Poprawa sytuacji gospodarczej USA może zaszkodzić notowaniom złota. Spadną też ceny ropy

CEO Magazyn Polska

Choć od początku czerwca cena uncji złota wyrażona w dolarach wzrosła o ponad 5 proc., to trend ten może ulec zmianie. Pozytywne dane z amerykańskiego rynku pracy i zapowiedzi podwyższenia stóp procentowych przez bank centralny mogą przyczynić się do ponownego spadku ceny złota poniżej poziomu 1300 dolarów za uncję. Uspokojenie sytuacji w Iraku, a także zwiększenie się eksportu z Libii może z kolei doprowadzić do dalszej przeceny ropy naftowej – szacuje analityk rynków surowcowych w XTB.

Największy wpływ na notowania złota ma przede wszystkim dolar i sytuacja w USA – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Kordala, analityk rynków surowcowych w firmie XTB. – Obecnie sytuacja gospodarcza Stanów Zjednoczonych się poprawia, a Fed prawdopodobnie niedługo zacznie wysyłać coraz bardziej „jastrzębie” komunikaty, więc presja na spadki cen złota w przyszłości będzie rosła.

Stopa bezrobocia w czerwcu wyniosła w Stanach Zjednoczonych 6,1 proc., a więc mniej niż spodziewali się analitycy. W amerykańskim sektorze pozarolniczym stworzono w czerwcu 288 tys. nowych miejsc pracy, natomiast w sektorze prywatnym – 262 tys. Prognozowano zaś odpowiednio 212 tys. i 210 tys.

Pozytywne sygnały z amerykańskiego rynku pracy i ewentualne zapowiedzi podwyżki stóp procentowych (które spowodowałyby wzrost wartości dolara) sprawiają, że w przyszłości kurs złota może ulec obniżeniu. Złoto tradycyjnie zyskuje na wartości w sytuacjach kryzysów gospodarczych i osłabienia wartości waluty narodowej, gdyż inwestorzy upatrują w nim tzw. bezpiecznej przystani dla swojego kapitału.

Jeżeli w amerykańskiej gospodarce dalej będziemy obserwowali tak mocny wzrost zatrudnienia jak w ostatnich miesiącach, a  Fed zasugeruje szybki wzrost stóp procentowych, to ceny złota mogą wrócić poniżej 1300 dolarów już w najbliższych miesiącach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Kordala analityk rynków surowcowych, XTB.

Cena złota wyrażona w dolarach wzrosła o blisko 10 proc. od stycznia 2014 r. Podczas gdy 2 stycznia wynosiła 1223 dolarów za uncję, to obecnie wynosi ok. 1320 dolarów. Spory wzrost miał miejsce w ciągu ostatniego miesiąca – jeszcze na przełomie maja i czerwca kurs złota wynosił ok. 1250 dolarów za uncję. Jednak w ostatnich dniach można już zaobserwować pewne spadki – w ciągu ostatniego tygodnia o ok. 10 dolarów.

Spadają też ceny ropy naftowej. Obecna cena ropy brent – nieco poniżej 110 dolarów – jest zbliżona do kursu z początku 2014 r. Nie oznacza to, że w międzyczasie nie miały miejsce pewne wahania kursu. Spory wzrost ropa zanotowała w czerwcu: ze 107 dolarów na początku miesiąca do 114 dolarów za baryłkę w połowie czerwca. Od tego czasu jednak koszt baryłki spada.

Spadki na rynku ropy naftowej, które notujemy w ostatnich dniach, wiążą się z uspokojeniem sytuacji politycznej w Iraku. Ponadto nowe porty do eksportu surowca otwiera Libia – wyjaśnia Kordala. – Ten kraj może w bardzo szybkim tempie zwiększyć podaż surowca w Europie. Oczekuję, że ceny ropy pod koniec miesiąca spadną nawet do 105 dolarów za baryłkę.

Obawy dotyczące pakietu klimatycznego wpływają na nastroje w przemyśle

CEO Magazyn Polska

Realizacja pakietu energetyczno-klimatycznego będzie jednym z głównych wyzwań polskiej gospodarki w najbliższych latach. Już teraz pakiet budzi duże obawy polskiego przemysłu. Wypracowaniem równowagi między polityką klimatyczną a energetyczną oraz przemysłową zajmie się w Parlamencie Europejskim komisja przemysłu, badań naukowych i energii. Na jej czele staną Polacy: w pierwszej części kadencji Jerzy Buzek, w drugiej – Janusz Lewandowski. 

Nowe wyzwania dla Polski to pakiet klimatyczno-energetyczny i dolegliwości z nim związane. Myślę tutaj o ekonomii, o odpłatności za emisję, biorąc pod uwagę fakt, że Polska emituje około 50 proc. więcej dwutlenku węgla na jednostkę energii elektrycznej. Na jedną megawatogodzinę mniej więcej emitujemy ponad jedną tonę dwutlenku węgla, średnia unijna to jest około 500 kg, dlatego Polska odczuje skutki pakietu klimatyczno-energetycznego w stopniu największym spośród krajów Unii Europejskiej – podkreśla Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki w rozmowie z agencją Newseria Biznes.

