Greenwashing, dark patterns i promocje. Regulatorzy coraz częściej analizują całe modele biznesowe

Coraz częściej te same działania przedsiębiorców podlegają jednocześnie ocenie z perspektywy prawa konkurencji i ochrony konsumentów. Praktyka organów regulacyjnych w Polsce i Europie pokazuje wyraźnie: komunikacja marketingowa, polityka cenowa czy modele sprzedaży przestają być wyłącznie kwestią relacji z klientem — stają się elementem wpływającym na warunki konkurencji na rynku.

Trend ten potwierdzają m.in. ostatnie działania UOKiK, który rozwija narzędzia do wykrywania tzw. dark patterns, interweniuje w sprawach komunikacji dotyczącej promocji i prowadzi postępowania związane z tzw. greenwashingiem.

W praktyce oznacza to, że jedna decyzja biznesowa może dziś generować ryzyka w kilku reżimach prawnych jednocześnie. Firmy często tego nie dostrzegają, dopóki nie pojawi się regulator. Równolegle organy antymonopolowe w Europie – jak w sprawie Ryanair we Włoszech – pokazują, że praktyki ograniczające dostęp do rynku mogą bezpośrednio przekładać się na wybór i sytuację konsumentów”, mówi Karolina Olszewska, Senior Associate w kancelarii GESSEL.

Na poziomie prawnym ten obszar opiera się przede wszystkim na unijnej dyrektywie o nieuczciwych praktykach handlowych 2005/29/WE, którą w zakresie green claims wzmacnia dyrektywa 2024/825. W Polsce kluczowe znaczenie ma art. 24 ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, który definiuje praktyki naruszające zbiorowe interesy konsumentów, obejmujące m.in. działania wprowadzające w błąd oraz posługiwanie się nierzetelną, nieprawdziwą lub niepełną informacją. W obszarze nadużyć pozycji dominującej znaczenie ma także art. 102 TFUE, a w przypadku zatorów płatniczych – ustawa o przeciwdziałaniu nadmiernym opóźnieniom w transakcjach handlowych.

Kary są nakładane także na firmy naruszające prawa konsumentów – np. 105 mln zł dla jednej z firm, za przekaz reklamowy wprowadzający konsumentów w błąd.

Jeden problem, dwa reżimy

Dobrym przykładem przenikania się tych obszarów jest greenwashing. Z jednej strony może on oznaczać wprowadzanie konsumentów w błąd co do cech produktu lub jego wpływu na środowisko. Z drugiej — daje przewagę rynkową firmom, które nie ponoszą realnych kosztów działań ESG, a mimo to komunikują je w sposób atrakcyjny marketingowo.

W sprawach greenwashingu nie chodzi już tylko o prawdziwość komunikatu, ale o jego wpływ na rynek. Jeżeli firma buduje przewagę na deklaracjach, których nie jest w stanie udowodnić, to jest to problem nie tylko konsumencki, ale też konkurencyjny”, podkreśla Karolina Olszewska.

W efekcie przedsiębiorcy faktycznie inwestujący w zrównoważony rozwój, mogą przegrywać konkurencję z podmiotami „tańszymi, ale bardziej komunikacyjnymi”, co prowadzi do zakłócenia mechanizmu konkurencji opartego na jakości i innowacyjności.

Podobne zjawisko widać w obszarze dark patterns oraz komunikacji promocyjnej — nieczytelne rabaty, presja czasowa czy manipulacyjne interfejsy mogą jednocześnie wpływać na decyzje konsumentów i zmieniać realne warunki rywalizacji rynkowej.

Praktyka: kary i postępowania

To podejście ma już bardzo konkretne przełożenie na działania regulatorów. We Włoszech organ antymonopolowy nałożył na Ryanair i jego spółkę-matkę karę ponad 255 mln euro za nadużycie pozycji dominującej wobec biur podróży, wskazując, że działania firmy ograniczały dostęp do oferty i zaburzały konkurencję.

W Polsce UOKiK w styczniu 2026 r. nałożył niemal 37 mln zł kar na Zalando i Temu za nieprawidłowe prezentowanie promocji i wprowadzające w błąd informacje o obniżkach. Równolegle prowadzone są postępowania dotyczące greenwashingu wobec Allegro, DHL, DPD i InPost — w tych sprawach potencjalne kary mogą sięgać do 10% obrotu. Urząd rozwija także narzędzia do identyfikowania dark patterns, co sygnalizuje wyraźne przesunięcie w stronę bardziej systemowego podejścia do kontroli praktyk cyfrowych.

Widzimy wyraźnie, że organy nadzorcze przestają reagować wyłącznie na pojedyncze naruszenia, a zaczynają analizować całe modele biznesowe i sposób projektowania doświadczenia użytkownika”,  wskazuje Karolina Olszewska.

Istotne znaczenie ma również orzecznictwo. Trybunał Sprawiedliwości UE w sprawie C-330/23 (Aldi Süd) potwierdził, (co ma kluczowe znaczenie dla interpretacji przepisów unijnej dyrektywy Omnibus), że informowanie o obniżkach cen musi odnosić się do najniższej ceny z 30 dni przed promocją, co ma przeciwdziałać sztucznemu zawyżaniu atrakcyjności ofert.

W szczególności rosnące znaczenie mają dziś trzy obszary: greenwashing, dark patterns, komunikacja promocyjna. Te czynniki najczęściej analizowane są w kontekście ochrony konsumentów, ale coraz częściej mają także wymiar konkurencyjny — wpływają nie tylko na decyzje zakupowe, lecz także na równość warunków działania na rynku.

Wnioski dla przedsiębiorców

Dla firm oznacza to konieczność szerszego spojrzenia na ryzyka regulacyjne. Praktyki marketingowe, sposób prezentacji cen, komunikacja ESG czy nawet zarządzanie płatnościami nie powinny być analizowane wyłącznie w jednym obszarze prawa.

„Obecnie problemem nie jest już tylko to, czy komunikat jest atrakcyjny marketingowo, ale czy jest prawdziwy, porównywalny i mieści się w granicach wyznaczonych przez prawa konsumenta, konkurencji i czyni zadość wymogom nakładanym przez regulatora” – podsumowuje Karolina Olszewska.

Zdaniem ekspertów, granice między prawem konkurencji a ochroną konsumentów będą się dalej zacierać, a regulatorzy coraz częściej będą analizować praktyki rynkowe w sposób całościowy. Dla przedsiębiorców oznacza to konieczność budowania spójnego podejścia do compliance, które uwzględnia jednocześnie oba obszary.

Redukcje zatrudnienia w przemyśle. Pracodawcy sprawdzają nie tylko kompetencje, ale też absencję

Tysiące likwidowanych miejsc pracy w przemyśle i rosnąca presja na efektywność sprawiają, że firmy coraz częściej podejmują decyzje kadrowe w oparciu o dane. W samej branży AGD w latach 2024-2025 pracę straciło ok. 6 tys. osób, natomiast w branży meblarskiej ponad 22 tys. osób. Jednym z kluczowych analizowanych wskaźników staje się absencja chorobowa, zwłaszcza krótkie, powtarzalne L4 wśród pracowników. To efekt m.in. rosnącej skali nadużyć. Z danych Barometru Absencji Chorobowej 2025 wynika, że około 1/3 skontrolowanych zwolnień lekarskich w kraju była wykorzystywana niezgodnie z przeznaczeniem.

