Pozyskanie inwestora to proces

Dostęp do różnych źródeł wsparcia finansowego, merytorycznego czy coachingowego sprawia, że Polacy coraz śmielej mówią o swoich biznesowych projektach i coraz częściej decydują się na wdrożenie ich w życie. W efekcie do drzwi funduszy inwestycyjnych rokrocznie pukają setki pomysłodawców i przedsiębiorców gotowych na wspólne rozwijanie nowych spółek. Oczywistym jest, że przy takiej podaży projektów nie każdy, komu uda się spotkać z potencjalnym inwestorem otrzyma ofertę współpracy. W dzisiejszych realiach rynkowych nie wystarczy bowiem wzorcowo przeprowadzona prezentacja w biurze funduszu. Rozmowę taką trzeba odpowiednio wykreować.

Do rozmowy z inwestorem należy się przygotować. To oczywiste. Poradniki i eksperci radzą żeby przed spotkaniem dopracować dokumenty, dokładnie przemyśleć odpowiedzi na pytania, jakich możemy się spodziewać (a te już nie są żadną tajemnicą). Warto przeprowadzić gruntowny research nt. inwestora i profilu funduszu inwestycyjnego; rynku, na którym chcemy funkcjonować; konkurencji tej obecnej i potencjalnej, jaka może pojawić się w przyszłości. Koniecznie należy odpowiednio zaprezentować zespół, wszystko to, co wyróżnia projekt i prognozowane korzyści ze współpracy, jakich może oczekiwać inwestor.

– Świadomość dzisiejszych przedsiębiorców nt. konieczności profesjonalnego podejścia do spotkań z inwestorami jest na bardzo dobrym poziomie. Coraz rzadziej na spotkania przychodzą osoby, które przynosząc do nas projekt nie są przygotowane na konkretną rozmowę o warunkach współpracy i inwestycji. Rozmowę o modelu biznesowym projektu, o prognozach, perspektywach, założonych celach i określonych potrzebach. Często przedsiębiorcy zanim się do nas zgłoszą sami wykonują analizy konkurencji, rynku i potrafią odpowiednio zaprezentować się na tle tych danych, czasem przynoszą prototypy swoich rozwiązań czy symulacje wyników. Świadczy to o ich dojrzałości biznesowej, ale też determinacji – mówi Jacek Kajko, Partner WSI Capital.

Ale czy to wystarczy? Samo odpowiednie przygotowanie się do spotkania to dużo. Warto jednak być o krok przed innymi, bo to pomaga przebić się z projektem przez wiele innych mu podobnych. A żeby tak właśnie było, o pozyskaniu inwestora należy pomyśleć, jak o procesie i rozpocząć go na długo przed pierwszym spotkaniem.

– Każdy biznes na początku wymaga finansowania, niezależnie czy jest to nowa spółka czy kolejny projekt w funkcjonującej firmie. Dlatego już na etapie rozpoczynania prac nad jego modelem czy analizami możemy założyć, że takiego finansowania będziemy poszukiwać. I to jest moment, w którym należy rozpocząć przygotowanie gruntu do ewentualnego spotkania z inwestorem– tłumaczy Jacek Kajko.

Dlatego warto z funduszem poznać się wcześniej. Można to zrobić np. podczas wydarzeń, w których uczestniczą jego przedstawiciele – wręczenie wizytówki i kilkuminutowa rozmowa to dobry początek. Ale uwaga nie jest w dobrym tonie mówić od razu o projekcie i ewentualnym poszukiwaniu kapitału. Wystarczy nawiązać w rozmowie do jednej z inwestycji funduszu, która ma zbliżony profil lub duże sukcesy. Dopiero przy kolejnym spotkaniu, kiedy nasz projekt zaczyna mieć solidne podstawy funkcjonowania warto wspomnieć, nad czym pracujemy.

– Wzbudźmy zainteresowanie w inwestorze. Powiedzmy, że pracujemy nad projektem być może z tej samej branży, co jedna ze spółek portfelowych funduszu, że wkrótce wdrożymy ciekawe rozwiązanie, że zauważyliśmy konkretną potrzebę i teraz opracowujemy dla niej rozwiązanie. Zostawmy ślad, ziarno. Po co? Dzięki temu nie będziemy już przypadkowym projektodawcą, umawiając to konkretne spotkanie będziemy mogli powołać się na wcześniejszą rozmowę, będziemy bardziej wiarygodni. I będziemy przy tym odbierani, jako biznesowo dojrzali i profesjonalni. Ponadto ułatwi nam to rozmowę podczas tego konkretnego spotkania – znając człowieka, przed którym będziemy prezentować nasz projekt łatwiej będzie nam wciągnąć go w angażujący dialog – radzi Krzysztof Wiśniewski, Partner Zarządzający WSI Capital.

Oprócz próby poznania samego inwestora, czy funduszu, warto zastanowić się czy ktoś z naszego otoczenia można nas dodatkowo zarekomendować (choćby wspominając, że słyszał o naszym projekcie) – im więcej inwestor ma informacji, również tych z zewnątrz, tym lepiej dla nas i naszego projektu. Decydując się na pozyskanie kapitału z funduszu warto też mimo wszystko wcześniej wybrać się również na rozmowę np. do banku. Dlaczego?

