Mieszkania w Warszawie najdroższe w historii. Ale rekord cen mieszkań ma drugie dno

W połowie maja 2026 roku średnia cena ofertowa mieszkań deweloperskich w Warszawie po raz pierwszy w historii przekroczyła barierę 20 tys. zł/mkw. Eksperci Otodom studzą jednak rynkową panikę, a na pytanie o to, czy Polaków jeszcze stać na własne M, odpowiadają, że rekord nie oznacza nagłego załamania dostępności mieszkań. To przede wszystkim efekt wyraźnej zmiany w strukturze podaży. Jak ten wynik ma się do cen transakcyjnych i realnej zawartości portfeli kupujących?

Najważniejsze informacje:

  • Średnia cena ofertowa mieszkań deweloperskich na poziomie 20 tys. zł/mkw. w Warszawie jest faktem. To rezultat wprowadzenia do sprzedaży nowych, drogich inwestycji (powyżej 23,1 tys. zł/mkw.).
  • W połowie maja średnia cena transakcyjna w stolicy okazała się aż o 13,7% niższa od średniej ceny ofertowej.
  • Eksperci Otodom prognozują, że w II kwartale 2026 roku przeciętna stawka transakcyjna w stolicy (według danych własnych Otodom) wyniesie około 17,1-17,2 tys. zł/mkw.

Mechanizm majowego rekordu: 900 drogich mieszkań wywindowało warszawską średnią

– Przekroczenie progu 20 tys. zł/mkw. to nie tylko medialna, ale i rynkowa sensacja. Tak drogo jeszcze nie było, ale warto zrozumieć mechanizm stojący za tym rekordem. Kluczową rolę odegrały przede wszystkim bardzo drogie wprowadzenia. W ciągu zaledwie dwóch tygodni do sprzedaży trafiło ponad 900 mieszkań, których średnia cena wyniosła 23,1 tys. zł/mkw. – mówi Katarzyna Kuniewicz, dyrektorka badań rynku Otodom.

Równolegle w pierwszej połowie maja kupujący nabyli 800 mieszkań po przeciętnej stawce 17,3 tys. zł/mkw. Skoro z rynku zniknęły tańsze lokale, a ich miejsce zajęły nowe i wyraźnie droższe, to średnia warszawskiej oferty niemal automatycznie wzrosła do 20 063 zł/mkw. To niezwykle ważna informacja dla nabywców, ponieważ oznacza, że ceny lokali dostępnych już wcześniej w sprzedaży w zdecydowanej większości wcale się nie zmieniły.

Ceny ofertowe a transakcyjne. Ile naprawdę płaci się za mieszkanie w Warszawie?

Dane NBP potwierdzają to, co obserwujemy w analizach Otodom od dłuższego czasu. Kwota z ogłoszenia odbiega od tej widniejącej w akcie notarialnym. Różnica między ceną ofertową i transakcyjną wyniosła w I kwartale 1 581 zł/mkw. Oznacza to, że większość sprzedanych w I kwartale mieszkań miała niższą od średniej rynkową cenę metra kwadratowego. Nie musi to jednak dowodzić, że nabywcy uzyskiwali 8-9% upusty, co sugeruje różnica między ceną ofertową i transakcyjną, ale z pewnością świadczy o ich zainteresowaniu mieszkaniami z tańszej części oferty firm deweloperskich – przyznaje Katarzyna Kuniewicz.

Aby przełożyć najświeższe, majowe dane na konkretny przykład musimy sięgnąć po ceny całkowite oferowanych w stolicy lokali. Według badań Otodom przeciętne mieszkanie w sprzedaży na rynku deweloperskim ma 55 mkw. i kosztuje prawie 1,1 mln zł. Tymczasem nabywcy którzy zdecydowali się na zakup w pierwszej połowie maja wybierali mieszkania przeciętnie 54-metrowe, za które płacili około 930 tys. zł (średnia cena mieszkań sprzedanych). Oznacza to, że przeciętna transakcja na rynku deweloperskim w maju została zrealizowana na wyraźnie niższym poziomie niż sugeruje to cena całkowita przeciętnego oferowanego mieszkania (o 166 tys. zł  mniej).

ceny mieszkań w warszawie

Mieszkanie z rynku deweloperskiego czy wtórnego? Zaskakujący remis cenowy

Jak zaznacza Katarzyna Kuniewicz, z danych NBP za I kwartał 2026 roku wyłania się zaskakujący obraz warszawskiego rynku. Okazuje się, że mimo dużych różnic w cenach ofertowych, średnie ceny transakcyjne mieszkań deweloperskich i używanych były niemal identyczne. W przypadku nowych lokali to 16 475 zł/mkw., a na rynku wtórnym – 16 393 zł/mkw. (mniej niż 1%).

– Po raz pierwszy od dwóch lat to średnia cena transakcyjna na rynku deweloperskim okazała się wyższa od transakcji na rynku wtórnym. Co więcej, nasz stały monitoring pozwala już teraz prognozować wyniki dla trwającego – II kwartału*. Ponieważ bieżące odczyty badań Otodom niemal pokrywają się z oficjalnymi raportami NBP, spodziewamy się, że w II kwartale ostateczna średnia cena transakcyjna w stolicy ogłaszana przez NBP ukształtuje się na poziomie około 16,8-16,9 tys. zł/mkw. – mówi dyrektorka badań rynku Otodom.

*Zgodnie z metodologią NBP oznacza to miesiące od marca do maja.

multiQure z wyceną na poziomie 104,6 mln USD. Polski projekt celuje w przełom w terapii Huntingtona

Dom Maklerski INC ocenia, że platforma RNAi opracowana przez zespół projektu multiQure może istotnie wpłynąć na standard leczenia w chorobie Huntingtona w ciągu najbliższych lat. Analitycy zauważają, że projekt ma wysoki potencjał innowacyjny w obszarze chorób o istotnej niezaspokojonej potrzebie medycznej, jakimi są choroby poliglutaminowe. Wynika on z przewag konkurencyjnych, perspektywicznej niszy oraz szybkiego momentu „sprawdzam”. Pozwoliło to wycenić multiQure na 104,6 mln USD (około 380 mln zł przy obecnym kursie).

Ideą stojącą za multiQure jest realizacja amerykańskiego modelu biotechnologii w Polsce, który polega na skoncentrowaniu środków i zasobów na wiodącym projekcie i jak najszybszym udowodnieniu działania terapii w rzeczywistych warunkach klinicznych. Zdaniem autorów raportu projekt zagospodarowuje istotną niszę rzadkich chorób neurodegeneracyjnych, do których zaliczają się m.in. choroby poliglutaminowe.