Redukcje zatrudnienia przybierają na sile

Z najnowszych informacji wynika, że procesy redukcji zatrudnienia obejmują kolejne zakłady produkcyjne. W fabryce IKEA Industry w Goleniowie rozpoczęła się restrukturyzacja, w ramach której pracę może stracić ok. 160 osób z załogi liczącej około 580 pracowników. Z kolei spółka Black Red White zdecydowała o wygaszeniu produkcji w zakładzie w Zamościu, do końca czerwca ubędzie tam ponad 160 miejsc pracy.

Ostatnie miesiące przynoszą także informacje o ograniczaniu zatrudnienia w dużych zakładach przemysłowych. Zgodnie z informacjami medialnymi Electrolux zapowiedział redukcję etatów, która może objąć około 200 osób. W całej branży AGD skala zwolnień w ostatnich latach pozostaje bardzo wysoka.

Zmiany widoczne są również w sektorze motoryzacyjnym. Fabryka Stellantis w Tychach przechodzi z systemu trzyzmianowego na dwuzmianowy, co wiąże się ze zwolnieniami obejmującymi, według oficjalnych informacji, około 320 osób.

W obliczu takich decyzji działy HR coraz częściej sięgają po analitykę, aby ograniczyć ryzyko destabilizacji pracy zakładu po redukcjach.

Krótkie L4 na celowniku pracodawców

Eksperci rynku pracy wskazują, że to nie długie zwolnienia, ale krótkie, powtarzalne absencje chorobowe są dziś największym wyzwaniem operacyjnym, szczególnie w środowiskach produkcyjnych gdzie nawet krótkie nieobecności mają bezpośredni wpływ na ciągłość pracy.

Z danych Barometru Absencji Chorobowej Conperio 2025 wynika, że ponad 44 proc. jednodniowych zwolnień lekarskich przypada na poniedziałki i piątki. Taki schemat jest coraz bardziej widoczny i, jak podkreślają eksperci, nie pozostaje bez znaczenia przy analizie stabilności pracy pracowników.

– W czasie redukcji zatrudnienia firmy patrzą nie tylko na kompetencje, ale również na przewidywalność i ciągłość pracy. Powtarzalne, krótkie absencje są dziś czytelnym sygnałem dla organizacji, bo można je zmierzyć i porównać w skali całego zespołu – mówi Mikołaj Zając, ekspert rynku pracy i prezes Conperio, polskiej firmy doradczej specjalizującej się w problematyce absencji chorobowych.

Jak podkreśla, w środowiskach produkcyjnych nawet jednodniowa nieobecność może wywołać efekt domina.

– W fabryce jedna osoba na L4 to często konieczność natychmiastowej reorganizacji pracy całej zmiany. To generuje nadgodziny, spadki wydajności i napięcia w zespołach. Dlatego firmy coraz częściej analizują, które obszary działalności są najbardziej narażone na tego typu zakłócenia – dodaje.

Ekspert zaznacza przy tym, że absencja chorobowa jest jednym z wielu elementów oceny pracownika, obok kompetencji, doświadczenia czy wyników pracy.

HR przechodzi na zarządzanie oparte na danych

Zmiany na rynku pracy zbiegają się z rosnącą dostępnością narzędzi analitycznych, które pozwalają firmom precyzyjnie monitorować absencję chorobową, zarówno na poziomie pojedynczych pracowników, jak i całych zespołów.

Na rynku dostępne są już rozwiązania wspierające analizę absencji chorobowej w organizacjach. W Polsce powstał Pulpit Absencji – dedykowana działom HR aplikacja webowa, która umożliwia bieżące monitorowanie wskaźników absencji oraz identyfikację powtarzalnych schematów nieobecności.

Dzięki temu zarządzanie absencją chorobową przestaje być działaniem reaktywnym, a staje się elementem strategii biznesowej. W realiach rosnących kosztów i presji na efektywność to właśnie stabilność zespołu zaczyna odgrywać kluczową rolę w decyzjach kadrowych.

– Firmy coraz częściej podejmują decyzje w oparciu o dane operacyjne, a nie wyłącznie intuicję. Absencja chorobowa staje się jednym z najbardziej czułych wskaźników pokazujących, jak funkcjonuje organizacja i gdzie pojawiają się ryzyka – podsumowuje Mikołaj Zając.

Absencja chorobowa nad Wisłą z pewnością nie jest zjawiskiem marginalnym. Według danych ZUS w 2025 roku wystawiono 27,5 mln zwolnień lekarskich, obejmujących łącznie 290,5 mln dni absencji. To właśnie ta skala sprawia, że analiza absencji staje się dziś koniecznością w zarządzaniu organizacją.

Balkon przestał być dodatkiem. Dziś decyduje o wartości i atrakcyjności mieszkania

Jeszcze kilkanaście lat temu balkon bywał dodatkiem. Niewielki, często symboliczny, traktowany bardziej jako miejsce na suszarkę niż realną przestrzeń do życia. Z danych portalu RynekPierwotny.pl wynika, że dziś w największych polskich miastach zdecydowana większość nowych mieszkań – często ponad 80–90 proc. oferty – posiada balkon, loggię lub taras.

Trudno wyobrazić sobie mieszkanie na rynku pierwotnym bez dostępu do prywatnej przestrzeni na zewnątrz. Balkon, loggia czy taras stały się jednym z kluczowych elementów wpływających na decyzje zakupowe – i to nie tylko w segmencie premium.

Ile kosztuje balkon – i dlaczego „zawyża” cenę metra?

To jedno z częstszych pytań kupujących – choć odpowiedź nie jest oczywista.

W praktyce balkon nie jest sprzedawany jako osobna przestrzeń, ale jego wartość jest uwzględniona w cenie mieszkania. Przyjmuje się, że 1 mkw. balkonu wyceniany jest na około 25–50 proc. ceny metra lokalu, a w przypadku loggii udział ten bywa jeszcze wyższy. W praktyce oznacza to, że balkon o powierzchni 5 mkw. w dużym mieście może „kosztować” od kilkunastu do nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Mimo to większość kupujących nie traktuje tego jako zbędnego dodatku – raczej jako inwestycję w komfort życia.

Jest jednak jeden istotny szczegół, który dla wielu kupujących bywa zaskoczeniem: zgodnie z obowiązującą normą PN-ISO 9836 balkon nie wlicza się do powierzchni użytkowej mieszkania, co oznacza, że choć podnosi wartość nieruchomości, nie zwiększa jej oficjalnego metrażu. W efekcie im większy balkon, tym wyższa może być cena 1 mkw. mieszkania liczona formalnie.

W praktyce kupujący płaci więc za dodatkową przestrzeń, która poprawia komfort życia i wartość nieruchomości, ale formalnie nie jest częścią powierzchni mieszkalnej.

Balkon standardem, loggia coraz częściej wyborem

Z danych portalu RynekPierwotny.pl wynika, że dziś w największych polskich miastach zdecydowana większość nowych mieszkań – często ponad 80–90 proc. oferty – posiada balkon, loggię lub taras. Lokale pozbawione takiej przestrzeni należą do rzadkości i pojawiają się głównie w specyficznych projektach, takich jak adaptacje starszych budynków.

To efekt wyraźnej zmiany preferencji kupujących. Dla wielu osób dostęp do prywatnej przestrzeni na zewnątrz stał się jednym z podstawowych kryteriów wyboru mieszkania, a nie jedynie dodatkowym atutem.

