Akademia Sztuki Wojennej wesprze CPK w obszarze bezpieczeństwa i odporności operacyjnej

Akademia Sztuki Wojennej i spółka Centralny Port Komunikacyjny, realizująca program Port Polska, zawarły porozumienie o współpracy. Jego głównym celem jest rozwój kompetencji w obszarze zarządzania infrastrukturą lotniczą, bezpieczeństwa, logistyki oraz odporności operacyjnej strategicznych inwestycji państwa.

Podpisane porozumienie otwiera drogę do długoterminowej współpracy eksperckiej. Akademia Sztuki Wojennej, jako uczelnia specjalizująca się w obszarze bezpieczeństwa, obronności, logistyki, zarządzania kryzysowego oraz planowania operacyjnego, będzie wspierać działania związane z budową nowoczesnego i odpornego systemu funkcjonowania powstającego nowego lotniska krajowego.

– Chcemy wspólnie prowadzić działania badawczo-naukowe i dydaktyczne, obejmujące m.in. analizę zagrożeń, planowanie operacyjne oraz rozwój procedur bezpieczeństwa w transporcie lotniczym. Istotnym elementem będzie także kształcenie kadr poprzez praktyki, zajęcia dydaktyczne oraz prace dyplomowe przygotowujące specjalistów do zarządzania złożonymi strukturami lotniskowymi i reagowania na sytuacje kryzysowe – podkreśla dr Filip Czernicki, prezes zarządu spółki Centralny Port Komunikacyjny, Port Polska.

Porozumienie stanowi przykład współpracy nauki, sektora strategicznych inwestycji państwowych oraz środowiska eksperckiego odpowiedzialnego za rozwój kompetencji w obszarze bezpieczeństwa państwa. Jego realizacja pozwoli na wykorzystanie potencjału Akademii Sztuki Wojennej w procesie budowania bezpieczeństwa nowej infrastruktury transportowej, a jednocześnie umożliwi studentom, słuchaczom cywilnym i wojskowym Akademii dostęp do praktycznej wiedzy oraz doświadczeń związanych z jednym z najważniejszych projektów infrastrukturalnych w Polsce.

– Współpraca uczelni ze Spółką to przykład partnerstwa, które wzmacnia zaplecze kompetencyjne powstającej inwestycji oraz przyczynia się do budowy nowoczesnego i bezpiecznego systemu transportowego w Polsce. Dodatkowo umożliwia wykorzystanie innowacyjnej wiedzy teoretycznej i praktycznej ekspertów Spółki w procesie dydaktyczno-naukowym studentów, słuchaczy cywilnych i wojskowych Akademii – zaznacza rektor Akademii Sztuki Wojennej dr Mieczysław Gocuł, generał w stanie spoczynku.

Współpraca ze Spółką wpisuje się w misję Akademii Sztuki Wojennej jako Kreatora Kształtowania Odporności Państwa oraz ośrodka przygotowującego kadry zdolne do działania w złożonym środowisku bezpieczeństwa. Porozumienie ma charakter długoterminowy i będzie podstawą do realizacji wspólnych przedsięwzięć eksperckich, badawczych oraz edukacyjnych, ukierunkowanych na rozwój kompetencji niezbędnych dla bezpieczeństwa nowoczesnego państwa.

Spółka wcześniej podpisała porozumienia o współpracy m.in. z Uniwersytetem Gdańskim, Politechnikami: Krakowską, Łódzką, Poznańską, Śląską, Wrocławską, Państwową Akademią Nauk Stosowanych w Chełmie, Akademią Nauk Stosowanych w Skierniewicach, Akademią Sztuk Pięknych w Warszawie, Wojskową Akademią Techniczną.

Firma SATO mianowała Annę Opieczyńską dyrektorem zarządzającym na region Europy Środkowej i Wschodniej

14 kwietnia 2026 Heidelberg, Niemcy Firma SATO Europe, globalny dostawca rozwiązań w zakresie automatycznej identyfikacji i etykietowania, mianowała Annę Opieczyńską na stanowisko dyrektora zarządzającego na region Europy Środkowej i Wschodniej ze skutkiem od 1 kwietnia 2026 r. Awans ten stanowi kolejny etap w karierze zawodowej, która rozpoczęła się w 2018 r., kiedy to Anna dołączyła do firmy jako asystentka ds. sprzedaży i marketingu, i odzwierciedla zarówno jej rozwój osobisty, jak i stały rozwój firmy SATO w tym regionie.

W ramach nowych obowiązków Anna będzie nadzorować działalność w całej Polsce, a także na kluczowych rynkach regionalnych, takich jak między innymi Czechy, Słowacja, Węgry i Turcja. Będzie odpowiedzialna za wzmocnienie wyników organizacji, rozwój zespołów i kompetencji, tworzenie skutecznych struktur i procesów oraz zapewnienie klientom stałego dostępu do produktów i usług wysokiej jakości. Do jej obowiązków należy również nadzór nad polską fabryką materiałów eksploatacyjnych we Wrocławiu.

Awans uwzględniający zarówno dotychczasowe osiągnięcia, jak i potencjał

Mianowanie Anny stanowi doskonały przykład rozwoju przywództwa w ramach samej organizacji. W ciągu ostatnich siedmiu i pół roku pięła się po szczeblach kariery, zajmując coraz wyższe stanowiska i zdobywając bogate doświadczenie w zakresie sprzedaży, rozwoju rynku oraz kierowania operacyjnego. Po dołączeniu do firmy SATO w 2018 roku w 2019 roku objęła stanowisko Account Managera, w 2022 roku została mianowana Country Managerem na Polskę, w 2024 roku została Branch Managerem, a następnie w 2025 roku General Managerem, zanim objęła obecne stanowisko Managing Director.

Jej kariera ściśle odzwierciedla ważny okres rozwoju i transformacji firmy w tym regionie. 1 kwietnia 2025 r. firma SATO skonsolidowała swoją działalność w Polsce i krajach Europy Wschodniej w ramach bardziej ujednoliconej struktury, łącząc działy produkcji, logistyki i sprzedaży w celu zapewnienia lepszej koordynacji działań operacyjnych oraz bardziej spójnej obsługi klienta. Anna odegrała kluczową rolę w tej fazie rozwoju organizacyjnego, a obecnie obejmuje stanowisko kierownicze w momencie, gdy firma koncentruje się na dalszej ekspansji w Europie Środkowej i Wschodniej.

Od lokalnego przywództwa do odpowiedzialności regionalnej

Firma SATO nadal umacnia swoją pozycję w Europie Środkowej i Wschodniej poprzez ściślejszą integrację, większą elastyczność rynkową oraz silniejsze ukierunkowanie na tworzenie długoterminowej wartości. W swojej nowej roli Anna Opieczyńska będzie odpowiedzialna za rozszerzanie działalności w całym regionie, budowanie silnych struktur organizacyjnych, rozwój zespołów i kompetencji oraz utrzymywanie wysokich standardów obsługi i realizacji dostaw dla klientów. Jej styl przywództwa, łączący zrozumienie biznesowe z podejściem opartym na ludziach i transformacji, będzie ważnym atutem w miarę dalszego rozwoju organizacji.

