Przez pandemię na NewConnect było mniej debiutów. Ale wartość obrotu akcjami wzrosła o ponad 1000%

0

W pierwszych pięciu miesiącach br. NewConnect był świadkiem czterech debiutów. Natomiast w analogicznym okresie ubiegłego roku odnotowano ich 7. W kwietniu wartość obrotu akcjami wzrosła o ponad 1000% rok do roku i wyniosła 1,1 mld zł. Z kolei od stycznia do maja otwarto ponad 60 tys. nowych rachunków maklerskich. Dla porównania, w ostatnim kwartale 2019 roku przybyło ich niespełna 7 tys. Obecnie największym zainteresowaniem inwestorów cieszą się spółki z branży gamingowej, biotechnologicznej, IT oraz e-commerce.

Od stycznia do końca maja br. na rynku NewConnect zadebiutowały 4 spółki. Dwie z nich w styczniu, kolejne – odpowiednio w lutym i kwietniu. Natomiast w analogicznym okresie ubiegłego roku było 7 debiutów. Warto przypomnieć, że 2 z nich przypadły na styczeń, kolejny był w lutym, a po 2 – odnotowano w kwietniu i w maju.

– Okres pandemii był także czasem kwarantanny inwestorów. Widoczne było skupienie się na ich własnych sprawach. Z tego względu debiuty były przesuwane na inne terminy – komentuje Andrzej Głowacki, prezes zarządu Grupy Kapitałowej DGA S.A.

Jak zaznacza Piotr Borowski, członek zarządu GPW, od wybuchu pandemii koronawirusa obserwujemy dużą zmienność cen akcji. Z tym związana jest wzmożona aktywność inwestorów na wszystkich rynkach prowadzonych przez GPW. Na NewConnect odnotowano największy procentowo wzrost dynamiki obrotów. W kwietniu br. wartość obrotu akcjami wzrosła o ponad 1000%, patrząc rok do roku. I wyniosła 1,1 mld zł.  Natomiast w maju poszła w górę o przeszło 900% rok do roku, tj. do poziomu 857,6 mln zł.

– Obroty na NewConnect przekroczyły w kwietniu 2020 roku zaczarowany 1 mld zł. Przy tym tylko sama BIOMAXIMA S.A. to aż 240 mln zł z tej kwoty. W sumie 20 spółek na tzw. małym parkiecie uzyskało wówczas pułap 10 mln zł miesięcznego obrotu. Główny prym wiodą spółki okołomedyczne i producenci gier. Uzasadnienie jest dość proste, tj. pandemia i sukcesy polskich twórców gier – informuje prezes Głowacki.

Mimo pandemii koronawirusa rynek NewConnect cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem inwestorów oraz emitentów. Zdaniem Piotra Borowskiego, wskazują na to nie tylko wielkości obrotów. Świadczy o tym również duża liczba nowych rachunków inwestycyjnych. Od początku roku do końca maja otwarto w domach maklerskich ponad 60 tys. nowych rachunków maklerskich, podczas gdy w czwartym kwartale 2019 roku – niecałe 7 tys. Przedstawiciel zarządu GPW liczy, że większość tych nowych inwestorów pozostanie na rynku kapitałowym na dłużej. Warto też podkreślić, że w środowisku bardzo niskich obecnie stóp procentowych lokata bankowa nie jest atrakcyjną propozycją inwestycyjną.

– Bardzo duża liczba otwartych rachunków w ciągu pierwszych pięciu miesięcy 2020 roku jest wynikową dwóch czynników. Pierwszy to zerowe lub zbliżone do tej wartości oprocentowanie lokat bankowych. Drugi to spędzanie czasu w domu i próba zarobienia na wzroście kursów. Wynikiem jest rekordowy obrót w kwietniu i maju na NewConnect – wyjaśnia ekspert z DGA S.A.

W ostatnim czasie największym zainteresowaniem inwestorów na NewConnect cieszą się spółki z branży gamingowej, biotechnologicznej, IT oraz e-commerce. Jak zaznacza Piotr Borowski, więcej transakcji zawierano także na akcjach spółek, które informowały rynek o angażowaniu się w walkę z koronawirusem. To są głównie małe podmioty, dlatego wzrost zainteresowania nimi wśród inwestorów szybko znajduje odzwierciedlenie w kursach akcji. Poza tym producenci gier od kilku lat aktywnie pozyskują kapitał poprzez giełdę, co naturalnie przyciąga kolejnych emitentów do tej branży.

– Inwestorzy, spędzający w domu dużo czasu przed ekranem monitora, liczą na szybki zysk. Bardzo duże wahania cen akcji na NewConnect mają niewiele wspólnego z analizą fundamentalną czy techniczną. To wynik gry inwestorów. Nie należy tego zjawiska negatywnie oceniać, gdyż jest to element procesu ich edukacji. Jestem przekonany, że jeśli będziemy więcej czasu spędzać w domu, np. w trakcie jesiennej, potencjalnej drugiej fali pandemii, to ponownie zauważymy zwiększone zainteresowanie obrotem akcjami – podkreśla prezes Głowacki.

Każda nietypowa sytuacja stwarza szanse dla nowych przedsięwzięć, wyzwala potencjał i kreatywność, jak przekonuje Anna Szymańska, wiceprezes zarządu DGA S.A. Jednak pozostaje zawsze pytanie, czy stworzone zostaną warunki, aby dany pomysł mógł się rozwinąć. Ekspert zaznacza, że żaden stan w gospodarce nie trwa wiecznie. Dzisiaj firmy produkujące środki odkażające notują ogromne wzrosty, ale to wcale nie znaczy, że po definitywnym zakończeniu pandemii będą one równie wysokie.

– W okresie pandemii z jednej strony technicznie utrudniony jest proces organizacji emisji akcji ze względu na istniejące ograniczenia oraz duże wahania cen akcji na giełdzie. Ale z drugiej – jest mniejsza konkurencja wśród samych spółek, które zamierzają pozyskać finansowanie na rynku kapitałowym. Przeprowadzone w tym roku emisje akcji dowodzą, że interesujące pomysły biznesowe znajdują finansowanie wśród inwestorów giełdowych – ocenia członek zarządu GPW.

Wejście na giełdę oznacza większy dostęp do inwestorów, promocję, wiarygodność i tym samym lepsze szanse na kontrakty. Jak mówi Joanna Juszczyszyn-Klimek, dyrektor Departamentu Zarządzania Projektami w DGA S.A, to kusi niektóre startupy. Jednak nie każde przedsiębiorstwo jest w stanie ponieść stosunkowo wysokie koszty oraz obowiązki z tytułu posiadania statusu spółki giełdowej w perspektywie długoterminowej. I dotyczy to również podmiotów, które w okresie pandemii znalazły niszę na rynku i odnoszą aktualnie sukcesy.

– Pozyskanie finansowania na rynku kapitałowym należy planować z wyprzedzeniem. Warto mieć wszystko przygotowane zawczasu, żeby w odpowiednim, sprzyjającym momencie wyjść z ofertą na rynek. Widzimy dużą liczbę nowo otwartych rachunków inwestycyjnych w tym roku, wysokie obroty akcjami oraz bardzo niskie oprocentowanie lokat bankowych. A to może być dobrym prognostykiem zainteresowania inwestorów z rynku NewConnect – przekonuje Piotr Borowski.

Według prezesa Głowackiego, okres pandemii to szansa dla startupów na debiut na tzw. małym parkiecie. Ale konieczne jest eliminowanie z GPW i NewConnect spółek, które po prostu nie są uczciwe wobec inwestorów. Z punktu widzenia ochrony inwestorów należy zwrócić uwagę nie tylko na scenariusze „pump and dump” – pompuj i wyrzucaj. Trzeba również zauważyć znaczną liczbę spółek, których notowania są zawieszone. Zdaniem eksperta, rynek NewConnect jest interesujący, umożliwia pozyskanie kapitału. Ale jest także obarczony ryzykiem. Jednak, jak widać po ww. danych, nawet w tak trudnych czasach i podczas szeregu obostrzeń potrafi osiągać coraz wyższe obroty.

Mogło być gorzej, a nie jest

Wirus rozprzestrzenia się po świecie przy dziennym przyroście przypadków powyżej 200 tys., jednak rynki zdają się zepchnąć obawy na bok, znajdując uspokojenie w stabilnym wskaźniku zgonów i postępach w opracowywaniu szczepionki. Ryzykiem pozostaje, że napływające dane przestaną wspierać scenariusz szybszego odbicia ożywienia.