– Metody leczenia, które są wykorzystywane obecnie, koncentrują się na zwalczaniu objawów choroby, nie ingerując w jej przyczynę, czyli powstawanie zmutowanego białka w efekcie wadliwego genu. Platforma RNAi autorstwa multiQure nie pozwala na powstanie wspomnianego białka, przez co zatrzymywany jest rozwój choroby, a to stanowi główną wartość projektu – informuje Maciej Kietliński, autor raportu analitycznego DM INC.

Najbardziej zaawansowanym programem spółki jest terapia choroby Huntingtona, jednak potencjalny zakres zastosowania technologii obejmuje również inne choroby poliglutaminowe, takie jak DRPLA, SCA3 czy SCA7. Wspólnym mechanizmem biologicznym tych schorzeń są ekspansje powtórzeń CAG, co nadaje technologii multiQure™ charakter platformowy i pozwala budować strategię rozwoju wykraczającą poza pojedyncze wskazanie terapeutyczne.

– Wycenę tego projektu z pewnością wspiera fakt, że stoi za nim światowej klasy zespół badawczy pod kierownictwem prof. Marty Olejniczak. Dla inwestorów kluczowy jest fakt, że technologia z IChB PAN ma mocne, udokumentowane podstawy naukowe, co minimalizuje ryzyko na wczesnym etapie rozwoju. Dodatkowo, obecność Biofund Capital Management jako partnera strategicznego gwarantuje odpowiednie know-how w obszarze komercjalizacji. To rzadkie i pożądane na rynku połączenie twardej nauki z doświadczeniem biznesowym. Ponadto, szybki moment „sprawdzam” zaplanowany na 2028 r. pozwoli zwiększyć szanse na sprawne wprowadzenie terapii na rynek – podkreśla analityk.

Analitycy dostrzegają, że pomimo prac prowadzonych nad innymi terapiami genowymi, na czele z metodą autorstwa spółki uniQure, to właśnie polski projekt ma największy potencjał do stania się terapią „best-in-class”, ze względu na długotrwałe wyciszenie genu oraz selektywne działanie na zmutowany gen. Terapie konkurencyjne nie łączą w sobie obu tych cech na raz, dlatego szanse na ich sukces rynkowy są zdaniem autorów raportu niższe niż w przypadku multiQure. Większa szansa na sukces rynkowy jest zdaniem DM INC istotnym elementem wyceny projektu.

– Duży potencjał platformy multiQure oraz jej przewagi na tle konkurencyjnych terapii sprawiają, że w przypadku dopuszczenia jej na rynek projekt może notować w szczytowym momencie przychody od jednego pacjenta w kwocie 1,3 mln USD w USA oraz 1,0 mln USD w Europie. Na podstawie naszego modelu oszacowaliśmy wartość projektu na 104,6 mln USD, co w przeliczeniu na złote wynosi około 380 mln zł. Wspomniane założenia oraz przyjęte szacunki mają charakter ostrożnościowy, szczególnie w kontekście obecnych poziomów cen terapii genowych na rynku – mówi Maciej Kietliński.

Raport analityczny DM INC ma charakter scenariuszowy i nie stanowi prognozy finansowej spółki ani rekomendacji inwestycyjnej.

Link do raportu: https://www.dminc.pl/raport-analityczny/multiqure/

Strach wraca na rynki. Dolar zyskuje, a rentowności obligacji idą w górę

Inwestorzy boją się, że sytuacja w Zatoce Perskiej może eskalować. Efektem tego strachu są trzy elementy: droższa ropa, której wpływ państwa odrobinę amortyzują, napływ kapitału do dolara oraz rosnące koszty obsługi długu. W tle inflacja w Kanadzie poniżej oczekiwań.

Co z długiem?

Na rynku wyraźnie widać, że inwestorzy oczekują coraz wyższych stóp zwrotu z inwestycji w obligacje. Jeszcze dwa tygodnie temu polskie papiery 10-letnie były handlowane przy rocznej rentowności 5,6%. Dzisiaj za ryzyko na poziomie ponad 6% żądania wierzycieli rosną. Co się w tym czasie w Polsce zmieniło? Właściwie nic. Na świecie natomiast postępuje przekonanie, że jeszcze kilka miesięcy temu zbyt gwałtownie wycenialiśmy skalę obniżek stóp procentowych w najbliższych latach. Skoro wskaźniki będą wyższe, to i oczekiwania inwestorów za pożyczanie pieniędzy państwom rosną. Nie jest to oczywiście tylko polski problem. Drożej zadłuża się też USA, które wywołały większość tego zamieszania oraz gospodarki Europy Zachodniej. Co to oznacza dla Polski? Nasz kraj jest zadłużony niemal na 60% PKB, czyli około ćwierć procenta naszego PKB idzie dodatkowo w obsługę długu.

EURUSD poniżej 1,16

Na rynkach trwają przygotowania na najgorsze. Widać to po notowaniach dolara amerykańskiego, który zasysa kapitał niczym wir. Jeszcze w zeszłym tygodniu za 1 EUR płacono 1,1750 USD. Wczoraj byliśmy już na poziomie 1,1600. Dolar jest miejscem, do którego kapitał ucieka w trudnych czasach. Wielu analityków zastanawia się, czy nie dojdzie do eskalacji obecnej wojny w Zatoce Perskiej. Spotkanie USA–Chiny nie przyniosło rozstrzygnięcia, mimo absurdalnych zalotów administracji prezydenckiej sugerujących możliwość przehandlowania bezpieczeństwa Tajwanu. Obecna sytuacja wygląda już trochę na desperację. Ceny ropy są w miarę pod kontrolą, ale to głównie dlatego, że kolejne państwa uwalniają rezerwy surowca na rynek. Nie bez znaczenia jest też zawieszenie sankcji na Rosję na kolejny miesiąc, dzięki czemu może finansować agresję na Ukrainę. Im bardziej jednak rynki się boją eskalacji, tym silniejszy staje się dolar.