Z takiego spotkania można wynieść wiele cennych wskazówek – zobaczyć, jakie słabe i mocne strony widzi analityk bankowy. To pozwoli nam lepiej przewidzieć niewygodne pytania, czy wątpliwości, jakie mogą pojawić się na spotkaniu z inwestorem i wprowadzić konieczne korekty w naszym projekcie, celach czy oczekiwaniach. I wreszcie, jeżeli na pierwszej rozmowie nie uda nam się przekonać funduszu do inwestycji to pamiętajmy, że pozyskanie inwestora to pewien proces, a spotkanie to krok – zresztą jeden z wielu – prowadzący nas do realizacji naszego pomysłu. Przyjmijmy przekazane przez inwestora uwagi, przemyślmy wskazane wątpliwości, dopracujmy projekt i wtedy spróbujmy raz jeszcze. Najważniejsze w biznesie to się nie poddawać! – mówi Krzysztof Wiśniewski z WSI.

Analiza z przymrużeniem oka na temat wpływu wyników mundialu na globalne rynki akcji

Już dziś, punktualnie o 22:00, zabrzmi pierwszy gwizdek mistrzostw świata w piłce nożnej rozgrywanych w Brazylii. Z tej okazji warto pokusić się o krótką analizę wpływu wyników mundialu na globalne rynki akcji – oczywiście z przymrużeniem oka.

Robert Burdach, zarządzający funduszami akcji Union Investment TFI

Piłka nożna jest najbardziej popularnym sportem na świecie. W niektórych krajach piłkarze mają niemalże status świętych, a wyniki reprezentacji narodowej rzutują na samopoczucie albo nawet na samoocenę milionów ludzi. Dlaczego więc piłkarskie emocje miałyby nie wpływać na napędzane sentymentem rynki akcji? Najkrócej mówiąc, „efekt mundialu” występuje, ale jest on krótkotrwały i z czasem zanika. Historyczne wyniki pokazują, że w pierwszym miesiącu po mistrzostwach, rynek akcji zwycięskiego kraju osiąga stopy zwrotu średnio o 3,5 proc. lepsze od globalnych indeksów akcyjnych. Od 1974 r. tylko raz zdarzyło się, aby ta zależność nie zadziałała. Było to w 2002 r., gdy brazylijski rynek akcji, pomimo zdobycia Pucharu Świata przez Canarinhos, przyniósł stopę zwrotu gorszą o prawie 19 proc. od światowych indeksów. Kryzys walutowy i recesja gospodarcza w Brazylii okazały się wówczas silniejszymi czynnikami niż euforia po zwycięstwie. Z drugiej strony, również największe pobicie indeksów globalnych miało miejsce właśnie w Brazylii, w 1994 r., po mistrzostwach świata w USA. Tamtejszy rynek w skali miesiąca okazał się lepszy o bagatela 21 proc. A co się dzieje, gdy euforia i ekscytacja zaczyna zanikać? Po 3 miesiącach od finału, dodatkowa stopa zwrotu zmniejsza się do niecałych 2 proc., a po roku rynek akcji zwycięskiego kraju okazuje się gorszy o 4 proc. od ogólnoświatowych indeksów – może z tęsknoty do tamtych emocji?

Przyjrzyjmy się jeszcze zachowaniu indeksów w kraju gospodarza mundialu. Sytuacja prezentuje się bardzo podobnie. W pierwszym miesiącu stopa zwrotu z akcji jest lepsza od indeksów światowych o niecałe 3 proc., po 3 miesiącach już tylko o 1 proc., a w skali roku rynek akcji kraju gospodarza okazuje się gorszy o ponad 4 proc.
Ciekawie, choć zupełnie niespójnie z powyższymi obserwacjami, wypada porównanie stóp zwrotu indeksów warszawskiej giełdy z indeksami globalnymi w okresie 1-, 3- i 12-miesięcznym od zakończenia mistrzostw Euro 2012 rozgrywanych w Polsce i na Ukrainie. W pierwszym miesiącu po finale, polski rynek okazał się gorszy o 4,5 proc., po 3 miesiącach pobił indeksy ogólnoświatowe o 5,5 proc., aby znowu okazać się gorszym w skali całego roku – tym razem o prawie 13 proc.

Powyższą analiza pokazuje, że zamiast doszukiwać się zależności, chyba lepiej po prostu głęboko usiąść w fotelu i ekscytować się meczami.

A komu Państwo kibicują?

Od pół miliona do nawet 1 mln Polaków nie może odbierać sygnału cyfrowej telewizji naziemnej. Jednak podatek od niej i tak będą musieli zapłacić

Od 0,5 do nawet 1 mln Polaków nie może odbierać sygnału cyfrowego. Białe plamy na mapie Polski są efektem przeprowadzonej odgórnie cyfryzacji. Problem dotyczy zwłaszcza mieszkańców terenów górskich, gdzie ukształtowanie obszaru utrudnia odbieranie cyfrowej telewizji naziemnej. Opłata audiowizualna, nad którą pracuje resort kultury, miałaby jednak obowiązywać wszystkich.

Nie do wszystkich rejonów Polski dociera sygnał cyfrowy, który jest nadawany przez nadajniki naziemne. To wynik cyfryzacji, która prowadzona była przez ostatnie kilka lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego.