Pozytywny trend wyłania się po weekendzie, choć trudno znaleźć dla niego konkretnego punktu zaczepienia. Wygląda na to, że perspektywa długiego weekendu (albo przynajmniej takiego z niepełną obecnością inwestorów z USA) hamowała zapędy traderów do dyskontowania pozytywnych danych. Doniesienia o postępach wirusa po weekendzie nie wybiegły jednak poza oczekiwania, więc możliwe, że teraz rynki nadganiają z reakcją silne odczyty NFP, ISM dla przemysłu, czy PMI z Chin. Podejście takie może być i słuszne, choć jak wskazywałem przy komentarzu do raportu NFP, nie można zapominać, że ponowne przyspieszenie wzrostu liczby zachorowań wkrótce znajdzie swoje odbicie w danych. I tak jak NFP nie obejmował wpływu skoku zachorowań w USA w drugiej połowie czerwca, tak i dziś publikowany ISM dla usług także może wskazywać na większy optymizm przedsiębiorców niż jest obecne. W tym kontekście istotniejszy będzie czwartkowy raport o tygodniowej liczbie nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych, gdzie już mogą pojawić się efekty ponownego zamykania punktów usługowych i zwalniana pracowników.

Słabsze dane będą podkopywać zaufanie inwestorów, podnosząc ryzyko korekty na Wall Street oraz wzrostu awersji do ryzyka na globalnym rynku. Jednocześnie dziś rano we wzrostach indeksów widać uparte dążenie inwestorów, by podtrzymać rajd ryzyka, skupiając się na jasnych stronach. Wśród uzasadnień dla nieporzucania optymizmu wyróżniają się nadzieje na postęp w pracach nad szczepionką oraz stabilność wskaźnika śmiertelności. Nie oczekuje się przywrócenia ogólnokrajowych lockdownów, a bardziej punktowe działania, jak ostatnio w Pekinie i Melbourne. Rację na rynku ma zawsze strona dominująca i niegasnące nadzieje utrudniają rozwinięcie się korekty. Mimo to bagaż negatywnych ryzyk wydaje się za duży, by obecnie ustanowić trwały rajd wzrostowy. Wzrosty dziś nie gwarantują wzrostów jutro.

Złoty zaczyna nowy tydzień stabilnie przy 4,46 za euro. Najbliższe dni nie przynoszą żadnych istotnych danych z Polski. W ostatnich dniach złoty pozostawał w trendzie bocznym (do EUR), ale co ważniejsze, był niewrażliwy na okresy poprawy nastrojów na rynkach zewnętrznych. Wydaje się, że rynek zarzucił ściganie aprecjacji i teraz czeka na pretekst do głębszej korekty.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Chatbot może przynieść miliony dolarów oszczędności. Ale trzeba uważać, żeby nie zamienił się w rasistę

Na technologicznej mapie świata chatboty nie pojawiły się w tym roku – o uwagę odbiorców walczą od dobrych kilku lat. Miały już swoje wzloty i upadki, ale firmy z branży IT nie zdecydowały się na porzucenie tego tematu. Wręcz przeciwnie – inwestują w rozwój tych narzędzi coraz więcej środków. W nadziei na olbrzymie zyski. Pandemia koronawirusa pokazała, że ich starania i oczekiwania są słuszne.

Gdy władze kolejnych krajów informowały o lockdownach związanych z pandemią, zamykały granice i donosiły o ofiarach koronawirusa, obywatele poszukiwali informacji dotyczących choroby. Obsłużenie ich działającymi do tej pory infoliniami było niemożliwe, a Internet jest pod tym względem narzędziem niedoskonałym – coraz większym problemem staje się przekopanie dużej ilości danych i wychwycenie w nich tych najbardziej wiarygodnych. W sukurs przestraszonym społeczeństwom przyszły właśnie chatboty.

W drugiej połowie marca bota informacyjnego uruchomiła Światowa Organizacja Zdrowia. Wykorzystała do tego WhatsApp, popularną platformę należącą do Facebooka, potem powtórzono to z Messengerem. Dostęp do ważnych treści uzyskały nie tysiące czy miliony, ale miliardy ludzi. – To nie było skomplikowane narzędzie, ale bardzo prosty bot przekazujący informacje i porady – tłumaczy Anna Schneider, UX Specialist – prowadząca szkolenia z tworzenia chatbotów w firmie Symetria UX. – Prosty nie oznacza jednak kiepski. Bot spełniał swoje zadanie, za darmo przekazywał sprawdzone dane i robił to przez całą dobę, w różnych językach. Ludzie nie musieli wysłuchiwać na infolinii automatu powtarzającego, że trzeba czekać w kolejce jeszcze pięć czy osiem godzin. Spadło też ryzyko przyswojenia przez nich fake newsów, od których w tym czasie zaroiło się w sieci. Z danych opublikowanych przez Organizację w połowie kwietnia wynikało, że z ich bota skorzystało ponad 12 mln osób.

Chatbotów w trudnym czasie pandemii nie użyła wyłącznie WHO. Podobnie uczyniło np. Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorób (CDC) w Stanach Zjednoczonych, a w Polsce Kancelaria Premiera czy NFZ. Wsparcia na tym polu udzieliły zarówno korporacje technologiczne, m.in. Microsoft, jak i startupy. Ciekawym przykładem z tej drugiej grupy jest pochodzący z Indii Avaamo, znany z tworzenia interfejsów konwersacyjnych. Jakiś czas temu udostępnił on wspartego sztuczną inteligencją bota, który odpowiada na pytania dotyczące pandemii. Narzędzie o nazwie „Project COVID” działa niczym popularne wyszukiwarki internetowe, ale stara się wybierać informacje jedynie ze sprawdzonych, cenionych źródeł. Firmy, urzędy czy instytucje zajmujące się ochroną zdrowia mogą za darmo umieszczać bota na swoich stronach internetowych. Ma je to odciążyć w trudnych czasach.

Wirtualni pomocnicy przydają się w czasie pandemii, ale czy zostaną z nami, gdy skończy się obecny kryzys? Jeszcze na początku roku, kiedy o koronawirusie niewiele mówiono w zachodnim świecie, BBC opisało historię młodej kobiety, u której zdiagnozowano nowotwór. Chociaż została wyleczona, popadła w apatię, kryzys psychiczny sprawił, że nie była w stanie podnieść się z łóżka. Trafiła wówczas na chatbota o nazwie Vivibot działającego w sferze zdrowia psychicznego. Bot wyznaczał swojej rozmówczyni kolejne zadania, coraz trudniejsze i bardziej angażujące. Aż w końcu, jak zapewnia użytkowniczka, pomógł jej stanąć na nogi.

Według WHO kłopoty ze zdrowiem psychicznym będą drugą najczęściej spotykaną (po chorobach układu krążenia) dolegliwością ludzkości. Wydaje się bardzo prawdopodobne, że pandemia i wywołany przez nią kryzys gospodarczy nasilą to zjawisko. Szybko może się okazać, że brakuje specjalistów zdolnych do niesienia pomocy tak dużej liczbie pacjentów. Ratunkiem mogą być wówczas chatboty. I chociaż nie zastąpią one – na razie – psychiatrów i psychologów, to pokładane są w nich spore nadzieje. Zwłaszcza, że w rozmowie z chatbotami wielu ludzi otwiera się i nie boi się zadawania „głupich” pytań. Z badania przeprowadzonego przez Symetrię UX, agencję specjalizującą się w projektowaniu doświadczeń użytkownika, wynika, że ponad 40 proc. respondentów uznało chatboty za doskonałe narzędziem dla osób wstydliwych.

Chatbot, w przeciwieństwie do człowieka, nie ocenia. Potrafi być bardzo cierpliwym rozmówcą i wiele osób zauważyło to podczas pandemii, gdy musieli zostać w domach, nierzadko samotnie. Media donosiły np. o mężczyźnie, który zakochał się w bocie o imieniu Charlie i chociaż niektórym może się to wydawać śmieszne czy dziwne, to nie jest on odosobnionym przypadkiem. Z chatbota Replika korzystają setki tysięcy osób, dla których jest on przyjacielem, a nawet partnerem. Scenariusze filmowe stają się naszą rzeczywistością – podsumowuje Schneider.

Bot, zwłaszcza ten stworzony w oparciu o sztuczną inteligencję, może być terapeutą, kolegą czy nawet obiektem westchnień, ale nie można zapominać, że to również narzędzie biznesowe. Z danych udostępnionych przez Business Insider wynika, że rynek chatbotów w roku 2019 był wart 2,6 mld dolarów, a w połowie dekady może to być już 9,4 mld dolarów. Warto przy tym zaznaczyć, że te prognozy pochodzą z czasów przed pandemią.

