Nie wszystkie uczelnie są gotowe na współpracę z biznesem. Problemem m.in. braki w kadrze dydaktycznej

CEO Magazyn Polska

Firmy prywatne coraz częściej współpracują z uczelniami, m.in. tworząc specjalne programy dla studentów. Zauważalny jest nie tylko wzrost nakładów, lecz także coraz większe zainteresowanie światowych koncernów takimi projektami. Nie wszystkie ośrodki akademickie jednak są gotowe na ich realizację. Problemem są m.in. braki w kadrze dydaktycznej. Eksperci podkreślają, że rozwojowi współpracy sprzyjałoby uelastycznienie przepisów.

– Możemy zaobserwować wzrost nakładów i wzrost zainteresowania współpracą pomiędzy biznesem i uczelniami. Najlepsze ośrodki akademickie rzeczywiście zmierzają w tym kierunku, chcą się wyróżnić, wzmocnić swoją siłę naukową i niejako też zwiększyć potencjał zatrudnienia swoich studentów – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Bejnarowicz, country manager CIMA w Polsce, instytutu zajmującego się kształceniem specjalistów w dziedzinie rachunkowości zarządczej.

Jako przykład dobrej współpracy Bejnarowicz wymienia m.in. projekt realizowany przez Uniwersytet Łódzki z firmą Infosys BPO Poland i globalnym centrum biznesowym Hewlett-Packard. To kierunek lingwistyka dla biznesu, podczas którego studenci są przygotowywani do pracy w międzynarodowym środowisku biznesowym.

Zdaniem Jakuba Bejnarowicza współpraca biznesu z uczelniami niesie ze sobą wiele korzyści zarówno dla pracodawców, uczelni, studentów, jak i docelowo dla gospodarki kraju.

Wiemy doskonale, jakie są oczekiwania względem poszczególnych stanowisk pracy. Kiedy wszyscy uczestnicy tego rynku współpracują, i mamy do czynienia z pełną synergią, możemy liczyć na bardzo dobre efekty. Zmniejszenie bezrobocia, rozwijająca się gospodarka i brak luk kompetencyjnych to najbardziej oczekiwane rezultaty takiego współdziałania – zwraca uwagę country manager Instytutu CIMA.

Mimo pozytywnych sygnałów z obu stron, w Polsce jest jeszcze pole do intensyfikacji wspólnych projektów. Jak wyjaśnia Bejnarowicz, nie wszystkie uczelnie są przygotowane na współpracę, m.in. z uwagi na braki w kadrze dydaktycznej. Zarówno biznes, jak i uczelnie potrzebują większej elastyczności w realizacji tego typu projektów. Pewne zmiany wprowadziła już nowelizacja ustawy o szkolnictwie wyższym z 2014 roku, ale ekspert ocenia je jako niewystarczające.

Jest wiele zapisów, które nijak mają się do realiów biznesowych czy efektów kształcenia – mówi Bejnarowicz. – Jednym z wymogów jest posiadanie kadry akademickiej, czyli określonej liczby profesorów i doktorów. Okazuje się, że w praktyce niekoniecznie profesorowie, którzy zdobywali swoje doświadczenie jeszcze przed 1989 rokiem, są w stanie przekazać tyle, ile magister, który ma doświadczenie zawodowe, pracując w danej firmie.

Jego zdaniem barierą we współpracy mogą być również problemy komunikacyjne, czyli znalezienie odpowiedniego partnera i zrozumienie się na płaszczyźnie pracodawca – uniwersytet.

Niejednokrotnie się okazuje, że uczelnie są chętne do współpracy z pracodawcami, później kończy się to jednak tym, że informują o takiej współpracy na przykład na stronach internetowych, ale niekoniecznie cokolwiek z tego wynika. Niezwykle istotne jest to, żeby po dwóch stronach była chęć do usprawnienia procesów i przygotowania wartościowego programu studiów dla studentów – mówi ekspert.

