Sygnały deeskalacji wspierają giełdy i osłabiają dolara

Rynki reagują na najnowsze sygnały z Waszyngtonu przede wszystkim przez pryzmat możliwej deeskalacji napięć wokół Iranu i Cieśniny Ormuz. Informacja o zakończeniu ofensywnej fazy amerykańskiej operacji „Epic Fury”, a następnie krótkim wstrzymaniu „Project Freedom”, została odebrana jako próba przesunięcia akcentu z presji militarnej na dyplomację. Dla inwestorów nie oznacza to jednak pełnego końca kryzysu. USA nadal utrzymują blokadę statków płynących do irańskich portów i z nich wypływających, a Teheran nie potwierdził jednoznacznego przełomu w rozmowach. W efekcie rynek wycenia nie tyle trwałe porozumienie, ile chwilowe obniżenie premii za ryzyko geopolityczne.

Najbardziej bezpośrednia reakcja widoczna jest na rynku ropy. Lipcowe kontrakty terminowe na ropę Brent spadają o 2,89%, do 106,70 USD za baryłkę, wybijając się z kanału wzrostowego w którym ostatni impuls wzrostowy się znajdował. Taka reakcja może oznaczać, że inwestorzy uznali zapowiedź rozmów z Iranem za sygnał zmniejszenia ryzyka zakłóceń w dostawach. Spadek cen surowca pokazuje, że rynek zaczął redukować prawdopodobieństwo najbardziej skrajnego scenariusza eskalacyjnego, choć nie wyklucza ponownego wzrostu cen w razie incydentów wojskowych lub fiaska rozmów. Słabnąca ropa na nowo rozbudza nadzieje na spadek inflacji, co wspiera scenariusz ewentualnego luzowania polityki pieniężnej przez Fed w najbliższych miesiącach, tym bardziej że kolejne posiedzenia odbędą się pod przewodnictwem nowego przewodniczącego, Kevina Warsha. Słabnie dziś także dolar amerykański — indeks DXY spada poniżej 98 pkt — co pozytywnie wpływa na metale szlachetne. Złoto zyskuje ponad 3%, a srebro aż 5,6%.

Dla indeksów takich jak S&P 500, Nasdaq czy Dow Jones sygnały deeskalacji są wsparciem, ponieważ niższe ceny ropy zmniejszają presję inflacyjną, ograniczają ryzyko wzrostu kosztów transportu i poprawiają nastroje wobec spółek konsumenckich oraz przemysłowych. Jednocześnie skala ewentualnego odbicia pozostaje ograniczona, ponieważ inwestorzy nadal muszą uwzględniać blokadę Iranu, obecność wojskową USA w regionie oraz brak potwierdzonego porozumienia. Rynek akcji reaguje więc ulgą, ale nie euforią.

Niemniej jednak droga do całkowitej normalizacji sytuacji w rejonie Zatoki Perskiej pozostaje daleka, a ogólny obraz rynkowy jest mieszany, choć z lekkim przesunięciem w stronę scenariusza deeskalacyjnego. Kontrakty na indeksy korzystają z poprawy nastrojów, ropa reaguje spadkiem na mniejsze ryzyko zakłóceń dostaw, a dolar pozostaje pomiędzy odpływem kapitału od bezpiecznych aktywów a nadal podwyższoną niepewnością geopolityczną. Kluczowe dla dalszego kierunku notowań będzie to, czy deklarowany przez Donalda Trumpa „duży postęp” w rozmowach z Iranem zostanie potwierdzony konkretnymi ustaleniami. Dopóki blokada pozostaje w mocy, a Iran nie akceptuje warunków USA, rynek będzie wyceniał nie koniec kryzysu, lecz jedynie jego chwilowe złagodzenie.

RPP zdecyduje dziś o stopach procentowych. Rynek oczekuje pauzy

Po dwudniowym posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej ogłosi dzisiaj swoją decyzję dotyczącą poziomu stóp procentowych. W marcu RPP zdecydowała się na ich obniżkę. Czy tym razem również zdecyduje się na zmianę? Rynek niemal jednogłośnie zakłada, że majowe posiedzenie zakończy się brakiem zmian stóp procentowych, a więc stopa referencyjna NBP utrzyma się na poziomie 3,75% – podkreśla Tomasz Gessner, główny analityk Tavex.

Opublikowany 29 kwietnia szybki szacunek GUS pokazał, że inflacja konsumencka w kwietniu wyniosła 3,2% rok do roku, przebijając oczekiwania analityków i marcowy odczyt na poziomie 3%. Co niepokojące, wzrost nastąpił mimo obowiązujących ulg akcyzowych na paliwa, a ceny paliw były w ujęciu rocznym wyższe aż o 8,4%. Wskaźnik wyraźnie oddala się od celu NBP wynoszącego 2,5%, dając Radzie solidny argument za pauzą. Jakiekolwiek złagodzenie polityki stóp byłoby w tym środowisku trudne do uzasadnienia.

Dodatkową warstwą niepewności jest geopolityka. Trwający konflikt na Bliskim Wschodzie i napięcia wokół Cieśniny Ormuz generują ryzyko dla cen energii w skali globalnej, a Polska jest tu szczególnie wrażliwa. Analitycy Allianz Trade oceniają, że potencjalny impuls inflacyjny z blokady tego szlaku byłby w naszym kraju dwukrotnie wyższy niż np. w Czechach. Sam prezes NBP wspominał o tym ryzyku podczas kwietniowej konferencji prasowej, wskazując na napięcia geopolityczne jako jeden z kluczowych czynników kształtujących perspektywy cenowe.

Zagranica wysyła zbliżone sygnały. EBC wstrzymał się ze zmianą stóp pod koniec kwietnia, utrzymując stopę depozytową na 2%, a Fed utrzymał przedział 3,50-3,75%. Wyjątkową wagę zyskuje jednak zbliżająca się zmiana na czele Rezerwy Federalnej, bowiem 15 maja Jerome Powell przekazuje ster Kevinowi Warshowi, nominatowi Donalda Trumpa. Warsh zapowiadał jednoczesne obniżki stóp i redukcję bilansu Fed, co rodzi pytania o spójność tej strategii i jej wpływ na globalny rynek obligacji. Dla RPP to dodatkowy element niepewności przemawiający za wyczekującą postawą.

Złoty pozostaje względnie stabilny, co sprzyja spokojowi na posiedzeniu. W tle warto odnotować decyzję NBP a zakupie ponad 11 ton złota w marcu, stanowiącą kontynuację akumulacji z lutego, gdy nabył ponad 20 ton. W całym pierwszym kwartale rezerwy powiększyły się o blisko 49 ton, przekraczając 582 tony łącznie. To wyraźny sygnał budowania finansowego bufora bezpieczeństwa wobec geopolitycznej i walutowej niepewności.

Majowe posiedzenie nie zaskoczy rynków, a kolejnych sygnałów o zmianie kierunku należy szukać najwcześniej przy lipcowej projekcji inflacyjnej NBP.

Sławomir Majchrowski: przewagę konkurencyjną buduje się dziś przez dywersyfikację

CEO Grupy Selena Sławomir Majchrowski: W obliczu niepewności rynkowej przewagę konkurencyjną buduje się poprzez dywersyfikację oraz wzmacnianie odporności operacyjnej.

Wstępne dane GUS wskazują, że pierwszy kwartał 2026 roku przyniósł wyraźną rozbieżność pomiędzy fazą planowania a realną aktywnością inwestycyjną w budownictwie. Liczba pozwoleń lub zgłoszeń z projektem budowlanym wzrosła o 7,4% r/r, natomiast liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto, spadła o ponad 11%. Te dane ilustrują klasyczny moment „zawieszenia” cyklu inwestycyjnego: faza planowania wyprzedza realne decyzje kapitałowe, ale nie przekłada się jeszcze na faktyczną aktywność budowlaną. Wzrost liczby pozwoleń przy jednoczesnym spadku rozpoczętych projektów sugeruje, że podmioty rynkowe przygotowują się na poprawę koniunktury, ale nadal dominuje ostrożność i obawa przed skutkami bardziej ryzykownych decyzji biznesowych.