Miła niespodzianka w Kanadzie

Pomimo słabej passy negatywnych niespodzianek dotyczących wskaźnika inflacji nie wszędzie jest źle. Pozytywnie zaskoczyła nas wczoraj Kanada. Analitycy oczekiwali wzrostu inflacji dla konsumentów do 3,1%. Faktycznie był on jednak niższy – ceny rosną o 2,8% w skali roku. Głównym powodem była wyraźnie mniejsza od oczekiwań inflacja bazowa. W rezultacie, pomimo kryzysu energetycznego wywołanego przez USA wojną w Zatoce Perskiej, Kanadyjczycy nie odczuwają tego aż tak dotkliwie. Po samej publikacji dolar kanadyjski osłabiał się względem amerykańskiego. Był to jednak chwilowy ruch.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Inflacja w strefie euro przyspiesza. Ceny energii znów podbijają odczyty

Kwietniowy odczyt inflacji konsumenckiej w strefie euro przyspieszył do 3,0 proc. w ujęciu rocznym wobec 2,6 proc. miesiąc wcześniej. W ujęciu miesięcznym ceny wzrosły o 1,0 proc., a dane okazały się zgodne z oczekiwaniami rynku. Głównym czynnikiem odpowiadającym za wyraźne przyspieszenie inflacji był wzrost cen surowców energetycznych, będący konsekwencją napięć geopolitycznych na Bliskim Wschodzie.

Jednocześnie harmonizowana inflacja bazowa, która nie uwzględnia cen energii oraz nieprzetworzonej żywności, wyniosła w kwietniu 2,2 proc. w ujęciu rocznym. Relatywnie umiarkowany poziom tego wskaźnika sugeruje, że presja inflacyjna pozostaje w dużej mierze ograniczona do komponentów najbardziej podatnych na wahania cen surowców. Na ten moment nie widać wyraźnych sygnałów szerokiego rozlewania się inflacji na pozostałe sektory gospodarki.

Mimo to inflacja konsumencka nadal pozostaje powyżej średnioterminowego celu Europejskiego Banku Centralnego wynoszącego 2,0 proc. W efekcie w ostatnich miesiącach rynek wyraźnie zmienił oczekiwania dotyczące polityki monetarnej. Jeszcze trzy miesiące temu dominował scenariusz stabilizacji stóp procentowych, natomiast obecnie inwestorzy wyceniają pierwsze podwyżki stóp procentowych w strefie euro w tym roku.

Złoto blisko dolnego ograniczenia korekty. Inwestorzy szukają nowego kierunku

0
  • Złoto znajduje się przy dolnym ograniczeniu korekty o skali 1 500 USD, wyznaczonej między styczniowym szczytem na poziomie 5 595 USD a marcowym minimum w okolicach 4 100 USD.
  • Rosnące oczekiwania inflacyjne napędzane cenami energii oraz wyższe rentowności obligacji obecnie przysłaniają czynniki, które od dłuższego czasu wspierają złoto: obawy o zadłużenie fiskalne, dywersyfikację rezerw przez inwestorów i banki centralne oraz utrzymujące się trendy dedolaryzacyjne.
  • Przepływy do ETF-ów oraz wskaźniki zmienności wskazują na ograniczoną aktywność uczestników rynku i oczekiwanie na wyraźniejszy impuls – techniczny lub fundamentalny.

Jak tłumaczy Ole Hansen, dyrektor ds. strategii rynku surowców w Saxo Bank, złoto kontynuuje trwającą od tygodnia fazę konsolidacji po historycznym rajdzie, który wyniósł cenę kruszcu do styczniowego szczytu w pobliżu 5 595 USD, zanim nastąpiła gwałtowna korekta do marcowego minimum w okolicach 4 100 USD. Przy cenie około 4 550 USD złoto nadal zyskuje mniej więcej 5% od początku roku i 40% w ujęciu rocznym, ale pozostaje blisko dolnego ograniczenia korekty o skali około 1 500 USD, która ukształtowała się w pierwszym kwartale.

Obecne otoczenie coraz wyraźniej pokazuje różnicę między tym, na czym w krótkim terminie koncentrują się traderzy, a tym, co w dłuższej perspektywie obserwują inwestorzy. Choć strukturalne argumenty za złotem pozostają w dużej mierze nienaruszone, krótkoterminowe czynniki makroekonomiczne stworzyły dla cen bardziej wymagające warunki.

Z perspektywy traderów uwaga nadal skupia się na cenach energii, oczekiwaniach inflacyjnych, rentownościach obligacji i dolarze. Kryzys na Bliskim Wschodzie oraz związane z nim zakłócenia na rynkach energii podniosły oczekiwania inflacyjne w momencie, gdy rynki przygotowywały się do niższych stóp procentowych. Wyższe ceny energii bezpośrednio przekładają się na inflację, a w konsekwencji także na rentowności obligacji skarbowych, jednocześnie wspierając dolara amerykańskiego.

To połączenie stworzyło trudne środowisko dla złota. Rosnące rentowności zwiększają koszt alternatywny utrzymywania aktywa nieprzynoszącego dochodu, a mocniejszy dolar zwykle ogranicza popyt ze strony inwestorów spoza USA. W rezultacie typowa reakcja złota jako bezpiecznej przystani stała się mniej jednoznaczna. W obecnym mechanizmie rynkowym eskalacja napięć geopolitycznych może czasami ciążyć złotu, jeśli jednocześnie prowadzi do kolejnego wzrostu cen energii i oczekiwań inflacyjnych.

Z technicznego punktu widzenia złoto w bardzo krótkim terminie ustabilizowało się w wąskim przedziale 4 500–4 590 USD, a ceny skupiają się wokół kluczowych poziomów zniesienia Fibonacciego. Szerszy układ pozostaje ograniczany przez dwie istotne średnie kroczące. 200-dniowa średnia krocząca, obecnie w pobliżu 4 355 USD, stanowi kolejny ważny poziom wsparcia, natomiast 50-dniowa średnia krocząca w okolicach 4 705 USD nadal ogranicza próby wzrostowe.

Złoto spot z poziomami technicznymi

Złoto spot z poziomami technicznymi – źródło: Saxo

Złoto spot, wykres pięcioletni

Złoto spot, wykres pięcioletni – źródło: Saxo

Pozycjonowanie inwestorów potwierdza obraz rynku czekającego na wyraźniejszy kierunek. Zasoby ETF-ów w ostatnim miesiącu zasadniczo pozostawały stabilne, co sugeruje brak silnego, świeżego przekonania inwestorów, a zmienność nadal spada. Wskaźnik ATR (Average True Range) obniżył się do najniższego poziomu od czterech miesięcy, wskazując na coraz bardziej skompresowane warunki handlu i rynek, który może przygotowywać się do większego ruchu kierunkowego, gdy obraz techniczny lub fundamentalny stanie się bardziej klarowny.

