Outsourcing inżynierów IT sposobem na obniżenie kosztów

Z danych opublikowanego raportu KPMG „Zupełnie nowy świat outsourcingu usług IT” wynika, że Polska znalazła się na drugim miejscu pod względem atrakcyjności lokalizacji dla usług IT (8% respondentów). Na pierwszym miejscu w tej klasyfikacji znalazły się Indie (42% respondentów) zaś na trzecim Brazylia (6% respondentów).

W Polsce jest wiele firm, które decydują się na współpracę i powierzenie części zadań innej firmie. Coraz częściej organizacje decydują się na przekształcenie lokalnych i centralnych działów IT do modelu centrów usług wspólnych (CUW). Jednak decydując się na podjęcie współpracy z wybranym usługodawcą z zakresu IT należy bardzo starannie i dokładnie sprawdzić czy jest on w stanie zapewnić działania na najwyższym poziomie.

Co daje outsourcing?

Usługi outsourcingowe dają dostęp do wiedzy i doświadczenia liderów rynkowych oraz ogólnoświatowej bazy danych. Inżynier IT skierowany do współpracy z przedsiębiorstwem korzysta z całego zasobu wiedzy zgromadzonej w firmie doradczej, z firmowych baz danych, wskazówek innych ekspertów. Specjalista z zewnątrz pracuje tylko wówczas, gdy jest rzeczywiście potrzebny, niekoniecznie na pełnym etacie i wiąże się to z efektywnym wykorzystaniem czasu. W konsekwencji powoduje to nie tylko ograniczenie kosztów, ale
i ryzyka związanego z poszukiwaniem i zatrudnieniem własnych specjalistów. Dość często spotykanym zjawiskiem jest również team leasing, czyli outsourcing całego zespołu wraz z kierownikiem na czele. – Nasza firma od ponad 20 lat wykorzystując najnowsze technologie tworzy i dostarcza klientom stojące na najwyższym światowym poziomie rozwiązania informatyczne. W ramach outsourcingu bardzo często nasi eksperci są wydelegowani do działań i wdrożeń do firmy partnerskiej. Współpracowaliśmy m.in. z polskim Airbusem. Aktualnie tworzymy rozwiązania dla światowych czołowych liderów branży energetycznej – mówi Konrad Świrski, Prezes Transition Technologies.

Korzyści outsourcingu

Największą zaletą płynącą z outsourcingu to redukcja kosztów. Według raportu KPGM 26% badanych respondentów wskazuje właśnie na tę zaletę. Coraz istotniejsze jednak zdają się być inne czynniki, takie jak: dążenie do realizacji usług na najwyższym poziomie (21%), specjalizacja pracy, koncentracja na funkcjach biznesowych, dostęp do specjalistycznej wiedzy (19%). – Outsourcing pozwala na koncentrację sił na głównych celach działalności, środków i procesów. Organizacja osiąga lepsze wyniki i rośnie jej wartość rynkowa poprzez zapewnienie najwyższej, jakości usług bazujących na doświadczeniu i kompetencji firmy z zewnątrz. Co więcej, firma zwiększa elastyczność swoich działań, a poprzez oszczędność czasu i zasobów ludzkich – również wydajność. Odciąża również od pracy różne działy firmy, np. zaopatrzenie, rekrutację – dodaje Konrad Świrski, Prezes Transition Technologies.

Nowe trendy outsourcingu

Outsourcing stosowany jest wówczas, gdy zasoby zewnętrzne są tańsze od wewnętrznych. Obecnie technologie odgrywają coraz większą role w biznesie. Firmy IT korzystają z różnych usługodawców m.in. inżynierów, specjalistów oraz dostawców technologii chmury. Najnowsze trendy wskazują również, że przesuwa się wartość outsourcingu – z ograniczenia kosztów na najwyższą, jakość dostarczanych usług, innowację, a także bezpośrednim pozyskaniem korzyści dla firmy. Decydując się na współpracę opartą na outsourcingu należy wziąć pod uwagę wszystkie plusy i minusy. Wady mogą pojawić się na etapie zaufania, kiedy to pojawia się obawa przed powierzeniem części swoich zadań drugiej firmie. Kolejną wadą może być zbyt duża chęć minimalizowania kosztów, co niekiedy przekłada się na obniżenie, jakości wykonywanych usług.

W zależności od wiedzy, środków i priorytetów organizacje podejmują decyzje o tym, jakie potencjalne obszary i w jakiej formie mogą bazować na outsourcingu. Jednak mając na uwadze obecnie panujące trendy na rynku IT, powszechny dostęp do zasobów oraz stale rosnące wymagania i oczekiwania klientów, warto zastanowić się nad końcowym rachunku opłacalności działania w pojedynkę. Słusznie podjęta decyzja o współpracy może przyczynić się do wzmocnienia pozycji rynkowej jak również do powstania wieloletniej współpracy pomiędzy zleceniodawcą i zleceniobiorcą. W rezultacie stają się oni dla siebie kluczowymi kontrahentami. Z kolei, w przypadku błędnie podjętej decyzji o współpracy, może spowodować znaczny uszczerbek na wizerunku firmy.