W ujęciu globalnym gospodarka pozostaje pod wpływem wysokiej niepewności wynikającej z napięć geopolitycznych oraz zmiennego otoczenia regulacyjno–handlowego. Według prognoz MFW eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie może obniżyć globalny wzrost z 3,4% do 3,1%, a w scenariuszach skrajnych nawet do ok. 2%, przy jednoczesnym wzroście presji inflacyjnej. Przekłada się to na większą zmienność kosztów operacyjnych oraz zakłócenia łańcuchów dostaw, co – w warunkach rosnących cen energii i surowców – dodatkowo podnosi koszty materiałów budowlanych.

Przedsiębiorstwa działające w sektorze budownictwa i nieruchomości funkcjonują zatem w sytuacji podwyższonej niepewności makroekonomicznej – zarówno globalnej (stopy procentowe, koszty finansowania, napięcia geopolityczne), jak i lokalnej (popyt mieszkaniowy, regulacje, koszty wykonawstwa). W takich warunkach opieranie modelu biznesowego na jednym rynku lub wąskim segmencie produktowym istotnie zwiększa ekspozycję na cykliczne wahania.

W przypadku Grupy Selena fundamentalnym narzędziem zarządzania ryzykiem oraz zapewnienia stabilnością i odporności operacyjnej w tych okolicznościach rynkowych stała się dywersyfikacja geograficzna oraz produktowa, rozwój elastycznego łańcucha dostaw oraz aktywne poszukiwanie przewag konkurencyjnych. Potwierdzają to dobre wyniki finansowe Grupy za 2025 rok. Rentowność sprzedaży brutto przekroczyła 35%, a zysk netto z działalności kontynuowanej wyniósł 27,3 mln euro, co oznacza wzrost o 36% r/r.

W minionym roku Grupa konsekwentnie powiększała i dywersyfikowała swoją działalność poprzez kolejne akwizycje. W Polsce nabyła 100% udziałów w spółkach Izolacja-Jarocin oraz PHP TES, wzmacniając kompetencje operacyjne i pozycję w segmencie hydroizolacyjnym. Równolegle kontynuowała ekspansję w Europie Zachodniej poprzez zakup ACDIS France oraz podpisanie warunkowej umowy nabycia 100% udziałów portugalskiego holdingu Grupo IGM, jednego z liderów w produkcji i dystrybucji płyt warstwowych.

W kolejnych latach w Grupie Selena planujemy kontynuować decentralizację produkcji i zwiększanie elastyczności operacyjnej. Priorytetami pozostają rozwój innowacyjnych, wysokomarżowych produktów oraz integracja przejętych podmiotów. Analizujemy także kolejne lokalizacje produkcyjne, które pozwolą lepiej dopasować strukturę operacyjną do wymagań rynków w zakresie kosztów, logistyki i stabilności działania.

Kondycja finansowa polskich rolników. Co trzeci rolnik ocenia sytuację finansową negatywnie

Największa grupa rolników ocenia swoją sytuację finansową na ani dobrą, ani złą, czyli neutralną – 32,9%. Pozytywnych ocen jest w sumie 36,6% – od bardzo do raczej dobrych – odpowiednio 9,1% i 27,5%. Negatywnych opinii jest łącznie 30,5% – od raczej do bardzo złych – 19,3% i 11,2%. Autorzy raportu podkreślają, że dominacja odpowiedzi neutralnych oznacza funkcjonowanie bez buforów finansowych i w bezpośredniej zależności od czynników zewnętrznych. Widać też, że co trzecie gospodarstwo ma problem z utrzymaniem płynności lub doświadcza presji zadłużeniowej. Natomiast mniej niż jedna dziesiąta rolników może tak naprawdę swobodnie inwestować.

Badanie UCE RESEARCH, przygotowane w ramach raportu pt. „Kondycja finansowa polskich rolników. 2026” i przeprowadzone na próbie blisko tysiąca rolników wykazało, że największa grupa z nich ocenia swoją sytuację finansową na ani dobrą, ani złą – 32,9%. Oznacza to, że dochody pokrywają koszty, ale nie ma nadwyżek. Autorzy raportu wyjaśniają, że brakuje tu ekonomicznego bezpieczeństwa. To raczej funkcjonowanie gospodarstw w warunkach równowagi bilansowej.

– Sektor działa na styk, czyli bez buforów finansowych. Taki stan jest typowy dla gospodarek rolnych w okresach presji kosztowej – szczególnie przy wysokich cenach środków produkcji i ograniczonej przewidywalności przychodów. W tym sensie neutralność – czyli brak pozytywnej lub negatywnej oceny – nie jest komfortem. To raczej ekonomiczny punkt zerowy, który jest względnie stabilny, ale tylko pozornie – podkreśla Adrian Parol, ekspert rynkowy w kwestii zadłużenia sektora rolnego, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny, jeden z konsultantów merytorycznych badania.

Jeśli spojrzeć szerzej na wyniki, łączny obraz jest bardziej niejednoznaczny, niż mogłaby to sugerować sama dominacja kategorii neutralnej. Pozytywnych ocen jest łącznie 36,6%. Wśród nich 9,1% jest bardzo dobrych, co wiąże się z wysokimi dochodami, brakiem problemów z płynnością i możliwością inwestycji. W 27,5% przypadków sytuacja jest oceniana raczej dobrze, co mówi o stabilności i sporadycznych napięciach finansowych. Jak podkreślają analitycy z UCE RESEARCH, to wyraźnie wskazuje na to, że ponad jedna trzecia gospodarstw funkcjonuje w warunkach stabilności lub nawet realnej zdolności inwestycyjnej.

– Niski udział ocen bardzo dobrych wskazuje na to, że tylko niewielka część gospodarstw znajduje się w sytuacji komfortu finansowego, który pozwala na swobodne inwestowanie i budowanie buforów bezpieczeństwa. Sektor ma ograniczoną górną warstwę kapitałową, czyli relatywnie mało gospodarstw pełni rolę liderów inwestycyjnych i modernizacyjnych – mówi Łukasz Goszczyński, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny z kancelarii GKPG, drugi z konsultantów merytorycznych badania.

Natomiast aż 30,5% ocen jest negatywnych. Wśród nich 19,3% jest raczej złych, co oznacza częste problemy z płynnością finansową lub rosnące zadłużenie. 11,2% opinii jest bardzo złych. To z kolei mówi o poważnych trudnościach i ryzyku utraty płynności. Pokazuje również, że niemal co trzecie gospodarstwo doświadcza realnych problemów finansowych. W części przypadków są one bardzo poważne.

– W sektorze tak silnie uzależnionym od czynników zewnętrznych ww. odsetek negatywnych ocen przekłada się nie tylko na problemy jednostek, ale też na większą niestabilność całego rynku rolnego. To może skutkować ograniczeniem inwestycji, wzrostem zadłużenia oraz spadkiem zdolności gospodarstw do reagowania na kryzysy – komentuje Łukasz Goszczyński.

Jednocześnie, jak zaznacza ekspert, wynik 30,5% należy czytać szerzej – w połączeniu z dominacją ocen neutralnych, które sugerują funkcjonowanie na granicy stabilności. Oznacza to, że grupa zagrożona jest w praktyce większa, bo część neutralnych gospodarstw może szybko przesunąć się do kategorii negatywnej przy pogorszeniu warunków rynkowych. Innymi słowy, sektor nie jest w stanie głębokiego kryzysu, ale działa w warunkach podwyższonej wrażliwości. To jest ostrzeżenie, że bez działań wzmacniających odporność finansową gospodarstw skala problemu może się zwiększać.

