Dalkia Warszawa pionierem wdrażania inteligentnych rozwiązań dla sieci ciepłowniczej

Dalkia Warszawa rozpoczęła pionierski projekt inwestycyjny „Inteligentnej Sieci Ciepłowniczej”. Dzięki tej inwestycji zostaną zredukowane straty ciepła na przesyle oraz ograniczona emisja dwutlenku węgla – rocznie o ponad 14 tysięcyton w stolicy, co jest równoważne posadzeniu  miliona  drzew.  Innowacyjny projekt o wartości ponad 50 milionów zł uzyskał dofinansowanie w wysokości 30% w ramach programu finansowego „Inteligentne Sieci Energetyczne” Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

„Inteligenta Sieć Ciepłownicza” to projekt, który będzie wspierał i optymalizował procesy decyzyjne związane z zarządzaniem siecią. Wpłynie na zwiększenie efektywności energetycznej poprzez ograniczenie strat ciepła rocznie o 123 TJ, co jest równoważne ogrzaniu ok. 5 tysięcy nie energooszczędnych mieszkań o powierzchni 65 m2, które będzie można ogrzać bez dodatkowej emisji CO2. Projekt ten tworzy podstawy do wdrażania zaawansowanych usług efektywności energetycznej dla zarządzających budynkami wspólnot mieszkaniowych.

Projekt realizowany będzie od lata 2014 r. do połowy 2017 r. Prowadzone prace nie będą powodowały ani przerw w funkcjonowaniu miejskiej sieci ciepłowniczej, ani żadnych niedogodności dla odbiorców ciepła i mieszkańców Warszawy.

Korzyścią dla klientów Dalkii Warszawa będzie możliwość szybkiej reakcji na zmiany pogodowe i na zjawiska zachodzące w sieci ciepłowniczej oraz zmniejszenie awaryjności sieci, podnosząc w ten sposób sprawność i komfort dostaw ciepła.

W praktyce inwestycja polega na wyposażeniu sieci w infrastrukturę do monitorowania efektywności przesyłu ciepła oraz zintegrowanego i zdalnego zarządzania pracą całego systemu.

W skład tej infrastruktury wchodzą rozwiązania z obszaru telemetrii oraz telesterowania, czyli zarządzanie na odległość 3 przepompowniami, 27 komorami ciepłowniczymi oraz 2 500 węzłami cieplnymi. Umożliwi to zdalne odczytywanie parametrów, takich jak ciśnienie i temperatura w czasie zbliżonym do rzeczywistego. Zebrane dane będą przetwarzane przez narzędzia informatyczne, które zarekomendują  optymalne parametry pracy  sieci ciepłowniczej. Ma to na celu maksymalizację  wykorzystania bardziej efektywnych ekologicznie  źródeł, a zarazem ograniczenie czasu korzystania z ciepłowni szczytowych.

Realizacja projektu będzie miała znaczenie dla pracy osób zarządzających miejską siecią ciepłowniczą. Zamiast ręcznej zmiany ustawień przeprowadzanych w miejscu ulokowania poszczególnych elementów sieci ciepłowniczej, pracownicy będą mogli sterować nimi centralnie i zdalnie, z jednego punktu zarządzania. Co ważne, system zapewni im szereg danych niezbędnych do podjęcia decyzji, a także zasugeruje najlepsze techniczne rozwiązania.

– Projekt „Inteligentnej Sieci Ciepłowniczej” to jedna z kluczowych inwestycji realizowanych przez Dalkię Warszawa. Stołeczna sieć ciepłownicza to największy tego typu system w Unii Europejskiej, co oznacza, że realizowana przez nas inwestycja, z uwagi na swoją skalę i kompleksowość, ma charakter pionierski. Jest również ważna dla całej Grupy Dalkia, a doświadczenia zdobyte podczas jej realizacji będą mogły zostać wykorzystane w innych miastach – mówi Jacky Lacombe, prezes zarządu Dalkii Warszawa.