W efekcie realizowanego przez polskie władze przechodzenia wyłącznie na sygnał cyfrowy telewizji naziemnej w lipcu ubiegłego roku w Polsce pojawiły się miejsca, w których z przyczyn technicznych ten sygnał nie dociera. Według ekspertyz UKE problem ten dotyczyć może nawet do 490 000 osób w przypadku nadajnika MUX 1, 581 000 osób w przypadku MUX 2 i 214 000 w przypadku MUX 3. Jest tak zwłaszcza na obszarach górskich, w południowych województwach. Ponadto 3 proc. Polaków nie może odbierać regionalnej telewizji publicznej. Według Roszkowskiego rozwiązaniem tej sytuacji jest doświetlenie przez satelitę.

Ta droga była zresztą rozważana, natomiast została odrzucona i to naziemne rozwiązanie cyfrowe zostało przyjęte jako podstawowe – mówi Roszkowski. – Uważam, że uzupełnienie cyfryzacji naziemnej przez cyfryzację satelitarną jest niezbędne. W przeciwnym razie wielu Polaków będzie nadal wykluczonych – dodaje.

Do korzystania z sygnału satelitarnego konieczne byłyby zestawy do odbioru wraz z dekoderami. Zdaniem Instytutu Jagiellońskiego do ich zakupu powinno dokładać się państwo. W ten właśnie sposób z problemem poradziły sobie kraje zachodnie.

– W Wielkiej Brytanii czy Niemczech do nadajników naziemnych uzupełniająco stosowany jest sygnał satelitarny – zauważa ekspert Instytutu Jagiellońskiego. – Dzięki temu ten zasięg jest pełny i wszyscy mogą się czuć komfortowo niezależnie od tego, czy mieszkają w dużych miastach, czy na terenach górskich – dodaje.

Opłata audiowizualna, czyli podatek?

Według Instytutu Jagiellońskiego kolejnym, powiązanym z tym problemem jest sposób finansowania mediów w Polsce. W ramach walki z niepłaceniem abonamentu przez wielu Polaków Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego proponuje wprowadzić opłatę audiowizualną, którą uiszczaliby wszyscy obywatele z wyjątkiem osób starszych i niepełnosprawnych, które i dziś są z abonamentu zwolnione. W efekcie płaciliby także ci, którzy nie mają telewizorów lub z winy niedostatków cyfryzacji nie mają możliwości odbierania sygnału cyfrowego.

– Opłata audiowizualna to po prostu dodatkowy podatek, który będzie obciążał osoby, niemogące fizycznie skorzystać z cyfrowego sygnału, a to jest co najmniej nieuczciwe – zauważa Roszkowski. – Jednak rzeczywiście zmiany są potrzebne, gdyż abonament radiowo-telewizyjny w obecnej formie jest w zasadzie dobrowolny – dodaje rozmówca Newserii Biznes.

Choć prace nad poszczególnymi wariantami opłaty jeszcze trwają, a ministerstwo zapewnia, że opłata ta będzie o połowę niższa od obecnego abonamentu, to osoby, które nie korzystają z telewizji, nie chcą za nią płacić. Urzędnicy tłumaczą, że jest to forma utrzymania mediów publicznych, które muszą funkcjonować w każdym cywilizowanym kraju.

Według Instytutu Jagiellońskiego lepszym rozwiązaniem jest model czeski. Tam istnieje wprawdzie abonament, ale można zostać z niego zwolnionym, gdy złoży się oświadczenie, że nie posiada się telewizora.

Zakaz importu wieprzowiny przez Rosję i inne rynki wschodnie uderza w polską gospodarkę. Straty eksporterów mogą przekroczyć 220 mln euro w skali roku

CEO Magazyn Polska

Polscy producenci tracą na rosyjskim embargo na mięso wieprzowe. W ubiegłym roku eksport wieprzowiny do Rosji, Białorusi i Kazachstanu wyniósł 80 tys. ton wyrobów o wartości 220 mln euro. Pod koniec czerwca Rosjanie mają przeprowadzić kontrolę w polskich zakładach, która być może doprowadzi do zniesienia zakazu. Podobne embargo nałożyła na Polskę Ukraina. Ale tu polska dyplomacja już odniosła sukces: wschodni sąsiad otworzy swój rynek na polską wieprzowinę od 17 czerwca.

Nie możemy już być optymistami. Rynek ukraiński nie przyjmie takich ilości produktów, jakie przyjmował w przeszłości. W ubiegłym roku sprzedaliśmy prawie 19 tys. ton mięsa i jego produktów – mówi Wiesław Różański, prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego (UPEMI). – Poza tym ze względu na niski kurs hrywny opłacalność eksportu na ten rynek jest minimalna.

Pozytywnie ocenia jednak zmianę podejścia wschodnich sąsiadów do polskich firm.

Sytuacja gospodarcza się zmienia i miejmy nadzieję, że do naszych przyjaciół na Ukrainie będziemy mogli te produkty w dobrych cenach eksportować. Wiemy, że dziś ceny na Białorusi, Ukrainie czy w Rosji są wielokrotnie wyższe niż w Polsce i te produkty są im potrzebne – podkreśla Różański.

Według Agencji Rynku Rolnego eksport żywca, mięsa, tłuszczów i przetworów wieprzowych w pierwszym kwartale 2014 r. osiągnął 140 tys. ton. To o 7 proc. mniej niż w adekwatnym okresie ubiegłego roku. W związku z rosyjskim embargiem w całej Unii Europejskiej wywieziono w tym czasie za granicę 654 tys. ton produktów wieprzowych – o 9 proc. mniej niż rok wcześniej. Zmalał przede wszystkim eksport na Białoruś (o 75 proc.) i do Rosji (71 proc.). Wzrosła sprzedaż do Korei Południowej – o 91 proc. – i na Filipiny (69 proc.). To jednak rynki mniej chłonne niż rosyjski.