„Objęcie tej funkcji to dla mnie zarówno wielki zaszczyt, jak i ogromna odpowiedzialność” – powiedziała Anna Opieczyńska, dyrektor zarządzająca na Europę Środkową i Wschodnią. „Dołączyłam do firmy SATO w 2018 roku i miałam okazję rozwijać się wraz z firmą krok po kroku, ucząc się po drodze od wybitnych osób. To, co sprawia, że ten nowy rozdział jest szczególnie znaczący, to fakt, że pojawia się on w momencie, gdy budujemy coś silniejszego w całym regionie: silniejsze zespoły, silniejsze struktury i jeszcze lepsze wsparcie dla naszych klientów. Jestem podekscytowana tym, co nas czeka, i w pełni zaangażowana w dalszy rozwój firmy wraz z naszymi pracownikami”.

Laurent Lassus, dyrektor SATO Europe, powiedział: „Mianowanie Anny jest wyrazem uznania nie tylko dla jej doskonałych wyników, ale także dla tego, jak dobrze wpisuje się ona w długoterminową wizję naszej działalności w Europie Środkowej i Wschodniej. Wyróżnia ją umiejętność łączenia wiedzy biznesowej z zdolnością do budowania silnych zespołów, rozwoju pracowników oraz wdrażania odpowiednich procesów zapewniających zrównoważony wzrost. Wnosi ze sobą konsekwencję, zaufanie oraz styl przywództwa, który wspiera zarówno transformację, jak i długoterminowy rozwój rynku. Jestem przekonany, że jest ona właściwą osobą, aby poprowadzić SATO w kolejnym rozdziale jego historii”.

Mianowanie Anny stanowi ważny kolejny krok dla firmy SATO w Europie Środkowej i Wschodniej, gdzie organizacja nieustannie umacnia swoją pozycję w regionie i buduje przyszłość. Dzięki stylowi przywództwa opartemu na doświadczeniu, współpracy i długoterminowym myśleniu jest ona idealną osobą do poprowadzenia firmy przez kolejny etap rozwoju.

O firmie SATO

SATO (TOKYO:6287) zajmuje się projektowaniem i produkcją sprzętu, etykiet oraz przywieszek, a także tworzeniem oprogramowania integrującego się z rozwiązaniami innych producentów w ramach systemów automatycznej identyfikacji. Rozwiązania te usprawniają procesy robocze, umożliwiając gromadzenie i wizualizację danych w połączonym świecie, gdzie liczy się wydajność, bezpieczeństwo, pewność i zrównoważony rozwój. Nadając przedmiotom cyfrową tożsamość, firma SATO pomaga w sprawnym funkcjonowaniu przedsiębiorstw z branży detalicznej, produkcyjnej, spożywczej, opieki zdrowotnej oraz transportu i logistyki. Założona w 1940 roku firma SATO jest obecna w 27 krajach i zatrudnia ponad 5900 pracowników. W roku obrotowym zakończonym 31 marca 2025 r. odnotowała przychody w wysokości 154 807 mln jenów (1,014 mld USD*).

Więcej informacji o SATO może zostać znalezione na www.sato-global.com

Przy średnim kursie wymiany wynoszącym 1 USD = 152,62 JPY

Od TikToka do sklepowej półki. Jak zmysły przyciągają Pokolenie Z do sklepów stacjonarnych?

Pokolenie Z, uznawane za pierwszą generację prawdziwych „digital natives”, spędza w sieci średnio kilka godzin dziennie. Mogłoby się wydawać, że dla dzisiejszych dwudziestolatków zakupy ograniczają się do jednego kliknięcia w aplikacji i krótkiego hasła „TikTok made me buy it”. Tymczasem w 2026 roku obserwujemy zupełnie odwrotny, potężny trend. Najmłodsi konsumenci masowo wracają do sklepów stacjonarnych, poszukując w nich tego, czego nie da im żaden smartfon – namacalnych, wielosensorycznych doświadczeń. Przed markami detalicznymi stoi dziś najważniejsze wyzwanie dekady: jak stworzyć przestrzeń „Phygital”, która połączy wygodę e-commerce z potęgą zmysłów?

Jeszcze kilka lat temu wieszczono zmierzch tradycyjnego handlu (tzw. retail apocalypse). Dziś wiemy już, że te prognozy były nietrafione, a kołem ratunkowym dla fizycznych placówek okazała się… technologia i potrzeba autentyczności. Dla pokolenia Z (Gen Z), scrollowanie nieskończonych feedów produktowych staje się męczące. Sklep stacjonarny ewoluował z punktu odbioru towaru w przestrzeń spędzania wolnego czasu, interakcji społecznych i budowania relacji z marką.

Cyfrowy detoks między sklepowymi półkami

Dane rynkowe nie pozostawiają złudzeń. Z obszernego raportu opublikowanego przez firmę doradczą Kearney („How Gen Z’s Concern with Emotional Health Fuels Retail Growth”) płyną zaskakujące wnioski. Mimo doskonałej biegłości w świecie cyfrowym, aż 81% przedstawicieli Pokolenia Z preferuje finalizację transakcji w sklepie stacjonarnym, a 73% traktuje fizyczną przestrzeń jako najlepsze miejsce do odkrywania nowych produktów. Co więcej, aż 58% badanych z tej grupy wiekowej przyznaje, że zakupy in-store pozwalają im odłączyć się od mediów społecznościowych i cyfrowego przebodźcowania.

Młody konsument szuka oddechu, ale to nie oznacza, że oczekuje analogowej ciszy. Oczekuje środowiska „Phygital” (Physical + Digital) – przestrzeni, w której fizyczne produkty są obudowane cyfrową i sensoryczną narracją.

– Dla Pokolenia Z granica między światem wirtualnym a fizycznym praktycznie nie istnieje. Jeśli na Instagramie czy TikToku widzą dynamiczną, pełną konkretnych kolorów i dźwięków markę, dokładnie tego samego „vibe’u” oczekują po przekroczeniu progu jej butiku – tłumaczy Aleksandra Potrykus, Vice President Mood Media CEE. – Sklep stacjonarny przestał być jedynie wielkim magazynem z kasą fiskalną. Dzisiaj to immersyjna scena, na której marka musi na żywo odegrać swoją obietnicę. Brak spójności wizualnej i dźwiękowej to dla młodego klienta natychmiastowy zgrzyt, który zniechęca go do zakupu równie skutecznie, co słaba jakość samego produktu.

Zmysły, które zatrzymują i sprzedają

Jak zatem zaprojektować przestrzeń, która przyciągnie generację wychowaną na kilkusekundowych formatach wideo? Kluczem jest marketing sensoryczny. Badania pokazują, że odpowiednio dobrana muzyka, zapach (scent marketing) oraz bodźce wizualne (digital signage) są w stanie całkowicie zmienić percepcję upływającego czasu i skłonić klienta do pozostawienia w kasie wyższej kwoty.

