćby z tego powodu, że nie trzeba grzać ani oświetlać tej przestrzeni. Produkcja w sposób ciągły i powtarzalny może odbywać się bez udziału człowieka – przekonuje Jakub Michalski.

PKN ORLEN pozostanie sponsorem tytularnym zespołu Alfa Romeo Racing ORLEN w 2021 r.

PKN ORLEN pozostanie sponsorem tytularnym zespołu Alfa Romeo Racing ORLEN w 2021 roku. Koncern nadal będzie obecny na najsławniejszym paddocku na świecie, a Robert Kubica będzie wzmacniał zespół jako kierowca testowy. Wraz z przedłużeniem umowy, kontynuowany zostanie również program szkolenia młodzieży w ramach ORLEN Akademii Kartingowej, prowadzonej przez Sauber Motorsport.

– Nasza inwestycja w partnerstwo z zespołem Alfa Romeo Racing ORLEN przekłada się na wymierne korzyści – tylko w 2020 r. osiągnęliśmy ponad 400 mln złotych ekwiwalentu reklamowego, czyli trzy razy więcej niż w poprzednim sezonie. To najlepiej pokazuje potencjał rozwojowy tej dyscypliny z punktu widzenia sponsora. Umiejętnie wykorzystujemy go na rynku polskim, gdzie nasza współpraca z ARRO i Robertem aktywnie wspiera naszą sprzedaż detaliczną, w tym pozapaliwową. Tylko w trzecim kwartale br. wypracowaliśmy rekordowy zysk operacyjny w tym segmencie na poziomie 1 mld zł. Jednocześnie, sponsoring tytularny zespołu Alfa Romeo Racing ORLEN wzmacnia rozpoznawalność marki ORLEN na świecie i zwiększa jej prestiż. To z kolei ułatwia realizację ambitnych celów biznesowych i konkurowanie z globalnymi graczami – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

W ramach współpracy z ARRO w ostatnim sezonie logotyp ORLEN był wyraźnym elementem malowania bolidu i kombinezonów, a funkcję kierowcy testowego objął Robert Kubica. Pochodzący z Krakowa zawodnik wziął udział w sześciu sesjach treningowych, dzieląc się z teamem swoim wieloletnim doświadczeniem.

– Moja pasja jest też pracą i czuję się szczęściarzem, że dzięki współpracy z PKN ORLEN jestem w stanie tę pasję realizować. Moja rola w Alfa Romeo Racing ORLEN to oczywiście bycie w padoku. Możliwość jeżdżenia bolidem Formuły 1 jest czymś naprawdę wyjątkowym i za każdym razem, gdy do niego wsiadam, adrenalina, którą odczuwam jest nieporównywalna względem żadnej innej serii – mówi Robert Kubica, zawodnik ORLEN Team.

Marka ORLEN w 2020 r. pojawiła się w ponad 100 tysiącach artykułów, które według danych Meltwater zostały wyświetlone ponad 359 miliardów razy. Z kolei ekwiwalent reklamowy z tytułu obecności marki ORLEN w mediach społecznościowych poprzez team ARRO wyniósł 7,5 miliona euro, czyli ponad 33 miliony złotych. Zasięg materiałów pozycjonujących markę ORLEN na kanałach społecznościowych teamu Alfa Romeo Racing ORLEN przekroczył 200 milionów odbiorców, a na kanałach własnych PKN ORLEN 35 milionów. Rywalizację na torze F1 transmituje 51 krajowych telewizji, a łączna widownia według badań Nielsen sięga 400 mln widzów. Według badań Nielsen TV Exposure Analysis z 2020 roku, w ciągu pierwszych 10 miesięcy 2020 roku ekwiwalent reklamowy dla marki ORLEN wyniósł ponad 400 milionów złotych. Oznacza to ponad trzykrotny wzrost względem 2019 roku.