Najczęściej spotykanym rozwiązaniem pozostaje klasyczny balkon – wysunięty poza bryłę budynku, lżejszy konstrukcyjnie i tańszy w realizacji.

Coraz częściej jednak w ofertach deweloperskich pojawiają się loggie, czyli balkony „wcięte” w bryłę budynku. Dają one większe poczucie prywatności, lepszą ochronę przed wiatrem i hałasem oraz możliwość korzystania z przestrzeni przez większą część roku.

– W projektach miejskich loggie zyskują na popularności, bo lepiej odpowiadają na potrzebę komfortu i prywatności – na co zwracają uwagę projektanci. – Balkon jest bardziej otwarty, loggia bardziej „pokojowa”.

Po pandemii balkon stał się koniecznością

Momentem przełomowym był okres pandemii. Wtedy nawet kilka metrów kwadratowych na zewnątrz zaczęło mieć zupełnie inne znaczenie niż wcześniej.

Deweloperzy szybko to zauważyli. W nowych inwestycjach:

– zwiększyła się średnia powierzchnia balkonów,

– częściej projektuje się loggie zamiast klasycznych balkonów,

– większy nacisk kładzie się na funkcjonalność (miejsce na stół, rośliny, wypoczynek).

Dziś balkon coraz rzadziej jest „dodatkiem”, za to coraz częściej jest jednym z warunków zakupu. Z badań preferencji kupujących wynika, że dla ponad połowy klientów balkon lub loggia to dziś element konieczny, a nie dodatkowy atut.

Balkon, loggia czy taras – czym się różnią i ile są warte?

Różnice między tymi rozwiązaniami przestają być wyłącznie architektoniczne, a zaczynają mieć znaczenie użytkowe – i cenowe.

Klasyczny balkon jest najprostszym i najtańszym rozwiązaniem. Loggia, „wcięta” w bryłę budynku, daje większą prywatność i ochronę przed warunkami atmosferycznymi, dlatego często bywa wyżej wyceniana.

Jeszcze wyżej w tej hierarchii znajduje się taras. W praktyce jest on traktowany jako pełnoprawna przestrzeń użytkowa – często większa, bardziej funkcjonalna i projektowana z myślą o realnym spędzaniu czasu.

W inwestycjach premium tarasy potrafią mieć kilkadziesiąt metrów kwadratowych i stają się jednym z głównych atutów nieruchomości. Ich wycena bywa indywidualna i znacząco wpływa na cenę całego mieszkania.

Można więc powiedzieć, że taras jest dziś czymś więcej niż „większym balkonem” – to osobna kategoria przestrzeni, która coraz częściej pełni funkcję dodatkowego pokoju na świeżym powietrzu.

W praktyce wybór między balkonem, loggią a tarasem coraz rzadziej jest kwestią estetyki – a coraz częściej realnego stylu życia i budżetu.

Kto odpowiada za balkon? Przepisy się zmieniają

Kwestia odpowiedzialności za balkony od lat budziła w Polsce wątpliwości – i często kończyła się sporami między właścicielami mieszkań a wspólnotami. Problem polegał na tym, że balkon formalnie bywał traktowany jednocześnie jako część prywatna i element konstrukcyjny budynku.

To właśnie dlatego rząd pracuje obecnie nad nowelizacją przepisów, która ma jednoznacznie uporządkować tę kwestię. Zgodnie z założeniami zmian elementy konstrukcyjne balkonów – takie jak płyta czy balustrady – mają zostać uznane za część wspólną nieruchomości.

W praktyce oznaczałoby to, że za ich stan techniczny oraz remonty odpowiadać będą wspólnoty mieszkaniowe, a nie indywidualni właściciele lokali. Po stronie właścicieli pozostaną natomiast elementy wykończeniowe – takie jak płytki, zabudowa czy wyposażenie balkonu.

Nowe przepisy mają zakończyć wieloletnią niejednoznaczność, która często prowadziła do sporów sądowych. Jednocześnie mogą mieć wymierne konsekwencje finansowe.

Koszty remontów balkonów byłyby pokrywane z funduszu remontowego, co w wielu przypadkach może oznaczać wzrost opłat dla mieszkańców. Już dziś jego wysokość waha się zazwyczaj od około 1 do 5 zł za metr kwadratowy mieszkania – a w starszych budynkach, wymagających większych nakładów, może być wyższa.

Dla właścicieli mieszkań oznacza to jedno: balkon pozostanie przestrzenią prywatną w codziennym użytkowaniu, ale jego konstrukcja stanie się elementem wspólnej odpowiedzialności.

Balkon jako „dodatkowy pokój”

Zmieniło się także to, jak korzystamy z tej przestrzeni.

Jeszcze niedawno balkon pełnił funkcję pomocniczą. Dziś coraz częściej staje się realnym przedłużeniem mieszkania:

  • miejscem pracy w cieplejszych miesiącach,
  • przestrzenią do odpoczynku,
  • mini-ogrodem w środku miasta.

W odpowiedzi na to deweloperzy projektują balkony o większej głębokości i lepszych proporcjach. Coraz częściej uwzględniają też rozwiązania, które ułatwiają ich aranżację – odpowiednie odwodnienie, oświetlenie czy dostęp do prądu.

Czy można jeszcze kupić mieszkanie bez balkonu?

Tak – ale coraz rzadziej.

Mieszkania bez balkonów wciąż pojawiają się w ofercie, głównie w niższych segmentach cenowych lub w specyficznych układach (np. partery z ogródkami zamiast balkonów).

Jednak w większości nowych inwestycji dostęp do przestrzeni zewnętrznej stał się standardem. W praktyce oznacza to, że mieszkanie bez balkonu jest dziś trudniejsze do sprzedaży i mniej atrakcyjne dla kupujących.

Rynek jasno pokazuje kierunek

Zmiana podejścia do balkonów i loggii to nie chwilowy trend, ale efekt głębszej zmiany stylu życia.

Więcej czasu spędzanego w domu, praca zdalna, potrzeba kontaktu z przestrzenią zewnętrzną – wszystko to sprawia, że nawet kilka metrów kwadratowych na zewnątrz ma dziś realną wartość.

Dlatego balkon przestał być dodatkiem.

Stał się jednym z najważniejszych elementów mieszkania – takim, który nie tylko decyduje o wyborze konkretnego lokalu i podnosi jego wartość rynkową, ale przede wszystkim jakość codziennego życia.

Dun & Bradstreet: 86 proc. płatności firm w Polsce realizowanych jest w terminie

Prawie 86 proc. kwoty z faktur jest przez firmy w Polsce płacone w terminie. Najlepszymi płatnikami są przedsiębiorstwa z branży opakowań. Najgorzej wygląda sytuacja w produkcji i sprzedaży opon samochodowych.

Analiza Dun & Bradstreet Poland ponad 2.7 mln płatności o wartości ponad 176 mld złotych pokazuje, że blisko 86 proc. zobowiązań zostało uregulowane w uzgodnionym przez strony terminie. W porównaniu z dwoma ostatnimi latami sytuacja nie uległa zasadniczej zmianie. Niepokojące jest to, że niemal 30 proc. zaległości płatniczych jest przeterminowana o co najmniej 90 dni – mówi Tomasz Starzyk z Dun & Bradstreet Poland.