– Udział ocen raczej złych i bardzo złych należy traktować jako wyraźny sygnał strukturalnego ryzyka w sektorze. To znaczy, że co trzecie gospodarstwo ma problem z utrzymaniem płynności lub doświadcza presji zadłużeniowej, co w warunkach rolnictwa jest szczególnie istotne, ponieważ ogranicza zdolność do inwestycji i zwiększa wrażliwość na wahania cen. To nie jest jeszcze obraz kryzysu systemowego. Jednak jest to poziom, który wrażliwie reaguje na pogorszenie otoczenia makroekonomicznego – ostrzega Adrian Parol.

Z kolei zdaniem Łukasza Goszczyńskiego, neutralne odpowiedzi w badaniu pokazują, że nawet niewielkie wstrząsy mogą przesunąć ich w stronę ocen negatywnych. Dominujące nastroje w rolnictwie zależą głównie od stabilności kosztów produkcji, cen skupu oraz przewidywalności regulacyjnej. Obecnie najbardziej prawdopodobny jest scenariusz dalszej polaryzacji. Część gospodarstw będzie się rozwijać, a reszta – coraz mocniej odczuwać presję finansową.

– Grupa neutralna jest kluczowa z punktu widzenia dynamiki przyszłych zmian. To właśnie ona w największym stopniu decyduje o kierunku całego rozkładu w kolejnych okresach. W warunkach pogorszenia makroekonomicznego – takich jak wzrost kosztów produkcji, kredytów czy spadek cen skupu – ta grupa jako pierwsza może przesunąć się w stronę ocen negatywnych, co relatywnie szybko pogorszyłoby ogólny obraz sektora. Z drugiej zaś strony, poprawa warunków rynkowych mogłaby ją równie szybko przekształcić w segment pozytywny – uważa Adrian Parol.

W jego opinii, przewaga pozytywnych ocen nad negatywnymi, choć stosunkowo niewielka, jest istotna interpretacyjnie, ponieważ sugeruje, że system jako całość jeszcze utrzymuje zdolność adaptacyjną. Innymi słowy, jest więcej gospodarstw radzących sobie dobrze niż tych, które znajdują się w stanie pogorszenia sytuacji. Nie zwiastuje to jednak trendu wzrostowego. Raczej wskazuje na to, że sektor jest podparty przez grupę relatywnie stabilnych gospodarstw, które równoważą skalę pozostałych trudności.

– Sektor funkcjonuje w warunkach ograniczonej odporności finansowej. Oznacza to niższą skłonność do inwestycji, ostrożniejsze decyzje konsumpcyjne oraz dużą wrażliwość na zmiany regulacyjne i kosztowe. Dla polityki publicznej kluczowe jest więc nie tylko wspieranie najsłabszej grupy, ale też stabilizowanie warunków jej działania, bo to ona w największym stopniu determinuje przyszłą dynamikę całego sektora – podsumowuje Adrian Parol.


***
Opis metody analitycznej/badawczej

Badanie w ramach projektu „Kondycja finansowa polskich rolników. 2026” zostało przeprowadzone w drugiej połowie kwietnia br. metodą CAWI (Computer Assisted Web Interview), polegającą na realizacji ankiet internetowych wspomaganych komputerowo. Badanie zostało zrealizowane przez platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH na ogólnopolskiej próbie blisko tysiąca rolników w wieku 18-65 lat (badani musieli spełnić 6 podst. kryteriów modelowych). Respondenci zostali dobrani w sposób kwotowo-losowy (tj. pod względem wieku oraz regionu) z wykorzystaniem panelu badawczego, a udział w badaniu miał charakter anonimowy.

BMS nowym motorem innowacji w automotive. Akumulatory wchodzą w erę danych i AI

Popularność pojazdów elektrycznych rośnie, ale nie tak szybko, jak przewidywały prognozy branżowe. Główny hamulec popytu to sam akumulator, a konkretnie obawy klientów o jego żywotność, koszty produkcji oraz czas i wygodę ładowania. Komponent, który stanowi nawet połowę kosztów pojazdu, musi być maksymalnie wydajny, aby producenci OEM utrzymali rentowność na konkurencyjnym rynku. Ponadto zaostrzają się globalne przepisy dotyczące trwałości, identyfikowalności i zrównoważonego rozwoju – już w 2027 roku UE ma wprowadzić obowiązkowy cyfrowy paszport akumulatora, co zapewni pełną jawność danych akumulatora. Według ekspertów, jedynym sposobem na sprostanie temu wyzwaniu jest wdrożenie nowoczesnych, opartych na sztucznej inteligencji systemów zarządzania akumulatorami (BMS), które stają się nowym motorem napędowym innowacji w branży.

Producenci prześcigają się we wprowadzaniu na rynek akumulatorów o coraz większej pojemności oraz wydłużonym okresie gwarancji. Rozwijany jest również sam proces ładowania, który doczekał się takich innowacji jak bezprzewodowe stacje ładowania i wymiany baterii. Jednak szybkie ładowanie wciąż pozostaje świętym Graalem branży automotive.

Nowsze generacje modeli oraz rozwój mniejszych pojazdów miejskich częściowo rozwiązują kwestię przystępności cenowej. Na przykład nowi gracze na rynku, tacy jak BYD, oferują niedrogie modele, które powoli wchodzą na rynek europejski. Niższe koszty początkowe łagodzą również obawy dotyczące wartości odsprzedaży. Na dłuższą metę takie podejście nie rozwiąże problemów związanych z kosztami akumulatorów, ładowaniem ani ich żywotnością. Dlatego rozwijane są systemy zarządzania akumulatorami (BMS) nowej generacji, które dają producentom OEM szansę na odzyskanie przewagi konkurencyjnej oraz poprawę wydajności, bezpieczeństwa i zrównoważonego rozwoju.

Eksperci z Capgemini wskazują, że w tym kontekście, System Zarządzania Baterią (BMS) wychodzi na pozycję lidera innowacyjności w sektorze automotive. Okazuje się, że wdrażanie nowoczesnych systemów BMS, połączonych z chmurą i wspieranych przez AI, może przynosić szereg korzyści – od lepszej wydajności baterii po większą zgodność regulacyjną i lepszą kontrolę kosztów po stronie producentów OEM.

Rządy na całym świecie domagają się bardziej ekologicznych, bezpieczniejszych i identyfikowalnych baterii. UE, USA, Indie i Chiny zbliżają się do ram prawnych, które wymagają dowodu wydajności, przejrzystości cyklu życia i gospodarki o obiegu zamkniętym. Normy bezpieczeństwa wymagają diagnostyki w czasie rzeczywistym, testów niekontrolowanego wzrostu temperatury oraz projektowania uwzględniającego cyberbezpieczeństwo. U podstaw tych wymagań leży system BMS, w którym monitorowanie stanu baterii, redundancja czujników i bezpieczne aktualizacje OTA przestają być opcjonalne, a stają się niezbędne.

– Wraz ze wzrostem jakości i precyzji danych dotyczących akumulatorów rośnie również ich znaczenie oraz rola, jaką odgrywają one w budowaniu zaufania, zapewnianiu wydajności i kształtowaniu przyszłości mobilności. Skoro nawet połowa wartości pojazdu elektrycznego wynika z wartości jego akumulatora, generowane przez niego dane są zbyt ważne, by je ignorować. Dzięki szerokiej gamie czujników system zarządzania akumulatorem zapewni dogłębny wgląd w stan akumulatora, wzorce użytkowania, a nawet historię eksploatacji pojazdu. Wprowadzenie cyfrowego paszportu akumulatora (DBP) zapewnia tym danym wsparcie prawne i regulacyjne, zwiększając przejrzystość i wiarygodność danych o akumulatorze, które mogą posłużyć wielu interesariuszom – wskazuje Krzysztof Janusz, Head of Market Unit Automotive w Capgemini Polska.