Potwierdzają to globalne badania własne Mood Media („In-Store Customer Trends Report”). Wynika z nich, że dla aż 84% konsumentów przyjemna atmosfera w sklepie jest głównym czynnikiem skłaniającym do ponownej wizyty, a 79% deklaruje, że dzięki niej spędza w placówce handlowej znacznie więcej czasu. Ponadto wdrażanie rozwiązań z pogranicza technologii i zmysłów – takich jak interaktywne przymierzalnie (smart fitting rooms) czy duże ekrany LED – sprawia, że 43% klientów z chęcią powróci do danego salonu modowego.

Muzyka w sklepie dla Gen Z nie może być przypadkową stacją radiową. Musi być starannie wyselekcjonowaną playlistą, której tempo i rytm adaptują się do pory dnia lub natężenia ruchu w lokalu. Zapach z kolei, omijając świadome procesy myślowe, trafia bezpośrednio do układu limbicznego w mózgu, budując u klienta poczucie bezpieczeństwa, luksusu lub ekscytacji – w zależności od pozycjonowania brandu.

– W 2026 roku nie traktujemy marketingu sensorycznego jako miękkiego elementu wizerunkowego (nice-to-have), ale jako twarde narzędzie analityczne o mierzalnym zwrocie z inwestycji (ROI)”dodaje Aleksandra Potrykus. – Widzimy wyraźnie z wdrożeń dla największych sieci retail, że integracja zapachu, muzyki strefowej i inteligentnych ekranów cyfrowych bezpośrednio wpływa na koszyk zakupowy. Gen Z to konsument wysoce społeczny – 37% z nich traktuje zakupy jako rozrywkę ze znajomymi. Jeśli dostarczymy im przestrzeń, która dobrze brzmi, pięknie pachnie i świetnie wygląda w obiektywie smartfona, zyskamy ambasadorów marki, którzy sami poniosą ten komunikat dalej w świat.

Sklep jako nowe social media

Przejście od „TikTok made me buy it” do zakupów fizycznych nie oznacza odrzucenia technologii. Oznacza jej mądrą ewolucję. Dzisiejszy „Phygital Store” sam w sobie staje się platformą społecznościową. To tu najmłodsi konsumenci nagrywają „haule zakupowe”, robią zdjęcia w estetycznych przymierzalniach i sprawdzają, czy zapach i dźwięk marki w świecie realnym zgadza się z tym, co marka obiecuje w sieci.

Dla retailerów wniosek jest jeden. Bitwa o portfele Pokolenia Z nie rozstrzygnie się wyłącznie poprzez kody rabatowe w aplikacjach mobilnych. Wygrana należy do tych, którzy potrafią uwieść zmysły w miejscu ostatecznej decyzji zakupowej – przy półce sklepowej.

* Raport Kearney: https://www.kearney.com/documents/291362523/291366591/How+Gen+Zs+Concern+with+Emotional+Health+Fuels+Retail+Growth+and+Failure.pdf

* Raport Mood Media: https://us.moodmedia.com/wp-content/uploads/2023/11/2023-Mood-In-store-Trends-Report.pdf

Zmiany w portfelu Berkshire w I kwartale: zasady Buffetta, strategia Abela

Raport 13F Berkshire Hathaway za I kwartał 2026 r. wskazuje na bardziej aktywne zarządzanie portfelem oraz większą koncentrację wybranych ekspozycji. Spółka istotnie zwiększyła swoje zaangażowanie w Alphabet oraz pojawiła się nowa eskpozycja na Delta Air Lines. Jednocześnie Berkshire całkowicie zamknęło pozycje w kilku dużych spółkach, w tym w Amazon, UnitedHealth, Visa i Mastercard.

Charu Chanana, główna strateg inwestycyjna w Saxo Bank uważa, że pierwsze sygnały strategii Grega Abela nie wskazują na odejście od zasad Warrena Buffetta, lecz raczej na ich adaptację do obecnych realiów rynkowych. Oznacza to inwestowanie w wartość stosowane na rynku, na którym platformy technologiczne generują przepływy pieniężne, skalę działania i trwałe przewagi konkurencyjne, wcześniej kojarzone głównie z liderami tradycyjnej gospodarki.

Nowa strategia Abela: zasady Buffetta dostosowane do gospodarki AI

  1. Inwestowanie w wartość przesuwa się tam, gdzie znajdują się przepływy pieniężne

Przez dekady klasyczne inwestowanie w wartość kojarzono przede wszystkim z bankami, dobrami pierwszej potrzeby, ubezpieczeniami, kolejami, energetyką i przemysłem. Struktura rynku uległa jednak istotnej zmianie. Alphabet, Microsoft, Apple i inne globalne platformy technologiczne nie są już wyłącznie postrzegane jako „spółki wzrostowe”. Dysponują powtarzalnymi przychodami, globalną skalą działania, wysokimi marżami, znaczną zdolnością generowania gotówki oraz możliwością finansowania dużych cykli inwestycyjnych ze środków własnych. Nadaje im to część cech defensywnych, nawet jeżeli ich wyceny pozostają wymagające.

Przesłanie ery Abela można ująć następująco: wartość nie jest definiowana przez sektor. Definiują ją trwałość przepływów pieniężnych i przewaga konkurencyjna.

  1. Największe spółki technologiczne stają się defensywnym wzrostem

Największe spółki technologiczne są coraz częściej traktowane nie tylko jako źródło wzrostu, lecz także jako forma jakości bilansowej w niepewnym otoczeniu makroekonomicznym. Ma to istotne znaczenie w środowisku wyższych rentowności obligacji, podwyższonego ryzyka geopolitycznego, presji inflacyjnej oraz nierównomiernego wzrostu gospodarczego. W takich warunkach spółki dysponujące nadwyżką gotówki netto, siłą cenową, powtarzalnymi przychodami i wysoką stopą zwrotu z kapitału naturalnie zyskują na atrakcyjności.

Nie oznacza to, że największe spółki technologiczne są pozbawione ryzyka. Oznacza raczej, że najsilniejsze z nich są dziś wykorzystywane przez inwestorów jako połączenie ekspozycji na wzrost oraz ekspozycji na jakość.

  1. Ekspozycja na AI staje się bardziej selektywna

Trend związany ze sztuczną inteligencją się nie skończył, ale dojrzewa.

Rynek stopniowo odchodzi od premiowania każdej spółki powiązanej z narracją AI. Inwestorzy coraz mocniej koncentrują się na różnicy między wydatkami na AI, przychodami z AI i marżami generowanymi dzięki AI. Dlatego istotne są różnice w działaniach największych inwestorów. Jedni zwiększają pozycję w Alphabet, inni w Microsoft, a kolejni rotują między tymi samymi megaspółkami.

Przesłanie pozostaje jasne: temat AI nadal jest silnym motorem rynku, ale selekcja zwycięzców będzie coraz bardziej zależeć od fundamentów i specyfiki konkretnej spółki.

  1. Koncentracja portfeli rośnie, ale inwestorzy detaliczni powinni zachować ostrożność

Portfel Berkshire Hathaway stał się w I kwartale bardziej skoncentrowany. Wpisuje się to w szerszy wzorzec rynkowy: wielu czołowych inwestorów skupia ekspozycję na mniejszej liczbie spółek, wobec których ma wyższe przekonanie inwestycyjne. Nie jest to jednak sygnał, aby inwestorzy indywidualni bezrefleksyjnie budowali silnie skoncentrowane portfele. Na rynku napędzanym rosnącym zróżnicowaniem wyników, jakości bilansowej i ekspozycji na AI inwestorzy powinni uważniej oceniać, jaką rolę pełni każda pozycja w portfelu.

