Trend Capital chce podwoić skalę działalności. Firma celuje w czołówkę rynku pozabankowego finansowania dla MŚP

Trend Capital, polska firma oferująca finansowanie pomostowe dla małych i średnich przedsiębiorstw, poinformowała o przekroczeniu progu 70 mln zł wartości portfela pożyczkowego. Spółka deklaruje, że w najbliższych latach chce istotnie zwiększyć skalę działalności i znaleźć się wśród największych podmiotów na rynku pozabankowych pożyczek hipotecznych dla firm.

Według informacji przekazanych przez firmę, Trend Capital obsłużył dotychczas ponad 200 klientów, a obecnie współpracuje z blisko 100 aktywnymi przedsiębiorcami. Roczna wartość udzielanego finansowania wynosi około 35,6 mln zł. Średnia kwota pojedynczej pożyczki w ostatnich kwartałach zbliża się do 1 mln zł, natomiast maksymalne finansowanie może sięgać 4 mln zł.

Pozabankowe finansowanie jako odpowiedź na potrzeby firm

Spółka działa w segmencie finansowania pomostowego zabezpieczonego hipotecznie. Tego typu rozwiązania są kierowane przede wszystkim do przedsiębiorców, którzy potrzebują szybkiego dostępu do kapitału, na przykład w celu utrzymania płynności, realizacji kontraktu lub sfinansowania bieżących potrzeb rozwojowych.

Trend Capital wskazuje, że popyt na takie finansowanie rośnie m.in. w związku z wydłużonymi procedurami kredytowymi w bankach oraz ograniczoną dostępnością finansowania dla części branż. Według spółki klasyczne procesy bankowe mogą trwać od kilku tygodni do kilku miesięcy, podczas gdy w finansowaniu pomostowym kluczowe znaczenie ma czas decyzji i wypłaty środków.

Z oferty Trend Capital korzystają firmy z różnych sektorów gospodarki, w tym deweloperzy, firmy produkcyjne, przedsiębiorstwa z branży medycznej, transportowej, technologicznej oraz gastronomicznej.

Ambicja wejścia do pierwszej trójki rynku

Strategia spółki zakłada podwojenie skali działalności operacyjnej w ciągu około dwóch lat. Trend Capital planuje również systematycznie zwiększać wartość aktywów o 20–30 mln zł rocznie. Zgodnie z deklaracjami firmy portfel pożyczek na koniec 2027 r. ma przekroczyć 110 mln zł.

Anna Kafel-Kwiatkowska, CEO i współzałożycielka Trend Capital, ocenia, że polski rynek pozabankowego finansowania przedsiębiorstw pozostaje rozdrobniony, ale jego wartość można szacować na 3–5 mld zł. Spółka chce wykorzystać rosnące zapotrzebowanie na szybki kapitał i wejść do pierwszej trójki największych podmiotów oferujących pozabankowe finansowanie przedsiębiorstw zabezpieczone hipotecznie.

Firma informuje jednocześnie, że prowadzi proces pozyskiwania dodatkowego finansowania, które ma umożliwić dalszy wzrost portfela pożyczkowego.

Model oparty na prowizji i analizie ryzyka

Trend Capital podkreśla, że jego model biznesowy opiera się na przejrzystych kosztach dla klienta. Według informacji spółki przy terminowej spłacie pożyczki firma nie stosuje oprocentowania, a kosztem finansowania jest z góry określona prowizja. Ma to odróżniać ofertę od mniej transparentnych modeli pożyczkowych funkcjonujących wcześniej na rynku.

Istotnym elementem działalności firmy jest również analiza ryzyka. Trend Capital korzysta z autorskiego systemu scoringowego stworzonego we współpracy z firmą technologiczną Algolytics. System ma automatyzować pracę analityków i pozwalać na szybkie przygotowanie oceny ryzyka po wprowadzeniu danych.

Spółka deklaruje, że dzięki takiemu podejściu utrzymuje zdrowy portfel pożyczkowy, a wskaźnik pożyczek z opóźnieniami w spłacie pozostaje na niskim poziomie. Nie podano jednak konkretnej wartości wskaźnika NPL.

Wsparcie inwestorów instytucjonalnych

Trend Capital zwraca uwagę także na strukturę finansowania swojej działalności. Od pięciu lat spółkę finansują m.in. fundusze zarządzane przez CVI Dom Maklerski, określany w materiale jako lider rynku private debt w Europie Środkowo-Wschodniej. Ich zaangażowanie w projekt ma wynosić 26 mln zł.

Działalność operacyjna grupy jest zarządzana przez Trend Capital Sp. z o.o., natomiast portfele pożyczkowe są lokowane w wyodrębnionych spółkach celowych. Według spółki taka struktura ma zwiększać przejrzystość oraz bezpieczeństwo inwestorów, a także ułatwiać tworzenie wehikułów finansowych dla funduszy instytucjonalnych i inwestorów prywatnych.

Rynek może rosnąć wraz z zapotrzebowaniem na szybki kapitał

Rozwój Trend Capital wpisuje się w szerszy trend profesjonalizacji rynku pozabankowego finansowania przedsiębiorstw. Segment ten pozostaje alternatywą dla finansowania bankowego, szczególnie w sytuacjach, gdy przedsiębiorcy potrzebują szybkiej decyzji lub nie mieszczą się w standardowych kryteriach bankowych.

Jednocześnie działalność tego typu instytucji wymaga ostrożnego zarządzania ryzykiem. Finansowanie zabezpieczone hipotecznie daje pożyczkodawcy dodatkową ochronę, ale nie eliminuje ryzyk związanych z kondycją finansową przedsiębiorców, jakością zabezpieczeń czy sytuacją na rynku nieruchomości.

Trend Capital deklaruje, że chce rosnąć przy zachowaniu konserwatywnego profilu ryzyka. Jeśli spółce uda się pozyskać dodatkowe finansowanie i utrzymać jakość portfela, może zwiększyć swoją pozycję w segmencie, który w Polsce pozostaje rozdrobniony, ale odpowiada na realne potrzeby wielu firm z sektora MŚP.

Samochody elektryczne w Polsce: więcej rejestracji, więcej ładowarek i rekord autobusów

Według danych z końca kwietnia 2026 r. w Polsce było zarejestrowane łącznie 147 596 osobowych i użytkowych samochodów całkowicie elektrycznych (BEV). Przez pierwsze cztery miesiące b.r. ich liczba zwiększyła się o 15 386 szt., czyli o 46% więcej niż w analogicznym okresie 2025 r. – wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez PZPM i PSNM.

Licznik_Elektromobilnosci_2026-04_grafika_800x450px

Pod koniec kwietnia 2026 r. po polskich drogach jeździły 273 122 samochody osobowe z napędem elektrycznym. Flota w pełni elektrycznych, osobowych aut (BEV, ang. battery electric vehicles) liczyła 135 413 szt., a park hybryd typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybrid electric vehicles) – 137 709 szt. Liczba samochodów dostawczych i ciężarowych z napędem elektrycznym wynosiła 13 044 szt. Stale rośnie flota elektrycznych motorowerów i motocykli, która na koniec kwietnia b.r. składała się z 29 611 szt., jak również liczba osobowych i dostawczych aut hybrydowych, która powiększyła się do 1 390 772 szt. Pod koniec ubiegłego miesiąca park autobusów zeroemisyjnych w Polsce wzrósł do 2 225 szt. (z czego pojazdy całkowicie elektryczne stanowiły 2 061 szt., zaś wodorowe 164 szt.).