W miarę jak akumulatory stają się coraz bardziej zaawansowane, zbierają więcej danych i są połączone z siecią, cyberbezpieczeństwo nie jest już tylko opcją. To zadanie o kluczowym znaczeniu. Naruszenie bezpieczeństwa systemu zarządzania akumulatorami, może skutkować problemami operacyjnymi oraz być ryzykiem dla danych. Wraz z rozwojem zdalnego monitorowania systemy BMS stały się głównym celem cyberataków. To najlepiej pokazuje, jak ważnym komponentem współczesnego samochodu jest bateria.

Z jednej strony producenci muszą nadążać za wysokim tempem innowacji, jednocześnie radząc sobie z rzeczywistym zużyciem akumulatorów bez uszczerbku dla wydajności i bezpieczeństwa, co wymaga ciągłego dostosowywania zarówno asortymentu produktów, jak i systemów produkcyjnych.

Z drugiej strony ten „wyścig zbrojeń” i nowoczesna architektura BMS otwiera przed rynkiem elektromobilności drzwi do zupełnie nowych modeli biznesowych, takich jak „akumulator jako usługa” (Battery-as-a-Service) oraz konserwacja predykcyjna. Producenci OEM z branży motoryzacyjnej i przemysłowej mogą rozważyć inwestycję w oparte na danych, definiowane programowo platformy BMS. Rozwiązania te są modułowe, bezpieczne i skalowalne, co pozwala utrzymać konkurencyjność przez cały cykl życia akumulatora.

– Producent OEM lub producent pojazdów diagnozuje awarie, egzekwuje gwarancje oraz ulepsza konstrukcję i jakość. Umożliwia stosowanie modeli biznesowych opartych na odkupie akumulatorów. Pośrednicy, serwisy naprawcze, leasingodawcy, firmy zajmujące się recyklingiem i rzeczoznawcy opierają się na danych celem oceny stanu, wartości i potencjału ponownego wykorzystania akumulatora, często korzystając z rozwiązań opartych na chmurze. To bardzo perspektywiczny i szybko rozwijający się podsektor branży automotive – dodaje Krzysztof Janusz.

Rodzą się zatem następujące pytania:

  • · W jaki sposób producenci OEM i integratorzy akumulatorów, którzy nie produkują ogniw akumulatorowych, mogą uzyskać przewagę porównywalną z graczami w pełni zintegrowanymi?
  • · W jaki sposób mogą oni przenieść tworzenie wartości z akumulatora jako obiektu statycznego na użytkowanie sprzętu?
  • · Jak mogą oni uzyskać dostęp do danych, informacji o wydajności i cyklu życia akumulatora?

Odpowiedzi leżą w ponownym przemyśleniu akumulatora nie tylko jako komponentu, ale jako usługi, źródła danych i strategicznego zasobu. Rozwiązanie jest jasne: system zarządzania akumulatorem musi ewoluować. Musi stać się inteligentniejszy, bardziej elastyczny i zintegrowany, aby sprostać zarówno szybko pojawiającym się innowacjom, jak i niezawodności w długim terminie.

Otodom zmienia zasady rozliczeń. UOKiK wszczął postępowanie wyjaśniające

0

Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów bada, czy nowy model opłat wprowadzony przez największy portal ogłoszeń nieruchomości w Polsce narusza przepisy prawa konkurencji.

  • Nowy regulamin Otodom oparty na wartości nieruchomości w portfelu ogłoszeniodawcy budzi poważne zastrzeżenia.
  • UOKiK weryfikuje, czy platforma posiada pozycję dominującą na rynku.
  • Pośrednicy w obrocie nieruchomościami obawiają się nieprzewidywalnych i zróżnicowanych kosztów.

Fala skarg trafia do UOKiK

Do Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wpłynęły liczne sygnały dotyczące znacznych podwyżek opłat za ogłoszenia nieruchomości na platformie Otodom, należącej do grupy kapitałowej OLX. W odpowiedzi na skargi rynkowych uczestników, urząd postanowił przyjrzeć się sprawie bliżej – i wszczął postępowanie wyjaśniające.

Nowe zasady rozliczeń, które wzbudziły największe kontrowersje, zakładają odejście od dotychczasowego modelu stałych opłat za pojedyncze ogłoszenia. Zamiast tego Otodom wprowadził mechanizm, w którym podstawą naliczania należności jest łączna wartość wszystkich nieruchomości oferowanych przez danego użytkownika w określonym okresie rozliczeniowym.

Zmienny cennik zależny od rynku lokalnego

Konsekwencją nowego modelu jest silne zróżnicowanie opłat pomiędzy poszczególnymi podmiotami. Agencja działająca na drogim rynku — np. w Warszawie czy Krakowie — zapłaci znacznie więcej niż biuro operujące w mniejszych miastach, nawet jeśli liczba wystawionych ogłoszeń jest porównywalna. Co istotne, ogłoszeniodawcy nie mają żadnego wpływu na lokalne ceny nieruchomości, a tym samym — na wysokość swojego rachunku.

Skargi napływające do UOKiK dotyczą nie tylko samych podwyżek, ale również braku przejrzystości w sposobie kalkulacji opłat oraz różnicowania warunków współpracy z agencjami nieruchomości. Pośrednicy alarmują, że nowy cennik jest trudny do przewidzenia i planowania kosztów operacyjnych.

„Postanowiliśmy sprawdzić, czy nowe zasady naruszają prawo konkurencji. Weryfikujemy, czy właściciel serwisu Otodom posiada pozycję dominującą, to znaczy czy może działać w znacznym stopniu niezależnie od konkurentów, kontrahentów oraz konsumentów. Sprawdzimy, czy nowe zasady mogą skutkować ograniczeniem konkurencji na rynku, w tym pomiędzy pośrednikami.”

— Tomasz Chróstny, Prezes UOKiK

Kiedy mamy do czynienia z pozycją dominującą?

Kluczowym elementem postępowania jest ustalenie, czy Otodom dominuje na właściwym rynku. Polskie prawo konkurencji przewiduje domniemanie pozycji dominującej, gdy udział przedsiębiorcy w rynku przekracza 40 proc. Jeśli platforma spełnia to kryterium, obowiązują ją dodatkowe ograniczenia — dominant nie może bowiem nadużywać swojej siły rynkowej na niekorzyść kontrahentów, konkurentów ani konsumentów.

Otodom jest jednym z największych — jeśli nie największym — serwisem ogłoszeń nieruchomości w Polsce. Dla wielu pośredników obecność na tej platformie jest praktycznie obowiązkowa, co stawia portal w szczególnej pozycji negocjacyjnej wobec swoich klientów biznesowych.

Czym jest postępowanie wyjaśniające?

Postępowanie wyjaśniające prowadzone jest w sprawie, a nie przeciwko konkretnemu przedsiębiorcy.
To wstępny etap działań UOKiK, którego celem jest zebranie informacji i ocena, czy mogło dojść do naruszenia prawa konkurencji.

Dopiero jeśli analiza zgromadzonych materiałów wykaże podstawy do dalszych działań, urząd może wszcząć właściwe
postępowanie antymonopolowe.

Co grozi za nadużycie pozycji dominującej?

Jeżeli postępowanie wyjaśniające wykaże, że doszło do naruszenia przepisów, sprawa może przerodzić się w pełne postępowanie antymonopolowe. Sankcja za nadużywanie pozycji dominującej jest dotkliwa — może sięgnąć do 10 proc. rocznego obrotu przedsiębiorcy.

Urząd podkreśla jednak ważną zasadę: sama wysokość cen nie jest powodem do interwencji. Prezes UOKiK może reagować wyłącznie wtedy, gdy podwyżka jest wynikiem niedozwolonych praktyk — porozumień ograniczających konkurencję lub właśnie nadużycia pozycji dominującej. Nawet w takim przypadku urząd nie ingeruje bezpośrednio w poziom cen, lecz oddziałuje na nie pośrednio — poprzez wyeliminowanie zakazanych prawem zachowań.