IMM: najbardziej opiniotwórcze polskie media w lutym 2014.

0

W lutym media najczęściej powoływały się na Gazetę Wyborczą, Rzeczpospolitą oraz radio RMF FM – wynika z najnowszego raportu Instytutu Monitorowania Mediów. Więcej na http://bit.ly/1OP2J91.

Aplisens stopniowo zmienia kierunki eksportu. Spółka liczy na wzrost zamówień z UE oraz Azji, Afryki i Ameryki

CEO Magazyn Polska

Producent urządzeń kontrolno-pomiarowych spółka Aplisens w 2015 roku spodziewa się mniejszej sprzedaży na rynkach wschodnich oraz jej wzrostu na rynkach UE. W Polsce spółka generuje obroty głównie dzięki zamówieniom z branży energetycznej i ekologicznej, co dodatkowo mogą wesprzeć środki z nowej perspektywy finansowej UE i nowe inwestycje. Aplisens liczy na zdobycie nowych rynków zbytu w Ameryce Południowej, Azji i Afryce, gdzie już teraz notuje ponad 30-proc. dynamikę wzrostu przychodów.

 2014 rok nie był zły, bo mimo gorszej sytuacji na rynkach WNP sprzedaż wzrosła o ponad 11 proc. Na najbardziej newralgicznym rynku WNP te wzrosty były na poziomie 12 proc., co nas pozytywnie zaskoczyło, bo spodziewaliśmy się raczej spadków lub co najwyżej stabilizacji  mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adam Żurawski, prezes zarządu Aplisens, dostawcy przemysłowej aparatury kontrolno-pomiarowej.  Gorzej wygląda prognozy na kolejne kwartały, tutaj jednak obawiamy się tąpnięcia na poziomie zamówień. Ta obawa występowała w zasadzie od roku, natomiast spodziewamy się, że w końcu to może nastąpić.

Obroty na rynku ukraińskim skurczyły się o 45 proc. Jak zwraca uwagę Żurawski, wzrost na rynkach wschodnich wynika z wyższych obrotów na rynku rosyjskim i obsługującym go rynku białoruskim. Łącznie kraje WNP odpowiadały za około 40 proc. sprzedaży spółki, podobnie jak rynek polski. Na rynku krajowym popyt w stosunku do 2013 roku był wyższy o 8 proc, co zdaniem Żurawskiego jest wynikiem powyżej oczekiwań.

 W najbliższych kwartałach w Polsce spodziewamy się wzrostu zapotrzebowania na aparaturę kontrolno-przemysłową w branży energetycznej oraz związanej z ekologią, czyli m.in. w spalarniach czy podmiotach działających w ramach gospodarki wodno-ściekowej wymagającej opomiarowania różnych mediów  wyjaśnia Żurawski.

Jak dodaje, zbliżający się start realizacji środków z nowej perspektywy unijnej pomoże rynkowi poprzez nowej inwestycje.

 W 2014 roku mieliśmy spadki w przemyśle ciężkim, poza tym widzimy, jaka panuje sytuacja w górnictwie. Tu nie spodziewamy się wzrostów, raczej stabilizacji lub nawet spadków  przekonuje prezes Aplisens.

Rynek UE jest już dla grupy trzecim rynkiem (po WNP i Polsce) pod względem generowanych obrotów, z udziałem 14,42 proc. w całej sprzedaży.  Osiągnięty w 2014 roku 13-proc. wzrost przychodów z tego rynku jest dla Adama Żurawskiego pewnym rozczarowaniem, co wynika z wpływu sytuacji na Wschodzie na rynek europejski. Natomiast w 2015 prezes spółki Aplisens spodziewa się wyższego wzrostu.

 Wydaje nam się, że w tej chwili trzeba bardziej optymistycznie patrzeć na ten rynek, na którym wzrosty powinny być nieco większe niż w ubiegłym roku  mówi Żurawski.  Gospodarka Niemiec ożywiła się, odzwierciedla się to we wzrostach naszej sprzedaży na tym rynku.

Aplisens eksportuje swoje produkty także do bardziej egzotycznych krajów. Udział tej sprzedaży w ogólnych przychodach jest jeszcze niewielki, ale dzięki temu rośnie ona w szybkim tempie. W 2014 roku rynki poza WNP, Polską i UE wygenerowały 5,3 proc. sprzedaży. Wzrosły natomiast w tempie niemal 32 proc.

 Na pozostałych rynkach w regionach Ameryki Południowej, Azji i Afryki odnotowaliśmy największy przyrost na poziomie trzydziestu kilku procent tłumaczy Adam Żurawski.  Oczywiście nasz udział na tych rynkach jest bardzo mały, ale podejmujemy próby wejścia do poszczególnych krajów i tutaj widzimy największe szanse wzrostu w kolejnych latach.