MIT Technology Review opisało przypadek infolinii, która z uwagi na obostrzenia związane z epidemią, musiała zredukować liczbę pracowników. Tymczasem liczba dzwoniących rosła. Mogło to doprowadzić do paraliżu, ale rozwiązaniem okazał się chatbot dostarczony przez korporację IBM. Z takimi problemami zderzyły się banki, które zaleciły klientom kontakt online, sklepy internetowe przeżywające prawdziwe oblężenie w czasie lockdownu czy towarzystwa ubezpieczeniowe, których klienci byli zainteresowani polisami związanymi z koronawirusem. Bez nowoczesnych rozwiązań, w tym chatbotów, bardzo trudno byłoby im zachować ciągłość biznesu.

Nawet jeśli ktoś przed pandemią nie miał kontaktu z botem lub kiepsko wspomina te doświadczenia, mogło się to zmienić. I okazało się, że wirtualny rozmówca jest w stanie pomóc szybko i o każdej porze dnia czy nocy. Z badania przeprowadzonego przez Symetria UX wynika, że 45 proc. respondentów wybiera rozmowę z chatbotem, ponieważ zależy im na natychmiastowym uzyskaniu odpowiedzi. Z drugiej strony układanki będą natomiast firmy, które poznały finansowy aspekt tych zmian. – Właśnie na tych dwóch filarach – pieniądzach i czasie – będzie się opierać rozwój tego rynku – stwierdza Piotr Chwiedziewicz, Marketing Manager z Symetria UX.

Z punktu widzenia firm liczy się to, że chatboty są nie tylko coraz lepsze, ale też coraz bardziej przystępne cenowo. Potrafią przy tym zapewnić realne oszczędności. Firma Virgin Mobile jeszcze w 2017 roku informowała, że źle zorganizowany mechanizm rekrutacyjny kosztuje ją rocznie ponad 5 mln dolarów. Nie powinno zatem dziwić, że chatboty zaczęły być masowo wdrażane do procesu poszukiwania nowych pracowników. W Polsce z wirtualnego rekrutera, Emplobota, korzystają już np. Santander Consumer Bank czy BNP Paribas. Z artykułu opublikowanego przez serwis Entepreneur wynika, że osoby poszukujące pracy pozytywnie odbierają nowe narzędzia, a to z kolei przekłada się na ich dobre zdanie o potencjalnym pracodawcy.

Rosnące zapotrzebowanie na chatboty sprawia, że tworzące je startupy mogą liczyć na pokaźne wsparcie inwestorów. Oprócz wspomnianego już Avaamo można wskazać na grupę firm, które pozyskały kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt milionów dolarów na rozwój. Do tej grupy należą Pypestream, Kasisto, Omilia, Wysdom czy Cinnamon. Przedsiębiorstwo Directly, które szkoli boty z pomocą specjalistów w danej branży, niedawno pozyskało od inwestorów 11 mln dolarów. Jeszcze większe środki na rozwój tych technologii przeznaczają giganci: Microsoft, Google czy Facebook. I lubią chwalić się efektami inwestycji.

Na początku roku Google zaprezentowało chatbota Meena i natychmiast ogłosiło, że w swojej kategorii jest to najlepsze rozwiązanie na świecie. Zaledwie kilka miesięcy później Facebook pochwalił się konkurencyjnym rozwiązaniem o nazwie Blender. Do jego szkolenia wykorzystał 1,5 mld postów z platformy Reddit. Efekt? Według potentata rynku mediów społecznościowych, blisko połowa rozmówców bota stwierdziła, że woli rozmawiać z maszyną niż z drugim człowiekiem. Nie wszystko poszło jednak po myśli Facebooka. Szkolony na materiale z Reddita bot nie stronił od używania obraźliwych zwrotów i mijania się z prawdą podczas rozmowy

Może to zabrzmi banalnie, ale pieniądze to nie wszystko, także w tym biznesie. Aby stworzyć naprawdę dobrego bota potrzebne są czas, doświadczenie, umiejętności, odpowiednio dobrane dane. I przede wszystkim specjaliści, którzy nie zachłysną się sukcesem. Historia z Blenderem przypomina zdarzenie sprzed kilku lat, gdy swojego bota zaprezentował Microsoft. Narzędzie o imieniu Tay trafiło na Twittera i w ciągu kilku godzin z sympatycznego rozmówcy zmieniło się w agresywnego rasistę i mizogina. Microsoft stracił nad tym kontrolę i musiał go w pośpiechu wyłączyć. Przy czymś takim pestką wydaje się to, że chatboty czasem nie rozumieją, co się do nich mówi lub pisze, bo na to narzeka spora część respondentów w naszych badanych. Spokojnie, ich komunikatywność będzie rosła z każdym rokiem – deklaruje Chwiedziewicz.

Przedsiębiorcy domagają się miejsca przy legislacyjnym stole

Organizacje zrzeszające polskich przedsiębiorców mają wiele propozycji, jakie zmiany gospodarcze powinny zostać wprowadzone w Polsce. Ich przedstawiciele apelują więc do rządzących, by współpracowali z przedsiębiorcami przy ustanawianiu nowych legislacji i wytyczaniu ścieżki dla polskiej gospodarki. Podkreślają, że jest to szczególnie ważne w czasie wychodzenia z kryzysu epidemicznego. Podnoszące się po zamrożeniu gospodarki biznesy potrzebują, by ich głos był słyszany i wysłuchany. Przedsiębiorcy podkreślają przy tym, że nie chodzi im o łaskę, pakiety pomocowe i wsparcie finansowe. Te narzędzia były konieczne w czasie kryzysu i każdy z nas może ocenić, jak rząd wywiązał się z tego zadania. Teraz jednak właściciele firm potrzebują przede wszystkim dialogu z rządzącymi i wspólnego budowania nowej, lepszej gospodarki.

– W polityce gospodarczej rządu trzeba wrócić do zasad gospodarki rynkowej i zasad demokracji – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Goliszewski, prezes Business Centre Club. – Naprawić stosunki z Unią Europejską i pozyskać od niej odpowiednie fundusze. Wprowadzić nowy ład energetyczny. Aktywnie włączyć się w projekt Zielonego Ładu, prowadzony przez UE. Wprowadzić program cyfryzacji w całej Polsce. Doprowadzić do lepszej współpracy środowisk naukowych ze środowiskami gospodarczymi. Podjąć śmiałą decyzję, oddającą inicjatywę ludziom przedsiębiorczym – państwo musi wycofać się z roli wielkiego gracza, jaką ma dzisiaj w gospodarce. Obecnie konkuruje bowiem na rynku nieuczciwie, często wypierając prywatne biznesy z gospodarki narodowej. Takie powinny być podstawowe kierunki działania rządu, dzisiaj i w okresie zdecydowanego wychodzenia z pandemii – postuluje Goliszewski.

Kupować czy pożyczać? – oto jest pytanie

0

Oszczędność pieniędzy, miejsca, czasu, a także mobilność i elastyczność – to korzyści, które mają największy wpływ na decyzje o wyborze wynajmu zamiast kupowania różnych dóbr. Mimo tylu zalet i faktu, że wypożyczyć można dziś w zasadzie wszystko, Polacy wolą jednak mieć rzeczy na własność  – wynika z badania zrealizowanego na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Czy wywołane pandemią obawy przed utratą płynności finansowej i idący za tym spadek konsumpcjonizmu będą miały wpływ na zmianę nastawienia? Szczególnie, że ponad jedna trzecia pytanych wskazała właśnie ograniczenie wydatków i brak konieczności angażowania własnego kapitału w zakup danego dobra jako przeważające zalety wynajmu.

Branża wynajmu, kiedyś zarezerwowana przede wszystkim dla biznesowych profesjonalistów – stała się w ostatnim czasie znacznie bardziej obszerna, obejmując niemal wszystko. Ma to swoje korzyści – wypożyczenie przedmiotu, którego będziemy używać tylko raz lub dwa razy, jest znacznie tańsze i bardziej zrównoważone finansowo i środowiskowo niż jego zakup. Co więcej, dzięki rozwojowi m.in. mediów społecznościowych i aplikacji współdzielenia (sharingowych), możliwe jest już wykorzystanie zasobów, którymi dysponują sąsiedzi lub lokalne społeczności. Oszczędność czasu, pieniędzy i znaczący wpływ na coraz popularniejsze wartości lokalne – teraz takie cele łatwiej osiągnąć. Jednak czy jesteśmy gotowi przestawić nasze myślenie i wybrać wynajem – współkorzystanie zamiast kupna i własność?

Co możemy wypożyczyć od ręki?

– Pieniądze warto oszczędzać i cieszyć się możliwością wyboru. Gdy stoimy przed koniecznością zakupu drogiej rzeczy, z której skorzystamy najwyżej kilka razy, albo nie jesteśmy pewni czy w ogóle i zadajemy sobie pytanie, czy na pewno nas na to stać, odpowiedź jest prosta – na pewno nas stać, by to wypożyczyć – mówi  Sławomir Grzelczak prezes BIG InfoMonitor.