Kolejnym czynnikiem mogącym ciążyć cenom jest wymuszona lub taktyczna sprzedaż ze strony części banków centralnych. Kilka krajów importujących energię mierzy się z gwałtownie rosnącymi kosztami paliw oraz większą presją na lokalne waluty wynikającą z wyższych rachunków importowych denominowanych w dolarze. W takich warunkach część oficjalnych posiadaczy rezerw może sprzedawać złoto, aby bronić walut lub pomóc finansować podwyższone zakupy energii. Nie musi to podważać szerszej historii popytu ze strony sektora oficjalnego, ale może częściowo tłumaczyć ograniczoną reakcję złota na napięcia geopolityczne.

Naszym zdaniem inwestorzy długoterminowi nadal koncentrują się na innym zestawie czynników. Rosnące obciążenia związane z zadłużeniem fiskalnym, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, ponownie przyciągają uwagę, ponieważ wyższe rentowności obligacji skarbowych zwiększają koszty obsługi długu. Jednocześnie uporczywa inflacja nadal stanowi wyzwanie dla tradycyjnych stóp zwrotu z instrumentów o stałym dochodzie, a dywersyfikacja rezerw i trendy dedolaryzacyjne pozostają czynnikami wspierającymi złoto.

Zmienność na rynku złota przypomina, że decyzje inwestycyjne warto oceniać w szerszym kontekście, a nie wyłącznie przez pryzmat bieżących ruchów cen. Krótkoterminowo rynki często reagują na zmiany inflacji, rentowności obligacji czy kursu dolara, natomiast w dłuższym horyzoncie większe znaczenie mają trwałe tendencje makroekonomiczne i sposób zarządzania ryzykiem. Dlatego kluczowe pozostaje budowanie portfela w oparciu o różne klasy aktywów, regiony i waluty, tak aby ograniczać wpływ pojedynczych źródeł niepewności  – mówi Aleksander Mrózek, Manager ds. relacji z kluczowymi klientami regionu CEE w Saxo Banku.

Gdy bezpośrednia presja związana z cenami energii zacznie słabnąć, popyt ze strony banków centralnych może ponownie stać się ważniejszym czynnikiem dla rynku. Na razie złoto pozostaje zawieszone między krótkoterminowymi przeciwnościami makroekonomicznymi a długoterminowym wsparciem strukturalnym, utrzymując się w fazie wyczekiwania bez wyraźnego kierunku, podczas gdy rynek czeka na większą klarowność.

Przepływy inwestycyjne w złoto poprzez ETF-y i kontrakty terminowe

Przepływy inwestycyjne w złoto poprzez ETF-y i kontrakty terminowe oraz krótkoterminowe korelacje z dolarem i realnymi rentownościami w USA – źródło: Bloomberg i Saxo

CVI sfinalizował zamknięcie funduszu Private Debt Fund II

CVI Dom Maklerski ogłosił finalne zamknięcie funduszu CVI Private Debt Fund II, który osiągnął kapitalizację na poziomie 262 mln euro. W ramach ostatniego zamknięcia do grona inwestorów funduszu dołączyła Erste Group, wiodąca instytucja finansowa w Europie Środkowej. Wśród nowych inwestorów znalazły się także ALTUM, łotewska instytucja finansowa wspierająca rozwój przedsiębiorstw oraz Raiffeisen Investment. Środki pozyskane przez fundusz zostaną przeznaczone na wsparcie rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw w Europie Środkowej, w tym ekspansji zagranicznej polskich spółek.

CVI Private Debt Fund II to drugi instytucjonalny fundusz private debt zarządzany przez CVI. Fundusz został uruchomiony w pierwszym kwartale 2024 roku i zapewnia elastyczne finansowanie private debt skierowane przede wszystkim do małych i średnich przedsiębiorstw.

Od momentu uruchomienia fundusz zrealizował już 29 inwestycji. Fundusz ma za sobą również pierwszy exit, który pokazuje skuteczność przyjętej strategii inwestycyjnej oraz zdolność do generowania zwrotów zgodnie z założeniami.

Kapitał funduszu przeznaczony jest dla firm, które realizują projekty rozwojowe, planują ekspansję zagraniczną, wzmacniają swoją konkurencyjność lub potrzebują finansowania dopasowanego do specyfiki prowadzonej działalności.

CVI Private Debt Fund II finansuje przedsiębiorstwa z wybranych sektorów, w tym IT, finansów, transportu, budownictwa oraz sektora rolno-spożywczego. Fundusz planuje przeprowadzenie ponad 40 inwestycji w Europie Środkowej, w tym przede wszystkim w Polsce, a także m.in. w Rumunii, Czechach, Słowacji, krajach bałtyckich, na Węgrzech, w Słowenii i Chorwacji. Fundusz spełnia wymogi Artykułu 8 SFDR, co odzwierciedla zaangażowanie CVI we wdrażanie polityk ESG w procesie inwestycyjnym.

Wśród inwestorów CVI Private Debt Fund II znajdują się m.in. Bank Gospodarstwa Krajowego, Europejski Fundusz Inwestycyjny, Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju, IFC – Międzynarodowa Korporacja Finansowa, Polski Fundusz Rozwoju, a także fundusze emerytalne z czterech krajów, banki, firmy zarządzające aktywami, fundacje rodzinne, zamożni inwestorzy indywidualni.

Latem 2025 roku do grona nowych inwestorów dołączył Raiffeisen Investment, członek regionalnej grupy bankowej.

– Cieszymy się, że latem 2025 roku dołączyliśmy do funduszu CVI Private Debt Fund II. Aktywność na rynku private equity wzrosła w ostatnich latach, podczas gdy private credit pozostaje relatywnie słabiej rozwinięty. Dlatego z zadowoleniem przyjęliśmy możliwość połączenia sił z silnym partnerem regionalnym. Wierzymy, że rynki prywatne będą nieodzownym elementem portfela każdego świadomego inwestora w Europie Środkowo-Wschodniej, a rosnący popyt ze strony klientów potwierdza ten trend – powiedział Jaromir Sladkovsky, CEO Raiffeisen Investment.

W ramach ostatniego zamknięcia do grona inwestorów funduszu dołączyła Erste Group. Jest to wiodąca grupa bankowa w Europie Środkowej, obsługująca około 23 mln klientów w Austrii, Chorwacji, Czechach, na Węgrzech, w Polsce, Rumunii, Serbii i Słowacji. Erste Group oferuje klientom indywidualnym, korporacyjnym i instytucjonalnym szeroki zakres usług bankowych i finansowych od bankowości detalicznej i prywatnej, przez bankowość korporacyjną i transakcyjną, po zarządzanie aktywami.