Jego zdaniem polska gospodarka, a w szczególności polski przemysł, mimo chwilowego osłabienia będzie sobie dobrze radzić w kolejnych miesiącach. Wyzwaniem w przyszłości będzie właśnie utrzymanie konkurencyjności wobec planów realizacji pakietu klimatyczno-energetycznego.

Jeśli świat nie pójdzie za Europą, osłabi to konkurencyjność europejskiej gospodarki, a szczególnie polskiej. Trzeba mieć świadomość, że w Stanach Zjednoczonych ceny energii w efekcie rewolucji łupkowej są o połowę niższe niż w Europie, a to rzutuje na konkurencyjność europejskiego przemysłu. Trzeba się liczyć z konsekwencjami, które mogą być związane z alokacją części przemysłu – tłumaczy były wicepremier i minister gospodarki.

Pewną przeciwwagą może być planowane podpisanie umowy o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi, co stworzy nowe możliwości dla eksporterów. Obecnie polski eksport przekracza poziom 200 mld dolarów rocznie, co wskazuje, że nasza gospodarka jak dotąd jest jednak konkurencyjna.

Steinhoff podkreśla, że wśród problemów polskiej gospodarki jest również kondycja sektora elektroenergetycznego oraz sytuacja w górnictwie węgla kamiennego.

– W elektroenergetyce potrzebujemy dużych pieniędzy na realizację projektów inwestycyjnych, myślę tu zarówno o wytwarzaniu, dystrybucji, jak i przesyle – mówi były wicepremier i minister gospodarki. – Również infrastrukturalne projekty: jeśli chodzi o gaz one są realizowane, natomiast potrzebne są potężne inwestycje w podsektorze wytwarzania energii elektrycznej, bo część naszych elektrowni jest przestarzała, o niskiej sprawności, i musi zostać zlikwidowana.

Polacy kupują coraz więcej nowych aut. Ich sprzedaż w I półroczu wzrosła o 19 proc.

CEO Magazyn Polska

W pierwszym półroczu zarejestrowano niemal 176 tys. nowych samochodów osobowych – o jedną piątą więcej niż przed rokiem. W letnie miesiące producenci samochodów zanotują jednak nieco słabsze wyniki sprzedaży. Sezonowość rynku wynika z wakacyjnych wyjazdów, a szczyt sprzedaży zwykle przypada na koniec i początek roku. Liderem polskiego rynku nadal jest Škoda, która w pierwszym półroczu sprzedała niemal co siódmy nowy pojazd.

W okresie styczeń-czerwiec liczba rejestracji nowych samochodów osobowych wzrosła o ponad 19 proc. w ujęciu rocznym. Pierwsze półrocze zamknęło się z wynikiem 175 910 aut.

We wszystkich branżach panuje pewnego rodzaju sezonowość. Ten rok jest szczególny i tę sezonowość doskonale zaprezentował. Na początku roku mieliśmy do czynienia z wyprzedażą rocznika. Wystąpił również tzw. efekt kratki, czyli firmy zwiększyły swoje zakupy, jeśli chodzi o samochody osobowe do flot i wykorzystały zmianę ustawodawstwa. Teraz mamy do czynienia z okresowym spadkiem sprzedaży w okresie wakacyjnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Cabaj, kierownik ds. PR marki Škoda w Volkswagen Group Polska Sp. z o.o.

Przyspieszenie na początku tego roku było związane nie tylko z coroczną wyprzedażą aut z poprzedniego rocznika, lecz także ze zmianą prawa dotyczącego podatku VAT. Do końca marca można było kupować samochody osobowe z kratką z całkowitym odliczeniem podatku VAT. Od kwietnia wzrost tempa sprzedaży nieco wyhamował, ale i tak jest ono szybsze niż przed rokiem. W czerwcu zarejestrowano 25 750 nowych aut, czyli o 547 więcej niż w czerwcu 2013 roku. Letnie miesiące będą jak co roku nieznacznie gorsze z uwagi na wyjazdy wakacyjne, ale wyniki sprzedaży są zdaniem producentów obiecujące. Na sprzedaż wpływają w dużym stopniu także oferty promocyjne – po letnim spowolnieniu odbicie następuje zwykle we wrześniu i trwa do końca roku.

Škoda, która od pięciu lat utrzymuje pozycję lidera rynku, w pierwszym półroczu sprzedała ponad 24 tys. samochodów osobowych, co dało czeskiej marce z grupy Volkswagena niemal 14-proc. udział w rynku. W całym ubiegłym roku, zgodnie z danymi Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar, zarejestrowano niemal 290 tys. nowych samochodów osobowych, w tym ponad 36 tys. samochodów marki Škoda.