Spółka oferuje urządzenia (m.in. przetworniki ciśnienia, sondy głębokości, czujniki temperatury) wykorzystywane m.in. w energetyce, przemyśle rafineryjnym, spożywczym, chemicznym i farmaceutycznym. Obecnie Aplisens posiada spółki zależne w Niemczech, Rosji, Czechach, Rumunii, na Białorusi i Ukrainie, które odpowiadają za niemal 2/3 przychodów firmy. W 2014 roku spółka odnotowała przychody na poziomie 89,3 mln zł (wzrost o 11,5 proc.), zysk EBIT w wysokości 17 mln zł (spadek o 6,6 proc.) oraz zysk netto rzędu 12,6 mln zł (spadek o 12,7 proc.).

Polska sieć gazowa wymaga szybkich i kosztownych remontów. Niezbędne inwestycje idą w miliardy złotych

CEO Magazyn Polska

Znaczna część sieci gazowej w Polsce jest przestarzała, dlatego wymaga natychmiastowej modernizacji. W ciągu najbliższej dekady konieczne mogą się okazać miliardowe inwestycje. By im sprostać i zwiększyć stopień bezpieczeństwa, Polska Spółka Gazownictwa, właściciel sieci, musi przejść gruntowną przemianę.

Polska Spółka Gazownictwa to czołowy dystrybutor gazu w Polsce, który obsługuje ponad 6,7 mln odbiorców końcowych. Posiada sieć gazociągów o długości ponad 170 tys. km, którymi rozprowadza blisko 10 mld m3 gazu rocznie. Niestety, znaczna część należącej do spółki sieci jest już przestarzała.

– Większość z nich była budowana w środkowym PRL-u, podobnie jak bardzo duża część wszelkiej infrastruktury przesyłowej w Polsce mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dominik Smyrgała, kierownik studiów podyplomowych Bezpieczeństwo Energetyczne w Collegium Civitas. – To jest taki moment, w którym nie da się dłużej odwlekać inwestycji w renowację albo wymiany na nowe. Trzeba kłaść nowe rury, albo te, które już leżą, zastępować nowymi, ponieważ kończy się okres resursu (gwarancja bezpieczeństwa i sprawności eksploatacji – red.) tych instalacji, w związku z czym mogą one i będą coraz częściej ulegać awariom.

To oznacza, że prace muszą rozpocząć się szybko. Istniejąca sieć musi wytrzymać obciążenia stale rosnących zamówień na gaz w Polsce.

– W ciągu najbliższej dekady nie tylko konieczna jest wymiana części rur, lecz także trzeba kłaść nowe – ocenia Dominik Smyrgała. – Wynika to z tego, że stale zwiększa się w Polsce udział gazu ziemnego w rynku nośników energii. Powstaje np. coraz więcej domów jednorodzinnych albo budynków ogrzewanych nie tyle węglem czy paliwami stałymi, ile właśnie gazem ziemnym.

Rosnący rynek gazu wymaga inwestycji, te zaś nakładów finansowych. I to, jak szacuje kierownik studiów podyplomowych Bezpieczeństwo Energetyczne w Collegium Civitas, znacznych nakładów.

– Inwestycje te będą kosztowały bardzo, bardzo dużo, koszty idą w dziesiątki czy setki milionów, może nawet miliardy złotych, gdybyśmy chcieli wymienić całość tych sieci. To są przecież tysiące kilometrów rurociągów. W związku z tym spółka będzie musiała rozłożyć to w jakiejś perspektywie czasowej na etapy. To wieloletni proces i trzeba będzie zacząć od tych, które są w najgorszym stanie, i od tych, które obsługują w tej chwili największą liczbę odbiorców.

Polska Spółka Gazownictwa nie ma możliwości przeniesienia tych kosztów na odbiorców. Taryfy gazowe zatwierdza bowiem Urząd Regulacji Energetyki, który niechętnie godzi się na podwyżki, zwłaszcza wysokie. Spółka musi więc szukać pieniędzy u siebie, tnąc własne koszty.

– W Polsce z dystrybucją jest tak, że PSG ma bardzo mocną pozycję, która wynika jeszcze z okresu monopolistycznego – zwraca uwagę Dominik Smyrgała z Collegium Civitas. – Ale jeżeli Spółki nie będzie stać na modernizację własnej infrastruktury albo na docieranie do nowych klientów, może okazać się, że do klientów będą docierali inni operatorzy. W konsekwencji PSG będzie tracić te części rynku, w których była dostawcą, bo okaże się, że jej infrastruktura uległa dekapitalizacji i w związku z tym nie jest w stanie świadczyć swoich usług.

Spośród obsługiwanych przez spółkę ponad 170 tysięcy km sieci gazociągów i przyłączy ponad połowa ma więcej niż 20 lat, z czego 49 tys. km przeszło 25 lat.

Za miesiąc nowa wersja programu Płatnik. Możliwa będzie komunikacja online między ZUS a klientem

CEO Magazyn Polska

Pod koniec kwietnia ZUS udostępni nową wersję swojego programu do rozliczania składek ubezpieczeniowych. Najważniejszą zmianą będzie wykorzystanie internetu do komunikacji na bieżąco pomiędzy płatnikiem a urzędem. ZUS liczy na to, że dzięki nowej wersji programu w rozliczeniach będzie mniej błędów.