Z uwagi na innowacyjność projektu Dalkia Warszawa zgłosiła go do Konkursu „Inteligentne Sieci Energetyczne” prowadzonego przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

– Innowacyjny charakter projektu oraz jego ekologiczne przesłanie pozwoli na promowanie oszczędzania energii w sposób nowatorski i kompleksowy. Po zrealizowaniu, przedsięwzięcie będzie mogło stanowić wzór dla innych miejskich sieci ciepłowniczych. Jest to jedyny zgłoszony projekt ciepłowniczy w ramach naszego programu ISE – podkreśla Barbara Koszułap, zastępca prezesa zarządu NFOŚiGW.Dalkia Warszawa pionierem wdrażania inteligentnych rozwiązań dla sieci ciepłowniczej 1

Rebranding mBanku wyróżniony w globalnym konkursie

Koncepcja rebrandingu marki mBank została uznana za jedną ze 100 najlepszych na świecie w plebiscycie Rebrand 100 Global Awards 2014. Projekt przygotowany przy wsparciu warszawskiej agencji BNA doceniono w kategorii Distinction obok takich marek jak American Airlines, T-Mobile czy Stanley.

Rebrand 100 to najbardziej prestiżowy i rozpoznawalny międzynarodowy konkurs oceniający projekty związane z repozycjonowaniem marek. Co roku jury składające się z ludzi biznesu, designerów i członków kadr kierowniczych największych światowych firm wybiera przykłady najefektywniejszych transformacji brandów. Do tegorocznego konkursu zgłaszano koncepcje przygotowane między styczniem 2011 roku a wrześniem 2013 roku.

mBank został wyróżniony za udane połączenie komunikacji wizualnej czterech marek – mBanku, MultiBanku, BRE Banku oraz BRE Private Banking & Wealth Managemen – pod jednym, nowym szyldem.

Standard wizualny marki mBank został przygotowany w pięciu wersjach kolorystycznych, które zmieniają się w zależności od oferty i grupy klientów. Dodatkowo logotyp przyjmuje różne kształty, a ikony dopasowane są do konkretnych produktów i miejsc, w których się znajdują. Za kreację odpowiedzialna była agencja BNA (dawniej Brand Nature Access), która wcześniej dwukrotnie została nagrodzona na Rebrand 100 – za projekty identyfikacji wizualnej marek Empik oraz Reserved.

– Głównym zadaniem tego projektu było stworzenie z czterech skrajnie różnych  marek finansowych jednej, spójnej identyfikacji nowoczesnego banku uniwersalnego. Zależało nam, by projekt był elastyczny i mógł pomieścić dotychczasową różnorodność operującego w różnych segmentach banku. Wykreowaliśmy system, który z jednej strony daje gwarancję jednolitości, a z drugiej wiarygodnie utrzymuje i kontynuuje specjalizację tworzących go marek  – mówi Mariusz Przybył, Strategic Direktor w firmie BNA.

Wyróżnienie w konkursie Rebrand 100 to nie jedyny przykład na to, że rebranding mBanku został zauważony i doceniony za granicą. Jego nowa koncepcja wizualna została nagrodzona złotem na prestiżowym konkursie Transform Awards 2014 w Londynie. Nowy design mBanku dostał również brązową nagrodę na Polskim Festiwalu Reklamy 2014.Rebranding mBanku wyróżniony w globalnym konkursie 2

Stosunek Polaków do wprowadzenia euro w czerwcu

Warszawa, 27 czerwca 2014 r. – W czerwcu 72 proc. Polaków było przeciwnych wprowadzeniu euro w Polsce.

W stosunku do poprzedniego miesiąca odsetek przeciwników spadł o 3 punkty proc. Obecnie 41 proc. Polaków zdecydowanie jest przeciwnych przyjęciu przez Polskę euro, a raczej przeciwnych jest 31 proc.