Škoda jest liderem rynku, natomiast na kolejnych miejscach odbywa się tasowanie, czyli marki japońskie tasują się z markami niemieckimi i również z marką Volkswagen – analizuje Cabaj.

Dodaje, że w skali kraju sprzedaż rozkłada się w miarę równomiernie, choć w zachodnich województwach sprzedają się pojazdy nieco lepiej wyposażone niż na wschodzie kraju.

Cabaj przekonuje, że sukces Škody polega na dobrej ofercie w każdym z segmentów aut osobowych. Mała Fabia i większa Octavia są najchętniej kupowanymi modelami w Polsce, a na popularności zyskuje też nowy model Rapid. Czeska marka nie zamierza jednak spoczywać na laurach i zapowiada ciągłe ulepszanie oferty. Już w tym roku zaprezentowany został nowy wariant SUV-a Yeti, a jesienią pokazana zostanie Fabia trzeciej generacji. Ten samochód trafi do polskich salonów na początku 2015 r.

2012 i 2013 to były lata, kiedy odświeżyliśmy praktycznie całą naszą gamę modelową. 2014 również jest rokiem, w którym nabieramy tempa, a w zasadzie kontynuujemy fazę wzrostu. Natomiast w przyszłym roku również będą kolejne premiery, między innymi nowy Superb, czyli przedstawiciel najwyższego segmentu i nasza flagowa limuzyna – zapowiada Cabaj.

Dodaje, że Škoda chce także kontynuować działania w kierunku poprawy bezpieczeństwa na polskich drogach, które według danych Komisji Europejskiej wciąż należą do najbardziej niebezpiecznych w UE. W 2013 r. w Polsce na drogach zginęło 87 osób na milion mieszkańców – gorzej było tylko w Rumunii. Cabaj wymienia Szkołę Auto Škoda, czyli akademię bezpiecznej jazdy oraz interaktywne centrum Škoda AutoLab działające na stałe w Poznaniu. Koncern prowadzi jednak także inne działania o bardziej promocyjnym wydźwięku. Jednym z nich jest sponsoring największego wyścigu kolarskiego Tour de France, który rozpoczął się 5 lipca w Leeds, w Anglii.

Zmienią się zasady związane z recyklingiem odpadów po smarach. Nowe prawo może być jednak niemożliwe do spełnienia

CEO Magazyn Polska

Od 2017 roku branżę olejów smarowych będą obowiązywały nowe wymogi dotyczące zbierania i recyklingu odpadów pozostałych po smarach. Jej przedstawiciele alarmują, że dostosowanie się do wymogów wprowadzonych przez ustawę opakowaniową będzie w dużej mierze niewykonalne, ponieważ część smarów ze względów praktycznych nie nadaje się do odzyskiwania. W efekcie problem mogą mieć organizacje odzysku.

Nowelizacja ustawy opakowaniowej, która weszła w życie w styczniu br., rozszerzyła wymóg odzysku i recyklingu o kilka nowych grup produktowych, w tym smarów plastycznych. Branża olejowa uważa, że przepisy te są niewykonalne.

Smary, które stosuje się na przykład w łożyskach i innych trudno dostępnych miejscach, są w zasadzie zbieralne. To wynika też z ich właściwości fizycznych – uważa Marcin Szponder, ekspert Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego. – Wymogu recyklingu tego typu smarów nie ma w zasadzie nigdzie na świecie.

Jak podkreśla, przepisy unijne określiły limity odzysku i recyklingu produktów na poziomach odpowiednio 50 proc. i 35 proc. produktów. Obowiązują one jednak dla całości rynku, a nie dla poszczególnych grup produktowych.

Branża doskonale rozumie skutki ekologiczne, jakie stoją za wymogiem recyklingu i zbiórki olejów smarowych, natomiast chodzi o to, aby nie regulować aż tak specyficznie, które produkty i jaki poziom recyklingu muszą osiągnąć – podkreśla dyrektor ds. regulacji w POPiHN. – W przypadku smarów wiadomo, że one nie będą poddawane zbiórce i recyklingowi, natomiast w skali całego rynku można to skompensować zbiórką chociażby olejów silnikowych, która jest prosta, odbywa się w warsztacie poprzez zlanie zużytego oleju znajdującego się w misce olejowej.

Przedstawicielom branży udało się doprowadzić do zmiany w rozporządzeniu ministra środowiska. Ustalono, że okres przejściowy będzie trwać do 2017 roku. W tym czasie wymagany poziom odzysku i recyklingu smarów plastycznych określono na poziomie zerowym.

Niestety, jest to jedynie odroczenie problemu. Bez zmian w przepisach powróci on znów za kilka lat – uważa Marcin Szponder. – Apelujemy do Ministerstwa Środowiska o dokonanie takich zmian, które ten wymóg dla smarów plastycznych w ogóle unieważnią, ponieważ jest on zbyt restrykcyjny.

Zmiany w przepisach mogą uderzyć także w system odzysku.