Wersja Płatnika, która będzie pod koniec kwietnia dostępna na naszych stronach, jest zupełnie nowa. Przede wszystkim wszystko będzie działo się online, więc klient będzie od razu mógł zweryfikować wszystkie swoje dane – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zbigniew Derdziuk, odchodzący ze stanowiska prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. – To jest połączenie interaktywności Płatnika i e-Płatnika dla tych, którzy korzystają z Platformy Usług Elektronicznych.

Największą zmianą w dziesiątej wersji Płatnika będzie lepsze zintegrowanie programu z siecią internetową. Pozwoli to na bieżącą komunikację pomiędzy płatnikiem a urzędem. Jak podkreśla Derdziuk, jest to dużo wygodniejsze dla przedsiębiorców.

Będzie od razu możliwość podejrzenia niektórych danych, które zostały wysłane do ZUS-u. Będziemy na bieżąco skomunikowani, czyli to jest proste przejście z offline na online – tłumaczy prezes ZUS-u.

Nowy Płatnik ma mieć także zdecydowanie więcej funkcji ułatwiających rozliczanie składek. Program będzie wskazywał użytkownikom popełnione błędy i podpowiadał, w jaki sposób należy wypełnić poszczególne formularze. Dzięki temu ma zmaleć liczba błędów popełnianych przez przedsiębiorców.

System będzie przedsiębiorcom podpowiadał, za kogo trzeba składki odprowadzić, jak je wyliczyć, pomoże je wyliczyć, a gdyby chcieli przez pomyłkę drugi raz to zrobić, podpowie, że to już zostało zrobione – wylicza funkcje programu Derdziuk.

Dzięki komunikacji z internetem program będzie miał też funkcję autoaktualizacji. To oznacza, że przedsiębiorcy będą mieli pewność, że cały czas mają dostęp do najbardziej aktualnej wersji programu.

Jak zaznacza Derdziuk, mniejsza liczba błędów jest korzystna nie tylko dla płatników, lecz także dla samego urzędu. Pracownicy ZUS-u nie będą bowiem musieli spędzać tak wiele czasu na poprawianiu przesłanych do urzędu formularzy.

Program Płatnik jest bezpłatny i można go pobrać bezpośrednio ze strony ZUS-u.

ZAiKS prowadzi ok. 2 tys. procesów ws. łamania praw autorskich. Niepłacących przedsiębiorców ubywa

0

CEO Magazyn Polska

Coraz mniej przedsiębiorców unika opłaty za prawa autorskie do odtwarzania utworów muzycznych. Choć ZAiKS ciągle prowadzi w tej kwestii ok. 2 tys. postępowań sądowych, świadomość tego obowiązku jest coraz większa. Przedsiębiorcy nieregulujący opłaty muszą liczyć się z kontrolą i otrzymaniem pisma z wezwaniem do zapłaty. Jeśli dana firma nadal nie płaci, sprawa może trafić do sądu.

Tych instytucji, które nie płacą, jest już naprawdę niewiele, dlatego że świadomość w tym zakresie jest dość duża. Wiadomo, że ten, kto korzysta z cudzej twórczości, bez względu na jej źródło, i wplata ją w działalność gospodarczą, zobowiązany jest do legalnego korzystania z tej twórczości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Lewandowski, dyrektor generalny Stowarzyszenia Autorów ZAiKS. ‒ Większość przedsiębiorców ma umowy licencyjne i większość płaci. Choć mimo tego w skali kraju ZAIKS prowadzi około 2 tys. procesów.

Jak podkreśla Lewandowski, opłat za prawa autorskie najczęściej nie regulują nowe przedsiębiorstwa. Często wynika to z braku świadomości takiego obowiązku. Lewandowski tłumaczy, że takie firmy często są niechętnie nastawione do wszystkich opłat.

Zgodnie z prawem opłaty za prawa autorskie musi uiścić każdy przedsiębiorca, który odtwarza publicznie muzykę. Dotyczy to m.in. salonów fryzjerskich, restauracji czy hoteli. Stawki te są bardzo zróżnicowane, ale dokładnie określone w tabeli publikowanej na stronie internetowej ZAiKS-u, a także organizacji pokrewnych, takich jak ZPAV i SAWP. Stawki opłat zależą m.in. od typu przedsiębiorstwa, wielkości miasta, w którym się znajduje, i wielkości samego lokalu.