Branża czeka na rozstrzygnięcie

Środowisko pośredników nieruchomości śledzi sprawę z dużym zainteresowaniem. Nowe zasady rozliczeń Otodom mogą istotnie zmienić ekonomikę działalności małych i średnich biur, które dotychczas mogły relatywnie przewidywalnie planować wydatki na promocję ofert. Model uzależniony od wartości portfela nieruchomości premiuje tych, którzy specjalizują się w tańszym segmencie, a obciąża tych działających na drogich rynkach miejskich.

Maciej Chmielowski z Departamentu Komunikacji UOKiK potwierdził w komunikacie, że urząd traktuje sprawę priorytetowo. Termin zakończenia postępowania wyjaśniającego nie został jeszcze określony.

Deweloperzy mieszkaniowi z GPW sprzedają więcej mieszkań, ale giełda premiuje tylko wybranych

Początek 2026 roku przyniósł coś, czego rynek nieruchomości nie widział od dawna – wyraźny powrót kupujących. Pomimo napiętej sytuacji geopolitycznej i niepewności gospodarczej, popyt na nowe mieszkania nie tylko nie osłabł, ale wręcz wyraźnie przyspieszył.

Dane BIG DATA RynekPierwotny.pl pokazują, że w siedmiu największych metropoliach deweloperzy sprzedali w pierwszym kwartale około 14,8 tys. mieszkań. To o 17 proc. więcej niż kwartał wcześniej i aż o 19 proc. więcej niż rok temu.

Na pierwszy rzut oka wygląda to jak powrót boomu. Ale tylko na pierwszy.

Kupujący wrócili na rynek

Ożywienie sprzedaży było widoczne niemal we wszystkich największych miastach. Liderem ponownie okazała się Warszawa, gdzie deweloperzy sprzedali około 4,9 tys. mieszkań – aż o 32 proc. więcej niż rok wcześniej.

Dwucyfrowe wzrosty odnotowano także we Wrocławiu (+25 proc.), Łodzi (+24 proc.), Krakowie (+21 proc.) oraz Trójmieście (+10 proc.). Jedynie Poznań pozostaje na razie w fazie stagnacji, choć marcowe dane sugerują, że i tam popyt zaczyna się odbudowywać.

Kupujący wrócili na rynek wyraźnie bardziej zdecydowani niż jeszcze kilka miesięcy temu. Wpływ miała poprawa dostępności kredytów, ale także rosnące przekonanie, że ceny mieszkań w kolejnych kwartałach mogą znów zacząć rosnąć.

Deweloperzy ostrożniej z nową ofertą

Co ciekawe, ożywienie popytu nie przełożyło się na równie dynamiczne zwiększenie podaży.

Wręcz przeciwnie – dane wskazują, że liczba mieszkań dostępnych w ofercie w większości metropolii spadła, a struktura podaży wyraźnie przesunęła się w stronę droższych lokali.

– To efekt bardziej ostrożnej strategii deweloperów, którzy po doświadczeniach ostatnich kwartałów starają się lepiej kontrolować tempo wprowadzania nowych projektów i unikać nadpodaży – komentuje Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Giełda mówi: spokojnie z tym optymizmem

Jeszcze ciekawszy obraz wyłania się z rynku kapitałowego.

Piątka największych deweloperów giełdowych – Archicom, Murapol, Develia, Dom Development i Atal – odpowiadająca za ponad 80 proc. kapitalizacji indeksu WIG-Nieruchomości, w pierwszym kwartale sprzedała łącznie 3998 mieszkań. Oznacza to wzrost o 12 proc. rok do roku i 13,6 proc. kwartał do kwartału.

To dobry wynik – ale wyraźnie słabszy niż dynamika całego rynku.

Od początku roku do końca kwietnia indeks WIG-Nieruchomości wzrósł o około 8,6 proc., wyprzedzając szeroki indeks WIG, który zyskał 6,9 proc.

Problem w tym, że wzrost indeksu nieruchomości w dużej mierze napędzają jedynie dwie spółki – Develia i Archicom. Reszta rynku zachowuje się znacznie bardziej powściągliwie. Dom Development, uznawany za niekwestionowanego lidera branży, od początku roku pozostaje na lekkim minusie, a pozostałe spółki – z wyjątkiem Develii i Archicomu – notują jedynie kosmetyczne wzrosty.

Skąd ten optymizm analityków?

Na tym tle rekomendacje analityków DM Trigon mogą wydawać się zaskakująco optymistyczne. Przewidują w przypadku notowanych na GPW głównych tuzów deweloperki mieszkaniowej bardzo silne wzrosty kursów – w przypadku Atalu, Archicomu i Murapolu o ponad jedną czwartą, Domu Development o około 14 proc., a Develii blisko 10 proc.

Na ile jest to prawdopodobne w przewidywalnej przyszłości – czas pokaże. Jednak w obecnej sytuacji makroekonomicznej wzrost sprzedaży oraz zysków analizowanych spółek adekwatny do tak silnej aprecjacji notowań może być jednak trudny do osiągnięcia.

Spółka Kurs 30.04.2026      PLN Zmiana YTD % Kurs docelowy wg rekom. TRIGON DM Zmiana vs. 30.04.2026 %
Atal 60,00 3,81 75,00 25
Archicom 52,20 10,59 65,00 24,5
Develia 10,50 22,81 11,50 9,5
Dom Development 259,00 -0,19 295,00 13,9
Murapol 41,70 2,33 52,50 25,9

Notowania największych spółek deweloperskich na koniec kwietnia 2026 r. wraz z prognozami Trigon DM

Autor: RynekPierwotny.pl

Dom Maklerski Trigon wskazuje jednak na kilka kluczowych czynników wspierających sektor. Najważniejszym z nich jest cykl obniżek stóp procentowych, który rozpoczął się na początku 2025 roku. Łącznie stopa referencyjna NBP spadła o 2,25 punktu procentowego, co wyraźnie poprawiło dostępność kredytów hipotecznych i pobudziło popyt.

Rynek zareagował na to bardzo szybko – sprzedaż mieszkań w największych miastach w drugiej połowie 2025 roku wzrosła o blisko 20 proc., a początek 2026 roku przyniósł kontynuację tego trendu.

Dodatkowo analitycy wskazują na normalizację podaży oraz stosunkowo dobrą sytuację największych graczy, którzy efektywnie zarządzają kapitałem i nie mają problemu z upłynnianiem gotowych mieszkań.

Ale to już nie jest ten sam rynek

Optymizm analityków ma jednak wyraźne ograniczenia.

Z jednej strony stopy procentowe przestały spadać – a to oznacza, że główny motor napędowy popytu zaczyna wygasać. Z drugiej strony rosną koszty działalności deweloperów, przede wszystkim ceny gruntów, co przekłada się na presję na marże.

Według prognoz Trigon DM większość największych firm może w 2026 roku odnotować spadek marż brutto. Dodatkowo zmienia się struktura sprzedaży – większy nacisk na mniejsze, bardziej dostępne mieszkania oznacza niższą wartość sprzedawanych lokali.

To oznacza, że choć sprzedaż wygląda dziś dobrze, rentowność biznesu może się pogarszać.

Rynek zaczyna wybierać zwycięzców

Jeszcze ciekawsza jest zmiana w układzie sił w branży.

Analitycy wskazują, że po dwóch latach dominacji największych graczy – takich jak Dom Development czy Develia – nadchodzi moment dla „mniejszych spośród dużych”.

Spółki takie jak Archicom, Atal czy Murapol mają dziś oferować lepsze perspektywy wzrostu, zarówno pod względem wyników, jak i wycen giełdowych.

To sygnał, że rynek przestaje rosnąć równomiernie i zaczyna premiować wybrane modele biznesowe.

Hossa czy jej końcówka?