Alfa Romeo Racing ORLEN w bolidzie C39 w 2020 r. wziął udział w 17 weekendach wyścigowych. Łącznie, zespół prowadzony przez Frederica Vasseura, pojawił się w dwunastu krajach na dwóch kontynentach, zajmując na koniec sezonu ósme miejsce w klasyfikacji konstruktorów. Ograniczenia spowodowane pandemią, nie tylko zmodyfikowały kalendarz, ale także otworzyły nowe możliwości współpracy. W ciągu całego sezonu odbyło się wiele dodatkowych aktywności prezentowanych na kanałach social media, ale też wirtualne spotkania z zawodnikami, spacery po garażu i spotkania z konstruktorami. Były one wykorzystywane przez PKN ORLEN w działaniach promocyjnych kierowanych do kluczowych grup interesariuszy.

Współpraca z Alfa Romeo Racing ORLEN została również wykorzystana na potrzeby obchodów 100. rocznicy „Cudu nad Wisłą”, który tymczasowo zastąpił znane wszystkim fanom motoryzacji wydarzenie VERVA Street Racing. Ważne dla Polski wydarzenie historyczne zostało uczczone w wyjątkowy sposób – Robert Kubica w bolidzie zespołu rywalizował na ulicach Warszawy z Bartłomiejem Marszałkiem – drugim zawodnikiem ORLEN Team reprezentujących barwy Koncernu w motorowodnej Formule 1. Dzięki unikalnemu konceptowi oraz wieloetapowym działaniom w mediach i digital, projekt Cud Nad Wisłą odnotował rekordowe zasięgi w historii działań sponsoringowych PKN ORLEN. Publiczność na kanałach własnych Koncernu przekroczyła 23 mln. Wskaźniki zaangażowania na profilu ORLEN Team wzrosły siedmiokrotnie w stosunku do okresu porównawczego sprzed pandemii (styczeń-luty 2020), a na profilach korporacyjnych ponad dwukrotnie. Działania w prasie, internecie i mediach audiowizualnych zapewniły 198 publikacji o zasięgu na poziomie 26,7 mln użytkowników, a oglądalność premierowego materiału w telewizji wyniosła 5,8 mln. Z kolei treści kierowane do społeczności globalnej na kanałach Alfa Romeo Racing ORLEN dotarły do 1,2 mln odbiorców.

Zespół ARRO, na czele z kierowcami – Kimim Räikkönenem, Antonio Giovinazzim i Robertem Kubicą, wziął również udział w dwóch  kampaniach promocyjnych PKN ORLEN. Ponadto pokazowy bolid zespołu Alfa Romeo Racing ORLEN przez cztery miesiące odwiedził 9 miast w różnych częściach Polski, gdzie  obejrzało go około pół miliona fanów. Samochód szwajcarskiej ekipy był prezentowany między innymi w Karpaczu, w siedzibie głównej PKN ORLEN w Płocku czy w warszawskim Centrum Olimpijskim.

W przyszłym sezonie ekspozycja marki ORLEN w dalszym ciągu będzie widoczna na bolidach zespołu, między innymi na tylnym i przednim skrzydle, obręczy halo, lusterkach oraz na sekcjach bocznych. Logotyp widoczny będzie także na klatce piersiowej i plecach kombinezonów oraz w trzech miejscach na kaskach wszystkich kierowców. Dodatkowo znajdzie się także na odzieży mechaników i personelu zespołu oraz na transporterach, wnętrzu garażu i motorhome.

Motorsport to ważny element budowania globalnego zasięgu marki ORLEN. Produkty Koncernu są dostępne w ponad 120 krajach na całym świecie, a 60 proc. przychodów generowanych jest na rynkach zagranicznych. Również na polskim rynku, zaangażowanie w F1 i współpraca z jedynym Polakiem znajdującym się w prestiżowym gronie kierowców przynosi wymierne korzyści. Roberta Kubicę spontanicznie kojarzy z PKN ORLEN ponad 70 proc. respondentów, co ma pozytywny wpływ na efektywność reklam, ale też kampanii społecznych. Dodatkowo, co piąty polski kierowca deklaruje, że ze względu na współpracę Koncernu z Robertem Kubicą częściej korzysta z oferty stacji PKN ORLEN.

Rzecznik MŚP apeluje do Premiera o wsparcie wszystkich najbardziej poszkodowanych przez pandemię

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców Adam Abramowicz w stanowisku skierowanym do Prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego zaapelował o bezzwłoczne uzupełnienie wsparcia rządowego dla przedsiębiorców, których działalność została zamknięta rozporządzeniami Rady Ministrów. W ocenie Rzecznika MŚP obecny katalog kodów PKD nie obejmuje wszystkich przedsiębiorców, którzy całkowicie stracili możliwość uzyskiwania przychodu.