– W CVI widzimy partnera z dużym doświadczeniem i wiodącą pozycją na rynku private debt w Europie Środkowej. Wspólne podejście oparte na długoterminowym budowaniu wartości postrzegamy jako fundament trwałego partnerstwa, które wzmocni naszą zdolność do odpowiadania na zapotrzebowanie klientów na stabilne możliwości inwestycyjne – powiedział Nemanja Stevanović, Director Corporate Finance & Alternative Investments Erste Group.

Kolejnym nowym inwestorem został ALTUM, łotewska instytucja finansowa, której misją jest wspieranie rozwoju gospodarki poprzez uzupełnianie oferty prywatnego rynku finansowego. Instytucja udziela finansowania w formie instrumentów takich jak pożyczki, gwarancje oraz inwestycje w fundusze venture capital.

– Inwestycja ALTUM w CVI Private Debt Fund II odzwierciedla nasze ukierunkowane podejście do zwiększania dostępu do kapitału w regionie. Szczególnie cenimy aktywną ekspansję funduszu w państwach bałtyckich, w tym na Łotwie, która tworzy nowe możliwości dla lokalnych firm. Partnerstwo z CVI, uznanym liderem rynku, dodatkowo wesprze rozwój przedsiębiorstw średniej wielkości oraz pomoże wprowadzać nowe, elastyczne rozwiązania finansowe na Łotwie i w szerszym regionie państw bałtyckich. Postrzegamy tę inwestycję jako początek silnego, długoterminowego partnerstwa, które może wnieść istotny wkład w rozwój firm w regionie. Z optymizmem patrzymy na udaną współpracę w kolejnych latach – powiedział Reinis Bērziņš, Prezes Zarządu ALTUM.

– Naszą misją jest zapewnianie finansowania wartościowym projektom biznesowym. W naszych inwestycjach koncentrujemy się na firmach, dla których tradycyjne finansowanie może być niewystarczające lub trudniej dostępne. W ten sposób pomagamy przełamywać bariery związane z ograniczonym dostępem do kapitału, otwieramy przed przedsiębiorcami nowe możliwości rozwoju i stymulujemy wzrost przedsiębiorczości w Europie Środkowej. Jednocześnie, dzięki pracy ponad czterdziestoosobowego, doświadczonego zespołu inwestycyjnego, tworzymy dla naszych inwestorów stabilne możliwości lokowania kapitału i budowania atrakcyjnych, skorygowanych o ryzyko stóp zwrotu – powiedział Radoslav Tausinger, Partner w CVI.

SLA czy pakiet godzinowy dla enova365? Jak firmy zabezpieczają ciągłość działania ERP

System ERP rzadko jest dziś wyłącznie narzędziem do księgowości. W wielu organizacjach enova365 odpowiada za finanse, kadry i płace, obieg dokumentów, sprzedaż czy raportowanie zarządcze. To właśnie dlatego sposób organizacji wsparcia technicznego ma bezpośredni wpływ na bezpieczeństwo operacyjne firmy.

W praktyce przedsiębiorstwa korzystające z enova365 najczęściej wybierają jeden z dwóch modeli współpracy: wsparcie w ramach umowy SLA lub pakiet godzinowy. Oba rozwiązania pozwalają rozwijać i utrzymywać system ERP, jednak zostały stworzone z myślą o zupełnie innych potrzebach biznesowych.

Jak wybrać właściwy model supportu enova365? Wszystko zależy od skali środowiska, poziomu ryzyka oraz tego, jak ważny dla organizacji jest szybki czas reakcji.

Na czym polega wsparcie enova365 w modelu SLA?

SLA (Service Level Agreement) to model współpracy oparty na jasno określonych parametrach obsługi. Organizacja otrzymuje gwarantowany czas reakcji na zgłoszenie, ustalone zasady obsługi incydentów oraz stałe wsparcie zespołu znającego środowisko klienta.

W praktyce oznacza to większą przewidywalność działania systemu ERP i szybsze reagowanie w sytuacjach krytycznych.

Firmy decydujące się na abonament SLA dla enova365 najczęściej oczekują:

  • ciągłości działania systemu,
  • priorytetowej obsługi zgłoszeń,
  • ograniczenia ryzyka przestojów,
  • stałego wsparcia konsultacyjnego i developerskiego,
  • większej kontroli nad rozwojem środowiska ERP.

Model SLA dobrze sprawdza się szczególnie tam, gdzie nawet krótkotrwała niedostępność systemu może wpływać na realizację procesów biznesowych.

Pakiet godzinowy enova365 – kiedy to dobre rozwiązanie?

Pakiet godzinowy działa w bardziej elastycznym modelu. Firma wykupuje określoną liczbę godzin i wykorzystuje je wtedy, gdy pojawia się potrzeba wsparcia.

To rozwiązanie często wybierają organizacje, które:

  • korzystają ze stabilnego środowiska ERP,
  • posiadają własny dział IT,
  • potrzebują wsparcia projektowego,
  • realizują pojedyncze wdrożenia lub integracje,
  • nie wymagają gwarantowanego czasu reakcji.

Pakiet godzinowy sprawdza się również w przypadku prac rozwojowych, takich jak tworzenie raportów, rozbudowa funkcjonalności czy integracje API.

Warto jednak pamiętać, że ten model nie daje takiej samej przewidywalności dostępności konsultantów jak umowa SLA.

Dlaczego czas reakcji w ERP ma znaczenie?

Wiele organizacji zaczyna analizować model wsparcia dopiero wtedy, gdy pojawia się poważny incydent. Problem z naliczeniem wynagrodzeń, niedostępność systemu podczas zamknięcia miesiąca czy awaria integracji potrafią szybko pokazać, jak istotna jest dobrze zorganizowana obsługa ERP.

W środowiskach, w których system enova365 wspiera kluczowe procesy biznesowe, liczy się nie tylko możliwość zgłoszenia problemu, ale przede wszystkim czas reakcji oraz znajomość środowiska przez partnera serwisowego.

To właśnie dlatego coraz więcej firm traktuje support ERP jako element strategii bezpieczeństwa organizacji, a nie wyłącznie koszt operacyjny.

Jak dobrać model wsparcia do organizacji?

Nie istnieje jeden uniwersalny model obsługi enova365. Wybór powinien zależeć od kilku czynników (szerszą analizę obu wariantów znajdziesz również pod adresem: https://smartsupportcenter.bpxglobal.com/blog/wsparcie-enova365-z-sla-czy-pakiet-godzinowy/):

Skala środowiska ERP

Im więcej modułów, użytkowników i integracji, tym większe znaczenie ma szybka dostępność specjalistów oraz uporządkowany proces obsługi zgłoszeń.