Odsetek zwolenników przyjęcia euro wzrósł w porównaniu do pomiaru majowego. Obecnie jest ich łącznie 21 proc. Zdecydowanych zwolenników jest 5 proc., 16 proc. respondentów raczej poparłoby wprowadzenie euro.

Jedynie 7 proc. badanych nie ma w tej kwestii zdania.

Żadna z podstawowych zmiennych społeczno-demograficznych nie wpływa istotnie na opinie dotyczące przyjęcia wspólnej waluty euro. W większości grup wiekowych, wykształcenia, pozycji zawodowej, klasy wielkości miejscowości, dominuje odsetek przeciwników przyjęcia euro i wynosi od 70 do 80 proc. Jedynie wśród  respondentów lepiej wykształconych (specjaliści, urzędnicy, studenci) oraz mieszkańców Warszawy odsetek przeciwników spada odpowiednio do 64 i 48 proc.

Wyraźne zróżnicowanie opinii  na temat przyjęcia euro występuje wśród elektoratów dwóch największych ugrupowań. Przeciwnicy przyjęcia euro zdecydowanie liczniej występują wśród wyborców Prawa i Sprawiedliwości (81 proc.) niż wśród wyborców Platformy Obywatelskiej (57 proc.).

Informacje o badaniu
Czerwcowa fala badania została przeprowadzona w dniach  5-8 czerwca 2014 r. na podstawie reprezentatywnej imiennej próby Polaków w wieku 15+, wylosowanej z bazy PESEL. Osoby celowe zostały wybrane w oparciu o dwustopniowy stratyfikowany schemat losowania z całkowitą liczbą realizowanych wywiadów n=1020. Wywiady zostały zrealizowane metodą wywiadów bezpośrednich w domach respondentów CAPI.Stosunek Polaków do wprowadzenia euro w czerwcu 3

Podpisanie umów na system TYTAN

W dniu 26 czerwca 2014 roku w siedzibie PCO S.A. w Warszawie miało miejsce podpisanie umowy na realizację pracy rozwojowej oraz umowy ramowej na przyszłe dostawy systemu TYTAN dla Sił Zbrojnych RP. W uroczystości wzięli udział m.in. Czesław Mroczek – sekretarz stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej, płk dr Adam Duda – I z-ca Szefa Inspektoratu Uzbrojenia oraz gen. dyw. Janusz Bronowicz – Inspektor Wojsk Lądowych.

Podpisanie umów jest ukoronowaniem trwających od blisko półtora roku negocjacji pomiędzy zamawiającym – Inspektoratem Uzbrojenia, a Konsorcjum złożonym z 13 podmiotów polskiego przemysłu obronnego pod egidą PCO S.A. Oprócz polskich przedsiębiorstw w składzie Konsorcjum znalazły się również instytuty naukowo-badawcze oraz Wojskowa Akademia Techniczna.

Przedmiotem negocjacji były kwestie związane ze złożoną architekturą systemu (integracja 27 elementów) oraz z prawami własności intelektualnej do wyników pracy ZISW TYTAN.

Jednym z elementów uroczystości było zwiedzanie wystawy prezentującej propozycję rozwiązań elementów wyposażenia systemu żołnierza przyszłości. Przedstawione zostały m.in. celownik modułowy dzienny CMD-1 Szafir, monokular noktowizyjny MU-3M „KOLIBER” oraz celownik termowizyjny SCT „RUBIN” (PCO S.A.), karabinek kalibru 5,56 mm w układzie kolbowym MSBS, 40mm granatnik podwieszany do karabinka oraz nóż-bagnet do karabinka (FB Radom) oraz radiostację osobistą żołnierza (WB Electronics, Radmor). Ponadto zaprezentowano głowice optoelektroniczne i kamery termowizyjne produkcji PCO S.A.