Dzisiejsza sytuacja na rynku mieszkaniowym jest niejednoznaczna.

Z jednej strony mamy silny popyt, poprawę sprzedaży i ograniczoną podaż. Z drugiej – ostrożność deweloperów i chłodniejsze spojrzenie inwestorów giełdowych.

To klasyczny moment przejściowy, w którym rynek wciąż rośnie, ale rośnie już mniej równomiernie niż wcześniej.

Co dalej?

Kluczowe pytanie brzmi, czy obecne ożywienie jest początkiem nowego cyklu wzrostowego, czy raczej jego późną fazą.

Jeśli popyt utrzyma się na wysokim poziomie, a koszty budowy będą nadal rosnąć, zdecydowana presja na ceny mieszkań może powrócić.

Jeśli jednak czynniki makroekonomiczne się pogorszą, rynek może szybko wejść w fazę korekty.

Na razie jedno jest pewne:

Rynek mieszkań znów przyspieszył. Ale tym razem nie wszyscy jadą w tym samym tempie.

Ceny mieszkań na rynku wtórnym stabilne. Decydują lokalne warunki i oferta deweloperów

W kwietniu średnie ceny metra kwadratowego mieszkań na rynku wtórnym w większości metropolii pozostały stabilne, a tam, gdzie się zmieniały, korekty były niewielkie i silnie uzależnione od lokalnych warunków – wynika z analiz portalu GetHome.pl.

– Z jednej strony warunki kredytowe są dziś lepsze niż przed rokiem, z drugiej jednak rośnie niepewność gospodarcza związana m.in. z napiętą sytuacją na Bliskim Wschodzie, utrzymują się obawy o koszty kredytu w dłuższym horyzoncie, a sami kupujący coraz częściej przyjmują strategię wyczekiwania i wydłużają proces decyzyjny – mówi Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl.

Kwiecień pod znakiem sezonowego schłodzenia

Z danych przeszukiwarki portali nieruchomości Adradar wynika, że w kwietniu z serwisów ogłoszeniowych zniknęło ok. 33 tys. ofert mieszkań z rynku wtórnego. To o 7 proc. mniej niż w marcu oraz aż o 37 proc. mniej niż w kwietniu ubiegłego roku.

Komunikat-rynek wtórny-maj 2026-oferta-kraj

Spadek ten nie powinien być jednak interpretowany jako sygnał pogorszenia koniunktury. Rynek wtórny cechuje się wyraźną sezonowością – po zimowym ożywieniu, które zwykle rozpoczyna się już w styczniu i lutym, w kwietniu często następuje krótkotrwałe wyhamowanie aktywności kupujących. Dopiero w kolejnych tygodniach, po zakończeniu okresu świątecznego, popyt ponownie przyspiesza. Wyjątkiem był ubiegły rok, w którym nietypowo wysoka dynamika sprzedaży utrzymała się aż do maja.

Ceny w coraz większym stopniu zależne od lokalnych warunków

Teoretycznie poprawa zdolności kredytowej części gospodarstw domowych powinna sprzyjać wyraźniejszym wzrostom cen także na rynku wtórnym. Kwiecień tego nie potwierdził. W ujęciu miesiąc do miesiąca symboliczne wzrosty średniej ceny metra kwadratowego mieszkań używanych – rzędu 1 proc. – odnotowano jedynie w Warszawie (ok. 18,2 tys. zł/mkw.), Trójmieście (ok. 17,0 tys. zł/mkw.) oraz Katowicach (ok. 11,7 tys. zł/mkw.). W Krakowie (ok. 16,9 tys. zł/mkw.), Poznaniu (ok. 12,1 tys. zł/mkw.) i Łodzi (8,7 tys. zł/mkw.) średnia cena pozostała bez zmian, natomiast we Wrocławiu spadła miesiąc do miesiąca o ok. 4 proc. (do 13,6 tys. zł/mkw.).

Równie zróżnicowany obraz widać w porównaniu rok do roku. Trójmiasto pozostaje liderem wzrostów, z podwyżką średniej ceny metra kwadratowego o ok. 8 proc. Wyraźne wzrosty odnotowano także w Poznaniu (+4 proc.). Z kolei w Wrocławiu ceny są dziś średnio o ok. 5 proc. niższe niż rok temu, w Krakowie o 1 proc., a w Łodzi o 2 proc.

Komunikat-rynek wtórny-maj 2026-ceny-miasta

– Coraz wyraźniej widać, że ceny mieszkań z drugiej ręki przestały rosnąć jednym rytmem w całym kraju. O wszystkim decydują dziś czynniki lokalne: struktura podaży, konkurencja ze strony rynku pierwotnego oraz realna siła nabywcza kupujących w danym mieście – ocenia Marek Wielgo.

Oferta deweloperska studzi oczekiwania sprzedających

Istotnym czynnikiem stabilizującym ceny na rynku wtórnym pozostaje bardzo duża oferta mieszkań deweloperskich. W kwietniu we wszystkich analizowanych metropoliach liczba lokali oferowanych przez deweloperów była większa niż liczba mieszkań z drugiej ręki dostępnych w sprzedaży.

Komunikat-rynek wtórny-maj 2026-oferta-pierwotny i wtórny

W samej Warszawie w ofercie rynku pierwotnego było około 16,4 tys. mieszkań, wobec 15,6 tys. na rynku wtórnym. W Krakowie deweloperzy oferowali ok. 11,8 tys. lokali, a na rynku wtórnym dostępnych było niespełna 8 tys. Podobne proporcje widać we Wrocławiu, Poznaniu, Łodzi i Katowicach.

Kupujący coraz częściej porównują dziś oferty z obu segmentów rynku. Dostępność nowych mieszkań – często z dodatkowymi zachętami cenowymi lub elastycznymi warunkami płatności – ogranicza możliwość podnoszenia cen przez właścicieli mieszkań używanych i zwiększa znaczenie negocjacji.

– Ta relacja działa dwukierunkowo. Presja cenowa na rynku wtórnym wpływa także na ostrożność deweloperów w kształtowaniu cen oraz decyzjach o uruchamianiu nowej podaży – podkreśla Marek Wielgo.

Oferta wciąż mniejsza niż przed rokiem

W kwietniu miesięczny napływ nowych ofert był mniejszy niż w marcu, a jednocześnie łączna liczba mieszkań dostępnych w sprzedaży pozostaje niższa niż rok temu – zarówno w skali kraju, jak i w największych metropoliach.

W Warszawie liczba dostępnych ofert jest niższa rok do roku o ok. 18 proc., we Wrocławiu o 24 proc., w Krakowie o 19 proc., a w Łodzi o 16 proc. Jedynym wyjątkiem pozostaje Trójmiasto, gdzie w kwietniu odnotowano niewielki, 2-procentowy wzrost miesiąc do miesiąca, choć wciąż oferta jest mniejsza niż rok wcześniej.

– Nawet jeśli ceny przestały rosnąć, potencjał presji wzrostowej narasta, bo oferta mieszkań z drugiej ręki jest dziś mniejsza niż przed rokiem. O tym, czy przełoży się to na trwałe zmiany cen, zdecydują kolejne miesiące i relacja między tempem sprzedaży a skalą nowej podaży – zarówno na rynku wtórnym, jak i pierwotnym – podsumowuje Marek Wielgo.Komunikat-rynek wtórny-maj 2026-oferta-miasta

Nie matura a chęć szczera zrobi z Ciebie milionera? Rynek pracy zmienia hierarchię kwalifikacji

W 2026 roku do trwających egzaminów maturalnych przystępuje około 320 tys. uczniów, a już w kolejnym tygodniu rozpocznie się egzamin ósmoklasisty – zaplanowano go na 11–13 maja, a podejdzie do niego ponad 393 tys. uczniów. Jeszcze kilka lat temu słabe wyniki na egzaminach często wiązały się z niższym wykształceniem, a w konsekwencji także z mniejszymi zarobkami. Obecnie rynek pracy coraz wyraźniej pokazuje jednak, że formalne egzaminy i dyplomy nie są jedyną przepustką do stabilnego zatrudnienia i dobrych zarobków. Jak wynika z analiz Grupy Progres, na rynku nie brakuje ofert pracy dla osób bez wyższego wykształcenia, w których wynagrodzenie na start przekracza 10 tys. zł.