Co to oznacza dla inwestorów?

  1. Definicja „wartości” się zmienia

Ruch Berkshire Hathaway w kierunku Alphabet przypomina, że inwestowanie w wartość nie musi oznaczać unikania sektora technologicznego. Na dzisiejszym rynku część najlepszych „maszyn do generowania gotówki” stanowią właśnie globalne platformy technologiczne. Kluczowe pozostaje rozróżnienie między kupowaniem technologii wyłącznie dlatego, że jest modna, a inwestowaniem w spółki technologiczne ze względu na trwałość ich modelu biznesowego, skalę działania, przewagi konkurencyjne i zdolność do generowania wolnych przepływów pieniężnych. Ruch Berkshire wydaje się bliższy tej drugiej kategorii.

  1. Największe spółki technologiczne pozostają kluczowe, ale rośnie znaczenie selektywności

Alphabet, Microsoft, Apple, Amazon, Meta i Nvidia są częścią ekosystemu technologicznego, ale ich czynniki ryzyka są różne: reklama, chmura, urządzenia, oprogramowanie dla firm, infrastruktura AI, półprzewodniki, nakłady inwestycyjne i regulacje. Kolejna faza trendu AI może w mniejszym stopniu opierać się na szerokiej ekspozycji na samą narrację, a w większym na identyfikacji spółek, w których inwestycje w sztuczną inteligencję realnie przekładają się na wzrost przychodów, odporność marż oraz generowanie wolnych przepływów pieniężnych.

  1. Jakość ma większe znaczenie, gdy rentowności są wysokie

Wyższe rentowności obligacji podnoszą poprzeczkę dla akcji. To sprawia, że spółki ze słabymi bilansami, odległymi zyskami lub niepewnymi przepływami pieniężnymi stają się bardziej podatne na presję. Dlatego wielu dużych inwestorów nadal wybiera firmy z siłą cenową, skalą i wysoką stopą zwrotu z kapitału. W świecie, w którym koszt kapitału nie jest już zerowy, jakość nie jest luksusem. Jest narzędziem zarządzania ryzykiem.

  1. Stara gospodarka nie zniknęła

Berkshire Hathaway nadal utrzymuje znaczące pozycje w sektorze finansowym, spółkach konsumenckich o silnych markach oraz w energetyce. Zakup akcji Delta Air Lines oraz redukcja pozycji w Chevronie pokazują również, że portfel nie przesuwa się jednostronnie w stronę technologii.

Można powiedzieć, że Berkshire buduje portfel oparty na przepływach pieniężnych zarówno starej, jak i nowej gospodarki. To istotna lekcja dla inwestorów: AI może pozostawać kluczowym motywem inwestycyjnym, ale nie eliminuje potrzeby dywersyfikacji między sektorami, cyklami gospodarczymi i czynnikami ryzyka.

Podsumowanie

Inwestorzy szczególnie wyczuleni na wyceny coraz częściej znajdują miejsce w portfelach dla największych spółek technologicznych, o ile jakość ich modeli biznesowych pozostaje wystarczająco wysoka.

Zwiększenie pozycji Berkshire Hathaway w Alphabet nie musi być więc interpretowane jako wezwanie do pogoni za trendem AI. To raczej sygnał, że granica między inwestowaniem w wartość a inwestowaniem we wzrost uległa zatarciu. Dla inwestorów wniosek jest jasny: największe spółki technologiczne pozostają istotnym elementem rynku, AI nadal ma strukturalny potencjał, ale kluczowego znaczenia nabiera selektywność. Zwycięzcami kolejnej fazy mogą nie być spółki z najgłośniejszą narracją AI, lecz te, które potrafią przełożyć nakłady na sztuczną inteligencję na trwałe przepływy pieniężne.

Polska spóźnia się z wdrożeniem unijnych przepisów o najmie krótkoterminowym

20 maja zaczyna być stosowane unijne rozporządzenie dotyczące gromadzenia i udostępniania danych o najmie krótkoterminowym, ale polskie władze nadal nie uchwaliły ustawy, która wprowadzałaby je do lokalnego porządku prawnego. W efekcie właściciele mieszkań, platformy rezerwacyjne i samorządy wchodzą w okres niepewności, w którym obowiązki wynikające z prawa unijnego zaczynają obowiązywać szybciej niż krajowe procedury. Eksperci SonarHome podkreślają jednak, że nie oznacza to natychmiastowej rewolucji na rynku ani automatycznie egzekwowanych sankcji dla wynajmujących.

Samo rozporządzenie nie zakazuje najmu krótkoterminowego ani nie wprowadza limitów dni wynajmu. Jego głównym celem jest uporządkowanie rynku oraz zwiększenie przejrzystości danych dotyczących tego segmentu gospodarki, co da administracji publicznej i samorządom lepszy dostęp do informacji o skali zjawiska, lokalizacji mieszkań oraz poziomie aktywności właścicieli. W praktyce oznacza to konieczność stworzenia systemu numerów identyfikacyjnych oraz obowiązków raportowych dla takich platform jak Airbnb czy Booking.

Jednak w Polsce sytuacja wokół najmu krótkoterminowego stała się wyjątkowo skomplikowana. Nie dość, że przepisy wykonawcze dotyczące tego rozporządzenia dopiero procedowane są w rządzie, to dodatkowo w Sejmie znajduje się bardzo restrykcyjny projekt Polski 2050. Dlatego na pewno nie można dziś mówić, że polski system rejestracji i ewidencji wchodzi w życie 20 maja. Był taki plan, ale projekt ustawy nie jest jeszcze ustawą i dopóki nie przejdzie pełnej ścieżki legislacyjnej, zakończonej podpisem prezydenta i publikacją w Dzienniku Ustaw, nie można mówić o nowych obowiązkach ani tym bardziej o karach – mówi Anton Bubiel, ekspert rynku mieszkaniowego w SonarHome.pl, platformie do wyceny mieszkania i znalezienia agenta.

Według danych Polskiego Stowarzyszenia Wynajmu Krótkoterminowego, w 2024 roku w Polsce funkcjonowało około 65 tys. mieszkań oferowanych w tym modelu. Na samej platformie Airbnb znajdowało się niemal 60 tys. ofert mieszkań, natomiast na Bookingu ponad 35 tys., przy czym większość z nich pokrywała się. Rynek jest silnie skoncentrowany na kilku największych platformach i obejmuje głównie mieszkania w dużych miastach. Najwięcej ofert znajduje się w Warszawie, Krakowie, Gdańsku i Wrocławiu, szczególnie w centralnych oraz turystycznych dzielnicach.

Rynek raczej bez rewolucji, ale z większą transparentnością

Rządowy projekt, przygotowywany przez Ministerstwo Sportu i Turystyki, zakłada, że najem krótszy niż 30 dni zostanie formalnie włączony do systemu usług hotelarskich. Właściciele mieszkań mieliby obowiązek wpisu do ewidencji oraz uzyskania numeru identyfikacyjnego, który następnie byłby publikowany w ogłoszeniach na platformach rezerwacyjnych. Projekt przewiduje także obowiązki informacyjne, mechanizmy kontroli oraz administracyjne kary za naruszenia.

Zdaniem ekspertów sam rządowy projekt nie ma charakteru rewolucyjnego. Jego celem jest przede wszystkim uporządkowanie rynku, który do tej pory działał częściowo w szarej strefie lub w rozproszonych lokalnych rejestrach. Wejście w życie nowych przepisów oznaczałoby większą liczbę formalności, ale nie powinno znacząco ograniczyć skali samego najmu krótkoterminowego. Najbardziej odczuwalne skutki mogłyby dotyczyć właścicieli lokali działających poza oficjalnym obiegiem gospodarczym.

Największe kontrowersje budzi projekt Polski 2050, który przewiduje szerokie kompetencje dla wspólnot mieszkaniowych, spółdzielni i samorządów. Zawiera on m.in. przepis wymuszający konieczność uzyskania zgody wspólnoty lub spółdzielni na prowadzenie najmu krótkoterminowego. Zakłada także możliwość tworzenia lokalnych stref ograniczających taki najem oraz wysokie kary administracyjne, sięgające nawet 50 tys. zł. W praktyce mogłoby to znacząco ograniczyć skalę rynku.

To właśnie ten projekt stanowi największe ryzyko dla właścicieli mieszkań. Wprowadzenie wymogu zgody wspólnot lub spółdzielni mogłoby doprowadzić do istotnego zmniejszenia podaży mieszkań dostępnych na platformach rezerwacyjnych. Szczególnie mocno skutki mogłyby odczuć centra dużych miast, gdzie najem krótkoterminowy jest najbardziej rozwinięty. Na razie jednak także ten projekt pozostaje dopiero po pierwszym czytaniu sejmowym – ocenia ekspert SonarHome.

Platformy będą musiały reagować szybciej niż państwo

W praktyce kluczową rolę w najbliższych miesiącach mogą odegrać same platformy rezerwacyjne. Unijne rozporządzenie nakłada bowiem obowiązki gromadzenia i raportowania danych właśnie na takie serwisy jak Airbnb czy Booking. Oznacza to, że firmy te będą musiały dostosować swoje systemy niezależnie od tempa prac legislacyjnych w Polsce. Możliwe więc, że jako pierwsze zaczną wymagać od właścicieli dodatkowych danych lub oświadczeń dotyczących rejestracji.

Eksperci nie spodziewają się jednak masowego blokowania ogłoszeń bez numerów identyfikacyjnych. Byłoby to trudne do uzasadnienia w sytuacji, gdy państwo nie stworzyło jeszcze działającego systemu rejestracji. Bardziej prawdopodobne wydaje się wprowadzenie tymczasowych rozwiązań, jak dodatkowe formularze czy oświadczenia składane przez właścicieli operatorom platform rezerwacyjnych.

Chociaż 20 maja nie przyniesie jeszcze pełnej rewolucji prawnej, kierunek zmian wydaje się już przesądzony. Rynek najmu krótkoterminowego będzie stopniowo bardziej transparentny, rejestrowany i kontrolowany. Właściciele mieszkań powinni więc przygotowywać się do nowych obowiązków, porządkować dokumentację i śledzić komunikaty platform rezerwacyjnych. Szczególnie ważne w przypadku ewentualnych sporów prawnych może okazać się zachowywanie korespondencji, udokumentowanie prób rejestracji czy komunikatów z platform – podsumowuje Anton Bubiel.

Najbliższe miesiące należy uznać za okres przejściowy, w którym prawo unijne zacznie działać szybciej niż krajowe przepisy wykonawcze, a stworzona luka regulacyjna będzie prowadzić do niepewności zarówno po stronie właścicieli mieszkań, jak i platform internetowych. Na razie jednak nic nie wskazuje na to, aby legalnie działający wynajmujący mieli nagle utracić możliwość publikowania ofert. Znacznie większe znaczenie dla przyszłości rynku może pojawić się w sytuacji, gdyby zaczęły obowiązywać bardziej restrykcyjne propozycje regulacyjne.

Kurs dolara rośnie, ropa drożeje, a USA znów pomagają rosyjskiej ropie

Amerykanie po raz kolejny postanowili w panice ratować coś, do czego sami doprowadzili. Po raz trzeci pozwolono Rosji eksportować ropę naftową bez sankcji. W tym tempie faktycznie mogą „rozwiązać” problem rosyjskiej inwazji na Ukrainę, choć zapewne Inaczej, niż myśleliśmy. W tle inflacja bazowa w Polsce uspokaja rynek.

Inflacja w Polsce bez niespodzianek

Wczoraj poznaliśmy odczyt inflacji bazowej dla Polski. To wskaźnik dynamiki cen z wykluczeniem żywności i energii. Dzięki temu otrzymujemy wynik lepiej pokazujący pewne trendy niż chwilowe wahania. Parametr ten nie jest jednak doskonały, bo zmiany kosztów ropy naftowej – chociażby po stronie logistyki – wpływają i tak na pozostałe ceny. Analitycy spodziewali się zmiany o 3% i dokładnie taki odczyt zobaczyliśmy. To w sumie dobra wiadomość dla naszej gospodarki. Pokazuje, że po uspokojeniu sytuacji na rynku ropy naftowej nadal powinniśmy mieścić się w celu inflacyjnym. Cel ten wynosi co prawda 2,5%, ale ma pasmo tolerancji 1%. Jesteśmy zatem w górnych 25% tego przedziału. Rynki obawiały się, że podobnie jak w innych państwach wskaźnik zmian cen negatywnie nas zaskoczy. Dlatego po publikacji danych złoty zyskiwał na wartości. Jego umocnienie wynikało z faktu, że oczekując wyższej inflacji, chwilowo inwestorzy grali pod podwyżki stóp procentowych.

USA znów wspiera Rosję

Amerykańsko-izraelska agresja na Iran spowodowała olbrzymie problemy na rynku ropy naftowej. Powodem jest zablokowanie Cieśniny Ormuz. Aby łagodzić skutki tej operacji – jak określają to Amerykanie – poluzowano sankcje na rosyjski surowiec. W rezultacie doszliśmy do momentu, w którym zamiast negocjacji z Iranem doszło do destabilizacji sytuacji na Bliskim Wschodzie. A żeby ograniczyć skutki tego rozwiązania, USA postanowiły dosypać Rosji ogromny strumień pieniędzy, by jej agresja wojskowa na Ukrainie przypadkiem nie była zbyt uciążliwa dla budżetu. W ten oto sposób, zamiast zakończyć jedną wojnę, co w kampanii obiecano zrobić w ciągu 30 dni, rozpoczęto nową. To również kłóci się z obietnicami wyborczymi, podobnie jak kwestia zadbania o portfele Amerykanów, którzy pomimo bycia największym producentem ropy naftowej, też cierpią. Tymczasem baryłka Brent znów stabilizuje się powyżej 110 USD. Dzieje się to pomimo informacji, że w całym czerwcu Rosja będzie mogła eksportować surowiec.