Bejnarowicz zwraca również uwagę na to, że w Polsce rośnie zapotrzebowanie na pracowników, którzy posiadaliby wysokie, specjalistyczne kompetencje. Osoby wykwalifikowane zarabiają w Polsce coraz więcej i praca za granicą może z czasem przestać być atrakcyjniejsza finansowo. – Emigracja zarobkowa, a raczej – poszukiwanie ścieżek rozwoju zawodowego poza Polską, to niejedyny kierunek dla osób wysoko wykwalifikowanych. Międzynarodowe firmy, ale nie tylko, które działają na polskim rynku, oferują bowiem naprawdę atrakcyjne miejsca pracy oraz możliwości awansu na najwyższe stanowiska, także na szczeblu światowym – podsumowuje Jakub Bejnarowicz.

Sytuacja na Wschodzie źle wpływa na sektor duty free. Przez Ukrainę traci Baltona

0

CEO Magazyn Polska

Sytuacja geopolitycznie negatywnie wpływa na sektor duty free i firmy dostarczające produkty dyplomatom i do ambasad. Drastyczny spadek wartości hrywny na Ukrainie i perturbacje firm transportowych przyczyniły się do znaczącego wzrostu kosztów finansowych Grupy Baltona. W przyszłym roku – wraz z poprawą wyników branży lotniczej, zwiększeniem ruchu lotniczego i rosnącymi zakupami klientów – spółka oczekuje poprawy wyników finansowych.

Sytuacja na Wschodzie się komplikuje. Wydarzenia na Ukrainie wpłynęły na to, co się dzieje w firmach, działających w sektorze duty free – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Sączek, dyrektor logistyki przedsiębiorstwa Baltona. – Koszty wzrastają w związku z tym, że pogorszyła się także sytuacja firm transportowych. Oznacza to, że biznes spada, a stawki rosną.

Jak wynika z opublikowanych 17 marca br. przez Państwowy Komitet Statystyki Ukrainy danych dotyczących handlu zagranicznego tego kraju w styczniu br. eksport tamtejszych towarów na rynki UE spadł o 31 proc., a do Rosji o 60 proc. (w porównaniu z styczniem ub.r.). Całość ukraińskiej sprzedaży zagranicznej w styczniu spadła o 31 proc., import zaś skurczył się aż o 33,4 proc.

Dajemy sobie radę, ale ta sytuacja miała jednak wpływ na nasze wyniki – wskazuje Sączek w rozmowie przeprowadzonej podczas Poland & CEE Retail Summit 2015. – Nie wspominając o różnych zmianach związanych z rozwiązaniami w portach lotniczych. Obecnie prawo się zmienia i są pewne zmiany w przepisach, które powodują, że musimy szybko dostosowywać logistycznie bezpieczeństwo łańcucha dostaw. Lotnisko to strefa bezpieczna i ściśle kontrolowana, a więc duże wyzwanie.

Baltona prowadzi sklep duty free na lotnisku we Lwowie, które leży daleko od działań militarnych. Duże osłabienie hrywny wpłynęło bezpośrednio na wzrost kosztów finansowych Grupy. Ujemne różnice kursowe netto wyniosły w ubiegłym roku 3.536 tys. zł, z czego 1.689 tys. zł dotyczyło spółki na Ukrainie.

Na koniec ubiegłego roku Grupa posiadała 52 lokale handlowe. Operuje na wyłączność w sektorze duty free w Gdańsku, Rzeszowie, Poznaniu, Montpellier oraz we Lwowie, a przez grupę CDD Holding BV również w Belgii, Holandii i Niemczech.

Będziemy uruchamiać nowe sklepy Baltona Duty Free w różnych krajach, zamierzamy wchodzić na nowe rynki dyplomatyczne – zapowiada Sączek. – Baltona jako jeden z niewielu graczy w Europie ma pozwolenie na prowadzenie biznesu i zaopatrywanie dyplomatów w tego rodzaju formule, więc planujemy wejście na nowe rynki, rozwój biznesu retailowego oraz B2B, czyli zaopatrywanie promów i linii lotniczych. Ten ostatni pozytywnie wpływa na nasze marże.

Jak podkreśla, istotną rolę w Grupie odgrywa rynek polski, który wciąż się rozwija.