W 2013 r. sprzedaliśmy na rynki Unii Celnej [Białoruś, Rosja i Kazachstan – red.] 80 tys. ton wyrobów wieprzowych za 220 mln euro. Utraciliśmy duży rynek ze względu na nie do końca zrozumiałe decyzje polityczne – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wiesław Różański.

Po wprowadzeniu embarga wydawało się, że polskie firmy będą mogły eksportować przetwory z mięsa wieprzowego zgodnie ze specyficznymi warunkami narzucanymi przez stronę rosyjską, ale w kwietniu okazało się, że blokada objęła cały eksport. Problemy hodowców pogłębiły się po tym, jak po odkryciu kolejnych przypadków afrykańskiego pomoru świń importu polskiego mięsa zakazały także inne rynki, np. Ukraina i Chiny.

Decyzje blokujące eksport zaburzyły światowy rynek. Po pojawieniu się przypadków ASF cena skupu żywca spadła o 1,50 zł na każdym kilogramie. Stracili przede wszystkim hodowcy. Jak podkreśla Różański, to oni są obciążani przez przetwórstwo i handel kosztami związanymi z mniejszą sprzedażą lub niższymi cenami. Sytuacji hodowców i producentów nie sprzyjają również zmieniające się gusta konsumentów.

Nasza organizacja stoi na straży hodowców. Dlatego wdrażamy system jakościowy, który spowoduje, że rolnicy poczują się bezpiecznie – mówi prezes UPEMI. – Tendencja żywieniowa i gusta konsumenckie w Polsce się zmieniają, spożywamy coraz mniej wieprzowiny. W ciągu ostatnich kilku lat spożycie spadło o blisko 4 kg: z 40 kg do 36 kg. Niestety, to jest sytuacja niekorzystna dla polskich producentów żywca i stąd też mamy określone problemy.

Połowę dochodów oddajemy państwu. Dzień wolności podatkowej dopiero w drugiej połowie czerwca

0

CEO Magazyn Polska

W najbliższych dniach podatnicy w Polsce przestaną pracować na państwo, a zaczną zarabiać na siebie. Co roku dzień wolności podatkowej przypada w okolicach 20 czerwca. Oznacza to, że blisko połowę dochodów Polaków pochłaniają daniny publiczne.

Od tego symbolicznego momentu, wyznaczanego przez Centrum im. Adama Smitha, podatnicy zaczynają zarabiać na siebie, spłaciwszy wcześniej swoje zobowiązania wobec państwa. 

W Polsce z reguły jest to czerwiec danego roku, czyli dzień wolności podatkowej przypada najczęściej na drugą, trzecią dekadę czerwca jako ten dzień, kiedy pieniądze zaczynamy zarabiać już tylko dla siebie – mówi Mariusz Unisk, dyrektor generalny ds. doradztwa podatkowego w ISP Modzelewski i Wspólnicy.

W Polsce dzień wolności podatkowej przypada dość późno w porównaniu z innymi krajami świata. Stany Zjednoczone, od lat na czele rankingu, mogą się pochwalić datą zlokalizowaną w połowie kwietna, np. w 2013 roku był to 18. dzień tego miesiąca, a rok wcześniej – 17 kwietnia. Podobnymi wynikami cieszą się mieszkańcy Australii. Nieco później, zwykle pod koniec maja, wolni od fiskusa są Brytyjczycy. Z kolei Szwedzi dopłacają do budżetu aż do końca lipca, mając obciążenia podatkowe na poziomie aż 57 proc. Podobnie wysokie podatki płacą też Francuzi (54 proc.) oraz Niemcy (52 proc.).

– Daleko nam do Stanów Zjednoczonych i niektórych państw członkowskich Unii Europejskiej. Ale też dla porządku rzeczy należałoby dodać, że jest jeszcze sporo takich państw, jak Szwecja, Norwegia, Niemcy, które z kolei są daleko za nami, czyli ten dzień wolności podatkowej przypada później, w lipcu, czasami nawet w sierpniu – przyznaje Mariusz Unisk w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Począwszy od lat 90., dzień, w którym Polacy mogli odkładać zarobione pieniądze do własnej kieszeni, przesuwał się w czasie. Najpóźniej, bo na początku lipca, przypadł w latach 1994–1996. Od tego czasu przez 18 lat jest to już druga połowa czerwca. Wyjątkiem był jedynie rok 2011, w którym wolni od obciążeń na rzecz budżetu byliśmy dopiero 7 lipca, czyli najpóźniej w historii. W ubiegłym roku wolność podatkowa zawitała do Polski ponad dwa tygodnie wcześniej, bo 22 czerwca. Kolejne znaczące przesunięcie czerwcowej daty na wcześniejszą jest mało realne.

– Myślę, że doskonałym wynikiem w przypadku uwarunkowań polskich byłaby końcówka maja lub pierwsza dekada czerwca, biorąc pod uwagę sytuację ekonomiczną kraju i niedawny kryzys. Od 20 lat nigdy nawet nie załapaliśmy się na pierwszą dekadę czerwca – wyjaśnia dyrektor generalny Instytutu Studiów Podatkowych.

Najmniejsze obciążenia Polacy ponieśli w latach 2008–2009, gdy z daninami na rzecz fiskusa uporali się do 14 czerwca. Wyznaczając dzień wolności podatkowej, bierze się pod uwagę stosunek wydatków publicznych, powiększonych o transfery środków do otwartych funduszy emerytalnych, do PKB na podstawie założeń budżetowych opracowanych przez Ministerstwo Finansów.

