Rośnie skuteczność leczenia tętniczego nadciśnienia płucnego. Do przełomu wciąż jednak daleko

CEO Magazyn Polska

Tętnicze nadciśnienie płucne pojawia się nawet u osób poniżej 30. roku życia, a jego pierwsze objawy utrudniają prawidłową diagnozę. Pacjenci skarżą się na ciągłe zmęczenie i niską wydolność fizyczną, dlatego część z nich zmienia dietę i tryb życia w nadziei na poprawę. Choroba w tym czasie rozwija się podobnie do nowotworu, a chory ma coraz większe problemy z oddychaniem. Terapia jest bardzo droga – jej koszt sięga kilkudziesięciu tysięcy złotych, dlatego lekarze czekają na przełom w leczeniu, jaki mogą przynieść badania farmakologiczne.

– Tętnicze nadciśnienie płucne jest rzadką chorobą. Średnia zachorowalność to 50 przypadków na milion osób. Tak więc można przewidzieć wielkość populacji chorych, by lepiej organizować leczenie. Tętnicze nadciśnienie płucne dotyka relatywnie młodych osób, średnia wieku to 50 lat. Pacjenci zaczynają zauważać trudności w czasie ćwiczeń fizycznych i mają problemy z ich wykonaniem, podczas gdy wcześniej ich nie mieli – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Nazzareno Galiè, kardiolog z Uniwersytetu Bolońskiego.

Nie ma sposobu, by poprzez profilaktykę zmniejszyć ryzyko zachorowania na tętnicze nadciśnienie płucne (TNP). Dotyka ono zarówno aktywnych, jak i nieaktywnych fizycznie, młode i starsze osoby. Choć choroba ma podłoże genetyczne, to rozwija się ona u 20 proc. osób z mutacją. Lekarze wciąż nie wiedzą jednak, co uaktywnia nieprawidłowy gen.

Nasza wiedza dotycząca tej choroby jest wciąż ograniczona. Są pacjenci, u których tętnicze nadciśnienie płucne rozwija się bez jasnych powodów. W innych przypadkach nadciśnienia możemy zidentyfikować zwężenie aorty lub np. zwyrodnienia tkanek. Pomimo niedostatku wiedzy dotyczącej przyczyn choroby, mamy teraz wiele sposobów leczenia. Jest 10 molekuł, które możemy wykorzystać w leczeniu – wskazuje prof. Nazzareno Galiè.

Choć nie są znane przyczyny zachorowań na tętnicze nadciśnienie płucne, to aktualna wiedza medyczna pozwala dobrze opisać mechanizm rozwoju choroby.

Polega on na tym, że tętniczki płucne, które normalnie są miejscem, przez które przepływa krew do pęcherzyków płucnych, żeby tam uzyskać tlen, a oddać dwutlenek węgla, zaczynają się zwężać. Nie dlatego że się kurczą, tylko dlatego że zarastają. To jest proces proliferacji podobny trochę do choroby nowotworowej, tyle że nie dający przerzutów – wyjaśnia prof. Adam Torbicki z Europejskiego Centrum Zdrowia w Otwocku.

To powoduje, że osoby będące wcześniej aktywne fizycznie, zaczynają mieć trudności z wejściem po schodach na pierwsze piętro, a nawet z płynnym mówieniem. Niedostateczny dopływ tlenu do płuc sprawia, że wielu chorych nie jest w stanie normalnie funkcjonować i musi rezygnować z pracy i jakiegokolwiek wysiłku fizycznego. Chorzy są przekonani, że uporczywe zmęczenie jest wynikiem niezdrowego trybu życia, nadmiernego stresu w pracy itp. Często utwierdzają ich w tym lekarze pierwszego kontaktu. Jak podkreśla prof. Torbicki, z tego powodu od stwierdzenia pierwszych objawów do postawienia właściwej diagnozy mijają średnio dwa lata.

W innych schorzeniach również mogą występować podobne objawy, a kluczowym i najwcześniej pojawiającym się jest ograniczenie wydolności fizycznej spowodowane dusznością. Przy wysiłku, który do tej pory był normalnie tolerowany, pojawia się uczucie duszności, które ogranicza możliwość jego wykonania. To jest najczęstszy objaw, który powinien zwrócić naszą uwagę – wyjaśnia.

Czas ma tutaj kluczowe znaczenie, bo choroba rozwija się podobnie do nowotworu.

Jednym ze sposobów na złagodzenie objawów choroby, ale nie likwidację jej przyczyn, jest zabieg zwany septosomią przedsionkową. Polega on na wykonaniu otworu między przedsionkami serca, co pozwala odciążyć przepracowaną prawą komorę serca. Skuteczność takiego zabiegu jest zróżnicowana w zależności tempa rozwoju choroby u pacjenta. Część z nich już po kilkunastu miesiącach może potrzebować transplantacji płuc, a innym zabieg pomaga na wiele lat. W Polsce taki przeszczep można wykonać tylko w jednym miejscu – Śląskim Centrum Chorób Serca.

– Polska ma zorganizowany i co najważniejsze rozwijający się system refundacji leków. Ma też sieć coraz bardziej doświadczonych ośrodków – ponad 20 ośrodków w Polsce jest w pobliżu pacjentów, tak, by oni nie musieli podróżować, mając ciężką i ograniczającą ich wydolność fizyczną chorobę. Myślę, że na pewno mogłoby być lepiej, ale biorąc pod uwagę nasze możliwości finansowe i organizacyjne, staramy się robić jak najwięcej. Mówię tutaj o Ministerstwie Zdrowia, NFZ i przede wszystkim o lekarzach, którzy walczą w tych ośrodkach o życie i zdrowie pacjentów – mówi prof. Adam Torbicki.

Część lekarzy wskazuje jednak, że leki refundowane są dostępne jedynie dla pacjentów w zaawansowanej fazie choroby – w III lub IV klasie niewydolności serca. Według prof. Torbickiego im później rozpocznie się leczenie, tym szybciej choroba postępuje, co zwiększa koszty leczenia pacjenta. Kolejnym problemem jest to, że zgodnie z programem lekowym obowiązującym od 2008 r. pacjentowi przysługują nie więcej niż dwa leki na tętnicze nadciśnienie płucne. Kolejne nie są już objęte refundacją, co praktycznie uniemożliwia kontynuację leczenia (jeśli jest ono potrzebne), bo koszt terapii sięga kilkudziesięciu złotych miesięcznie. Dlatego zdaniem lekarzy potrzebna jest kontynuacja badań naukowych, które pozwolą skuteczniej (i taniej) leczyć chorych.

Poszukiwania są prowadzone stale w dziedzinie farmakologicznej. Czekamy na wyniki przynajmniej dwóch bardzo ważnych badań, które mogą coś więcej zdziałać. Ale przełomu, który pozwoliłby wyleczyć tę chorobę, a nie tylko ją opóźniać i hamować, w tej chwili jeszcze nie ma. Nie traćmy nadziei – uważa profesor z Europejskiego Centrum Zdrowia w Otwocku.

Przełom może pojawić się już wkrótce, dzięki wynikom badania SERAPHIN, które wykazało twarde punkty końcowe w leczeniu TNP. Z badania wynika bowiem, że substancja o nazwie macitentan nie tylko jest dobrze tolerowana przez pacjentów, lecz także pomaga zmniejszyć śmiertelność pacjentów z TNP.

Polskie firmy coraz lepiej weryfikują spółki przed przejęciem. Błędy w ocenie mogą doprowadzić do upadłości firm przejmujących

CEO Magazyn Polska

Sprawdzenie finansów i portfela klientów to najważniejsze kroki przed przejęciem firmy. Błędna ocena przejmowanej spółki może nie tylko nie poprawić wyników finansowych, lecz wręcz doprowadzić do poważnych problemów i upadłości kupującego. To tym istotniejsze, że już co trzecia firma w Polsce planuje rozwój poprzez fuzję czy przejęcie, również na rynku zagranicznym. Firmy, które przeprowadziły udaną restrukturyzację w ostatnich latach, są gotowe na ryzyko akwizycji.

Jest dużo czynników, na które trzeba zwrócić uwagę. Po pierwsze, trzeba sprawdzić fundamenty: z czego składa się przychód, czy to nie jest przypadkiem firma, która ma 2-3 klientów czy partnerów handlowych, i jeżeli jeden albo drugi zdecyduje się na zmianę, to stabilność i przychody kompletnie mogą być wywrócone – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Harczuk, prezes zarządu Euler Hermes Collections. – W branży usługowej zwracamy uwagę na to, jaki jest portfel zamówień i na co można liczyć, nie na dziś, tylko na przestrzeni kilku miesięcy.

Harczuk podkreśla, że polskie firmy są kreatywne i starają się szukać nowych kierunków rozwoju swojej działalności. Przejęcia są jedną z nich. Jak wynika z badania Grant Thornton, już 33 proc. przedsiębiorców w Polsce planuje rozwijać biznes w ciągu kolejnych trzech lat poprzez fuzje i przejęcia. Zdaniem rozmówcy Newserii Biznes często jednak spółki podejmują decyzję o akwizycji bardzo spontanicznie. Nie zawsze wcześniej dokładnie sprawdzają sytuację finansową kupowanej spółki, często zbyt szybko wchodzą też w transakcje z partnerami zagranicznymi.

Harczuk dodaje, że niewłaściwa decyzja o przejęciu może mieć poważne konsekwencje dla firm. Nawet dobrze prosperujące spółki mogą mieć problemy, gdy przejmą zadłużone przedsiębiorstwo.

Takie przypadki notowaliśmy np. na polskim rynku, że firma o zdrowych fundamentach nabyła podmiot, który pozaciągał dużo zobowiązań, dał bardzo dużo poręczeń i okazało się, że przejmujący nie był w stanie temu sprostać – przypomina Harczuk. – Bardzo istotne jest, żeby w tego typu projekty angażować osoby z doświadczeniem, które wcześniej robiły taką analizę przed nabyciem przedsiębiorstwa, tak, żeby nie kupić upadającego podmiotu.

Podkreśla, że sposób weryfikacji zależy od branży. W usługach niezbędna jest ocena stabilności portfela zamówień i potencjału rozwoju firmy. W handlu przed przejęciem należy spojrzeć na rozliczenia z odbiorcami. Ważna jest nie tylko ich terminowość, lecz także dywersyfikacja. Firmy zależne od niewielkiej liczby klientów, nawet jeśli są to duzi kontrahenci, są narażone na problemy z płynnością w przypadku wycofania się ze współpracy choćby jednego z nich. Zdarza się też tak, że wśród klientów są firmy z problemami finansowymi lub nawet upadłe, co oznacza, że nie uregulują one swoich należności.

To może być największą niespodzianką, że oczekujemy spływu należności w nowo nabytej spółce, a potem się okazuje, że on powinien mieć miejsce, ale kluczowy partner upadł – podkreśla Harczuk. Dodaje jednak: – Muszę przyznać, że sytuacja w polskich przedsiębiorstwach powoli się poprawia. Dużo firm przeszło restrukturyzację, dostosowało się do nowej sytuacji, w której obrót jest mniejszy i transakcji z odbiorcami jest stosunkowo niedużo.

Harczuk podkreśla, że w restrukturyzacji i planowaniu ważną rolę odgrywają dyrektorzy finansowi. To oni są odpowiedzialni za redukcję kosztów, ocenę dynamiki wzrostu przychodów i zapobieganie ewentualnym spadkom. Harczuk dodaje, że Euler Hermes cały czas stara się doceniać i podnosić ratingi profesjonalnie zarządzanym firmom, które mają swoje finanse pod kontrolą.

Prace sezonowe w rolnictwie słabo płatne. Na niskie płace narzekają nawet pracownicy z Ukrainy

CEO Magazyn Polska

Maleją stawki za prace sezonowe w rolnictwie, ale za to przybywa lepiej płatnych ofert w budownictwie. Niskie wynagrodzenia zniechęcają Polaków, którzy częściej szukają pracy sezonowej za granicą. Do Polski przyjeżdżają za to pracownicy ze Wschodu – już nie tylko z Ukrainy i Białorusi, ale nawet z Uzbekistanu.

Stawki, jakie są w tej chwili, zwłaszcza przy pracach sezonowych w rolnictwie, są stosunkowo niskie. W tym roku jest bardzo duży wysyp truskawek, to stawka za same truskawki maleje, w związku z tym i wynagrodzenie dla samych zbierających maleje – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Adamkiewicz, prezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia i agencji Wadwicz.

Polacy, zwłaszcza młodzi, niechętnie podejmują pracę sezonową za takie wynagrodzenie. Zamiast tego szukają podobnych zajęć w Europie Zachodniej, gdzie są one znacznie lepiej płatne. Wyjazdy, w tym także studentów, będą miały jednak wpływ na stopę bezrobocia, bo aż 25 proc. osób zarejestrowanych w urzędach pracy to ludzie młodzi. Jak wynika z szacunków Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, w maju wskaźnik wyniósł 12,5 proc., ale w miesiącach letnich może spaść nawet poniżej 12 proc. Byłby to najlepszy wynik od października 2011 r.

Prace sezonowe w polskim rolnictwie są bardziej atrakcyjne dla pracowników ze Wschodu. Adamkiewicz zauważa jednak, że Ukraińcy zaczynają już narzekać na niskie płace. Mimo to stanowią oni razem z Białorusinami większość sezonowych imigrantów. Coraz więcej osób przyjeżdża jednak nawet z Mołdawii, Azerbejdżanu czy Uzbekistanu.

 Są to również nasi potomkowie, którzy chcą się w Polsce odnaleźć, i są takie agencje, które zaczynają te osoby ściągać – mówi Adamkiewicz.

Dodaje, że lepsza sytuacja jest w budownictwie. W tej branży widać nie tylko coraz większe zapotrzebowanie na pracowników wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych, lecz także wzrost wynagrodzenia.

 Brakuje dekarzy i każdy, kto już miał praktykę w ubiegłym roku, pracował na budowie choćby przez miesiąc, już jest traktowany jako wykwalifikowany i ma szansę jako pracownik dorywczy sobie dorobić. Pracownicy typowo fizyczni  z tym nie ma problemu, co roku w tej samej liczbie – tłumaczy Adamkiewicz.

Wzrost płac w tym sektorze częściowo wynika ze wzrostu płacy minimalnej w Polsce, która obecnie wynosi 1 680 zł brutto, czyli o 80 zł więcej niż rok temu. Jednak Adamkiewicz podkreśla, że nie w całym kraju wzrost jest równomierny. Najgorzej jest na Lubelszczyźnie, gdzie stawki są cały czas na tym samym, niskim poziomie.

Adamkiewicz ocenia, że w województwie lubelskim płace nie rosną, bo brakuje tam dużego przemysłu, a rozwój gospodarczy jest stosunkowo wolny. Dodaje, że z uwagi na wysokie bezrobocie w tym regionie (w kwietniu wyniosło 14 proc.) pracownicy są skłonni pracować za mniejsze wynagrodzenie, bo to dla nich często jedyna szansa na zarobek.

Mundial napędza popyt na telewizory. W tym roku popularne są duże ekrany i technologia 4K

CEO Magazyn Polska

Rozpoczynające się w czwartek piłkarskie mistrzostwa świata tradycyjnie poprawią sprzedaż telewizorów. Choć w tym roku w rozgrywkach nie wystąpi nasza reprezentacja, Polacy i tak chętnie kupują nowy sprzęt, szczególnie o dużej przekątnej ekranu. Rynek dodatkowo napędza nowa technologia 4K.

Każde wydarzenie sportowe jest związane ze zwiększonym zapotrzebowaniem na telewizory – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Siedlecki, dyrektor marketingu RTV Euro AGD. – Na kilka dni przed rozpoczęciem mistrzostw widzimy zwiększony popyt na telewizory. Wydaje nam się, że będzie on szczególnie widoczny w sprzedaży produktów o dużych rozmiarach – 46, 47, 50 cali.

Wzrost sprzedaży hamuje nieco brak reprezentacji Polski w rozgrywkach. Siedlecki ocenia jednak, że brak naszej kadry kompensuje nieco miejsce rozgrywania mundialu. Brazylia to kraj tradycyjnie kojarzony z piłką nożną na wysokim poziomie. Polacy zawsze przychylnie patrzyli na reprezentację tego kraju, więc teraz z dużym zainteresowanie będą śledzić mistrzostwa.

Poza zwiększonym zainteresowaniem telewizorami o dużej przekątnej ekranu, popyt na rynku napędzają też nowe technologie.

Na wymianę telewizorów na nowe wpływa nowoczesna technologia, tzw. 4K, czyli telewizory bardzo wysokiej rozdzielczości, ultra HD – podkreśla Siedlecki.

Technologia 4K (nazwa pochodzi od ok. 4000 pikseli w poziomie) to stosunkowo nowy standard bardzo wysokiej rozdzielczości. Wyświetlacze o tej rozdzielczości mają cztery razy więcej pikseli niż powszechne wyświetlacze Full HD.

Piłkarski mundial rozpocznie się w najbliższy czwartek meczem Brazylii z Chorwacją. 32 reprezentacje narodowe będą rywalizowały do 13 lipca. Finał odbędzie się na stadionie Maracanã w Rio de Janeiro. Tytułu bronią Hiszpanie.

Ewa Grenda nową prezes INFARMY

0

10 czerwca 2014 roku, decyzją Zarządu Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA, stanowisko prezesa Zarządu objęła Ewa Grenda, dyrektor generalna Roche Polska, dotychczas członek Zarządu INFARMY.

„To dla mnie ogromny zaszczyt. Dziękuję członkom Zarządu INFARMY za powierzenie mi tak odpowiedzialnego i wymagającego zadania. Pamiętając o tym, że fundamentem działań firm farmaceutycznych jest dobro pacjenta, będę starała się pracować na rzecz zwiększenia przejrzystości w naszej branży podejmując dialog ze wszystkimi partnerami społecznymi i instytucjonalnymi w celu tworzenia dobrego klimatu dla rozwoju innowacyjności w dziedzinie farmakoterapii w Polsce” – zadeklarowała nowa prezes INFARMY.

Ewa Grenda jest dyrektor generalną firmy Roche Polska od 2005 roku. W latach 2011-2013 odpowiadała także za zarządzanie siedmioma dodatkowymi rynkami w regionie. Pracę w firmie Roche Polska rozpoczęła w 1991 roku, początkowo jako przedstawiciel medyczny, pełniąc przez lata wiele różnych funkcji w strukturze organizacji. Ewa Grenda jest absolwentką wydziału Biologii na Uniwersytecie Gdańskim. Po skończeniu studiów pracowała naukowo i dydaktycznie przez kilka lat.

„Jestem zadowolona z wyboru nowego prezesa naszego Związku. Tym bardziej, że decyzję o powierzeniu Pani Ewie Grendzie tego stanowiska podjęliśmy niemal jednogłośnie. Ewa to manager z ogromnym doświadczeniem, a prywatnie ceniona i lubiana przez wszystkich osoba. Jestem przekonana, że sprosta wyzwaniu, jakim jest przewodniczenie największej organizacji zrzeszającej innowacyjne firmy farmaceutyczne w Polsce. Oddaję INFARMĘ w dobre ręce” – skomentowała wybór swojej następczyni Marynika Woroszylska–Sapieha, dyrektor generalna Grupy Sanofi w Polsce.

Zgodnie ze statutem INFARMY nowa prezes będzie pełniła funkcję przez dwa lata.

Pracowitość – droga do sukcesu widziana oczami pracowników i pracodawców

Uczciwością i pracą ludzie się bogacą. To powiedzenie pięknie brzmi, ale ma niewiele wspólnego z rzeczywistością – przynajmniej według niektórych Polaków. Znacząca liczba dni wolnych od pracy, świąt czy łatwość otrzymania zwolnienia lekarskiego działają na niekorzyść pracodawcy. 

Polacy są niezwykle pracowitym narodem. Nasi fachowcy cenieni są na całym świecie, a przedsiębiorcy w niejednym kraju przecierają oczy ze zdumienia, widząc ich zaangażowanie w pełnieniu obowiązków. Jednak, jak w każdej dziedzinie życia – tak i w pracy – znajdzie się kilka „czarnych owiec”, przez co, obraz postrzegania wszystkich staje się negatywny.

Jaka jest różnica w podejściu do pracy między pracownikiem a pracodawcą? Ten drugi pracuje średnio 8 godzin dłużej tygodniowo. Jak mówi serwisowi infoWire.pl Andrzej Malinowski, prezydent organizacji Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej „[…] przyczyna jest prosta. Po pierwsze, pracodawca nie ma lekko – odpowiada za całość majątku. Dodatkowo musi przebijać się przez gąszcz przepisów. Cały czas myśli o przyszłości firmy”.
Te słowa potwierdza Cezary Kaźmierczak, Prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców „[…] Przedsiębiorcy przede wszystkim pracują dla siebie. Mają większą odpowiedzialność związaną z wykonywaną pracą i w związku z tym poświęcają jej więcej czasu. Badania zdecydowanie przeczą stereotypom, że przedsiębiorcy to klasa próżniacza, która nie zajmuje się niczym, poza wyzyskiwaniem biednych pracowników”.

Kultura i umiejętność stworzenia dobrych warunków pracy w zespole to bardzo ważny element, który decyduje o relacjach pracodawcy z pracownikiem. Jak zaznacza Andrzej Malinowski „[…] ciągle brakuje u nas właściwego podejścia do pracy. W innych krajach jest tak, że związki zawodowe i pracownicy włączają się w życie przedsiębiorstwa i traktują je jak swoje. U nas bardzo często mamy do czynienia wyłącznie z postawami roszczeniowymi”.

Podejście do obowiązków i utożsamianie się z miejscem pracy to jedno. Natomiast uczciwość względem pracodawcy to kolejna, ogromnie istotna kwestia. Jak uważa Andrzej Malinowski „[…] korzystanie ze zwolnień lekarskich w Polsce jest stosunkowo łatwe. Lekarze nie dbają w sumie również o własny interes, ponieważ w ostatecznym rozrachunku, wszyscy płacimy podatki”. I tutaj różnica między pracownikiem a pracodawcą jest największa. Zdaniem Dominiki Maison, psycholog z Uniwersytetu Warszawskiego „[…] pracodawcy i pracownicy inaczej podchodzą do korzystania ze zwolnień lekarskich. W zeszłym roku dwa razy więcej pracowników etatowych było na zwolnieniu lekarskim, w stosunku do pracodawców. Wśród pracowników etatowych grupą, która najczęściej przebywała na zwolnieniach, były osoby w wieku 24-34 lata. To zaskakujące, ponieważ jest to grupa, która teoretycznie powinna być zdrowa”.

Co jest przyczyną takiego stanu rzeczy? „Plagą dla przedsiębiorców są lekarze, którzy wydają fałszywe zwolnienia. Z różnego rodzaju danych wynika, że najbardziej chorowite grupy społeczne w Polsce to policjanci i urzędnicy” – mówi serwisowi infoWire.pl Cezary Kaźmierczak.

Prawda, jak w większości przypadków, leży gdzieś pośrodku. Zdaniem Dominiki Maison „[…] Oczywiste jest, że są tacy pracownicy, którzy pracują bardzo dużo i poświęcają się swojej pracy, jak również tacy, którzy pracę traktują niezbyt poważnie. Duże znaczenie mają wartości moralne”. Prawdopodobnie ci, którzy łatwo sięgają po zwolnienia lekarskie, również w innych obszarach życia są mało odpowiedzialni.

Każdy pracownik wymaga atrakcyjnych warunków pracy i poszanowania jego osoby przez zatrudniającego. Podobne wymagania ma pracodawca. Obie strony muszą zdać sobie sprawę, że są od siebie zależne. Bez tego nie ma sukcesu firmy, który przekłada się na dobro zarówno pracodawcy, jak i pracownika.

Czego boimy się na wakacjach? Wyniki badania opinii

Urlop to dla nas przede wszystkim wypoczynek, ale dobry humor na wakacjach potrafią zepsuć nam liczne obawy związane z wyjazdem. Najczęściej martwimy się, że przekroczymy limit wydatków, zostaniemy okradzeni lub zgubimy bagaż. Boimy się też zachorować oraz o to, że przytrafi się nam niebezpieczny wypadek. Niepokoi nas również perspektywa zastania na miejscu złych warunków zakwaterowania – wynika z najnowszego badania „Polak na wakacjach”, przeprowadzonego przez firmę ARC Rynek i Opinia na zlecenie Liberty Direct.

Niemal co drugi Polak obawia się, że długo wyczekiwane wakacje będą go kosztowały więcej, niż to wynikało z jego wcześniejszych planów (44 proc.). W jaki sposób założona cena wypoczynku może wzrosnąć? Turysta może zostać na przykład okradziony. O takiej ewentualności myśli aż 39 proc. wyruszających w podróż Polaków. Tyle samo niepokoi się o swoje zdrowie i zastane na miejscu warunki zakwaterowania i wyżywienia. Ryzyko wypadku martwi 33 proc. respondentów, a 32 proc. (z powodu słabej lub żadnej znajomości języka) przeraża perspektywa komunikacji z obcokrajowcami. Badani boją się także, że z przyczyn losowych będą zmuszeni odwołać wyjazd (24 proc.), stracą bagaż (19 proc.) albo zgubią się w obcym kraju (15 proc.).

– Pomimo wielu obaw, jakie wciąż budzą w nas zagraniczne wyjazdy, często wyruszamy w podróż bez dodatkowej ochrony. Choć z roku na rok coraz więcej Polaków pamięta o ubezpieczeniu podróżnym, w dalszym ciągu ponad 40% z nas uważa, że jest to niepotrzebne – mówi Ilona Tomaszewska, ekspert ds. ubezpieczeń turystycznych Liberty Direct. – Tymczasem polisy turystyczne oferowane w Polsce należą do najtańszych w Europie i można je kupić już od 10 zł dziennie. To nie tylko prosty sposób na pozbycie się urlopowego stresu, ale też realne zabezpieczenie, w skrajnych przypadkach pozwalające zaoszczędzić nawet kilkadziesiąt tysięcy euro – dodaje Tomaszewska.

Z wyprzedzeniem i na własną rękę

Obawy związane z wyjazdem staramy się ograniczać, rozpoczynając przygotowania na długo przed urlopem. 76 proc. Polaków planuje wakacje z co najmniej trzymiesięcznym wyprzedzeniem – w tym całe 5 proc. aranżuje kolejne wyjazdy z rocznym, a 37 proc. z półrocznym zapasem. Tylko 8 proc. z nas korzysta z ofert last-minute.

Urlop pod kontrolą

Na wakacjach cenimy sobie spokojne formy wypoczynku i staramy się unikać ryzyka. Młodzi wolą spędzać wakacje nad morzem, a starsi podziwiając zabytki związane z kulturą i historią. Plażowanie i zwiedzanie to zresztą ulubione zajęcia Polaków na urlopie – wskazało je odpowiednio 68 i 56 proc. respondentów. Lubimy też poznawać nowe kultury (45 proc.), wypoczywać w górach (42 proc.) i na łonie natury (38 proc.), poznawać nowych ludzi (32 proc.), a także brać udział w imprezach i innych rozrywkach, takich jak koncerty czy festiwale (29 proc.). 17 proc. Polaków idealny wyjazd kojarzy z wypoczynkiem w SPA.

Tylko 23 proc. badanych lubi spędzać wolny czas aktywnie. W tej grupie jako najchętniej uprawianą wakacyjną „aktywność” 66 proc. wskazało turystykę, 58 proc. jazdę na rowerze, 27 proc. jazdę na nartach, 21 proc. wspinaczkę lub bieganie, a 10 proc. nordic walking. Bardziej intensywne sporty okazały się mniej popularne – jedynie (9 proc.) z nas uprawia na urlopie windsurfing, a żeglarstwo i pływanie (3 proc.).

Kierunek: Europa

Pomimo licznych obaw związanych z wyjazdami, podróżujemy często i chętnie. Tylko 29% Polaków wybiera się w zagraniczną podróż rzadziej niż raz na dwanaście miesięcy. Największy odsetek turystów (42 proc.) wyjeżdża co rok, 21 proc. co 6 miesięcy, a 4 proc. co kwartał. Raz w miesiącu lub częściej podróżuje jedna setna z nas, a 4 proc. w ogóle nie opuszcza granic kraju w celach turystycznych.

Najchętniej podróżujemy po Starym Kontynencie (52 proc.) i Polsce (40 proc.). Ok. 8 proc. polskich turystów zwykle wyjeżdża na wakacje poza Europę – to najczęściej osoby pomiędzy 25. a 34. rokiem życia.

* Raport przygotowano w oparciu o badanie opinii publicznej przeprowadzone w marcu przez firmę ARC Rynek i Opinia metodą ankiet internetowych CAWI na próbie 1029 osób. Cytowanie wyników możliwe tylko za podaniem źródła: „Polak na wakacjach”, raport z badania ARC Rynek i Opinia na zlecenie Liberty Direct, marzec 2014.

Rynek bankowości mobilnej – I kw. 2014 – raport PRNews.pl i Bankier.pl

Już blisko 2,8 mln polaków ma dostęp do bankowości mobilnej – wynika z danych zebranych przez PRNews.pl i Bankier.pl. Dostęp z poziomu telefonu komórkowego oferuje dziś większość banków w Polsce. Zobacz liderów zestawienia.

W tym roku mija 10 lat od pojawienia się na rynku pierwszej aplikacji mobilnej. Pionierem w tym segmencie był Raiffeisen Bank Polska, który udostępnił posiadaczom telefonów komórkowych program napisany w Javie. Przez lata bankowość mobilna pozostawała jednak w sferze ciekawostki technologicznej. Obecnie zaczyna być głównym nurtem bankowości.

Aplikację mobilną do obsługi produktów bankowych udostępnia dziś swoim klientom 18 banków. Równolegle funkcjonują też serwisy lite, czyli specjalne wersje serwisów internetowych dostosowane do przeglądania na telefonach komórkowych.

– Bankowość mobilna jeszcze kilka lat temu postrzegana była jako ciekawostka technologiczna dla najbardziej zaawansowanych użytkowników. Liczby pokazują, że dziś obsługa konta z poziomu telefonu jest już w zasadzie standardem – mówi Wojciech Boczoń, redaktor prowadzący PRNews.pl.

Liderem bankowości mobilnej w Polsce w pierwszym kwartale 2014 roku jest mBank z 733 tys. użytkowników. Daleko za nim plasują się: PKO BP (441 tys.) i Pekao SA (422 tys.).

Aplikacje mobilne stają się wygodniejszą alternatywą dla bankowości internetowej. Niewykluczone, że za jakiś czas większość opcji dostępna będzie z poziomu telefonu, a tradycyjne systemy transakcyjne zaczną być wykorzystywane do bardziej zaawansowanych funkcji.

Zobacz najbardziej mobilne banki w I kwartale 2014 roku: http://prnews.pl/raporty/raport-prnewspl-rynek-bankowosci-mobilnej-i-kw-2014-3141685

Dynamiczny rozwój rynku cloud computingu

Jak wskazują wyniki badania przeprowadzonego przez PMR wśród 300 największych firm IT w Polsce w maju 2014 r., zawarte w raporcie „Rynek przetwarzania danych w chmurze w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018”, oczekiwania głównych graczy względem dalszego rozwoju rynku cloud computingu w Polsce są optymistyczne. Większość respondentów spodziewa się jego dynamicznego rozwoju w latach 2014 i 2015, przede wszystkim w modelu SaaS.

W porównaniu z wynikami uzyskanymi w 2013 r. opinie respondentów odnośnie rozwoju cloud computingu okazują się jeszcze bardziej optymistyczne. We wszystkich trzech kategoriach wzrósł odsetek respondentów, którzy przewidują dynamiczny rozwój rynku. Jednocześnie zmalał udział respondentów nieprzewidujących dalszego rozwoju. Z trzech głównych modeli technologii cloud computing, SaaS uznawany jest za najbardziej perspektywiczny. Zbliżony, ponad 30% odsetek respondentów oczekiwał dynamicznego wzrostu modelu IaaS oraz PaaS w latach 2014-2015.

W opinii największych firm nadal kluczowym czynnikiem wpływającym na rozwój rynku cloud computingu w Polsce jest poszukiwanie przez firmy oszczędności. Istotnym okazuje się również wzrost mobilnego internetu i rynku aplikacji mobilnych oraz coraz większa ilość przetwarzania danych. Waga bezpieczeństwa, jako czynnika wpływającego na rynek cloud computingu w 2014 r., uległa zmniejszeniu. Jedynie 15% respondentów uznało go za czynnik kluczowy. Rok wcześniej, w analogicznym badaniu, odsetek ten wynosił 23%. Jeszcze wyższy w skali spadek zanotowały regulacje prawne, jako czynnik wpływający na rynek cloud computingu. W 2014 r. jedynie 3% respondentów uznało ten czynnik za kluczowy. W 2013 r. odsetek zanotował wartość o 10 p.p. wyższą.

Technologia cloud computing nie jest już tylko atrakcyjnym medialnie trendem. Działania marketingowo-edukacyjne dostawców w coraz większym stopniu przeradzają się w konkretne decyzje biznesowe, które w następstwie odzwierciedlają się w wartości rynku. Coraz większa liczba przedsiębiorstw, zarówno w segmencie MŚP jak i korporacyjnym, jest świadoma korzyści wynikających z zastosowania tej technologii. Katalizuje to dalej działania dostawców, którzy zarówno w szerszych kampaniach, jak i w bezpośrednich negocjacjach z klientami końcowymi korzystają z analiz obliczających dokładne korzyści możliwe do uzyskania dzięki zastosowaniu modelu usługowego. Jest to proces dalszego „zawężenia” działań marketingowych i przekształcania ich w rzeczywistą sprzedaż. Ten długotrwały proces, który obecnie wchodzi w swoją bardziej dojrzałą fazę, wpływa pozytywnie na rozwój rynku. Należy jednak zaznaczyć, że wprowadzenie usług cloud computingu nie jest działaniem jednorazowym, lecz procesem rozłożonym w czasie. Przedsiębiorstwa przeznaczają na model usługowy najpierw wybrany przez siebie proces, najczęściej peryferyjny. Zazwyczaj ten etap decyduje o dalszym ustosunkowaniu się przedsiębiorstwa do modelu usługowego. W przypadku pozytywnych doświadczeń, kolejne procesy migrowane są dalej do modelu usługowego. Oznacza to ewolucyjny sposób rozwoju rynku.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek przetwarzania danych w chmurze w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018”.

NIK o nieruchomościach zajętych pod drogi gminne

Właściciele prawie jednej piątej nieruchomości zajętych pod drogi gminne nie mogą liczyć na szybkie uzyskanie od gmin odszkodowania. Dzieje się tak z powodu nieuregulowanego statusu prawnego tych nieruchomości lub braku stosownych wpisów w księgach wieczystych. Przewlekle prowadzone postępowania odszkodowawcze sprawiają, że byli właściciele na wypłaty odszkodowań muszą czekać od kilku miesięcy do roku, a w skrajnych przypadkach – nawet od 4 do 10 lat. Taka opieszałość podważa zaufanie do instytucji publicznych – alarmuje NIK.

Tylko w trzech gminach (ze skontrolowanych 20) prawo własności gminy było ujawnione w księgach wieczystych dla wszystkich nieruchomości zajętych pod drogi gminne. W pozostałych 17 gminach aż 17,5 proc. działek nie miało stosownych wpisów. Zajmowały one 15,6 proc. wszystkich nieruchomości zajętych pod drogi gminne. Z kolei część nieruchomości w ogóle nie spełnia warunków do złożenia wniosku o ujawnienie prawa własności w księgach wieczystych, gdyż gminy nie dysponują koniecznymi dokumentami. Do tego stanu rzeczy przyczyniły się wieloletnie zaniedbania wójtów, którzy wnioski w tych sprawach składali z nawet kilkunastoletnim opóźnieniem.

Główną przyczyną tych zaniedbań jest brak wiedzy wójtów o posiadanych nieruchomościach i ich stanie prawnym. Źródłem takiej wiedzy powinna być rzetelnie prowadzona ewidencja nieruchomości. Kontrola pokazała jednak, że gminy lekceważyły ten obowiązek. Wójtowie tłumaczyli się brakiem środków finansowych na uporządkowanie i uzupełnienie dokumentacji. Niekiedy dochodziło do sytuacji, w których wójtowie o działkach z nieuregulowanym statusem prawnym dowiadywali się od kontrolerów NIK.

Kłopoty mają także byli właściciele działek, które objęte są postępowaniami odszkodowawczymi. Na wypłatę odszkodowań muszą czekać zwykle kilka miesięcy, w skrajnych przypadkach całe lata. W trakcie kontroli wyszły na jaw sytuacje, kiedy odszkodowania wypłacono po upływie od 4 do 10 lat.

NIK w trakcie kontroli wykryła m. in. następujące nieprawidłowości w gminach:

W 17 urzędach gmin (na 20 skontrolowanych) do 30 czerwca 2013 roku nie uregulowano stanu prawnego lub nie ujawniono w księgach wieczystych prawa własności prawie 2 tys. działek. Jest to blisko jedna piąta ( 17 proc.) z wszystkich zajętych pod drogi gminne. Zajmują one prawie 256 ha, co stanowi 15,6 proc. ogółu powierzchni zajętych pod drogi w kontrolowanych gminach. W skrajnych przypadkach nieuregulowany status prawny miała większość działek (np. w gminie Michałowice w województwie mazowieckim aż 62, 7 proc.).
Wszystkie gminy opieszale prowadziły postępowania dotyczące ustalenia wysokości odszkodowań. W rezultacie byli właściciele zmuszeni byli czekać na wypłatę zbyt długo. W połowie ze zbadanych spraw nieruchomości przejętych w trybie ustawy – Przepisy wprowadzające (21 na 40 zbadanych) od złożenia wniosków przez byłych właścicieli do daty wypłaty odszkodowania upłynęło od 4 do 10 lat. Np. w gminie Otwock byli właściciele na wypłatę czekali 10 lat, natomiast w gminie Legionowo prawie 7 lat. Z kolei byli właściciele, którzy wysokość odszkodowania ustalali w drodze negocjacji (takiej procedury wymagały tereny przejęte na podstawie przepisów ustawy o gospodarce nieruchomościami) na wypłaty czekali zwykle od roku do dwóch lat.
Gminy zwlekają ze składaniem wniosków do wojewody o wydanie decyzji stwierdzającej nabycie prawa własności. Decyzja taka jest warunkiem uregulowania stanu prawnego działki. Trzy w ogóle nie złożyły takich wniosków. Wojewodowie z kolei zwlekają z wydaniem takich decyzji. Kontrolerzy zbadali losy 127 wniosków i okazało się, że po upływie 7-8 lat w 18 przypadkach postępowania trwały do czasu zakończenia kontroli. Wojewodowie tłumaczą się skomplikowanym charakterem spraw, w ocenie NIK jednak nie może to być powodem zaniechania odpowiednich działań.
W prawie wszystkich urzędach gmin (z wyjątkiem jednego) kontrola stwierdziła nierzetelne prowadzenie zarówno ewidencji gminnego zasobu nieruchomości, jak ewidencji księgowej oraz ewidencji dróg. Wykazy zawierały nieaktualne, niepełne lub błędne dane. W pojedynczych przypadkach gminy w ogóle nie prowadziły ewidencji. Oznacza to brak wiedzy wójtów dotyczącej rzeczywistej liczby działek, powierzchni oraz stanu prawnego nieruchomości.
W trakcie kontroli wójtowie niektórych gmin przyznali, że od kontrolerów NIK dowiedzieli się jaka jest prawdziwa liczba nieruchomości o nieuregulowanym statusie prawnym.
Wójtowie 15 gmin (75 proc. skontrolowanych) przekazywali Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad dane dotyczące dróg gminnych – ich długości i powierzchni niezgodne ze stanem faktycznym. Wynikało to z błędów w ewidencjach gminnych: w ośmiu urzędach gmin dane w ewidencjach dróg gminnych zawierały błędy, w sześciu były nieaktualne. W czterech ewidencji dróg w ogóle nie prowadzono.
NIK po kontroli sformułowała zalecenia dla prezydentów, burmistrzów i wójtów, które dotyczyły przede wszystkim:

przyspieszenia wypłat odszkodowań byłym właścicielom;
ustalenia faktycznej liczby i powierzchni nieruchomości zajętych pod drogi gminne, ustalenia, które z nich wymagają uregulowania stanu prawnego lub ujawnienia prawa własności gminy w księgach wieczystych oraz wykonania tych zadań;
aktualizacji ewidencji dróg gminnych, zapewnienie ich prawdziwości oraz przekazania prawdziwych danych do GDDKiA;
zapewnienie spójności danych zawartych w różnych ewidencjach (nieruchomości, dróg, księgowej).