W piśmie do Premiera Adam Abramowicz podkreśla, że bez możliwości korzystania z rządowego wsparcia pozostają firmy z PKD branż, które teoretycznie mogłyby funkcjonować, ale faktycznie pozostają zamknięte z powodu ścisłego powiązania swej działalności gospodarczej z funkcjonowaniem firm, które są obecnie zablokowane albo działają w przestrzeniach zamkniętych, jak szkoły, uniwersytety czy targi. W związku z tym w załączeniu do pisma Rzecznik przekazuje listę 36 kodów PKD, które powinno objąć się natychmiastową pomocą.

Ponadto Rzecznik MŚP zwraca uwagę, że w ustawie nie ujęto przedsiębiorców, którzy założyli firmy w grudniu 2019 oraz w roku 2020 – nawet jeżeli ich działalność zawiera się w PKD wymienionych w ustawie, ponieważ nie mogą oni wykazać się 40. proc. spadkiem obrotów rok do roku.

– Solidarność społeczna i sprawiedliwość wymaga tego, aby wszyscy ci, którzy dla dobra publicznego są w tej chwili pozbawieni całkowicie przychodu, otrzymali rekompensaty i mogli przeczekać ten trudny czas bez dramatycznych dla nich skutków. Liczę na podjęcie szybkich działań, o które proszę w imieniu swoim oraz 258 organizacji z Rady Przedsiębiorców przy Rzeczniku MŚP – podsumowuje w swoim wystąpieniu Adam Abramowicz.

Polska najatrakcyjniejszym rynkiem magazynowym w Europie

Międzynarodowe zrzeszenie firm doradczych Gerald Eve, którego członkiem jest AXI IMMO, przygotowało przewodnik po głównych rynkach magazynowo-produkcyjnych w Europie.  Publikacja prezentuje średnie stawki czynszów w 77 lokalizacjach przemysłowo-logistycznych w 20 krajach w Europie, z podziałem na obiekty big box, medium box i SBU (small business units) oraz stopy kapitalizacji na tych rynkach. Ponadto eksperci z 20 krajów członkowskich Gerald Eve przygotowali unikalne zestawienie cen gruntów pod inwestycje magazynowe w 56 głównych ośrodkach przemysłowych. Polska pozostaje jednym z najbardziej atrakcyjnych pod względem cen rynków w Europie. Wszystkie pięć rynków o najniższych czynszach w obiektach typu big box w skali europejskiej znajduje się właśnie w Polsce. Ponadto spośród dziesięciu lokalizacji o najniższych cenach gruntów, cztery to rodzime rynki.

Inwestorzy lokują kapitał w magazyny

Sektor magazynowo-produkcyjny w całej Europie korzysta z postępującego trendu związanego z rozwojem handlu w kanale e-commerce. Pandemia Covid-19 dodatkowo wzmocniła ten trend, tym samym zwiększając zapotrzebowanie na powierzchnię logistyczną.

Silna odporność sektora na dynamicznie zmieniającą się sytuację epidemiczną spowodowała wzmożone zainteresowanie ze strony inwestorów, którzy zaczęli wycofywać kapitał z gorzej prosperujących, dotkniętych pandemią segmentów nieruchomości takich jak centra handlowe, i lokować go w obiekty magazynowe i produkcyjne. Doprowadziło to do wzrostu cen transakcyjnych, a w konsekwencji do kompresji stóp kapitalizacji na wielu rynkach. Stopy kapitalizacji w logistyce pozostają najniższe w Wielkiej Brytanii, która jest uważana za najdojrzalszy i najbardziej płynny rynek nieruchomości komercyjnych w Europe. W Londynie wynoszą one 3,5-3,75% (netto). Niskie są również stawki w Niemczech, które są uważane przez inwestorów za bezpieczny i stabilny rynek do lokowania kapitału. Tu stopy kapitalizacji w głównych miastach wynoszą między 4 a 4,5% (netto). Najdroższa w skali Polski Warszawa notuje natomiast stopy kapitalizacji brutto na poziomie 5,5% dla obiektów SBU i 6,25% dla obiektów big box.