W ujęciu procentowym największy udział mają przeterminowane płatności w szeroko pojętym sektorze produkcji i sprzedaży opon samochodowych (40.8 proc.) i tworzyw sztucznych (23.2 proc.). Niewiele lepiej jest w budowlance (20 proc.) i spedycji (17.3 proc.). Najlepszymi płatnikami są firmy z branży opakowań, gdzie 95.3 proc. płatności regulowanych jest w czasie, producenci i sprzedawcy RTV i AGD – 92.5 proc. i branża papiernicza z 87.5 proc. płatności dokonywanych w terminie.

Pomimo pozytywnych sygnałów płynących z rynku oraz wyraźnej poprawy moralności płatniczej polskich przedsiębiorstw, nadal istotnym problemem pozostają tzw. złe długi, sięgające opóźnień rzędu 90, a nawet 120 dni. Jest to szczególnie niepokojące, ponieważ znaczna część tak przeterminowanych należności w praktyce okazuje się nieściągalna. Problem przeterminowanych płatności powyżej czterech miesięcy najbardziej dotyka branżę produkcji i sprzedaży opon samochodowych (52.8 proc.). Nieznacznie lepiej jest w branży sanitarnej, gdzie odsetek przeterminowanych płatności powyżej 120 dni sięga 45 proc. i branży papierniczej – blisko 40 proc.

Poprawa dyscypliny płatniczej polskich firm wiąże się z ogólną poprawą ich kondycji finansowej. Nadal jednak, analiza wiekowania monitorowanych na rynku należności pokazuje, że około 15 proc. faktur nie jest regulowana w terminie. W kwocie bezwzględnej długi firm sięgają kilkunastu mld w skali roku, które w bezpośredni sposób negatywnie wpływają na płynność finansową tysięcy firm. Dla wielu z nich, zwłaszcza tych z sektora małych i średnich przedsiębiorstw, nawet niewielkie opóźnienia mogą pociągać za sobą nie tylko utratę rentowności, ale uruchomiają tzw. cały łańcuch zatorów płatniczych i opóźnienia własnych zobowiązań. W praktyce opóźnione płatności stanowią najtańsze źródło bieżącego kredytowania działalności firmy z zerowym oprocentowaniem. Na poziomie operacyjnym, nierzetelni płatnicy własne koszty przenoszą na podwykonawców i kontrahentów.

Zatory płatnicze są poważną barierą dla rozwoju polskich firm. Niezależnie od branży czy wielkości, firmy w swoją strategię powinny mieć wpisany plan przeciwdziałania nieuczciwym praktykom i zatorom płatniczym. Na bieżąco sprawdzać i monitorować kontrahentów. Nieopłacone w terminie faktury mogą przełożyć się na utratę płynności finansowej firmy, a w skrajnych przypadkach doprowadzić do upadłości.

Influencerzy pokazali, jak zmienia się pomaganie w Polsce

30 kwietnia mija termin na zadeklarowanie, której organizacji pożytku publicznego przekażemy 1,5% naszego podatku. To dlatego w ostatnim czasie wiele NGO’sów zintensyfikowało swoje działania, namawiając nie tylko do udzielenia im wsparcia finansowego, ale także do zmiany postaw czy nawyków – w zgodzie z deklarowaną misją. Czy Polacy oceniają te działania pozytywnie? Czy decydują się na podjęcie konkretnych działań pod ich wpływem? Odpowiedź nie jest jednoznaczna, choć spektakularny sukces zbiórki Łatwogang na rzecz Cancer Fighters pokazuje, że pod wpływem influencerów i komunikacji w social mediach Polacy są gotowi otworzyć nie tylko serca, ale i portfele. 

Kampanie spoleczne oczami Polakow infografika

Gdy piszemy te słowa (27 kwietnia 2026 r., godz. 9:30) skarbonka https://www.siepomaga.pl/latwogang na rzecz Fundacji Cancer Fighters, założonej przez młodego influencera Piotra z Łatwogang, napędzana przez jego livestream z udziałem czołowych influencerów i celebrytów, osiągnęła 213 mln złotych, zbliżając się do kwoty 289 mln złotych zebranych podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy z roku 2025 roku, a nie jest to jedyny kanał, przez który zbierane są pieniądze.  – To wydarzenie, którego nie da się pominąć i nadaje nowy kontekst zrealizowanym przez nas i SW Research nieco wcześniej badaniom dotyczącym efektywności kampanii społecznych, które dziś mieliśmy upublicznić – komentuje Joanna Niemiec, Vice Chairman Strategy & Communication w LoveBrands Group.

Kryzys wiarygodności kampanii społecznych

Choć niemal co drugi Polak (46%) deklaruje pozytywny stosunek do kampanii społecznych, branża mierzy się z wyzwaniem wiarygodności, bo prawie co piąty respondent (17%) poddaje w wątpliwość ich autentyczność. – Z badania wynika, że Polacy wierzą w celowość kampanii społecznych, ale nie zawsze ufają ich nadawcom. Większość badanych przyznaje, że kampanie poruszają ważne tematy (53%) i są po prostu potrzebne (52%), ale zaledwie 41% badanych uznaje je za wiarygodne. Taki sam odsetek respondentów (41%) nie widzi różnicy między kampanią społeczną a komercyjną reklamą. Warto zatem zadać sobie pytanie, czy to oznacza koniec tradycyjnego podejścia do prowadzenia kampanii społecznych, czy może jednak włączenie się telewizji do akcji, którą ankietowani wskazują, jako pierwsze źródło wiedzy o kampaniach społecznych, wpłynęło na to, że zbiórka nabrała nowej trajektorii i objęła grupy demograficzne i biznes, które nie są tak aktywne na social mediach zaznacza Piotr Zimolzak, wiceprezes zarządu SW Research.

Dlaczego akcja Łatwogang x Cancer Fighters okazała się skuteczna? – Przede wszystkim dlatego, że u jej źródła jest prawdziwa historia wsparta jedynie przez influencerów – podkreśla Joanna Niemiec.  Jej początkiem była nagrana przez rapera Bedoesa 2115 i 11-letnią Maję Mecan — podopieczną Fundacji Cancer Fighters – piosenka. Mamy tu zatem prawdziwą historię, a nie jedynie znanego influencera – dodaje.

Badania pokazują także, że 31% ankietowanych uważa, że tematy poruszane w kampaniach społecznych ich nie dotyczą, a co trzeci jest zdania (34%), że problemy w nich przedstawiane są wyolbrzymiane. Co gorsza, tylko 23% Polaków, którzy w ostatnim czasie mieli styczność z jakąś kampanią społeczną przyznaje, że pod jej wpływem podjęło konkretne działanie.

Jednak, choć nie każdy z nas ma osobiste doświadczenia z nowotworami, to zaangażowanie się influencerów w działania na rzecz fundacji wspierającej chorych na tę chorobę przyniosło skutki i to naprawdę budujące.

Czy zatem prowadzenie tradycyjnych kampanii społecznych ma swoje uzasadnienie?