Krytyczność procesów biznesowych

Jeśli ERP wspiera finanse, kadry i płace lub procesy sprzedażowe, ryzyko przestoju staje się znacznie większe niż w przypadku prostych środowisk administracyjnych.

Kompetencje wewnętrznego działu IT

Firmy posiadające własnych administratorów często wybierają pakiety godzinowe jako uzupełnienie kompetencji zespołu wewnętrznego. Organizacje bez rozbudowanego zaplecza IT częściej decydują się na pełne wsparcie SLA.

Potrzeby rozwojowe

Jeżeli firma regularnie rozwija system enova365, wdraża nowe moduły lub tworzy dedykowane rozwiązania, stała współpraca z partnerem serwisowym zwykle pozwala lepiej planować rozwój środowiska.

Wsparcie ERP a bezpieczeństwo organizacji

Coraz więcej firm zwraca uwagę nie tylko na rozwój systemu ERP, ale również na bezpieczeństwo i odporność środowiska IT. Dotyczy to szczególnie organizacji objętych regulacjami DORA, NIS2 lub wymaganiami dotyczącymi ciągłości działania.

W takich przypadkach uporządkowany proces obsługi incydentów, raportowanie SLA oraz centralizacja zgłoszeń stają się ważnym elementem zarządzania ryzykiem.

Profesjonalny support enova365 obejmuje dziś nie tylko rozwiązywanie problemów, ale również wsparcie w utrzymaniu stabilności i przewidywalności działania całego środowiska ERP.

Kiedy warto rozważyć zmianę modelu wsparcia?

Najczęściej firmy decydują się na zmianę partnera lub modelu obsługi wtedy, gdy:

  • wydłuża się czas reakcji na zgłoszenia,
  • pojawiają się trudności z rozwojem systemu,
  • brakuje transparentności obsługi,
  • organizacja dynamicznie rośnie,
  • środowisko ERP staje się bardziej złożone.

W wielu przypadkach przejście na bardziej uporządkowany model wsparcia pozwala ograniczyć liczbę incydentów i poprawić stabilność działania systemu.

Podsumowanie

Wsparcie enova365 powinno być dopasowane nie tylko do budżetu, ale przede wszystkim do poziomu odpowiedzialności, jaki system ERP pełni w organizacji.

Pakiet godzinowy zapewnia elastyczność i dobrze sprawdza się przy projektowym wykorzystaniu supportu. Umowa SLA daje natomiast większą przewidywalność, uporządkowany proces obsługi oraz gwarantowany czas reakcji w sytuacjach krytycznych.

Im większe znaczenie system ERP ma dla codziennego funkcjonowania firmy, tym bardziej strategicznym elementem staje się profesjonalne wsparcie techniczne enova365.

Czym jest akredytacja – najważniejsze informacje

Akredytacja to pojęcie, które w kontekście przemysłu i bezpieczeństwa technicznego pojawia się coraz częściej – ale nie zawsze wiadomo, co konkretnie oznacza. Czym różni się od certyfikacji? Kto jej udziela i dlaczego ma znaczenie dla Twojego przedsiębiorstwa? Poniżej znajdziesz najważniejsze informacje, które pomogą rozwiać te wątpliwości.

Akredytacja – czym jest i kto jej udziela?

Akredytacja to formalne potwierdzenie przez niezależny organ, że dana jednostka – laboratoryjna, inspekcyjna lub certyfikująca – ma kompetencje do wykonywania określonych działań zgodnie z wymaganiami norm międzynarodowych. W Polsce akredytacji udziela Polskie Centrum Akredytacji (PCA), które działa jako krajowa jednostka akredytująca. PCA funkcjonuje w ramach europejskiej sieci EA (European cooperation for Accreditation), co oznacza, że akredytacja udzielona w Polsce jest uznawana we wszystkich krajach członkowskich.

Czym się różni akredytacja od certyfikacji?

Często oba te pojęcia są ze sobą mylone. Certyfikacja potwierdza, że produkt, usługa lub system zarządzania spełnia określone wymagania – np. normy ISO. Akredytacja natomiast dotyczy samych jednostek, które taką certyfikację przeprowadzają. Innymi słowy: akredytacja to potwierdzenie wiarygodności i kompetencji instytucji wystawiającej certyfikaty lub przeprowadzającej inspekcje. Jest więc niejako „certyfikatem dla certyfikujących”.

Jakie jednostki podlegają akredytacji?

Akredytacji podlegają przede wszystkim laboratoria badawcze i wzorcujące, jednostki certyfikujące oraz jednostki inspekcyjne. Te ostatnie odgrywają szczególną rolę w branżach, gdzie bezpieczeństwo instalacji i urządzeń ma kluczowe znaczenie – jak przemysł chemiczny, petrochemiczny, górnictwo czy energetyka. Jednostka inspekcyjna akredytowana według normy PN-EN ISO/IEC 17020 działa według ściśle określonych procedur, które gwarantują rzetelność, bezstronność i powtarzalność wyników inspekcji.

Dlaczego akredytacja jest tak ważna dla przedsiębiorców?

Dla firm działających w strefach zagrożonych wybuchem – oznaczonych jako strefy ATEX – współpraca z akredytowaną jednostką inspekcyjną to najlepsza praktyka. Dyrektywy ATEX nakładają na pracodawców obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa instalacji elektrycznych i mechanicznych w przestrzeniach zagrożonych powstaniem atmosfery wybuchowej. Inspekcja przeprowadzona przez akredytowaną jednostkę daje pewność, że ocena jest obiektywna, zgodna z normami i uznawana przez organy nadzoru.

Akredytowana jednostka inspekcyjna – co warto wiedzieć przed wyborem?

„Wybierając jednostkę inspekcyjną, warto upewnić się, że działa ona na podstawie akredytacji udzielonej przez PCA i że jej zakres obejmuje konkretny typ instalacji lub urządzeń, które mają być poddane inspekcji. Akredytacja to nie formalność – to gwarancja, że wynik inspekcji będzie uznany przez organy nadzoru i że cały proces przebiegł zgodnie z międzynarodowymi standardami”. – Mówi pracownik Instytutu Bezpieczeństwa Technicznego.