 „Z naszej analizy europejskich rynków przemysłowych wyłania się obraz sektora, który bez względu na kraj wyszedł z tegorocznego szoku gospodarczego spowodowanego pandemią Covid-19 obronną ręką. Wysoki popyt na powierzchnię logistyczną, napędzany dynamicznym rozwojem branży e-commerce, doprowadził do wzrostów stawek czynszów na wielu rynkach europejskich. Dobra kondycja sektora uczyniła z niego bezpieczną lokatę kapitału w oczach inwestorów. W rezultacie zaobserwowaliśmy wzrost cen transakcyjnych dla obiektów magazynowo-produkcyjnych, i kompresję stóp kapitalizacji na wielu rynkach europejskich”, komentuje Renata Osiecka, Partner Zarządzająca, AXI IMMO.

Polska atrakcyjna dla najemców

Średnie czynsze bazowe dla nowoczesnych obiektów big box na najważniejszych polskich rynkach są dość wyrównane i kształtują się na poziomie 3,3 – 3,5 EUR za mkw. miesięcznie w Poznaniu, 3,2-3,6 EUR w Polsce Centralnej i na Górnym Śląsku, 3,3 – 3,6 EUR na Dolnym Śląsku oraz 3,0-3,6 EUR w okolicach Warszawy. Są to jedne z najniższych stawek w całej Europie. Co więcej, w zestawieniu przygotowanym we współpracy z Gerald Eve pięć głównych polskich rynków magazynowych stanowi jednocześnie pięć najtańszych ośrodków w Europie.

Dla porównania, czynsze u naszego zachodniego sąsiada Niemiec wynoszą 5,7-6,2 EUR w najtańszym z analizowanych rynków – Kolonii i Dusseldorfie. Na najdroższym z niemieckich rynków – Monachium – czynsze dla A-klasowych obiektów big box sięgają natomiast 6,5-7 EUR. Jeszcze większa przepaść cenowa dzieli Polskę od Wielkiej Brytanii i krajów skandynawskich. W najdroższym mieście w zestawieniu – Londynie – osiągalne czynsze dla wielkopowierzchniowych magazynów sięgają 11,3 EUR.  Na drugim miejscu plasuje się Oslo (10,4 EUR), a na trzecim Helsinki (10 EUR).

Sytuacja jest podobna jeśli chodzi o obiekty magazynowe typu SBU. Polskie rynki zajmują cztery pierwsze miejsca w zestawieniu pod kątem atrakcyjności czynszów bazowych dla najemcy. Warszawa odstaje jednak od reszty kraju – stawki dla magazynów miejskich w stolicy są znacznie wyższe, między 4,0 a 5,25 EUR. W Warszawie obserwujemy dynamiczny rozwój sektora e-commerce, który przekłada się na wysokie zapotrzebowanie na obiekty logistyczne typu last mile. Tego typu obiekty wymagają lokalizacji jak najbliżej konsumenta, w pobliżu strategicznych arterii komunikacyjnych, gdzie dostępność gruntów jest ograniczona a konkurencja, również ze strony innych sektorów nieruchomości, jest wysoka, co powoduje presję cenową.

Warszawa jest jednak wciąż atrakcyjną cenowo lokalizacją miejską na tle innych rynków europejskich. Najemcy zainteresowani nowoczesnymi magazynami miejskimi w regionie Londynu muszą się liczyć z czynszami na poziomie 9,2 – 22,1 EUR za mkw. za miesiąc. Stawki w obiektach SBU w głównych niemieckich miastach to 6,7-7,2 EUR w Kolonii i Dusseldorfie, 7-7,5 EUR we Frankfurcie, 7,2-7,7 EUR w Berlinie i 7,5-8 EUR w Monachium.