Równolegle do floty pojazdów z napędem elektrycznym rozwija się infrastruktura ładowania. Pod koniec kwietnia 2026 r. w Polsce funkcjonowało 12 779 ogólnodostępnych punktów ładowania pojazdów elektrycznych. 48% z nich (6 183 szt.) stanowiły szybkie punkty ładowania prądem stałym (DC), a 52% – wolne punkty prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. W przypadku 21% punktów DC możliwe jest również alternatywne skorzystanie z ładowania AC.

Kwiecień to kolejny już miesiąc z rzędu, w którym odnotowaliśmy lepszy wynik rejestracji osobowych BEV niż w roku ubiegłym.  Pomimo wyczerpania budżetu programu „NaszEauto” na polskim rynku nadal dostępnych jest wiele atrakcyjnych ofert na „elektryki”. Średnie ceny szczególnie popularnych w Polsce elektrycznych SUVów segmentu C oraz D są o kilkanaście tys. niższe w porównaniu do 2025 r. Szykuje się nam również absolutnie rekordowy rok pod względem rozwoju zeroemisyjnego transportu publicznego. Od stycznia do kwietnia na drogi wyjechało ponad 330 autobusów bateryjnych – prawie tyle samo co w całym roku 2025 i o niemal 2/3 więcej niż w całym roku 2024. To m.in. konsekwencja kontynuacji dostaw pojazdów objętych dofinansowaniem z programu „Zielony Transport Publiczny” mówi Jan Wiśniewski, Dyrektor Centrum Badań i Analiz PSNM.

– Analizując wyniki kwietnia b.r. możemy stwierdzić, że poziom rejestracji samochodów bateryjnych wrócił do poziomu sprzed wprowadzenia programu NaszEauto. Producenci pojazdów – aby spełnić ambitne cele klimatyczne – robią wszystko, aby zaoferować klientom szeroką gamę samochodów bateryjnych i   hybryd plug-in w bardzo atrakcyjnych cenach. Widać to szczególnie w przypadku hybryd plug-in, które nie są objęte żadnym programem dofinansowania, a których ilość w parku pojazdów jest praktycznie taka sama jak samochodów elektrycznych. Warto podkreślić, że konsekwentnie rośnie liczba publicznych punktów ładowania samochodów elektrycznych, a prawie połowa z nich to punkty szybkiego ładowania prądem stałym – mówi Jakub Faryś, Prezes PZPM.

Agent zamiast listy linków. Google zapowiada największą zmianę w historii wyszukiwarki

Podczas dorocznej konferencji Google I/O 2026 w Mountain View technologiczny gigant ogłosił najbardziej radykalną przebudowę swojej sztandarowej usługi od niemal ćwierćwiecza. Skromne pole tekstowe, będące dla miliardów ludzi codzienną bramą do globalnej sieci, ulega gruntownej transformacji. Zamiast prostego katalogowania linków firma stawia na całkowicie przeprojektowane pole wyszukiwania o nazwie Intelligent Search Box oraz autonomicznych agentów opartych na sztucznej inteligencji. Ich zadaniem nie będzie już jedynie odpowiadanie na pytania użytkowników, lecz przede wszystkim samodzielne realizowanie wieloetapowych zadań w tle, co zwiastuje początek zupełnie nowej ery w komunikacji człowieka z maszyną.

Zmiany zaprezentowane przez Google trudno tym razem uznać za kosmetyczne. Ikoniczne, minimalistyczne okienko wyszukiwarki przestaje być jedynie przestrzenią do wpisywania krótkich, sztywnych fraz. Nowy mechanizm został zaprojektowany w taki sposób, aby dynamicznie rozszerzać się na ekranie w miarę wprowadzania dłuższych, naturalnych wypowiedzi. System, napędzany najnowszym modelem językowym Gemini 3.5 Flash, jest w pełni otwarty na komunikację multimodalną. Aby uzyskać pogłębioną, kontekstową analizę danego zagadnienia, obok tradycyjnego tekstu można przesyłać zdjęcia, materiały wideo, obszerne dokumenty, a nawet udostępniać aktywne karty przeglądarki Chrome. Maszyna uczy się odczytywać nie tylko słowa, lecz cały cyfrowy krajobraz, w którym w danej chwili operujemy.

Obserwujemy fundamentalne przesunięcie środka ciężkości z prostego wyszukiwania informacji na ich wielowymiarowe przetwarzanie. Przez ponad dwadzieścia lat to my musieliśmy uczyć się języka maszyny, redukując złożone myśli do prymitywnych zbitków słów. Dziś Google chce, abyśmy zaczęli traktować wyszukiwarkę jak partnera w dialogu, który bez trudu wychwytuje intencję ukrytą za chaotycznym, potocznym językiem – podkreśla Marcin Stypuła z Semcore. – To koniec żmudnego stukania w ekran przy wpisywaniu precyzyjnych haseł. W tej nowej cyfrowej architekturze liczy się przede wszystkim szeroki kontekst. Odejście od myślenia w kategoriach słów kluczowych wywraca do góry nogami zasady gry, które obowiązują od czasu, gdy internet był jeszcze w powijakach – dodaje ekspert ekspert.

Aplikacje na życzenie

Zmiany w Google nie ograniczają się jedynie do sposobu pozyskiwania informacji. Firma idzie o krok dalej, redefiniując również proces tworzenia oprogramowania i zamieniając wyszukiwarkę w interaktywne studio programistyczne. Napędzana technologią Google Antigravity usługa umożliwia generowanie, na podstawie naturalnych poleceń formułowanych w języku potocznym, dynamicznych interfejsów i aplikacji bezpośrednio w oknie przeglądarki. W praktyce oznacza to, że użytkownik nie musi już znać języków programowania, aby stworzyć funkcjonalne narzędzie dopasowane do własnych potrzeb. System potrafi samodzielnie zaprojektować, zakodować i uruchomić choćby spersonalizowany tracker fitness integrujący dane z kalendarza, prognoz pogody oraz lokalnych map, tworząc gotowe do użycia narzędzie, które można zapisać, udostępniać i rozwijać. Subskrybenci wersji AI Pro i Ultra będą mogli budować tzw. „superaplikacje” wspierające złożone, wieloetapowe procesy. Posiadacze podstawowej wersji – przynajmniej na razie – będą musieli zadowolić się prostymi wizualizacjami i symulacjami.