– Istnieje system opłaty produktowej i w sytuacji, gdy organizacja odzysku nie wykaże się osiągnięciem zadowalających poziomów odzysku w danym roku, grożą jej za to bardzo poważne kary – podkreśla Marcin Szponder z Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego. – Na końcu efekty nietrafionych zabiegów legislacyjnych zawsze odczuwają klienci i społeczeństwo. W skrajnych przypadkach może to doprowadzić do likwidacji organizacji odzysku i po prostu zawalenia się całego systemu.

W drugim kwartale upadły 224 przedsiębiorstwa – ponad 18 proc. więcej niż w pierwszym

CEO Magazyn Polska

W drugim kwartale 2014 roku upadły 224 przedsiębiorstwa. To o niemal 20 proc. więcej niż w pierwszych trzech miesiącach roku, choć wciąż nieco mniej niż w drugim kwartale 2013 r. Problemy mają przede wszystkim branża budowlana oraz wrażliwe na koniunkturę hotele i restauracje. Firmom mogłaby pomóc obniżka stóp procentowych, ale Rada Polityki Pieniężnej nie zapowiada takiego kroku.

W pierwszym kwartale wyraźnie poprawiła się kondycja spółek, natomiast w drugim kwartale, niestety, podwyższył się poziom upadłości, choć nie tak jak rok temu. Wyraźnie widać, że więcej upada firm usługowych – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Kochman, ekonomista z Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych.

Jak wyliczyła KUKE na podstawie danych z Monitora Sądowego i Gospodarczego, w drugim kwartale tego roku upadło łącznie 224 firm, z czego 171 było spółkami prawa handlowego. W pierwszym kwartale łączna liczba upadłości wyniosła 189, czyli o przeszło 15 proc. mniej. Pomimo tego wzrostu wynik z miesięcy od kwietnia do czerwca jest wciąż minimalnie lepszy niż rok temu. W drugim kwartale 2013 r. upadło 228 przedsiębiorstw.

Najgorsza sytuacja wciąż jest w branży budowlanej. Natężenie upadłości w tym sektorze, czyli liczba upadłości w odniesieniu do liczby średnich i dużych przedsiębiorstw obecnych na rynku, wyniosło w okresie od lipca 2013 r. do czerwca br. 3,34 proc. Wysokie natężenie upadłości jest też wśród hoteli i restauracji – 2,28 proc., i o ile w budowlance wskaźnik ten nieznacznie spadł w porównaniu z poprzednimi 12 miesiącami, to w branży hotelarsko-restauracyjnej odnotowano wyraźny wzrost. Jak podkreśla Kochman, ten sektor, podobnie jak firmy związane z rozrywką i rekreacją, jest zawsze bardzo wrażliwy na koniunkturę. Za to w budownictwie sytuacja powinna się poprawić.

Widzimy, że budownictwo, które po dwóch kryzysowych latach, i to bardzo poważnych, na początku tego roku poprawiło swoje wyniki. Natomiast widać też, że poprawa niejako wyhamowała, ale budownictwo jest to ta branża, w której mogą pojawić się pozytywne zmiany – ocenia Kochman.

Dodaje, że rosnąca liczba upadłości jest związana ze spowolnieniem koniunktury. Potwierdza to czerwcowy odczyt PMI polskiego sektora przemysłowego, który wyniósł zaledwie 50,3 pkt. Tymczasem przy poziomie poniżej 50 punktów można mówić o pogarszaniu koniunktury. Według Kochmana gospodarka zatrzymała się w oczekiwaniu na decyzję Rady Polityki Pieniężnej. Cięcia stóp procentowych o 2,25 punktu procentowego od listopada 2012 r. do lipca 2013 r. napędzały rynek, ale od roku ich wartość się nie zmienia.

Niewątpliwie ten impuls ze strony RPP wyczerpał się i teraz gospodarka właściwie czeka na to, czy RPP obniży stopy procentowe, czy też nie. Chociaż sama RPP raczej wskazuje na to, że będzie utrzymywać stopy procentowe na bieżącym poziomie – analizuje Kochman.

Miesięczna liczba upadłości rośnie stabilnie od grudnia 2013 r. W ostatnim miesiącu ubiegłego roku była rekordowo niska i wyniosła 52. Od tego czasu co miesiąc, z wyjątkiem nieznacznych spadków w marcu i czerwcu, jest coraz wyższa. Największe roczne natężenie upadłości od lipca 2013 r. do czerwca br. było w województwach dolnośląskim, świętokrzyskim i zachodniopomorskim, a najmniej firm ogłosiło niewypłacalność w województwach warmińsko-mazurskim i pomorskim.