Dla przykładu, przedsiębiorca posiadający niewielki obiekt handlowy o powierzchni do 50 mkw. musi zapłacić 55,85 zł miesięcznie, ale już właściciel restauracji w Warszawie, która może pomieścić jednocześnie 100 osób, musi się liczyć z opłatą w wysokości 352,80 zł miesięcznie. Za odtwarzanie muzyki podczas meczu na stadionie mieszczącym 10 tys. osób opłata wzrasta do 444,97 zł. Właściciel sklepu o powierzchni 10 tys. mkw. zapłacić 681,08 zł. To nie jedyne opłaty, bo łącznie w Polsce działa 15 (łącznie z ZAiKS-em) organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, w tym cztery związane z zarządzaniem prawami związanymi z wykorzystywaniem muzyki. Koszty więc stają się znacznie wyższe.

Większość przedsiębiorców, firm handlowych czy usługowych wnosi takie opłaty nie tylko na rzecz twórców, lecz także artystów, wykonawców i producentów. To liczy się już w tej chwili w dziesiątkach tysięcy podmiotów – podkreśla Lewandowski. ‒ Te, które nie płacą, najpierw są informowane o tym, że takie obowiązki po ich stronie istnieją, wysyłane są do nich pisma, wyjaśnienia. Jeśli mimo tego odmawiają, to pozostaje tylko jedna droga w państwie demokratycznym – pozew do sądu.

Lewandowski zwraca uwagę na to, że dla wielu przedsiębiorców odtwarzana muzyka to świadomie dobierany element kreowania wizerunku lokalu. Z uwagi na wzrost znaczenia muzyki, np. w akcjach marketingowych, wzrosła też wiedza o opłatach i gotowość do ich regulowania.

Weryfikacji spełniania obowiązku wnoszenia opłat za prawa autorskie służą kontrole ZAiKS-u. Pracownicy 13 dyrekcji okręgowych stowarzyszenia na bieżąco prowadzą kontrole i rozmowy z przedsiębiorcami. Jak zaznacza Lewandowski, większość spraw kończy się zawarciem umowy licencyjnej. Może to wynikać z tego, że firmy chcą uniknąć nieprzyjemności związanych z postępowaniem sądowym.

Lewandowski dodaje, że ZAiKS nie ma problemów ze zidentyfikowaniem muzyki objętej ochroną praw autorskich.

Jeśli to jest radio i telewizja, to sprawa jest oczywista. Podobnie w przypadku płyt. Może być pewien kłopot, jeśli muzyka pochodzi z internetu. Ale wobec tego, że ZAIKS zajmuje się tą problematyką od 96 lat i w powiązaniu ze 126 zagranicznymi organizacjami zbiorowego zarządzania, te metody badania są od dawna opracowane, także te, które odnoszące się do posługiwania się technologią cyfrową – tłumaczy Lewandowski.

Inspektorzy ZAiKS-u są wyposażeni w urządzenia pozwalające zarejestrować i zidentyfikować odtwarzaną muzykę. ZAiKS rejestruje chronione przez siebie utwory na szwajcarskiej liście IPI, podobnie jak robią to wszystkie zagraniczne organizacje zbiorowego zarządzania. Dzięki temu stowarzyszenie ma informację o chronionych zagranicznych utworach, a organizacje spoza naszego kraju – o polskich utworach.

Lewandowski przypomina, że to po stronie przedsiębiorcy leży obowiązek udowodnienia, że odtwarzana muzyka nie jest objęta ochroną.

M. Mróz (Copernicus): Szwajcarski Bank Narodowy będzie interweniował na rynku walutowym tylko okazjonalnie. Frank może się osłabić pod koniec roku

CEO Magazyn Polska

Frank szwajcarski może potanieć w perspektywie kilku lub kilkunastu miesięcy. Mocna waluta będzie szkodzić szwajcarskiej gospodarce, a po obniżeniu prognoz wzrostu przez Szwajcarski Sekretariat Stanu do spraw Gospodarki (SECO) inwestorzy mogą przestać traktować franka jako bezpieczną inwestycję.

Zobaczyliśmy bardzo wyraźne obniżenie projekcji ekonomicznych zarówno w zakresie PKB, jak i inflacji mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Mróz, główny ekonomista Grupy Copernicus. – Okazało się, że w deflacyjnych rejonach Szwajcaria może przebywać przez najbliższe dwa lata. Również prognoza wzrostu gospodarczego na ten rok została wyraźnie obniżona. Widać, że mocna szwajcarska waluta przekłada się na fundamenty.

SECO jeszcze w grudniu szacował, że PKB wzrośnie w 2015 oraz w 2016 roku o ponad 2 proc. Najnowsza prognoza zakłada zaledwie 0,9 proc. wzrostu w tym roku i 1,8 proc. w przyszłym. W tej sytuacji można oczekiwać, że Szwajcarzy spróbują osłabić swoją walutę.

– Bank centralny Szwajcarii nie wyklucza dalszych interwencji – zwraca uwagę Marcin Mróz. – Moim zdaniem to była najmniej przekonująca część komunikatu. Wziąwszy pod uwagę to, że dopiero niedawno bank zrezygnował z obecności na rynku walutowym, bardzo mało prawdopodobne wydaje się, żeby trwale na ten rynek wrócił. Jedyne, czego możemy się spodziewać, to okazjonalnych prób stabilizowania kursu franka, nie zaś permanentnej obecności na rynku walutowym.