Google zadzwoni do fryzjera i umówi wizytę

Prawdziwym przełomem, na który zwracają uwagę analitycy branżowi, jest debiut tak zwanych Information Agents – agentów AI dostępnych na głównej stronie wyszukiwarki. Mowa o autonomicznych programach, które przypominają niestrudzonych wirtualnych lokajów, pracujących na zlecenie użytkownika bez względu na porę dnia. Agent może na przykład otrzymać polecenie nieustannego monitorowania rynku nieruchomości pod kątem bardzo precyzyjnych wymagań, śledzenia w tle promocji w sklepach odzieżowych czy analizowania subtelnych zmian na rynkach finansowych. Właściciel konta nie musi już odświeżać stron ani wertować portali informacyjnych – otrzymuje gotowy raport w czasie rzeczywistym, dokładnie wtedy, gdy pojawia się istotna z jego perspektywy zmienna.

Na tym nie kończą się ambicje giganta z Mountain View, co doskonale ilustruje funkcja Agentic Booking, w ramach której system samodzielnie zarezerwuje wizytę u fryzjera, dopilnuje realizacji harmonogramu napraw domowych, a w niektórych przypadkach wykona połączenia głosowe do firm, by samodzielnie dopytać o brakujące informacje w ofercie. Funkcjonowanie agentów informacyjnych wesprze usługa Personal Intelligence, która – za wyraźną zgodą użytkownika – integruje dane z jego prywatnego kalendarza, skrzynek pocztowych oraz archiwów zdjęć. Dzięki temu asystent dysponuje pełniejszym, bardziej intymnym obrazem życia swojego właściciela, co pozwala mu unikać konfliktów w harmonogramie i proponować rozwiązania skrojone na miarę.

Jeden koszyk dla wszystkich sklepów

Wisienką na torcie w prezentacji Google jest Universal Cart – koszyk zakupowy oparty na architekturze Google Wallet, który integruje usługi Search, Gemini, Google Pay, Gmail oraz YouTube. Fundamentem tej rewolucji jest Universal Commerce Protocol (UCP), czyli otwarty standard stanowiący wspólny język dla agentów AI, umożliwiający płynne dokonywanie zakupów u wielu sprzedawców jednocześnie. Dzięki temu użytkownik może sfinalizować transakcję kilkoma kliknięciami bezpośrednio przez Google Pay albo przejść na stronę wybranego sklepu. Już na starcie projekt przyciągnął potężnych partnerów, w tym Nike, Sephora, Target, Walmart, Wayfair oraz marki działające w ekosystemie Shopify, takie jak Fenty czy Steve Madden.

W tym wszystkim najciekawsze jest to, że uniwersalny koszyk zakupowy radykalnie upraszcza proces podejmowania decyzji konsumenckich: nie tylko zapamiętuje przeglądane produkty i monitoruje spadki ich cen, lecz także samodzielnie wyszukuje ukryte oszczędności, analizuje historię cen oraz informuje o ponownej dostępności towaru. Możliwości systemu sięgają jednak znacznie dalej – np. podczas kompletowania podzespołów do budowy komputera potrafi on automatycznie wykryć brak kompatybilności sprzętu i zaproponować odpowiednie zamienniki.

Nie mamy tu do czynienia z kolejną ciekawą funkcją, lecz z początkiem epoki Agentic Commerce, która może całkowicie zmienić układ sił w e-commerce. Dzięki integracji zakupów z ekosystemem Google proces zakupowy zostanie niemal całkowicie pozbawiony tarć związanych z logowaniem, płatnościami czy przechodzeniem między sklepami. Oznacza to znaczący spadek liczby porzuconych koszyków oraz możliwość finalizowania transakcji dokładnie w chwili pojawienia się intencji zakupowej, na przykład podczas oglądania recenzji produktu na YouTube. Jednocześnie ta wygoda niesie ze sobą istotne ryzyko dla samych sprzedawców. W modelu kontrolowanym przez platformę Google sklepy internetowe mogą zostać sprowadzone do roli anonimowych centrów logistycznych, tracąc bezpośredni kontakt z klientem, możliwość budowania lojalności wobec marki oraz dostęp do danych first-party. Proces decyzyjny i sama transakcja przenoszą się bowiem do interfejsu technologicznego giganta – uważa Marcin Stypuła z Semcore.

Ekspert ostrzega również, że rozwój agentów AI analizujących ceny i automatycznie wyszukujących najtańsze oferty może doprowadzić do brutalnej wojny cenowej i dalszej presji na marże. – Asystent zakupowy nie będzie promował produktów konkretnego sklepu, lecz po prostu wybierze najkorzystniejszą ofertę dostępna na rynku. To oznacza również osłabienie tradycyjnych strategii cross-sellingowych – prognozuje Stypuła.

Nowości przedstawione na konferencji Google I/O 2026 bazują na imponujących możliwościach obliczeniowych nowego modelu Gemini 3.5 Flash. Przedstawiciele firmy twierdzą, że poczynili milowy krok w kierunku stworzenia sztucznej inteligencji ogólnej, zdolnej do swobodnego rozumowania na poziomie ludzkim. Choć podstawowy wariant nowego silnika trafił właśnie do użytkowników na całym świecie, te najbardziej spektakularne, wielowątkowe zdolności agentów zostaną zarezerwowane dla płatnych subskrybentów planów Pro i Ultra, których premiera w USA planowana jest na lato 2026 r.

Sezonowe ożywienie nie ratuje finansów budownictwa. 45,6 tys. firm ma 1,85 mld zł zaległości

Polska branża budowlana weszła w drugi kwartał 2026 roku z większym ruchem na placach budów, ale bez wyraźnej poprawy kondycji finansowej. Sezonowe ożywienie nie zmienia faktu, że tysiące firm nadal zmagają się z zaległościami płatniczymi, rosnącymi kosztami i niską rentownością kontraktów. Według danych Krajowego Rejestru Długów 45 621 firm budowlanych ma przeterminowane zobowiązania finansowe, a ich łączna wartość wynosi 1,85 mld zł.

Prawie połowa wszystkich zaległości sektora przypada na firmy zajmujące się robotami budowlanymi specjalistycznymi. Ich łączny dług wynosi 846,2 mln zł. Drugie miejsce zajmują przedsiębiorstwa wznoszące budynki, które mają 758 mln zł zaległości. Pozostałe ponad 245 mln zł przypada na firmy budujące obiekty inżynierii lądowej i wodnej.

Najliczniejszą grupę dłużników stanowią jednoosobowe działalności gospodarcze. Jest ich 29 740, a ich łączny dług wynosi 853,6 mln zł. Spółki prawa handlowego, choć mniej liczne, odpowiadają za wyższą kwotę zaległości, sięgającą blisko 996,1 mln zł. To właśnie w tej grupie znajduje się krajowy rekordzista zadłużenia – firma budowlana z województwa małopolskiego, która zalega firmie z tej samej branży niemal 18,5 mln zł.