Czas matur i egzaminów ósmoklasisty przypomina, że o zawodowej przyszłości coraz rzadziej decyduje wyłącznie „papier”. Potwierdzają to również najnowsze analizy danych przeprowadzone przez Grupę Progres, które pokazują wyraźną zmianę w podejściu pracodawców do wykształcenia kandydatów. Wynika z nich, że obecnie co piąte ogłoszenie o pracę nie wymaga wyższego wykształcenia – wystarczające są kwalifikacje zawodowe, średnie lub nawet podstawowe – a wśród takich ofert ok. 17 proc. proponuje wynagrodzenie na start przekraczające 10 tys. zł brutto. Wynagrodzenia przekraczające tą kwotę najczęściej pojawiają się w branżach takich jak transport międzynarodowy, logistyka, budownictwo czy produkcja przemysłowa. Wysokie zarobki można również spotkać w zawodach technicznych, gdzie kluczowe są konkretne uprawnienia i doświadczenie, a nie formalne wykształcenie

Rynek pracy przestał być jednowymiarowy – w wielu branżach dyplom nie jest już podstawowym filtrem rekrutacyjnym, a pracodawcy coraz częściej koncentrują się na tym, czy kandydat potrafi szybko wdrożyć się w obowiązki i utrzymać tempo pracy. Zmienia się również sama definicja kwalifikacji, która coraz częściej oznacza nie tylko formalne wykształcenie, ale też doświadczenie zdobywane w praktyce, często już w trakcie pierwszych lat pracy zawodowejmówi Magda Dąbrowska, prezeska Grupy Progres.

Edukacja formalna nadal ma znaczenie, ale nie jest już jedyną walutą na rynku pracy – doświadczenie i zaangażowanie zaczynają ją równoważyć, ponieważ w warunkach niedoborów kadrowych i rosnącej rotacji pracowników firmy szybciej i chętniej inwestują w osoby, które potrafią realnie wykonywać zadania, a nie tylko spełniają formalne kryteria rekrutacyjne. Co więcej, przedsiębiorcy doceniają takich kandydatów i oferują im zarobki, które coraz częściej pozwalają konkurować z wynagrodzeniami osób z wyższym wykształceniem – dodaje.

Dyplom vs wypłata: różnice się rozmywają

To, że niskie wykształcenie nie oznacza bezrobocia ani pracy wyłącznie za najniższą krajową, potwierdzają też dane GUS. W IV kwartale 2025 roku w Polsce pracowało ponad 4,1 mln osób z wykształceniem policealnym, średnim zawodowym lub branżowym, a liczba bezrobotnych w tej grupie wyniosła 128 tys. Wśród osób z wykształceniem średnim ogólnokształcącym pracę wykonywało 2,054 mln osób, przy 81 tys. bezrobotnych. Z kolei w grupie z wykształceniem zasadniczym zawodowym lub branżowym pracowało 3,095 mln osób, a bez pracy pozostawało 154 tys. Natomiast wśród osób z wykształceniem gimnazjalnym, podstawowym lub bez wykształcenia pracowało 557 tys. osób, przy 77 tys. bezrobotnych.

Niższe wykształcenie automatycznie nie oznacza też najniższych zarobków. Przy średnim wynagrodzeniu w gospodarce wynoszącym tylko w październiku 2024 roku 8 944,79 zł brutto, najwyższe płace rzeczywiście osiągają osoby z najwyższym poziomem wykształcenia – z tytułem doktora lub wyższym (średnio 11 468,96 zł), a także z wykształceniem magisterskim lub równorzędnym (10 284,14 zł). Jednak różnice pomiędzy średnią a wynagrodzeniami osób z niższymi poziomami edukacji nie są tak duże, jak mogłoby się wydawać. W przypadku wykształcenia policealnego przeciętne wynagrodzenie wynosiło 7 515,19 zł, średniego zawodowego 7 528,70 zł, średniego ogólnokształcącego 6 854,34 zł, a zasadniczego zawodowego 6 586,77 zł. Nawet najniższe wartości – dla osób z wykształceniem gimnazjalnym (6 379,71 zł) oraz podstawowym i niepełnym podstawowym (6 318,77 zł) – pozostają relatywnie blisko średniej krajowej. Co więcej, w wielu branżach, szczególnie w sektorze prywatnym, możliwe są znacznie wyższe stawki, zależne od doświadczenia, specjalizacji oraz kompetencji, które w wielu przypadkach mogą skutecznie niwelować różnice wynikające z formalnej ścieżki edukacyjnej.

W praktyce siatka wynagrodzeń jest dziś znacznie bardziej elastyczna niż sugerują statystyki. W wielu firmach o pensji decyduje realna wartość pracownika: jego wydajność, umiejętność pracy pod presją czasu i gotowość do nadgodzin czy pracy zmianowej. Osoby, które szybko zdobywają doświadczenie i specjalizują się w konkretnych zadaniach, bardzo często doganiają, a nierzadko przeganiają finansowo ludzi z wyższym wykształceniem. Widać to szczególnie w branżach deficytowych, gdzie pracodawcy są skłonni płacić więcej, żeby utrzymać pracownika – bo koszt jego utraty jest jeszcze wyższy podkreśla Magda Dąbrowska, prezeska Grupy Progres.

Praca bez studiów nie jest wyjątkiem

Największe możliwości zatrudnienia dla osób bez wykształcenia wyższego koncentrują się w kilku kluczowych sektorach: logistyce i magazynach, produkcji przemysłowej, budownictwie, transporcie, handlu detalicznym, gastronomii (HoReCa), usługach porządkowych oraz prostych usługach technicznych. W logistyce i magazynach najczęściej wymagane są podstawowa sprawność fizyczna, gotowość do pracy zmianowej oraz często uprawnienia na wózki widłowe. W budownictwie i produkcji liczą się przede wszystkim doświadczenie praktyczne, umiejętność pracy w zespole oraz odporność na warunki pracy fizycznej, natomiast w transporcie dodatkowym atutem jest prawo jazdy kategorii B lub C.

W handlu i gastronomii kluczowe są umiejętności obsługi klienta, komunikatywność, dyspozycyjność oraz gotowość do pracy w systemie zmianowym i weekendowym. W usługach porządkowych i technicznych wymagania wejściowe są zwykle najniższe, jednak istotne pozostają dokładność, rzetelność i samodzielność. W wielu przypadkach pracodawcy oferują krótkie szkolenia stanowiskowe, co obniża barierę wejścia i pozwala rozpocząć pracę nawet bez wcześniejszego doświadczenia zawodowego.

Najczęściej spotykane stanowiska w tych sektorach to: magazynier, pracownik kompletacji zamówień, operator wózka widłowego, pakowacz, sortowacz przesyłek, pracownik produkcji, operator linii produkcyjnej, monter elementów, kontroler jakości, pomocnik budowlany, murarz, zbrojarz, cieśla, tynkarz, brukarz, kierowca dostawczy, kierowca ciężarówki, kurier, pomocnik kierowcy, sprzedawca, kasjer, pracownik sklepu, pomoc kuchenna, kucharz, kelner, barman, sprzątacz lub sprzątaczka, pracownik utrzymania czystości, pomocnik elektryka, elektromonter, pomocnik mechanika, mechanik samochodowy czy spawacz.