W ubiegłym roku przychody ze sprzedaży Grupy Przedsiębiorstwo Handlu Zagranicznego Baltona osiągnęły poziom 363 mln zł i były o blisko połowę wyższe niż rok wcześniej. Największy wzrost sprzedaży odnotowano w trzech segmentach: sklepy (o 30 proc.), dystrybucja B2B (o 108 proc.) oraz gastronomia (52 proc.). Wynik netto Grupy zamknął się stratą w wysokości 3666 tys. zł. Jak wynika z listu zarządu do akcjonariuszy, Grupa spodziewa się znaczącej poprawy wyników finansowych w tym roku. Ma się do tego przyczynić rosnący ruch lotniczy, wzrost średniej sprzedaży na każdego podróżnego i dalsza optymalizacja organizacyjna.

Sprzedawcy internetowi zbyt wolno dostosowują regulaminy swoich sklepów do nowych przepisów

CEO Magazyn Polska

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ocenia, że firmy zbyt wolno dostosowują się do zmienionych przepisów dotyczących sprzedaży internetowej i zakupów na odległość. Nowe prawo weszło w życie pod koniec grudnia, a jego kształt był znany już od połowy ubiegłego roku. Wciąż jednak w regulaminach niektórych e-sklepów nie zostały uwzględnione zmiany, np. wydłużenie do 14 dni okresu na odstąpienie od umowy.

Znowelizowana ustawa, która obowiązuje od 25 grudnia 2014 roku, ma zwiększyć bezpieczeństwo coraz popularniejszych zakupów dokonywanych poza lokalem sprzedawcy, głównie w e-sklepach. Jej najważniejszym zapisem jest możliwość zwrotu towaru kupionego na odległość lub odstąpienia od umowy przez okres 14 dni.

Widzimy, że w praktyce regulaminy nie uległy zmianie. W niektórych nadal są stare przepisy, według których konsument ma prawo tylko do 10-dniowego okresu odstąpienia od umowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Lehmann, starszy specjalista w delegaturze Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w Bydgoszczy.

Jak podkreśla, sytuacja jest o tyle dziwna, że przedsiębiorcy mieli dużo czasu na dostosowanie się do nowych przepisów. Ich ostateczny kształt był znany już w połowie ubiegłego roku.

– Było dosyć długie, bo aż sześciomiesięczne, vacatio legis. Dlaczego przedsiębiorcy tego nie uczynili, trudno mi powiedzieć. Na pewno nie wszystkie przepisy są dla przedsiębiorcy, lecz także dla konsumenta, jasne. Robimy wszystko, żeby tę informację w sposób prawidłowy przekazywać – mówi Lehmann.

UOKiK przyznaje, że mimo że część przedsiębiorców zwleka z dostosowaniem regulaminów swoich sklepów do nowego prawa, skarg nie ma na razie zbyt dużo.

Skargi dotyczące nowej ustawy dopiero do nas wpływają, bo dotyczy to umów zawartych po 25 grudnia 2014 roku – zaznacza Krzysztof Lehmann. – Niewątpliwie przedsiębiorcy muszą dostosować regulaminy swoich sklepów internetowych do nowych przepisów, w tym umożliwić konsumentowi prawo od odstąpienia od umowy w ciągu 14 dni. Na bieżąco weryfikujemy takie kwestie, zależy nam jednak na tym, by przedsiębiorców z własnej inicjatywy dostosowywali swoje regulaminy.

Nowe przepisy pozwalają nabywcy na wycofanie się z decyzji, gdy towar do niego fizycznie dotrze i nie spełnia on jego oczekiwań. Dają mu też czas na przemyślenie decyzji, często podejmowanej pochopnie. Dotyczą bowiem nie tylko e-sklepów, lecz wszelkiego typu domów wysyłkowych, zakupów z katalogów, transakcji zawieranych przez telefon oraz na różnego rodzaju prezentacjach.

Na pewno trzeba edukować nie tylko przedsiębiorców, lecz także konsumentów oraz rzeczników konsumentów, którzy bezpośrednio udzielają porad prawnych konsumentom – podkreśla ekspert UOKiK.

Nawet gdy przedsiębiorcy nie uwzględnili jeszcze nowych przepisów w swych regulaminach, to i tak ich one obowiązują. Krzysztof Lehmann podkreśla, że jeżeli pojawi się problem, pomóc mogą rzecznicy konsumentów. Dzięki nim będzie też można ocenić to, jak sprawdza się nowe prawo.