– Zdecydowanie tak – uważa Joanna Niemiec. – Optymizmem napawa to, że zapytani o konkrety, Polacy wskazują na to, że pod wpływem adresowanych do nich działań komunikacyjnych zwiększyli swoją ostrożność w sieci (38%), 33% zadeklarowało, że zdecydowało się zaszczepić, a 31% wybrało się na badania profilaktyczne. Dla nas to powód do satysfakcji, ponieważ w zeszłym roku prowadziliśmy zarówno kampanie na temat cyberbezpieczeństwa (dla Banku Pocztowego pod hasłem „Cyberdojrzali”), jak również w zakresie promocji badań profilaktycznych (z ramienia Ministerstwa Zdrowia i w ramach projektu „Moje Zdrowie”). Warto jednak pamiętać o tym, że influencerzy powinni stać się elementem każdej takiej kampanii, zwłaszcza jeśli chcemy docierać do wszystkich grup społecznych, zwłaszcza tych aktywnych w mediach społecznościowych. Influencerzy ci muszą jednak być wiarygodni dla poruszanego tematu.

Warto także zauważyć, że niestety kampanie społeczne na rzecz ograniczania używek plasują się na końcu pod kątem skuteczności. Zaledwie 14% Polaków, którzy zdecydowali się na jakiś krok na skutek kampanii, zadeklarowało, że pod ich wpływem zdecydowało się rzucić lub ograniczyć picie alkoholu lub też palenie papierosów – w skali całej populacji to mniej niż 3%.

Kampanie 1,5% mają sens

Z badań płynie także inny ciekawy wniosek. Polacy, choć nie zawsze gotowi są na zmianę postaw lub też na zaangażowanie się osobiste w działania wolontariackie (tylko 26% zdecydowała się na to pod wpływem kampanii społecznej), są gotowi sięgnąć do kieszeni i wesprzeć wybrany cel społeczny. Dowodem na to jest deklaracja 49% ankietowanych, że pod wpływem kampanii społecznej dokonało wpłaty na zbiórkę lub fundację i to, czego świadkiem właśnie jesteśmy – spektakularny sukces zbiórki na rzecz Fundacji Cancer Fighters.

Oczekiwania wobec kampanii społecznych zależne od płci

Bez względu na płeć największym oczekiwaniem Polaków wobec kampanii społecznych pozostaje to, aby informowały one o skali problemu (41% respondentów). Jednak różnice w wielu postawach ze względu na płeć są zauważalne. Kobiety bardziej przekonane są co do tego, że głównym celem kampanii społecznych powinna być edukacja i zwiększanie świadomości problemu (42% kobiety vs 31% mężczyźni) lub też skłanianie do konkretnych działań, np. wsparcia finansowego lub udział w akcjach (27% kobiety vs 18% mężczyźni). Z kolei mężczyźni częściej oczekują od kampanii społecznych tego, by wpływały na decyzje konkretnych instytucji lub też wprost na decyzje polityczne (23% mężczyźni vs 16% kobiety), np. podpisanie petycji.

Telewizja wciąż na topie

Badania SW Research i LoveBrands Group pokazują, że głównym źródłem kontaktu z kampaniami społecznymi dla Polaków pozostaje telewizja (62%), a następnie internet (42%) i media społecznościowe (39%). Co ciekawe, dla mężczyzn istotniejszym kanałem, poprzez który konsumują treści o przekazie społecznym, jest radio (25% mężczyźni vs 19% kobiety).

Eksperci od trudnych tematów

Temat badań podjęty przez SW Research zainicjowała agencja LoveBrands Group, która od lat specjalizuje się w tego typu kampaniach. Oprócz wspomnianych kampanii na rzecz cyberbezpieczeństwa, w ostatnim czasie realizowała bowiem także kampanię #OkresNoStres dla marki Bella wspierającą dobrostan psychiczny dziewcząt wchodzących w świat menstruacji, a także autorską kampanię na rzecz zdrowia psychicznego „Nasza w tym Głowa”. Agencja wspiera także kampanię społeczną na rzecz czytelnictwa realizowaną przez Fundację Powszechnego Czytania.

Kampanie społeczne są katalizatorem zmian i siłą napędową przekształcania postaw społecznych, kwestionowania przestarzałych przekonań, zachęcania do krytycznego myślenia, a także zastępowania biernej świadomości w aktywne zaangażowanie. W powoływaniu do życia nowych inicjatyw społecznych kluczowe jest umiejętne inspirowanie, angażowanie i skłanianie odbiorców do refleksji. Niezależnie od tego, czy chodzi o kwestie zdrowotne, zmiany klimatyczne, czy nierówności społeczne, kampanie muszą opierać się na danych i celnych insightach, które znajdą podatny grunt i będą rezonować z konkretnie sprecyzowaną grupą docelową. Co jeszcze uwiarygadnia takie projekty? Włączenie do narracji historii osób, których dotyczy dany temat, co wzbudza empatię i ułatwia zrozumienie niejednokrotnie skomplikowanych kwestii. Prowadzenie kampanii przez kilka lat pozwala zbadać realnie zmiany w świadomości odbiorców i porównać wynik końcowy z wyjściowym. Obserwowanie tego, jak zmienia się ta percepcja, zgodnie z pożądanym efektem, daje ogromną satysfakcję – komentuje Katarzyna Puchacz, Health Care & Medical Director w LoveBrands Group.

Jeden z obszarów, w których rola kampanii społecznych jest dziś szczególnie istotna, to cyberbezpieczeństwo. Edukacja społeczna na ten temat jest dziś realną potrzebą. Cyberprzestępcy stale modyfikują swoje metody, wykorzystując nowe technologie i bieżące wydarzenia do tworzenia coraz bardziej wiarygodnych oszustw. Dlatego kampanie społeczne dotyczące bezpieczeństwa w sieci muszą nadążać za tymi zmianami i w przystępny, dla różnych grup docelowych, sposób odpowiadać na aktualne zagrożenia. W LoveBrands Group wspieramy program Banku Pocztowego, „Cyberdojrzali. Bądź mądrzejszy od oszusta”, prowadząc komunikację w mediach społecznościowych i przekładając temat cyberzagrożeń na praktyczne, przystępne treści edukacyjne. Naszym celem jest nie tylko informowanie o ryzykach, ale przede wszystkim budowanie nawyków cyfrowego bezpieczeństwa – dodaje Weronika Szmaja, Project Manager w LoveBrands Group.

Badanie zostało zrealizowane przez agencję SW Research w dniach 31.03-2.04.2026 r. techniką wywiadów online (CAWI) na reprezentatywnej próbie 1002 Polaków w wieku 16+ na panelu badawczym swpanel.pl.

Producent regałów czy pośrednik? Jak porównać oferty, żeby nie przepłacić

Przy zakupie regałów magazynowych wiele firm porównuje oferty przede wszystkim po cenie. To naturalne, ale często prowadzi do mylnego wniosku, że najtańsza propozycja jest najkorzystniejsza. W praktyce dwie wyceny o podobnym zakresie mogą oznaczać zupełnie inną odpowiedzialność za projekt, inny standard wykonania, inny poziom dopasowania do obiektu i inne ryzyko kosztów po wdrożeniu.

Najwięcej problemów nie wynika z samego zakupu konstrukcji, ale z braków w zakresie: pomiarów, projektu, montażu, dopasowania do procesu pracy i późniejszego wsparcia. Dlatego decyzję warto podejmować nie tylko na podstawie ceny jednostkowej, lecz także w oparciu o realny zakres usługi i przewidywalność całej realizacji.