Ostatnim punktem uroczystości była konferencja prasowa z udziałem ministra Mroczka oraz Prezesa Kardasza. Minister Mroczek podkreślał, że kluczowym celem projektu jest wzrost potencjału obronnego oraz wzrost konkurencyjności polskiego przemysłu obronnego. Armia ma zamówić kilkanaście tysięcy zestawów żołnierza przyszłości, powstałych w wyniku prac rozwojowych prowadzonych przez konsorcjum. Prezes PCO S.A. Ryszard Kardasz zaznaczył, że część elementów systemu, takich jak celownik SCT RUBIN już istnieje, jednak będą one musiały być dostosowane do wymagań całości systemu.

Pierwsze dostawy zestawów TYTAN nastąpią w 2018 roku, po pozytywnym zakończeniu pracy rozwojowej realizowanej w latach 2014 – 2017.

ENERGA w innowacyjnej współpracy koncerów energetycznych

Grupa ENERGA wspólnie z Eneą, PGE oraz Tauronem rozpoczęła współpracę w obszarze badań, innowacji i podnoszenia konkurencyjności. Prezesi czterech największych polskich przedsiębiorstw energetycznych podpisali list intencyjny w sprawie kooperacji w projektach badawczo-rozwojowych. To kolejna płaszczyzna współpracy Grupy ENERGA z pozostałymi polskimi grupami energetycznymi.

Głównym celem jest intensywne poszukiwanie rozwiązań technologicznych odpowiadających kluczowym wyzwaniom stojącym przed polskim sektorem energetycznym. Wyselekcjonowane projekty badawcze koncentrować się będą m.in. na redukcji emisyjności w procesie wytwarzania energii elektrycznej oraz zwiększeniu efektywności dystrybucji i wykorzystania energii. Istotne jest także rozwijanie inteligentnych sieci dystrybucyjnych i przesyłowych, które pomogą w realizacji projektów takich jak „inteligentny dom” czy magazynowania energii elektrycznej.

Skoordynowany proces prac badawczych dostarczy nie tylko wartość dodaną w postaci efektu skali i synergii technologicznej. Przyczyni się on również do pełniejszego wykorzystania polskiego potencjału naukowo-badawczego, co będzie stanowić istotny impuls rozwojowy dla regionalnych ośrodków akademickich, partnerów biznesowych i dla całej gospodarki.

Połączenie wysiłków partnerów porozumienia na płaszczyźnie projektów badawczo-rozwojowych, pozwoli także na efektywniejsze wykorzystanie funduszy na innowacyjność z Unii Europejskiej, które są dostępne w latach 2014-2020 oraz na łatwiejsze i bardziej elastyczne pozyskiwanie dodatkowego kapitału zewnętrznego.

W kolejnym etapie współpracy sygnatariusze listu planują wypracowanie optymalnych mechanizmów realizacji przedsięwzięć badawczo-rozwojowych, adekwatnych do wymagań regulacyjnych, formalno-prawnych oraz biznesowych.

Problemy z dostępem do sygnału telewizyjnego w Polsce wciąż aktualne. Powinny zostać usunięte przed wprowadzeniem powszechnej opłaty audiowizualnej

Po zakończeniu procesu cyfryzacji telewizji problem z dostępem do sygnału naziemnego ma wciąż ponad 0,5 mln osób, głównie na południu Polski, na terenach górskich. Choć to niewielki procent populacji, to biorąc pod uwagę plany wprowadzenia powszechnej opłaty audiowizualnej, takie biały plamy powinny zniknąć z mapy Polski – podkreślają eksperci. 

Należy wziąć pod uwagę możliwość dofinansowania przez Skarb Państwa odbioru tam, gdzie nie może zrealizować w inny sposób, również przez satelitę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Czech, dyrektor ds. rozwoju w Krajowej Izbie Gospodarczej.