Instytut Bezpieczeństwa Technicznego prowadzi inspekcje zgodnie z normą PN-EN ISO/IEC 17020, posiadając akredytację PCA nr AK 046. Zakres działania obejmuje inspekcje odbiorcze i dozorowe urządzeń, instalacji i obiektów w obszarze bezpieczeństwa przeciwwybuchowego Ex. Szczegółowe informacje o tej jednostce inspekcyjnej znajdziesz tutaj.

Liftero z sukcesem zakończyło ofertę publiczną pozyskując 17,5 mln zł brutto

Liftero, polski producent technologii napędowych do misji kosmicznych, z sukcesem zakończył ofertę publiczną w ramach której pozyskał 17,5 mln zł brutto. Spółka przeznaczy środki m.in. na skalowanie zdolności produkcyjnych oraz wzmocnienie działań sprzedażowych i marketingowych w związku z rozpoczęciem szerokiej komercjalizacji autorskiego napędu BOOSTER. Oferta publiczna cieszyła się bardzo dużym zainteresowaniem inwestorów – popyt wielokrotnie przewyższył liczbę oferowanych akcji, a stopa redukcji zapisów w Transzy Otwartej wyniosła 95 proc. W najbliższym czasie Liftero złoży wniosek o wprowadzenie akcji na GPW w związku z planowanym debiutem giełdowym na rynku NewConnect. Liczy na możliwość debiutu na przełomie drugiego i trzeciego kwartału 2026 roku.

  • W ramach oferty publicznej Spółka wyemitowała 500 000 nowych akcji zwykłych na okaziciela serii C po cenie emisyjnej ustalonej na poziomie 35,00 zł za akcję
  • Pozyskane środki pozwolą Liftero m.in. rozwijać i szerzej komercjalizować autorski system napędowy BOOSTER – wykorzystujący nietoksyczne materiały pędne, zweryfikowany w przestrzeni kosmicznej i posiadający kluczowy w branży flight heritage
  • W procesie Spółkę wspierały cc group – Doradca Finansowy i Autoryzowany Doradca NewConnect, CK Legal – Doradca Prawny oraz Trigon Dom Maklerski S.A. – Główny Menedżer Oferty i Zarządzający Księgą Popytu

Dziękuję wszystkim inwestorom, którzy poświęcili swój czas na zapoznanie z działalnością Liftero i tak licznie zdecydowali się wziąć udział w naszej ofercie publicznej. Jesteśmy bardzo zadowoleni z jej przebiegu oraz zainteresowania, jakie wygenerowała zarówno wśród inwestorów indywidualnych, jak i instytucjonalnych. Popyt na akcje Liftero istotnie przewyższył wielkość oferty w obu transzach, a stopa redukcji zapisów w Transzy Otwartej wyniosła aż 95 proc., co oznacza, że popyt w tej transzy ok. 20-krotnie przekroczył liczbę oferowanych akcji. W rezultacie wzmocniliśmy nasz akcjonariat o długoterminowe fundusze oraz wielu inwestorów indywidualnych, którzy uzyskują ekspozycję na wkrótce jedyną spółkę z sektora kosmicznego notowaną na NewConnect, a także pierwszą spółkę typu pure-play space propulsion na giełdzie w Europie, której głównym obszarem działalności są systemy napędowe dla satelitówkomentuje Tomasz Palacz, CEO Liftero.

Dzięki ofercie pozyskaliśmy 17,5 mln zł brutto, czyli więcej niż pierwotnie zakładaliśmy, co pozwoli nam znacząco  przyspieszyć komercjalizację technologii, zwiększyć moce produkcyjne i wejść w kolejny etap rozwoju biznesu. Cieszy nas, że inwestorzy dostrzegają potencjał rozwijanego przez nas systemu BOOSTER oraz perspektywy wzrostu rynku napędów kosmicznych. Wierzę, że dalszy rozwój technologii i skuteczne skalowanie działalności pozwolą nam systematycznie budować wartość Spółki i wynagrodzić inwestorom okazane zaufanie dodaje Tomasz Palacz.

Liftero przechodzi aktualnie od rozwoju technologii do jej szerokiej komercjalizacji. Autorski system BOOSTER został już zweryfikowany w warunkach kosmicznych, a spółka konsekwentnie zwiększa skalę działalności i buduje portfel klientów na rynku międzynarodowym. W I kwartale 2026 roku Liftero podpisało największy kontrakt w swojej historii – umowę z indyjską spółką OrbitAID na dostarczenie dwóch systemów napędowych BOOSTER wykorzystywanych w segmencie in-orbit servicing. Jednocześnie Spółka prowadzi działania sprzedażowe na rynkach europejskim, amerykańskim i azjatyckim – wartość pipeline ofertowego Liftero wynosi ok. 115 mln EUR, a jednym z kluczowych celów Spółki pozostaje dalsze zwiększanie zdolności produkcyjnych w odpowiedzi na rosnące globalne zapotrzebowanie na systemy napędowe dla satelitów.

Widzimy bardzo duże zainteresowanie systemami napędowymi rozwijanymi przez Liftero, co potwierdza zarówno prowadzony dialog z potencjalnymi klientami, jak i rosnąca wartość naszego pipeline ofertowego. Rynek kosmiczny znajduje się dziś na etapie intensywnego wzrostu, a coraz większa liczba projektów wymaga wydajnych i elastycznych systemów napędowych, które można szybko wdrażać i skalować produkcyjnie. Dlatego równolegle rozwijamy kolejne warianty systemu BOOSTER oraz inwestujemy w rozbudowę zaplecza produkcyjnego i testowego, przygotowując organizację do realizacji większej liczby kontraktów w kolejnych latach mówi Przemysław Drożdż, COO Liftero.

Spółka planuje do końca 2027 roku zwiększenie mocy produkcyjnych do ok. 30 systemów BOOSTER rocznie, co odpowiada ok. 80 silnikom. Liftero obserwuje rosnące zainteresowanie swoim produktem ze strony potencjalnych klientów, dlatego w najbliższych miesiącach zamierza usprawnić obsługę procesu ofertowania poprzez m.in. wzmocnienie zespołu i zatrudnienie dodatkowych specjalistów. Plan Spółki zakłada zwiększenie zatrudnienia z ok. 20 do ok. 40 osób do końca 2026 roku, przede wszystkim w obszarach związanych ze skalowaniem produkcji, rozwojem technologii oraz obsługą klientów.