W Małopolsce prywatna agencja pomogła znaleźć pracę już ponad 160 trwale bezrobotnym

CEO Magazyn Polska

Już ponad 160 długotrwale bezrobotnych znalazło zatrudnienie w Małopolsce dzięki działaniu prywatnej agencji. Zlecanie aktywizacji tych osób podmiotom niepublicznym umożliwiła obowiązująca od maja nowa ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Ma to być skuteczniejszy instrument do walki z bezrobociem, przede wszystkim dlatego, że kładzie nacisk na efektywność. Pilotaż w Małopolsce obejmuje 1000 osób trwale bezrobotnych. W całym kraju trwale bez pracy jest ponad 1,1 miliona osób.

To pokazuje, że z tym problemem nie jesteśmy w stanie sobie poradzić, korzystając z dotychczasowych instrumentów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Karaszewska, dyrektor generalna Ingeus, firmy, która na zlecenie małopolskiego urzędu pracy aktywizuje bezrobotnych z tej grupy. – Wprowadzenie nowego instrumentu, jakim jest zlecanie aktywizacji osób długotrwale bezrobotnych bądź osób oddalonych od rynku pracy, to nie jest rozwiązanie nowe w skali światowej, bo kraje europejskie stosują je od ponad 20 lat z bardzo dużym sukcesem.

Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, która weszła w życie pod koniec maja, umożliwiła współpracę urzędów pracy i prywatnych agencji. Wcześniej w wybranych urzędach przeprowadzono program pilotażowy, w którym wziął też udział Ingeus. Projekt działa w agencji od listopada ub.r. Jak podkreśla Karaszewska, nowe prawo kładzie nacisk na efektywność, a zatem nie tylko na znalezienie pracy dla bezrobotnego, lecz także na jej utrzymanie przez daną osobę. Skorzystać mają nie tylko bezrobotni, lecz także państwo, które czerpie z pracy korzyści w postaci podatków i parapodatków.

Nowe prawo podzieliło bezrobotnych na trzy grupy – aktywnych, wymagających szkoleń oraz trwale pozostających bez pracy. Ta ostatnia grupa stanowi największe wyzwanie dla urzędów pracy. Pomóc mają indywidualni doradcy i współpraca z agencjami zatrudnienia.

Karaszewska dodaje, że współpraca z agencjami nie zastąpi działań podejmowanych przez Powiatowe Urzędy Pracy, lecz je uzupełni. Urzędy będą mogły zadecydować, czy dana osoba bezrobotna otrzyma ofertę stażu, szkolenia czy też zostanie przekazana agencji, która zajmie się kompleksowo indywidualnym doradztwem. Na taki krok zdecydował się Wojewódzki Urząd Pracy w Krakowie, który wraz z sześcioma Powiatowymi Urzędami Pracy zlecił aktywizację 1000 trwale bezrobotnych agencji Ingeus. Połowa z nich nie ma pracy ponad 2 lata. Celem jest znalezienie trwałego zatrudnienia dla co najmniej 350 osób.

Te osoby mają poważniejsze bariery niż osoby, które po prostu wypadły z rynku pracy i na niego wracają: bariery związane z motywacją, z brakiem umiejętności poruszania się na rynku pracy, bariery zdrowotne itd. Takiej osobie musimy zagwarantować przede wszystkim indywidualne wsparcie, czyli doradcę, który będzie z nią pracował, spotykał się regularnie, zbuduje z nią bezpośredni kontakt oparty na zaufaniu, wiarygodności i będzie świadczył kompleksową usługę – tłumaczy Karaszewska.

Podkreśla, że rolą doradcy jest nie tylko wskazywanie bezrobotnemu możliwości zatrudnienia, lecz także zrozumienie sytuacji osoby trwale bezrobotnej. Pracownicy agencji mają dążyć do tego, by wyeliminować przyczyny problemu i tym samym umożliwić znalezienie stałej pracy.

Karaszewska zaznacza, że doradcy będą też współpracować z pracodawcami, by lepiej poznawać ich potrzeby. Podkreśla, że aż 70 proc. wakatów na rynku pracy pochodzi z rynku ukrytego. Nie są one nigdzie ogłaszane, a pracodawcy szukają pracowników jedynie z polecenia. Karaszewska uważa, że w ten sposób pracodawcy zmniejszają ryzyko zatrudnienia osoby nieodpowiedniej na dane stanowisko.

Jest szansa, że doradca spotykając się z pracodawcą, jest w stanie powiedzieć o danej osobie: mój klient to jest osoba, z którą pracowałem przez ostatnie pół roku, znam ją doskonale, to jest osoba zmotywowana, przygotowana do tego konkretnego miejsca pracy, więc ryzyko, że z tej współpracy nic nie wyjdzie, jest wtedy znacznie mniejsze – podkreśla Karaszewska.

Taki model jest powszechny w Europie Zachodniej. Według Karaszewskiej ze współpracy z agencjami zatrudnienia skorzystało nawet kilkaset tysięcy bezrobotnych na Starym Kontynencie. Wynagrodzenie dla agencji nie zależy tylko od znalezienia pracy dla tych osób, lecz głównie od tego, czy uda im się ją utrzymać przez co najmniej pół roku.