Budownictwo jest branżą silnie powiązaną siecią zależności, dlatego zaległości jednej firmy rzadko pozostają jej indywidualnym problemem. Jeśli wykonawca nie otrzymuje zapłaty na czas, opóźnia płatności wobec podwykonawców, dostawców materiałów czy leasingodawców. Dane pokazują, że najmniejsi przedsiębiorcy są najliczniejszą grupą dłużników, ale największe kwoty zaległości generują większe podmioty. To szczególnie niebezpieczne, bo ich problemy płynnościowe mogą oddziaływać na cały łańcuch realizacji inwestycji – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Słabsza kondycja firm

Dobrze ilustruje to Analiza wiarygodności płatniczej KRD. Choć większość firm budowlanych nadal ma najlepsze oceny A+B+C, to ich udział jest niższy niż rok wcześniej. W marcu 2026 roku wyniósł 86,9 proc., wobec 87,9 proc. r/r. Jednocześnie wzrósł udział przedsiębiorstw z ocenami pośrednimi D+E: z 5,9 proc. w marcu 2025 roku do 6,7 proc. w marcu 2026 roku. Lekko wzrósł też (z 6,2 proc. do 6,4 proc.) udział firm, z którymi współpraca jest najbardziej ryzykowna (z kategorii F+G+H). Oznacza to pogorszenie wiarygodności płatniczej w sektorze budowlanym na przestrzeni ostatniego roku.

Kondycję sektora dodatkowo obciążają rosnące koszty. Według portalu WielkieBudowanie.pl, kwiecień, tradycyjnie już, przyniósł wzrost zamówień we wszystkich analizowanych segmentach usług budowlanych, choć skala poprawy była zróżnicowana. Najmocniejsze odbicie widoczne było w pracach terenowych, posadzkach betonowych oraz ociepleniach i elewacjach. Jednocześnie w kwietniu wzrosły ceny usług budowlanych – średnio o 4,2 proc. miesiąc do miesiąca, w usługach wykończeniowych o 5,7 proc., a w pracach terenowych o 5,1 proc. Dodatkowym obciążeniem pozostają ceny materiałów i sytuacja na rynkach surowców, które według szacunków portalu mogą przełożyć się na ok. 4-proc. wzrost kosztów budowy w skali roku.

Ożywienie ma głównie charakter sezonowy

Dane makroekonomiczne pokazują jedynie ograniczone odbicie po bardzo słabym lutym, ale nie wskazują jeszcze na trwałą poprawę kondycji rynku. Z najnowszego raportu GUS za marzec 2026 roku wynika, że produkcja budowlano-montażowa była o 0,4 proc. wyższa niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Skala wzrostu pozostaje więc symboliczna, szczególnie w zestawieniu z narastającymi problemami płynnościowymi firm. Wzrost odnotowano w budowie budynków, gdzie wyniósł 1,4 proc. oraz w robotach budowlanych specjalistycznych, które zwiększyły się o 0,2 proc. Spadek utrzymał się natomiast w budowie obiektów inżynierii lądowej i wodnej, gdzie produkcja była niższa o 0,2 proc. niż rok wcześniej.

Słabsze nastroje potwierdza również Barometr EFL. Subindeks dla budownictwa spadł w II kwartale 2026 roku do 47,1 pkt z 51,4 pkt kwartał wcześniej, schodząc poniżej neutralnego poziomu 50 pkt. To najniższy wynik od końca 2022 roku. Szczególnie mocno pogorszyły się oczekiwania dotyczące sprzedaży: jej wzrostu spodziewa się jedynie 3 proc. firm budowlanych, wobec 19 proc. w poprzednim kwartale.

Największym problemem pozostaje niska rentowność prac. Firmy funkcjonują pod presją rosnących kosztów pracy, paliw i wybranych materiałów, a jednocześnie silna konkurencja zmusza je do składania bardzo agresywnych ofert. To klasyczne „przekleństwo najniższej ceny”: kontrakt można wygrać, ale coraz trudniej na nim zarobić. Po okresie dekoniunktury głód zleceń sprawia, że część firm akceptuje stawki, które przy obecnych kosztach szybko stają się zagrożeniem dla płynności – mówi Sandra Czerwińska, ekspertka Rzetelnej Firmy.

Wykonawcy czekają na zapłatę

Największa część długu firm budowlanych (565 mln zł) należy się zarządcom wierzytelności. Kolejna część zadłużenia to faktury nieopłacone wewnątrz samej branży. Dłużnicy zalegają innym podmiotom z sektora budowlanego na 296 mln zł. Na trzecim miejscu znajdują się leasingodawcy, którzy czekają na zwrot 133 mln zł.

Problemem branży nie jest już wyłącznie liczba nowych kontraktów, ale ich opłacalność oraz tempo przepływu pieniędzy między inwestorami, generalnymi wykonawcami, podwykonawcami i dostawcami. W takiej sytuacji nawet wzrost aktywności na rynku nie musi automatycznie oznaczać poprawy bezpieczeństwa finansowego firm.

Najmniejsze firmy budowlane to przeważnie wykonawcy i podwykonawcy, którzy często muszą kupić materiały, opłacić ludzi albo dojechać na budowę, zanim sami otrzymają pieniądze od kontrahenta. Dlatego szukają elastycznego dostępu do finansowania: czasem na krótki cykl realizacji zlecenia, a czasem na dłuższe rozłożenie kosztów. Z naszych danych wynika, że w ostatnim roku produktem pierwszego wyboru w tej branży stała się pożyczka, która wyprzedziła nawet finansowanie w faktoringu cichym i jawnym. Liczba firm korzystających z tego rozwiązania zwiększyła się o ponad 102 proc. rok do roku, a wartość finansowania wzrosła o ponad 120 proc. Średnia kwota pożyczki wynosi 7,7 tys. zł. Jednocześnie przy większych zleceniach firmy nadal chętnie sięgają po eFaktoring. Liczba mikroprzedsiębiorstw budowlanych korzystających z tego rozwiązania zwiększyła się o ponad jedną trzecią rok do roku, a średnia finansowana faktura to ok. 19 tys. zł. Dla dużych podmiotów to niewielkie sumy, ale dla małego wykonawcy mogą decydować o tym, czy przyjmie kolejne zlecenie, kupi materiały na czas i utrzyma płynność między jedną płatnością a drugąmówi Emanuel Nowak, ekspert firmy faktoringowej NFG.

Firmy budowlane nie tylko mają nieopłacone zobowiązania, ale same również czekają na zwrot 393 mln zł od swoich klientów i kontrahentów. Oprócz wewnętrznych długów branży, które stanowią lwią część zaległości, 44 mln zł są im również winne przedsiębiorstwa przemysłowe, a 22,6 mln zł – z branży nieruchomości.

Dealerzy samochodowi popierają projekt PSL. Chodzi o przewagę producentów i importerów

W dniu 19 maja 2026 roku w Sejmie odbyła się konferencja prasowa zorganizowana przez klub poselski Polskiego Stronnictwa Ludowego, na której zaprezentowano przełomowy projekt zmian w ustawie o ochronie konkurencji i konsumentów. Inicjatywa ta ma na celu radykalne zwiększenie ochrony małych i średnich przedsiębiorców w Polsce.