Jego zdaniem jest to zadanie Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji, które powinno przyjąć odpowiednie rozwiązania prawne w tym zakresie. Jak podkreśla, możliwości likwidacji białych plam daje oprócz satelity również telewizja kablowa i telewizja przez internet, a przy wyborze odpowiedniego sposobu powinien być brany pod uwagę koszt jego wdrożenia.

Brak dostępu do sygnału cyfrowej telewizji naziemnej dotyczy w zależności od multipleksu od 0,5 mln do 1 mln osób. Z informacji resortu administracji i cyfryzacji z końca kwietnia wynikało, że w przypadku MUX-1 i MUX-2 problemy z sygnałem miało ok. 1,5 proc. populacji kraju, a w przypadku MUX-3 – 0,5 proc.

Uzupełnianie sygnału kablowego przez satelitarny jest rozwiązaniem stosowanym z powodzeniem w innych krajach Europy, m.in. u naszych sąsiadów: w Czechach i na Słowacji – przekonuje Marcin Ornass-Kubacki, prezes zarządu Astra Central Eastern Europe. – Dzięki temu obywatel, który mieszka np. na terenach górzystych, gdzie nie dociera kablówka, może skorzystać z satelity.

Jacek Czech obawia się, że koszt związany z wprowadzeniem sygnału satelitarnego byłby zbyt wysoki dla budżetu w porównaniu z efektem, jaki może ono przynieść. W opinii prezesa Astry przekonanie dotyczące wysokich kosztów nadawania satelitarnego to utrwalony kilkanaście lat temu mit.

Mogę podać prosty przykład z Niemiec, gdzie jedna z większych komercyjnych grup telewizyjnych zaanonsowała niedawno, że zostaje tylko na satelicie i w kablu, a wychodzi z nadawania cyfrowego, ponieważ to nadawanie jest za drogie i nie zapewnia takich zasięgów, jakie ta telewizja by sobie życzyła – mówi Ornass-Kubacki. – Kiedy rynek satelitarny się rozwijał, to rzeczywiście koszty były wysokie. To tak jak z telefonami komórkowymi. Technika idzie do przodu, a konkurencja wymusza elastyczność.

Według Ornassa-Kubackiego w satelitarnym naświetleniu białych plam pomóc może technika spot beam, która to kieruje wiązkę kanałów telewizyjnych na określone terytorium. Takie rozwiązanie Astra stosuje w Wielkiej Brytanii, gdzie klientem firmy jest BBC.

Widzowi wystarczy tani dekoder i niewielka antena wielkości ok. 60 cm. Wtedy może odbierać kanały bez względu na to, gdzie się znajduje – przekonuje Ornass-Kubacki. – Co więcej w przypadku klęsk żywiołowych to jest na tyle istotne, że w przypadku telewizji naziemnej stacje bazowe, maszty mogą zostać podmyte czy zniszczone. Siłą rzeczy trudna będzie komunikacja z telewidzami, jeżeli trzeba ich ostrzegać. Satelita nie ma tych problemów, bo jest 36 tys. km nad Ziemią, i czy w danym miejscu jest powódź lub pożar, to absolutnie nie ma wpływu na nadawanie.

Dziś decyzja ws. członkostwa Litwy w strefie euro. Waluta europejska ma zabezpieczyć kraj przed Rosją

CEO Magazyn Polska

Przywódcy krajów UE mają zdecydować na kończącym się dziś szczycie o przyjęciu Litwy do strefy euro. Wobec kryzysu ukraińskiego przyjęcie euro przez kraje Europy Wschodniej nabrało dodatkowego znaczenia – zabezpiecza je przed ewentualnymi działaniami Rosji. Dla Litwy, która przyjmie wspólną walutę 1 stycznia przyszłego roku, jest to korzyść przewyższająca koszty wejścia do strefy. – Dla Polski jednak mimo rosyjskiego zagrożenia na razie lepiej jest pozostać poza strefą – przekonuje Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole Bank Polska.