  • Sukienki ślubne i wieczorowe mogą kosztować nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych, szczególnie, jeśli wymarzony fason stworzył znany projektant. Chęć zabłyśnięcia może zaspokoić możliwość wypożyczenia kreacji – niektóre witryny pozwalają na kilkudniowy najem za jedyne 10 proc. wartości detalicznej.
  • Niezależnie od tego, czy jest to czyszczenie dywanu, okazjonalna pielęgnacja ogrodu, czy po prostu dzień na majsterkowanie, elektronarzędzia czasami są po prostu niezbędne. Ale zamiast wydawać setki, a nawet tysiące na sprzęt używany raz, warto zwrócić się do lokalnego sklepu ogrodniczego lub wyspecjalizowanej wypożyczalni. Takie firmy oferują wszystko, od myjni ciśnieniowych po agregaty lakiernicze.
  • Potencjalnie słomiany zapał do żmudnej nauki gry na instrumentach warto przetestować wynajmem wybranego sprzętu. Wypożyczenie pianina cyfrowego kosztuje średnio 40-50 zł tygodniowo, gitary – 20-30 zł. Może więc zamiast wyrwę w budżecie i zostać z kurzącym się sprzętem, lepiej najpierw przetestować własną wytrwałość?
  • Początkujący fotografowie, ale też profesjonaliści chcący przetestować drogi i specjalistyczny sprzęt mogą wynająć obiektywy czy aparaty za ułamek ich wartości i w praktyce zweryfikować ich jakość i przydatność dla własnych celów.
  • Zakup sprzętu elektronicznego to spora inwestycja. Tym większa, im więcej jest go potrzebne w danym momencie. Dlatego też w niektórych przypadkach warto rozważyć nie kupno, a wynajem telewizorów oraz innych sprzętów audiowizualnych. Będzie nie tylko taniej, ale również z wykorzystaniem modeli najnowszych i najwyższej jakości.

Ekonomia współdzielenia

Osobną kategorię stanowią towary coraz częściej dostępne w modelu sharing economy, czyli ekonomii współdzielenia. Takie podejście stało się popularne dzięki wykorzystaniu współczesnej technologii informatycznej, umożliwiającej znalezienie, wynajęcie, opłacenie i zwrot towaru w czasie rzeczywistym, z poziomu aplikacji np. w smartfonie. – Znamienne jest, że choć jest to trend wyraźnie zauważalny, to jednak z badania, zrealizowanego na zlecenie BIG InfoMonitor przez Quality Watch, wynika, że zaledwie 29 proc. pytanych w ogóle słyszało o pojęciu ekonomii współdzielenia. To zdaje się jeden z tych przypadków, gdy wygoda i dostępność pewnych rozwiązań wyprzedza oficjalne nazewnictwo i regulacje, które dopiero czekają na zaistnienie w powszechnej świadomości społeczeństwa – zauważa Sławomir Grzelczak.

  • Indywidualna komunikacja współdzielona, która oferuje rowery lub hulajnogi, obecna jest już w wielu polskich miastach. W ubiegłym roku np. rynek polskiego bike-sharingu wart był ponad 93 mln zł, a na jeden współdzielony pojazd, w tym rower, przypada w naszym kraju 90 użytkowników. W takim modelu dostępnych jest w Polsce 24,7 tys. rowerów, a prognozuje się, że do 2025 r. liczba ta wzrośnie do 57 tys. Tego typu rozwiązania oferuje już 67 polskich miast, a liczba użytkowników, którzy po nie sięgają wynosi 2,2 mln osób.
  • W ostatnich latach popularny stał się także system car sharingu, umożliwiającego krótkoterminowe wykorzystanie pojazdu (często elektrycznego). Usługa skierowana jest głównie do osób, które nie posiadają własnego auta lub potrzebują korzystać z niego sporadycznie. Według analiz przeprowadzonych przez Instytut Keralla Research, taką usługę świadczy w Polsce aktualnie 12 firm, podczas gdy jeszcze rok temu było ich 6. Łączna liczba współdzielonych samochodów (osobowych i dostawczych) wzrosła z 3082 do 4747 pojazdów (czyli o 54 proc. r/r).
  • Osoby korzystające z aut prywatnych lub służbowych często skarżą się na niemożność zaparkowania w zatłoczonych centrach miast. Powstały więc aplikacje, w których można wyszukać miejsca parkingowe udostępnione przez właścicieli w interesujących nas lokalizacjach.

– Jak widać możliwości jest wiele. Wynajem to oszczędność pieniędzy, czasu, przestrzeni, lokalizacji, energii i przede wszystkim większa elastyczność dająca możliwość korzystania wciąż z czegoś nowszego. Ponadto zamieniamy koszty stałe związane z posiadaniem na koszty zmienne powiązane z korzystaniem –  nie inwestujemy, nie ponosimy kosztów utrzymania i ryzyka spadku wartości, co dotkliwie widać m.in. na przykładzie samochodu. Przy takim zakupie jak auto dochodzi też koszt utraconych korzyści, bo przeznaczone na niego pieniądze moglibyśmy zainwestować i uzyskiwać z nich np. odsetki czy dywidendę od zakupionych akcji. Na dodatek gdy finansujemy zakupy kredytem, dochodzą jeszcze  koszty odsetkowe. A jednak ludzie nie są jeszcze do tego przekonani i nadal wolą kupować, bowiem w świadomości kulturowej posiadanie określa pozycję społeczną – wskazuje prof. Waldemar Rogowski Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej i wykładowca SGH.

– Pocieszający jest jednak fakt, że ponad jedna trzecia już wynajmujących wskazała właśnie ograniczenie wydatków i brak konieczności angażowania własnego kapitału w zakup danego dobra jako przeważające zalety ekonomii współdzielenia. Wiele osób zrozumiało, że bardziej opłaca się wypożyczyć coś na kilka dni czy tygodni, niż wydawać pieniądze na przedmioty, które latami zalegają w szafie lub zagracają inne przestrzenie. Osoby, które już mają za sobą tego typu doświadczenia powinno to zachęcić do częstszego korzystania z tego rozwiązania, a innych dotychczas nieprzekonanych do sięgnięcia po takie możliwości – mówi Sławomir Grzelczak.

Najczęściej wynajmujemy mieszkania i rowery

A jak to wygląda w praktyce? Respondenci w ciągu ostatniego roku najczęściej wynajmowali mieszkania lub pokoje w trakcie wyjazdu (22 proc.). 13 proc. badanych ma za sobą wynajem roweru, a 12 proc. sprzętu do remontu mieszkania. Co dziesiąta osoba (11 proc.) wynajmowała w ciągu ostatniego roku mieszkanie w celu stałego pobytu. Tu warto zauważyć, że częściej taką odpowiedź deklarowały osoby młodsze – aż 28 proc. osób w wieku do 24 lat. Dobra takie jak samochód czy hulajnoga częściej wypożyczane były przez osoby młodsze, a odwrotna zależność jest widoczna w przypadku sprzętu medycznego – tu częściej jest on wypożyczany przez starszych użytkowników.

Kategorie wypożyczanych rzeczy
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor
Korzyści z wynajmowania i wypożyczania
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Na wynajem mieszkania decyduje się coraz więcej osób, nie tylko dlatego, że np. nie mają zdolności kredytowej lub nie chcą wiązać się z bankiem na długie lata, a z powodu większej elastyczności i swobody. Zmiana miejsca zamieszkania, dzielnicy lub miasta przy wynajmie jest dużo prostsza. W przypadku wynajmowanego lokum nie musimy się martwić wahaniami walut, rosnącym oprocentowaniem, inflacją itp. Poza tym w czasach, gdy co trzecia małżeństwo się rozpada, nie ma problemu związanego ze sprzedażą wspólnego mieszkania.

Choć wynajem stałego mieszkania w Europie to od lat już standard, takie podejście nie jest jednak zbyt popularne w Polsce. Według danych Eurostatu aż 83,5 proc. Polaków posiada mieszkania lub domy na własność i jest to jeden z najwyższych wskaźników w całej Unii Europejskiej. Dla porównania za Odrą 40 proc. osób wybiera wynajem. – Może być to podyktowane kulturowo, bowiem posiadanie nieruchomości na własność daje poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego. Polacy w nieruchomościach posiadają majątek szacowany na 3,6 bln zł podczas gdy na depozytach bankowych (terminowych i a’vista) posiadają 1 bln zł – zauważa prof. Waldemar Rogowski.

