Rośnie sprzedaż aut klasy SUV oraz limuzyn z bogatym wyposażeniem

CEO Magazyn Polska

Sprzedawcy i producenci samochodów od kilku miesięcy odnotowują coraz większą sprzedaż. Największe wzrosty dotyczą segmentu aut droższych z bogatym wyposażeniem oraz pojazdów luksusowych. Wzrosty mogłyby być jeszcze większe, gdyby zmieniły się przepisy dotyczące wyższej akcyzy na auta z silnikami powyżej 2 litrów.

Na dobre wyniki sprzedaży w tym roku wpłynęła w dużej mierze możliwość pełnego odliczenia podatku VAT na auta z kratką w pierwszych trzech miesiącach roku. Pozytywny trend utrzymał się jednak także w kolejnych miesiącach, już po wygaśnięciu ulgi. Sprzedawcy przyznają, że sytuacja poprawia się niemal z miesiąca na miesiąc.

 – Maj zamknęliśmy wzrostem na poziomie 9 proc., a od początku roku odnotowaliśmy sprzedaż lepszą o 23 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Paździor, dyrektor zarządzający Mazda Motor Poland. – Największą sprzedaż wygenerował okres, gdy obowiązywała ulga na VAT, I kwartał dał wzrost na poziomie 30 proc. Kolejne miesiące są już nieco słabsze, ale zakładamy, że rok skończymy zdecydowanie na plusie.

Szacuje się, że wzrost w całym roku wyniesie 10–15 proc., a firma sprzeda ok. 320–330 tys. aut.

Dyrektor polskiego oddziału Mazdy wskazuje na pozytywne sygnały wspomagające rynek. Są to między innymi korzystne informacje dotyczące gospodarki i związane z nimi rosnące aspiracje zakupowe Polaków. Zakupom sprzyja także stosunkowo niski koszt pieniądza oraz stopniowe bogacenie się społeczeństwa.

Największy wzrost sprzedaży odnotowujemy w klasie aut droższych – wyjaśnia Paździor. – Klienci wybierają samochody lepiej wyposażone. Dużą popularnością cieszą się też SUV-y.

W przypadku Mazdy jest to przede wszystkim model CX-5. Dobre wyniki sprzedaży dotyczą także Mazdy 6.

Dalsze umacnianie się rynku motoryzacyjnego zdaniem przedstawicieli branży zależy w dużej mierze od rozwiązań prawnych i ewentualnych ulg podatkowych dla firm. Dużym impulsem może być wprowadzenie możliwości pełnego odliczania kosztów paliwa, planowane na rok 2015.

Czynnikiem hamującym sprzedaż samochodów są dość niefortunne zasady naliczania akcyzy – uważa Paździor. – Obowiązuje bardzo wysoka akcyza na pojazdy z silnikami powyżej 2 litrów, wynosząca ponad 18 proc. Dla porównania auta mniejsze objęte są stawką ok. 3 proc. Duże silniki uważa się za luksus, za który trzeba więcej płacić. Tymczasem przy dzisiejszej technologii, auta o dużych pojemnościach często oferują lepszą ekonomię i niższe spalanie, a więc są mniej szkodliwe dla środowiska niż te mniejsze.

Obowiązujące przepisy podatkowe zdaniem Paździora nie nadążają za tendencjami rynkowymi i rozwojem technologii. Lepszym rozwiązaniem byłyby opłaty naliczane nie od wielkości silnika samochodu, ale od jego wpływu na środowisko, a więc podatek ekologiczny. Takie przepisy mogłyby okazać się impulsem do rozwoju całego rynku motoryzacyjnego.

NIK o bezpieczeństwie elektroenergetycznych sieci przesyłowych

Polskie elektroenergetyczne sieci przesyłowe (czyli sieci wysokich i najwyższych napięć) są w dobrym stanie. W ostatnich pięciu kontrolowanych latach (2009-2013) nie wystąpiła sytuacja, w której zagrożone byłoby bezpieczeństwo dostaw energii elektrycznej. NIK ostrzega jednak, że Polska musi przygotować się na możliwe zagrożenie dostaw energii elektrycznej po 2015 roku. Nie będzie ono jednak spowodowane złym stanem sieci przesyłowych, lecz koniecznością wyłączenia wielu przestarzałych bloków wytwarzających energię oraz prowadzeniem ich remontów.

Kontrola pokazała, że dzięki systematycznie prowadzonym pracom modernizacyjnym i konserwującym sieci przesyłowe są w dobrym stanie. Pozwoliło to na podjęcie decyzji o wydłużeniu czasu ich sprawności z 40 do 70 lat. W Polsce średni wiek linii przesyłowych wynosił pod koniec 2012 roku niespełna 40 lat. To mniej niż np. w Szwajcarii (ok. 42 lata) czy w Niemczech (50 lat). Blisko połowa (47 proc.) polskich linii przesyłowych miała ponad 40 lat, natomiast większość (70 proc.) ponad 30 lat.

Z danych uzyskanych przez Polskie Sieci Energetyczne (PSE) oraz Urząd Regulacji Energetyki wynika, że od roku 2015 wiele elektrowni planuje wyłączenia jednostek wytwórczych energii elektrycznej. Oznaczać to może ryzyko przerw w dostawach, szczególnie w ekstremalnych warunkach pogodowych lub w przypadku dynamicznego wzrostu zapotrzebowania na energię w obiektach położonych daleko od elektrowni. Zaznaczyć jednak trzeba, że PSE od dłuższego czasu podejmują działania, które mają minimalizować ryzyko zagrożenia dostaw energii. Poszukują rezerwowych źródeł energii, zawierając umowy z wytwórcami krajowymi i zagranicznymi, inwestują w nowe technologie. Np. wdrażają system inteligentnych sieci, wyposażonych w narzędzia pomiarowe, które pozwolą wyrównać zapotrzebowanie na energię oraz umożliwią wprowadzenie elastycznych taryf.

Istotnym elementem ochrony sieci i ich przygotowania do przyjęcia dodatkowej energii z importu jest konieczność zapobiegania nieplanowym przepływom energii, głównie wiatrowej, z Niemiec do Czech i na Słowację. Przepływy te przeciążają sieci, w skrajnych przypadkach przekraczając kryteria bezpieczeństwa. Ograniczają też możliwości wymiany transgranicznej. Polska na forum Komisji Europejskiej od 2012 r. prowadzi prace zmierzające do prawnego uregulowania tego zagrożenia. PSE podejmują też inne działania, np. zmieniając konfigurację sieci, ograniczając ich zdolności przesyłowe lub zmieniając kierunki przesyłania energii z Niemiec – przez Danię i Szwecję. Działania te są zwykle skuteczne: od roku 2009 system pracował w stanie zagrożenia kilkanaście razy od kilku do kilkudziesięciu godzin.

NIK zgłosiła wniosek do Prezesa Rady Ministrów o przyspieszenie prac nad projektem ustawy o korytarzach przesyłowych, która ułatwi pozyskiwanie prawa do gruntów pod infrastrukturę do przesyłania i dystrybucji energii. Minister Gospodarki stosowny projekt skierował do Stałego Komitetu Rady Ministrów w lipcu 2013 roku. Na potrzebę takich uregulowań wskazują opóźnienia w rozbudowie i modernizacji krajowej sieci przesyłowej. Pięć z 20 szczegółowo zbadanych przez kontrolerów projektów inwestycyjnych przebiegało z opóźnieniami. Okazało się, że spowodowane były najczęściej problemami z uzyskaniem prawa do gruntów oraz wykupem terenów pod infrastrukturę.

Będą kolejne zmiany dla pracujących ojców – informacja ekspercka

Rok od wprowadzenia nowych przepisów rodzicielskich szykują się kolejne zmiany. Wszystko za sprawą głośnego przypadku samotnego ojca pięciorga dzieci i wdowca, któremu zgodnie z obowiązującymi przepisami odmówiono prawa do zasiłku macierzyńskiego i urlopu, które wedle aktualnych uregulowań przysługiwać mogą jedynie matce.

17 czerwca 2013 weszły w życie znowelizowane przepisy wprowadzające urlop rodzicielski oraz dłuższe niż dotychczas urlopy macierzyńskie. – O ile w przypadku matek, zasady korzystania z wszystkich tych przywilejów raczej nie wzbudzają wątpliwości, o tyle w przypadku ojców sytuacja okazuje się nieco bardziej skomplikowana – ocenia Dorota Strzelec, psycholog pracy, dyrektor firmy doradczej StaffPoland Sp. z o.o.

Ojciec (nie) jak matka

– Zgodnie z obowiązującymi dzisiaj przepisami, przy założeniu że ojciec wykorzysta w pełni przysługujące mu urlopy związane z narodzinami dziecka, jego nieobecność w pracy może wynosić maksymalnie 38 tygodni (6 z 20 tygodni urlopu macierzyńskiego – z wyłączeniem pierwszych 14 tygodni, które należą się wyłącznie matce, 6 tygodni dodatkowego urlopu macierzyńskiego oraz 26 tygodni urlopu rodzicielskiego). Niezależnie od powyższych, wkrótce po narodzinach dziecka ojciec może skorzystać z 2 tygodni urlopu ojcowskiego – tłumaczy Agnieszka Janowska, dyrektor Depertamentu Prawa Pracy w TGC Corporate Lawyers.

– Problematyczne okazuje się jednak to, że prawo ojca do urlopu macierzyńskiego i rodzicielskiego oraz do zasiłku jest warunkowane prawem matki – jeśli ona ich nie posiada, bo nie była nigdzie zatrudniona (lub nie pracowała w oparciu o stosunek pracy), to ojciec, nawet jeżeli opłaca składki, nie może z nich skorzystać– dodaje ekspert TGC Corporate Lawyers. Minister Pracy i Polityki Społecznej zapowiada jednak, że to ma się niebawem zmienić. Zwłaszcza w takich sytuacjach jak śmierć matki lub porzucenie przez nią rodziny.

Sytuacja ekstremalna, ale nie jednostkowa
Przypadek samotnego ojca piątki dzieci, którego niepracująca żona zmarła tuż po porodzie, obnażył pewną lukę w prawie. Nie przewidziano bowiem sytuacji, w której na samotnego rodzica spada nie tylko obowiązek utrzymania rodziny, ale i objęcia samodzielnej opieki nad dziećmi. Choć na szczęście takie sytuacje nie są normą, to jednak się zdarzają. Obowiązujące dotychczas zapisy prawa nie pozwalały na systemowe rozwiązanie problemu. Szef resortu pracy zapowiedział jednak wprowadzenie przepisów wypełniających tę lukę. Z zapowiedzi ministra wynika, że ustawa ma zostać uzupełniona o regulacje rozszerzające uprawnienia ojców możliwie jak najszybciej.

To nie jedyne potknięcie związane z urlopami rodzicielskimi – kilka lat temu wprowadzając dwutygodniowy urlop ojcowski, „zapomniano” o ojcach pracujących w służbach mundurowych, którzy poczuli się dyskryminowani. Wtedy również konieczna była szybka nowelizacja.

Zostać supertatą?

W większości „typowych” przypadków w Polsce to nadal matki wykorzystują praktycznie całość przysługujących obojgu rodzicom urlopów związanych z wychowaniem dziecka. Z publikowanych m.in. przez CBOS wstępnych danych z 2013 roku wynika, że co najmniej połowa matek chciałaby skorzystać z łącznego 52-tygodniowego urlopu. Zaledwie kilka procent ankietowanych chciałoby podzielić się nim z ojcem dziecka. Zapewne wpływa na to wiele czynników, nie tylko społecznych, ale przede wszystkim ekonomicznych i rodzinnych.

Sami ojcowie nadal są niewiadomą dla pracodawców. Wprawdzie przemiany społeczne w ostatnim 20-leciu znacząco zwiększyły ich aktywny udział w wychowywaniu dzieci, jak do tej pory jednak sporadycznie korzystają oni z przysługujących im uprawnień rodzicielskich (np. zwolnień lekarskich w przypadku choroby dziecka, urlopów ojcowskich czy wychowawczych). – Biorąc pod uwagę aspekty społeczne i ekonomiczne, mało prawdopodobne wydaje się, by na przestrzeni najbliższych kilku lat znacząco wzrosła częstość korzystania z wprowadzonych uprawnień rodzicielskich przez ojców. Powinniśmy jednak liczyć się z tym, że w nieco dalszej przyszłości ich udział w korzystaniu z przysługujących im praw będzie się sukcesywnie zwiększał. Tak jak to ma miejsce w innych krajach Unii Europejskiej – mówi Dorota Strzelec, dyrektor firmy doradczej StaffPoland Sp. z o.o.

Raport specjalny PARP: współpraca biznesu z edukacją to konieczność

By zapewnić gospodarce płynność i konkurencyjność, w 2035 roku jedna osoba wchodząca na rynek pracy będzie obciążona utrzymaniem trzech innych osób – wynika z Raportu specjalnego dotyczącego współpracy biznesu z edukacją w Polsce, opublikowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości. Aby przygotować młodych ludzi na konsekwencje związane z obciążeniem demograficznym, niezbędna jest rozwinięta współpraca firm z placówkami edukacyjnymi.

Z raportu przygotowanego w ramach projektu systemowego PARP Biznes dla edukacji wynika, że Polska staje przed obliczem systematycznego spadku wskaźnika urodzeń przy jednoczesnym wzroście przeciętnej długości życia. Zmniejszający się odsetek osób w wieku przedprodukcyjnym oraz produkcyjnym mobilnym na rzecz pozostałych grup, prowadzi do obciążenia demograficznego osób wchodzących na rynek pracy. Wskaźnik obciążenia demograficznego* wynosi obecnie 57, co oznacza, że na 100 osób w wieku produkcyjnym, 57 jest w wieku nieprodukcyjnym. Jeszcze bardziej alarmujące są prognozy na 2035 rok, zgodnie z którymi wskaźnik ten będzie wynosił 73. Niezmiernie ważne są zatem wszelkie inicjatywy zwiększające aktywność zawodową społeczeństwa, w tym podejmowanie działań mających na celu kształcenie młodego pokolenia w zawodach, na które jest zapotrzebowanie na rynku pracy.

Aby jednak młodzi ludzie mieli okazję zdobyć odpowiednie kompetencje jeszcze w trakcie nauki, niezbędne jest aktywne współdziałanie strony biznesowej i edukacyjnej. – Współpraca firm ze szkołami i uczelniami pozwala na dostosowanie oferty kształcenia do wymagań i potrzeb pracodawców. Zebrane w naszym Raporcie doświadczenia przedsiębiorstw z różnych branż pokazują, że aktywność firm w tym obszarze przynosi wymierne korzyści w postaci zrekrutowanych młodych talentów. – komentuje Bożena Lublińska-Kasprzak, Prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Raport specjalny dotyczący współpracy biznesu z edukacją w Polsce opisujący warunki i możliwości współpracy pracodawców ze szkołami, został opracowany w ramach projektu Biznes dla edukacji, realizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości w partnerstwie z Polskim Stowarzyszeniem Zarządzania Kadrami.

Raport dostępny jest na stronie projektu: www.biznesdlaedukacji.parp.gov.pl.

*wskaźnik pokazuje, ile osób w wieku nieprodukcyjnym przypada na 100 osób w wieku produkcyjnym

Asseco kontynuuje podbój rynku afrykańskiego. Chce stać się partnerem rządów afrykańskich przy budowie systemów ubezpieczeń społecznych

0

CEO Magazyn Polska

Asseco Poland planuje zakup spółki w Etiopii oraz założenie start-upu w Nigerii. Spółka chce zarobić na dostarczeniu rozwiązań IT oraz usługach konsultingowych, które pozwolą zbudować efektywne rynki energii w Afryce. Asseco dzięki informatyzacji ZUS może stać się partnerem dla afrykańskich rządów także w sferze ubezpieczeń społecznych.

Sprzedajemy systemy billingowe. Jest szansa w Nigerii, ponieważ niedawno sprywatyzowano tam sprzedaż energii elektrycznej. Nigeryjczycy uczą się, jak organizować takie firmy, a w naszym systemie zaszyte są procesy, które stanowią podstawę funkcjonowania tych firm. To jest nasza nadzieja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Góral, prezes Asseco Poland.

Energetyka i wydobycie paliw w Afryce należą do sektorów z największym udziałem inwestorów zagranicznych.

Punktem przełomowym dla Asseco w Afryce było podpisanie w marcu br. umowy o wartości 10 mln dolarów na wdrożenie systemu billingowego w Etiopii. W ramach kontraktu spółka dostarczy autorskie oprogramowanie z rodziny AUMS oraz przeszkoli pracowników. Celem projektu jest budowa nowoczesnego rynku energii w Etiopii. Obecnie zaledwie co czwarty mieszkaniec tego kraju ma dostęp do energii elektrycznej, dlatego projekt ma priorytetowe znaczenie dla rządu w Addis-Abebie. Rzeszowska spółka liczy na to, że realizacja tego ważnego kontraktu ułatwi dalszą ekspansję w Afryce.

Zambia pozostaje na razie w sferze marzeń, będziemy się temu rynkowi przyglądać. Mamy nadzieję, że ten model, który przyjęliśmy w Etiopii, może być jeszcze w kilku krajach afrykańskich powtórzony. Mam nadzieję, że znajdziemy kolejne kraje, które czekają na nasze produkty – mówi Adam Góral podczas konferencji WallStreet w Karpaczu.

Sektor energetyczny w Afryce nie jest jedynym, który interesuje informatyczną spółkę. W wielu państwach rozwijających się nie ma powszechnego, publicznego systemu ubezpieczeń społecznych. W wyniku wzrostu zamożności oraz zmian społecznych część afrykańskich państw zaczyna pracę nad wprowadzeniem systemu państwowych emerytur, co będzie wymagało specjalistycznego oprogramowania. Asseco, jako twórca rozwiązań IT dla Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, ma doświadczenie i know-how, które mogą być poważnym atutem w staraniu się o kontrakty z afrykańskimi rządami.

– Wydawało się, że nasz projekt w ZUS jest projektem jednego klienta. Tymczasem okazuje się, że w krajach afrykańskich w wielu miejscach dopiero pracuje się nad koncepcją systemu ubezpieczeń społecznych. Dzisiaj dysponujemy wiedzą, jak budować ten system w sensie organizacji, a informatyka jest niezbędna. Pracujemy nad tym dzisiaj w co najmniej jednym miejscu – mówi prezes Asseco.

Portfel zamówień Asseco Poland na 2014 r. ma obecnie wartość ponad 4,6 mld zł. W ubiegłym roku skonsolidowane przychody ze sprzedaży sięgnęły blisko 5,9 mld zł, dlatego rzeszowska spółka liczy na kolejne kontrakty, m.in. dla banków i firm potrzebujących systemów do obsługi klienta. Prezes Asseco spodziewa się, że okres niewielkiego zainteresowania nowymi rozwiązaniami IT ze strony banków dobiega już końca.

Bankowość jest płaska, ale się ożywia. Mamy nowy produkt, na który bardzo liczymy, nazywa się Universal Front End. I to jest produkt, który może być dodawany nie tylko do naszego def-a, ale do dowolnych systemów. I tutaj mamy nadzieję, że z tego produktu uczynimy też produkt eksportowy. Oczywiście w tej chwili trwają poszukiwania pierwszego klienta i to pierwsze wdrożenie będzie dla nas niezwykle ważne – twierdzi Góral.

Universal Front End to system bankowości internetowej, który ma być dostępny na wszystkie platformy. Spółka planuje rozpocząć sprzedaż aplikacji w drugiej połowie roku. Obok bankowości Asseco chce zwiększyć sprzedaż dla klientów z sektora telekomunikacyjnego oraz zdrowotnego.

Mamy nadzieję również na rozwiązania dla firm ubezpieczeniowych, ale tutaj jesteśmy nieco spóźnieni. Jest firma hinduska, która nas wyprzedziła, jest firma bułgarska, która nas wyprzedziła, więc nie będzie to łatwe zadanie, ale mam nadzieję, że też na tym rynku zaistniejmy – mówi Adam Góral.

GPW potrzebuje więcej emisji akcji oraz debiutów. Zbyt niska zmienność dla instrumentów pochodnych

CEO Magazyn Polska

Niewielka zmienność notowań na warszawskim parkiecie zniechęca inwestorów do instrumentów pochodnych. Liczba transakcji na rynku kontraktów terminowych na WIG20 spadła w ciągu roku o 20 proc. GPW stara się przeciwdziałać tej tendencji, dlatego zmieniła indeksy giełdowe oraz podwyższyła mnożnik na kontrakty z 10 do 20 zł. To może rozruszać rynek, choć potrzebny jest również napływ nowego kapitału i zainteresowanie spółek debiutowaniem na parkiecie.

To jest bezdyskusyjne, że koszty zawierania transakcji dzięki mnożnikowi 20 zł zmniejszamy o połowę, czyli już przy jednym punkcie zysku inwestor jedną połowę zysku zabiera dla siebie, a drugą zostawia w prowizji maklerskiej. W przypadku mnożnika 10 zł było to niemożliwe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Szczepanik, analityk z firmy Szkolenia z Inwestycji Giełdowych.

W najprostszym ujęciu daytrading polega na kupnie i sprzedaży instrumentów finansowych w ramach jednej sesji giełdowej. Horyzont inwestycyjny jest zatem bardzo krótki, dlatego gracze stosujący tę strategię starają się zarobić na pojawiających się (i zazwyczaj szybko znikających) okazjach na rynku. Ich źródłem mogą być np. ważne informacje, których rynek nie zdążył jeszcze uwzględnić w wycenach lub co do których istnieje duża niepewność względem ich rzeczywistego wpływu na wyceny.

Prawdopodobieństwo chwilowej, błędnej wyceny w stosunku do fundamentów spółki oraz dostępnych informacji jest tym wyższe, im mniej płynny jest dany instrument. Z tego względu część daytraderów preferuje grę na spółkach o średniej lub niskiej kapitalizacji, np. wchodzących w skład indeksów WIG50 lub WIG250. W przypadku największych spółek zmienność jest statystycznie niższa, co wynika z dużej liczby zaangażowanych inwestorów (w tym handlu automatycznego). 

Z drugiej strony wyższa płynność na rynku zmniejsza ryzyko transakcji, co wraz z mnożnikiem jest zaletą inwestowania w kontrakty terminowe na indeksy. W ostatnim okresie wielu inwestorów narzeka jednak na zbyt niską zmienność na polskiej giełdzie. W tej sytuacji wzrost mnożnika do 20 zł może nie wystarczyć do przyciągnięcia daytraderów na rynek.

Minimalna zmienność musi wynosić przynajmniej 50-60 punktów, aby móc takie transakcje zawierać. Jeżeli ta zmienność będzie wynosiła 20 punktów, to daytradingu nie będzie, bo w przypadku daytradingu i tak nie weźmiemy całego ruchu, jesteśmy w stanie wziąć 1/3, 1/4 dziennego zakresu. W przypadku 50 punktów dziennej zmienności jesteśmy w stanie wziąć dla siebie 10-15 punktów – uważa Szczepanik.

Minimalna zmiana w wysokości 50 punktów oznacza, że przy wartości indeksu WIG20 na poziomie 2500 pkt. powinien on spaść lub urosnąć o 2 proc. Ostatnie miesiące to okres względnego spokoju na GPW, poza momentami podwyższonej nerwowości z powodu zmian w OFE i konfliktu na Ukrainie. W rezultacie w maju 2014 r. wolumen obrotu kontraktami na WIG20 był niższy o 20 proc. w porównaniu z majem 2013 r. Z powodu niskiej zmienności jeszcze silniej spadła liczba transakcji na rynku kontraktów terminowych na akcje. Z danych GPW wynika, że w maju br. była o 36 proc. niższa niż rok wcześniej. 

Na tym tle pozytywnie wyróżniały się kontrakty na indeks mWIG40. W analogicznym okresie wolumen transakcji wzrósł o blisko 90 proc., choć – trzeba przyznać – z niskiego poziomu (w maju 2013 r. zanotowano 3,2 tys. transakcji na tym rynku, w porównaniu z ponad 540 tys. na kontrakcie terminowym opartym o WIG20). Powodem dynamicznego wzrostu handlu kontraktami na mWIG40 mogła być właśnie niewielka zmienność notowań blue chipów, czyli spółek z WIG20 lub WIG30. Dynamice rynku mogła również zaszkodzić niewielka liczba debiutów giełdowych, w tym spółek sprzedawanych przez Skarb Państwa, które w przeszłości cieszyły się dużym zainteresowaniem inwestorów.

Moim zdaniem pomóc rynkowi mogą tylko nowe emisje, które będą wchodziły, pozwalając zarabiać drobnym inwestorom, tak jak się działo w starych dobrych czasach. Dużo nowych spółek, ale które wchodzą z zyskiem. Inwestor musi wiedzieć, że zapisując się na nową emisję, będzie miał notowania po wyższych cenach i wtedy ludzie przyjdą. W innym przypadku, jeżeli te emisje nie będą przynosiły zysków, inwestorzy będą się od rynku oddalać –  uważa analityk.

Okres wakacyjny może jednak przynieść dalszy spadek obrotów na rynkach instrumentów pochodnych na GPW. Wielu inwestorów realizuje wtedy zyski i przygotowuje strategie inwestycyjne na jesień. To może wymagać od daytraderów jeszcze uważniejszego poszukiwania okazji na rynku, czyli potencjalnej zmienności.

Najlepszy statystycznie okres na rynkach światowych i także na rynku polskim to jest listopad-czerwiec, a okres od czerwca do października czy listopada to jest statystycznie okres słaby i większość inwestorów odpoczywa. Uważam nawet tak, że jeżeli ktoś nie zarobił pieniędzy na odcinku listopad-czerwiec 2014, to tym bardziej nie powinien być na giełdzie w III kwartale – twierdzi Paweł Szczepanik.

Ostatnie lata pokazały, że banki centralne są w stanie wywołać duże wstrząsy na rynku. Europejskie parkiety entuzjastycznie przyjęły ostatnią decyzję EBC o obniżce bazowej stopy procentowej do 0,15 proc. oraz obniżeniu stopy depozytowej do -0,1 proc., co jest wydarzeniem bez precedensu w historii strefy euro. Paweł Szczepanik nie spodziewa się jednak dalszych zmian w polityce monetarnej, które mogłyby doprowadzić do gwałtownej zmiany nastrojów na rynkach finansowych. Jak dotąd inwestorzy w USA ze spokojem przyjmują kontynuację ograniczania programu QE3, czyli skupu aktywów przez Fed. Według analityka rekordowe poziomy indeksów na Wall Street oraz niemieckiego DAXa będą hamować apetyt inwestorów na dalsze wzrosty, ale nie nastąpi też gwałtowna wyprzedaż.

Nie chodzi o to, że zatrzymamy wzrosty i dojdzie do poważnej przeceny, natomiast dynamika oczywiście nie będzie już tak wysoka, jak obserwowana do tej pory, bo jesteśmy już po dużych wzrostach. Teraz raczej będzie następować powolne wyhamowanie wzrostów aniżeli przyspieszenie – prognozuje Paweł Szczepanik

Polska ma kłopoty z wdrożeniem unijnej dyrektywy dotyczącej budynków energooszczędnych

CEO Magazyn Polska

Zgodnie z ogłoszonymi 1 stycznia wytycznymi polskich władz, które wynikają z dostosowania się do unijnej dyrektywy, zużycie energii powinno zostać stopniowo zredukowane do 2021 r. Najszybciej powinna poprawić się energooszczędność budynków użyteczności publicznej. Problemem są jednak bariery legislacyjne, finansowe, a także wciąż niska świadomość ludzi.

Do poziomu zakładanego na 2021 rok musimy zredukować zużycie energii (na przykład na potrzeby ogrzewania) o kolejne 31-38 proc. – zgodnie z wytycznymi UE. Bruksela zapowiedziała także, że to budynki użyteczności publicznej powinny stanowić przykład budownictwa zrównoważonego, więc dla nich terminem są lata 2018-2019. W przypadku takich budynków mowa jest o redukcji rzędu 40 proc. w ciągu najbliższych czterech lat.

Czasu jest niewiele – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr inż. Piotr Bartkiewicz z Politechniki Warszawskiej. – Jednak branże związane z budownictwem czekają na silniejsze wymuszenia i o ile będziemy mieli klientów, którzy będą gotowi zapłacić za te budynki, to poprawi się sytuacja na rynku nieruchomości, a te inwestycje będą coraz szerzej proponowane. 

Unijna polityka zmierza na dłuższą metę nie tylko do promowania budynków niskoenergetycznych, lecz także wręcz zeroenergetycznych, a nawet plusenergetycznych, czyli takich, które wytwarzają więcej energii, niż jej zużywają.

Mówimy, że budynki powinny być w  najbliższym czasie prawie zeroenergetyczne – mówi Bartkiewicz. – Oznacza to, że powinniśmy rzeczywiście radykalnie zmniejszać zużycie energii, a tę, którą  zużywamy pozyskiwać z odnawialnych źródeł. Trzeba też dążyć do tego, by bilansować energetycznie budynek w taki sposób, żeby zużycie energii było pokryte tym, co budynek jest w stanie sam wyprodukować.

Na polskim rynku brakuje jednak stosownych narzędzi finansowych. W przeprowadzonym przez firmę badaniu, które objęło branżę budowlaną, respondenci wskazali, że brakuje wystarczających zachęt finansowych ze strony państwa i jest niska dostępność dopłat. 93 proc. badanych stwierdziło, że jest to ważne lub bardzo ważne. UE już dawno zaleciła wprowadzenie takich udogodnień dla inwestorów.

Zidentyfikowaliśmy główne bariery, czyli trudności legislacyjne, brak zachęty ze strony państwa dla deweloperów, którzy mieliby takiego typu budynki budować oraz braku wykwalifikowanej kadry, chodzi tu o firmy projektowe, czy też braku wiedzy na ten temat nawet wśród inwestorów – mówi Tomasz Augustyniak, prezes Go4Energy.

75 proc. ankietowanych oceniło zmiany narzucone przez dyrektywę unijną jako korzystne lub bardzo korzystne. Jednak prawie tylko samo osób uznało, że Polska nie jest na wdrożenie przepisów przygotowana.

Przedstawiciele branży uznali, że ważna w upowszechnianiu budownictwa energooszczędnego jest edukacja rynku oraz stworzenie obiektów pokazowych.

Musimy wyjść na rynek i edukować firmy z którymi współpracujemy oraz społeczeństwo, końcowych użytkowników tych budynków – podkreśla Augustyniak. – To konieczne, żeby ludzie wiedzieli, czego się można po nich spodziewać, jak je użytkować i w ogóle czy chcą takich budynków. 

Eksperci podkreślają, że powinniśmy patrzeć na doświadczenia krajów, które od dawna stawiają na energooszczędne budownictwo. Według Piotra Bartkiewicza, należy uczciwie pokazywać zarówno zalety, jak i wady takich budynków.

Budynek może być tańszy w eksploatacji, będzie zużywać mniej energii, może mieć mniejszy wpływ na środowisko. Druga strona, o której powinniśmy dyskutować, to są sprawy związane z kształtem i formą architektoniczną tych budynków, w jaki sposób je komponować, w jaki sposób znaleźć optymalny koszt tych budynków, żeby one nie były droższe od rozwiązań tradycyjnych, nie tylko na etapie inwestycyjnym. Drugą rzeczą jest uświadomienie użytkownikom, jakie są ograniczenia, na co należy zwrócić uwagę podczas projektowania, podczas eksploatacji i również podczas wykonawstwa, żeby nie popsuć zamierzonego efektu – podkreśla Bartkiewicz.

Lux Med w ciągu ostatniego półrocza dokonał sześciu przejęć. Zapowiada kolejne

CEO Magazyn Polska

Przejęcie części Enel-Medu to szósta transakcja Lux Medu w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Spółka ogłosiła, że jest gotowa na kolejne. Zapowiada rozwój w kolejnych miastach i w większości obszarów działalności. Stawia m.in. na szpitale i opiekę długoterminową. Z kolei Enel-Med, po sprzedaży pracowni diagnostycznych w szpitalach publicznych, zajmie się rozwojem prywatnych szpitali i przychodni specjalistycznych. Do sieci 45 gabinetów stomatologicznych w tym roku dołączy osiem nowych.

Lux Med przejmie od Enel-Medu placówki z aparaturą rentgenowską, tomografią komputerową i rezonansem magnetycznym w kilku szpitalach publicznych. Centrum Medyczne Diagnostyka (CMD) Enel-Medu zostanie sprzedane spółce Lux Med Diagnostyka za 59 mln zł pomniejszone o zadłużenie CMD, czyli 6,25 mln zł.

Rozwijamy się zarówno organicznie, czyli otwieramy nowe przychodnie, jak i przez akwizycje. Transakcja z Enel-Medem to nasza szósta transakcja w ciągu ostatnich sześciu miesięcy – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Rulkiewicz, prezes zarządu Lux Medu.

Spółka ma już kolejne plany przejęć, ale o szczegółach jej przedstawiciele nie chcą jeszcze mówić. Podobnie jak o środkach, które będą przeznaczone na dalszy rozwój. Lux Med stawia na kompleksowy model leczenia obejmujący sieć ambulatoryjną, sieć diagnostyczną – przede wszystkim diagnostyki obrazowej – a także usługi szpitalne i długoterminową opiekę nad pacjentami.

Nasza strategia obejmuje wiele obszarów, bo to jest z jednej strony cały czas rozwój naszej sieci ambulatoryjnej, z drugiej strony – rozwój sieci diagnostycznej; tutaj mówię o diagnostyce obrazowej. Rozwój usług szpitalnych, opieki długoterminowej i to jest cały, tak istotny model prowadzenia pacjenta od początku, czyli od opieki podstawowej, poprzez opiekę specjalistyczną, do leczenia, a również opieki długoterminowej. To jest od lat konsekwentnie prowadzona strategia Lux Medu. Wchodzimy również do nowych miast – wyjaśnia Anna Rulkiewicz.

Zdaniem Adama Rozwadowskiego, prezesa Centrum Medycznego Enel-Med, 59 mln zł za CMD to niezła kwota.

Szukaliśmy możliwości kapitałowych sfinansowania tych inwestycji i analizowane były dwie ścieżki. Jedna to pozyskanie kapitału z funduszu inwestycyjnego, druga to zbycie wydzielonej części przedsiębiorstwa, w której znajduje się siedem centrów diagnostyki obrazowej. Są to centra, które nie tworzą bezpośrednio synergii z obsługą naszych pacjentów, centra rozlokowane w Łomży, Wołominie, Poznaniu, w miastach, gdzie ilości pacjentów są bardzo małe – wyjaśnia Adam Rozwadowski.

Pozyskane ze sprzedaży CMD środki mają być w całości przeznaczone na inwestycje. W najbliższym czasie Enel-Med zamierza otworzyć dużą przychodnię z centrum diagnostyki obrazowej w Katowicach, powstaną też przychodnie we Wrocławiu i w Szczecinie. W planach jest też otwarcie nowych przychodni specjalistycznych w Warszawie dla pacjentów komercyjnych.

Będą to specjalizacje związane z naszymi szpitalami. Chcemy przez nie pozyskać pacjentów na wysokospecjalistyczne zabiegi w obu szpitalach. W związku z tym, że kontrakt z NFZ pokrywa nasz potencjał poniżej 50 proc. naszych możliwości, stąd też konieczność szukania pacjentów komercyjnych – wyjaśnia prezes CM Enel-Med.

Ważne miejsce w strategii firmy zajmuje rozwój gabinetów stomatologicznych. W tym roku do sieci 45 placówek dołączy osiem nowych.

Przy tych 50 mln zł mamy możliwość dobrania przynajmniej drugie tyle z długu, czyli z kredytu. Gdyby się trafiły interesujące akwizycje, to nie wykluczamy takiej możliwości. Na razie nie mamy takich planów, ale na rynku co chwila pojawia się jakaś nowa inicjatywa sprzedażowa. Przyglądamy się każdej z nich – deklaruje prezes.

Dużym przedsięwzięciem planowanym przez spółkę na kolejne miesiące będzie wprowadzenie nowego oprogramowania wspierającego zarządzanie pacjentami i usługi B2B. Prace ruszą w połowie roku i zakończą się w połowie roku 2015.

To jest duży projekt, który musimy zrealizować. Firma się już rozrosła bardzo mocno, natomiast software trochę pozostaje w tyle – podkreśla Rozwadowski.

Internet pełny błędów językowych. Najwięcej jest ich w serwisach dla młodzieży

Powtórki znaczeniowe, źle zapisane słowa „na pewno” i „wziąć” – to najczęściej popełniane przez internautów błędy językowe. Od początku roku do połowy maja w sieci pojawiło się ponad 125 tys. wpisów i artykułów, w których wystąpiło co najmniej jedno błędne sformułowanie. Z badań Instytutu Monitorowania Mediów wynika, że najwięcej błędów można znaleźć w serwisach, z których korzysta przede wszystkim młodzież. Nieomylni nie są także dziennikarze.

Instytut Monitorowania Mediów od początku roku do połowy maja monitorował polskie serwisy społecznościowe i strony internetowe. Jak wskazują przeprowadzone badania, większość błędów można znaleźć na serwisach szczególnie popularnych wśród młodzieży. W pierwszej piątce są trzy takie – photoblog.pl (23 proc.), ask.fm (21 proc.) oraz zapytaj.onet.pl (11 proc.), natomiast na pierwszym miejscu znalazł się Facebook (29 proc.), który cieszy się dużym zainteresowaniem nie tylko młodszych użytkowników sieci.

– Młodzi ludzie podczas komunikacji internetowej mają bardziej swobodne niż dorośli podejście do języka i reguł ortograficznych. Nie przywiązują też dużej wagi do poprawiania błędów swoich rówieśników, a wiadomo, że nauczyciele na takie strony raczej nie zaglądają – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Jadaś z Instytutu Monitorowania Mediów.

Instytut Monitorowania Mediów, aby zbadać, jakie błędy popełniane są najczęściej w sieci, poprosił o pomoc samych internautów.

Nawiązaliśmy współpracę z fanpage’em „Poprawna polszczyzna”, na którym są licznie zgromadzeni fani języka polskiego w internecie, i zapytaliśmy, z jakimi błędami językowymi spotykali się najczęściej. Takie samo pytanie zadaliśmy na fanpage’u IMM. Odzew był duży, łącznie na nasz apel odpowiedziało kilkuset internautów – mówi Łukasz Jadaś.

Z ponad 600 komentarzy, które zostawili użytkownicy sieci, wynika, że najczęściej popełnianymi błędami są pleonazmy, czyli wyrażenia zawierające powtórzenia znaczeniowe. Wielu internautów niepoprawnie zapisuje także część słów i wyrażeń – przede wszystkim „wziąć” i „na pewno”.

Od początku roku IMM znalazł w internecie 125 tys. wpisów i artykułów, w których pada choć jeden ze wskazanych przez użytkowników sieci najpopularniejszych błędów.

Pleonazmy były najczęściej wskazywane w komentarzach jako błędy. Jak pokazują badania Instytutu, w blisko 40 proc. przebadanych tekstów znajdują się wyrażenia, w których dwa lub więcej wyrazów ma takie samo znaczenie. W co trzecim monitorowanym wpisie w sieci pojawiło się nieprawidłowo, bo łącznie, zapisane wyrażenie „na pewno”. Taka pisownia króluje przede wszystkim w popularnym wśród nastolatków serwisie ask.fm (od stycznia ponad 7 tys. razy), można ją też znaleźć na stronach wizaz.pl i photoblog.pl. Błędem, który – jak wynika z komentarzy – najbardziej drażni internautów, jest źle zapisane słowo „wziąć” (błędne formy: „wziąść” lub „wziąźć”). I choć to błąd najczęściej spotykany w mowie, to jedna z dwóch niepoprawnych form pojawiła się również w 6 proc. zbadanych publikacji.

Z badań IMM wynika, że w przypadku publikacji w portalach i serwisach internetowych dziennikarze rzadko popełniają najbardziej rażące błędy. Znacznie częściej można trafić w tekstach na pleonazmy, które stanowią 90 proc. błędów popełnianych w internetowych redakcjach.

– Najwięcej błędów językowych zauważyliśmy w publikacjach ogólnoinformacyjnych, czyli na przykład na publicznych osiach czasu na Facebooku. Drugą kategorią są blogi, fora i strony internetowe poświęcone modzie. Tam często używane są zwroty uznawane nie tylko przez słowniki, lecz także przez internautów za niepoprawne – np. „ubrać buty”, „ubrać spodnie”. Na trzecim miejscu znalazły się serwisy związane z finansami i biznesem, w których często używane są określenia nacechowane zbytnią oficjalnością, pleonazmy takie, jak „dzień dzisiejszy” czy „trwa nadal” – wymienia Łukasz Jadaś.

Inne popularne pleonazmy to: „okres czasu”, „kartka papieru” czy „aktywna działalność”.

Błędy nie omijają także serwisów sportowych – tu najczęściej można znaleźć pleonazmy: „drużyna spada w dół tabeli”, „akwen wodny” i w odniesieniu do formy sportowców – „poprawia się na lepsze”.

W internecie często można się spotkać z pejoratywnym określeniem „grammar nazi”, używanym w stosunku do osób, które nadmiernie wytykają błędy ortograficzne i gramatyczne w wypowiedziach. Można je znaleźć przede wszystkim w mediach społecznościowych. W przebadanym okresie takie określenie pojawiło się 400 razy.