 Kryzys ukraiński pokazał, że kraje bałtyckie ze względu na swoje położenie geograficzne mogą dodatkowo skorzystać z wprowadzenia wspólnej waluty euro. Stając się częścią tego dużego organizmu, jakim jest strefa euro, zwiększają swoje bezpieczeństwo  wyjaśnia Borowski.  To mówią przedstawiciele tych krajów, na przykład banku centralnego Estonii. Z tego punktu widzenia w przypadku Litwy występuje dodatkowa korzyść polegająca na wzmocnieniu bezpieczeństwa.

Wspólna waluta oznacza dla byłych republik dawnego ZSRR silniejszą więź z Zachodem, nie tylko psychologiczną. Uniemożliwia na przykład destabilizację litewskiej waluty przez Rosję, a w razie ataku na euro zapewnia krajowi potężne wsparcie wspólnoty.

Litwa wejdzie do strefy euro 1 stycznia przyszłego roku. Oznacza to dla niej rezygnację z możliwości dowolnego kształtowania polityki monetarnej i stymulowania w ten sposób gospodarki, ale w zamian dostaje możliwość współdecydowania o przyszłości Eurolandu. Litwa zdecydowała się na ten krok już kilka lat temu.

 Litwa już jedną nogą jest w strefie euro, ma sztywny kurs walutowy w stosunku do euro. Nie ma krajowej niezależnej polityki monetarnej, ma tzw. system izby walutowej. Co nie oznacza, że nie ponosi kosztów związanych z rezygnacją z możliwości prowadzenia krajowej polityki monetarnej, która może być czynnikiem łagodzenia wahań koniunktury, wspierania wzrostu gospodarczego wtedy, kiedy ten wzrost spowalnia  mówi w rozmowie z agencją Newseria Biznes Borowski i dodaje, że korzyści wynikające z niższych stóp procentowych będą dla Litwy raczej niewielkie.

Zgodnie z informacjami Komisji Europejskiej Litwa spełnia wszystkie kryteria konieczne do przyjęcia euro: inflacja jest nie wyższa niż 1,5 punktu proc. powyżej średniej z trzech krajów unijnych o najbardziej stabilnym poziomie cen, deficyt finansów publicznych nie przekracza 3 proc. PKB, dług publiczny jest niższy niż 60 proc. PKB, a średnia długoterminowa stopa procentowa nie przekracza 2 proc. stopy procentowej trzech państw unijnych o najbardziej stabilnych cenach. Litwa zachowuje stały kurs lita już od lutego 2002 roku (1 euro to 3,4528 lita).

Zdaniem Borowskiego Polska jest w zupełnie innej sytuacji niż Litwa i z wejściem do strefy euro powinna poczekać, nawet gdyby już spełniała wszystkie warunki postawione przez Euroland. Teraz nasz kraj ma pełne możliwości decydowania o polityce monetarnej, co w niepewnej obecnie sytuacji gospodarczej strefy euro jest zaletą  w razie pogłębiania się kryzysu Polska nie ma ograniczeń choćby w kwestii zmiany stóp procentowych.

 Jeżeli w strefie euro pojawi się kolejna głęboka, długotrwała recesja, która doprowadzi również do spowolnienia wzrostu gospodarczego w Polsce, w takiej sytuacji lepiej być poza strefą euro niż w strefie. Dlatego Polska w dłuższej perspektywie powinna dążyć do członkostwa w strefie euro, natomiast te najbliższe kilka lat warto wykorzystać do tego, żeby przyjrzeć się temu, jak strefa euro radzi sobie z problemami zadłużenia  uważa główny ekonomista Credit Agricole w Polsce.