Rok 2026 będzie dla Liftero okresem bardzo intensywnego rozwoju i realizacji kolejnych ważnych etapów budowy pozycji Spółki na globalnym rynku kosmicznym. Przed nami zarówno dalsze skalowanie działalności operacyjnej i produkcyjnej, jak i planowany debiut giełdowy na rynku NewConnect. Chcemy wykorzystać najbliższe kwartały do dalszego wzmacniania pozycji Liftero jako jednego z liderów europejskiego sektora space-tech w obszarze napędów kosmicznych oraz konsekwentnie realizować przyjęte cele biznesowe i technologiczne podsumowuje Przemysław Drożdż.

Liftero planuje wkrótce złożyć wniosek o wprowadzenie akcji na GPW i rozpocząć przygotowania do debiutu na rynku NewConnect. Spółka będzie jedynym przedstawicielem sektora kosmicznego notowanym na małym parkiecie oraz trzecim podmiotem z branży space-tech obecnym na polskim rynku kapitałowym – obok notowanych na rynku regulowanym GPW spółek Creotech Instruments i Scanway. Zarząd Liftero podkreśla, że rynek NewConnect ma stanowić etap przejściowy wspierający dalsze skalowanie działalności i organizacji Spółki, a docelowym kierunkiem jest przeniesienie notowań na Rynek Główny GPW w Warszawie.

Po debiucie, Liftero stanie się również jedyną notowaną na giełdzie w Europie spółką typu pure-play space propulsion, której głównym obszarem działalności są systemy napędowe dla satelitów, co czyni ją unikalnym podmiotem w skali globalnego sektora kosmicznego.

Kapitał płynie do dolara. Bliski Wschód i obligacje USA podbijają nerwowość rynku

Poniedziałkowa próba korekty na rynku dolara spełzła na niczym. Tym samym we wtorek kapitał ponownie płynie szerokim strumieniem do USD. Z jednej strony napięcie wokół Iranu zdaje się zmierzać do punktu wrzenia, a z drugiej „zielony” jest pompowany rosnącymi oczekiwaniami co do podwyżek stóp w USA. Risk off nie jest jednak dziś całkowicie powszechny, ale zachowanie FX i rentowności obligacji mogą być zwiastunem rozlania się negatywnego sentymentu po reszcie rynków.

Podobno…

Podobno Donald Trump czekał już z palcem nad guzikiem (polecam jeden z niedawnych graficznych postów prezydenta USA), który miał rozpocząć zmasowane uderzenie na Iran. Podobno decyzję o ataku powstrzymały prośby (naciski?) ze strony arabskich sojuszników. Podobno przedstawiciele Izraela twierdzą, że kolejna ofensywa militarna jest przesądzona i tylko odsuwana w czasie. Podobno Irańczycy mieli w ostatnich dniach tylko symulować chęć negocjacji. Wyraźnie widać, że Zatoka Perska jest coraz gęściej usłana nie tylko minami głębinowymi, ale też przypuszczeniami. Niestety coraz trudniej z tych doniesień i domysłów wyłuskać jakiekolwiek promyki nadziei. Sytuacja eskaluje i tym samym rośnie premia za ryzyko. A w takiej sytuacji na rynku walutowym gwiazda może być tylko jedna (i nie, nie jest to Donald Trump). Dolara amerykańskiego dodatkowo premiuje coraz bardziej napięta inflacja za Atlantykiem. Wszystkie odczyty dotyczące kwietniowej dynamiki cen zaskoczyły w górę i w ten sposób przybliżyły oczekiwania co do podwyżek stóp procentowych. Doskonale widać to w rentownościach amerykańskich obligacji. Tamtejsze 10-latki po raz pierwszy od ponad dwóch lat przebiły 4,6%. Na krótkim końcu wcale nie jest lepiej, 2-latki pierwszy raz od początku 2025 roku wyszły powyżej 4%. Cały rynkowy układ dostraja się pod USD.

USD rozdaje karty

Jeszcze w poniedziałek niektórzy mogli uwierzyć, że dolar napotka skuteczną kontrę. Jednak musieli oni szybko pozbyć się złudzeń, kiedy kurs EUR/USD nie potrafił pokonać nawet 50-sesyjnej średniej, która idealnie odegrała rolę oporu. W trakcie wtorkowych notowań wracamy do granej już od ponad tygodnia ucieczki w kierunku bezpiecznej dolarowej przystani, a kurs eurodolara znowu łapczywie zerka na 1,16 USD. Przełamanie tego bardziej psychologicznego wsparcia będzie oznaczało wypróbowanie prawdziwego wsparcia w rejonie 1,156-1,157 USD. Właśnie tam odnajdziemy dolne ograniczenie konsolidacji, w której główna para globu znajduje się przez większość czasu już od ponad roku. Bardziej niż przyzwoicie w tych okolicznościach zachowuje się polski złoty. Kurs dolara wciąż nie potrafi wyjść wyraźnie powyżej 3,65 zł, a kurs euro jest blisko 4,24 zł. Niestety w dalszym ciągu niezła pozycja rodzimej waluty może być częściowo związana z wyraźnie rosnącymi rentownościami polskich obligacji, które stają się łakomym kąskiem dla inwestorów. Polskie 10-latki znowu wyszły powyżej 6% (jeszcze w lutym cieszyliśmy się, że pierwszy raz od kilku lat znalazły się poniżej 5%). Oczywiście dla szerokiego rynku o wiele ciekawszy jest rejon jena japońskiego. Kurs USD/JPY znowu narusza 159 JPY, co może skończyć się kolejną interwencją walutową japońskich władz. Taka reakcja przynajmniej chwilowo naruszyłaby prodolarowy sentyment.

Po co te nerwy?

Kiedy rynek długu i rynek walutowy z coraz większym napięciem zerkają na Bliski Wschód, to na rynkach kapitałowych zabawa trwa w najlepsze. W Azji negatywnie zamknęły się co prawda Tokio czy Mumbaj, ale dominowały tam wzrosty, Szanghaj i Sydney zyskały ok. 1%. W Europie o godz. 15 nastroje też są świetne, z głównych indeksów najsłabiej radzi sobie Mediolan (ledwo +0,15%), a liderem jest Frankfurt (+1,3%). Niestety za rynkami bazowymi nie podąża GPW, gdzie WIG20 nieznacznie traci (-0,1%). O wiele lepiej jest w drugiej i trzeciej linii spółek, zarówno mWIG40, jak i sWIG80 idą w górę o blisko 0,4%. Niestety nastroje mogą popsuć Amerykanie, kontrakty na Wall Street wskazują na zauważalnie negatywne otwarcie za oceanem. Zadziwiający spokój panuje dziś na rynku ropy naftowej, lipcowy kontrakt na baryłkę europejskiej odmiany Brent stabilizuje się przy 110 USD.