– Przedsiębiorcy coraz częściej stawiają na gotowość do pracy zamiast formalnych kwalifikacji, a pracownicy mogą rozwijać się już w trakcie zatrudnienia poprzez kursy, szkolenia i zdobywanie uprawnień branżowych. To oznacza, że ścieżka kariery nie jest dziś liniowa – można ją budować etapowo, zaczynając od stanowisk podstawowych i awansując wraz z doświadczeniem – zaznacza Magda Dąbrowska, prezeska Grupy Progres. Osoby, które wybierają ścieżki praktyczne, często szybciej wchodzą na rynek i szybciej osiągają niezależność finansową niż absolwenci kierunków ogólnych. To nie dyplom decyduje dziś o sukcesie zawodowym, ale umiejętność odnalezienia się w realiach rynku i gotowość do pracy tam, gdzie ta praca faktycznie jestocenia ekspertka.

Ze szkoły do pracy

Wielu młodych ludzi nie czeka nawet do zakończenia edukacji i podejmuje pracę już w jej trakcie. Według danych GUS w ubiegłym roku nadal dominowały osoby bierne zawodowo, jednak spośród 2,813 mln uczniów aż 523 tys. łączyło naukę z pracą. W tej grupie 412 tys. osób kształciło się na poziomie wyższym, 61 tys. uczęszczało do szkół policealnych oraz średnich zawodowych i branżowych, 25 tys. stanowili licealiści, a 24 tys. uczniowie szkół branżowych I stopnia. Aktywność zawodowa na etapie szkoły podstawowej była marginalna i dotyczyła jedynie niewielkiej liczby osób.

***

Analizę Grupy Progres prowadzono w kwietniu i pierwszych dniach maja 2026 r. Poddano jej zbiór ponad 100 tys. ofert pracy opublikowanych w portalach ogłoszeniowych. Analizie poddano ogłoszenia oferowane przez przedsiębiorców, organizacje i instytucje z całej Polski.

„Tu chcesz mieć biuro” Adgar Poland wcielił w życie swój firmowy slogan!

Adgar Poland przeniósł się do nowej siedziby w Adgar Plaza One na warszawskim Służewcu. Biuro zaprojektowano z myślą o ludziach, o różnych stylach pracy i codziennym komforcie. Dla firmy, która na co dzień jest deweloperem, właścicielem i zarządcą powierzchni biurowych w 12 warszawskich budynkach, projekt własnej siedziby oznaczał wejście w rolę najemcy i spojrzenie na proces aranżacji z perspektywy klienta. W efekcie, na 800 mkw powstała modelowa przestrzeń, która dobrze oddaje sens nowego hasła marki: „Tu chcesz mieć biuro!”.

Nowe biuro Adgar Poland jako dowód na hasło „Tu chcesz mieć biuro!”
photos: Katarzyna Seliga-Wróblewska, Marcin Wróblewski / Fotomohito

Projektując nową przestrzeń, zespół Adgar Poland stanął przed nie lada wyzwaniem – tym razem to potrzeby własnych pracowników należało zdefiniować, ustalić priorytety, pogodzić oczekiwania różnych działów, wybrać rozwiązania funkcjonalne, estetyczne i budżetowe. Większość najemców zna te wyzwania doskonale, ale dla firmy, która wynajmuje powierzchnie biurowe i zarządza biurami dla innych, a także wdraża autorskie koncepty biurowe, tworzenie biura na swoje potrzeby oznacza, że będzie ono wizytówką, punktem odniesienia i sprawdzianem podejścia, które rekomenduje się swoim klientom.

„Praca nad własnym biurem była dla nas bardzo wartościowym doświadczeniem. Mogliśmy przejść przez ten proces od środka: od rozmów o potrzebach bardzo świadomego zespołu, przez decyzje dotyczące układu i funkcji przestrzeni, aż po testowanie przyjętych rozwiązań. Taka perspektywa pozwala nam lepiej rozumieć najemców, ich dylematy, proces i tempo podejmowania decyzji czy znaczenie detali, które ostatecznie wpływają na komfort pracy. Jesteśmy bogatsi o kolejne doświadczenie a wnioski z tego projektu z pewnością będą procentować w relacjach i jakości usług dla naszych najemców” – mówi Monika Szelenberger, Director of Leasing & Asset Management w Adgar Poland.

Bezpośrednim impulsem do przeprowadzki było wynajęcie poprzedniej siedziby Adgar Poland w budynku Adgar BIT. Tamta przestrzeń również pełniła funkcję biura pokazowego i była chętnie prezentowana klientom jako przykład dobrze zaprojektowanego miejsca pracy. Ostatecznie jednemu z nich spodobała się na tyle, że została wynajęta w całości.

Nowe biuro z poprzednim łączy podobna filozofia, ale w jeszcze dojrzalszej formie. Powierzchnię zaprojektowano wokół jakości, funkcjonalności i ergonomii. Przestrzeń obejmuje miejsca do pracy w skupieniu, sale spotkań o różnym charakterze, gabinety pozwalające na kameralne rozmowy, rekreacyjne i relaksujące strefy wspólne oraz rozwiązania poprawiające akustykę i komfort codziennego korzystania z biura. Szerokie biurka, regulowane stanowiska, dobrze zaplanowane oświetlenie, rolety, otwierane okna i materiały poprawiające wygłuszenie wpływają na komfort pracy w bardzo praktyczny, codzienny sposób.

Od sloganu do doświadczenia. Adgar Poland prezentuje nowe biuro
photos: Katarzyna Seliga-Wróblewska, Marcin Wróblewski / Fotomohito

Kuchnia jako centralny punkt biura

Najwięcej energii w nowej siedzibie kumuluje się jednak nie przy recepcji, lecz w kuchni. Podobnie jak podczas domowych spotkań, kiedy najciekawsze rozmowy często przenoszą się właśnie do kuchni, także tutaj ta przestrzeń naturalnie przyciąga ludzi. Duży stół dla ponad 20 osób, piekarnik, Thermomix, możliwość wspólnego gotowania i miejsce do nieformalnych rozmów sprawiają, że w biurze Adgar Poland wiele zaczyna się właśnie tam – od porannej kawy, przez wspólne lunche – lub kończy, np. piątkowym spotkaniem „po pracy”.

„Zależało nam na biurze, które będzie naprawdę dla ludzi. Nie tylko estetycznym i dobrze wyposażonym, ale takim, w którym chce się być. Kuchnia jest tego najlepszym przykładem. Integrujący stół, wspólne gotowanie, śmiech, rozmowy po pracy – właśnie takie momenty budują kulturę organizacyjną, łączą ludzi i sprawiają, że biuro żyje” – dodaje Martyna Czarnota, Senior Asset Manager w Adgar Poland.

Nowa siedziba Adgar Poland działa również na zmysły. Od wejścia gości wita zapach kawy, świeże kwiaty i zielone rośliny, naturalne materiały i spokojna kolorystyka. Reprezentacyjny charakter połączono tu z atmosferą miejsca bliskiego użytkownikom. Widoczne logo Adgar Poland, mapa Warszawy z lokalizacjami biurowców firmy oraz hasło „Tu chcesz mieć biuro!” nie są wyłącznie elementami identyfikacji wizualnej. Slogan pozostaje chwytliwy, ale w tej siedzibie zyskuje znacznie szerszy niż marketingowy kontekst. Staje się deklaracją popartą konkretnym doświadczeniem – miejsca, w którym dobrze się pracuje, dobrze się rozmawia i w którym ludzie po prostu dobrze się czują.

Biuro pełni więc kilka ról jednocześnie: jest siedzibą zespołu, przestrzenią pokazową i praktycznym inkubatorem wiedzy o potrzebach najemców. Adgar Poland pokazuje w nim, że dobrze zaprojektowane miejsce pracy nie kończy się na metrażu, standardzie wykończenia i układzie pomieszczeń. Równie ważne okazują się detale, które pomagają kształtować codzienne doświadczenie ludzi – ich komfort, rytm pracy, rozmowy i relacje.