Brak zmartwień i oszczędność

Główną zaletą wypożyczania sprzętu jest brak konieczności dbania o jego stan techniczny, bo tym zajmuje się właściciel wynajmowanej rzeczy. Taką korzyść wskazało 41 proc. osób, które rzeczywiście wypożyczały coś w ubiegłym roku. 36 proc. uważa, że istotny jest aspekt oszczędnościowy – brak konieczności angażowania własnego kapitału w zakup danego dobra. Podobny odsetek badanych (32 proc.) wskazał na oszczędność miejsca, czyli brak konieczności magazynowania rzeczy w momencie, kiedy nie jest używana.

Korzyści z wynajmowania i wypożyczania
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Skłonność do posiadania większa niż do wynajmowania

Choć Polacy zdecydowanie preferują posiadanie rzeczy na własność niż ich wynajem, to z pewnością obecna sytuacja związana z pandemią może ten trend zmienić. Wyjątkami od reguły są: sprzęt medyczny, który wynajęłoby dwie trzecie badanych (66 proc.) oraz sprzęt turystyczny, którego wypożyczenie deklaruje 57 proc. pytanych. Co ciekawe, wyniki nie różnią się pod względem demografii badanych, np. odsetek osób do 24 lat preferujący wynajmem rowerów jest zbliżony do odsetka wypożyczających rowery wśród osób w wieku powyżej 45 lat (16-17 proc.).

Skłonność do posiadania i wynajmowania rzeczy
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor

– Patrząc przez pryzmat kryzysu gospodarczego, a także większych niż dotychczas problemów finansowych w polskich domach, niezwykle ważną cechą charakterystyczną dla możliwości wynajmu jest racjonalna konsumpcja, w pierwszej kolejności tego co już jest wytworzone. Pozwala to zahamować niekończącą się pogoń za własnym i nowym. Wynajem jako forma dostępu do dóbr sprzyja jakościowym aspektom rozwoju gospodarczego w wymiarach: społecznym, ekonomicznym i ekologicznym – zaznacza Sławomir Grzelczak.

Tym bardziej, że z badań dla BIG InfoMonitor wynika, że co trzeci pytany z powodu koronawirusa stracił część swoich zarobków, a co dwudziesty został całkowicie pozbawiony dochodów. Dlatego do wszelkich wydatków warto podchodzić bardziej roztropnie. Jeśli nie ma oszczędności, a bieżące dochody są niewystarczające, należy szukać innych rozwiązań i tu dobrym kierunkiem jest właśnie wynajem. Według ostatnich danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK problemy z terminowym regulowaniem bieżących rachunków i rat kredytowych miało na koniec maja 2,86 mln osób. Suma ich zaległości zbliżyła się do 81 mld zł.

Turystyka na skraju zapaści. Branża, by przetrwać, potrzebuje rządowego wsparcia przez najbliższy rok

Hotele i obiekty noclegowe mają minimalne obłożenie, wciąż sparaliżowana jest też turystyka przyjazdowa, przewoźnicy autokarowi, duże wydarzenia i targi. – Istnieje niebezpieczeństwo, że wiele firm i obiektów turystycznych zbankrutuje, bo jeżeli nie ma popytu, to nie będą w stanie pokryć kosztów – mówi Andrzej Hulewicz, wiceprezes Mazurkas Travel, i podkreśla, że za rok obraz branży może wyglądać zupełnie inaczej niż dziś. Jego zdaniem będzie ona potrzebować programów pomocowych jeszcze przez następny rok, żeby podnieść się z zapaści spowodowanej pandemią. Minister rozwoju Jadwiga Emilewicz zapowiedziała, że jeszcze w lipcu zostanie przedstawiona ustawa z rozwiązaniami dla branży.

Turystyka jest różnorodna i są obszary, które mniej ucierpiały w wyniku pandemii i szybciej wracają do życia, ale inne nie ruszyły do tej pory. Hotele i obiekty wypoczynkowe nad morzem, w górach czy nad jeziorami w miarę szybko powróciły do życia, kiedy zostały już otwarte. Ale z drugiej strony mamy hotele miejskie czy turystykę biznesową, która wciąż jest na poziomie prawie zerowym – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Hulewicz, wiceprezes Mazurkas Travel i przedstawiciel Stowarzyszenia Organizatorów Incentive Travel.

Turystyka jest dużą i, co najważniejsze, od lat stale rosnącą gałęzią polskiej gospodarki, generującą ponad 6 proc. krajowego PKB. W wielu regionach Polski rozwój infrastruktury turystycznej – hoteli, restauracji czy atrakcji dla turystów – tworzy miejsca pracy i pobudza lokalny wzrost gospodarczy, więc dobra kondycja tego sektora przesądza o ich być albo nie być.

Branża turystyczna bardzo ucierpiała w wyniku pandemii, większość firm jest w złej kondycji. Dostaliśmy pomoc, za którą jesteśmy wdzięczni, ale ona tylko w części pokryła nasze koszty. Wiele firm potrzebuje jej nadal. Jeżeli chcemy zachować potencjał, który tkwi w tych firmach, i utrzymać wkład branży turystycznej do dochodu narodowego na dotychczasowym poziomie, dalsza pomoc jest potrzebna. Zarówno branży, jak i budżetowi państwa będzie się to opłacało – podkreśla ekspert.

W Polsce cały rynek HoReCa jest wart około 30,9 mld zł, a w ostatnich trzech latach rósł w tempie około 7 proc. rocznie, napędzany m.in. przez rosnącą konsumpcję, wzrost dochodów gospodarstw domowych i świadczenia socjalne takie jak 500+ („Rynek HoReCa w Polsce 2019. Analiza i prognozy rozwoju do 2024 r.”). Pandemia SARS-CoV-2 mocno zachwiała jednak jego kondycją. Trzymiesięczny lockdown, obostrzenia w przemieszczaniu się i całkowity paraliż turystyki sprawiły, że wiele podmiotów działających w branży ma dziś problemy z utrzymaniem finansowej płynności.

Hotele, miejsca noclegowe i obiekty turystyczne w Polsce decyzją rządu pozostawały zamknięte od 31 marca i dopiero drugi etap odmrażania gospodarki, który rozpoczął się w maju, umożliwił im wznowienie działalności. Mimo to wiele z nich wciąż ma niewielkie obłożenie, na poziomie kilku–kilkunastu procent, przez co notują straty. Obostrzenia związane z SARS-CoV-2 powodują też, że w praktyce wciąż zamrożony jest sektor dużych wydarzeń, targów i konferencji. Wciąż sparaliżowana jest także turystyka przyjazdowa, polscy przewoźnicy autokarowi nie realizują żadnych zamówień od kilku miesięcy.

Istnieje niebezpieczeństwo, że wiele firm i obiektów turystycznych zbankrutuje, bo jeżeli nie ma popytu, to nie będą w stanie pokryć kosztów. Za rok obraz branży może już wyglądać zupełnie inaczej – mówi Andrzej Hulewicz.

W ramach pomocy dla branży rząd zapowiedział najpierw program 1000+, który następnie zmienił się w propozycję bonu turystycznego 500+. W Senacie trwają prace nad ustawą, która ma go wprowadzić. Zakłada ona, że rodzice dzieci przed 18. rokiem życia otrzymają elektroniczny voucher na cele związane z turystyką, np. opłacenie biletów, noclegu w hotelu lub pensjonacie, kolonii czy obozów sportowych i rekreacyjnych.

Voucher ma trafić w sumie do ponad 6 mln dzieci w Polsce, a wartość pomocy skierowanej do branży turystycznej wyniesie ok. 3,5 mld zł.  Resort rozwoju szacuje, że na wprowadzeniu bonu 500+ skorzysta kilkadziesiąt tysięcy podmiotów, z których 15 proc. to duże firmy, 85 proc. to przedsiębiorstwa z sektora mikro, małych i średnich. Ministerstwo podkreśla, że program został przygotowany tak, żeby skorzystały na nim zarówno najmniejsze podmioty, np. przewodnicy i piloci, jak i touroperatorzy i hotelarze, którzy świadczą kompleksowe usługi turystyczne.

– Bon turystyczny jest ważny i należy się uznanie za to, że w ogóle doszedł do skutku, choć w dużo mniejszym wymiarze, niż zakładano. Jednak on tylko w małym stopniu odpowiada na potrzeby branży turystycznej. Poza tym dotyczy wąskiej grupy podmiotów, przede wszystkim organizatorów kolonii czy obiektów stricte wypoczynkowych, i do nich głównie będzie kierowany. Większość podmiotów z branży turystycznej w zasadzie nie odniesie korzyści z bonu turystycznego – ocenia wiceprezes Mazurkas Travel.