Dokładne określenie dnia wolności podatkowej będzie możliwe dopiero po podsumowaniu budżetu, a więc po zakończeniu roku. Dotychczas zwykle okazywało się, że założenia budżetowe nie odpowiadały sumie podatków, które rzeczywiście wpłynęły do państwowej kasy.

– Niestety, biorąc pod uwagę to, co dzieje się wokół podatków, raczej w tym roku zostanie czerwiec. Miejmy nadzieję, że to raczej nie późna druga połowa ani nie początek lipca – mówi Mariusz Unisk.

HSBC Bank Polska prognozuje szybkie wyjście Polski ze spowolnienia. Szacunki banku są lepsze niż MFW i KE

CEO Magazyn Polska

Według prognoz HSBC Bank Polska SA polskie PKB w tym i kolejnym roku będzie rosnąć w tempie przekraczającym 3 procent rocznie. Prognoza ta jest trochę wyższa niż szacunki innych instytucji, m.in. Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Komisji Europejskiej, i nieco niższa od założeń rządowych. Szacunki banku związane są z przyspieszeniem inwestycji, szczególnie po uruchomieniu nowej unijnej perspektywy budżetowej.

Naszym zdaniem polska gospodarka szybko otrząsnęła się ze spowolnienia gospodarczego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes John Rendall, wiceprezes i dyrektor zarządzający HSBC Bank Polska SA. – Przez ostatnie sześć miesięcy nasi ekonomiści skupili się na polskiej gospodarce i zrewidowali w górę prognozy wzrostu gospodarczego dla Polski na 2014 r.

HSBC pod koniec marca podniósł prognozę wzrostu PKB dla Polski na bieżący rok do 3,2 proc. z 3,0 proc. i do 3,6 proc. z 3,3 proc na rok przyszły. To wyższe przewidywania niż opublikowane przez KE i MFW. Według prognoz Komisji Europejskiej polska gospodarka w 2014 r. wzrośnie o 3,2 proc., a PKB w 2015 r. ma zwiększyć się o 3,4 proc. Z kolei Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje, że polska gospodarka będzie rosnąć w tempie 3,1 proc. w 2014 r. i 3,4 proc. w 2015 r. Polski rząd zakłada odpowiednio 3,3 i 3,8 proc. Zdaniem Rendalla w przyspieszeniu może pomóc rozpoczęcie realizacji unijnego budżetu na lata 2014–2020.

Powinniśmy wówczas zobaczyć wzrost inwestycji – twierdzi Rendall.

Silnym czynnikiem, wspierającym dalszy rozwój gospodarczy, będzie wciąż eksport. HSBC liczy, że kolejne firmy będą zainteresowane ekspansją za granicą. Rosnąca w siłę polska gospodarka powinna również przyciągać zainteresowanie inwestorów z innych państw.

Jednym z obszarów, w którym jesteśmy bardzo aktywni, jest pomoc polskim firmom, które są zainteresowane możliwością zarówno rozpoczęcia wymiany handlowej za granicą, jak i inwestycji zagranicznych. Dostrzegamy, że nasi klienci podejmują działania dzięki silnemu wzrostowi eksportu. Stale współpracujemy, i jesteśmy zadowoleni z tej współpracy, z firmami, znanymi nam z innej części globu, które są zainteresowane eksportem do Polski lub inwestowaniem w Polsce, oraz chcą tworzyć tutaj bazę na Europę Środkowo-Wschodnią, a nawet na całą Europę dla swojego biznesu – podkreśla Rendall.

Zarówno polskie, jak i zagraniczne firmy korzystają z tego, że polski sektor bankowy w segmencie korporacyjnym jest bardzo konkurencyjny.

Myślę, że największym wyzwaniem dla nas, a także innych firm, jest wypracowanie wyraźnej przewagi nad konkurencją i pokazanie naszym klientom, że dzięki współpracy z nami sami są w stanie zyskać przewagę nad konkurentami – mówi Rendall. 

HSBC Bank Polska SA jest członkiem międzynarodowej Grupy HSBC. Powstała on w 1865 r. pod nazwą Hongkong and Shanghai Banking Corporation, posiada 6000 oddziałów w ponad 75 państwach świata. Centrala Grupy znajduje się w Londynie.

Do końca września Compensa Życie i Benefia Życie połączą się. Powstanie trzeci największy gracz na polskim rynku ubezpieczeń na życie

0

CEO Magazyn Polska

Połączenie Compensy Życie i Benefii Życie ma pozwolić na zwiększenie zarówno kanałów dystrybucji, jak i oferowanych produktów. Marka ma być bardziej widoczna w kanale ubezpieczeń oferowanych przez banki. Ponadto firma chce skupić się na ubezpieczeniach grupowych, a wśród oferowanych produktów mają pojawić się produkty ubezpieczeń na życie z Ubezpieczeniowym Funduszem Kapitałowym. Proces łączenia ma być zakończony za nieco ponad trzy miesiące.

– Zgoda Komisji Nadzoru Finansowego na połączenie Compensy Życie i Benefii Życie oznacza, że ostatnia formalna przeszkoda została usunięta. Do końca września powinniśmy skończyć ten proces i stworzyć trzecią największą firmę ubezpieczeniową na rynku ubezpieczeń na życie w Polsce – mówi agencji Newseria Biznes Artur Borowiński, prezes zarządu Compensa TU SA i TU na Życie Vienna Insurance Group.

W styczniu władze Vienna Insurance Group (VIG), do której należą m.in. Compensa i Benefia, zdecydowały o połączeniu dwóch spółek działających w sektorze ubezpieczeń na życie. Nowy podmiot będzie prowadził działalność pod marką Compensa. Spółki należące do VIG mają już silną, trzecią pozycję na rynku ubezpieczeń w Polsce. Udziały grupy w rynku przekraczają 8 proc. Ubiegły rok był dla grupy rekordowy – spółki osiągnęły łączną składkę 1,1 mld euro. W segmencie ubezpieczeń na życie produkty ze składką regularną wzrosły o ponad 35 proc. Borowiński podkreśla, że połączenie Compensy i Benefii w tym segmencie pozwoli na umocnienie pozycji na rynku i większą konsolidację brandów.

W ten sposób zostaną tylko dwie marki na rynku życiowym w Vienna Insurance Group. Pozwoli nam to bardziej zaistnieć w kanale bancassurance, oczywiście oszczędzić koszty i poszerzyć ofertę produktową dla naszych klientów – podkreśla Borowiński.

Compensa stawia sobie za cel ubezpieczenia grupowe – dotychczas są sprzedawane wyłącznie w Compensie Życie. Jak zapowiada Borowiński, grupa chce rozszerzyć swoją ofertę i wprowadzić nowe produkty ubezpieczeń na życie z Ubezpieczeniowym Funduszem Kapitałowym, czyli unit-linki (łączące ochronę i inwestycję). To oferta przeznaczona dla tych, którzy decydują się na długoterminowe oszczędzanie.

Fuzja spółek ma nie być odczuwalna dla dotychczasowych klientów.

Wszystko zostaje bez zmian. Klienci, którzy mają wykupione ubezpieczenia w Benefii Życie, staną się klientami Compensy, nie odczują zmiany – podkreśla Borowiński.

Przedstawiciele VIG podkreślają, że polski rynek ubezpieczeniowy ma duży potencjał wzrostu – choćby porównując wysokość składek na rynkach zachodniej Europy. Średnia roczna składka na mieszkańca wynosi w Polsce 390 euro, w Austrii pięciokrotnie więcej – 1950 euro.

Vienna Insurance Group to największa grupa ubezpieczeniowa w Europie Środkowo-Wschodniej. W Polsce, która jest dla grupy jednym z ważniejszych rynków (obok Austrii, Czech, Słowacji, Rumunii, Ukrainy, Bułgarii, Chorwacji i Węgier), działa od 1998 roku. VIG – oprócz Compensy i Benefii – jest większościowym akcjonariuszem w Polisa Życie, Skandia Życie i InterRisk.

Polscy absolwenci mają dużą wiedzę specjalistyczną, ale brakuje im umiejętności globalnego spojrzenia

CEO Magazyn Polska

Absolwenci polskich uczelni mają coraz większe kompetencje, obycie międzynarodowe i wiedzę w swojej specjalizacji. Wciąż jednak za bardzo koncentrują się na swoich specjalnościach, przez co brakuje im umiejętności oceny sytuacji w skali makro. Pomóc mogą programy propagujące współpracę międzydyscyplinarną.

Dzisiejszych studentów wyróżnia to, że jeżeli tylko chcą, to mają mnóstwo możliwości poszerzania swoich kompetencji, kontaktów z zagranicą – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Mieleszko, dyrektor Fundacji im. Lesława A. Pagi. – Nie brakuje im wiedzy, nie brakuje im pasji i pracowitości. Jedyne pole do poprawy, które naszym zdaniem jest dosyć spore, to umiejętność dyskusji, umiejętność rozmowy, umiejętność spojrzenia na sytuację z perspektywy makro.

Mieleszko podkreśla, że młodzi ludzie często chcą specjalizować się w wąskich dziedzinach, bo tego wymaga rynek pracy. Zapominają jednak o tym, że każdy obszar wiedzy można wpisać w szerszy ekonomiczny i gospodarczy kontekst. Właśnie na rozwoju tej umiejętności koncentruje się Fundacja im. Lesława A. Pagi.

W przyszłym roku ma wystartować kolejny projekt Fundacji,  nazwany „Young Innovators”. Tym razem Fundacja chce zaprosić młodych naukowców wyspecjalizowanych w wąskich dziedzinach. Celem projektu jest utworzenie interdyscyplinarnych zespołów i nauka pracy w nich, dzięki czemu problemy z wielu dziedzin będą mogły być rozwiązywane kreatywnie, z wykorzystaniem wiedzy ekspertów z różnych dziedzin.

Chcemy uczyć ich, jak to jest pracować w interdyscyplinarnych zespołach. Podczas warsztatów, które będziemy prowadzili wspólnie z naszymi partnerami, będziemy takie interdyscyplinarne zespoły złożone z m.in.: informatyków, lekarzy, inżynierów, biotechnologów stawiać przed różnymi problemami, które będą musieli wspólnie, pod okiem naszych ekspertów opracowywać, a potem prezentować swoje osiągnięcia szerokiej grupie. Wierzymy, że takie łączenie wiedzy z różnych obszarów, to jest przyszłość rozwoju nauki – podkreśla Anna Mieleszko.

Dodaje, że młodzi ludzie nie potrzebują już np. zachęt do wyjazdów za granicę, bo wymiana studencka stała się niemal normą na uczelniach. Dzięki organizacji spotkań, dyskusji i kursów Fundacja chce przede wszystkim nauczyć młodych ludzi spojrzenia w szerszej perspektywie.

Z racji tego, że nasza fundacja mieści się na Giełdzie Papierów Wartościowych i że jesteśmy związani z rynkiem finansowym, działania ograniczają się do pewnego obszaru, czyli rynków finansowych. Kształcimy specjalistów właśnie z zakresu rynku kapitałowego, stricte poprzez Akademię Liderów Rynku Kapitałowego, ale mamy też kilka projektów, które są odpowiedzią zarówno na zainteresowanie młodzieży, jak i zapotrzebowanie partnerów – tłumaczy Mieleszko.

Wylicza, że Fundacja prowadzi także Akademię Energii dla osób zainteresowanych sektorem energetycznym oraz Akademię Analiz i Mediów dla tych, którzy są zainteresowani pracą w mediach biznesowych i instytutach analitycznych oraz w roli komentatorów gospodarczych. Działa także projekt Liderzy w Sektorze Ochrony Zdrowia, skierowany do osób zainteresowanych zarządzaniem szpitalami i innymi placówkami medycznymi.

To są w naszej opinii te miejsca na rynku, gdzie cały czas będą potrzebni specjaliści. Energetyka, ochrona zdrowia czy rynek informacyjny i rynek kapitałowy wciąż się rozwijają, przyrost wiedzy jest przeogromny. Naszą receptą na to jest zapraszanie do prowadzenia warsztatów i wykładów profesjonalistów i ludzi, którzy w tym obszarze są bezpośrednio zatrudnieni – ocenia Mieleszko.

„Enemy Front” od piątku w sklepach. Gra może upowszechnić wiedzę o powstaniu warszawskim na całym świecie

Od wtorku gracze w USA mogą wcielić się w rolę walczącego w powstaniu warszawskim. Polska premiera gry „Enemy Front” odbędzie się w piątek. Wyprodukowana przez CI Games gra przedstawia losy amerykańskiego korespondenta wojennego, który postanawia przyłączyć się do ruchu oporu przeciwko hitlerowskim okupantom.

Na rynku gier dominują w tym momencie szeroko pojęte gry akcji: od strzelanek, których zresztą przedstawicielem jest „Enemy Front”, przez gry z perspektywy trzeciej osoby, po coraz bardziej popularne gry w otwartym świecie lub po prostu dające możliwość wyboru sposobu gry przez gracza. „Enemy Front” tak naprawdę wpisuje się w ten trend. Misje zostały skonstruowane tak, żeby gracz mógł skorzystać z różnych sposobów rozgrywki: otwarty konflikt, przekradanie się czy używanie karabinu snajperskiego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Janczuk, lead level designer CI Games.

Głównym bohaterem gry jest korespondent wojenny Robert Hawkins, dzięki któremu gracz będzie mógł wcielić się w rolę powstańca walczącego z nazistami w Polsce oraz Europie Zachodniej. „Enemy Front” to gra z gatunku FPS (First-Person Shooter), która ma otwartą przestrzeń map i jest osadzona w realiach historycznych powstania warszawskiego oraz Europy w czasie II wojny światowej. Rozgrywka ma trwać 10 godzin, a tryb sieciowy pozwala na grę maksymalnie 12 osób. „Enemy Front” ukaże się zarówno w wersji na PC, jak i konsole Sony PlayStation 3 oraz Xbox 360.

Prace nad grą trwały kilka lat, ponieważ zmienił się pierwotny pomysł.

Początkowo miała to być typowa, jednoosobowa strzelanka, umiejscowiona ze szczegółami w Dunkierce czy w innych, znanych miejscach wydarzeń z II wojny światowej. Podobnie jak Call of Duty – mówi Paul Robinson, senior designer CI Games.

Producenci nie chcieli jednak stworzyć kolejnej gry, w której głównym bohaterem byłyby regularne armie. Unikatowość „Enemy Front” ma polegać na tym, że gracz będzie mógł wcielić się w walczącego w powstaniu warszawskim.

Patrzyliśmy na francuski ruch oporu, partyzantów w Normandii i ostatecznie dotarliśmy do powstania warszawskiego. Jednym z powodów takiego wyboru jest to, że to wydarzenie nie jest dobrze znane poza Polską. Jako Amerykanin, wielki fan historii II wojny światowej czułem, że to musi być pokazane na zewnątrz dzięki takiej grze – dodaje Robinson.

Średnia cena nowych gier na polskim rynku to obecnie 130 zł (gry PC) oraz ponad 200 zł w przypadku gier na konsole.

Gra „Enemy Front” będzie tańsza. Mamy nadzieję, że ceną zachęcimy polskiego odbiorcę. Za wersję konsolową zapłacimy 129 zł – zapowiada Łukasz Janczuk z CI Games.

Według obliczeń PwC polski rynek gier był wart pod koniec 2012 r. 375 mln dolarów, co stanowi ok. 0,56 proc. udziału w światowym rynku. Jego wielkość ma jednak urosnąć w 2016 r. do 437 mln dolarów. Liczbę aktywnych graczy w Polsce szacuje się na 11-12 mln osób, z czego tylko połowa legalnie zaopatruje się w gry. Wśród licznej rzeszy graczy są także twórcy filmu. Przykładem jest Jan Komasa, który czerpał inspirację do swoich filmów „Sala Samobójców” i „Miasto ‘44” z kultowych gier – „Call of Duty” i „Medal of Honor”. Przerobienie rzeczywistości ukazanej w grach wymagało oczywiście pewnego urealnienia scenariuszy. Mimo to widzowie z łatwością dostrzegają inspirację grami w filmach Komasy i doceniają oryginalny sposób pokazania wojny na dużym ekranie.