Myślę, że to będzie możliwe dopiero po pierwszym roku obowiązywania ustawy, kiedy spłyną do UOKiK sprawozdania z działalności rzeczników. Wtedy będziemy mogli zobaczyć skalę problemu z wdrożeniem tych przepisów, to gdzie przedsiębiorcy najbardziej naruszali interesy konsumentów – mówi ekspert.

Tanieje ropa, ale benzyna drożeje. Rafinerie odrabiają straty, podnosząc marże

CEO Magazyn Polska

Ropa tanieje, a mimo to ceny paliw na polskich stacjach nie spadają, a jeśli już to symbolicznie. W ciągu półtora miesiąca litr benzyny czy oleju napędowego podrożał o prawie 30 groszy. Przyczyną są rosnące marże oraz drożejący do ubiegłego tygodnia dolar.

Na początku marca cena baryłki ropy Brent na międzynarodowych rynkach spadła poniżej 60 dolarów i w ocenie analityków w najbliższych miesiącach jeszcze może potanieć. Wprawdzie podrożał też dolar, w którym rozliczane są transakcje na rynku surowcowym, jednak zmiany te nie były aż tak znaczące, by uzasadnić ostatnie wzrosty cen paliw na polskich stacjach.

Jeżeli w ostatnim miesiącu ceny paliw wzrosły powyżej 20 groszy, to jest to spowodowane tym, że marże rafineryjne w ostatnich miesiącach bardzo szybko wzrosły – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Szczęśniak, ekspert rynku paliw. – Dzisiaj rafinerie już konsumują letni szczyt zużycia benzyny. W Stanach Zjednoczonych jest już ona gromadzona na lato i dzisiaj rafinerie marżę benzynową mają praktycznie taką samą, jak marże oleju napędowego, co jest ewenementem, od kilku dobrych miesięcy tak nie było.

W II połowie marca w Polsce litr 95-oktanowej benzyny bezołowiowej kosztował średnio 4,65 zł. To o 10 gr więcej niż na początku miesiąca, podobnie podrożały też inne paliwa na polskich stacjach.

Myślę, że dzisiaj rafinerie nie mają powodów do narzekań, raczej będą zarabiały. To przeciwnie do firm wydobywających ropę, bo one rzeczywiście dzisiaj mają znacznie trudniej, zwłaszcza te firmy, które wzięły duże kredyty na wydobycie – ocenia Andrzej Szczęśniak. – To jest powszechny na świecie problem. Natomiast rafinerie dzisiaj odrabiają straty z ostatnich lat. Pytanie tylko jak długo.

Pomimo taniejącej ropy zarówno płocki Orlen, jak i gdański Lotos mieli w ostatnim kwartale zeszłego roku po ponad 1 mld zł strat netto. Przyczyną były zapasy obowiązkowe obu koncernów paliwowych, których wartość wraz ze spadającymi cenami surowca na rynkach także spadła. Rosnące marże powinny zrekompensować rafineriom przynajmniej część strat, oznaczają jednak, że ceny na stacjach raczej nie spadną.

Dzisiaj za wzrost cen paliw są odpowiedzialne rafinerie i ich marże. Wydaje mi się, że w najbliższym czasie tak pozostanie – uważa ekspert rynku paliw. – Ropa tanieje, natomiast marże rafineryjne będą rosły, czyli raczej będziemy mieli do czynienia z trendem wzrostowym cen. Wydaje mi się, że w ciągu 2-3 tygodni jest to dosyć przewidywalny trend. Natomiast nie będzie to spowodowane ani ropą, ani dolarem, ponieważ te czynniki dzisiaj zmniejszają ceny paliw.

Nawet dalsze spadki cen na rynku ropy nie powinny przynieść obniżek na stacjach, ponieważ także ich właściciele czekają na okazję, by odrobić straty.

– Mamy mikroskopijne, wręcz czasami zerowe marże dla stacji paliw, w związku z tym, gdy sytuacja się trochę uspokoi, to one będą wtedy czynnikiem wzrostu cen albo przynajmniej zablokują spadki cen, jeżeli ceny ropy rzeczywiście będą szły w dół – zwraca uwagę Andrzej Szczęśniak. – W najbliższym okresie możemy się spodziewać lekkich wzrostów cen paliw, a jeżeli cena ropy dalej będzie ostro szła w dół, to mamy stabilizację, a nie spadek cen.