Jak podkreśla, fenomenem branży turystycznej w Polsce jest to, że przez ostatnich 30 lat dynamicznie się rozwijała bez żadnej większej pomocy ze strony państwa. Jednak teraz wsparcie jest niezbędne – zwłaszcza na czas po pandemii, żeby branża mogła podnieść się z zapaści. W przeciwnym razie w lipcu, kiedy skończą się środki płynące z rządowych tarcz, pojawią się problemy z utrzymaniem płynności i zatrudnienia.

Przez najbliższy rok ta pomoc będzie nadal bardzo potrzebna – podkreśla Andrzej Hulewicz. – Dla hoteli, firm autokarowych, biur turystyki przyjazdowej problemem jest teraz przede wszystkim płynność finansowa, kwestia pokrycia kosztów stałych i utrzymania pracowników. Potrzebne jest szerokie wsparcie ze strony rządu, żeby utrzymać ten 6-proc. wkład branży w krajową gospodarkę.

Wicepremier i minister rozwoju Jadwiga Emilewicz zapowiedziała, że do 22 lipca resort przedstawi ustawę z rozwiązaniami dla branży. Wśród nich mają być: nowy fundusz na pożyczki dla organizatorów turystyki na zwroty zaliczek, przedłużenie zwolnienia z ZUS i postojowego do końca września, programy pomocowe ARP czy dodatkowe zachęty dla klientów biur podróży.

8 proc. mieszkańców Europy ma alergię na jad owadów. Jedynym sposobem leczenia jest odczulanie

Lekarze podkreślają, że chociaż w dobie pandemii ogranicza się procedury medyczne do minimum, to zabiegi odczulania na jad owadów są  wykonywane nadal, zgodnie ze schematem leczenia. Wynika to z tego, że traktowane są jako terapia ratująca życie. Zwykle reakcja na jad owadów żądlących, typu osy, szerszenie czy pszczoły, oznacza miejscowy obrzęk i świąd w miejscu użądlenia, jednak dla niektórych osób może skończyć się wstrząsem anafilaktycznym, który zagraża życiu. Jedynym sposobem leczenia alergii na jad owadów jest odczulanie, czyli immunoterapia alergenowa. Jej skuteczność sięga 80–90 proc.

– Jad owadów zawiera alergeny, które dostają się do organizmu w trakcie użądlenia. W polskich warunkach problemem są różnego rodzaju gatunki os, ale też szerszeń, który ma podobny jad, ale wstrzykuje go znacznie więcej, więc jego użądlenie jest bardziej niebezpieczne. Jednak przede wszystkim zagrożeniem są pszczoły, których użądlenia są groźniejsze niż w przypadku os, a ostatnio coraz częściej również trzmiele, wykorzystywane w szklarniach do zapylania roślin – mówi agencji Newseria Biznes prof. Marek Jutel, kierownik Katedry i Zakładu Immunologii Klinicznej na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu.

 Alergia na jad owadów błonkoskrzydłych jest częsta. To, jak częsta, zależy od stopnia ekspozycji na użądlenie. W takich grupach pacjentów jak pszczelarze, wędkarze czy myśliwi, czyli osób, które są nadmiernie eksponowane, ta alergia występuje znacznie częściej, dotyka nawet kilkunastu procent z nich – mówi prof. dr hab. Marita Nittner-Marszalska z Kliniki Chorób Wewnętrznych, Pneumonologii i Alergologii Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Nie każda reakcja po użądleniu owada ma charakter alergii. U osób, które nie są uczulone na jad, typowe są ból, świąd i niewielki obrzęk w miejscu użądlenia. Jednak dla wielu bliskie spotkanie z osą, pszczołą czy szerszeniem może się skończyć ciężką reakcją alergiczną.

 Z definicji jest to obrzęk, który jest większy niż powierzchnia dłoni i trwa dłużej niż dobę. To jest miejscowa reakcja alergiczna, która jest niegroźna i można ją zignorować – mówi.

Znacznie poważniejsza jest systemowa reakcja alergiczna, która może mieć przebieg łagodny, ale też dramatyczny, zagrażający życiu. W wersji łagodnej na całym ciele mogą pojawić się bąble pokrzywkowe, występują też zaczerwienienie i swędzenie skóry, obrzęk warg, powiek, szyi czy nawet całej twarzy, i to pomimo że miejsce użądlenia było odległe, jak np. stopa czy palec dłoni. W tym przypadku wystąpić mogą również objawy, które w ogóle nie kojarzą się z użądleniem, np. niepokój, ból brzucha albo skurcz oskrzeli.

 Skórne i obrzękowe grupy reakcji są zwykle niegroźne dla życia. Niestety są również formy groźniejsze, rzadsze, ale rozwijające się bardzo dynamicznie. One przebiegają z zajęciem układu oddechowego, kiedy występuje intensywna duszność, czasem ze świszczącym oddechem. Może pojawić się osłabienie, spadek ciśnienia, przyspieszenie akcji serca i tzw. objawy sercowo-krążeniowe, które mogą powodować istotne zagrożenie dla życia. Tych objawów bardzo się boimy – mówi prof. Marita Nittner-Marszalska.

Takie ciężkie, systemowe reakcje alergiczne stanowią śmiertelne zagrożenie dla osób uczulonych. Pojawiają się wówczas: uczucie przeszkody w gardle, duszności, kaszel ze świszczącym oddechem, zasłabnięcie, bóle brzucha, a nawet utrata przytomności. W najpoważniejszych przypadkach może rozwinąć się wstrząs anafilaktyczny wymagający natychmiastowego specjalistycznego leczenia.

– Wstrząs anafilaktyczny rozwija się szybko. Pacjent traci ciśnienie, słabnie, potem traci przytomność i może też stracić życie. Jest to sytuacja krańcowa, najgroźniejsza ze znanych nam reakcji alergicznych. Zresztą taka jest też definicja anafilaksji – jest to reakcja alergiczna, która stanowi bezpośrednie zagrożenie życia – mówi badaczka.

Ryzyko, że po użądleniu przez owada błonkoskrzydłego, czyli osę, pszczołę lub szerszenia, pojawi się poważna, systemowa reakcja alergiczna, dotyczy w Europie nawet 8 proc. populacji, przy czym u ok. 3 proc. osób mogą wystąpić objawy ciężkie, stanowiące bezpośrednie zagrożenie życia. Specjaliści podkreślają, że osoby, które doświadczyły objawów reakcji alergicznej, powinny skontaktować się z alergologiem, który zaleci obserwację kolejnych reakcji i ustali, jakie leki należy podać w razie użądlenia.

 Jeżeli pacjent doznał łagodnych objawów miejscowych, to nie trzeba wykonywać żadnych badań diagnostycznych. Należy je obserwować, choć one w niewielkim stopniu grożą wystąpieniem poważniejszej reakcji w przyszłości. Z kolei jeśli ktoś doświadczył reakcji uogólnionej, tej poważniejszej, to nie powinien ignorować takich objawów, ale zgłosić się do alergologa. Wtedy zlecamy badania diagnostyczne, które są dla nas podstawą do dalszego postępowania i kwalifikacji pacjentów do odczulania. Pacjenci z alergią na jad owadów błonkoskrzydłych i ciężkimi objawami absolutnie i bezwzględnie powinni być odczulani, czyli poddani immunoterapii – podkreśla prof. Marita Nittner-Marszalska.

Odczulanie, czyli immunoterapia alergenowa jadami, jest jedynym przyczynowym leczeniem alergii na jad owadów błonkoskrzydłych. Wszystkie osoby, u których po użądleniu owadów rozwinęły się ciężkie objawy, powinny zostać poddane tej terapii, ponieważ istnieje ryzyko, że przy kolejnym takim zdarzeniu wystąpi równie ciężka lub nawet cięższa reakcja alergiczna zagrażająca życiu.

– Immunoterapia jest podstawowym leczeniem, bo jej celem jest uzyskanie tolerancji alergenu. Za pomocą leków nie potrafimy profilaktycznie zabezpieczyć pacjenta. Jedyną możliwością jest wstrzykiwanie odpowiednio przygotowanego alergenu. To powoduje, że pacjent nabiera tolerancji, czyli stanu, który jest charakterystyczny dla osób bez alergii – mówi prof. Marek Jutel.

Do immunoterapii kwalifikowani są pacjenci w każdym wieku – zarówno dzieci, jak i dorośli, a nawet seniorzy. Odczulanie u dzieci można rozpocząć po ukończeniu przez nie piątego roku życia, ale i od tej reguły stosuje się wyjątki.

– Wyjątki dotyczą zwłaszcza alergii na jad owadów. Jeżeli mamy zagrożenie życia, to w takich przypadkach możemy odczulać nawet młodsze dzieci – mówi naukowiec z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. – W ten sposób przywracamy pacjenta do zdrowia, ale w naturalny sposób – nie stosujemy żadnych środków chemicznych, tylko alergen, na który pacjent jest uczulony.