Jeżeli agencja skutecznie pomoże danym osobom, to jest w stanie poprawić wyniki i efektywność konkretnych urzędów pracy, które korzystają z tego instrumentu. W związku z tym to rozwiązanie ma pomóc przede wszystkim osobom bezrobotnym, ale też ma przynieść określone korzyści społeczne, przede wszystkim ekonomiczne, dla państwa z tytułu tego, że te osoby zaczynają pracę i będą płacić podatki – tłumaczy Karaszewska.

Letnie wyprzedaże bywają dla sklepów okazją do nadużyć

CEO Magazyn Polska

Sezonowe wyprzedaże ruszyły pełną parą, a wraz z nimi sprzedawcy podwoili wysiłki, by za wszelką cenę pozbyć się towarów zalegających w magazynach. Ofiarami ich niedozwolonych praktyk często padają nieświadomi swoich praw konsumenci, których łatwo przekonać, że towar przeceniony nie podlega reklamacji, co nie jest prawdą. Sklepy mogą za to odmówić przyjęcia przecenionego towaru, który konsument chce zwrócić bez wyraźnej przyczyny.

– Konsument, który kupuje podczas sezonowej wyprzedaży, nie ma mniej praw, niż gdyby kupował normalnie. W systemie prawnym obniżka nie oznacza, że konsument jest mniej chroniony. To wszystko są mylne przekonania albo konsumenta, albo sprzedawcy – zaznacza Małgorzata Cieloch, rzeczniczka prasowa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Zgodnie z Ustawą o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej wadliwy towar kupiony na wyprzedaży, tak jak zakup dokonany po nieobniżonej, normalnej cenie, podlega reklamacji w ciągu dwóch miesięcy od dnia zauważenia wady, jednak nie później niż w terminie dwóch lat od dnia zakupu.

– Jeżeli to jest wyprzedaż sezonowa, to pamiętajmy o tym, że towar nie może być przeceniony ze względu na jakąś wadę. Ze względu na to, że jest wyprzedawany sezonowo, to jest towar pełnowartościowy – przypomina Małgorzata Cieloch.

Podstawą reklamacji jest paragon, dlatego w ferworze okazyjnych zakupów nie powinniśmy o nim zapomnieć. Dowodem zakupu równie dobrze może być wyciąg z konta lub karty kredytowej, którą dokonano płatności, a także zeznania świadka, który był obecny w chwili zakupu.

Nieco inaczej jest, gdy po dokonaniu zakupu klient dojdzie do wniosku, że artykuł z wyprzedaży jednak mu się nie podoba i chciałby go oddać z powrotem do sklepu. W takim przypadku przyjęcie zwrotu zależy od dobrej woli sprzedawcy, bo celem wyprzedaży jest wyzbycie się towaru, którego przechowywanie do kolejnego sezonu czy transport są dla sprzedawców nieopłacalne.

– Towar wyprzedawany nie podlega zwrotowi  taka informacja może pojawić się w sklepie, jest zgodna z prawem, ponieważ sprzedawca może ograniczyć taką prokonsumencką praktykę, czyli możliwość zwrotu towaru w ciągu kilku dni – mówi Małgorzata Cieloch.

Obowiązkiem sprzedającego jest umieszczenie na etykiecie ceny przed obniżką i ceny obniżonej, tak, by klient nie miał co do tego wątpliwości i mógł zorientować się, czy dokonanie zakup mu się opłaca. Sprzedawcom zdarza się nie dopełnić tego obowiązku, a nawet uciekać się do zawyżania ceny tuż przed rozpoczęciem wyprzedaży, by wywołać mylne wrażenie, że klient trafił na wyjątkową okazję zakupu po znacznie obniżonej cenie.

– Oczywiście tego nie jest w stanie sprawdzić nikt oprócz tak zwanego stałego konsumenta. Jest to praktyka na pograniczu prawa i etyki, natomiast niestety nie może być ścigana przez Inspekcję Handlową – wyjaśnia rzeczniczka UOKiK.

Kolejnym trikiem wykorzystywanym przez sprzedawców jest umieszczanie na reklamach informujących o sezonowej wyprzedaży niższych cen niż te wybijane przez kasę na paragonie, a następnie niezgodne z prawdą przekonywanie klienta, że może on kupić towar tylko po tej wyższej cenie. To błąd, którego konsument bez trudu może się ustrzec.

 Pamiętajmy o tym, że konsument zawsze ma prawo kupić towar za cenę, która widniała na metce. Jeżeli coś było przecenione 50 proc., to nie może okazać się w kasie, że to jest tylko 30 proc. – przypomina Małgorzata Cieloch.

Co roku Inspekcja Handlowa podczas sezonowych wyprzedaży i innego rodzaju promocji czy obniżek stwierdza w sklepach ok. 10 proc. nieprawidłowości. Większość z nich dotyczy wprowadzania konsumenta w błąd.