„Atrakcyjne koszty najmu i gruntów, połączone z konkurencyjnymi cenami pracy i dobrej jakości infrastrukturą drogową od lat nieustannie przyciągają do naszego kraju inwestycje magazynowo-produkcyjne. Najemcy i inwestorzy często wybierają Polskę na swoje centra dystrybucyjne do obsługi całej Europy. Ponadto wysoki potencjał rozwoju rodzimego rynku, poparty świetnymi danymi makroekonomicznymi, połączony z niskimi kosztami prowadzenia działalności, zachęca nowych graczy do wejścia na rynek, a istniejących do dalszej ekspansji”, podsumowuje Renata Osiecka.

Grunty inwestycyjne

Unikalnym elementem przewodnika przygotowanego we współpracy z Gerald Eve jest zestawienie średnich cen gruntów inwestycyjnych w Europie. Raport zawiera informacje o cenach transakcyjnych dla działek w kluczowych lokalizacjach logistycznych na 56 rynkach. Tu również Polska okazuje się atrakcyjna cenowo. Tylko Południowe Morawy w Czechach i wschodnia część Słowacji oferują działki w cenie niższej niż najtańszy z głównych polskich rynków – Poznań. Warszawa – miasto pozostawia w tyle resztę kraju pod względem cen gruntów inwestycyjnych. Osiągalne jest tu 1,5 mln euro za hektar, a nawet więcej w przypadku pojedynczych transakcji. Mimo to stolica Polski jest 5,5 razy tańsza niż aglomeracja londyńska i 2,7 razy tańsza niż Monachium.

„Na tle Europy, Polska charakteryzuje się dość przejrzystymi procedurami administracyjnymi związanymi z budową nieruchomości logistycznych i magazynowych. Proces przygotowania działki objętej planem, w tym uzyskanie decyzji środowiskowej, decyzji o przyłączach i pozwolenia na budowę, zajmuje przeciętnie 12-18 miesięcy. Stanowi to przewagę konkurencyjną wobec rynków w Europie Zachodniej, gdzie uzyskanie pozwolenia na budowę wynosi często więcej niż 24 miesiące”, dodaje Renata Osiecka.

Ruszyły konsultacje strategii rozwoju regionu Centralnego Portu Komunikacyjnego

Spółka CPK stawia na zrównoważony rozwój obszaru wokół Portu Solidarność. Wspólnie z samorządowcami z 26 gmin i siedmiu powiatów z województwa mazowieckiego i łódzkiego wypracowuje optymalne rozwiązania dla regionu planowanych inwestycji. Dzisiaj ruszyły konsultacje w tej sprawie

Spółka CPK zaprosiła samorządowców do wspólnych prac nad pomysłami na rozwój przestrzenny, gospodarczy i społeczny regionu lotniskowego. Z powodu pandemii COVID-19 pierwsze spotkanie odbyło się w formie on-line.

Wbrew zarzutom przeciwników, CPK nie tworzymy wbrew opiniom mieszkańców i lokalnych liderów. Jest odwrotnie: uwzględniamy ich głos i aktywnie współpracujemy, prowadząc inwestycję. Dotyczy to nie tylko Rady Społecznej ds. CPK. Rozpoczęte dziś konsultacje są kolejnym krokiem w tym kierunku. Chcemy, aby budowa CPK przełożyła się na poprawę jakości życia dla wszystkich mieszkańców regionu – mówi Marcin Horała, pełnomocnik rządu ds. CPK.

Dzisiaj uruchomiliśmy stronę, na której każdy mieszkaniec może znaleźć informacje o postępach prac dotyczących rozwoju terenów wokół CPK. Prace CPK nad strategicznymi projektami koncentrują się wokół trzech dziedzin: obszaru Airport City, planowanych terenów mieszkaniowych i parków przemysłowo-logistycznych. Chcemy tę listę uzupełniać o projekty samorządowe. Wspólna strategia rozwoju pozwoli na to, żeby skoordynować rozwój poszczególnych gmin i uniknąć niepotrzebnych kolizji z lokalną infrastrukturą – mówi Mikołaj Wild, prezes spółki CPK.