Zwykle immunoterapię stosuje się przez okres od trzech do pięciu lat, czyli stosunkowo krótko w porównaniu z leczeniem farmakologicznym, które wielu pacjentów musi kontynuować przez całe życie.

– To jedna z najskuteczniejszych terapii w medycynie w ogóle. W przypadku alergii na jad pszczoły skuteczność immunoterapii wynosi powyżej 90 proc. To oznacza, że 90 na 100 pacjentów, u których występowały ciężkie, groźne dla życia reakcje alergiczne, nie będzie ich mieć po odczulaniu. W przypadku jadu osy mamy skuteczność krańcową ok. 80 proc. Gdy porównamy ją ze skutecznością leków przeciwhistaminowych na poziomie 5 do 10 proc., to immunoterapia jest faktycznie leczeniem, którego nie da się zastąpić – mówi prof. Marek Jutel,

Specjaliści podkreślają, że chociaż w dobie pandemii ogranicza się procedury medyczne do minimum, to zabiegi odczulania na jad owadów powinny być wykonywane nadal i zgodnie ze schematem zaleconym przez alergologa.

 Sezon sprzyja aktywności owadów, robi się bardzo ciepło i one są wszędzie wokół nas. Musimy się więc strzec, niezależnie od istniejącej sytuacji epidemiologicznej – zaznacza prof. Marita Nittner-Marszalska.


Materiał powstał w ramach kampanii edukacyjnej. Więcej informacji na stronie Facebooka: Zerwij z alergią – wybierz zdrowie.

Zerwij z alergią, wybierz zdrowie.

Pracodawcy w IT mają większy wybór kandydatów. Większość rekrutuje zdalnie

Aż 90 proc. firm z branży IT oferuje możliwość rekrutacji zdalnej z uwagi na pandemię koronawirusa. Wcześniej tylko 10 proc. pracodawców było gotowych przeprowadzić cały ten proces przez internet. Zmiana podejścia to odpowiedź na preferencje kandydatów. W obecnej sytuacji oczekują oni, że wśród dostępnych opcji będzie rekrutacja online.  Jednak – jak wynika z badań No Fluff Jobs – to niejedyne skutki pandemii dla rynku pracy w IT. Zmieniły się także priorytety poszukujących pracy i oczekiwania pracodawców.

Okres izolacji spowodował, że firmy technologiczne poszukujące pracowników przestawiły się na rekrutację zdalną. Jeszcze na początku roku pracodawcy w IT nie byli otwarci na prowadzenie procesów rekrutacyjnych całkowicie zdalnie, mimo że jest to branża innowacyjna, która wyznacza trendy technologiczne. Obecnie taka opcja znajduje się w zdecydowanej większości ofert pracy. W efekcie pracodawcy otrzymują więcej aplikacji, a proces rekrutacji odbywa się bardzo sprawnie. Myślę, że ten trend utrzyma się w branży IT – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marta Steiner z zespołu produktu i marketingu w No Fluff Jobs.

Wpływ pandemii koronawirusa na rynek pracy w IT widać także w innych obszarach. Pracodawcy poszukują obecnie przede wszystkim doświadczonych pracowników, którzy potrafią adaptować się do zmian, są elastyczni, pracowali w różnych środowiskach, przy projektach z wielu branż.

– Pandemia nauczyła nas otwartości na zmiany i możliwości, jakie dają nowe technologie oraz rynek. Obecnie rośnie zapotrzebowanie na programistów, którzy mają doświadczenie w utrzymywaniu sklepów e-commerce i wszelkiego rodzaju firm specjalizujących się w usługach dla tej branży. Poszukiwani są także specjaliści, którzy potrafią utrzymywać i rozwijać narzędzia online, zwłaszcza narzędzia do komunikacji i analiz, oraz eksperci od technologii mobilnych. Doświadczenie i umiejętności w tej dziedzinie są na wagę złota – wymienia Marta Steiner.

Wynagrodzenia już przed pandemią były jednym z najważniejszych kryteriów wyboru oferty, bo aż 90 proc. kandydatów oczekiwało tej informacji. Obecnie to kryterium może być jeszcze bardziej istotne ze względu na niestabilną sytuację gospodarczą.

Według najnowszego raportu No Fluff Jobs „Rynek pracy IT w Polsce. Co oferowali pracodawcy w 2019 roku?” programistom proponowane są stawki przekraczające nawet 20 tys. zł (netto na fakturze B2B), ale wynagrodzenie zależy od doświadczenia, specjalizacji i miejsca pracy. W ofertach dominuje współpraca oparta na umowie B2B (co drugie ogłoszenie). Mediana wszystkich oferowanych w IT wynagrodzeń brutto bez względu na doświadczenie, specjalizację i typ umowy to 12,5 tys. zł.

Jak podkreśla ekspertka, wynagrodzenia w branży IT nie spadają, wręcz przeciwnie – minimalnie rosną. Jednak wraz ze wzrostem wynagrodzeń rosną również oczekiwania pracodawców. Analizy ekspertów No Fluff Jobs pokazują również, że pracodawcy z branży IT są obecnie w lepszej sytuacji – mają większy wybór kandydatów. Według danych z kwietnia tego roku nastąpił 30-proc. wzrost aplikujących na stanowisko senior developer w stosunku do lutego. Jeszcze niedawno pozyskanie programisty z doświadczeniem było trudniejsze.

Z drugiej strony programiści również ujawniają swoje preferencje. Już przed pandemią bardzo wnikliwie sprawdzali reputację pracodawcy. Jak wynika z badań No Fluff Jobs, aż 70 proc. kandydatów, zanim zaaplikowało na ofertę, czytało opinie o firmie w sieci.

Myślę, że teraz będą robić to jeszcze bardziej dogłębnie. Jeszcze większe znaczenie będzie miała wiarygodność i stabilność firm, które rekrutują pracowników – przewiduje Marta Steiner

Ponad 70 proc. ofert pracy w 2019 roku pochodziło od małych i średnich firm (do 250 pracowników). Poszukiwały przede wszystkim programistów z kilkuletnim doświadczeniem w backendzie (ze znajomością Javy) lub full stack developerów.

Nastroje klientów na rynku motoryzacyjnym stopniowo się poprawiają. Powrót do normalności może potrwać nawet dwa lata

Sprzedaż samochodów zaczyna odbijać od dna. W czerwcu, jak wynika z najnowszych danych PZPM, była o 20,5 proc. niższa niż przed rokiem, podczas gdy majowa o 55 proc. gorsza w porównaniu do sytuacji z 2019 roku. W czasie pandemii znacząco spadł popyt na samochody premium. Z drugiej jednak strony była ona bodźcem do rozwoju przedsiębiorstw z określonych branż, w efekcie czego wzrosło zapotrzebowanie na samochody dostawcze i chłodnie. – Nastroje zakupowe w całej branży powinny wrócić do poziomu sprzed pandemii na przełomie sierpnia i września – ocenia Dariusz Olejnik, wiceprezes Kingsman Personal Finance.

– Koronawirus mocno uderzył w branżę motoryzacyjną, w szczególności na poziomie sprzedaży marek premium. Obecnie bardzo dużo ludzi wycofuje się z decyzji zakupowych bądź odkłada je w czasie. Wśród producentów na rynku widzimy teraz wstrzymane zamówienia przez to, że fabryki były zamknięte. Dopiero teraz robią one restart, dlatego sprzedaż nowych samochodów w Polsce znacząco się obniżyła – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dariusz Olejnik.

Z danych GUS, na które powołuje się Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, wynika, że produkcja samochodów osobowych w Polsce już w marcu była o połowę niższa niż rok wcześniej. W kwietniu zanotowała spadek o prawie 100 proc., a w maju – o 81,2 proc. w ujęciu rocznym. Odmrażanie fabryk i dostaw komponentów w kolejnych miesiącach powinno przynieść odbicie.

Widać je już w najnowszych danych sprzedażowych. W czerwcu – jak wynika z raportu PZPM na podstawie Centralnej Ewidencji Pojazdów – liczba rejestracji nowych aut osobowych była o 20,5 proc. niższa niż w czerwcu 2019 roku. W stosunku do maja br. oznacza to znaczące wzrosty – o 69,3 proc. w przypadku osobówek. Czerwiec przyniósł także odbicie w segmencie marek premium. Ich sprzedaż sięgnęła 6,6 tys. sztuk i była nie tylko wyższa niż w maju (o 60 proc.), lecz także wyższa niż przed rokiem i to o ponad 11 proc. Pierwsze półrocze zakończyło się jednak spadkiem sprzedaży w tym segmencie o 13,6 proc.