Ukraina podpisała gospodarczą część umowy stowarzyszeniowej z UE. Teraz kraj czekają lata pracy i ogromne koszty

CEO Magazyn Polska

Aktualizacja 2014-06-27 godz. 12:00

Ukraina podpisała dziś gospodarczą część umowy stowarzyszeniowej z UE. Podpisanie i ratyfikacja to jednak dopiero początek procesu dostosowywania tamtejszej gospodarki do wymogów unijnych. Na to potrzeba kilkunastu lat i kilkudziesięciu miliardów euro. Ukrainie ma to się jednak opłacić – zyska potężnego partnera gospodarczego, który oferuje ogromny rynek zbytu dla ukraińskich towarów. Problemem – poza pieniędzmi – jest polityka Rosji i budowana przez nią Unia Euroazjatycka. 

Umowa o pogłębionej strefie wolnego handlu oznacza, że Ukraina będzie miała zniesione taryfy mniej więcej na poziomie około 99 proc. w handlu z Unią Europejską  tłumaczy Elżbieta Kaca, analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.  Oznacza to też, że będą zniesione bariery pozacłowe, czyli Ukraina będzie musiała wdrożyć unijne standardy techniczne i fitosanitarne oraz niektóre unijne przepisy w polityce konkurencji.

Ekspertka wyjaśnia, że po tym, jak Ukraina podpisze dziś gospodarczą część umowy stowarzyszeniowej, będzie ona tymczasowo obowiązywała do chwili, aż ratyfikują ją wszystkie państwa członkowskie UE. Zdecydowanie dłużej potrwa jednak sam proces jej wdrażania na Ukrainie.

Właściwie na Ukrainie zaczynamy od zera. Potrzebne są bardzo kompleksowe reformy, żeby rzeczywiście coś się zmieniało mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes ekspertka PISM.  Mamy tam nadal do czynienia z systemem oligarchicznym, z bardzo wysokim poziomem korupcji, i trudno powiedzieć, czy obecni politycy w perspektywie długoterminowej tak naprawdę cokolwiek zmienią. Wiadomo, że po podpisaniu umowy najważniejsze jest jej wdrażanie, a ono jest obliczone na co najmniej kilkanaście lat.

Ukrainie to się ma jednak opłacić. Obecnie tylko 25 proc. eksportu ukraińskiego trafia na rynek unijny. Umowa znacznie ułatwi przepływ towarów. Według szacunków w perspektywie długoterminowej podpisanie tej umowy może prowadzić do wzrostu gospodarczego w wysokości 5 proc. PKB. Ale nie obędzie się bez trudnych dla Ukraińców zmian.

 Wdrożenie unijnych standardów będzie kosztem przede wszystkim dla małych i średnich przedsiębiorstw ukraińskich, które będą się musiały dostosować do unijnych standardów, w sektorze spożywczym do standardów ekologicznych. I niestety Unia nie da na to pieniędzy  mówi Kaca.  Pieniądze są zaplanowane na 7 lat, to jest około 11 mld euro, ale oczywiście to nie pokrywa kosztów, które wiążą się z wdrożeniem umowy handlowej. Przydałoby się pewnie jeszcze około kilkudziesięciu miliardów euro, ale niestety Ukraina nie jest państwem, które pretenduje do roli członka Unii Europejskiej.

Drugim problemem jest to, że umowa z UE stoi w konflikcie z rosyjskimi planami unii celnej. Ukraina ma obecnie strefę wolnego handlu z Rosją, ale podpisana miesiąc temu umowa o Euroazjatyckiej Unii Celnej między Rosją, Kazachstanem i Białorusią ma być czymś konkurencyjnym dla UE, a więc trudno sobie wyobrazić współistnienie obu organizacji na terytorium Ukrainy.

Reakcja rosyjska już od dwóch lat jest bardzo agresywna, jeżeli chodzi o projekt umowy handlowej z Unią. Rosja wiele zrobiła, żeby Ukraina nie podpisała tej umowy. Ale w obecnej chwili mamy już do czynienia z polityką faktów dokonanych, umowa będzie podpisana, więc potencjalnie tylko na poziomie ratyfikacji może to być zablokowane ocenia ekspertka PISM.

Orbis chce mieć 90 hoteli w Polsce i krajach bałtyckich. Ma szansę osiągnąć pozycję lidera w tej części Europy

0

CEO Magazyn Polska

Orbis planuje dalszy rozwój swojej sieci w Polsce i krajach bałtyckich, a docelowo chce rozbudować Grupę do 90 hoteli z 66 obiektów obecnie. To dałoby spółce pozycję niekwestionowanego lidera w tym regionie Europy. Potencjał rozwoju jest, bo w Polsce wciąż brakuje hoteli, szczególnie w segmencie średnim. Orbis zachęca klientów także innowacyjnymi rozwiązaniami, w tym cyfryzacją usług.

Naszą intencją jest posiadanie 90 hoteli w sieci, co jest bardzo ambitnym wyzwaniem. Nazywamy to celem krytycznym, po osiągnięciu którego powinniśmy być bezkonkurencyjnym numerem jeden w tym regionie świata – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Laurent Picheral, prezes zarządu Orbis SA. – Co miesiąc pozyskujemy średnio jeden hotel, czy to w formie podpisanej umowy, czy też zakończenia budowy i nowego otwarcia. To bardzo dobre tempo, które planujemy utrzymać i dzięki temu zapewnić Orbisowi pierwszoplanową rolę.

Orbis liczy na znaczny wzrost liczby hoteli w Polsce, bo jak zauważa prezes Picheral, rynek wciąż nie jest nasycony. Polska odstaje od krajów Europy Zachodniej w statystykach dotyczących liczby hoteli. Jak wynika z ostatnich dostępnych danych Eurostatu za 2012 r., w Polsce było ok. 675 tys. łóżek hotelowych. To ok. 17,5 łóżka na 1000 mieszkańców. Więcej łóżek jest nawet w niewielkich Czechach (ok. 750 tys., czyli 71 na 1000 mieszkańców) i Austrii (ok. 980 tys., 116 na 1000 mieszkańców). Najwięcej łóżek – ponad 5 mln – jest we Francji. W całej UE w 2012 r. było 29,8 mln łóżek hotelowych, co dawało średnią ok. 59 łóżek na 1000 mieszkańców.

Prezes Picheral podkreśla, że popyt w Polsce rośnie, ale rynek jest bardzo wymagający. Największy potencjał rozwoju jest w średnim segmencie, czyli hoteli 3- i 4-gwiazdkowych. Szef Orbisu dodaje, że szybko rośnie również rynek hoteli ekonomicznych, czyli jedno- i dwugwiazdkowych, a także sektor usług restauracyjnych.

Rynek w Polsce wymusza również nowe rozwiązania w zakresie zarządzania, m.in. poprzez franczyzę, a także nowych technologii – związane z zarządzaniem danymi, cyfryzacją i programami lojalnościowymi.

Cyfryzacja w biznesie hotelowym jest bardzo ważna. Lojalność gości jest także czymś, dzięki czemu chcemy lepiej służyć naszym klientom, pokazać im nasze nowe podejście. Wcześniej hotelarstwo było przygotowane jedynie na to, by odpowiedzieć na zapotrzebowanie klientów, teraz oczekują oni od nas przeżycia niepowtarzalnych doznań. Żeby móc oferować te unikalne doświadczenia, powinniśmy być aktywni i umieć przewidywać potrzeby gości – tłumaczy prezes Picheral.

Szef Orbisu podaje przykład usług mobilnego zameldowania i wymeldowania lub rezerwacji pokoju poprzez aplikację na smartfona, jest ona oferowana przez firmę. Takich udogodnień według niego oczekują obecnie klienci. Ocenia, że połączenie dobrych programów lojalnościowych i innowacji technologicznych pozwoli na poprawę wyników nie tylko w Orbisie, lecz także w całej branży hotelarskiej.