Wprawdzie od styczniowej decyzji Szwajcarskiego Banku Narodowego tamtejsza waluta nieco straciła na wartości, jednak nadal kosztuje znacznie więcej niż na początku roku. Obecnie za szwajcarskiego franka trzeba płacić ok. 3,9 zł, podczas gdy w pierwszej połowie stycznia kosztował on o ponad 10 proc. mniej. Ta sytuacja nie służy szwajcarskiej gospodarce, zaś okazjonalne próby stabilizowania kursu franka mogą się okazać nieefektywne.

– Z punktu widzenia poziomów kursu walutowego nie powinno to mieć większego znaczenia ocenia główny ekonomista Grupy Copernicus. – Moim zdaniem raczej będzie się w najbliższym czasie wahać wokół poziomu, który widzimy na rynku walutowym obecnie. Dopiero w perspektywie kilku kolejnych kwartałów, gdy okaże się, że szwajcarska gospodarka pokazuje coraz większe oznaki ekonomicznej zadyszki, wtedy rzeczywiście możemy zobaczyć trwałe dostosowanie na rynku walutowym i słabszy kurs franka.

Większy wpływ na strategię walutowych inwestorów będzie bowiem miała kondycja tamtejszej gospodarki. Jej słabe wyniki mogą zniechęcić tych, którzy w Szwajcarii szukają głównie bezpieczeństwa.

Najbliższe kwartały to moim zdaniem nie najciekawszy obraz szwajcarskiej gospodarki – podkreśla Marcin Mróz. – Spowolnienie wzrostu gospodarczego będzie się odbijało jednak na notowaniach franka, który powinien w horyzoncie najbliższych kwartałów się osłabiać. Natomiast nie jest to perspektywa najbliższych tygodni, raczej oczekiwałbym osłabienia franka w perspektywie kilku kolejnych kwartałów, być może nastąpi to pod koniec roku.

Polskie firmy wygrywają na konkurencyjnym rynku europejskim

0

CEO Magazyn Polska

Polskie firmy wywalczyły dla siebie miejsce na światowym rynku, zdominowanym przez międzynarodowe korporacje. O tym, że spółki z naszego kraju, choć są mniejsze, to odnoszą sukcesy, świadczą chociażby statystyki eksportu, szczególnie w obrębie UE. W ubiegłym roku Polska odnotowała niemal 30 mld euro nadwyżki w handlu z krajami wspólnoty.

Jeśli popatrzymy na bilans handlowy, czyli różnicę między eksportem i importem, to co prawda w ostatnim roku wynik był ujemny, -2,4 mld euro w obrotach handlowych, ale z Unią Europejską ta nadwyżka wynosi ponad 20 mld euro. To naprawdę bardzo dużo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr hab. Jerzy W. Pietrewicz, wiceminister gospodarki i pracownik Instytutu Rynków i Konkurencji, Kolegium Nauk o Przedsiębiorstwie w SGH. – Japonia w 2014 rok w relacjach ze światem osiągnęła nadwyżkę w wysokości 20 mld euro.

Jak wynika z danych GUS, w ubiegłym roku nadwyżka wymiany z UE wyniosła dokładnie 28,8 mld euro i była większa o 4,3 mld euro niż rok wcześniej.

Pietrewicz podkreśla, że takie statystyki polskiego eksportu świadczą o tym, że polscy przedsiębiorcy znaleźli dla siebie miejsce na globalnych rynkach. Światową gospodarkę kontrolują międzynarodowe korporacje, który wyznaczają tempo i kierunek rozwoju. Niewielkim w porównaniu do nich rodzimym firmom nie jest łatwo, jednak Polakom udało się zdobyć udział w rynku.

Wiceminister gospodarki zwraca uwagę na to, że trudno jednoznacznie zmierzyć konkurencyjność polskich przedsiębiorstw. Jednak silna i wciąż poprawiająca się pozycja eksportowa jest jednym z ważnych wyznaczników.

Można na to najprościej spojrzeć od tej strony, czy przedsiębiorstwo się rozwija, w jakim tempie, na jakich rynkach lokuje swoje produkty, czy na rynku krajowym, czy na rynkach zagranicznych, z jaką konkurencją musi się zmierzyć. Jeśli utrzymuje tempo wzrostu, jeśli wchodzi na kolejne rynki, to znaczy że jest konkurencyjne – wyjaśnia Pietrewicz.

Uzyskanie tak dużej nadwyżki handlowej w handlu z krajami UE jest niezwykle cenne. Jak zwraca uwagę Pietrewicz, europejska wspólnota to wyjątkowy rynek. Nie można go nazwać w pełni wolnym, bo dużą rolę odgrywają regulujące prawa konkurencji instytucje w Brukseli. Właśnie to unikalne połączenie gospodarki wolnorynkowej ujednolicenia rynku i kontrolowanego przez instytucje rozwoju okazało się sukcesem.