Polacy chcą jeść zdrowo. Polska może stać się europejskim liderem produkcji żywności ekologicznej

CEO Magazyn Polska

W ciągu ostatniego roku popyt na żywność ekologiczną wzrósł o 20 proc. Przybyło więc certyfikowanych gospodarstw rolnych, które mogą produkować tego typu żywność. Zwiększyła się także liczba przetwórców i handlowców działających w tej branży. Polska ma szansę stać się liderem w ekoprodukcji. Wartość tego rynku już szacowana jest na 700 mln zł.

Rynek żywności ekologicznej to od kilku lat jeden z najszybciej rozwijających się segmentów żywności na świecie. W krajach Europy Zachodniej i Stanach Zjednoczonych stanowi on ok. 4 proc. całego rynku rolno-spożywczego. W Polsce żywność ta stanowi zaledwie 0,3 proc. całego rynku, jednak zdaniem ekspertów w ciągu pięciu lat może wzrosnąć nawet do 10 proc. W ciągu ostatniego roku popyt na ekologiczną żywność zwiększył się bowiem o 20 proc. Z danych SGGW wynika, że już co dziesiąty Polak regularnie kupuje żywność ekologiczną, doceniając za smak, wysoką jakość oraz walory prozdrowotne.

Coraz więcej ludzi szuka produktów o wysokiej jakości i produktów prozdrowotnych lub ekologicznych. Jesteśmy pierwszą i największą siecią oferującą tego typu żywności na rynku. Nasza podaż spotyka się z rosnącym popytem, dzięki czemu piąty rok z rzędu odnotowujemy ponad 30-proc. wzrosty sprzedaży. Wierzymy, że rynek będzie rósł jeszcze szybciej, a na pewno nie wolniej niż do tej pory – mówi agencji informacyjnej Newseria Sławomir Chłoń, prezes zarządu Organic Farma Zdrowia.

Wartość polskiego rynku żywności ekologicznej wynosi ok. 700 mln zł. Zdaniem ekspertów w 2015 roku na ekologiczną żywność Polacy wydadzą znacznie więcej, bo ok. 770 mln zł. Wzrost zainteresowania tego typu produktami to efekt nie tylko zwiększającej się świadomości zdrowotnej Polaków, lecz także coraz lepszej podaży. Zwiększa się liczba producentów żywności ekologicznej, a co za tym idzie – spadają jej ceny. Zmniejszają się także koszty logistyczne.

W Polsce widoczna jest bardzo duża dynamika rozwoju sektora ekologicznego. Mówię tu o wzroście liczby certyfikowanych gospodarstw rolnych, zwiększaniu areału ziemi, która jest przeznaczona pod te uprawy, oraz rosnącej liczbie przetwórców i handlowców. Podaż rynku rośnie bardzo szybko i myślę, że Polska może być w ciągu kilku lat jednym z absolutnych liderów w Europie w produkcji. Mam też nadzieję, że w zakresie konsumpcji w ciągu dekady uda się trochę dogonić rynek europejski – powiedział Sławomir Chłoń podczas Poland & CEE Retail Summit 2015.

Z danych Inspekcji Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych wynika, że pod koniec 2014 roku w Polsce działało 426 certyfikowanych przetwórni, o niemal 5 proc. więcej niż rok wcześniej. O tym, że produkt pochodzi z certyfikowanego źródła świadczy symbol zielonego listka na opakowaniu. Polacy najchętniej kupują ekologiczne produkty roślinne, jaja, miód oraz produkty zwierzęce, np. wyroby wędliniarskie. Dużym popytem cieszy się także ekologiczne pieczywo. Ekoprodukty dostępne są już nie tylko na bazarach lub w specjalistycznych sklepach, lecz także coraz częściej trafiają na półki supermarketów.