Grecja najpopularniejszym kierunkiem zagranicznych wyjazdów wakacyjnych w tym roku

Średnio 2,5 tys. zł na osobę wydadzą wyjeżdżający na zagraniczne wakacje Polacy. Najpopularniejszym kierunkiem będzie Grecja, ale na popularności zyskuje też tania i nieodległa Bułgaria. Tylko około 5 proc. Polaków wybiera ofertę z dojazdem własnym.

– Grecję pokochaliśmy już w roku ubiegłym i ten trend się utrzymuje. Popularne są również Egipt, Turcja, Hiszpania i Tunezja. Wzrasta zainteresowanie Bułgarią, ponieważ jest to kierunek, który oferuje dobry produkt w atrakcyjnej cenie, jak również krótki czas przelotu. Ten kraj zajmuje szóste miejsce pod względem popularności w naszym rankingu – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marzena Szlichta z serwisu Wakacje.pl.

Grecja zyskała na popularności już w ubiegłym roku, choć nie była najpopularniejszym kierunkiem. Jak wynika z badań grupy Enovatis, właściciela m.in. Wakacje.pl oraz EasyGo, w ubiegłym roku niemal 21 proc. Polaków wyjeżdżających za granicę wybrało Egipt, a o ok. 2 pkt proc. mniej – Grecję.

Na wakacje wydamy w tym roku nieco więcej niż w ubiegłym – ok. 2,5 tys. zł na osobę. Enovatis wyliczył, że w ubiegłym roku średnia wyniosła niecałe 2,4 tys. zł. Najpopularniejszym środkiem podróży jest samolot, a najmniej popularnym – autokar. Wiele osób wybiera ofertę hoteli cztero- i pięciogwiazdkowych.

Cenimy sobie komfort na wakacjach, dlatego często wybieramy opcję all inclusive. Aczkolwiek równie dużym zainteresowaniem cieszy się oferta z dwoma posiłkami, co daje nam możliwość zasmakowania kuchni lokalnej – mówi Szlichta. – Decyzję o zakupie wyjazdu podejmujemy zwykle na miesiąc, dwa miesiące przed wyjazdem lub też odkładamy to na ostatnią chwilę, czyli rezerwujemy tydzień, kilka dni przed wyjazdem.

Szlichta dodaje, że Polacy najczęściej wyjeżdżają parami albo z jednym lub dwójką dzieci. Mniejszą popularnością cieszą się wyjazdy w większej grupie lub w pojedynkę.

Kolejna inwestycja MCI w sektorze e-travel

0

Travelata.ru, rosyjska spółka z segmentu online travel pozyskała 7 mln USD z drugiej rundy finansowania. Kapitał pochodzi od nowego inwestora jakim jest fundusz Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (ang. EBRD) oraz funduszu MCI.TechVentures (TV) i Mezzanine Management (MM), dotychczasowych inwestorów, będących jednocześnie akcjonariuszami spółki portfelowej Invia. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na rozwój działalności i umocnienie pozycji lidera w sprzedaży internetowych pakietów wakacyjnych na rynku rosyjskim. Ponadto, fundusze TV oraz MM  odkupią część udziałów Travelata od Invia.cz.

Będąc spółką na wczesnym etapie rozwoju,  Travelata była inkubowana w ramach grupy Invia, korzystając ze wsparcia kapitałowego i merytorycznego całej grupy. Poprzez kolejną rundę finansowania z udziałem inwestorów międzynarodowych, spółka będzie realizowała kolejny etap wzrostu, przy zachowaniu współpracy poprzez wymianę doświadczeń i najlepszych praktyk – mówi Tomasz Danis, Investment Partner w MCI Management.

Według analiz rynkowych sprzedaż wycieczek online to jeden z najlepiej rozwijających się segmentów e-commerce. MCI zaangażował się w ten segment w 2000 r., nabywając pakiet akcji w Travelplanet, a następnie  Invia.cz. W drugiej połowie 2012 roku MCI, poprzez Invia, rozpoczął ekspansję na rynek rosyjski, gdzie został inwestorem Travelata.

– Jesteśmy przekonani co do dużego potencjału wzrostu zarówno rosyjskiego sektora e-travel jak i  Travelata, dlatego postanowiliśmy dokapitalizować tę spółkę. Zespół funduszu TV posiada znaczące doświadczenie w tym segmencie, zdobyte w ostatnich 10 latach w regionie Europy Środkowej i Wschodniej. Inwestycja w Travelata opiera się więc na modelu, w którym fundusz wnosi kapitał oraz kompetencje w zakresie sprawdzonego modelu biznesowego, co pozwoli na szybsze zbudowanie wartości spółki. W naszej ocenie jest to jednocześnie optymalny model inwestycji funduszu na rynku rosyjskim, gdyż doświadczenie funduszu zdobyte w regionie pozwala na lepszą ocenę możliwości inwestycyjnych oraz znaczące wsparcie przedsiębiorców – komentuje Sylwester Janik, Zarządzający MCI. TechVentures. – Cieszę się, że w kolejnej rundzie inwestycyjnej wzięli udział wszyscy dotychczasowi inwestorzy, a to grono powiększyło się jeszcze o nowy fundusz  EBOiR, posiadający doświadczenie w inwestycjach na rynku rosyjskim. To istotne wzmocnienie struktury kapitałowej Spółki – dodaje.