Szereg procesów nie kształtuje się tutaj spontanicznie, tylko ma charakter regulowany czy kontrolowany – podkreśla Pietrewicz. – Jak na razie wydaje się, że zdaje to egzamin, chociaż tempo rozwoju Unii nie jest imponujące. Ale nie tylko PKB się liczy, lecz także poziom życia, satysfakcja obywateli i sposób zagospodarowania wolnego czasu. To wszystko jest niewymierne, ale ważne. Myślę, że Unia Europejska ma czym się pochwalić.

Pietrewicz podkreśla, że pod wieloma względami częściowo regulowana konkurencja wewnątrz UE daje największe szanse rozwoju oraz przynosi największą korzyść obywatelom. Bruksela dba o to, by w wyniku przetrwania tylko najbardziej konkurencyjnych firm nie powstały monopole, co mogłoby nastąpić według teorii ekonomicznej.

Równocześnie ograniczenia wolnej konkurencji w UE są na tyle niewielkie, że nie przeszkadzają firmom zwiększać efektywności alokacji zasobów. Jak podkreśla Pietrewicz, nie zawsze musi to skutkować najniższymi cenami. Największą zaletą takiej konkurencji jest utrzymanie cen na poziomie akceptowalnym przez klientów, a równocześnie przynoszącym oczekiwanie zyski przedsiębiorcom.

Tam, gdzie mamy do czynienia ze wzrostem gospodarczy w warunkach stabilnych cen, możemy mówić o efektywnej konkurencji – tłumaczy Pietrewicz.

Popularność małych centrów handlowych rośnie. Konsumenci wybierają galerie blisko domu, a marki szukają obiektów z niższymi czynszami

0

 

Centra handlowe typu convenience korzystają na tym, że konsumenci coraz chętniej robią zakupy blisko domu. Mniejsze galerie, usytuowane w pobliżu dużych osiedli, notują co roku znaczne wzrosty obrotów, niektóre nawet o 30 proc. To również atrakcyjne miejsce dla sklepów, bo czynsze są dużo niższe niż w dużych galeriach. Zarządcy tych obiektów podkreślają jednak, że chcą przyciągać więcej droższych marek, bo tego oczekują klienci.

Wszyscy walczą o obniżenie kosztów. Mieszkańcy szukają tanich sieci handlowych i chcą robić zakupy blisko domu. Sklepy chciałyby wchodzić do niedużych i tanich lokalizacji, żeby nie płacić zbyt wysokich czynszów. Dzięki temu mogą oferować swoje produkty czy usługi w sensowych cenach. Chcemy, by klient był ostatecznie zadowolony i mógł w pobliżu miejsca zamieszkania robić tanie i wygodne zakupy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksander Walczak, prezes zarządu Dekada Realty, spółki budującej centra handlowe typu convenience i nimi zarządzającej.

Na razie spółka ma w portfelu 10 tego typu obiektów i planuje w ciągu kolejnych 2-3 lat postawić drugie tyle. Jak podkreśla prezes, segment ten szybko się rozwija. Praktycznie w każdej miejscowości mającej ponad 30 tys. mieszkańców powstają tego typu centra handlowe.

My celujemy w centra, które miałyby przynajmniej kilkunastu najemców, czyli o powierzchni od 3 tys. mkw. – mówi Aleksander Walczak. – Wtedy stwarzamy dość dobrą siłę ściągalności, bo zapewniamy podstawowy asortyment produktów, po które sięgają kupujący w trakcie codziennych zakupów.

Tego typu obiekty korzystają na tym, że klienci wolą robić zakupy blisko domu. Funkcjonujące galerie co roku notują wzrosty obrotów.

Nasze najlepsze centra rok do roku zwiększyły obroty o ponad 30 proc., a najgorsze o 5-6 proc. – wyjaśnia prezes Dekada Realty.

Receptą na sukces handlowy w małych miastach są niskie czynsze dla najemców. W takich obiektach plasują się one na poziomie 12-14 euro za mkw. i od lat pozostają stabilne. To pozwala uzyskać najemcom odpowiednią rentowność prowadzonej działalności.

–  Na tym polega uroda naszych projektów, że robimy centra w mniejszych miejscowościach czy nawet w większych miastach, ale dla lokalnej społeczności, czyli na przykład dla mieszkańców poszczególnych osiedli. Chodzi o to, żeby w te lokalizacje wchodziły marki znane, popularne, które nie płacą zbyt wysokich czynszów, bo sprzedają towary w cenach akceptowalnych dla przeciętnego Polaka – ocenia Walczak.

Dekada Realty liczy jednak na to, że również bardziej prestiżowe marki, widząc potencjał mniejszych galerii, zaczną lokować w nich swoje sklepy czy salony. Tym bardziej że rosną wymagania samych klientów: oczekują wyższego standardu, za który są gotowi płacić.