Projektowana nowelizacja wprowadza do polskiego porządku prawnego zupełnie nową instytucję – pojęcie „względnej pozycji dominującej”. Będzie to kluczowe narzędzie w rękach Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, pozwalające na skuteczną walkę z praktykami polegającymi na wykorzystywaniu rażącej dysproporcji w potencjale ekonomicznym oraz przewagi kontraktowej stron.

Zgodnie z projektem, nadużywanie względnej pozycji dominującej będzie surowo zakazane i obejmie m.in. narzucanie nieuczciwych cen, odległych terminów płatności, nieuzasadnionych warunków umownych czy stosowanie działań odwetowych. Co niezwykle istotne, czynności prawne będące przejawem takiego nadużycia będą w całości lub w odpowiedniej części nieważne z mocy prawa.

Szczegóły nowych przepisów podczas konferencji przedstawili:

• Krzysztof Paszyk – poseł i przewodniczący klubu parlamentarnego Polskie Stronnictwo Ludowe – Trzecia Droga,
• Jacek Tomczak – poseł i wiceprzewodniczący klubu parlamentarnego Polskie Stronnictwo Ludowe – Trzecia Droga.

Problem nierównowagi sił jest szczególnie dotkliwy w branży dealerskiej. Dealerzy samochodowi, działający najczęściej jako sektor MŚP, regularnie stają w pozycji zależności od globalnych producentów i importerów. Ci drudzy mogą obecnie w sposób jednostronny narzucać wysokość marż, bonusów, rygorystycznych celów sprzedażowych oraz innych warunków drastycznie wpływających na stabilność biznesową polskich firm.

Projektowane przepisy wychodzą naprzeciw tym wyzwaniom, wprost wskazując, że zależność występuje wtedy, gdy przedsiębiorca jest zmuszony do zawarcia umowy z podmiotem posiadającym przewagę kontraktową lub gdy alternatywne rozwiązania byłyby dla niego nadmiernie uciążliwe.

„Jako branża dealerska jesteśmy żywo zainteresowani tymi zmianami i będą one bardzo korzystne dla ochrony interesów polskich dystrybutorów samochodów. W obecnym stanie prawnym jesteśmy „zblokowani”, bo w aktualnej definicji pozycji dominującej przedsiębiorca powinien mieć udział 40% rynku, a żadna z marek samochodów nie ma obecnie nawet 15%. Zaproponowana zmiana będzie miała ogromny wpływ na rynek, ponieważ w końcu firmy dealerskie będą objęte należytą ochroną. Zresztą, zyska na tym nie tylko nasza branża – nowymi przepisami objęte zostanie ponad 2 miliony przedsiębiorców będących MŚP w Polsce.”

— komentuje Paweł Tuzinek, Prezes Związku Dealerów Samochodów.

Inicjatywę wspierają także przedstawiciele innych branż, wśród których są m.in. najemcy w centrach handlowych zrzeszeni w Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług.

„Nowelizacja stanowi szansę na naprawę relacji na linii najemca – wynajmujący. Dzięki nowym narzędziom prawnym UOKiK będzie mógł ingerować we wszystkie sytuacje, w których strona silniejsza nadużywa pozycji dominującej, zwłaszcza w stosunku do małych i średnich przedsiębiorców. W obecnym stanie prawnym najemcom pozostaje jedynie ścieżka sądowa, która – jak wiadomo – jest kosztowna i niezwykle czasochłonna. Mamy historyczny przykład jednego z małych najemców, który czekał na zwycięstwo w sądzie osiem lat.”

– mówi Waldemar Ciępka, dyrektor generalny Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług.

Więcej rolników w dobrej niż złej kondycji finansowej, choć sytuacja jest złożona

Z niedawno opublikowanego raportu wynika, że największa grupa rolników (32,9%) ocenia swoją sytuację finansową jako przeciętną. Pozytywne opinie stanowią 36,6% (w tym 9,1% bardzo dobre i 27,5% raczej dobre), natomiast negatywne – 30,5% (19,3% raczej złe oraz 11,2% bardzo złe). Eksperci komentujący te wyniki podkreślają, że przewaga ocen neutralnych może świadczyć o braku finansowych rezerw i uzależnieniu od czynników zewnętrznych. Do tego widać, że około jedna trzecia gospodarstw ma trudności z utrzymaniem płynności lub odczuwa presję zadłużenia, co zwiększa ryzyko przy wahaniach cen. Swobodę inwestycyjną posiada jedynie niewielka część badanych rolników.

Według raportu pt. „Kondycja finansowa polskich rolników. 2026” (autorstwa UCE Research), największa grupa rolników ocenia swoją sytuację finansową na ani dobrą, ani złą – 32,9%. Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny, ekspert w dziedzinie zadłużenia w sektorze rolniczym, jest zdania, że dominacja tej odpowiedzi nie oznacza stabilizacji w sensie ekonomicznego bezpieczeństwa, lecz funkcjonowanie gospodarstw w warunkach równowagi bilansowej, gdzie dochody pokrywają koszty, ale nie generują istotnych nadwyżek.

– To bardzo ważne, bo w praktyce oznacza to sektor, który działa na styk, bez buforów finansowych. Taki stan jest typowy dla gospodarek rolnych w okresach presji kosztowej – szczególnie przy wysokich cenach środków produkcji i ograniczonej przewidywalności przychodów. W tym sensie neutralność nie jest komfortem, lecz raczej ekonomicznym „punktem zerowym”, który jest względnie stabilny, ale tylko pozornie – mówi Adrian Parol.

Natomiast dr Paweł Kraciński ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie (SGGW) stwierdza, że ww. wyniki należy interpretować jako złe. Skoro nie ma nadwyżek, to znaczy, że rolnicy nie zarabiają. Innymi słowy, nie osiągają odpowiedniego zysku. Raport wykazał też, że 30,5% respondentów negatywnie ocenia swoją sytuację (19,3% – raczej źle, a 11,2% – bardzo źle). Jak wyjaśnia dr Kraciński, to oznacza, że w znacznej części gospodarstw występują trudności z płynnością, a to poważny sygnał ostrzegawczy.

– W sektorze tak silnie uzależnionym od czynników zewnętrznych ww. odsetek negatywnych ocen przekłada się nie tylko na problemy jednostek, ale też na większą niestabilność całego rynku rolnego. To może skutkować ograniczeniem inwestycji, wzrostem zadłużenia oraz spadkiem zdolności gospodarstw do reagowania na kryzysy – komentuje Łukasz Goszczyński, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny z kancelarii GKPG.

W raporcie łącznie 36,6% ocen jest pozytywnych (9,1% bardzo dobrych i 27,5% raczej dobrych). – Niski udział ocen bardzo dobrych wskazuje na to, że tylko niewielka część gospodarstw znajduje się w sytuacji komfortu finansowego, który pozwala na swobodne inwestowanie i budowanie buforów bezpieczeństwa. Sektor ma ograniczoną górną warstwę kapitałową, czyli relatywnie mało gospodarstw pełni rolę liderów inwestycyjnych i modernizacyjnych – mówi Łukasz Goszczyński.