CPK powstanie między dwoma dużymi ośrodkami: Warszawą i Łodzią, co oznacza, że jest szansą na utworzenie w sercu Polski duopolis. W województwie mazowieckim region CPK obejmuje 20 gmin:  Baranów, Wiskitki, Teresin, Sochaczew (gmina miejska i wiejska), Błonie, Żyrardów, Jaktorów, Grodzisk Mazowiecki, Nowa Sucha, Puszcza Mariańska, Mszczonów, Radziejowice, Milanówek, Brwinów, Podkowa Leśna, Michałowice, Pruszków, Piastów i Ożarów Mazowiecki. W województwie łódzkim jest to sześć gmin: Łowicz (gmina miejska i wiejska), Nieborów, Bolimów, Skierniewice (gmina miejska i wiejska).

Strategia regionu CPK będzie dokumentem wpisanym w ustawowy system zarządzania rozwojem kraju, umożliwiającym ubieganie się o środki rozwojowe: zarówno z Unii Europejskiej, jak też programów krajowych (w tym Programu Wieloletniego CPK).

Zgodnie z Koncepcją przygotowania i realizacji CPK przyjętą przez rząd w 2017 r., rozwój przestrzenny otoczenia CPK zostanie zaplanowany w celu rozwoju funkcji miastotwórczych, biznesowych, innowacyjnych, ale także społecznych i kulturalnych – przy poszanowaniu dla produkcji rolnej.

Małe ojczyzny w otoczeniu CPK będą miały szansę rozwijać się dzięki stworzeniu atrakcyjnych miejsc pracy i poprawie jakości infrastruktury. Strategia pomoże też w realizacji lokalnych projektów poprawiających jakość życia – mówi Patryk Demski, członek zarządu CPK ds. nieruchomości.– Dzisiejsze spotkanie wpisuje się w rozpoczęty przez nas dialog z samorządami. Na początku grudnia zawarliśmy porozumienie z powiatami: sochaczewskim, żyrardowskim i grodziskim w sprawie wymiany danych ewidencyjnych – przypomina.

Spółka CPK zakłada, że strategiczne zarządzanie rozwojem regionu ułatwi wspólną realizację projektów lokalnych, takich jak programy aktywizacji zawodowej mieszkańców, przygotowanie terenów inwestycyjnych pod funkcje hotelowe i biurowe, opracowanie koncepcji dla nowych obszarów mieszkaniowych, zagospodarowanie okolic stacji kolejowej (uporządkowanie parkowania, stworzenie warunków rozwoju zabudowy usługowej, poprawa dostępności dla osób niepełnosprawnych), modernizacja lokalnych dróg, w tym poprawa bezpieczeństwa pieszych i rowerzystów.

Jednym z przykładów udanej współpracy publicznego inwestora i samorządów w celu rozwoju regionu lotniskowego, na którym wzoruje się CPK, jest port lotniczy Schiphol w Amsterdamie, jeden z największych hubów w Europie.

Polski rynek pracy w bardzo dobrej kondycji pomimo koronawirusa

Polski rynek pracy wydaje się być niezwykle odporny na kryzys wywołany przez COVID-19. Skutki pandemii nie wpłynęły na dynamikę wzrostu wynagrodzeń, co potwierdziły opublikowane w tym tygodniu wyniki międzyrocznego wzrostu płac (o 4,9%) za listopad. To bardzo dobra wiadomość dla zatrudnionych, biorąc pod uwagę sytuację w gospodarce. Stopa bezrobocia wyniosła 6,1%.

Warto również wspomnieć o posiedzeniu Fedu, które odbyło się w tym tygodniu. Wskazano na nim, że podwyżki stóp procentowych powinny nastąpić najwcześniej w 2023 r. W nadchodzących miesiącach amerykański bank centralny nadal oczekuje, że gospodarka będzie zmagać się ze skutkami koronawirusa, a ożywienia gospodarczego można się spodziewać dopiero w drugiej połowie przyszłego roku. Prognozowane odbicie związane z poprawą sytuacji na rynku pracy może przekonać Fed do decyzji o ograniczaniu programu luzowania ilościowego. Zgodnie z nową prognozą PKB ma spaść w tym roku o 2,4%, a w przyszłym roku wzrośnie o 4,2%.

Złoty w tym tygodniu dalej się umacniał, notowania względem euro w piątek rano były na poziomie 4,44 PLN/EUR. Eurodolar kontynuował wzrost w tym tygodniu, oscylując na poziomie 1,226 USD/EUR pod koniec tygodnia.

Marta Pavlik, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA