Digitree Group poprawia wyniki. EBITDA w Q1 2026 wyniosła 1,26 mln zł

  • Finalne wyniki za Q1 2026 potwierdziły dalszą poprawę sytuacji operacyjnej i finansowej Digitree Group. Notowana na GPW grupa technologiczno-marketingowa osiągnęła EBITDA na poziomie 1,26 mln zł, wobec ujemnego wyniku rok wcześniej, utrzymując jednocześnie wysoką dynamikę wzrostu biznesu.
  • W pierwszym kwartale 2026 r. skonsolidowane przychody Grupy wyniosły 21,16 mln zł, rosnąc o 33,6% r/r. O 1,52 mln zł poprawił się również wynik netto. Na rezultaty pozytywnie wpłynęły zarówno efekty zakończonej restrukturyzacji, jak i konsolidacja Euvic Digital.
  • Digitree Group koncentruje się obecnie na dalszym skalowaniu najbardziej rentownych obszarów działalności, rozwoju poprzez akwizycje oraz uproszczeniu struktury organizacyjnej wokół dwóch filarów biznesowych – agencyjnego i technologicznego.

Digitree Group, notowana na GPW grupa technologiczno-marketingowa, w finalnym raporcie za pierwszy kwartał 2026 r. potwierdziła wyraźną poprawę wyników operacyjnych oraz dalszy wzrost skali działalności. Grupa utrzymała dodatnią rentowność EBITDA, jednocześnie notując istotny wzrost przychodów i poprawę wyniku netto rok do roku.

W pierwszych trzech miesiącach 2026 r. przychody Grupy wyniosły 21,16 mln zł, wobec 15,84 mln zł rok wcześniej. EBITDA osiągnęła poziom 1,26 mln zł, poprawiając się r/r o 1,4 mln zł, natomiast wynik netto wzrósł o 1,52 mln zł rok do roku.

Opublikowane dane wyraźnie potwierdzają, że zakończony w poprzednich kwartałach proces zmian organizacyjnych i optymalizacji działalności przełożył się na poprawę jakości biznesu oraz większą stabilność operacyjną Grupy. – W poprzednich kwartałach koncentrowaliśmy się przede wszystkim na uporządkowaniu organizacji, poprawie jakości portfela projektów i zwiększeniu efektywności operacyjnej. Dziś widzimy już konkretne efekty tych działań w wynikach finansowych oraz rosnącej skali biznesu. W Q1 2026 osiągnęliśmy rekordowy poziom EBITDA w porównaniu do analogicznych okresów z ostatnich siedmiu lat – podkreśla Tobiasz Wybraniec, prezes zarządu Digitree Group S.A.

Jednocześnie coraz większy wpływ na skalę działalności mają przeprowadzone akwizycje oraz rozwój najbardziej rentownych obszarów biznesowych. Istotny udział mają kompetencje oraz portfolio klientów rozwijane w ramach Euvic Digital. Spółki Euvic Digital, Euvic Organic Search oraz Euvic Buzz wspierały w pierwszym kwartale zarówno wzrost przychodów, jak i poprawę rentowności operacyjnej Grupy. Digitree Group pozostaje jednocześnie aktywna w obszarze dalszego rozwoju poprzez kolejne, potencjalne przejęcia i prowadzi rozmowy z kolejnymi podmiotami.

Jednocześnie Grupa pracuje nad dalszym uproszczeniem modelu operacyjnego oraz integracją kompetencji w ramach kluczowych obszarów biznesowych. Prowadzone działania mają wspierać dalszy wzrost efektywności organizacyjnej oraz zwiększać przejrzystość modelu biznesowego z perspektywy rynku i inwestorów. – Chcemy budować Grupę opartą o jasny i czytelny model kompetencyjny, który będzie wspierał dalszy wzrost oraz lepsze wykorzystanie synergii pomiędzy spółkami. Konsolidacja działalności wokół dwóch głównych filarów biznesowych agencyjnego i technologicznego jest jednym z ważnych elementów tego procesu – zaznacza Przemysław Marcol, członek zarządu Digitree Group S.A.

Strategia Digitree Group zakłada dalszy wzrost skali działalności, poprawę rentowności oraz osiągnięcie do końca 2027 r. poziomu ponad 10 mln zł EBITDA.

Przemysł drzewno-meblarski w kryzysie: branża czeka na systemowe działania państwa

Polski sektor drzewny i meblarski to jeden z filarów naszej gospodarki. To setki tysięcy miejsc pracy, miliardy złotych eksportu i innowacje, które wspierają rozwój wszystkich regionów kraju. Dziś ten filar kruszeje i znajduje się w poważnym zagrożeniu.

Rada ds. Przemysłu Drzewnego i Meblarskiego: pilne zadania państwa

6 maja odbyło się II posiedzenie Rady ds. Przemysłu Drzewnego i Meblarskiego przy Premierze RP, któremu przewodniczył sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju i Technologii Michał Jaros. W spotkaniu uczestniczyły Koalicja na Rzecz Polskiego Drewna oraz stowarzyszenia reprezentujące wszystkie branże przemysłu drzewnego.  Na posiedzeniu Rady przedstawiciele sektora podkreślili, że obecna sytuacja wymaga natychmiastowych działań.

Najważniejsze ustalenia spotkania obejmują:

  • Przygotowanie do połowy lipca przez Lasy Państwowe 10‑letniej prognozy pozyskania drewna z podziałem na gatunki i sortymenty.
  • Wypracowanie założeń ustawy traktującej drewno jako surowiec kluczowy.
  • Konieczność długofalowej strategii opartej na przewidywalności rynku, bezpieczeństwie surowcowym i partnerskim dialogu między administracją a przedsiębiorcami.

Wiceprezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli Piotr Wójcik podkreślił, że branża meblarska od lat buduje dodatnie saldo handlowe, tworzy dziesiątki tysięcy miejsc pracy i jest jednym z największych eksporterów mebli na świecie. Bez stabilnego dostępu do surowca i przewidywalnych warunków funkcjonowania firmy ograniczają produkcję, zwalniają pracowników i zamykają zakłady. Jeśli państwo nie podejmie interwencji, Polska straci nie tylko miejsca pracy, ale i jeden z filarów swojej gospodarki i eksportu.

Ograniczanie podaży drewna uderza w polską gospodarkę

Obecnie najważniejszym zagrożeniem dla stabilności przemysłu drzewnego w Polsce jest ograniczanie dostępności drewna. Wysokie ceny i brak surowca nie są przypadkiem – to konsekwencja decyzji kierownictwa Ministerstwa Klimatu i Środowiska, które zmniejszają podaż drewna. Do najważniejszych należą: wprowadzanie moratoriów na wyrąb bez wystarczających podstaw prawnych, wyznaczanie obszarów tzw. „starolasów”, „lasów społecznych” i rezerwatów czy modyfikacja metod użytkowania lasu.  Te ruchy, podejmowane bez rzetelnych analiz i konsultacji, powodują gwałtowny spadek podaży. Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe zapewniało w latach 2017‑2024 około 41 mln m³ drewna rocznie. Po decyzjach MKiŚ na rok 2025 zaplanowano sprzedaż ok. 38 mln m³, a w 2026 r. tylko 36 mln m³To  oznacza redukcję podaży o ponad 12%, co bezpośrednio przekłada się na wzrost cen i erozję konkurencyjności polskich przedsiębiorstw.

Kryzys narasta

Z najnowszych analiz branżowych wynika, że polski przemysł meblarski i drzewny mierzy się z najpoważniejszym kryzysem od lat. Na kondycję sektora wpływają czynniki geopolityczne (wojna w Ukrainie, napięcia na Bliskim Wschodzie), spadek popytu i rosnąca niepewność gospodarcza. Jednocześnie koszty prowadzenia działalności – energii, wynagrodzeń, paliw, materiałów oraz surowca drzewnego – rosną lawinowo. Cena papierówki w niektórych RDLP przekroczyła już 540 zł za m³, a rosnący import mebli z Chin odpowiada za blisko 40% całego importu.

Dramatycznie spada też wartość produkcji sprzedanej mebli liczonej metodą podmiotową jako suma przychodów całego sektora – z 69,0 mld zł w 2022 r. do 62,1 mld zł w 2024 r., a prognozy mówią o dalszym spadku. Rentowność branży wynosi zaledwie około 4,4% i  wciąż się kurczy – w pierwszej połowie 2025 r. spadła do 3,8%, przy czym niemal 36% firm jest nierentownych. Zamówienia z rynku niemieckiego spadły w wielu firmach o 50–70%.

Przy malejących zamówieniach firmy są zmuszone do trudnych decyzji: w ciągu ostatnich czterech lat branża meblarska zredukowała około 27 tys. miejsc pracy, co oznacza spadek zatrudnienia o ponad 16%  ze średniego poziomu 165 tys. pracowników w 2022 roku do około 138 tys. w marcu 2026 roku. Lista zamykanych lub zmniejszających produkcję zakładów rośnie – od małych firm rodzinnych po duże, rozpoznawalne marki.

Kluczowe pytania do rządu – branża oczekuje konkretnych działań państwa:

  1. Kiedy zostanie przedstawiona kompleksowa strategia surowcowa gwarantująca stabilny dostęp do drewna, dzięki której firmy będą mogły utrzymać produkcję i planować inwestycje?
  2. Kiedy polski przemysł drzewno-meblarski będzie miał zapewnione przewidywalne i rynkowe ceny surowca drzewnego, stanowiące jeden z podstawowych warunków utrzymania konkurencyjności sektora?
  3. Jakie narzędzia ograniczą rosnące koszty energii i pracy? Utrzymanie konkurencyjności wymaga obniżenia kosztów prowadzenia działalności.
  4. W jaki sposób rząd zamierza chronić rynek przed nieuczciwymi praktykami importowymi oraz nadmierną presją producentów i dostawców spoza Unii Europejskiej?
  5. Czy przewidziano systemowe wsparcie finansowe dla przedsiębiorstw w utrzymaniu zatrudnienia i płynności, aby uniknąć fali bankructw i zwolnień?
  6. Jakie działania zostaną podjęte na rzecz ochrony miejsc pracy oraz lokalnych społeczności przed skutkami kolejnych zamknięć zakładów?

Sektor drzewny i meblarski nie ma czasu na kolejne miesiące strat i bierności. Chodzi o realne życie tysięcy Polek i Polaków, dla których praca w tej branży jest fundamentem bytu. Spadająca produkcja, rosnące koszty i zwolnienia pracowników nie mogą już dłużej czekać na reakcję. Jeśli państwo nie zareaguje natychmiast, znikną miejsca pracy i wpływy do budżetu, a Polska utraci przewagę eksportową.

Polski przemysł potrzebuje działania tu i teraz. Nie możemy pozwolić sobie na opieszałość – każdy kolejny miesiąc zwłoki oznacza dalsze redukcje zatrudnienia, utratę rynku i wzmocnienie zagranicznej konkurencji.

Koalicja na Rzecz Polskiego Drewna wraz z całym środowiskiem branżowym apeluje do władz państwa o pilne i systemowe działania: stworzenie stabilnej, długofalowej strategii surowcowej, szybkie wsparcie finansowe i regulacyjne oraz ochronę miejsc pracy i lokalnych społeczności.

Polska i Polacy nie mogą pozwolić sobie na bierność. Teraz jest czas na decyzje – na odpowiedzialność i zaangażowanie ze strony organów państwa. Branża drzewno‑meblarska jest gotowa współpracować, dzielić się wiedzą i doświadczeniem, ale oczekuje konkretnych kroków, a nie deklaracji. Tylko w ten sposób uratujemy jeden z najważniejszych filarów polskiej gospodarki, zapewniając bezpieczną przyszłość pracownikom i ich rodzinom.

Kolejne posiedzenie Rady zaplanowano na połowę lipca – to szansa  dla przedstawicieli państwa, aby przedstawić konkretne propozycje działań.

Wyniki Nvidii testem dla hossy AI. W tle Fed, ropa i Bliski Wschód

Maj powoli zbliża się do końca, a rynki dalej żyją w cieniu bliskowschodniego napięcia. Trochę w tle, chociaż w dużym związku z konfliktem w Zatoce Perskiej, pojawiają się kolejne odczyty makro. Ciekawie zapowiada się również lektura protokołu z ostatniego posiedzenia FOMC. Jednak wszystko to może zejść na dalszy plan po publikacji wyników największej spółki akcyjnej świata.

Zegar tyka, drony czekają

Naprawdę chciałoby się czasem całkowicie pominąć doniesienia z Bliskiego Wschodu, ale trudno to zrobić, kiedy wiele rynkowych wydarzeń wciąż jest interpretowanych przez ten pryzmat. Zasadniczo niewiele zmieniło się od wczoraj, kiedy pisałem, że napięcie wokół tego zawieszonego konfliktu rośnie. Kolejne media potwierdzają (zarówno te z USA, jak i z Izraela), że atak na Iran zasadniczo jest potwierdzony i tylko czekamy na godzinę zero. Zdecydowanie osłabł nawet optymizm pakistańskich pośredników w negocjacjach, którzy przestali już dostrzegać dobrą wolę po obu stronach. Mimo coraz bardziej jednoznacznego i powszechnego nastawienia do zbliżającej się eskalacji, w trakcie środowej sesji traderzy raczej trzymają palce uniesione nad klawiszami zleceń „sell”. Wcisną je i nie przestaną puszczać chyba dopiero w momencie, gdy niebo nad Bliskim Wschodem znowu zasłonią drony i rakiety. Czy już trochę klasycznie stanie się to w weekend?

Poprawa sentymentu bez fundamentu?

Mniej wprawni obserwatorzy rynków (czyli oczywiście nie nasi czytelnicy) mogliby ze środowego handlu wysnuć wniosek, że mamy do czynienia wręcz ze zniknięciem jakichś ryzyk. Przecież indeksy giełdowe ładnie rosną (dla tezy pominiemy azjatycką sesję), a główne europejskie parkiety zyskują ponad 0,5%. Jeszcze mocniej wyglądają rynki wschodzące, czego przykładem jest Warszawa, WIG20 stara się odrobić wczorajsze straty i rośnie ponad 1%. Na rynku długu w końcu chwila oddechu, rentowności obligacji dużej części państw dziś wyraźnie spadają (wystarczyło, że na napięcia w tym obszarze, o którym pisałem wczoraj, dziś uwagę zwróciła większość polskich analityków), a polskie 10-latki znowu są poniżej 6%. Najbardziej w coś (do końca w sumie nie wiadomo w co) chce w środę uwierzyć rynek ropy naftowej, główne odmiany tracą dziś ok. 3%, za lipcowy kontrakt na Brent trzeba płacić mniej niż 108 USD. Najmniej przekonany do kierunku pozostaje forex, gdzie za dobrą oznakę należy chyba uznać brak widocznego umocnienia dolara amerykańskiego. Kurs EUR/USD balansuje na psychologicznym 1,16 USD i pewnie zbiera siły przed dalszym marszem na południe. Taki układ ogranicza straty złotego, a kurs dolara nie przekracza 3,67 zł. Z kolei kurs euro pozostaje w pobliżu 4,25 zł, a kurs franka skorygował się do 4,64 zł.

All in Nvidia

Trochę w tle głównej osi rynkowych zainteresowań pojawiają się kolejne dane makro. W strefie euro potwierdzono wstępne dane inflacyjne za kwiecień, CPI w ujęciu rocznym wyniósł równe 3%. Trudno stwierdzić, czy taki rezultat zmieni podejście EBC już na najbliższym posiedzeniu, ponieważ decydenci mogą się zasłaniać wynikiem odczytu bazowego na poziomie 2,2% rdr. Rynek zdaje się coraz bardziej wierzyć w czerwcową podwyżkę stóp w strefie, ale wciąż trudno to dostrzec w wycenie wspólnej waluty… Pozytywne inflacyjne zaskoczenie nadeszło za to z Wielkiej Brytanii. Kwietniowy CPI w ujęciu rocznym został skorygowany z 3% do 2,8%. Jeszcze mocniej w dół zjechał bacznie obserwowany przez Bank Anglii wskaźnik cen detalicznych RPI, z 3,6% do 3% rdr. Mimo wszystko te publikacje nie zmieniają nastawienia do oczekiwanej w czerwcu podwyżki stóp w Zjednoczonym Królestwie. Nie widać też zmiany w nastawieniu do GBP, kurs funta jest blisko 4,91 zł. Już dziś wieczorem rynki dostaną kolejne silne impulsy. Najpierw o godz. 20 naszego czasu zostanie opublikowany protokół z ostatniego posiedzenia amerykańskiej władzy monetarnej. W trakcie tego spotkania ujawniły się największe podziały w Komitecie od ponad 30 lat. Jednak jeszcze większą uwagę przyciągnie raport finansowy za pierwszy kwartał największej spółki na świecie (pod względem rynkowej kapitalizacji). Nvidia przyzwyczaiła już do bicia rekordów, więc sama publikacja (po zamknięciu Wall Street) może stać się świetnym sygnałem do realizacji zysków.

Polski rynek magazynowy przekroczył 37 mln mkw.

Według najnowszego raportu „Rynek magazynowo-przemysłowy w Polsce”, opublikowanego przez firmę doradczą Newmark Polska, w pierwszym kwartale 2026 r. całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowo-przemysłowej w Polsce przekroczyły 37 mln mkw. W tym czasie sześć głównych rynków regionalnych umocniło swoją przewagę nad pozostałymi regionami, skupiając prawie 70% nowej podaży, ponad 83% powierzchni w budowie oraz niemal 85% zarejestrowanego popytu. Średni wskaźnik pustostanów odnotował spadek nie tylko w ujęciu rocznym, lecz także drugi kwartał z rzędu.

Na koniec pierwszego kwartału 2026 r. całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowo-przemysłowej w Polsce przekroczyły 37,4 mln mkw., notując przyrost w ujęciu rocznym o nieco ponad 6,2%.

– Nowa podaż od początku roku wyniosła ok. 653 250 mkw., co stanowi wzrost o ponad 374% względem poprzedniego kwartału, ale jednocześnie spadek o niespełna 4% w porównaniu z pierwszym kwartałem 2025 r. W trzech województwach deweloperzy oddali do użytku ponad 100 000 mkw. Łącznie przeszło 450 000 mkw. nowej powierzchni trafiło na sześć głównych rynków magazynowych kraju, co odpowiada prawie 70% całkowitej nowej podaży odnotowanej w pierwszym kwartale 2026 roku – mówi Jakub Kurek, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Magazynowych w firmie doradczej Newmark Polska.

Pod koniec marca 2026 r. w budowie znajdowało się niecałe 1,46 mln mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowo-przemysłowej, tj. o 18,6% mniej niż w czwartym kwartale 2025 r., ale o prawie 6% więcej niż w analogicznym okresie w 2025 r. Obecnie obiekty w budowie stanowią niecałe 4% całkowitych istniejących zasobów magazynowych w Polsce, co świadczy o stosunkowo niewielkiej aktywności deweloperów. Wskazuje to również na większą ostrożność inwestorów i deweloperów przy podejmowaniu decyzji o rozpoczynaniu nowych inwestycji oraz na stopniową stabilizację rynku po latach bardzo dynamicznego wzrostu.

– Liderem pod względem zarówno powierzchni w budowie, jak i udziału w całkowitym wolumenie realizowanych projektów pozostaje województwo mazowieckie (542 400 mkw.; 37,3%). Drugą pozycję zajmuje Górny Śląsk z wynikiem ponad 216 000 mkw., co stanowi ok. 15% powierzchni wszystkich magazynów pozostających w realizacji – dodaje Jakub Kurek.

Całkowity wolumen powierzchni wynajętej w pierwszym kwartale 2026 r. wyniósł prawie 1,58 mln mkw., co oznacza wzrost o ponad 46,8% rok do roku, ale spadek o 27,7% kwartał do kwartału. Był to jednocześnie najlepszy wynik dla pierwszego kwartału od 2021 roku.

– Biorąc pod uwagę wielkość polskiego rynku oraz aktywność najemców w ostatnich 12 miesiącach, możemy spodziewać się utrzymania zainteresowania wynajmem powierzchni magazynowo-przemysłowych w najbliższym czasie na stosunkowo wysokim poziomie. W efekcie całkowity popyt w tym roku może przekroczyć 6 mln mkw. – mówi Jakub Kurek.

W strukturze transakcji zawartych w pierwszym kwartale 2026 r. dominowały nowe umowy, które odpowiadały za 42% całkowitego popytu. Renegocjacje stanowiły 35,2%, natomiast pozostałe 22,8% przypadło na ekspansje (11,8%) oraz najem zwrotny (11,0%). Szczególnie duży udział transakcji najmu zwrotnego odnotowano w województwie podkarpackim (77,2% całkowitego popytu w regionie), lubelskim (44,8%) i wielkopolskim (43,2%). Warto również dodać, że w tym czasie najemcy wynajęli łącznie 91 950 mkw. na podstawie umów krótkoterminowych (zawieranych na okres do jednego roku).

Wśród największych transakcji sfinalizowanych w okresie od stycznia do końca marca 2026 r. znalazły się m.in. wynajem zwrotny 125 800 mkw. w magazynie dedykowanym firmie Raben w Poznaniu oraz dwie renegocjacje: w Prologis Park Janki na 72 000 mkw. i w Logistic City Piotrków Trybunalski na 68 300 mkw. Oba przedłużenia dotyczyły poufnych najemców z sektora handlowego.

Na koniec marca bieżącego roku udział niewynajętej powierzchni magazynowo-przemysłowej w całkowitych zasobach wyniósł 7,3%, co oznacza spadek o 0,1 p.p. kwartał do kwartału oraz o 1,2 p.p. rok do roku. Przekłada się to na ponad 2,7 mln mkw. dostępnej powierzchni w istniejących budynkach. Dla porównania inwestycje będące w trakcie realizacji oferują do wynajęcia 539 750 mkw., co stanowi nieco ponad 37% całkowitego wolumenu powierzchni pozostającej w budowie.

W pierwszym kwartale 2026 roku zaobserwowano dalszą polaryzację rynku pod względem czynszów ofertowych za powierzchnie magazynowe i przemysłowe.

– Obiekty wyposażone w zaawansowane rozwiązania technologiczne i ekologiczne, znajdujące się w najbardziej poszukiwanych lokalizacjach, odnotowały nieznaczne wzrosty stawek, natomiast właściciele magazynów o niższym standardzie mierzyli się z mniejszym zainteresowaniem najemców oraz koniecznością oferowania bardziej rozbudowanych pakietów zachęt. Najwyższe stawki czynszów na koniec marca roku nadal utrzymywały się w Warszawie (strefa I) oraz w województwie pomorskim – mówi Agnieszka Giermakowska, Dyrektor Działu Badań Rynkowych i Doradztwa, Lider ds. ESG, Newmark Polska.

Pokolenie Z najczęściej odwiedza galerie handlowe, mimo cyfrowego stylu życia

0

Konsumenci wybierają tradycyjne zakupy przede wszystkim po to, by zobaczyć produkt na żywo – wskazuje tak 6 na 10 osób. Decydujemy się na nie również wtedy, gdy chcemy sprawdzić jakość produktu, zależy nam na czasie lub mamy ograniczone zaufanie do zakupów online, takie wnioski płyną z badania CBRE „Nowy konsument, nowe centra handlowe”. Galerie najczęściej odwiedzają osoby z pokolenia Z – trzy czwarte z nich pojawia się w centrach przynajmniej dwa razy w miesiącu.

Tradycyjne zakupy utrzymują swoje przewagi pomimo rozwoju e-commerce. Główną motywacją klientów do wyboru centrów handlowych jest chęć zobaczenia produktu na żywo – wskazało na to 60 proc. respondentów. Niewiele mniej, bo 56 proc. badanych, udaje się do galerii z potrzeby przymierzenia rzeczy lub zweryfikowania jej jakości. Istotną rolę odgrywa również czas – dla 36 proc. konsumentów kluczowa jest możliwość natychmiastowego zakupu i zabrania produktu ze sobą. Z kolei blisko co czwarty ankietowany (23 proc.) deklaruje, że po prostu lubi atmosferę towarzyszącą wizytom w sklepach. Co ciekawe, jedynie 8 proc. odpowiadających motywuje swoją decyzję brakiem zaufania do e-commerce.

Wyniki badania pokazują, że model omnichannel stał się dziś standardem. Konsumenci swobodnie przełączają się między zakupami online i offline, wybierając kanał najlepiej dopasowany do konkretnej potrzeby. E-commerce wygrywa przede wszystkim ceną i wygodą, umożliwiając szybkie porównanie ofert oraz komfort zakupów bez wychodzenia z domu. Z kolei handel stacjonarny pozostaje niezastąpiony tam, gdzie liczy się możliwość zobaczenia, dotknięcia czy przymierzenia produktu oraz jego natychmiastowa dostępność. Offline wygrywa doświadczeniem zakupowym, a online efektywnością i wygodą. Oba kanały się przenikają, szczególnie dla konsumentów z pokolenia Z, którzy choć żyją w cyfrowym świecie, centra handlowe odwiedzają najczęściej – mówi Anna Wysocka, szefowa działu handlowego, CBRE.

Kobiety i mężczyźni w centrum handlowym

Choć ogólne motywacje konsumentów obu płci do wizyt w galeriach handlowych są podobne, w pewnych aspektach widać istotne różnice. Kobiety wykazują bardziej praktyczne podejście do zakupów tradycyjnych. 59 proc. z nich wybiera sklepy stacjonarne by mieć możliwość przymierzenia lub osobistego sprawdzenia jakości asortymentu (w porównaniu do 52 proc. wśród panów). Kobiety częściej potrzebują również szybko otrzymać produkt (38 proc. vs. 34 proc.).

Dla mężczyzn atmosfera zakupów jest ważniejsza niż dla kobiet – na jej znaczenie wskazała jedna czwarta panów, w porównaniu jednej piątej pań. Co ciekawe, w grupie badanych mężczyzn odnotowano niemal dwukrotnie wyższy poziom sceptycyzmu wobec handlu elektronicznego niż wśród badanych kobiet. Brak zaufania do zakupów online jako powód wizyty w galerii handlowej wskazało 11 proc. mężczyzn i zaledwie 6 proc. kobiet.

– Kobiety i mężczyźni mają różne oczekiwania wobec centrów handlowych. Dla mężczyzn większe znaczenie ma gastronomia, rozrywka czy sama atmosfera zakupów. Kobiety doceniają możliwość przymierzenia produktów, oceny ich jakości i zrobienia zakupów w komfortowych warunkach. Bardziej niż mężczyźni cenią sobie także możliwość zwrotu zamówień złożonych online – dodaje Anna Wysocka, CBRE.

METODOLOGIA

Badanie przeprowadzone na panelu Ariadna na ogólnopolskiej próbie respondentów odwiedzających centra handlowe, liczącej N=2190 osób. Termin realizacji: od 27 lutego do 4 marca 2026. Metoda: CAWI.

Do 10% rocznego obrotu kary. UOKiK ma nowe narzędzie na e-sklepy już od czerwca

0

Od 19 czerwca 2026 roku każdy polski sklep internetowy musi mieć działający „przycisk odstąpienia od umowy”. Brak ulgi czasowej, brak preferencji dla mikrofirm, kary do 10% rocznego obrotu. W internecie krąży już lawina poradników i połowa z nich myli się co do podstaw. Co naprawdę zmienia dyrektywa (UE) 2023/2673 i dlaczego część sklepów ma już ten problem z głowy – wyjaśnia Michał Tykarski, członek zarządu IAI S.A., właściciela platformy IdoSell.

Mniej niż miesiąc. Tyle zostaje polskim przedsiębiorcom e-commerce do wejścia w życie dyrektywy (UE) 2023/2673, która zmienia sposób, w jaki klient może odstąpić od umowy zawartej online.

UOKiK może nałożyć do 2 mln kary dla osób zarządzających firmą, a w przypadku poważnych i powtórzonych uchybień sankcja sięga 10% rocznego obrotu przedsiębiorstwa.  Warto też pamiętać o tym, że niedopełnienie obowiązków informacyjnych skutkuje przedłużeniem terminu na zwrot z 14 dni do 12 miesięcy. Nowa ustawa wdraża szersze obowiązki informacyjne odnośnie zwrotów, a także bardziej reguluje funkcjonalności odstąpienia od umowy w sklepie.

To nie jest kolejna dyrektywa do „zanotowania na później”. Czerwiec 2026 to twarda data.

O co właściwie chodzi?

Dyrektywa (UE) 2023/2673, przyjęta przez Parlament Europejski i Radę 22 listopada 2023 roku, dodaje art. 11a do dyrektywy 2011/83/UE o prawach konsumentów. Główne założenie to, że rezygnacja z zakupu ma być równie prosta jak sam zakup. Jeśli klient mógł zawrzeć umowę jednym kliknięciem w sklepie, odstąpienie od niej także musi być dostępne elektronicznie, w tym samym środowisku.

Z perspektywy ostatnich dwóch lat i ciągu nowych aktów prawnych (w tym Omnibus, DSA, GPSR, WCAG) – widać, że środowisko e-commerce w Polsce żyje w stanie permanentnego dostosowywania się. Rozumiem, że dla wielu właścicieli sklepów to brzmi jak „znowu coś”. Ale ta zmiana akurat nie jest tak straszna, jak ją opisują. Wymaga konkretnej decyzji, konkretnej konfiguracji i nic więcej.

W praktyce oznacza to, że każdy sklep musi udostępnić wyraźny, łatwy do znalezienia przycisk „Odstąp od umowy tutaj” lub „Odstąp od umowy” w interfejsie zakupowym. Przycisk ten ma być dostępny przez cały czas trwania ustawowego prawa do zwrotu, czyli standardowo 14 dni od odbioru towaru lub zawarcia umowy.

Funkcja powinna być opisana w sposób jednoznaczny i zrozumiały, np. „Odstąp od umowy” albo „Odstąp od umowy tutaj”, lub innym równoważnym określeniem, które nie budzi wątpliwości co do swojego znaczenia.

Obowiązek dotyczy też informowania klienta o istnieniu i lokalizacji funkcji, czyli aktualizacji regulaminu i polityki zwrotów.

Kogo dotyczy?

Odpowiedź jest krótka: wszystkich sprzedawców B2C. Dyrektywa obejmuje towary fizyczne, usługi cyfrowe, treści cyfrowe, subskrypcje, VOD, a także usługi finansowe zawierane na odległość. Nie ma progu obrotów, nie ma wyjątku dla mikroprzedsiębiorców, nie ma kryterium liczby pracowników.

Jeśli prowadzisz sklep B2C i klient może przez Twój serwis zawrzeć umowę na odległość, dyrektywa Cię dotyczy. Bez wyjątków.

Mity i fakty

Słyszę dziś od sprzedawców, że muszą wydłużyć termin zwrotu z 14 do 30 dni, że dyrektywa zmusi ich do darmowych zwrotów, że trzeba budować nową bramkę zwrotów. To wszystko nie wynika z dyrektywy. Ona zmienia tylko jedno: sposób, w jaki klient z prawa do zwrotu może skorzystać. Termin pozostaje ten sam, koszty zwrotu według dotychczasowych zasad. Mity rosną szybciej niż obowiązki.

MITY KRĄŻĄCE W SIECI FAKTY
„Termin na zwrot wydłuża się z 14 do 30 dni.” Termin pozostaje 14 dni od otrzymania towaru – dyrektywa nie zmienia długości terminu, tylko sposób korzystania z prawa odstąpienia.
„Sklep musi pokrywać koszty zwrotu.” Zasady ponoszenia kosztów zwrotu nie zmieniają się – można je nadal przerzucać na konsumenta na obowiązujących regułach.
„Dyrektywa nie dotyczy mikrofirm.” Dotyczy wszystkich sprzedawców B2C – bez progów obrotów, transakcji, liczby pracowników.
„Wystarczy formularz PDF do pobrania.” Nie wystarczy. Wymagana jest funkcja online – przycisk i formularz w środowisku, w którym klient zawarł umowę. PDF może działać dodatkowo, ale nie zastępuje przycisku.
„Jest okres przejściowy – można wdrażać do końca 2026.” Obowiązek dotyczy wszystkich umów zawieranych od 19 czerwca 2026 roku.
„Wystarczy jeden klik – bez potwierdzenia.” Wymagane jest dwustopniowe potwierdzenie, żeby uniknąć przypadkowych odstąpień. Plus e-mail potwierdzający na trwałym nośniku.

 

Omnibus, DSA, GPSR, i teraz to

Według komentarzy, na które można trafić w mediach branżowych, właściciele polskich e-sklepów przeżywali już „katastrofy” związane z dyrektywą Omnibus (ceny i opinie), DSA (moderacja treści), GPSR (bezpieczeństwo produktów). Każda z tych regulacji wyglądała groźnie na papierze. Każda skończyła się jako element konfiguracji.

Pamiętam panikę przy Omnibusie i pamiętam panikę przy DSA. Za każdym razem rynek dramatyzował. Tymczasem zawsze okazywało się, że dobrze przygotowana platforma robiła to za sprzedawcę w tle. Z tą dyrektywą będzie tak samo, pod warunkiem, że ktoś za sprzedawcę myśli zawczasu.

Sklepy, które ten temat mają już z głowy

Różnica między modelami e-commerce w obliczu regulacji prawnych jest subtelna, ale ważna. W modelu SaaS, czyli abonamentowej platformy zarządzanej przez dostawcę, dostosowanie do nowych przepisów leży po stronie dostawcy, nie sprzedawcy.

Na platformach opartych na otwartym oprogramowaniu, takich jak WooCommerce czy PrestaShop, wdrożenie leży po stronie właściciela sklepu lub agencji. To oznacza koszt deweloperski, czas i ryzyko błędów.

W modelu SaaS taka regulacja wygląda inaczej niż na rynku open source. W IdoSell dostosowanie do dyrektywy 2023/2673 to jest nasz problem, nie sprzedawcy: w odpowiednim momencie funkcja włącza się w panelu, a nasi klienci dostają zgodne z prawem rozwiązanie bez kosztów deweloperskich, bez kupowania wtyczek, bez audytów. Tak działa profesjonalna platforma: bierze na siebie zmienność prawa, aby sprzedawca mógł skupić się na sprzedaży.

Jeśli mam coś poradzić właścicielowi sklepu, który dziś czyta o tej dyrektywie po raz pierwszy: nie panikuj, nie czekaj. Sprawdź, na jakiej platformie sprzedajesz i kto bierze odpowiedzialność za zgodność z prawem: Ty, agencja, czy dostawca. To jedno pytanie odpowiada na całą resztę.

Kontekst prawny:

Do 19 czerwca 2026 r. każdy sklep B2C w UE musi mieć wdrożone: widoczny i stale dostępny przycisk odstąpienia na stronie www, online’owy formularz z możliwością wyboru konkretnych produktów, dwuetapowe potwierdzenie, automatyczny e-mail zwrotny, zaktualizowany regulamin, a wszystko to bez dark patterns. Stawką jest do 10% rocznego obrotu, a także 12-miesięczne prawo zwrotu dla klientów.

Retail media rosną w polskim handlu. Ekrany w sklepach zauważa niemal co drugi klient

0

Prawie połowa klientów zauważa w sklepach reklamy na ekranach. Co trzeci konsument nie dostrzega ich. Z kolei jedna piąta osób tuż po wyjściu z placówki handlowej nie pamięta, czy je w ogóle widziała. Autorzy raportu oceniają ww. wyniki jako zadowalające dla marek, producentów i retailerów. I jak twierdzą, zebrane dane pokazują aktualny potencjał retail mediów w Polsce, ale też przestrzeń do pewnych korekt, które – w ich ocenie – branża musi ewidentnie wykonać. Raport daje również wyraźny sygnał retailerom, że sam ekran to za mało. Liczy się jego umiejscowienie, kontekst i integracja z doświadczeniem zakupowym.

Badacze z UCE RESEARCH w ramach raportu pt. „Retail media coraz mocniej rozpychają się w polskim handlu” przeprowadzili bezpośrednie wywiady z prawie tysiącem konsumentów wychodzących ze sklepów. I tak z zebranych danych wynika, że 47,4% osób podczas zakupów zauważyło reklamy na ekranach. Według autorów raportu, to jest dobry wynik i poziom, który może na tym etapie rynkowym zadowalać marki, producentów i retailerów. W warunkach sklepowych, gdzie uwaga jest mocno rozproszona między listą zakupów, cenami i logistyką poruszania się po sklepie, niemal co druga osoba zauważyła reklamę. W praktyce oznacza to, że in-store retail media znajdują się w polu widzenia konsumenta, a nie są tylko elementem tła.

– Rynek retail media w Polsce dopiero się skaluje i uczy optymalizacji zarówno po stronie sieci, jak i reklamodawców. Powyższy wynik pokazuje potencjał, ale też przestrzeń do poprawy. To sygnał przede wszystkim dla retailerów, że sam ekran to za mało. Najważniejsze kwestie to jego umiejscowienie, kontekst i integracja z doświadczeniem zakupowym – komentuje Radosław Gołąb, ekspert rynku retail mediów i współautor raportu z MyShopTV.

Przede wszystkim retail media w sklepie wymagają takiego samego podejścia jak digital, czyli planowania, optymalizacji i mierzenia, co podkreśla ekspert. – Kluczowe jest planowanie ustawienia ekranów w kontekście realnej ścieżki klienta, tak aby komunikaty pojawiały się w momentach decyzyjnych, a nie przypadkowych. Kampanie in-store powinny być projektowane pod konkretne miejsce i moment, bo inaczej wygląda komunikacja przy wejściu, a inaczej – przy półce. Do tego dochodzi właściwe wykorzystanie danych oraz powiązanie ekspozycji z efektem sprzedażowym – wskazuje znawca rynku.

Z raportu wynika też, że co trzeci konsument nie zauważył tego typu reklamy – 31,3%. Według ekspertów z MyShopTV, powodem tego może być to, że sklep nie jest typowym medium. Klient przychodzi z konkretnym celem i filtruje bodźce. Jeśli komunikat nie jest osadzony w jego ścieżce zakupowej, fizycznie lub mentalnie, to po prostu go pomija. To nie jest problem samego formatu, tylko dopasowania do momentu i kontekstu.

– Właśnie dlatego tak ważne jest korzystanie z danych first party retailera i dostosowywanie komunikatu do profilu koszyka zakupowego czy prime time sprzedaży produktów z danej kategorii. Dopiero wtedy in-store retail media zaczynają działać jak trzeba, czyli skracają dystans między komunikatem a decyzją, zwiększają konwersję przy półce i realnie wpływają na sprzedaż w miejscu, gdzie ona faktycznie zapada – wyjaśnia Radosław Gołąb.

Do tego widać, że jedna piąta osób zaraz po wyjściu ze sklepu nie pamięta, czy w ogóle zauważyła tego typu reklamy – 21,3%. Jak tłumaczą autorzy raportu, to nie oznacza braku kontaktu, tylko raczej niepamięć. A to już kwestia jakości kreacji, powtarzalności i dopasowania komunikatu. W praktyce oznacza to, że reklama się wyświetliła, ale nie zostawiła żadnego śladu. I tutaj jest bardzo dużo czynników, które mogły mieć na to wpływ – od niewłaściwego dopasowania komunikatu, samej formy reklamy aż po wygląd kreacji.

– Wyniki pokazują, że fundament działa, czyli ekran generuje kontakt z reklamą. Natomiast efektywność nie będzie wynikać z samej obecności ekranów, tylko z tego, jak dobrze kampanie są dopasowane do zachowań konsumenta i jak precyzyjnie wpisują się w proces zakupowy. In-store retail media zaczynają przypominać media digitalowe, gdzie liczy się nie tylko zasięg, ale jakość dotarcia i moment ekspozycji – analizuje ekspert z MyShopTV.

Jak stwierdza Radosław Gołąb, klienci są otwarci na komunikację w sklepie, gdy zapadają ich decyzje. Natomiast ta otwartość trwa bardzo krótko i dotyczy tylko części kategorii. Jeśli komunikat odpowiada na aktualną potrzebę, to działa. Jeśli nie trafia w nią, wówczas znika w tle. Tylko niewielka część kupujących sztywno trzyma się swojej listy zakupów. Potwierdzają to inne badania rynkowe UCE RESEARCH, z których wyraźnie wynika, że polski konsument często zmienia zdanie w samym sklepie w kwestii konkretnego zakupu czy wyboru producenta.

– Skoro decyzje zmieniają się nawet w samym sklepie, to placówka handlowa staje się ostatnim, często decydującym punktem wpływu. In-store nie buduje lojalności w klasycznym sensie, ale bardzo skutecznie przechwytuje decyzję w momencie zakupu. Na samą zauważalność reklam w sklepach najbardziej wpływają takie czynniki, jak odpowiednia lokalizacja ekranu, kontekst kategorii i prostota komunikatu. Ekran przy wejściu działa inaczej niż przy półce. Kreacja do przeczytania przegrywa z komunikatem do zobaczenia w sekundę. Nadmiar bodźców oczywiście istnieje, ale problemem rzadziej jest ich liczba, a częściej brak dopasowania – mówi Radosław Gołąb.

W opinii współautora raportu, wyniki zrealizowanych w sklepach kampanii jednoznacznie pokazują, że reklama w miejscu sprzedaży działa i wpływa na decyzje zakupowe. Na pewno jest jeszcze pole do optymalizacji. Retail media w sklepach fizycznych są dokładnie w tym miejscu, w którym digital był kilkanaście lat temu. Potencjał jest ogromny, ale standardy w handlu dopiero się kształtują.

– Obecnie rynek w Polsce jest na etapie obecności ekranów w sklepach stacjonarnych, natomiast zmierza ku efektywności działań reklamowych. W najbliższych latach wygrają ci, którzy przestaną traktować placówkę handlową tylko jak miejsce emisji reklamy, a zaczną je postrzegać jako środowisko decyzji zakupowej, w którym warto być ze swoim przekazem. Sklep fizyczny stanie się pełnoprawnym kanałem mediowym, z własną logiką planowania i optymalizacji, opartą na danych first party retailera – podsumowuje Radosław Gołąb z MyShopTV.


***
Opis metody analitycznej/badawczej

Raport został oparty na specjalnym badaniu, które realizowano w bezpośrednim otoczeniu blisko 80 placówek handlowych, które w dniu badania posiadały ekrany wizyjne z wyświetlanymi reklamami. Zastosowano metodę wywiadów bezpośrednich z respondentami opuszczającymi sklep (tzw. intercept survey). Do udziału kwalifikowano osoby w wieku od 18 do 65 lat, które w danym momencie realizowały zakupy w analizowanej placówce. Łączna liczebność próby wyniosła blisko 1 tys. osób. Dobór próby miał charakter celowy i był związany z kontekstem sytuacyjnym (tj. dokonywania zakupów), co umożliwiało uchwycenie bezpośrednich deklaracji respondentów dotyczących ich doświadczeń zakupowych. Celem badania była analiza percepcji oraz poziomu zauważalności reklam wizyjnych emitowanych w przestrzeni sklepów detalicznych, a także ocena reakcji konsumentów na tego typu komunikaty w środowisku zakupowym. Badanie stanowi część szerszego projektu badawczego realizowanego w ramach raportu rynkowego pt. „Retail media coraz mocniej rozpychają się w polskim handlu. Edycja 2026”.

Praca sezonowa w Polsce coraz bardziej opłacalna. Stawki sięgają nawet 52 zł za godzinę

Praca sezonowa w Polsce może dziś opłacać się bardziej niż wyjazd na saksy. Jak wynika z danych Grupy Progres, obecne stawki wahają się od 32 do nawet 52 zł brutto za godzinę. Firmy, walcząc o pracowników oferują też dodatkowe benefity — premie frekwencyjne, darmowe zakwaterowanie i wyżywienie, dopłaty do transportu czy elastyczne grafiki. Tegoroczny sezon przynosi również ważną zmianę dla zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych: wykonywanie takiej pracy zaczyna wliczać się do stażu pracy i przyszłej emerytury dzięki przepisom obowiązującym od początku 2026 r.

Jeszcze kilka lat temu praca sezonowa kojarzyła się głównie ze zbiorami owoców czy pracą w restauracjach zlokalizowanych w kurortach turystycznych. Dziś nie mniejsze zapotrzebowanie dotyczy magazynów obsługujących e-commerce, centrów logistycznych, festiwali muzycznych, parków rozrywki i całej branży hotelowej czy handlu. Sezon stał się dziś czasem, z którego korzystają niemal wszyscy, a jego wszechstronność sprawia, że rośnie liczba ofert pracy o coraz bardziej zróżnicowanym charakterze. Dzięki temu takie oferty obejmują nie tylko proste, monotonne zajęcia, ale również bardziej interesujące i dynamiczne role w różnych branżach.

Jedna z większych zmian, którą na przestrzeni lat obserwujemy w przypadku pracy sezonowej dotyczy różnorodności stanowisk. Coraz częściej nie są to już wyłącznie proste prace fizyczne, ale role wymagające podstawowych kompetencji cyfrowych, szybkiej adaptacji i umiejętności pracy w dynamicznym środowisku. Sezonowość zatrudnienia zaczyna przypominać elastyczny rynek projektowy, w którym pracownicy płynnie przechodzą między branżami w zależności od popytu i lokalnych wydarzeń. Do tego mają szansę na dość szybki zarobek mówi Magda Dąbrowska, prezeska Grupy Progres.

Rekordowe stawki i nowe benefity napędzają sezon 2026

Jak wynika z danych Grupa Progres, tegoroczne stawki w pracy sezonowej wahają się od 32 do 45 zł brutto za godzinę, choć w przypadku bardziej wymagających lub pilnych zleceń zdarzają się również oferty bardziej intratne sięgające 52 zł brutto. Zarobki części osób plasują się w środku tej stawki. Według statystyk Jooble dotyczących stanowisk zawierających określenie „sezonowa”, przeciętny pracownik w Polsce zarabia rocznie około 80 628 zł (stan na 13 maja 2026 r.). Przekłada się to na średnio 6 719 zł miesięcznie, 1 680 zł tygodniowo lub około 41,99 zł za godzinę. Jednocześnie analiza pokazuje zróżnicowanie wynagrodzeń – najniższe roczne stawki wynoszą około 77 640 zł, a najwyższe sięgają 83 508 zł.

Praca sezonowa ma swoją wartość

W gastronomii nadal dominują oferty dla kelnerów (ok. 32–40 zł/h + napiwki), barmanów (32–50 zł/h, w sezonie i klubach/eventach nawet 50–70 zł/h), baristów (32–45 zł/h), pomocy kuchennych (32–38 zł/h) i kucharzy (35–60 zł/h, w topowych lokalizacjach i kurortach więcej), ale coraz częściej pojawiają się także operatorzy food trucków (32–55 zł/h lub stawka dzienna + udział w obrocie), pracownicy cateringu eventowego (35–60 zł/h) oraz obsługa mobilnych stref gastronomicznych podczas koncertów i festiwali (40–70 zł/h, często z dodatkami za godziny nocne i pracę w weekendy).

W hotelach rekrutowani są nie tylko recepcjoniści i pokojowe (32–45 zł/h), ale też animatorzy dziecięcy (30–50 zł/h), opiekunowie stref wellness (35–60 zł/h), technicy basenowi (35–55 zł/h), concierge sezonowi dla apartamentów premium (40–70 zł/h, często wymagane języki obce) oraz osoby odpowiedzialne za obsługę rezerwacji online (30–50 zł/h, czasem system premiowy od wyników).

W logistyce i handlu sezonowym firmy szukają magazynierów (32–40 zł/h), operatorów kompletacji zamówień (32–45 zł/h), pracowników pakujących przesyłki e-commerce (32–40 zł/h), osób do inwentaryzacji (32–45 zł/h) oraz kierowców dostaw miejskich (35–55 zł/h + premie za kursy i godziny). Coraz więcej ofert dotyczy również obsługi automatów paczkowych i punktów odbioru zamówień w miejscowościach turystycznych (32–40 zł/h).

Bardzo dynamicznie rośnie sektor eventowy, gdzie poszukiwani są montażyści scen (35–60 zł/h), technicy światła i nagłośnienia (40–80 zł/h), stewardzi wydarzeń (32–45 zł/h), pracownicy stref VIP (35–70 zł/h) i osoby obsługujące zaplecze sanitarne podczas imprez plenerowych (32–40 zł/h). Pojawiają się też bardziej nietypowe stanowiska, takie jak operator dmuchańców (32–40 zł/h), opiekun stref relaksu (32–50 zł/h), tester escape roomów sezonowych (32–60 zł/h), kierownik kina letniego (40–70 zł/h) czy animator aktywności sportowych w hotelach i kurortach (32–55 zł/h).

W turystyce i rekreacji szukają instruktorów sportów wodnych (40–80 zł/h, często prowizje od zajęć), operatorów wypożyczalni rowerów elektrycznych (32–45 zł/h), obsługi parków linowych (32–50 zł/h), ratowników (35–60 zł/h + dodatki za odpowiedzialność) i przewodników miejskich (35–70 zł/h + napiwki). Z kolei branża beauty i wellness rekrutuje sezonowych masażystów (40–90 zł/h), kosmetyczki (40–80 zł/h), stylistki paznokci (40–85 zł/h) i recepcjonistów spa (32–50 zł/h). W miejscowościach turystycznych pojawiają się nawet oferty dla fotografów wykonujących zdjęcia turystom (32–70 zł/h lub prowizja od sprzedaży) oraz twórców materiałów do social mediów obsługujących profile hoteli i beach barów (35–80 zł/h lub stawki projektowe).

Praca sezonowa przestała być wyłącznie rozwiązaniem dla studentów szukających wakacyjnego zarobku. Dziś to pełnoprawny segment rynku pracy, w którym firmy rywalizują o kandydatów niemal tak samo jak przy rekrutacjach stałych. Coraz więcej pracodawców buduje markę wokół sezonu i wraca do tych samych pracowników co roku. Kandydaci zwracają uwagę już nie tylko na stawkę, ale też na warunki zatrudnienia, dodatki do pensji, grafik i atmosferę pracymówi Magda Dąbrowska, prezeska Grupy Progres.

Umowa nadal ma znaczenie. Najwięcej ofert na zlecenie, ale rynek się zmienia

Najpopularniejszą formą zatrudnienia pozostaje umowa zlecenie, szczególnie w gastronomii, turystyce i eventach. W logistyce oraz magazynach coraz częściej pojawiają się jednak umowy o pracę na czas określony, ponieważ firmy chcą ograniczyć rotację i szybciej szkolić pracowników do kolejnych sezonów. Pracodawcy próbują przyciągać kandydatów dodatkowymi benefitami: darmowym noclegiem, posiłkami pracowniczymi, premiami za brak absencji czy dopłatami do paliwa.

Duże zainteresowanie budzą także krótkie kontrakty weekendowe i mikrosezony trwające od dwóch do sześciu tygodni. To odpowiedź na zmieniające się podejście młodych pracowników, którzy coraz rzadziej deklarują gotowość do pracy przez całe wakacje. Popularne stają się również hybrydowe modele zatrudnienia – kilka dni pracy stacjonarnej i część zadań wykonywana zdalnie, np. przy obsłudze rezerwacji czy klienta online.

Nowe przepisy zmieniają rynek pracy sezonowej

Nowe przepisy obowiązujące od 2026 roku sprawiły też, że część osób zaczęła zwracać większą uwagę na legalność zatrudnienia i odprowadzanie składek. Zmiany pozwalają bowiem wliczać część okresów przepracowanych na zleceniu do stażu pracy, co może mieć znaczenie przy naliczaniu uprawnień pracowniczych, dodatków stażowych czy długości urlopu.

To pierwszy sezon, w którym kandydaci naprawdę pytają o składki i formalności. Jeszcze niedawno większość młodych ludzi interesowała wyłącznie stawka netto i liczba godzin. Dziś coraz częściej dopytują, czy umowa będzie zgłoszona do ZUS, czy pojawi się odprowadzanie składek i jak wygląda kwestia stażu pracy. To pokazuje, że świadomość rynku pracy rośnie szybciej, niż wielu pracodawców zakładało. W praktyce legalność zatrudnienia zaczyna być elementem przewagi konkurencyjnej podkreśla Magda Dąbrowska, prezeska Grupy Progres.

Rodzice wracają do procesu rekrutacji

Jednym z widocznych trendów tegorocznego sezonu jest obecność rodziców podczas rekrutacji. Młodzi kandydaci często przychodzą na rozmowy kwalifikacyjne z mamą lub tatą, szczególnie jeśli praca wiąże się z wyjazdem do innego miasta albo zakwaterowaniem zapewnianym przez pracodawcę.

Rodzice pytają o standard noclegów, liczbę godzin pracy, bezpieczeństwo transportu i zapisy w umowie. Dla części firm to zaskoczenie, ale wiele organizacji zaczęło już przygotowywać specjalne informacje dla rodzin kandydatów. W branży hotelarskiej i gastronomicznej pojawiły się nawet dni otwarte dla rodziców pracowników sezonowych.

Wraz ze wzrostem liczby ofert rośnie również ryzyko nadużyć, dlatego szczególna czujność kandydatów jest jak najbardziej wskazana. Warto dokładnie weryfikować ogłoszenia – zwłaszcza te, które nie zawierają pełnych danych firmy, jasno określonych warunków zatrudnienia czy szczegółów dotyczących miejsca i formy pracy. Niepokój powinny budzić również nieprecyzyjne zasady dotyczące zakwaterowania, zbyt wysokie potrącenia za nocleg i wyżywienie, a także brak informacji o rzeczywistej liczbie godzin pracy czy systemie zmianowym – zaznacza Magda Dąbrowska. – Szczególnie ostrożnie należy podchodzić do ofert, które obiecują bardzo wysokie zarobki bez umowy lub bez jasno określonego sposobu rozliczeń. Transparentność w tych obszarach jest kluczowa – jej brak może świadczyć o potencjalnych nieprawidłowościach lub nieuczciwych praktykach. Dlatego przed podjęciem decyzji o wyjeździe lub zatrudnieniu warto każdą ofertę dokładnie sprawdzić i upewnić się, że warunki są jasno opisane i możliwe do zweryfikowania. Jeśli oferta wydaje się zbyt dobra, by była prawdziwa, lepiej podejść do niej z dystansem i w razie wątpliwości po prostu z niej zrezygnować – podsumowuje prezeska Grupy Progres.

UOKiK ukarał sprzedawcę kursów językowych. Chodzi o fikcyjne dofinansowania i „darmowe” kursy

0

Prezes UOKiK wydał decyzję dotyczącą spółki Mobile Marketing Center, która sprzedawała multimedialne kursy języków obcych. Urząd uznał, że przedsiębiorca naruszał zbiorowe interesy konsumentów, m.in. poprzez sugerowanie nieistniejących dofinansowań, reklamowanie pozornie darmowych produktów oraz nieprawidłowości przy zawieraniu umów na odległość.

Na spółkę nałożono karę w wysokości 2,232 mln zł. Dodatkową sankcję finansową, w wysokości 420 tys. zł, otrzymała osoba zarządzająca, której UOKiK zarzucił umyślne dopuszczenie do naruszeń prawa. Decyzja jest prawomocna wobec Mobile Marketing Center, natomiast osoba zarządzająca odwołała się do sądu.

Kursy językowe z rzekomym dofinansowaniem

Mobile Marketing Center oferowała kursy językowe za pośrednictwem strony poliglotos.pl, a także telefonicznie. Spółka korzystała również z serwisu speakking.pl. Według ustaleń UOKiK konsumenci byli zachęcani do zakupu kursów poprzez komunikaty sugerujące możliwość skorzystania z publicznego wsparcia finansowego.

Szczególne wątpliwości urzędu wzbudziła domena funduszwsparcia.eu, na której przedsiębiorca posługiwał się nazwą „Europejski Fundusz Wsparcia Nauki Języków Obcych i Edukacji”. Konsumentom sugerowano, że dzięki takiemu programowi mogą kupić kursy z 87-procentową zniżką.

Postępowanie wykazało jednak, że wskazany fundusz nie istniał. Zdaniem UOKiK narracja o dofinansowaniu miała stworzyć wrażenie wyjątkowej okazji cenowej i skłonić konsumentów do podjęcia decyzji zakupowej.

„Darmowe” produkty wymagały zakupu

Urząd zakwestionował również sposób reklamowania ofert określanych jako darmowe. Konsumenci mogli odnieść wrażenie, że otrzymają bezpłatny kurs lub materiały edukacyjne. W praktyce warunkiem skorzystania z takiej oferty był zakup innego, pełnopłatnego produktu.

Według UOKiK informacja o tym warunku była podawana w sposób niejasny lub ukrywana. Tym samym konsument nie otrzymywał pełnej i rzetelnej informacji o rzeczywistych kosztach oferty przed podjęciem decyzji.

Prezes UOKiK Tomasz Chróstny ocenił, że spółka budowała swój model sprzedaży na dezinformacji i manipulacji. Jak wskazał, konsumenci byli kuszeni wizją atrakcyjnych, lecz nieistniejących dofinansowań oraz ofertami darmowymi, które w rzeczywistości wiązały się z koniecznością zapłaty.

Nieprawidłowości w sprzedaży telefonicznej

Istotna część zarzutów dotyczyła sprzedaży telefonicznej. Według ustaleń UOKiK konsultanci Mobile Marketing Center nie przekazywali konsumentom pełnych informacji wymaganych przy zawieraniu umów na odległość.

Chodziło m.in. o brak jasnego wskazania handlowego celu rozmowy, danych identyfikujących przedsiębiorcę oraz informacji o prawie do odstąpienia od umowy. Urząd zakwestionował także praktykę uznawania transakcji za zawarte już podczas rozmowy telefonicznej.

W przypadku umów zawieranych przez telefon przepisy wymagają, aby konsument potwierdził wolę zawarcia umowy na trwałym nośniku. Według UOKiK Mobile Marketing Center traktowała umowy jako skutecznie zawarte mimo braku takiego potwierdzenia.

Spór o prawo do odstąpienia od umowy

Kolejny zarzut dotyczył utrudniania konsumentom odstąpienia od umowy. Spółka miała odmawiać takiego prawa w przypadku kursów multimedialnych, argumentując, że aktywacja kodu dostępu do treści cyfrowej wyłącza możliwość rezygnacji.

UOKiK wskazał jednak, że konsument musi wcześniej otrzymać jasną informację o skutkach aktywacji treści cyfrowej. Jeżeli przedsiębiorca nie poinformuje go prawidłowo o utracie prawa do odstąpienia, nie może później powoływać się na taki skutek.

W ocenie urzędu praktyka stosowana przez Mobile Marketing Center mogła prowadzić do sytuacji, w której konsumenci byli pozbawiani możliwości skutecznej rezygnacji z umowy, mimo że nie zostali wcześniej właściwie poinformowani o konsekwencjach swoich działań.

Ponad 2,6 mln zł kar

Łączna wysokość kar finansowych w sprawie przekracza 2,65 mln zł. Na Mobile Marketing Center nałożono 2,232 mln zł kary za naruszenie zbiorowych interesów konsumentów. Osoba zarządzająca spółką ma zapłacić 420 tys. zł za umyślne dopuszczenie do naruszeń.

Spółka została również zobowiązana do poinformowania konsumentów, z którymi zawarła umowy, o decyzji Prezesa UOKiK. Ma to umożliwić klientom zapoznanie się z ustaleniami urzędu i ocenę swojej sytuacji prawnej.

Sprawa pokazuje, że UOKiK coraz dokładniej analizuje nie tylko same treści reklamowe, ale również sposób prowadzenia sprzedaży telefonicznej, konstrukcję ofert promocyjnych oraz przestrzeganie obowiązków informacyjnych wobec konsumentów.

Konsument musi znać rzeczywistą cenę i warunki oferty

Decyzja dotycząca Mobile Marketing Center wpisuje się w działania UOKiK wymierzone w praktyki, które mogą zniekształcać decyzje zakupowe konsumentów. Szczególne znaczenie mają tutaj komunikaty o promocjach, dotacjach, zniżkach i darmowych produktach.

Z perspektywy konsumenta kluczowe jest, czy informacja o cenie, warunkach skorzystania z oferty i prawie do odstąpienia od umowy została przekazana w sposób jasny, widoczny i zrozumiały. Jeżeli przedsiębiorca eksponuje korzyść, a ukrywa koszt lub istotne ograniczenia, może naruszać przepisy o ochronie konsumentów.

W przypadku Mobile Marketing Center UOKiK uznał, że konsumenci mogli być wprowadzani w błąd na kilku etapach kontaktu z firmą: od reklamy internetowej, przez rozmowę telefoniczną, po realizację prawa do odstąpienia od umowy.

Mikrokawalerki znów na celowniku resortu. Rynek mieszkaniowy może stracić kolejną furtkę

Ministerstwo Rozwoju i Technologii po raz kolejny bierze na tapet mikrokawalerki. Najpierw zakazano budowy mieszkań mniejszych niż 25 mkw., później ograniczano możliwość obchodzenia tych przepisów poprzez lokale użytkowe, a teraz nowe warunki techniczne mają domknąć również furtkę wykorzystywaną przez mikroapartamenty w hotelach, aparthotelach czy akademikach. Problem polega jednak na tym, że za każdym razem rynek znajduje nowe obejście. Bo mikrolokale – niezależnie od regulacji – wciąż mają swoje wierne grono amatorów.

Według najnowszej wersji projektu rozporządzenia w sprawie warunków technicznych, nie będzie można projektować lokali mniejszych niż 25 mkw. także w budynkach zamieszkania zbiorowego. Zmiana ma ograniczyć praktykę budowania małych lokali formalnie użytkowych, które w rzeczywistości funkcjonują jako mieszkania.

– To kolejny etap trwającej od lat wojny regulatora z rynkiem – komentuje Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Od liberalizacji do uszczelniania

Paradoks całej historii polega na tym, że jeszcze dekadę temu kierunek myślenia administracji był dokładnie odwrotny niż dziś. W 2016 roku resort infrastruktury planował zniesienie norm dotyczących minimalnych powierzchni pomieszczeń mieszkalnych, uznając, że o parametrach lokali powinien decydować przede wszystkim rynek i preferencje nabywców.

Jak argumentowali wówczas eksperci portalu RynekPierwotny.pl, mikromieszkania nie były żadnym polskim wynalazkiem, lecz naturalnym elementem funkcjonowania największych światowych metropolii – od Nowego Jorku i Londynu po Paryż. W warunkach szybko rosnących cen nieruchomości i postępującej urbanizacji segment najmniejszych mieszkań miał stanowić jeden z elementów dywersyfikacji oferty deweloperskiej.

W tamtym okresie dominowało przekonanie, że rynek sam zweryfikuje skalę zjawiska.

Dwa lata później nastąpił jednak gwałtowny zwrot regulacyjny. Od 1 stycznia 2018 roku zaczęły obowiązywać przepisy zakazujące projektowania mieszkań o powierzchni mniejszej niż 25 mkw. Regulacja miała poprawić standard zamieszkiwania i ograniczyć najbardziej skrajne przypadki „upakowywania” ludzi na minimalnej przestrzeni.

I rzeczywiście – z punktu widzenia urbanistyki czy jakości życia trudno odmówić tym argumentom racjonalności.

Problem w tym, że rynek mieszkaniowy rzadko podporządkowuje się prostym administracyjnym zakazom.

Mikrokawalerki nie są żadnym nowym wynalazkiem

W publicznej debacie najmniejsze lokale często przedstawiane są jako stosunkowo nowy produkt „patodeweloperki”. Tymczasem mieszkania o powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych funkcjonowały w Polsce od dekad – również w czasach PRL. Dla wielu osób były pierwszym krokiem do samodzielności mieszkaniowej.

Jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu nikogo szczególnie nie dziwiły kawalerki o powierzchni 16, 18 czy 20 mkw., zwłaszcza w dużych miastach i atrakcyjnych lokalizacjach. Ich przewagą była relatywnie niska cena nominalna, dobra lokalizacja i możliwość samodzielnego zamieszkania bez konieczności wynajmowania większego lokalu.

Jak wynikało z analiz portalu RynekPierwotny.pl jeszcze sprzed wprowadzenia limitu 25 mkw., popyt na najmniejsze lokale utrzymywał się stabilnie na poziomie około 1–2 proc. całkowitego popytu na rynku pierwotnym. Segment miał więc charakter niszowy, ale trwały i wyraźnie obecny w strukturze rynku.

To właśnie ten stabilny popyt sprawił, że mimo regulacji mikrolokale nie zniknęły z rynku.

Popyt nie zniknął. Rynek znalazł obejście

Po wejściu nowych przepisów deweloperzy bardzo szybko zaczęli wykorzystywać alternatywne formuły prawne.

Ponieważ ograniczenia dotyczyły wyłącznie lokali mieszkalnych, na rynku zaczęły pojawiać się:

  • mikroapartamenty,
  • aparthotele,
  • condohotele,
  • prywatne akademiki,
  • lokale użytkowe pełniące funkcję mieszkań.

Formalnie nie były to mieszkania, lecz lokale użytkowe lub budynki zamieszkania zbiorowego. W praktyce jednak często funkcjonowały dokładnie tak samo jak klasyczne lokale mieszkalne.

Kupujący godzili się przy tym na liczne niedogodności:

  • wyższy, 23-procentowy VAT,
  • mniej korzystny status prawny,
  • ograniczenia meldunkowe,
  • problemy eksploatacyjne.

W zamian otrzymywali jednak produkt relatywnie tani w zakupie. Nawet jeśli cena za metr kwadratowy była bardzo wysoka, to niewielki metraż oznaczał dużo niższy próg wejścia kapitałowego niż w przypadku tradycyjnego mieszkania.

I właśnie w tym miejscu najlepiej widać fundamentalne zderzenie dwóch sposobów myślenia o rynku mieszkaniowym.

Zderzenie dwóch logik rynku mieszkaniowego

Zwolennicy podejścia rynkowo-liberalnego przekonują, że państwo nie powinno administracyjnie eliminować produktu, na który istnieje trwały popyt. Ich zdaniem mikrolokale są naturalną odpowiedzią rynku na wysokie ceny mieszkań, urbanizację oraz zmieniający się styl życia mieszkańców dużych miast.

W praktyce najmniejsze lokale trafiają najczęściej do:

  • studentów,
  • singli,
  • młodych pracowników migrujących do największych aglomeracji,
  • inwestorów szukających małych lokali na wynajem.

W wielu przypadkach nie chodzi nawet o wybór komfortu, lecz o wybór pomiędzy bardzo małym mieszkaniem a całkowitym brakiem możliwości zakupu własnego lokalu.

Z drugiej strony istnieje jednak równie silne podejście urbanistyczno-regulacyjne, które zwraca uwagę, że problemem nie jest wyłącznie sam metraż, lecz obchodzenie prawa i rozbijanie logiki planowania przestrzennego.

Na ten aspekt zwraca uwagę m.in. Hanna Milewska-Wilk z Instytutu Rozwoju Miast i Regionów. Jak podkreśla ekspertka, budynki formalnie projektowane jako hotele, aparthotele czy obiekty usługowe w praktyce zaczynają pełnić funkcję mieszkaniową, co prowadzi do przeciążenia infrastruktury oraz chaosu urbanistycznego.

Gmina planuje bowiem:

  • określone natężenie ruchu,
  • zużycie mediów,
  • funkcje usługowe lub biurowe,
  • odpowiednią infrastrukturę techniczną.

Tymczasem w miejscu planowanego obiektu usługowego pojawia się budynek zamieszkany przez setki osób. W efekcie rozjeżdża się zarówno logika planowania przestrzennego, jak i realne funkcjonowanie miasta.

Resort próbuje zamknąć ostatnią furtkę

Nowe przepisy mają być odpowiedzią właśnie na ten mechanizm.

Nie chodzi już wyłącznie o sam zakaz projektowania mieszkań poniżej 25 mkw., ale o ograniczenie możliwości obchodzenia wcześniejszych regulacji poprzez budowę mikroapartamentów w budynkach zamieszkania zbiorowego.

To bardzo istotna zmiana, ponieważ przez ostatnie lata właśnie ten segment stał się głównym kanałem rozwoju najmniejszych lokali na rynku.

W praktyce oznacza to kolejny etap uszczelniania systemu:

  • najpierw zakazano mikrokawalerek jako mieszkań,
  • następnie rynek przeniósł się do lokali użytkowych,
  • potem do aparthoteli i akademików,
  • dziś regulator próbuje ograniczyć również tę ścieżkę.

Nowe przepisy nie walczą więc już z samą powierzchnią lokalu, lecz z mechanizmem obchodzenia wcześniejszych regulacji.

Wojna, która szybko się nie skończy

Historia mikrokawalerek pokazuje paradoks polskiego rynku mieszkaniowego. Państwo przez lata próbowało regulować segment, który jeszcze dekadę temu samo chciało liberalizować. Rynek odpowiadał jednak kolejnymi konstrukcjami prawnymi – od lokali użytkowych po aparthotele i condohotele.

Trudno zresztą oczekiwać, by było inaczej. Dopóki ceny mieszkań pozostaną wysokie, a część kupujących będzie poszukiwać możliwie najtańszego wejścia na rynek, zainteresowanie najmniejszymi lokalami prawdopodobnie nie zniknie.

– Pytanie brzmi raczej, czy segment ten będzie funkcjonował w przejrzystych i spójnych ramach prawnych, czy też nadal będzie wypychany do kolejnych legislacyjnych szarych stref – podsumowuje Jarosław Jędrzyński.