Co realnie porównywać w ofertach

Pierwsza kwestia to zakres. Czy oferta obejmuje analizę przestrzeni, dopasowanie do rodzaju towaru, projekt układu, montaż i wskazanie zasad eksploatacji? Czy obejmuje rozwiązanie problemów takich jak słupy, wnęki, niestandardowa wysokość, strefy kompletacji lub sezonowe skoki wzrostu towarów w magazynie? Bez tych informacji porównanie cen jest tylko pozorne. Druga kwestia to stopień dopasowania. W wielu firmach przewagę daje produkcja regałów na wymiar, bo pozwala wykorzystać przestrzeń zgodnie z realnym układem hali i procesem pracy. Jeżeli oferta opiera się wyłącznie na katalogowych modułach bez analizy obiektu, oszczędność na starcie może oznaczać straty operacyjne później.

Dlaczego najtańsza oferta bywa najdroższa

Różnice kosztowe bardzo często pojawiają się dopiero po podpisaniu zamówienia. Dodatkowe elementy, korekty projektu, dopłaty za montaż, konieczność przebudowy układu lub niedoszacowanie liczby miejsc składowania powodują, że początkowo atrakcyjna cena przestaje być przewagą. Z perspektywy zarządczej oznacza to nie tylko wyższy koszt, ale też większe ryzyko opóźnień i zakłóceń pracy magazynu. Dlatego dobra oferta powinna jasno pokazywać, za co klient płaci: czy obejmuje dopasowanie do obiektu, jakie są założenia obciążeniowe, jak wygląda montaż, co dzieje się po wdrożeniu i kto odpowiada za zgodność rozwiązania z ustalonym zakresem.

Co powinna zawierać dobra wycena

Przed podjęciem decyzji warto sprawdzić, czy wycena regałów obejmuje nie tylko same elementy konstrukcyjne, ale też informacje o konfiguracji układu, przewidywanym sposobie użytkowania, montażu i ewentualnych zabezpieczeniach. Im bardziej przejrzysta oferta, tym mniejsze ryzyko nieporozumień na etapie realizacji. W praktyce dobrze przygotowana wycena pomaga też szybciej porównać kilka propozycji. Zamiast koncentrować się wyłącznie na cenie końcowej, można zestawić realny zakres, poziom dopasowania i odpowiedzialność wykonawcy.

Dlaczego warto patrzeć dalej niż do momentu montażu

Zakup regałów nie kończy się na odbiorze konstrukcji. Liczy się również późniejsza eksploatacja, bezpieczeństwo pracy i możliwość dalszego rozwoju magazynu. Jeżeli system ma być elementem procesu na lata, warto zwrócić uwagę na to, czy wykonawca zapewnia wsparcie także po uruchomieniu. Jednym z ważnych obszarów są przeglądy regałów po wdrożeniu, które pomagają utrzymać system w dobrym stanie i szybciej reagować na uszkodzenia lub przeciążenia. Z punktu widzenia firmy oznacza to większą przewidywalność kosztów, lepszą kontrolę ryzyka i mniejsze prawdopodobieństwo, że po kilku miesiącach trzeba będzie naprawiać skutki pośpiesznej decyzji zakupowej.

Podsumowanie

Różnica między producentem a pośrednikiem nie sprowadza się wyłącznie do źródła zakupu. Najważniejsze jest to, kto bierze odpowiedzialność za dopasowanie rozwiązania do obiektu, procesu pracy i przyszłych potrzeb firmy. Dopiero w takim ujęciu można uczciwie porównać oferty i ocenić, która z nich naprawdę ogranicza ryzyko kosztów po wdrożeniu. Jeżeli chcesz porównać warianty nie tylko cenowo, ale też pod kątem zakresu, dopasowania i bezpieczeństwa eksploatacji, skontaktuj się z REMA: [email protected], +48 533 555 071.

Ropa, dolar i FED w centrum uwagi inwestorów. Na rynkach widać ostrożny optymizm

Po raz kolejny w notowaniach surowców widać powiew optymizmu. Nie są to jednak przełomowe zmiany, lecz raczej pewna stabilizacja związana z rosnącymi szansami. W tle wygląda na to, że nominacja nowego szefa FED pokonała znaczący problem.

Rynek uwierzył w przełom

Patrząc na zmiany cen ropy, inwestorzy z jakiegoś powodu wierzą w przełom. W piątek mieliśmy bowiem odmianę Brent po 105 USD za baryłkę, a dzisiaj nad ranem jest 4 USD tańsza. Poziom 101 USD to oczywiście nie są pułapy, które wskazywałyby na wiarę inwestorów w rychły pokój. Wygląda to raczej na wzrost szans choćby na częściowe udrożnienie drogi wodnej przez Cieśninę Ormuz. Warto zaznaczyć, że jeszcze w piątek ropa amerykańska była 11 USD tańsza, a dzisiaj ta różnica wynosi zaledwie 5 USD. Pokazuje to, że rynek się wyrównuje. Wyraźnie droższa ropa Brent wynika bowiem z tego, że jest to gatunek będący punktem odniesienia dla cen światowych. Znacznie bardziej zatem na niego wpływa konflikt na Bliskim Wschodzie, niż na surowiec wydobywany w USA i tam wyceniany. Warto natomiast pamiętać, że rozmowy cały czas trwają, a obecne ruchy wynikają ze zmiany oczekiwań inwestorów, a nie realnych przełomów w negocjacjach.

Waluty też wierzą

Wraz ze spadkiem cen ropy Brent mamy również drugi sygnał świadczący o oczekiwaniach inwestorów na przyciszenie konfliktu. Jest nim odwrót od dolara. Ten ruch jest jednak znacznie mniej imponujący niż zmiany na ropie naftowej. Rynki walutowe, podobnie jak kruszce, nie reagują już tak silnie na kolejne oczekiwania przełomu. Prawdopodobnie dlatego, że większość analityków najbardziej wierzy obecnie w scenariusz stopniowego udrażniania Cieśniny Ormuz i wygaszania walk bez formalnego podpisania pokoju. Obie strony muszą bowiem móc ogłosić sukces. Warto zwrócić uwagę, że w negocjacjach panuje impas. Kluczowym tematem ma być kwestia tego, czy najpierw ma dojść do zaprzestania ataków i dopiero później do rozmów o programie nuklearnym, czy odwrotnie. Amerykanie chcą najpierw rozmawiać, a Iran chce najpierw przestać być bombardowany.

Nowy szef FED coraz bliżej

Kevin Warsh został nominowany na szefa FED przed Donalda Trumpa, ale procedura nie idzie zbyt płynnie. W ostatnich dniach nastąpił jednak przełom. Jeden z republikańskich senatorów blokował bowiem jego kandydaturę do czasu zakończenia śledztwa przeciwko obecnemu szefowi FED. Dotyczyło ono domniemanych nieprawidłowości przy remoncie siedziby banku. Obecnie wraz z zamknięciem tego postępowania, pojawiła się zapowiedź poparcia wniosku. Jeżeli Komisja Bankowa Senatu zaakceptuje Kevina Warsha, kolejnym krokiem jest głosowanie w pełnym składzie Senatu. To wydarzenie poprzedzone jest jednak kolejną serią pytań do kandydata. Trzeba pamiętać, że w Senacie potrzebna jest zwykła większość 51 głosów. Obecnie Republikanie mają 53 głosy, więc jeśli nie wyłamie się przynajmniej 3 republikańskich senatorów, przy pełnym sprzeciwie demokratów i dwóch powiązanych z nimi kandydatów niezależnych nie powinno być niespodzianek.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Zmiana w zarządzie Banku Millennium. Hugo Resende zastąpi António Pinto

Z dniem 24 kwietnia 2026 roku Rada Nadzorcza Banku Millennium powołała Hugo Resende na stanowisko Członka Zarządu Banku Millennium S.A. Zastąpi on António Pinto, który po ośmiu latach kończy pełnienie funkcji w Polsce, aby kontynuować pracę zawodową w innym podmiocie Grupy Kapitałowej Millennium bcp w Portugalii.