Prof. Jakub Piecuch z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie uważa, że względna równowaga między odpowiedziami wskazującymi na dobrą i złą sytuację finansową to dowód na brak stabilności i poczucia bezpieczeństwa rolników. – W mojej opinii, wyniki badania wskazują na niepewność sytuacji. Chcąc zgłębić analizę, warto byłoby uwzględnić sytuację makroekonomiczną rolników, czyli napływ produktów z Ukrainy, otwarcie wspólnego rynku w ramach umowy MERCOSUR, kontrakty z Australią itd. To wszystko powoduje, że presja odczuwana przez rolników jest coraz większa – zauważa prof. Piecuch.

Zdaniem Adriana Parola, obraz jest bardziej niejednoznaczny, niż mogłaby to sugerować sama dominacja kategorii neutralnej. Łącznie 36,6% pozytywnych ocen wskazuje na to, że ponad jedna trzecia gospodarstw funkcjonuje w warunkach stabilności lub nawet realnej zdolności inwestycyjnej. Z kolei aż 30,5% ocen negatywnych pokazuje, że niemal co trzecie gospodarstwo doświadcza realnych problemów finansowych, w części przypadków bardzo poważnych, związanych z utratą płynności lub ryzykiem zadłużeniowym. To w warunkach rolnictwa jest szczególnie istotne, bo ogranicza zdolność do inwestycji i zwiększa wrażliwość na wahania cen. To nie jest jeszcze obraz kryzysu systemowego, ale jest to poziom, który wrażliwie reaguje na pogorszenie otoczenia makroekonomicznego.

– Widać strukturę spolaryzowaną wokół środka, przy jednoczesnym istotnym udziale skrajnych napięć. Sektor jest rozciągnięty między stabilnością a kryzysem, bez wyraźnej dominacji jednego stanu. Tylko niewielka część gospodarstw znajduje się w sytuacji komfortu finansowego, który pozwala na swobodne inwestowanie i budowanie buforów bezpieczeństwa. W praktyce oznacza to, że sektor ma ograniczoną górną warstwę kapitałową, czyli relatywnie mało gospodarstw pełni rolę liderów inwestycyjnych i modernizacyjnych – uważa Adrian Parol.

Jak wyjaśnia ekspert z SGGW, dobra sytuacja garstki rolników wynika z prowadzenia specyficznej działalności, tj. produkcji niszowej. Są produkty czy gałęzie, które dają zysk, np. okresowo niektóre warzywa i owoce. – Nie oznacza to jednak, że za rok ci sami rolnicy nie znajdą się w złej sytuacji. Zmienność, zwłaszcza na małych rynkach, jest duża. Co gorsza, większość czynników makroekonomicznych oddziałuje negatywnie. Stopy procentowe nadal są wysokie w porównaniu do rentowności produkcji rolnej. Rynek pracy jest trudny, bo mało jest chętnych do pracy w rolnictwie, co pociąga za sobą wzrost kosztów wynagrodzeń, a nawet czasami konieczność rezygnacji czy reorganizacji produkcji – zwraca uwagę dr Paweł Kraciński.

W opinii Łukasza Goszczyńskiego, neutralne odpowiedzi w badaniu pokazują, że nawet niewielkie wstrząsy mogą przesunąć je w stronę ocen negatywnych. Dominujące nastroje w rolnictwie zależą głównie od stabilności kosztów produkcji, cen skupu oraz przewidywalności regulacyjnej. Obecnie najbardziej prawdopodobny jest scenariusz dalszej polaryzacji. Część gospodarstw będzie się rozwijać, a reszta – coraz mocniej odczuwać presję finansową. Do tego prof. Jakub Piecuch przewiduje, że sytuacja rolników będzie coraz trudniejsza, m.in. ze względu na zmiany klimatyczne, rosnące ceny nawozów i konkurencję ze strony producentów z krajów, w których produkcja rolna jest tańsza niż u nas.

Przełom dla małych firm. Po zmianie przepisów rośnie liczba „pojedynczych kontroli” L4

Nowelizacja przepisów dotyczących zwolnień lekarskich, która weszła w życie 13 kwietnia 2026 roku, po raz pierwszy dała możliwość samodzielnej kontroli L4 także firmom zatrudniającym poniżej 20 pracowników. Eksperci rynku pracy wskazują, że dla sektora MŚP to prawdziwy przełom. Dotychczas małe firmy były w praktyce uzależnione od działań ZUS, który prowadził kontrole stosunkowo rzadko. Dziś przedsiębiorcy coraz częściej sięgają po tzw. pojedyncze kontrole L4, które można zlecić w kilka minut i przeprowadzić nawet w ciągu 24-72 godzin na terenie całego kraju.

Jedno L4 potrafi sparaliżować małą firmę

Zdaniem ekspertów nowe przepisy szczególnie mocno zmieniają sytuację małych przedsiębiorstw, gdzie nawet pojedyncza absencja może wywołać poważne problemy organizacyjne.

– W dużej organizacji jedno L4 jest często jedynie elementem statystyki. W małej firmie może oznaczać realny kryzys operacyjny. Mówimy o sytuacjach, w których nagła nieobecność pracownika potrafi zatrzymać produkcję, sparaliżować realizację usług albo wymusić czasowe zamknięcie punktu – mówi Mikołaj Zając, ekspert rynku pracy i prezes Conperio, polskiej firmy doradczej specjalizującej się w zarządzaniu absencją chorobową.

Jak wskazuje, po zmianie przepisów wyraźnie wzrosło zainteresowanie tzw. kontrolą pojedynczych zwolnień chorobowych.

– Jeszcze kilka miesięcy temu wielu małych przedsiębiorców było praktycznie bezradnych. Dziś mogą zlecić kontrolę w ciągu kilku minut i szybko zweryfikować, czy zwolnienie jest wykorzystywane prawidłowo. Widzimy wyraźny wzrost zainteresowania takimi pojedynczymi kontrolami – dodaje ekspert rynku pracy.

Największe ryzyko? Krótkie i nagłe L4

Najbardziej problematyczne dla sektora MŚP czy produkcji są dziś krótkie, niezaplanowane absencje, szczególnie jednodniowe zwolnienia pojawiające się w okolicach weekendów lub w okresach zwiększonego obciążenia pracą. To właśnie one są najtrudniejsze do organizacyjnego zabezpieczenia i często powodują największe straty operacyjne.

– Jednodniowe, nagłe L4 są dziś jednym z największych wyzwań dla zespołów. W praktyce przedsiębiorca bardzo często nie ma możliwości szybkiego zastąpienia pracownika, a każda taka absencja automatycznie zwiększa obciążenie pozostałych osób – wskazuje Mikołaj Zając.

Jak wynika z danych Barometru Absencji Chorobowej Conperio za 2025 rok, ponad 44 proc. jednodniowych zwolnień lekarskich przypada na dni bezpośrednio sąsiadujące z weekendami.

Kontrola L4 staje się usługą „na żądanie”

Nowe przepisy nie tylko rozszerzyły uprawnienia przedsiębiorców, ale również zmieniły sposób funkcjonowania rynku kontroli L4. Coraz częściej mają one charakter szybkiej, punktowej reakcji na konkretną sytuację w firmie.