Gry zakładają raczej, że ma się dużo broni, dużo granatów itd. W powstaniu warszawskim nie było ani dużo broni, ani dużo granatów, często walczono tym, co było akurat pod ręką. Nasz film [„Miasto ‘44” – red.] nieuchronnie, ale uważam, że bardzo dobrze, mierzy w stronę realizmu. Niemniej tych elementów gier bardzo dużo zostało i ludzie to podkreślają na pierwszych pokazach, które mamy, że z takim opowiadaniem o II wojnie światowej, o powstaniu warszawskim szczególnie, jeszcze się nie spotkali – twierdzi Komasa.

Bezpieczeństwo największym problemem startującego mundialu. Gospodarka Brazylii odczuje korzyści z imprezy dopiero za kilka lat

CEO Magazyn Polska

Dla organizatorów rozpoczynających się piłkarskich mistrzostw w Brazylii największym wyzwaniem będzie zapewnienie bezpieczeństwa  trwają demonstracje Brazylijczyków niezadowolonych z wydawania ogromnych kwot na organizację imprezy. Apele o zawieszenie na razie pozostają bez odzewu. Między innymi z tego powodu Brazylia może nie zyskać na imprezie tyle, ile zakładano kilka lat temu. 

Realny wpływ mistrzostw świata w piłce nożnej na gospodarkę kraju, w którym się one odbywają, następuje kilka lat po imprezie. Może to być nawet wzrost PKB o 2-3 pkt proc. Zawsze pozytywnym efektem takich imprez, jak olimpiada czy mistrzostwa świata w piłce nożnej, jest promocja turystyczna kraju.

 Kibice i turyści, którzy przyjadą do kraju zwabieni imprezą sportową, tak jak przyjeżdżali np. do Polski czy teraz do Brazylii, mogą być fenomenalnymi ambasadorami danego kraju na przyszłość – mówi Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska. – Jeżeli oczywiście ten pobyt spełni jego oczekiwania, a z tym może wyjść tu różnie.

Różnie może być właśnie w Brazylii, gdzie atmosfera przed mundialem jest mało sportowa. Według ostatnich informacji jego organizacja kosztowała ten kraj 11 mld dolarów – budżet przekroczono trzykrotnie. Przeciwko tym wydatkom protestują przedstawiciele prawie wszystkich warstw społecznych.

 Kiedy 6 czy 8 lat temu przyznawano mundial Brazylii, ponad 70 proc. Brazylijczyków było z tego powodu szczęśliwych. Dzisiaj też 70 proc. uważa, że nie do końca ta impreza będzie korzystna. Jest wiele rozmaitych oznak niezadowolenia społecznego, bardzo dużo strajków – wskazuje rozmówca Newserii Biznes. – Można powiedzieć, że dzisiaj w Brazylii protestują wszyscy, począwszy od nauczycieli, poprzez pracowników metra, a skończywszy na przedstawicielach indiańskich mniejszości etnicznych itd.

Pewną nadzieją jest to, że według badań ok. 60 proc. Brazylijczyków uważa, że te protesty należałoby teraz przerwać, bo nie tylko są nieskuteczne, lecz także zamykają Brazylii szansę na pozytywne pokazanie się światu. Teraz do opinii międzynarodowej docierają właściwie wyłącznie negatywne informacje – o niedokończonych obiektach sportowych, protestach i niebezpiecznych biednych dzielnicach miast, gdzie będą rozgrywać się mecze.

 Z reguły jest tak, że niezależnie od tego, jakim wskaźnikiem bezpieczeństwa charakteryzuje się dany kraj, to wielka impreza sportowa jest dla tego kraju jednym z niewielu okresów, kiedy jest bardzo bezpiecznie, bo wtedy rząd, organizacje międzynarodowe i inne podmioty zaangażowane w ten projekt rzucają na pokład wszystkie ręce – mówi Kita. W Brazylii jest nieco inaczej. – Rzadko zdarza się tak, żeby gdzieś w trakcie przywracania porządku również same siły porządkowe stawały się obiektami agresji i ataku, a tak dzieje się np. z siłami policyjnymi w Brazylii, więc to mogą być dość specyficzne mistrzostwa.

Zdaniem Grzegorza Kity najmniejszym problemem wizerunkowym będą niedotrzymane terminy wykonawców stadionów.

 W zakresie dotrzymywania terminów praktycznie wszystkie największe imprezy światowe w ostatnich dwóch dekadach miały rozmaite opóźnienia. Do dziś bardzo wiele osób pamięta prawie nieskończone place budowy w Atenach podczas igrzysk olimpijskich, czy problemy z budową stadionu w RPA. Z reguły to się zawsze kończyło dobrze, pozytywnie i bez uszczerbku dla danej imprezy – ocenia ekspert.

Brazylijczycy będą jednak mieli problem głównie z infrastrukturą otaczającą stadiony – nie udało się dokończyć niektórych centrów sportowych czy mediowych. Dziennikarze na części stadionów zamiast w takich centrach będą pracować w prowizorycznych namiotach.