Dolar znów się umacnia

Amerykańska waluta od dawna jest traktowana jako bezpieczna przystań na trudne czasy. W rezultacie, mimo że to Amerykanie destabilizują sytuację na świecie, kapitał płynie do USA szerokim strumieniem. Dodatkowo na korzyść dolara działają oczekiwania względem stóp procentowych. Patrząc na kontrakty terminowe na stopę procentową, widać, że obecnie króluje scenariusz podwyżek w 2027 roku. Na razie jednej, ale docelowo pod koniec roku może pojawić się druga. To właśnie dlatego amerykańska waluta już kolejny dzień wyznacza najsilniejsze poziomy od początku kwietnia względem euro.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – Kanada – inflacja konsumencka.

Kolekcjonerzy zdecydują, ile warte są dzieła sztuki. DESA Unicum rusza z aukcjami bez ceny minimalnej

Licytacje bez ceny minimalnej – kolekcjonerzy zdecydują, ile warte są dzieła sztuki uznanych artystów. DESA Unicum wprowadza nowy format aukcji od 1000 zł – projekt „stART”.

Dzieła takich artystów jak Magdalena Abakanowicz, Wojciech Kossak, Igor Mitoraj czy Jacek Malczewski będzie można licytować nawet od 1000 zł. DESA Unicum, największy dom aukcyjny w Europie Środkowo-Wschodniej, wprowadza na polski rynek nowy format aukcyjny „stART”, który ma otworzyć aukcje sztuki na nowych kolekcjonerów. Jest on oparty na dostępności, niskim progu wejścia i edukacji rynku. W formule licytacji bez ceny minimalnej to uczestnicy zdecydują, ile warte są prace uznanych twórców – artystów, których dzieła na co dzień osiągają wysokie ceny sprzedaży i znajdują się w najważniejszych kolekcjach muzealnych i prywatnych. Pierwsze aukcje odbędą się 8 i 9 czerwca w domu aukcyjnym przy ul. Pięknej 1A.

Format licytacji bez ceny minimalnej sprawdził się już w Aukcjach Młodej Sztuki – autorskim projekcie DESA Unicum, który przez ponad 15 lat wprowadził na rynek tysiące nowych klientów. Dzięki cenie wywoławczej rozpoczynającej się od 1000 zł i szerokiej ofercie prac wiele osób po raz pierwszy wzięło udział w licytacjach, a z czasem zaczęło świadomie kolekcjonować sztukę także w innych segmentach rynku.

Na aukcjach „stART” pojawią się prace twórców, których nazwiska od lat należą do najważniejszych w historii sztuki. Wśród nich znajdują się zarówno klasycy sztuki dawnej, m.in. Jacek Malczewski, Wojciech Kossak, Zofia Stryjeńska czy Mela Muter – a także twórców, którzy współtworzyli historię polskiej sztuki powojennej, m.in. Edwarda Dwurnika, Jerzego Nowosielskiego czy Igora Mitoraja. Wśród najciekawszych obiektów, które będą licytowane można wymienić m.in.:

  • pracę na papierze „Bez tytułu” z 1985 roku, Magdaleny Abakanowicz, jednej z najbardziej rozpoznawalnych polskich artystek na świecie, reprezentująca charakterystyczny dla artystki sposób pracy z materią;
  • obraz Jerzy Kossak „Ułan na koniu w zimowej scenerii”, prezentujący znany i pożądany motyw przez miłośników sztuki dawnej;
  • „Pejzaż miejski recto / Portret chłopca verso” Meli Muter powstały w latach 20. ubiegłego wieku. Praca wyjątkowa, ponieważ jest dwustronna – łączy dwa odmienne motywy w jednym obiekcie;
  • wczesną pracę Romana Opałkiz cyklu „Skamieniały statek”, powstałą jeszcze przed rozpoczęciem jego słynnego projektu liczbowego.

Na rynku aukcyjnym prace tych artystów osiągają często ceny liczone w dziesiątkach tysięcy, a niekiedy milionach złotych. Format aukcji „stART” zmienia jednak punkt wejścia w ich twórczość – licytacja każdej z prac rozpoczyna się od jednego z trzech progów ceny wywoławczej: 1000, 3000 lub 5000 zł. Co kluczowe, są to licytacje bez ceny minimalnej, co oznacza, że ostateczna wartość dzieła nie jest z góry ograniczona, a dom aukcyjny nie zdradza estymowanych kwot. Podobny model stosują największe domy aukcyjne na świecie, jak Christie’s czy Sotheby’s w przypadku aukcji typu no reserve, gdzie ostateczna cena powstaje w wyniku decyzji i zainteresowania uczestników rynku.

Dla wielu początkujących kolekcjonerów może to być pierwsza realna okazja, aby spróbować swoich sił w licytacji prac artystów, których nazwiska do tej pory kojarzyły się raczej z najwyższymi segmentami rynku sztuki. W tym sensie aukcje „stART” mają charakter nie tylko sprzedażowy, ale także demokratyzujący rynek oraz edukacyjny. Jako największy dom aukcyjny w Polsce pozwalamy im obserwować mechanizm rynku w praktyce i zobaczyć, jak w trakcie licytacji kształtuje się wartość dzieła sztuki – mówi Juliusz Windorbski, Prezes Rady Nadzorczej DESA Unicum.

Aukcja najbardziej demokratycznym mechanizmem rynku

Doświadczenie DESA Unicum pokazuje, że właśnie dostępność aukcji i możliwość rozpoczęcia licytacji od niższych poziomów cenowych przyciąga nowych uczestników rynku. Jednym z najlepszych przykładów są organizowane przez ten dom aukcyjny od ponad piętnastu lat Aukcje Młodej Sztuki, które dla wielu osób stanowią pierwszy kontakt z rynkiem sztuki i mechanizmem aukcyjnym.

Licytacja od 1000 zł przyciąga osoby, które chcą spróbować swoich sił, zrozumieć mechanizm aukcji i zdobyć pierwsze dzieło sztuki. W 2025 roku na Aukcje Młodej Sztuki zarejestrowało się blisko 10 tysięcy uczestników, co pokazuje skalę tego zjawiska. To właśnie ten model dostępności i edukacji przyczynił się do rozwoju polskiego rynku sztuki oraz wzrostu nowego pokolenia kolekcjonerów.

Nasze doświadczenie pokazuje, że jednym z najważniejszych elementów rynku sztuki jest sam mechanizm aukcyjny. To właśnie podczas licytacji w najbardziej bezpośredni sposób ujawnia się zainteresowanie kolekcjonerów i realna wartość dzieła. W przeciwieństwie do wielu innych form sprzedaży aukcja pozostaje jedną z najbardziej transparentnych i demokratycznych form funkcjonowania rynku sztuki – komentuje Juliusz Windorbski i dodaje – Rosnące zainteresowanie kolekcjonowaniem wynika nie tylko z potrzeby obcowania ze sztuką, ale także z rosnącej świadomości jej wartości inwestycyjnej. Rynek sztuki w długiej perspektywie potrafi generować znaczące wzrosty wartości prac, szczególnie w przypadku uznanych artystów. Spektakularnym przykładem jest wzrost wartości prac Meli Muter. Na początku lat 2000. jej obrazy sprzedawały się za kilka tysięcy funtów. Dziś mówimy o zupełnie innej skali, a rekordem tej artystki w naszym domu aukcyjnym jest płótno za blisko 2 mln zł.