Liczymy, że w naszych centrach handlowych pojawią się sklepy z produktami i usługami na nieco wyższym poziomie, że pojawi się więcej punktów gastronomicznych i w ten sposób nasze centra zyskają pełniejszy wymiar – prognozuje prezes Dekada Realty. – W przyszłości one będą bardziej przypominały duże centra handlowe, tylko w mniejszej skali, będą miejscem codziennych zakupów, ale w pewnym zakresie cen – od najniższych do średnich, ale nie będą to centra o charakterze dyskontu wyprzedażowego.

Nowa ustawa o odnawialnych źródłach energii nie wpłynie na odbiorców energii

CEO Magazyn Polska

Osoby, które będą produkowały energię ze źródeł odnawialnych, po wejściu ustawy o OZE zyskają kosztem tych, którzy pozostaną przy całkowicie tradycyjnych źródłach. W skali kraju nieznacznie mogą też spaść nakłady na sieci przesyłowe. Będą to jednak zmiany na tyle nieduże, że nie wpłyną na odbiorców energii.

Regulacyjnie przesuniemy część pieniędzy z kieszeni jednych odbiorców energii do kieszeni drugich. W zamian za to wygenerujemy pewną ilość zielonej energii, do produkcji której zobowiązała nas Unia Europejska. Myślę więc, że z punktu widzenia całej gospodarki nie ma to wielkiego wpływu na nas jako na odbiorców energii – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Owczarski, prezes zarządu firmy energetycznej Polski Prąd.

Podpisana 11 marca br. przez prezydenta Bronisława Komorowskiego ustawa o odnawialnych źródłach energii (OZE) po raz pierwszy reguluje energetykę prosumencką. Oznacza to, że odbiorcy energii, którzy zamontują instalacje OZE, będą mogli sprzedawać nadmiar wyprodukowanej energii z powrotem do sieci. Otrzymają za to gwarantowane ustawowo stawki. Są one wyższe od stawek rynkowych i zgodnie z ustawą wynoszą od 65 do 75 groszy za kilowatogodzinę (z wyjątkiem biogazu, który jest wyceniany taniej). Ceny rynkowe wynoszą obecnie ok. 25 groszy za kilowatogodzinę.

Ustawa o OZE ma wpływ na zwiększenie kosztów dopłat do zielonej energii – podkreśla Owczarski. ‒ Ten dodatkowy wpływ związany z poprawkami prosumenckimi to około 1-1,5 zł z MWh, więc to nie jest dużo. Już dzisiaj w cenie energii elektrycznej płacimy od 30 a 35 zł za MWh dopłat do tzw. certyfikatów pochodzenia.

Zielone certyfikaty pochodzenia to prawa majątkowe, które producenci energii elektrycznej otrzymują w zamian za świadectwa wyprodukowania energii ze źródeł odnawialnych. Można nimi obracać na Towarowej Giełdzie Energii. Po wejściu w życie nowej ustawy o OZE od 1 stycznia 2016 r. system kolorowych certyfikatów zniknie i zostanie zastąpiony aukcjami energii.

Owczarski zwraca uwagę na to, że koszt dopłaty do prosumentów nie będzie istotną zmianą na polskim rynku energii. Będzie to jedynie przesunięcie środków z kieszeni konsumentów nieprodukujących zielonej energii do tych, którzy zainstalują panele słoneczne lub niewielkie elektrownie wiatrowe przy swoich domach.

Na nowej ustawie w niewielkim stopniu może skorzystać cała gospodarka, bo zmaleją wydatki na sieci przesyłowe energii elektrycznej.

Rozproszony model generacji energii jest efektywniejszy z punktu widzenia sieci dystrybucyjnej. Wymaga niższych nakładów na sieci przesyłowe i umożliwia lepsze konsumowanie prądu tam, gdzie on jest produkowany. Więc gdybyśmy zauważyli faktycznie spadek inwestycji w sieci dystrybucyjne, to wszyscy na tym zaoszczędzimy. Natomiast wydaje mi się, że przy tak niewielkich limitach wsparcia, które obecnie są na poziomie jedynie kilkuset MW mocy zainstalowanej, nie będzie to miało istotnego wpływu na całość funkcjonowania systemu energetycznego w Polsce – ocenia Owczarski.

O ile jednak koszty dopłat dla prosumentów nie będą dużym obciążeniem, o tyle negatywny wpływ na rynek może mieć to, że opłaty te będą ponosić dystrybutorzy, a nie sprzedawcy energii. To duża różnica, bo sprzedawcy funkcjonują na uwolnionym rynku i muszą konkurować ceną.

Dzisiaj sprzedawcy energii konkurują nie tylko ceną energii czynnej, lecz także ceną certyfikatów pochodzenia, które mogą wyceniać taniej bądź drożej. Jeżeli zaczniemy przesuwać te elementy związane ze wsparciem zielonej energii do części dystrybucyjnej, to znajdzie się to w części regulowanej, która jest przez prezesa URE podnoszona każdego roku o 1-3 proc., więc zmniejsza się przez to zakres wolnego rynku. Zmniejsza się liczba sprzedawców oferujących konkurencyjne ceny, w związku z tym klienci mają mniej możliwości, by oszczędzać – wyjaśnia Owczarski.