Obecnie sprzedaż na polskim rynku możemy posegmentować. Są na pewno klienci, którzy mieli i mają pieniądze i teraz ruszają na zakupy, ponieważ to jest bardzo dobry moment. Jest bardzo dużo samochodów rabatowanych i są to z reguły marki premium. Na naszym przykładzie możemy powiedzieć, że zakup takiego auta to jest około 300 tys. zł netto w górę i są to głównie marki takie jak BMW albo Mercedes. Z drugiej strony są klienci stricte biznesowi, dostawcy usług, np. spożywka czy przewozy. Bardzo dużo sprzedawaliśmy ostatnio samochodów dostawczych, a w szczególności chłodni – mówi wiceprezes Kingsman Personal Finance.

Sprzedaż samochodów dostawczych do 3,5 t ucierpiała w czasie pandemii nieco mniej niż w przypadku osobówek. Pierwsze półrocze zakończyło się spadkiem na poziomie niecałych 30 proc. (o 35,4 proc. spadł segment aut osobowych), ale już sam czerwiec – tylko na poziomie 14,1 proc.

 Przychodzą do nas przedsiębiorcy, którzy prowadzili sklepy internetowe czy hurtownie. Dla nich naturalnym rozwojem była dostawa bezpośrednio do klienta, żeby skrócić łańcuch dostaw, więc kupowali samochody, w dużej mierze były to chłodnie. Wzrost zauważyliśmy już na przełomie marca i kwietnia – wskazuje Dariusz Olejnik. – Coraz więcej ludzi idzie w agrobiznes. Mamy wiele transakcji, które są warte ponad 4 mln zł i jest ich coraz więcej, czyli widzimy rozwój w kierunku produkcji żywności czy szeroko rozumianego agrobiznesu.

Mimo stopniowego odbicia na rynku niedawne badanie KPMG i PZPM pokazało, że nastroje w branży motoryzacyjnej nie są najlepsze. Wskaźnik nastrojów zatrzymał się na poziomie 20 punktów, czyli o 46 punktów mniejszym niż pod koniec grudnia 2019 roku. Wszystkie badane firmy odnotowały spadek przychodów, a 61 proc. obniżyło wynagrodzenia. Blisko 80 proc. menedżerów jest zdania, że dojście do sytuacji, jaka panowała w branży motoryzacyjnej przed wybuchem pandemii, zajmie nawet dwa lata.

– Klienci muszą oswoić się z nowym otoczeniem i ekonomia naszego kraju musi wrócić do poziomu, który będzie gwarantował bezpieczeństwo rozwoju. Na przełomie kwietnia i maja przeprowadzaliśmy ankietę wśród naszych klientów i większość stwierdziła, że ich biznes wróci do normy w okresie od trzech do sześciu miesięcy. Przewidujemy więc, że w okolicach sierpnia/września powinny wrócić nastroje zakupowe, które pozwolą przełamać pewne bariery, nie ma jednak na to dzisiaj żadnej gwarancji – ocenia wiceprezes Kingsman Personal Finance.

Pandemia napędza rozwój innowacyjnych wdrożeń internetu rzeczy. Wraz z siecią 5G pozwoli skuteczniej wykrywać chorych

Pandemia koronawirusa wymusiła na wielu firmach przyjęcie nowego sposobu funkcjonowania i wdrożenie metod pracy zdalnej. Ta nieoczekiwana transformacja sektora stała się szansą dla rozwiązań z zakresu internetu rzeczy, które pozwolą zautomatyzować szereg procesów wykonywanych dotychczas przez ludzi. Na popularności zyskują rozwiązania mobilne oraz rozbudowane systemy komunikacji między inteligentnymi urządzeniami.

Z uaktualnionego raportu „Worldwide Internet of Things Spending Guide” autorstwa analityków z International Data Corporation wynika, że w 2020 roku branża internetu rzeczy będzie rozwijać się nieco wolniej niż w 2019 roku i wypracuje średnioroczne tempo wzrostu na poziomie 8,2 proc. Spadek będzie jednak tymczasowy, gdyż już w 2021 roku wzrosty wrócą do wartości dwucyfrowych. Będzie to możliwe dzięki upowszechnieniu się rozwiązań z zakresu IoT w najbardziej technologicznie perspektywicznych branżach.

Według ekspertów znacznie wzrosną wydatki na technologię internetu rzeczy w branży zdrowotnej, ubezpieczeniowej i edukacyjnej, w których inwestycje w systemy IoT wyniosą odpowiednio 14,5 proc, 12,3 proc oraz 11,9 proc. Rynek napędzi również sektor prywatny – szacuje się, że na rynku konsumenckim sprzedaż rozwiązań z zakresu internetu rzeczy wzrośnie w 2020 roku aż o 13,9 proc.

– Chociaż pandemia zmusiła wiele organizacji do wstrzymania niektórych innowacyjnych wdrożeń internetu rzeczy, to będzie on kluczowym czynnikiem napędzającym powrót do wzrostu, a niektóre zastosowania pomogą użytkownikom końcowym w osiągnięciu nowego poziomu automatyzacji, hiperłączności i bycia zawsze zdalnie – przekonuje Andrea Siviero, dyrektor ds. badań w grupie Customer Insights & Analysis IDC.

Potencjał tego sektora gospodarki dostrzegł także polski rząd, który widzi w nim szansę na unowocześnienie polskiego przemysłu. Aby wypromować rozwiązania tego typu, powołano do życia Grupę Roboczą ds. Internetu Rzeczy, której nadrzędnym celem jest stworzenie dogodnych warunków do rozwoju IoT na terenie Polski. W ramach popularyzacji tej technologii zorganizowano cykl regionalnych konferencji „Perspektywy dla rozwoju Internetu Rzeczy – Samorząd Przyszłości”, które miały wesprzeć innowatorów z tego sektora gospodarki na drodze do wdrożenia ich pomysłów w życie.

O tym, jak przydatne mogą okazać się rozwiązania z zakresu internetu rzeczy, przekonuje m.in. firma WISeKey, która opracowała system automatycznego wykrywania ognisk infekcji chorobami zakaźnymi. Narzędzie Foresight IoT Early Warning System miałoby charakter globalny i funkcjonowałoby dzięki miliardom inteligentnych czujników, takich jak automatyczne termometry. System automatycznie identyfikowałby ogniska zakaźne i wskazywał, jaki obszar należy poddać kwarantannie, aby zapobiec wybuchowi pandemii.

– COVID-19 wpływa na ewolucję dojrzałości internetu rzeczy, ponieważ firmy zostały zmuszone do dostosowania swoich planów technologicznych w odpowiedzi na kryzys. Może to jeszcze bardziej wzmocnić podział na dwa typy osób wdrażających IoT – zaawansowanych użytkowników, którzy są zdeterminowani i chcą zarabiać na swoich inicjatywach z nim związanych. Druga grupa prawdopodobnie opóźni inwestycje, nie dostrzegając wyraźnych korzyści w perspektywie krótko- i długoterminowej, i pozostanie w tyle – wskazuje Svetlana Khimina, starszy analityk ds. badań w grupie Customer Insights & Analysis firmy IDC.

Wdrożenie technologii internetu rzeczy pozwoli zautomatyzować część prac wykonywanych dotychczas przez personel, a co za tym idzie – zmniejszyć ryzyko wybuchu epidemii w zakładach pracy. O tym, jak może wyglądać przyszłość zautomatyzowanego rynku pracy, przekonują przedstawiciele krakowskiego Hubu Innowacji Cyfrowych. Instytucja ma pomóc polskim przedsiębiorcom wdrożyć metodologię pracy zgodną z koncepcją Przemysłu 4.0. Aby zachęcić do inwestycji tego typu, w ramach hubu powstanie autonomiczna fabryka przyszłości wykorzystująca w procesie produkcji systemy sztucznej inteligencji, technologię uczenia maszynowego, autonomiczne roboty przemysłowe oraz urządzenia do wirtualnej rzeczywistości, wszystko spięte w ramach jednego, spójnego systemu internetu rzeczy.

– Obecnie wykorzystanie wiedzy na temat internetu rzeczy pozwoli skoncentrować się na zastosowaniach, które zapewnią lepszy start w warunkach nowej normalności – przekonuje Svetlana Khimina.

Nowa normalność oznacza najprawdopodobniej życie przez jakiś czas z rozprzestrzeniającym się wirusem. Do jego opanowania może przyczynić się sieć 5G. Dzięki infrastrukturze nowej generacji możliwe będzie podpięcie do internetu nawet do 100 urządzeń na metr kwadratowy. Tak duże zagęszczenie elementów internetu rzeczy umożliwi wdrożenie rozwiązań inteligentnych do systemów sygnalizacji świetlnej, monitoringu czy do urządzeń biometrycznych monitorujących stan zdrowia przechodniów.