Rynek sztuki przyciąga nowe pokolenie kolekcjonerów

Zainteresowanie kolekcjonowaniem sztuki rośnie zarówno globalnie, jak i w Polsce. Wartość polskiego rynku sztuki przekracza obecnie 400 milionów złotych rocznie, co w porównaniu z 2019 rokiem oznacza wzrost o około 45 procent. Jednak jeszcze ciekawsza od samych wartości sprzedaży jest zmiana struktury rynku.

Coraz wyraźniej widać bowiem, że obok doświadczonych kolekcjonerów, budujących wielkie kolekcje i kupujących najważniejsze dzieła historii sztuki, pojawia się nowe pokolenie odbiorców rynku. To osoby, które zaczynają interesować się sztuką nie tylko jako elementem kultury czy estetyki, ale także jako przestrzenią budowania własnych kolekcji i świadomego obcowania ze sztuką w codziennym życiu.

Zmiana ta ma charakter pokoleniowy, ale także społeczny. Wraz z dojrzewaniem polskiej gospodarki po ponad trzech dekadach wolnego rynku pojawia się coraz liczniejsza grupa osób, które chcą inwestować, rozwijać swoje pasje i budować prywatne kolekcje – często zaczynając od niewielkich zakupów. Dla wielu z nich pierwszy kontakt z rynkiem sztuki nie jest spektakularną aukcją milionowych dzieł, lecz raczej próbą zrozumienia mechanizmu aukcji, obserwowania licytacji i stopniowego zdobywania doświadczenia kolekcjonerskiego.

Pierwsze aukcje stART odbędą się w dwóch sesjach: 8 czerwca (Sztuka Dawna) oraz 9 czerwca (Sztuka Współczesna). W ofercie znajdą się zarówno klasycy polskiego malarstwa, jak i artyści, którzy odegrali kluczową rolę w rozwoju sztuki współczesnej.

Nowoczesny sprzęt to dopiero początek. Polska armia musi zmodernizować cały system

Nasza armia stoi przed koniecznością głębokiej i pilnej modernizacji i dzieje się to na wszystkich poziomach. W przeciwieństwie do wielu sił zbrojnych zachodu, które od dekad rozwijają i doskonalą nowoczesne systemy polska armia często zmuszona jest zastępować przestarzały sprzęt od razu nowymi technologiami. To nie wybór, lecz realia. Eksploatowane przez lata Mi‑24 czy inne starsze platformy nie odpowiadają współczesnym wymaganiom pola walki. Głównym czynnikiem determinującym tempo i zakres modernizacji jest presja ze strony przeciwnika. Rosja systematycznie rozwija i masowo produkuje klasyczne systemy pancerne, artyleryjskie oraz lotnicze. Odpowiedzią musi być zarówno inwestycja w nowoczesne platformy tradycyjne takie jak czołgi, artylerię, lotnictwo oraz rozwój nowych technologii, bezzałogowych systemów, systemów walki elektronicznej czy rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji. W praktyce oznacza to konieczność prowadzenia równoległych programów zakupowych i rozwojowych.

– Z jednej strony pojawiają się decyzje o nabyciu zaawansowanych czołgów, zarówno koreańskich K2, jak i amerykańskich Abramsów, które mają zapełnić lukę w broni pancernej. Z drugiej strony modernizacja obejmuje rozwój obrony powietrznej, systemów dalekiego zasięgu typu Patriot, systemów krótkiego zasięgu oraz dedykowanych rozwiązań do neutralizacji bezzałogowców, łączących artylerię, rakiety i środki radioelektroniczne – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Mariusz Marszałkowski, zastępca redaktora naczelnego Defence24.pl. – Równolegle inwestujemy w marynarkę wojenną, budowa nowoczesnych fregat typu „Miecznik” ma wzmocnić ochronę szlaków morskich i obronę przybrzeżną. Kluczowe jest też wzmocnienie zdolności przeciwlotniczych i przeciwrakietowych wokół kluczowych węzłów logistycznych oraz infrastruktury krytycznej. Modernizacja to także rozwój systemów rozpoznania, dowodzenia i łączności, które umożliwiają skuteczne wykorzystanie zarówno tradycyjnych, jak i autonomicznych środków. Nie można zapominać o aspekcie logistycznym i kadrowym. Nowoczesny sprzęt wymaga odpowiedniego wsparcia technicznego, magazynów części, amunicji oraz wyszkolonych załóg i serwisantów. Transformacja dotyczy więc nie tylko zakupu platform, lecz również szkolenia, utrzymania i integracji systemów w spójną doktrynę operacyjną. Wyzwaniem pozostaje finansowanie, koordynacja zakupów i budowa krajowych zdolności produkcyjnych, by uniezależnić się od zewnętrznych dostaw i przyspieszyć wdrażanie innowacji – podsumował Mariusz Marszałkowski.

Wyniki Ryanaira pokazują, że problemy branży lotniczej dopiero się zaczynają

Mimo dobrych wyników linii Ryanair, rynek nie chce uwierzyć w spokojne czasy dla całej branży lotniczej. Od początku roku akcje spółki notowane na Euronext spadły o 22,6 proc., a JETS, jeden z najbardziej znanych funduszy ETF opartych na akcjach linii lotniczych, stracił w tym samym czasie 8,8 proc. To ważny sygnał, że inwestorzy patrzą dziś nie tyle na to, co było w ostatnim roku, ile na to, co może wydarzyć się w kolejnych kwartałach. Ceny biletów Ryanair w ostatnim roku wzrosły o 10 proc., a to może być dopiero początek podwyżek wynikających ze wzrostu cen paliwa.

Ryanair pokazał bardzo mocne wyniki za rok finansowy zakończony 31 marca 2026 roku. Zysk netto wzrósł o 40 proc., do 2,26 mld euro, przychody grupy wzrosły o 11 proc. do 15,54 mld euro, a liczba pasażerów sięgnęła rekordowych 208,4 mln. Marża EBIT wyniosła około 15,8 proc., czyli poziom, o którym większość konkurentów może tylko marzyć.  Różnice w rentowności całej branży są dziś zresztą ogromne. Marża EBIT American Airlines wyniosła zaledwie 3,1 proc., Lufthansy 3,5 proc., a Wizz Aira 3,6 proc. Air France-KLM osiągnęa 6,3 proc., easyJet 7 proc., United Airlines 8,6 proc., a Delta Air Lines 8,9 proc. Jedynie IAG, właściciel m.in. British Airways i Iberii, zbliżył się do poziomu Ryanaira z wynikiem 15,4 proc. Średnia dla największych analizowanych przewoźników wyniosła około 8,1 proc. To pokazuje, że Ryanair funkcjonuje dziś właściwie w osobnej lidze kosztowej.