Zakończyła się era nieprawdopodobnie dynamicznego wzrostu dyskontów, ponieważ po pierwsze kraj został pokryty tego typu formatem sklepów, po drugie pozostali gracze rynku – hipermarkety, supermarkety, sklepy typu convenience – zareagowały na ten trend, zmieniając swoją ofertę i podejście do klienta. Okazało się, że wszyscy pozostali też mają coś dobrego i ciekawego do zaoferowania. Nastąpiło więc uspokojenie rynku i w tej chwili wszyscy gracze z powrotem są w grze – mówi Sławomir Chłoń.

Organic Farma Zdrowia posiada sieć stacjonarnych delikatesów i dwa sklepy internetowe. W lipcu 2014 roku przejęła 10 sklepów pod marką Tradycyjne Jadło, a jesienią otworzyła w Warszawie sklep convenience Organic Zielone Oko. Biorąc pod uwagę tendencję na rynku żywności ekologicznej, marka prognozuje dwucyfrowy wzrost przychodów w 2015 roku.

Popołudniowy komentarz walutowy z 23.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 23.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Polski prezydent wśród najdroższych głów państw Unii Europejskiej

168 milionów złotych zostało zarezerwowanych w tegorocznym budżecie na wydatki Kancelarii Prezydenta RP. Nie jest to rekordowa kwota, bo Bronisław Komorowski wydawał już więcej, ale na tle Europy i tak robi wrażenie. Jak policzył portal Money.pl, więcej na utrzymanie głów swoich państw wydają tylko Włosi, Francuzi i brytyjska rodzina królewska.

Według tegorocznych założeń prezydenckiego budżetu, aż 128 ze 168 milionów złotych pochłoną bieżące wydatki prezydenckiej kancelarii. Zaplecze Bronisława Komorowskiego mieści się niedaleko budynku Sejmu, w imponującym gmachu przy ulicy Wiejskiej. Kancelaria zatrudnia prawie 400 osób, doradców, ministrów i pracowników obsługi. Średnia pensja w biurze to 9,2 tysiąca złotych brutto miesięcznie – wynika z danych Naczelnej Izby Kontroli za 2013 rok.

Dodatkowo prezydentowi, jako zwierzchnikowi polskich sił zbrojnych, podlega Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. W tym roku kierowane przez Stanisława Kozieja BBN ma do dyspozycji niemal 14 milionów złotych – podaje Money.pl.

Oprócz tego, ponad 11 milionów złotych będzie w tym roku kosztowało wyprodukowanie zestawu medali, orderów i innych odznaczeń państwowych przyznawanych przez prezydenta. To o prawie milion złotych mniej niż przed rokiem. Również budżet BBN został pomniejszony o podobną kwotę.

Kancelaria Bronisława Komorowskiego wypłaca też emerytury byłym prezydentom – Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski dostają na rękę nieco ponad cztery tysiące złotych miesięcznie. Wojciech Jaruzelski nie pobierał pieniędzy z kancelaryjnej kasy, korzystał bowiem z wyższej, generalskiej emerytury w wysokości sześciu tysięcy złotych.

Kancelaria ma na utrzymaniu nie tylko siedzibę przy Wiejskiej, ale też trzy prezydenckie rezydencje: w Wiśle, Ciechocinku i na Helu.

Z pieniędzy Kancelarii Prezydenta ratowane są też krakowskie zabytki. Na ten cel pójdzie w tym roku 30 milionów złotych – dokładnie tyle, co przed rokiem. Pieniądze są wysyłane na konto Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa i co roku stanowią pokaźny odsetek całego budżetu Kancelarii, choć w ostatnich latach prezydent jest coraz mniej hojny. W latach 2009-2012 Kraków dostawał na zabytki aż 42 miliony złotych rocznie, czyli o 12 milionów więcej, niż teraz.

