Modlin planuje powiększenie terminala i budowę hotelu przy lotnisku. W przyszłym roku możliwy nowy przewoźnik

CEO Magazyn Polska

Najpóźniej w lipcu lotnisko w Modlinie chce rozpocząć prace związane z budową hotelu przy lotnisku. Otwarcie zaplanowano na koniec 2015 r. lub na 2016 r. Port lotniczy planuje też rozbudowę terminala i inne inwestycje okołolotniskowe za 40 mln zł. Od zimy liczba pasażerów może rosnąć szybciej, bo bazę w Modlinie otwiera Ryanair.

Zakładam, że postępowanie zaczniemy jeszcze w tym miesiącu, najpóźniej w przyszłym i sądzę, że otwarcie hotelu będzie na przełomie 2015 i 2016 roku, a może w 2016 roku. To będzie zależało od tego, jak długo będzie trwała budowa. Mieliśmy postępowanie wcześniej, pojawiły się firmy chcące to zrobić, ale rozpoczniemy proces w tym miesiącu – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Okienczyc, prezes Mazowieckiego Portu Lotniczego Warszawa-Modlin.

Hotele w bezpośrednim sąsiedztwie lotniska działają już m.in. przy głównym warszawskim lotnisku Chopina i w Gdańsku, a w Krakowie budowa jest na ukończeniu. Okienczyc podkreśla, że to intratne przedsięwzięcie dla partnerów biznesowych, więc jest pewien, że wiele firm będzie zainteresowanych budową hotelu w Modlinie.

Prezes podwarszawskiego portu dodaje, że budowa hotelu to nie jedyna inwestycja. Łącznym nakładem 40 mln zł w Modlinie powiększona zostanie ogrodzona część lotnicza i zbudowany zostanie północny punkt kontroli, w którym sprawdzane będą pojazdy i przesyłki wjeżdżające na teren lotniska. Port lotniczy szykuje się też do rozbudowy terminala pasażerskiego. Na razie trwa pozyskiwanie projektu. Na potrzeby lotniska ma też powstać linia kolejowa bezpośrednio do terminala, choć na razie nie wiadomo, kiedy województwu i PKP PLK uda się zrealizować tę inwestycję.

Zwiększenie przepustowości lotniska jest potrzebne, bo w sezonie zimowym przybędzie połączeń. Od końca października, czyli wejścia w życie zimowego rozkładu lotów, bazę w Modlinie otworzy Ryanair.

To jest informacja dla nas, że zwiększy się ruch, który Ryanair oferuje. Będą nowe połączenia. Jednym z bardzo istotnych elementów dla pasażerów jest to, że mają być dwa połączenia dziennie do Gdańska i Wrocławia. To jest dość istotny element w krajowym ruchu, bardzo wiele osób lata na jeden dzień. Teraz mamy tylko jedno połączenie, co nie do końca wypełnia tę ofertę. Ale jesteśmy przekonani, że oferowanie rano i wieczorem lotów do tych miast pozwoli nam także na rozwój na tym odcinku – prognozuje Okienczyc.

Ryanair jest obecnie jedynym przewoźnikiem w Modlinie. Zbazowanie jednego Boeinga 737-800 oznacza nie tylko nowe połączenia do Madrytu, lecz także zatrudnienie lokalnych pracowników. Przez pierwszych pięć miesięcy tego roku Modlin obsłużył ponad 600 tys. pasażerów, a cel na ten rok to 1,6 mln osób.

Okienczyc zapowiada jednak, że w przyszłym roku Ryanair będzie miał w Modlinie konkurencję.

Jesteśmy w trakcie rozmów, w zasadzie od rozpoczęcia działalności lotniska. Mam nadzieję, że będziemy w stanie przedstawić konkrety po wakacjach. W sezonie 2015 powinniśmy już rozpocząć współpracę z kolejnym przewoźnikiem – zapowiada Okienczyc. – Mówimy o liniach zarówno tanich, jak i czarterowych. Rozmawiają z nami także tradycyjni przewoźnicy. Ci, z którymi najbardziej intensywne rozmowy prowadzimy, nie operują z lotniska Chopina.

Trwają prace nad globalnym porozumieniem ws. klimatu

CEO Magazyn Polska

Do 15 czerwca w Bonn potrwa konferencja ONZ w sprawie zmian klimatycznych. To kolejna okazja do dalszych prac nad globalnym porozumieniem klimatycznym po 2020 roku, które powinno zostać sfinalizowane w przyszłym roku. Unia Europejska zapowiada, że do października określi swój wkład do międzynarodowego porozumienia. Polska liczy, że unijne cele klimatyczne nie będą zbyt ambitne, bo oznaczałyby problemy dla europejskich gospodarek.

Dotychczasowe propozycje Komisji Europejskiej dotyczące wymogów klimatycznych po 2020 roku budzą sprzeciw strony polskiej.

Polska sprzeciwia się mapie drogowej do roku 2050. Uważamy też, że obecne propozycje Komisji Europejskiej dotyczące horyzontu 2030 roku są nadmiernie ambitne i nie uwzględniają fiaska kolejnych konferencji klimatycznych – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki.