Zdaniem ekspertów rok 2026 może przynieść dalszy wzrost zainteresowania kontrolami zwolnień lekarskich w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw.

To milowy krok dla MŚP. Po raz pierwszy mali przedsiębiorcy otrzymali realne narzędzie reagowania na nadużycia, które wcześniej pozostawały praktycznie poza ich kontrolą. Można się spodziewać, że liczba pojedynczych kontroli będzie systematycznie rosła, szczególnie w branżach najbardziej narażonych na problemy kadrowe i absencje – podsumowuje prezes Conperio.

Allianz Partners wdraża AI do automatyzacji likwidacji szkód

Allianz Partners wdrożył rozwiązanie firmy Minte.ai – narzędzie oparte na sztucznej inteligencji wspierające proces likwidacji szkód osobowych. System wykorzystywany jest w obsłudze roszczeń z tytułu następstw nieszczęśliwych wypadków (NNW) w ramach produktów Allianz Zdrowie.

Zawarta umowa umożliwia Allianz Partners wykorzystanie technologii Minte.ai w procesie rozpatrywania zgłaszanych szkód osobowych. Narzędzie jest wykorzystywane przy obsłudze roszczeń z tytułu hospitalizacji oraz NNW, usprawniając proces likwidacji szkód i skracając czas podejmowania decyzji.

Szybsze decyzje i większa spójność dzięki AI

Wdrożenie Minte CLAIMS odpowiada na jedno z kluczowych wyzwań branży – konieczność szybkiej i precyzyjnej analizy obszernej dokumentacji medycznej oraz ograniczenia ryzyka niejednolitych ocen szkód.

Automatyzacja pozwala znacząco przyspieszyć proces oraz zwiększyć jego transparentność. System może dostarczyć wstępną ocenę roszczenia nawet w ciągu kilku minut, wspierając ekspertów w podejmowaniu decyzji oraz ograniczając konieczność manualnej analizy – komentuje Ewelina Nazarczuk, Kierownik ds. likwidacji szkód w Allianz Partners Polska.

– Współpraca z Allianz Partners potwierdza korzyści, jakie osiągają nowoczesne podmioty stawiając na gotowe, głęboko wyspecjalizowane komponenty. Sprostanie restrykcyjnym wymogom AI Act oraz RODO w automatyzacji roszczeń medycznych to duże wyzwanie produktowe. W Minte.ai łączymy ogólną technologię AI z własnymi, specyficznymi rozwiązaniami, dzięki czemu zapewniamy efektywność i pełną zgodność regulacyjną już od pierwszego dnia. Taki komplementarny model pozwala wewnętrznym zespołom technologicznym partnera uwolnić zasoby inżynieryjne i skupić się na innych polach budowania przewagi rynkowej – mówi Romuald Paprzycki, CEO Minte.ai.

Rozwiązanie Minte CLAIMS bazuje na wyspecjalizowanych modelach AI poświęconych analizie dokumentacji medycznej, które identyfikują m.in. diagnozy, przebieg leczenia, czy okoliczności uszczerbku oraz obliczają – zgodnie z warunkami umowy ubezpieczeniowej – wysokość świadczenia, np. poziom uszczerbku na zdrowiu. System pozwala na parametryzację produktów ubezpieczeniowych bez przeuczania modeli AI, co jest istotne przy różnorodności załączników do OWU i pozwala na pełną automatyzację procesu oceny roszczenia zgodnie z obowiązującą legislacją. Co istotne, technologia działa bez przesyłania danych do chmury obliczeniowej, co oznacza, że wrażliwe dane medyczne nie są przesyłane poza ściśle określoną infrastrukturę.

Kierunek: automatyzacja i lepsze doświadczenie klienta

Wdrożenie rozwiązania firmy Minte.ai wpisuje się w szerszy trend wykorzystania sztucznej inteligencji w ubezpieczeniach – nie tylko w celu optymalizacji kosztów, ale przede wszystkim poprawy doświadczenia klientów. Szybsze decyzje, większa przewidywalność procesu oraz przejrzystość rozliczeń stają się dziś kluczowe w ocenie jakości obsługi.

Mieszkania w Warszawie najdroższe w historii. Ale rekord cen mieszkań ma drugie dno

W połowie maja 2026 roku średnia cena ofertowa mieszkań deweloperskich w Warszawie po raz pierwszy w historii przekroczyła barierę 20 tys. zł/mkw. Eksperci Otodom studzą jednak rynkową panikę, a na pytanie o to, czy Polaków jeszcze stać na własne M, odpowiadają, że rekord nie oznacza nagłego załamania dostępności mieszkań. To przede wszystkim efekt wyraźnej zmiany w strukturze podaży. Jak ten wynik ma się do cen transakcyjnych i realnej zawartości portfeli kupujących?

Najważniejsze informacje:

  • Średnia cena ofertowa mieszkań deweloperskich na poziomie 20 tys. zł/mkw. w Warszawie jest faktem. To rezultat wprowadzenia do sprzedaży nowych, drogich inwestycji (powyżej 23,1 tys. zł/mkw.).
  • W połowie maja średnia cena transakcyjna w stolicy okazała się aż o 13,7% niższa od średniej ceny ofertowej.
  • Eksperci Otodom prognozują, że w II kwartale 2026 roku przeciętna stawka transakcyjna w stolicy (według danych własnych Otodom) wyniesie około 17,1-17,2 tys. zł/mkw.

Mechanizm majowego rekordu: 900 drogich mieszkań wywindowało warszawską średnią

– Przekroczenie progu 20 tys. zł/mkw. to nie tylko medialna, ale i rynkowa sensacja. Tak drogo jeszcze nie było, ale warto zrozumieć mechanizm stojący za tym rekordem. Kluczową rolę odegrały przede wszystkim bardzo drogie wprowadzenia. W ciągu zaledwie dwóch tygodni do sprzedaży trafiło ponad 900 mieszkań, których średnia cena wyniosła 23,1 tys. zł/mkw. – mówi Katarzyna Kuniewicz, dyrektorka badań rynku Otodom.

Równolegle w pierwszej połowie maja kupujący nabyli 800 mieszkań po przeciętnej stawce 17,3 tys. zł/mkw. Skoro z rynku zniknęły tańsze lokale, a ich miejsce zajęły nowe i wyraźnie droższe, to średnia warszawskiej oferty niemal automatycznie wzrosła do 20 063 zł/mkw. To niezwykle ważna informacja dla nabywców, ponieważ oznacza, że ceny lokali dostępnych już wcześniej w sprzedaży w zdecydowanej większości wcale się nie zmieniły.

Ceny ofertowe a transakcyjne. Ile naprawdę płaci się za mieszkanie w Warszawie?