Problem w tym, że dobry wynik za nami nie oznacza łatwej drogi przed nami. Część raportowanego sukcesu przypadła na okres, który objął także miesiąc konfliktu na Bliskim Wschodzie. To właśnie ten wątek pokazuje, jak kruche stały się warunki działania przewoźników. Popyt nadal jest mocny, ale presja kosztowa rośnie szybciej niż wielu inwestorów zakładało.

Najlepiej widać to na paliwie. Ryanair zabezpieczył 80 proc. zapotrzebowania na najbliższy rok po cenie około 85 dolarów za baryłkę, co daje mu wyraźną przewagę nad słabszymi liniami, które nie mają podobnej poduszki ochronnej. Po konflikcie na Bliskim Wschodzie ceny paliwa lotniczego na rynku spot mocno wzrosły i chwilami przekraczały nawet 150 dolarów za baryłkę. W takiej sytuacji drogie paliwo nie jest jedynym problemem. Do tego dochodzą rosnące wynagrodzenia, wyższe podatki klimatyczne w UE, starzenie się części floty i rosnące koszty serwisowania silników. Ryanair sam ostrzega, że koszty jednostkowe mogą wzrosnąć o kilka procent.

To tworzy ciekawy paradoks. Krótkoterminowo Ryanair mówi o wyższych kosztach i większej niepewności. Długoterminowo pozostaje jednak przekonany, że obecny kryzys jeszcze bardziej osłabi konkurencję i umocni pozycję największych tanich przewoźników w Europie. Innymi słowy: branża ma pod górkę, ale nie wszyscy pod tę górkę wchodzą z tym samym bagażem. A Ryanair do 2034 roku chce obsługiwać ponad 300 mln pasażerów rocznie.

Dla konsumentów obecna sytuacja oznacza to jedno: tanie latanie może być coraz mniej tanie. Ryanair przyznaje, że średnie ceny biletów w ostatnim roku wzrosły o 10 proc., odrabiając wcześniejszy 7-procentowy spadek taryf. A to może być dopiero początek większego trendu. Jeśli nawet najbardziej efektywna kosztowo linia lotnicza w Europie musi podnosić ceny, to słabsi przewoźnicy mogą być zmuszeni do jeszcze większych podwyżek. Szczególnie że wielu z nich ma znacznie niższe marże, słabsze zabezpieczenia cen paliwa i wyższe koszty finansowania. W praktyce oznacza to, że w kolejnych kwartałach podróże lotnicze mogą drożeć szybciej niż oczekują dziś pasażerowie, zwłaszcza na popularnych trasach wakacyjnych i w okresach największego popytu.

Jednocześnie sama branża lotnicza wygląda dziś jak sektor, który płaci rachunek za kilka kryzysów naraz. Konflikt na Bliskim Wschodzie, napięcia na rynku paliw, rosnące koszty pracy i coraz większa ostrożność konsumentów składają się na jeden obraz: to nie będzie łatwy czas dla przewoźników. Rezerwacje pojawiają się bliżej terminu podróży niż rok wcześniej, ceny biletów przestały rosnąć tak szybko jak wcześniej, a część klientów zaczyna pilnować wydatków bardziej niż jeszcze kilka miesięcy temu.

Centra danych przestają być tylko odbiorcą energii. Mogą pomóc stabilizować sieć

Najnowszy raport ENTSO-E – organizacji zrzeszającej europejskich operatorów systemów przesyłowych – po raz pierwszy tak wyraźnie wskazuje centra danych jako potencjalny element wspierający stabilność systemu elektroenergetycznego. Dokument pokazuje, że infrastruktura cyfrowa może aktywnie uczestniczyć w zwiększaniu elastyczności sieci, integracji odnawialnych źródeł energii oraz ograniczaniu przeciążeń systemowych.

Zdaniem Polskiego Związku Centrów Danych (PLDCA), rekomendacje te otwierają nowy etap debaty o roli centrów danych jako partnerów wspierających bezpieczeństwo energetyczne kraju. Znaczenie tej synergii będzie rosło wraz z rozwojem AI i usług chmurowych, które skokowo zwiększają zapotrzebowanie na moc obliczeniową i energię elektryczną w całej Europie.

Raport ENTSO-E kładzie nacisk na tzw. Demand Side Flexibility, czyli aktywny udział dużych odbiorców w bilansowaniu sieci. W praktyce oznacza to możliwość czasowego ograniczania poboru energii z sieci lub wykorzystania własnych zasobów zasilania w okresach jej najwyższego obciążenia.

Temat ten ma szczególne znaczenie dla Polski, która jest obecnie jednym z najbardziej perspektywicznych hubów cyfrowych w Europie Środkowo-Wschodniej. Jednocześnie w krajowym sektorze energetycznym trwają szeroko zakrojone inwestycje strukturalne: od rozbudowy sieci przesyłowych, przez integrację nowych mocy z odnawialnych źródeł energii, aż po przygotowania do wdrożenia energetyki jądrowej. W najbliższych latach rozwój infrastruktury energetycznej i cyfrowej będzie od siebie współzależny.

Raport ENTSO-E pokazuje, że rola nowoczesnych centrów danych w systemie elektroenergetycznym może być znacznie szersza niż dotychczas postrzegano. Dzięki rozwiniętym systemom zasilania awaryjnego, magazynowania energii czy zaawansowanemu zarządzaniu infrastrukturą mogą wspierać bilansowanie systemu elektroenergetycznego oraz zwiększać jego elastyczność. Wraz z rozwojem gospodarki opartej na danych rośnie znaczenie centrów danych jako infrastruktury krytycznej, zarówno pod względem konkurencyjności, jak i suwerenności. Kierunek ten warto uwzględnić w polskiej debacie o bezpieczeństwie energetycznym i cyfrowym”, komentuje Piotr Kowalski, Dyrektor Zarządzający, PLDCA.

PLDCA wskazuje, że wykorzystanie potencjału opisanego w rekomendacjach ENTSO-E będzie wymagało dalszych działań w kilku obszarach, m.in.:

  • rozwijania mechanizmów udziału dużych odbiorców energii – w tym centrów danych – w usługach elastyczności i programach DSR;
  • doprecyzowania standardów technicznych współpracy infrastruktury krytycznej z systemem elektroenergetycznym;
  • zwiększania przewidywalności i transparentności procesów przyłączeniowych dla inwestycji strategicznych dla gospodarki cyfrowej;
  • pogłębiania dialogu pomiędzy sektorem energetycznym, administracją publiczną oraz branżą infrastruktury cyfrowej.

Dla Polski, która równolegle rozwija infrastrukturę energetyczną i aspiruje do roli regionalnego hubu cyfrowego, wnioski z raportu ENTSO-E mają szczególne znaczenie. Pokazują, że te dwa obszary – energia i cyfryzacja – nie powinny być już analizowane oddzielnie. W dłuższej perspektywie centra danych mogą stać się jednym z filarów wspierających zarówno transformację energetyczną, jak i budowę pozycji Polski jako regionalnego lidera technologicznego. Kluczem do sukcesu będzie synergia działań”, podsumowuje Piotr Kowalski.