Pierwszy pakiet energetyczno-klimatyczny zakłada plan 3×20, czyli redukcję emisji dwutlenku węgla o 20 proc., zwiększenie o 20 proc. efektywności energetycznej oraz osiągnięcie 20-proc. udziału odnawialnych źródeł w wytwarzanej energii. Komisja Europejska zaproponowała jednak bardziej ambitne cele: nakłania do redukcji emisji gazów cieplarnianych o 40 proc. w stosunku do roku 1990 i osiągnięcie 27-proc. udziału OZE. W energetycznej mapie drogowej (Energy Roadmap) dąży do m.in. dekarbonizacji, czyli wyeliminowania węgla jako paliwa energetycznego. Unijne projekty budzą kontrowersje, szczególnie w Polsce, gdzie głównym paliwem w elektrowniach są węgiel kamienny i brunatny. Polski rząd stoi na stanowisku, że Europa powinna zaczekać na deklaracje ws. klimatu ze strony innych państw, które są większymi emitentami dwutlenku węgla.

Ograniczanie emisji gazów cieplarnianych to wielki wysiłek ekonomiczny. Tempo redukcji musi być dostosowane do tego, co postanowi świat, czyli do decyzji Stanów Zjednoczonych, Indii, Chin czy Rosji. To racjonalne podejście – uważa Janusz Steinhoff.

Jak podkreśla, Europa odpowiada za niewielki procent emisji i należy do najmniejszych emitentów na świecie. Zgodnie z wymaganiami przyjętymi w protokole z Kioto w latach 2008-2012 UE przekroczyła swój oficjalny cel redukcji dwutlenku węgla o ok. 4,2 mld ton. W drugim okresie (2013-2020) poziom emisji gazów cieplarnianych może być nawet o 24,5 proc. niższy niż 14 lat temu (zgodnie z protokołem powinien być o 20 proc. niższy).

Trzeba przyjąć, że klimat to jest problem globalny, musi być globalnie załatwiony, a tempo redukcji emisji dwutlenku węgla w Europie musi być uzależnione od stanowiska kolejnych szczytów klimatycznych – mówi Steinhoff. – Prezydent USA Barack Obama przekazał ostatnio, że Stany Zjednoczone zamierzają zredukować emisję dwutlenku węgla do roku 2030 aż o 30 proc. To optymistyczny sygnał. Sądzę, że sojusznikiem Europy będą właśnie Stany Zjednoczone.

O możliwości narzucenia limitu emisji dwutlenku węgla wspominał też na trwających w Bonn rozmowach klimatycznych przedstawiciel władz chińskich, nie podał jednak żadnych konkretów.

Eksperci przestrzegają, że jeśli nad rozwiązaniem problemu klimatycznego nie będą pracowały wszystkie państwa w równym stopniu, a Europa pozostanie w awangardzie z najbardziej restrykcyjnymi wymogami energetyczno-klimatycznymi, zapłacą za to gospodarki państw członkowskich.

Jedynym efektem bardzo restrykcyjnych norm emisji dwutlenku węgla w Europie będzie alokacja tych emisji do innych krajów i również alokacja części przemysłu ciężkiego. Inaczej mówiąc, europejskie huty przeniosą się na Ukrainę, do Federacji Rosyjskiej, Indii i Stanów Zjednoczonych. Tam będą produkowały stal i emitowały dwutlenek węgla, a my będziemy przywozić tę stal do Europy, dodatkowo emitując w trakcie transportu dwutlenek węgla, czyli byłoby to rozwiązanie co najmniej nieracjonalne – wyjaśnia Steinhoff.

Polska już znacząco obniżyła emisję dwutlenku węgla, redukując ją o 30 proc. w stosunku do 1988 roku, ale narzucane przez Komisję Europejską dalsze tempo redukcji destrukcyjnie wpłynie na energetykę i przemysł. Znaczące ilości dwutlenku węgla emituje przede wszystkim elektroenergetyka.

W ramach pakietu klimatyczno-energetycznego już przyjęliśmy na siebie konieczność wprowadzenia odnawialnych źródeł energii na poziomie 15 proc. – tutaj Polska ma derogację do 2020 roku. To jest oczywiście kosztowna operacja. To wszystko wpływa na cenę energii elektrycznej. Natomiast bezdyskusyjna jest trzecia część pakietu, czyli obniżenie energochłonności gospodarki. Ta część jest symbiozą ekonomii i ekologii, tutaj akurat jedno z drugim nie stoi w sprzeczności – mówi ekspert.

Konferencja ONZ w Bonn trwa między 4-15 czerwca. Spotkanie stanowi okazję do dokonania dalszych postępów w kierunku globalnego porozumienia klimatycznego na okres po wygaśnięciu protokołu z Kioto, czyli po 2020 roku. Prace nad porozumieniem mają zostać sfinalizowane w przyszłym roku.