Dane NBP potwierdzają to, co obserwujemy w analizach Otodom od dłuższego czasu. Kwota z ogłoszenia odbiega od tej widniejącej w akcie notarialnym. Różnica między ceną ofertową i transakcyjną wyniosła w I kwartale 1 581 zł/mkw. Oznacza to, że większość sprzedanych w I kwartale mieszkań miała niższą od średniej rynkową cenę metra kwadratowego. Nie musi to jednak dowodzić, że nabywcy uzyskiwali 8-9% upusty, co sugeruje różnica między ceną ofertową i transakcyjną, ale z pewnością świadczy o ich zainteresowaniu mieszkaniami z tańszej części oferty firm deweloperskich – przyznaje Katarzyna Kuniewicz.

Aby przełożyć najświeższe, majowe dane na konkretny przykład musimy sięgnąć po ceny całkowite oferowanych w stolicy lokali. Według badań Otodom przeciętne mieszkanie w sprzedaży na rynku deweloperskim ma 55 mkw. i kosztuje prawie 1,1 mln zł. Tymczasem nabywcy którzy zdecydowali się na zakup w pierwszej połowie maja wybierali mieszkania przeciętnie 54-metrowe, za które płacili około 930 tys. zł (średnia cena mieszkań sprzedanych). Oznacza to, że przeciętna transakcja na rynku deweloperskim w maju została zrealizowana na wyraźnie niższym poziomie niż sugeruje to cena całkowita przeciętnego oferowanego mieszkania (o 166 tys. zł  mniej).

ceny mieszkań w warszawie

Mieszkanie z rynku deweloperskiego czy wtórnego? Zaskakujący remis cenowy

Jak zaznacza Katarzyna Kuniewicz, z danych NBP za I kwartał 2026 roku wyłania się zaskakujący obraz warszawskiego rynku. Okazuje się, że mimo dużych różnic w cenach ofertowych, średnie ceny transakcyjne mieszkań deweloperskich i używanych były niemal identyczne. W przypadku nowych lokali to 16 475 zł/mkw., a na rynku wtórnym – 16 393 zł/mkw. (mniej niż 1%).

– Po raz pierwszy od dwóch lat to średnia cena transakcyjna na rynku deweloperskim okazała się wyższa od transakcji na rynku wtórnym. Co więcej, nasz stały monitoring pozwala już teraz prognozować wyniki dla trwającego – II kwartału*. Ponieważ bieżące odczyty badań Otodom niemal pokrywają się z oficjalnymi raportami NBP, spodziewamy się, że w II kwartale ostateczna średnia cena transakcyjna w stolicy ogłaszana przez NBP ukształtuje się na poziomie około 16,8-16,9 tys. zł/mkw. – mówi dyrektorka badań rynku Otodom.

*Zgodnie z metodologią NBP oznacza to miesiące od marca do maja.

multiQure z wyceną na poziomie 104,6 mln USD. Polski projekt celuje w przełom w terapii Huntingtona

Dom Maklerski INC ocenia, że platforma RNAi opracowana przez zespół projektu multiQure może istotnie wpłynąć na standard leczenia w chorobie Huntingtona w ciągu najbliższych lat. Analitycy zauważają, że projekt ma wysoki potencjał innowacyjny w obszarze chorób o istotnej niezaspokojonej potrzebie medycznej, jakimi są choroby poliglutaminowe. Wynika on z przewag konkurencyjnych, perspektywicznej niszy oraz szybkiego momentu „sprawdzam”. Pozwoliło to wycenić multiQure na 104,6 mln USD (około 380 mln zł przy obecnym kursie).

Ideą stojącą za multiQure jest realizacja amerykańskiego modelu biotechnologii w Polsce, który polega na skoncentrowaniu środków i zasobów na wiodącym projekcie i jak najszybszym udowodnieniu działania terapii w rzeczywistych warunkach klinicznych. Zdaniem autorów raportu projekt zagospodarowuje istotną niszę rzadkich chorób neurodegeneracyjnych, do których zaliczają się m.in. choroby poliglutaminowe.

– Metody leczenia, które są wykorzystywane obecnie, koncentrują się na zwalczaniu objawów choroby, nie ingerując w jej przyczynę, czyli powstawanie zmutowanego białka w efekcie wadliwego genu. Platforma RNAi autorstwa multiQure nie pozwala na powstanie wspomnianego białka, przez co zatrzymywany jest rozwój choroby, a to stanowi główną wartość projektu – informuje Maciej Kietliński, autor raportu analitycznego DM INC.

Najbardziej zaawansowanym programem spółki jest terapia choroby Huntingtona, jednak potencjalny zakres zastosowania technologii obejmuje również inne choroby poliglutaminowe, takie jak DRPLA, SCA3 czy SCA7. Wspólnym mechanizmem biologicznym tych schorzeń są ekspansje powtórzeń CAG, co nadaje technologii multiQure™ charakter platformowy i pozwala budować strategię rozwoju wykraczającą poza pojedyncze wskazanie terapeutyczne.

– Wycenę tego projektu z pewnością wspiera fakt, że stoi za nim światowej klasy zespół badawczy pod kierownictwem prof. Marty Olejniczak. Dla inwestorów kluczowy jest fakt, że technologia z IChB PAN ma mocne, udokumentowane podstawy naukowe, co minimalizuje ryzyko na wczesnym etapie rozwoju. Dodatkowo, obecność Biofund Capital Management jako partnera strategicznego gwarantuje odpowiednie know-how w obszarze komercjalizacji. To rzadkie i pożądane na rynku połączenie twardej nauki z doświadczeniem biznesowym. Ponadto, szybki moment „sprawdzam” zaplanowany na 2028 r. pozwoli zwiększyć szanse na sprawne wprowadzenie terapii na rynek – podkreśla analityk.

Analitycy dostrzegają, że pomimo prac prowadzonych nad innymi terapiami genowymi, na czele z metodą autorstwa spółki uniQure, to właśnie polski projekt ma największy potencjał do stania się terapią „best-in-class”, ze względu na długotrwałe wyciszenie genu oraz selektywne działanie na zmutowany gen. Terapie konkurencyjne nie łączą w sobie obu tych cech na raz, dlatego szanse na ich sukces rynkowy są zdaniem autorów raportu niższe niż w przypadku multiQure. Większa szansa na sukces rynkowy jest zdaniem DM INC istotnym elementem wyceny projektu.

– Duży potencjał platformy multiQure oraz jej przewagi na tle konkurencyjnych terapii sprawiają, że w przypadku dopuszczenia jej na rynek projekt może notować w szczytowym momencie przychody od jednego pacjenta w kwocie 1,3 mln USD w USA oraz 1,0 mln USD w Europie. Na podstawie naszego modelu oszacowaliśmy wartość projektu na 104,6 mln USD, co w przeliczeniu na złote wynosi około 380 mln zł. Wspomniane założenia oraz przyjęte szacunki mają charakter ostrożnościowy, szczególnie w kontekście obecnych poziomów cen terapii genowych na rynku – mówi Maciej Kietliński.

Raport analityczny DM INC ma charakter scenariuszowy i nie stanowi prognozy finansowej spółki ani rekomendacji inwestycyjnej.

Link do raportu: https://www.dminc.pl/raport-analityczny/multiqure/