Budżet prezydenta (w milionach złotych)
* – 23 grudnia 1995 r. prezydentem został A. Kwaśniewski
** – 23 grudnia 2005 r. prezydentem został L. Kaczyński
*** – 6 sierpnia 2010 r. prezydentem został B. Komorowski
źródło: NIK
2015 168
2014 168
2013 171
2012 178
2011 170
2010*** 156
2009 155
2008 161
2007 162
2006 138
2005** 160
2004 162
2003 158
2002 141
2001 133
2000 131
1999 113
1998 101
1997 101
1996 75
1995* 59

 

168 milionów złotych przeznaczonych na obsługę prezydenta stawia nasz kraj w europejskiej czołówce, jeśli chodzi o koszt utrzymania głowy państwa. Jak podaje Money.pl, Europejskim rekordzistą jest prezydent Włoch. Kancelaria mieszcząca się na rzymskim Kwirynale wydaje co roku 230 milionów euro. W przeliczeniu to ponad 940 milionów złotych. Kwota duża, bo i biuro prezydenta Sergio Mattarellego jest wyjątkowo rozpasane. Zatrudnia aż 1700 osób, a samemu prezydentowi płaci około 20 tysięcy euro miesięcznie.

Pokaźną część całej kwoty pochłania też utrzymanie willi w Castelporziano pod Rzymem. Nieruchomość zajmuje niemal sześć hektarów. Na rezydencję składa się pokaźny pałac z kilkoma dziedzińcami i rozległym zapleczem otaczającym go niczym mur, a także pokaźny ogród z rzadkimi gatunkami roślin. Włochy wydają na utrzymanie głowy państwa fortunę, mimo że rola prezydenta jest w tym kraju niezwykle skromna.

Pierwsza piątka najbardziej kosztownych prezydentów (bez koronowanych głów państw)

źródło: strony rządowe poszczególnych państw
Nazwisko Kraj Budżet kancelarii (po przeliczeniu na zł)
1. Sergio Mattarella Włochy 940
2. Francois Hollande Francja 410
3. Bronisław Komorowski Polska 168
4. Joachim Gauck Niemcy 135
5. Sauli Niinisto Finlandia 80

Inaczej jest w przypadku prezydenta Francois Hollande’a. Przywódca Francji też ma duży budżet (drugi w Europie), ale w przeciwieństwie do swojego włoskiego odpowiednika, także sporo do powiedzenia w kwestii polityki. W sumie utrzymanie Hollande’a i jego kancelarii będzie kosztowało w tym roku sto milionów euro, czyli około 410 milionów złotych. To mniej niż przed rokiem – prezydenckiej świcie udało się zacisnąć pasa i ograniczyć wydatki o dziewięć milionów euro.

Kancelaria Hollande’a stara się zmniejszyć koszty utrzymania już od kilku lat. Między innymi w okresie od 2012 do 2014 roku zlikwidowała 54 etaty (dziś zatrudnia 828 osób), a w 2012 roku zredukowała pensję prezydenta o 30 procent do kwoty niecałych 15 tysięcy euro miesięcznie – pisze Money.pl.

Trzecią najbardziej kosztowną głową państwa w Europie jest w tym roku królowa Elżbieta II. Pałac Buckingham w roku obrachunkowym 2014-2015 pobierze z państwowego budżetu 38 milionów funtów, ponad dwa miliony więcej niż rok wcześniej. W przeliczeniu daje to około 216,6 milionów złotych, które wydawane są na utrzymanie rodziny królewskiej i jej personelu, a także między innymi na remonty należących do Windsorów pałaców.

Zaraz za Elżbietą II w rankingu najdroższych w utrzymaniu głów państw znajduje się Bronisław Komorowski. Jeśli brać pod uwagę tylko prezydentów pozostałych unijnych krajów (czyli bez uwzględniania koronowanych głów), wszyscy oni są tańsi.

Ustępuje mu pod tym względem również holenderski król Wilhelm. Wydatki władcy Holandii sięgają niemal 40 milionów euro, czyli w przeliczeniu około 164 milionów złotych.

Cztery miliony euro mniej przypadnie belgijskiej rodzinie królewskiej, a 145 milionów koron, czyli około 70 milionów złotych trafi do norweskiego króla Haralda V. Następne w kolejności są rodziny królewskie w Szwecji (16 milionów euro), Belgii (15 milionów euro), Danii (12,5 milionów euro), Hiszpanii (niecałe 8 milionów euro) i Luksemburga (również niecałe 8 milionów euro).

Masz prawo wiedzieć, ile zarabia urzędnik

Obowiązek publikacji informacji o zarobkach pracowników samorządowych oraz „trzynastce”, specjalnym wynagrodzeniu dodatkowym – takiej zmiany w prawie domaga się Stowarzyszenie Sieć Obywatelska – Watchdog Polska.