Hugo Resende posiada 19-letnie doświadczenie w sektorze bankowym. Karierę zawodową rozpoczął w Millennium bcp w Portugalii, gdzie pełnił funkcje menedżerskie obejmujące strategię, marketing, zarządzanie siecią sprzedaży detalicznej, doświadczenie klienta oraz rozwój kultury wysokiej efektywności organizacyjnej. Ostatnio pracował na stanowisku Dyrektora Generalnego Kierującego Marketingiem i Wsparciem Sieci Sprzedaży Detalicznej w Millennium bcp. Był stałym członkiem kluczowych komitetów banku.

Hugo Resende ukończył studia w zakresie ekonomii oraz posiada tytuł magistra ekonomii finansowej i monetarnej Lisbon School of Economics & Management. Ukończył także program menedżerski AESE Business School w Lizbonie.

– W imieniu Rady Nadzorczej gratuluję Hugo Resende objęcia stanowiska członka Zarządu Banku Millennium i życzę powodzenia w realizacji stojących przed nim ambitnych celów zapisanych w strategii Banku „Wartość i Wzrost’28”. Jednocześnie dziękuję António Pinto za ogromne zaangażowanie i znaczący, wieloletni wkład w rozwój Banku oraz życzę sukcesów w dalszej karierze zawodowej w Grupie Millennium bcp – powiedziała Olga Grygier-Siddons, Przewodnicząca Rady Nadzorczej Banku Millennium.

António Pinto jest związany z Grupą Millennium od początku lat 90. Od kwietnia 2018 roku był Członkiem Zarządu Banku Millennium S.A. w Polsce, a wcześniej pełnił szereg kluczowych funkcji menedżerskich w Grupie Millennium w Polsce i Portugalii.

Karierę zawodową rozpoczął w Banco Português do Atlântico (1990), od 1994 roku wchodzącym w skład Grupy Millennium bcp, zdobywając doświadczenie w bankowości detalicznej i przedsiębiorstw dzięki zajmowaniu stanowisk kierowniczych w obszarach marketingu i wsparcia sprzedaży. W latach 2001 – 2011 pracował w Banku Millennium S.A., jako kierujący departamentami odpowiedzialnymi za marketing, jakość, procesy i operacje, a od kwietnia 2010 roku jako Członek Zarządu. W ciągu kolejnych 7 lat zajmował stanowisko kierującego Departamentem Marketingu Bankowości Detalicznej w Millennium bcp w Portugalii, a w okresie lipiec 2016 – maj 2018 roku także niewykonawczego członka Zarządu ActivoBank.

Antonio Pinto złożył rezygnację, ze skutkiem na dzień 24 kwietnia 2026 r., z funkcji Członka Zarządu Banku, w związku z zamiarem kontynuacji swojej ścieżki zawodowej w innym podmiocie Grupy Kapitałowej Millennium bcp.

– W imieniu wszystkich członków Zarządu chciałbym wyrazić ogromne podziękowania António za osiem ważnych lat pracy w Zarządzie Banku. Dziękuję w szczególności za udział w kreowaniu ambitnych strategii Banku oraz wdrażaniu ich w życie i osiąganiu świetnych rezultatów; za dbałość o ofertę produktów i usług Banku, rozwój kanałów cyfrowych, a także nieustanną pracę nad jakością naszej obsługi we wszystkich kanałach Banku, za co jesteśmy doceniani przez klientów i sektor bankowy. Szczególnie dziękuję także za niezwykłą umiejętność współpracy, troskę o zespoły i bankowe talenty oraz za ludzką, dobrą, pozytywną energię, którą dzielił się z nami każdego dnia. Witam w Polsce i w zespole Millennium Hugo Resende. Jestem przekonany, że multidyscyplinarne doświadczenie Hugo będzie świetnie wykorzystane w dalszym ambitnym rozwoju Banku Millennium w sektorze bankowym – powiedział João Bras Jorge, Prezes Zarządu Banku Millennium.

AI w bankowości – jak sztuczna inteligencja zmienia sektor finansowy?

Sztuczna inteligencja pozwala bankom szybciej rozpoznawać potrzeby użytkownika i porządkować obsługę w tle.. Zmiana nie polega tylko na wdrożeniu technologii AI, ale na przebudowie sposobu świadczenia usług finansowych. Z korzyścią dla klientów.

Inteligentna obsługa zamiast reakcji po fakcie

Nowoczesny bank nie ogranicza AI do czatu czy automatycznej odpowiedzi. Systemy uczące się analizują historię korzystania z usług, wychwytują powtarzalne zachowania i na tej podstawie wspierają kontakt z klientem w odpowiednim momencie. Mogą przypominać o zobowiązaniach, porządkować wydatki, podpowiadać działania w aplikacji i kierować sprawę do właściwego procesu bez zbędnego udziału klienta. Dobrze wdrożone AI w bankowościoznacza spersonalizowaną obsługę, ale bez chaosu informacyjnego. Klient nie dostaje przypadkowych komunikatów, tylko wsparcie powiązane z realnym kontekstem jego aktywności.

Szybsze decyzje i lepsza ocena ryzyka dzięki AI

Jednym z najważniejszych skutków wdrażania sztucznej inteligencji jest przyspieszenie procesów, które wcześniej wymagały wielu ręcznych działań. Dotyczy to zwłaszcza analizy wniosków, weryfikacji danych, segmentacji klientów i oceny zdolności do korzystania z określonych produktów. Algorytmy potrafią szybciej łączyć informacje z różnych systemów, wychwytywać zależności i wskazywać przypadki wymagające dodatkowej kontroli. To nie eliminuje nadzoru człowieka, ale porządkuje pracę i ogranicza liczbę błędów operacyjnych. Z perspektywy klienta oznacza to krótszą ścieżkę obsługi, większą przewidywalność procesu i mniejsze ryzyko, że sprawa utknie na etapie technicznej weryfikacji.

Większe bezpieczeństwo w kanałach cyfrowych

Sektor finansowy wykorzystuje sztuczną inteligencję również tam, gdzie najważniejsza jest ochrona pieniędzy i danych. Mechanizmy analizujące zachowanie użytkownika potrafią rozpoznać nietypową aktywność, wyłapać próbę przejęcia dostępu albo zatrzymać podejrzaną operację, zanim szkoda stanie się realna. W połączeniu z biometrią, silnym uwierzytelnianiem, szyfrowaniem i integracją przez API AI wzmacnia bezpieczeństwo bez nadmiernego komplikowania obsługi. Ma znaczenie także w otwartej bankowości, gdzie usługi finansowe są obecne nie tylko w systemie banku, ale również w innych środowiskach cyfrowych. Klient korzysta więc z wygody nowych rozwiązań, a bank może lepiej łączyćinnowację z kontrolą ryzyka i wymogami regulacyjnymi.