Cieszymy się z możliwości wsparcia wzrostu Travelata w segmencie sprzedaży internetowych pakietów wakacyjnych, obszarze w naszej ocenie posiadającym największy potencjał wzrostu na rynku rosyjskim. Kluczowe znaczenie dla naszej decyzji inwestycyjnej miała jakość ludzi zaangażowanych w rozwój spółki od środka i z jej bliskiego otoczenia – dodaje Izzet Guney, Director of Information and Communication Technologies w EBOIR.

Coraz więcej firm produkcyjnych sięga po technologie mobilne

Przedsiębiorstwa produkcyjne coraz częściej sięgają po rozwiązania mobilne – podkreślają analitycy firmy ASTOR. Technologie stosowane wcześniej głównie przez firmy usługowe, dostosowane do potrzeb fabryk pozwalają m.in. na uzyskanie dostępu do informacji na temat produkcji z dowolnego miejsca o dowolnym czasie, czy szybką reakcję w razie awarii. Odpowiednio skonfigurowany system mobilnego zarządzania może umożliwić przeprowadzanie ważnych zmian na linii produkcyjnej zdalnie, za pośrednictwem smartfona, na przykład wprost z bałtyckiej plaży.

Smartfon, tablet, komputer, a nawet telewizor – to urządzenia, które po zainstalowaniu specjalistycznego oprogramowania mogą stać się ważnymi elementami procesu produkcji w dużym zakładzie przemysłowym. W praktyce oznacza to, że za pomocą m.in. telefonu komórkowego można nie tylko uzyskać dostęp do bieżących wizualizacji trwających w firmie procesów, ale także do ustawień pozwalających na generowanie raportów, zmianę parametrów urządzeń oraz do zaawansowanych funkcji związanych z całym procesem produkcyjnym. Wymagania techniczne nie są przy tym specjalnie skomplikowane, np. w przypadku popularnego oprogramowania InTouch Access Anywhere zarządzanie produkcją jest możliwe z poziomu dowolnego urządzenia wyposażonego w przeglądarkę internetową obsługującą HTML5.

Polskie firmy coraz częściej decydują się na podobne rozwiązania. W minionym półroczu wdrażająca mobilne systemy zarządzania przedsiębiorstwem firma ASTOR zanotowała wzrost zapotrzebowania na tego typu aplikacje wśród przedsiębiorstw przemysłowych m.in. z branży spożywczej, motoryzacyjnej czy energetycznej. Ogólnoświatowa tendencja jest bardzo wyraźna – jak wynika z badania Symantec 2013 State of Mobility Survey, wdrażanie technologii mobilnych uważa za istotne aż 84 procent innowacyjnych firm, a ich główną motywację w tej kwestii stanowią czynniki biznesowe.

– Ogólnoświatowy wzrost zainteresowania technologiami mobilnymi w produkcji jest bardzo duży. Na rynku polskim liczba zainteresowanych jest jeszcze umiarkowana, ale coraz więcej użytkowników zdaje sobie sprawę z korzyści, jakie mobilne narzędzia niosą ze sobą w przypadku przedsiębiorstw produkcyjnych – komentuje Stefan Życzkowski, prezes firmy ASTOR.

W firmach usługowych i handlowych rozwiązania mobilne stosowane są m.in. w celu usprawnienia pracy biurowej, skrócenia czasu obiegu dokumentów, usprawnienia komunikacji z klientem czy procesów dostawy towarów. Systemy przygotowane z myślą o firmach produkcyjnych mają z kolei na celu przede wszystkim przyspieszenie i ułatwienie dostępu do informacji produkcyjnych oraz umożliwienie szybkiej reakcji na sytuacje awaryjne. Operatorzy stają się dzięki nim bardziej elastyczni, a pracownicy produkcyjni zyskują płynny dostęp do kluczowych danych. Technologie mobilne umożliwiają także m.in. zwiększenie świadomości na temat funkcjonowania przedsiębiorstwa wśród zespołu – m.in. dzięki prezentacji raportów na urządzeniach oddalonych od hali produkcyjnej, takich jak np. ekrany na stołówkach.

Wdrożenie systemu mobilnego zarzadzania w firmie produkcyjnej wiąże się z zainstalowaniem oprogramowania wizualizacyjnego, pozwalającego na monitorowanie wybranych procesów. Kolejnym etapem jest wgranie odpowiedniej licencji i prosta konfiguracja serwera terminalowego. Eksperci podkreślają, że w czasie wyboru konkretnego rozwiązania warto brać pod uwagę te systemy, które gwarantują możliwość konfiguracji i dostosowania do indywidualnych potrzeb przedsiębiorstwa.