Wykazy płac, a także informacje o nagrodach pracowników urzędów, miałyby być publikowane w Biuletynie Informacji Publicznej raz na kwartał. „Działanie to ma przeciwdziałać niesprawiedliwemu planowaniu wynagrodzeń w jednostkach samorządu terytorialnego, w wyniku czego osoby o podobnych kwalifikacjach pracujące na tych samych stanowiskach otrzymują różne pensje” – mówi serwisowi infoWire.pl Katarzyna Batko-Tołuć ze Stowarzyszenia Sieć Obywatelska – Watchdog Polska.

W społeczeństwie dominują opinie o zbyt wysokich pensjach urzędniczych. Jednak – jak zaznacza rozmówczyni – ujawnienie informacji o zarobkach prawdopodobnie nie wywołałoby żadnej sensacji, ponieważ okazałoby się, że są one mniejsze, niż nam się powszechnie wydaje.

„Polacy zakorzenieni są w kulturze tajemnicy i mają przekonanie, że wielu rzeczy nie należy ujawniać, aby móc utrzymać porządek” – zaznacza ekspertka. A przecież dzięki jawności jest możliwy dialog, w którym nie skupiamy się na mitach i stereotypach, ale poruszamy rzeczy istotne z punktu widzenia obywateli, jak np. sposób zarządzania budżetem. Ludzie nie ufają z kolei w sytuacjach, kiedy informacje są zatajane. Dlatego jawność odgrywa tak ważną rolę w budowaniu zaufania do władzy.

„Nie istnieją powody, które zabraniałyby wprowadzenia zapisu nakazującego ujawnianie płac urzędników  do polskiego prawa. Jednak aby to zrobić, potrzebna jest zmiana polskiej mentalności” – podkreśla rozmówczyni.

Polskie pszczelarstwo – dla pasji czy pieniędzy?

Dla jednych zajmowanie się pszczelarstwem to hobby, rozrywka i urozmaicenie życia, dla drugich – tradycja, przechodząca z pokolenia na pokolenie. W każdym przypadku to biznes – tylko czy obecnie jest opłacalny? czy ma przyszłość?

„W Polsce większość miodu pochodzi od małych, prywatnych hodowców oraz rodzinnych firm, a nie od pszczelarzy skupionych w spółdzielniach” – mówi serwisowi infoWire.pl Piotr Stański z firmy Stanpol S.C. Sklep Pszczelarski. Przeciętnie nasi hodowcy mają od dwóch do sześciu uli. A szkoda, bo właściciele powyżej piętnastu – zarejestrowani w Polskim Związku Pszczelarskim oraz sanepidzie – mogą starać się o dotację z Unii Europejskiej. Ma ona pomóc w poprawie jakości miodu oraz usprawnić produkcję i sprzedaż produktów pszczelich.

Pszczoły można hodować nie tylko na wsiach. Coraz częściej ule stawiane są na dachach budynków, działkach rekreacyjnych czy zamkniętych osiedlach w miastach. W samej Warszawie jest ponad setka uli i stale ich przybywa. Dla porównania w Monachium jest 500 pasiek.

Polskie miody kupowane od hodowców są droższe niż te z supermarketów, ale lepsze jakościowo. Pszczelarze sprzedają też propolis i pyłek, które wzmacniają organizm, czy mleczko pszczele, mające szerokie zastosowanie, między innymi w kosmetyce. Amatorom „czegoś mocniejszego” z pewnością spodoba się bogata oferta miodów pitnych.

Dla pszczelarzy bardzo ważny jest rynek zbytu. Niestety, choć Ministerstwo Rolnictwa próbuje zwiększyć eksport polskiego miodu, to 80% produktu zostaje w Polsce. Przyczynia się do tego to, że z powodu chorób pszczół powstaje go zbyt mało. W zwiększeniu produkcji pomóc mogliby rolnicy. „Nie ustają apele, by opryskiwali rośliny po godzinie 18, gdy większość owadów jest już w ulu i nie grozi im kontakt z chemicznymi środkami ochrony” – zaznacza ekspert.