Sztuczna inteligencja zmienia sektor finansowy przede wszystkim dlatego, że łączy szybkość działania z lepszą analizą i automatyzacją. Dla klienta banku oznacza to wygodniejszą obsługę, bardziej dopasowane usługi oraz wyższy poziom bezpieczeństwa w codziennym korzystaniu z bankowych produktów. Należy jednak podkreślić, że dobrze wdrożona AI nie zastępuje relacji z klientem, lecz czyni ją sprawniejszą, trafniejszą i bardziej przewidywalną.

 

Kompap podsumowuje 2025 rok i zapowiada dywidendę

Giełdowy Kompap, jeden z największych graczy w branży poligraficznej w Polsce, po raz siódmy z rzędu planuje podzielić się zyskiem z akcjonariuszami. W tym roku zarząd zamierza rekomendować wypłatę dywidendy w wysokości 70 gr na akcję ze skumulowanego zysku netto. W 2025 r. Grupa Kompap wypracowała skonsolidowane przychody w wysokości 101,53  mln zł (108,05 mln zł rok wcześniej), osiągając zysk EBITDA o wartości 9,84 mln zł i 0,61 mln zł zysk netto (odpowiednio 11,83 mln zł i 2,36 mln zł w 2024 r.).

– Sytuacja na rynku poligraficznym jest niezwykle wymagająca wobec bardzo niskich cen stosowanych przez konkurencyjne drukarnie, które w ten sposób nierzadko walczą o przetrwanie. Dbając o kondycję finansową grupy i bazując na wypracowanej przez lata renomie, w naszych zakładach konsekwentnie realizujemy wyłącznie zamówienia o odpowiedniej marży. W efekcie, utrzymaliśmy wskaźnik rentowności na sprzedaży na zbliżonym poziomie co rok wcześniej i w 2025 roku wyniósł on 14,89%. Niezależnie, stale poszukujemy oszczędności w skali grupy, które pozwolą nam oferować wysokiej jakości produkt w poszukiwanej przez klientów atrakcyjnej cenie. Dążenie do ograniczenia kosztów dotyczy różnych aspektów naszej działalności, w tym organizacji procesów na poziomie grupy i poszczególnych zakładów oraz realizowanych inwestycji – komentuje Waldemar Lipka, prezes zarządu Kompap SA.

W grupie Kompap jako spółki zależne działają dwie uznane drukarnie dziełowe – OZGraf i BZGraf oraz Komunikacja Masowa, świadcząca usługi outsourcingu w zakresie masowej komunikacji elektronicznej i tradycyjnej. W bieżącym roku zarząd Kompapu zamierza przedstawić akcjonariuszom podczas WZA propozycję zmian w strukturze grupy, zakładającą połączenie OZGraf i BZGraf ze spółką-matką w jeden podmiot prawny przy zachowaniu funkcjonowania drukarni w Olsztynie i Białymstoku w formie zintegrowanych oddziałów: Kompap OZGRAF Olsztyn oraz Kompap BZGRAF Białystok.

 – Szacujemy, że połączenie naszych spółek w Olsztynie i Białymstoku z Kompapem powoli nam wygenerować oszczędności sięgające 1 mln zł w skali roku. Będziemy mogli wyeliminować dublujące się funkcje w grupie na poziomie zarządów i kadry menedżerskiej, stworzyć centrum usług wspólnych m.in. w obszarach finansów, HR czy IT, co pozwoli także na usprawnienie procesu raportowania finansowego. Planowane połączenie stworzy też możliwości efektywniejszego zarządzania stanami magazynowymi i obniżenia kosztów logistyki międzyzakładowej, zwłaszcza że Kompap ma także drukarnię offsetową rolową w Laskowicach. Dzięki usprawnieniu procesów produkcyjnych zmniejszymy koszt jednostkowy druku i zyskamy jeszcze większą siłę negocjacyjną u dostawców. Redukcja liczby podmiotów prawnych w grupie pozwoli też ograniczyć koszty usług obcych – wyjaśnia Waldemar Lipka.

Dążenie do obniżenia kosztów ma na celu zwiększenie rentowności Grupy. W 2025 r. Kompap zanotował zmniejszenie skonsolidowanych przychodów o 6% r/r, co było bezpośrednim efektem spadku cen papieru o 10%. Mimo utrzymania rentowności sprzedaży wyniki zostały obciążone kosztami związanymi z serią odejść na emeryturę wieloletnich pracowników drukarni. Ten trwający dwa lata proces zakończył się w minionym roku i nie będzie oddziaływać na wyniki kolejnych okresów. Kompap sfinalizował też projekt rozwijania uniwersalnych kwalifikacji wśród pracowników. Odchodzenie od wąskich specjalizacji ma zwiększać elastyczność produkcji w Grupie.

– Drukarnie w Olsztynie i Białystoku obsługują wydawców z całej Europy. Nasz eksport wzrósł o ok. 5% w minionym roku i stanowi ponad 20% przychodów grupy. Wobec dużej konkurencji cenowej z Chin, wydawcy zagraniczni najczęściej korzystają z naszych usług w przypadku szybkich zleceń czy mniejszych nakładów lub też zawirowań na rynkach globalnych, wpływających na proces dostaw z Azji. Tym bardziej zależy nam na jak największej elastyczności procesów produkcyjnych. Obok zwiększania wszechstronnych kompetencji wśród pracowników rozwijamy usługę druku cyfrowego, bo pozwala nam to realizować mniejsze nakłady w dobrych cenach, zgodnie z oczekiwaniami klientów. W minionym roku zakupiliśmy do naszej białostockiej drukarni nową maszynę do druku cyfrowych okładek za ok. 450 tys. zł. Okazyjnie kupiliśmy też maszyny do druku cyfrowego do Laskowic. Tworzymy tam ośrodek zapasowy na potrzeby klientów Komunikacji Masowej, wśród których znajdują się największe firmy z branży finansowej czy telekomunikacyjnej w Polsce. Ma on zabezpieczyć ciągłość usług na wypadek nieprzewidzianych zdarzeń – wyjaśnia prezes Lipka.

Inwestycje realizowane przez Kompap w minionym roku wyniosły ok. 2 mln zł. W tym roku planowana jest dla rozbudowa parku maszynowego, m. in. sprowadzane są obecnie dwie maszyny z Chin od sprawdzonego producenta: specjalistyczna gilotyna do cięcia papieru i maszyna do lakierowania 3D. Również w tym roku Kompap planuje budowę instalacji fotowoltaicznej w Laskowicach.

– Nieco dłużej niż zakładaliśmy zajęło nam uzgodnienie wymaganych kwestii formalnych, mamy już jednak pozwolenie na budowę i inwestycja fotowoltaiczna zostanie zrealizowana jeszcze w tym roku. Już w kolejnym około 30% zapotrzebowania na energię w Laskowicach będzie obsługiwane przez odnawialne źródła energii, co pozwoli nam na obniżenie kosztów. Zakładamy, że inwestycja ta zwróci nam się do 5 lat – mówi Waldemar Lipka.

Kompap jest w ocenie zarządu w bardzo dobrej sytuacji finansowej. W związku z konfliktami zbrojnymi na świecie w Grupie spłacono większość kredytów i Kompap wciąż dysponuje środkami ze skumulowanego zysku, który zarząd chce wypłacić akcjonariuszom w formie dywidendy w wysokości 70 gr na akcję. Decyzję w tej sprawie podejmie Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy.