NIK o przetargach informatycznych w ZUS

NIK poinformowała Prezesa ZUS, że przebieg postępowania o udzielenie zamówienia publicznego, przeprowadzonego przez ZUS w 2013 r. na usługę wsparcia, eksploatacji i utrzymania Kompleksowego Systemu Informatycznego (KSI), nie gwarantował dotrzymania, wynikających z prawa zamówień publicznych zasad uczciwej konkurencji oraz równego traktowania potencjalnych wykonawców. ZUS, ustalając termin na złożenie wniosku o dopuszczenie do udziału w postępowaniu (35 dni), nie zapewnił potencjalnym wykonawcom, innym niż firma Asseco Poland SA (realizująca usługi związane z utrzymaniem KSI od 1997 r.), realnej możliwości zapoznania się z dokumentacją dotyczącą przedmiotu zamówienia.

NIK zauważyła, że już w 2010 r. ZUS w zaniechał stosowania trybów konkurencyjnych, udzielając zamówienia na wsparcie i utrzymanie KSI z wolnej ręki firmie Asseco Poland SA.  ZUS wybór trybu tłumaczył  wówczas brakiem możliwości zapoznania się przez innych, potencjalnych wykonawców z dokumentacją dotyczącą przedmiotu zamówienia, oceniając, że potencjalny wykonawca musiałby się zapoznawać z nią przez co najmniej 12 miesięcy.  Prezes Urzędu Zamówień Publicznych (UZP), ocenił,  że wspomniane postępowanie z 2010 roku zostało przeprowadzone z naruszeniem prawa, a Krajowa Izba Odwoławcza (KIO), podtrzymała jego stanowisko. NIK podziela opinię przedstawioną w uchwale KIO, według której ZUS dopuścił się w 2010 roku nieuprawnionego zaniechania stosowania przepisów dotyczących trybów konkurencyjnych przy udzielaniu zamówienia.

NIK poinformowała Prezesa ZUS, że uwzględniając oceny i opinie Prezesa UZP oraz KIO odnoszące się do postępowania realizowanego przez ZUS w 2010 r.,  również w postępowaniu z 2013 roku na wsparcie i utrzymanie KSI zamawiający (czyli ZUS) nie zapewnił przestrzegania zasad uczciwej konkurencji i równego traktowania wykonawców. Podanie w ogłoszeniu czasu (niewiele ponad jeden miesiąc) na złożenie wniosku o dopuszczenie do udziału w postępowaniu przetargowym, a następnie dwóch miesięcy na zapoznanie się ze specyfikacją istotnych warunków zamówienia – przy założeniu, że czas niezbędny na zapoznanie się z dokumentacją dotyczącą KSI (ponad 10 tysięcy różnego rodzaju dokumentów), przez innego niż dotychczasowy (czyli Asseco Poland SA) wykonawcę, powinien wynieść co najmniej 12 miesięcy (według oceny ZUS z 2010 roku) – prowadziło wprost do wyboru dotychczasowego wykonawcy.

NIK poinformowała też Prezesa ZUS, że przy realizacji zamówień publicznych, zarówno w 2010 r., jak i w 2013 r., pracownicy ZUS wykonujący czynności w prowadzonych postępowaniach pozostawali z przedstawicielami firmy ubiegającej się o udzielenie zamówienia w takim stosunku prawnym lub faktycznym, który mógł budzić uzasadnione wątpliwości, co do ich bezstronności.

Zdaniem NIK zaistniały przesłanki przesądzające o konieczności wyłączenia niektórych pracowników ZUS z podejmowania czynności  w postępowaniach przetargowych z 2010 r. oraz z 2013 r., w wyniku których ZUS zawierał umowy z firmą Asseco Poland SA.

W 2010 roku dwoje pracowników ZUS złożyło oświadczenie o braku okoliczności, których istnienie powoduje obowiązek wyłączenia się z prac komisji, mimo że w dniu złożenia oświadczenia (15 września 2010 r.) zasiadali, wspólnie z przedstawicielem firmy Asseco Poland SA, (który w dodatku reprezentował Asseco Poland SA w tym postępowaniu) w radzie  jednej z fundacji.  Wspomnianych dwoje pracowników ZUS twierdzi w swoich zeznaniach, że złożyło rezygnację z uczestnictwa w radzie fundacji… 20 września 2010 r. Rezygnacja ta została przyjęta jednak uchwałą Rady Fundacji dopiero 22 lutego 2014 r. a stosowny wpis do KRS został dokonany 14 marca 2014 r.

W 2013 roku w postępowaniu, którego przedmiotem była eksploatacja i utrzymanie KSI, tych samych dwoje pracowników ZUS uczestniczyło w pracach komisji przetargowej, składając oświadczenia o braku okoliczności prawnych i faktycznych, powodujących ich wyłączenie z prac komisji, mimo że wykonawcę, tj. Asseco Poland SA, reprezentowały dwie osoby które zasiadały wspólnie ze wspomnianymi pracownikami ZUS w radzie jednej z fundacji, przynajmniej do 15 września 2010 roku. Kontrolerzy ustalili, że takie przypadki występowały też w innych postępowaniach przetargowych  2013 r.

NIK poinformowała Prezesa ZUS, że okoliczność ta może budzić uzasadnione wątpliwości, co do bezstronności wspomnianych przedstawicieli ZUS w postępowaniach o udzielenie zamówienia publicznego, zarówno w 2010 r., jak i 2013 r.

ZUS ma teraz 21 dni (poczynając od 9 czerwca 2014 roku) na złożenie zastrzeżeń, które zostaną rozpatrzone przez Kolegium NIK. Dopiero wówczas informacje przekazane w wystąpieniu pokontrolnym Prezesowi ZUS staną się prawomocnymi ustaleniami NIK.

Rząd zaczyna prace nad przyszłorocznym budżetem. Główny cel to ograniczenie deficytu

CEO Magazyn Polska

Ograniczenie deficytu do poziomu poniżej 3 proc. PKB będzie jednym z głównych celów przyszłorocznego budżetu, nad którego założeniami będzie obradowała dziś Rada Ministrów. Według prognoz resortu finansów w 2015 roku wzrost PKB wyniesie 3,8 proc., a inflacja 2,3 proc. Rząd prawdopodobnie przyjmie ostrożne założenia projektu budżetu, by uniknąć konieczności jego nowelizacji. W sferze budżetowej wynagrodzenia nadal nie wzrosną.

To będzie kolejny, niestety, trudny budżet dla Polski, ponieważ Polska jest objęta procedurą nadmiernego deficytu i musimy podejmować działania, które będą ten deficyt ograniczały do poziomu poniżej 3 proc. PKB. Plan jest taki, że mamy to zrobić w przyszłym roku. Liczymy na to, że przyspieszające ożywienie poprawi sytuację po stronie dochodowej, ale rząd będzie na pewno dmuchał na zimne – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Rosati, europoseł Platformy Obywatelskiej i były przewodniczący sejmowej Komisji Finansów Publicznych.

Rosati przypomina, że ograniczenie deficytu budżetowego jest niezmiernie ważne, bo jeśli nie uda się go osiągnąć, Komisja Europejska może nałożyć na Polskę kary. Mogłoby to doprowadzić do wstrzymania wypłat środków unijnych dla naszego kraju. Polska jest objęta tą procedurą od 2009 r., ale na początku czerwca Bruksela pochwaliła już proces ograniczania deficytu w naszym kraju i zapowiedziała, że nie będzie podejmować dalszych kroków.

Ograniczenie deficytu pozostaje wyzwaniem, choć dzięki szybszemu niż w ubiegłym roku wzrostowi PKB zwiększą się dochody państwa z podatków. Jak poinformował w połowie maja Mateusz Szczurek, minister finansów, gospodarka Polski ma w przyszłym roku wzrosnąć o 3,8 proc., co stawia nasz kraj w europejskiej czołówce. Prawdopodobnie podobne założenie znajdzie się w rządowym projekcie budżetu.

Jeśli chodzi o założenia inflacyjne i założenia dotyczące wzrostu PKB, to uważam, że one są racjonalne. Można mieć nadzieję, że może inflacja odrobinę przyspieszy powyżej tych założeń [2,3 proc. według założeń MF – red.], co zawsze sprzyja budżetowi, ale myślę, że akurat od tej strony założenia makroekonomiczne prawidłowo odzwierciedlają stan obecnej wiedzy na temat tego, co będzie się działo w przyszłym roku – twierdzi Rosati.

Przyznaje jednak, że optymistyczne dane nie oznaczają tego, iż budżet będzie łatwy. Rząd z pewnością przyjmie ostrożne założenia, by uniknąć konieczności nowelizacji w trakcie roku. Taka sytuacja miała miejsce w sierpniu ubiegłego roku i wzbudziła polityczne kontrowersje.

Ostrożność oznacza kontrolę nad wydatkami. Jak planuje Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, po raz kolejny zamrożone zostaną wynagrodzenia w sferze publicznej.

To jest zła wiadomość dla wszystkich zatrudnionych w sektorze publicznym. Mam nadzieję, że to będzie ostatni rok, kiedy to zamrożenie będzie obowiązywać, ale Polska musi wyjść z tej procedury nadmiernego deficytu i obniżyć go do poziomu poniżej 3 proc. – podkreśla Rosati.

S&P: Zagraniczni inwestorzy chcą kupować wysoko oprocentowane obligacje z Europy Środkowo-Wschodniej

CEO Magazyn Polska

W okresie kryzysu Europa Środkowo-Wschodnia doświadczyła silnego odpływu kapitału, bowiem postrzegana była jako region nieoferujący tak dużych rentowności jak inne kraje z koszyka rynków rozwijających się [np. BRIC]. Teraz jednak zagraniczni inwestorzy coraz częściej poszukują właśnie obligacji wysoko oprocentowanych z Polski, Słowenii, Rumunii czy Węgier. Korzystne perspektywy rozwoju mają także lokalne rynki długu, stąd na początku roku agencja S&P otworzyła swoje biuro w Warszawie.

Obligacje krajów naszego regionu wciąż nie oferują wyższych zwrotów niż papiery z innych rynków wschodzących, jednak ich profil ryzyka i potencjał staje się coraz bardziej zbliżony do rynków rozwiniętych przy zachowaniu wyższej od nich rentowności.

Co miesiąc nadajemy rating nowemu podmiotowi w tej części Europy, więc są już widoczne efekty obecności biura na miejscu. Z punktu widzenia budowy relacji z naszymi obecnymi klientami udało nam się je zacieśnić. Udało nam się też zdobyć nowych klientów i budujemy bardzo aktywną współpracę z bankami inwestycyjnymi, z wszystkimi kluczowymi podmiotami rynku kapitałowego, dla których byliśmy tylko podmiotem operującym z Londynu, a teraz jesteśmy fizycznie obecni – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Petrykowski, dyrektor regionalny na Europę Środkowo-Wschodnią w agencji ratingowej Standard & Poor’s.

Biuro Standard & Poor’s w Warszawie jest centralą dla regionu Europy Środkowo-Wschodniej. O lokalizacji biura w stolicy Polski zadecydowały m.in. dobre perspektywy gospodarki, wysoki potencjał rozwoju krajowego rynku obligacji korporacyjnych, a także coraz większe zainteresowanie polskich firm pozyskiwaniem kapitału na zagranicznych rynkach. S&P dostrzega podobne tendencje w całym regionie.

Ten rosnący popyt na zagraniczny kapitał coraz rzadziej natrafia na barierę, jak miało to miejsce w apogeum kryzysu, kiedy inwestorzy woleli lokować kapitał w tzw. bezpiecznych przystaniach, takich jak obligacje USA, Szwajcarii lub Niemiec. Rosnące zainteresowanie spółkami z Europy Środkowo-Wschodniej jest spowodowane szybko poprawiającą się koniunkturą w takich państwach, jak Polska, Węgry czy Rumunia. Większość gospodarek regionu przeszła po 2008 r. przez recesję, która wymusiła na firmach redukcję poziomu zadłużenia i cięcia kosztów. Dzięki tej restrukturyzacji poprawiła się zdolność kredytowa spółek, a przyspieszający wzrost PKB zachęca je do pożyczania pieniędzy na rozwój.

Mamy kilka bardzo interesujących rozmów z emitentami, nie tylko w Polsce, lecz także w regionie, dotyczących coraz aktywniej pojawiającego się trendu emisji obligacji wysoko oprocentowanych, czyli tzw. high-yield bonds. Jest zapotrzebowanie zagranicznych inwestorów instytucjonalnych na tego typu aktywa z tej części Europy – uważa Petrykowski.

Z punktu widzenia inwestorów zagranicznych korzystna jest również relacja rentowności i ryzyka inwestycyjnego w regionie Europy Środkowo-Wschodniej w porównaniu ze strefą euro. Różnice w rentownościach długu korporacyjnego między tymi regionami są pochodną różnic w stopach procentowych banków centralnych oraz długoterminowych obligacji skarbowych. Dodatkowym źródłem różnic w oprocentowaniu obligacji może być także ryzyko kredytowe, czyli prawdopodobieństwo ich niespłacenia. Poprzez obligacje wysoko oprocentowane rozumie się papiery o tzw. ratingu spekulacyjnym, czyli poniżej ratingu inwestycyjnego (BB+ lub niżej).

Firmy z Europy Środkowo-Wschodniej decydują się na emisję obligacji na zagranicznych rynkach także z powodu słabo rozwiniętych lokalnych rynków długu. Obligacje wielu z nich nie są opatrzone ratingiem, co może zwiększać ryzyko dla inwestorów, a w konsekwencji obniżać płynność na rynku. W konsekwencji, w przypadku dużych emisji, korzystniejsze może być ich uplasowanie na większych rynkach Europy Zachodniej.

Jesteśmy partnerem, który rozumie rynek obligacji wysoko oprocentowanych. Współpracujemy z kilkoma emitentami pod kątem pomocy w procesach ratingowych pod przyszłe emisje. Chcemy dalej iść torem wspierania rynku, chcemy dalej iść torem wyspecjalizowania się w tych dużych transakcjach dla emitentów, którzy szukają dostępu do wyspecjalizowanej bazy inwestorskiej – mówi dyrektor regionalny na Europę Środkowo-Wschodnią w S&P.

Polski rynek obligacji Catalyst istnieje dopiero od 2009 r. i wciąż jest w początkowej fazie rozwoju. Notowane są na nim nie tylko obligacje korporacyjne, lecz także skarbowe, komunalne oraz obligacje infrastrukturalne, emitowane przez BGK. Rynek Catalyst powinien kontynuować szybki rozwój nie tylko z powodu efektu doganiania zachodniego poziomu rozwoju rynków finansowych, lecz także dzięki zmianom w sektorze bankowym. Regulacje w ramach Bazylei III zobowiązują banki do zwiększenia płynnych rezerw, co może pozbawić część firm dostępu do kredytu bankowego. Alternatywą dla nich może stać się emisja obligacji.

Pozytywnym impulsem do rozwoju rynku Catalyst teoretycznie mogły być ostatnie zmiany w OFE, ponieważ fundusze emerytalne straciły możliwość inwestowania w obligacje skarbowe. Wszystko jednak wskazuje na to, że bardzo niewielka część ubezpieczonych w II filarze emerytalnym pozostawi swoje składki w OFE – do końca maja taką wolę wyraziło jedynie 1 proc. uprawnionych. To sprawia, że rynek Catalyst potrzebuje dalszej promocji – zarówno po stronie potencjalnych emitentów, jak i inwestorów. Obok przyznawania ratingów i doradztwa emitentom, S&P stara się wspierać rozwój rynku także poprzez edukację.

Staliśmy się bardzo aktywnym uczestnikiem rynku kapitałowego, pojawiamy się na różnego rodzaju konferencjach, eventach. Tak więc w bardzo aktywny sposób staramy się edukować rynek i być uczestnikiem, który współpracuje z różnego typu ciałami krzewiącymi wiedzę dotyczącą rynku finansowego – mówi Marcin Petrykowski.

Decyzja EBC o wprowadzeniu ujemnych stóp procentowych oznacza kolejne rekordy na giełdach. I kłopot dla RPP

CEO Magazyn Polska

Inwestorzy w Europie Zachodniej i USA entuzjastycznie zareagowali na decyzję EBC o poluzowaniu polityki pieniężnej w strefie euro. Choć nastroje na GPW są obecnie dalekie od euforii, to silnie drożeją polskie obligacje oraz złoty. Dalsze umacnianie się polskiego długu i waluty może być problemem dla Rady Polityki Pieniężnej, ponieważ będzie tworzyć presję na obniżkę stóp procentowych. Zwłaszcza że inflacja znajduje się znacznie poniżej celu RPP, który jest na poziomie 2,5 proc.

To jest historyczna decyzja, która w pewnym stopniu zmienia układ gry na rynkach, przynajmniej w ujęciu średnioterminowym. Trzeba mieć na uwadze, że ujemne stopy procentowe i inne decyzje podjęte przez Europejski Bank Centralny powinny doprowadzić przede wszystkim do obniżenia kursu euro, w tym również w stosunku do złotego. Generalnie złoty i waluty naszego regionu będą zyskiwać na prawdopodobnym napływie kapitałów zagranicznych na te rynki, zyskiwać będzie też przy okazji polski dług – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Kiepas, dyrektor działu analiz w Admiral Markets.

Polskie obligacje skarbowe silnie drożeją od początku 2014 r. W efekcie rentowności 10-letnich papierów dłużnych spadły o blisko 1 pkt proc. do poziomu ok. 3,5 proc. To najniższy poziom od maja 2013 r., kiedy to rentowności na krótki moment zbliżyły się do 3 proc. Od kilku miesięcy drożeją nie obligacje nie tylko państw Europy Środkowo-Wschodniej, lecz także strefy euro, w tym takich krajów, jak Hiszpania, Grecja czy Portugalia.

Rosnącej wycenie polskich obligacji w ostatnich miesiącach towarzyszył coraz mocniejszy złoty. Kurs EUR/PLN spadł poniżej 4,10, co oznacza, że polska waluta w stosunku do euro jest najmocniejsza od ponad roku. Złoty umocnił się także w stosunku do dolara, którego kurs spadł poniżej 3 zł, ale – zdaniem Marcina Kiepasa – powinien się teraz ustabilizować wokół tej wartości.

Decyzja Europejskiego Banku Centralnego o poluzowaniu polityki monetarnej powinna mieć stosunkowo silny wpływ na notowania złotego. Złoty powinien zyskiwać na wartości. Jest szansa, że w perspektywie sześciu miesięcy euro wróci w okolice 4 zł. Szwajcarski frank mógłby w tej sytuacji wrócić w okolice nawet 3,3 zł. Natomiast jeżeli chodzi o parę dolar/złoty będzie ona stabilna i będzie wahała się w okolicach 3 zł – przewiduje dyrektor działu analiz Admiral Markets.

Silne poluzowanie polityki monetarnej przez EBC zostało entuzjastycznie przyjęte także na rynkach akcji. Indeksy S&P 500 oraz niemiecki DAX od trzech lat znajdują się w trendzie wzrostowym i w piątek pobiły kolejne, historyczne rekordy. Wszystko wskazuje na to, że amerykański indeks niedługo przebije psychologiczny poziom 2000 pkt, a DAX na dobre przebije granicę 10 tys. pkt.

To będzie pozytywny impuls. Można oczekiwać kolejnych, wieloletnich rekordów. Nie ma pewności, jak zareaguje warszawska giełda. Można mieć nadzieję, że część taniego kapitału pompowanego przez banki centralne trafi również do Polski, na polski rynek akcji i będzie on się spisywał nieco lepiej niż dotychczas. Na razie warszawska giełda nie rozpieszcza inwestorów – powiedział Marcin Kiepas podczas konferencji Wall Street w Karpaczu.

Nie jest wykluczone jednak, że polski rynek ożywi się i na GPW z powrotem zawita hossa. To dlatego, że perspektywa ograniczenia bardzo luźnej polityki pieniężnej EBC jest odległa, a sam bank centralny jest mocno zdeterminowany, by przyspieszyć wzrost cen i PKB w strefie euro. Dlatego zdaniem Kiepasa EBC będzie jeszcze wzmacniał efekty swojej decyzji, interweniując słownie, by przekonać rynki o swojej determinacji.

Decyzja EBC jest bardzo istotna z punktu widzenia takich państw jak Polska, które są relatywnie małymi, otwartymi gospodarkami i mają elastyczne kursy walutowe. To dodatkowy czynnik, który w najbliższych miesiącach będzie musiała wziąć pod uwagę Rada Polityki Pieniężnej.

To luzowanie jest na tyle mocne, że niejako tworzy dużą presję na to, żeby nasza Rada Polityki Pieniężnej również obniżyła stopy, czy w jakiś sposób złagodziła swoją politykę monetarną. Tyle tylko, że Rada jest w tej niewdzięcznej sytuacji, że sama sobie zamknęła niejako drzwi do obniżki, sugerując, że do końca III kwartału stopy się nie zmienią – prognozuje dyrektor działu analiz Admiral Markets.

Po decyzji EBC prezes NBP prof. Marek Belka powiedział dziennikarzom, że „nie komplikuje ona naszego (RPP – przyp. red.) życia” oraz że prawdopodobieństwo cięcia stóp procentowych nie jest zerowe, ale nie jest „scenariuszem bazowym”. Również prof. Jan Winiecki i prof. Anna Zielińska-Głębocka zaznaczyli, że ewentualna obniżka jest możliwa tylko pod warunkiem wyraźnego wyhamowania wzrostu PKB. Według Marcina Kiepasa, RPP nie zdecyduje się na poluzowanie polityki pieniężnej, ale może opóźnić moment pierwszej podwyżki stóp procentowych.

Cięcie stóp w IV kwartale to byłaby już decyzja spóźniona. Sądzę, że Rada będzie podkreślać na kolejnych posiedzeniach, że jest gotowa do obniżki stóp procentowych. Natomiast do samej obniżki nie dojdzie. Stąd też raczej będziemy świadkami przesuwania się okresu i oczekiwań na pierwsze podwyżki stóp procentowych i nie jest wykluczone, że nawet do końca 2015 roku stopy w Polsce nie wzrosną –  uważa Marcin Kiepas.

Już 2/3 leków sprzedawanych w Polsce to zamienniki leków innowacyjnych. O ich wyborze decyduje głównie cena

CEO Magazyn Polska

Tanie krajowe leki generyczne są podstawą bezpieczeństwa lekowego Polaków – uważają eksperci. Jak podaje Ministerstwo Gospodarki, krajowa produkcja leków zaspokaja około 60 procent zapotrzebowania na leki. Aby jednak zapewnić większe bezpieczeństwo i uniknąć sytuacji, w której brakuje niektórych leków, wskaźnik ten powinien być wyższy, a wszystkie farmaceutyki ratujące zdrowie i życie powinny być produkowane właśnie w Polsce.

Produkcja leków w Polsce w ujęciu ilościowym zaspokaja w 60 procentach zapotrzebowanie klientów. Jak zaznaczają eksperci, celem przemysłu farmaceutycznego jest zwiększenie tego wskaźnika, tak, by w konkretnych grupach móc ustalić standardy jakościowe, nie tylko pod względem innowacyjności, lecz także ceny produktów. To pomoże poprawić bezpieczeństwo lekowe w Polsce.

– Nie może dochodzić do takich sytuacji, jak parę lat temu, gdzie w niektórych strefach terapeutycznych zabrakło leków, bo nie były produkowane w Polsce. Chciałbym, ażeby wszystkie, szczególnie leki ratujące zdrowie i życie, a także dla osób chorych przewlekle, były produkowane na terenie naszego kraju – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Błaszczyk, wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego.

Większa liczba farmaceutyków produkowanych w kraju powinna zwiększyć ciągły dostęp Polaków do medykamentów, jednak nie zależy to wyłącznie od siły polskiego przemysłu farmaceutycznego. 

Dlatego liczymy na współpracę również ze strony innych środowisk, a także regulatorów, jakim jest Ministerstwo Zdrowia, abyśmy mogli uniknąć sytuacji braku leków. Im więcej technologii, im więcej leków będzie produkowanych przez polskich wytwórców, tym większe bezpieczeństwo lekowe kraju i na pewno najlepsze ceny. Tańsze leki generyczne to podstawa polityki lekowej państwa – podkreśla Błaszczyk.

Specyfiką polskiego sektora farmaceutycznego jest wysoki udział w sprzedaży leków generycznych. Zamienniki leków innowacyjnych, o podobnym składzie i skuteczności, stanowią ponad 65 procent wszystkich sprzedawanych farmaceutyków, co daje Polsce pozycję niekwestionowanego lidera pod tym względem w Europie. Znacznie niższa cena sprawia, że farmaceutyki te są dostępne dla szerszej grupy odbiorców. 

Mamy jedne z najbardziej przystępnych cen leków w całej Unii Europejskiej, niezależnie od dochodu per capita. Dzięki temu, że mamy tak silny polski przemysł farmaceutyczny dający bezpieczeństwo lekowe, możemy zapewnić dostępność najnowszych technologii lekowych, a jednocześnie dzięki temu wytwarzać presję na innych producentów spoza naszego kraju, którzy muszą podążać za konkurencją – podsumowuje Piotr Błaszczyk.

Co piąty pracodawca zamierza zwiększyć wynagrodzenia. To dwa razy więcej niż przed rokiem

CEO Magazyn Polska

Od początku roku podwyżki wprowadził co trzeci przedsiębiorca, a zamierza to zrobić kolejne 20 proc. Pracodawcy jako główne powody podniesienia pensji w najbliższym półroczu podają zwiększenie efektywności pracy zatrudnionych i w konsekwencji poprawę kondycji finansowej firmy. W przyszłym roku wzrośnie również płaca minimalna – propozycją resortu pracy zajmie się dziś rząd.

Na dzisiejszym posiedzeniu ministrowie zajmą się między innymi proponowaną podwyżką płacy minimalnej oraz średniorocznymi wskaźnikami wzrostu wynagrodzeń w budżetówce na 2015 rok. O ile najniższe wynagrodzenie powinno rosnąć, o tyle urzędnicy raczej nie mają co liczyć na podwyżki.

W sferze prywatnej wynagrodzenia od początku roku podniosło 32 proc. pracodawców ankietowanych przez firmę Randstad. 

W tej chwili 20 proc. pracodawców deklaruje, że chce zwiększać wynagrodzenie w kolejnym półroczu. Wydawać by się mogło, że to jest gorszy wynik w porównaniu z podwyżkami z I połowy roku, aczkolwiek to nie jest sezon na zwiększanie wynagrodzeń. O tej samej porze w ubiegłym roku taki zamiar deklarowało 10 proc. pracodawców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Gurszyńska z Randstad Polska.

46 proc. badanych przez Randstad pracodawców zadeklarowało, że główną przesłanką wzrostu wynagrodzeń jest wzrost efektywności pracy pracownika. Tylko 12 proc. pracodawców uważa, że sama poprawa kondycji finansowej firmy jest wystarczającą przesłanką dla zwiększenia wynagrodzenia.

Z kolei z oceny pracowników widzimy, że sama poprawa sytuacji finansowej firmy jest dla nich wystarczającą przesłanką dla zwiększenia wypłaty. Jak widać te perspektywy rzeczywiście są nieco odmienne – zauważa Gurszyńska.

Równie optymistyczne okazują się zapowiedzi firm dotyczące zwiększania zatrudnienia. Co czwarty pytany pracodawca w najbliższych miesiącach będzie zatrudniać. To jeden z najwyższych odsetków w ostatnich pięciu latach.
 
Co istotne, to nie będą tylko poszczególne stanowiska pracy. Dosyć duża grupa badanych mówiła o kilku, nawet kilkunastu czy 20-proc. wzroście zatrudnienia – wyjaśnia Gurszyńska. – Głównymi motorami zwiększenia zatrudnienia będzie produkcja, budownictwo, ale też handel i usługi czy też usługi dla firm.
 
Optymizm wyrażający się w deklaracjach o zwiększaniu zatrudnienia bądź wynagrodzenia ma swoje źródło w coraz lepszej kondycji polskiej gospodarki. 37 proc. ankietowanych pracodawców spodziewa się dalszego ożywienia gospodarczego. Rok temu wzrost prognozowało jedynie 14 procent badanych przez Randstad Polska.

Pracodawcy w Polsce zazwyczaj pozytywnie oceniają kondycję finansową swoich firm. Zdaniem 62 procent jest ona dobra lub bardzo dobra, a przeciwnego zdania jest tylko 7 procent.

Koniec dużych inwestycji na lotniskach. Małe porty walczą o przyciągnięcie ruchu

CEO Magazyn Polska

Po boomie inwestycyjnym na lotniskach spodziewanych jest kilka lat spowolnienia. Istniejąca infrastruktura wystarczy do ok. 2020–2022 roku. Potem eksperci przewidują kolejną falę inwestycji. W ostatnich latach poprawiła się infrastruktura najpopularniejszych portów lotniczych. Niektóre dotychczasowe projekty, takie jak budowa lotnisk w Radomiu i Szczytnie, budziły spore kontrowersje.

Przez ostatnie kilka lat mieliśmy do czynienia z boomem inwestycyjnym na lotniskach. Rozbudowane były praktycznie wszystkie elementy infrastruktury lotniskowej. Ten czas zmierza powoli ku końcowi z dwóch przyczyn. Po pierwsze, infrastruktura już została rozbudowana i na kilka lat do przodu jest wystarczająca. Po drugie, weszliśmy w  nowy okres budżetowy Unii Europejskiej, w którym środków na rozbudowę infrastruktury lotniskowej nie ma – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sebastian Gościniarek, partner w BBSG Baca Gościniarek i Wspólnicy.

Gościniarek ocenia, że poczynione w ostatnich latach inwestycje wystarczą co najmniej do 2020 r. Dopiero potem można spodziewać się kolejnej fali nowych projektów. Większość inwestycji w ostatnich latach otrzymała duże wsparcie ze środków unijnych. Brak tego dofinansowania automatycznie spowolni plany, choć niektóre samorządy wciąż zabiegają o własne porty lotnicze.

W ciągu ostatnich lat inwestycje objęły wszystkie polskie lotniska. W głównych portach lotniczych powstały m.in. nowe terminale oraz elementy infrastruktury lotniskowej, takie jak drogi kołowania i płyty postojowe. W Katowicach-Pyrzowicach trwa budowa nowej drogi startowej. W ciągu ostatnich dwóch lat otwarte zostały trzy nowe lotniska. Modlin i Lublin przyjęły pierwsze samoloty w 2012 r., a lotnisko w Radomiu zostało pod koniec maja br. wpisane do rejestru Urzędu Lotnictwa Cywilnego. Do końca 2015 r., czyli do końca okresu rozliczeniowego poprzedniej perspektywy budżetowej UE, ma ruszyć także lotnisko w Szczytnie-Szymanach. Gościniarek przyznaje jednak, że szczególnie te dwa ostatnie lotniska są kontrowersyjne.

To jest jedna strona medalu. Druga strona medalu to jest bardzo pożyteczna praca wykonana na lotniskach już istniejących, związana z budową infrastruktury i przygotowaniem lotnisk do obsługi zwiększonego ruchu. Nie ma wątpliwości, że ten ruch będzie coraz większy. Pozostaje tylko pytanie o tempo wzrostu tego ruchu. W mojej ocenie będzie ono imponujące, może nie tak jak było w latach 20042008, gdy mieliśmy do czynienia z kilkunastoprocentowymi wzrostami, ale myślę, że powinniśmy się liczyć ze wzrostem 6-7 proc. rocznie przez najbliższych kilka lat – ocenia Gościniarek.

Dodaje, że każde powstające lotnisko może mieć bardzo korzystny wpływ na lokalną gospodarkę, ale warunkiem jest przyciągnięcie ruchu lotniskowego, bez którego nie ma mowy o korzyściach. To właśnie największe wyzwanie dla władz m.in. portu lotniczego w Radomiu. Na razie lotów regularnych do tego miasta nie ogłosiła żadna linia lotnicza. Od połowy czerwca miały być oferowane loty czarterowe do Egiptu, ale z uwagi na małe zainteresowanie biuro podróży odwołało wyloty z Radomia. Na początku działalności ruch na tym lotnisku będzie zatem minimalny.

Brak ruchu lotniczego prowadzi do złej sytuacji finansowej lotnisk. Budowane kosztem ok. 200 mln zł lotnisko w Szczytnie-Szymanach, jak otwarcie przyznają władze spółki, przez pierwszych kilka lat działalności będzie deficytowe.

Nie tylko jabłka. Polska liderem w produkcji malin, czarnych porzeczek i borówki amerykańskiej

CEO Magazyn Polska

Polska jest liderem w produkcji i eksporcie nie tylko jabłek, lecz także malin, borówek amerykańskich czy pomidorów. Na sprzedaży wszystkich produktów rolno-spożywczych w ubiegłym roku krajowi producenci zarobili 20 miliardów euro. Polska stała się czołowym dostawcą warzyw i owoców dla Europy, coraz większą rolę grają też rynki pozaeuropejskie.

Polska jest największym eksporterem produktów rolno-spożywczych w Unii Europejskiej – mówi Marek Wcisło, dyrektor zarządzający Kompass Poland, firmy dostarczającej informacje biznesowe i bazy danych.

W ubiegłym roku z Polski wyjechało prawie 1,5 mln ton owoców o wartości 715 mln euro. Rolnicy zebrali w sumie 3,3 mln ton owoców. Równie dobrze radzą sobie producenci warzyw – w 2013 roku zebrano 4,4 mln ton, eksport sięgnął 674 tys. ton, a jego wartość to 580 mln euro. W pierwszej połowie sezonu 2013/2014 duży wzrost odnotowali producenci pomidorów – od lipca do grudnia ub.r. sprzedali 64 tys. ton produktów. Coraz więcej trafia na rynek rosyjski – sprzedaż w tym okresie wzrosła o 45 proc. W ostatnich latach zwiększyła się również sprzedaż marchwi, przekraczając poziom 30 tys. ton rocznie.

– Z owoców dużo sprzedajemy malin – to jest 20 proc. światowej produkcji. W czarnej porzeczce jesteśmy też liderem, mamy 50 proc. światowej produkcji – wyjaśnia Marek Wcisło. – Ciekawostką jest borówka amerykańska, ale produkowana w Polsce, i tutaj też jesteśmy jednym z głównych dostawców światowych tego produktu. Bardzo dużo też sprzedajemy pieczarek, jesteśmy liderem w zakresie eksportu do krajów właśnie takich, jak Niemcy, Rosja czy Anglia.

W Polsce produkuje się ok. 15 tys. ton borówki amerykańskiej, ale ze względu na niewielki popyt w kraju większość trafia na eksport. Polscy producenci pieczarek wyeksportowali w ubiegłym roku ponad 260 tys. ton tego produktu. Największym ich konkurentem są Holendrzy. Jak podkreślono w raporcie Kompass Poland, według holenderskich statystyk wysoka jakość i konkurencyjna cena polskich grzybów zmiotła z tamtejszego rynku ok. jednej piątej producentów w ostatnich latach.

Popularne za granicą są również polskie truskawki. Ich sprzedaż w ubiegłym roku wzrosła o 22 proc. Silną konkurencją są hiszpańscy producenci. W ubiegłym sezonie 60 proc. importu truskawek do Polski pochodziło właśnie z Hiszpanii.

Europa to główny klient polskich producentów – w krajach UE sprzedają 87 proc. eksportu. Ale nie dotyczy to wszystkich produktów – w przypadku jabłek 80 procent owoców trafia do Rosji. Eksporterom pomagają liczne akcje promujące polską żywność, które są prowadzone na zagranicznych rynkach.

– Coraz częściej interesujemy się dalszymi krajami, jak Portugalia, eksportujemy do Japonii. Szukamy nowych rynków zbytu – mówi Wcisło. – Potrafimy pozyskać dużo środków z Unii Europejskiej, bo 20 proc. wszystkich wydatków na promocję trafia właśnie do Polski. Dobrym przykładem jest konsekwentna kampania w Rosji promująca nasze jabłka, na którą wydaliśmy 4 mln euro.

W Polsce producentom owoców i warzyw sprzyja moda na zdrowe żywienie i odchodzenie konsumentów od produktów mięsnych na rzecz owoców i warzyw.

– W Polsce jest dość stabilnie, jeżeli chodzi o warzywa i owoce. Na pewno pomaga dieta fit, która jest mocno promowana w mediach i przez media, np. sportowe, a więc moda na coraz więcej warzyw i owoców. W dużych miastach jest większe spożycie tego typu produktów – wyjaśnia Wcisło.

Z uprawy warzyw i owoców utrzymuje się w Polsce prawie 160 tys. gospodarstw. Prym wiedzie województwo mazowieckie – z tego regionu pochodzi 70 proc. wszystkich eksportowanych owoców i warzyw. Do liderów należą też Lubelszczyzna, Wielkopolska i okolice Sandomierza.

Rynek wina będzie rósł stabilnie. Jego lider, firma Ambra, chce rozszerzać działalność na inne alkohole

CEO Magazyn Polska

Grupa Ambra, lider krajowego rynku dystrybutorów win, rozszerza działalność na inne typy alkoholi. Choć rynek wina będzie rósł o co najmniej 5 proc. rocznie, to spółka chce przyspieszyć swój rozwój właśnie dzięki innym trunkom. W ofercie Ambry są już brandy oraz – szczególnie perspektywiczny – cydr. To większe rynki niż wino, które stanowi tylko ok. 8 proc. alkoholu pitego w Polsce.

 W zeszłym roku i w ostatnich miesiącach na rynku wina mieliśmy lekkie spowolnienie wzrostu. Rynek wzrósł o 3 proc. Jeżeli przyjmiemy, że na przestrzeni najbliższych 10 lat będzie on rósł średnio o 5 proc. rocznie, co jest raczej ostrożną i bardzo realną perspektywą, to właściwie wyznacza naszą ścieżkę wzrostu organicznego wraz z tym rynkiem. Wszystkie innowacje, nad którymi pracujemy, kierują się do tych obszarów, z których możemy jeszcze coś do tego naturalnego wzrostu jako lider wina dołożyć – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Ogór, prezes Grupy Ambra SA.

Ambra już teraz jest liderem na rynku wina i ma 20-proc. udział w tym sektorze. Jak podkreśla Ogór, motorem wzrostu są typowe wina stołowe, czyli m.in. marki El Sol, Sutter Home czy Fresco. Wermuty i wina musujące (m.in. marki Cin Cin i Dorato) od kilku lat utrzymują się na stałym poziomie.

Ogór zapowiada, że ten wzrost przełoży się na wzrost przychodów i zysk na koniec roku obrotowego spółki, który przypada 30 czerwca. W październiku akcjonariusze mogą liczyć na znaczną dywidendę. Choć perspektywy dla rynku wina są bardzo dobre, Ogór zapowiada, że inne typy alkoholi będą coraz bardziej obecne w ofercie spółki.

Myśląc o rozwoju, staramy się zrozumieć zachowania wszystkich konsumentów, nie ograniczać się do kategorii produktowej, w której jesteśmy. W życiu konsumenta nie jest tak, że na przykład wermut Cin Cin konkuruje jedynie z innym produktem swojej kategorii. On konkuruje wieczorem z bardzo wieloma innymi propozycjami: czy to będzie likier, czy jakiś drink, czy może napój niskoalkoholowy. I tak szukamy tych potencjałów – tłumaczy Ogór.

Pierwszą inwestycją w tym kierunku było nabycie marek brandy Pliska i Słoneczny Brzeg – tej pierwszej już w 2010 r., a drugiej w 2012 r. Obecnie spółka ma 16-proc. udział w sprzedaży tego typu alkoholu. Jak zapowiada Ogór, teraz Ambra skoncentruje się na słabszych napojach alkoholowych, takich jak cydr.

Ogór przypomina, że w Polsce rocznie pije się nawet 3,5 mld litrów piwa i orzeźwiających napojów o niskiej zawartości alkoholu. Dlatego nawet 1-proc. udział w tym segmencie rynku oznacza bardzo wysoką sprzedaż.

85 proc. konsumpcji alkoholu w Polsce to są napoje piwne, czyli napoje orzeźwiające, lekkie napoje alkoholowe. Widzimy bardzo wyraźnie, że te propozycje są zdominowane przez produkt z gruntu męski. A tymczasem populacja nasza składa się również z 50 proc. kobiet. I dlatego w ostatnich pięciu latach udział miksów różnego rodzaju produktów innowacyjnych i piw smakowych się podwoił. Dzisiaj to już jest 10 proc. sprzedaży piwa, które zostało złagodzone dla tej kobiecej rzeszy konsumentów. I tak też powstał pomysł na Cydr Lubelski – tłumaczy Ogór.

Dodaje, że Ambra, choć działa też na rynkach zagranicznych (Czechy, Słowacja i Rumunia), koncentruje się na rynku krajowym. Rynek alkoholu w Polsce to ok. 27 mld zł rocznie. Rynki eksportowe dla Ambry stanowią mniej niż 5 proc. przychodów grupy.

Rynek wideo w internecie rozwija się dynamicznie. Dalsze inwestycje w ten segment planuje Grupa Onet.pl

CEO Magazyn Polska

Już co czwarty odwiedzający portal Onet.pl ogląda materiały wideo, a suma ich odtworzeń w kwietniu przekroczyła 55 mln. Rynek wideo w Polsce czeka w najbliższych latach dynamiczny rozwój – to za sprawą inwestycji w ten segment zarówno graczy online’owych, jak i mediów tradycyjnych. Wideo – obok kontentu na urządzenia mobilne – będzie główną siłą napędową rozwoju rynku reklamy internetowej.

Nasze autorskie formaty wideo – krótkie formy informacyjne i rozrywkowe oraz materiały dostępne w ramach usługi VOD, jak treści premium, filmy, seriale czy dokumenty tygodniowo, ogląda prawie 4,5-5 mln użytkowników. To prawie jedna czwarta internautów odwiedzających strony portalu i doskonały wynik, jak na nasze krajowe realia – szacuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Bednarski, prezes zarządu Grupy Onet.pl i zdradza, że w kwietniu materiały wideo oferowane przez Onet.pl były odtwarzane 55-57 mln razy.

Bednarski podkreśla, że tak dobre wyniki są efektem inwestycji w ten segment, które zrealizowano na przestrzeni ostatnich 3-4 lat.

Nasze inwestycje zakończyły się sukcesem. Posiadamy własne studio, a także doskonały team kilkudziesięcioosobowy, który zajmuje się produkcją naszych formatów, jest ich już ok. 20. Szereg dziennikarzy, reporterów wideo pracuje bezpośrednio na poszczególnych obszarach tematycznych, kanałach, serwisach. Efektem tej pracy są materiały reporterskie, m.in. z Ukrainy czy rajdu Dakar, a także inne materiały, np. lifestyle’owe, pokazy mody, również na żywo – wylicza Bednarski.

Jak podkreśla, Onet.pl, obok platformy YouTube, jest zdecydowanym liderem w tej kategorii w Polsce. W gronie istotnych graczy Bednarski wymienia także stacje telewizyjne – jak TVN czy Polsat, które również od kilku lat są aktywne w internecie.

Rynek kontentu wideo będzie się zmieniał, wciąż mamy do czynienia z jego wczesną fazą rozwoju. Wpłynie na to bezpośrednio rozwój urządzeń z dostępem do sieci, szczególnie szerokopasmowych i LTE. Wideo będzie rosło w siłę i spodziewam się fali dużych inwestycji w ten obszar ze strony nie tylko podmiotów online’owych, lecz także mediów tradycyjnych – przewiduje prezes Grupy Onet.pl.

Bednarski szacuje, że w perspektywie kilku kolejnych lat rynek wideo w naszym kraju zwiększy się kilkukrotnie i będzie, obok reklamy mobilnej, główną siłą napędową rozwoju segmentu reklamy internetowej w Polsce.