Firmy pożyczkowe chcą regulacji rynku, a nie produktów

CEO Magazyn Polska

Najpierw edukacja klientów i regulacja samego rynku, a potem, w razie potrzeby, oferowanych produktów – przedstawiciele firm pożyczkowych uważają, że taką kolejność powinny uwzględniać rządowe propozycje uporządkowania tego rynku. Jak pokazują negatywne doświadczenia z firmami pożyczkowymi, często ważniejsze jest to, kto pożycza, a nie w jaki sposób. Przedstawiciele branży uspokajają, że krótkoterminowe pożyczki na małe kwoty nie znikną z rynku. Mimo że regulacje, nad którymi trwają prace, spowodują zachwianie rynku i potrzebę dostosowania się firm do nowych wymogów.

Od wielu miesięcy nasza branża postulowała wprowadzenie rejestru firm pożyczkowych. Jednak rząd zaczyna się z tego wycofywać – zauważa Dominik Wieliński prezes zarządu Optima SA. – Ostatnie skandale pokazały, że trzeba patrzeć na to, kto na rynku funkcjonuje, a nie koniecznie na to, co sprzedaje. Trzeba się przyjrzeć graczom.

Jak podkreśla, przedstawiciele branży wielokrotnie apelowali o to, że trzeba najpierw uregulować rynek, a potem zabrać się za regulacje produktów. Dziś brakuje nawet tak podstawowych informacji, jak np. o liczbie podmiotów działających na rynku.

Jako branża powinniśmy jak najwięcej uwagi poświęcać metodom działania firm, a nie samym ofertom, które są przecież wynikiem walki konkurencyjnej – przekonuje Wieliński w rozmowie z agencją Newseria Biznes. – Powinniśmy wprowadzić jakieś rozwiązania ograniczające dostęp do tego rynku tym, którzy z pewnym zamiarem oszustwa czy nieetycznego działania na ten rynek wchodzą.

Nowe propozycje, przyjęte na początku maja przez Radę Ministrów, zakładają ustawowe wymogi dotyczące rozpoczynania i prowadzenia działalności polegającej na udzielaniu kredytów konsumenckich. Formą obowiązującą dla firm pożyczających z własnych środków będzie spółka kapitałowa z kapitałem zakładowym co najmniej 200 tys. zł. Innym wymogiem będzie niekaralność osób z zarządu, rady nadzorczej lub komisji rewizyjnej oraz prokurentów.

Regulacje zakładają również, że koszty kredytu (z wyłączeniem odsetek) nie będą mogły przekroczyć 25 proc. całkowitej kwoty kredytu oraz dodatkowo 30 proc. całkowitej kwoty tego kredytu w stosunku rocznym (nie więcej jednak niż 100 proc. całkowitej kwoty kredytu).

–  Najlepszym sposobem na to, żeby uregulować cenę, jest po prostu pozwolić jej pojawić się na nowym rynku, i wtedy prawo popytu i podaży, czyli konsument, ustali cenę. Wszelkie sztuczne ingerencje powodują, że na końcu wychodzą nam jakieś dziwne rzeczy i jesteśmy bardzo blisko stworzenia czegoś, co będzie nieskuteczne, chwilowo zachwieje rynkiem pożyczek, ponieważ będziemy musieli się dostroić, dopasować naszą ofertę i nasz model działania do nowych regulacji – mówi Dominik Wieliński.

Ekspert zapewnia jednocześnie, że będzie to zachwianie krótkotrwałe. Jego zdaniem wdrożenie nowych regulacji proponowanych przez resort finansów, nie będzie dla działających na rynku firm problemem. Jednak otwarte pozostaje pytanie, jakie będą tego koszty, co w konsekwencji przełoży się na ofertę dla klientów.

Uważam, że nie ma takiego ograniczenia, które spowodowałoby w długim okresie wyeliminowanie biznesu z rynku. Bez względu na to, jakie te regulacje będą, znajdziemy rozwiązanie – zapewnia prezes Optima SA. – To rozwiązanie ma być korzystne również dla nas, dla biznesu. Jednak może się okazać, że nowa konstrukcja pożyczki będzie bardzo skomplikowana.

Z tego powodu kluczowa dla przyszłości rynku jest także edukacja klientów. Wieliński podkreśla, że różnego typu akcje były już podejmowane, np. przez Narodowy Bank Polski, jednak byłyby one bardziej skuteczne, gdyby włączono do nich same firmy pożyczkowe i ich klientów.

Wprowadzenie limitów kosztów kredytu w ocenie PwC nie powinno znacząco zaburzyć funkcjonowania rynku. Może ograniczyć przede wszystkim ofertę pożyczek o niewielkiej wartości udzielanych na bardzo krótki okres (do 500 zł na 3 miesiące), jednak firmy nie zrezygnują raczej z najbardziej popularnych wśród klientów produktów (ok. 1 tys. zł na okres do 18 miesięcy) – mimo że regulacja obniży ich rentowność. Eksperci PwC przewidują, że część firm przesunie się z segmentu tradycyjnego do segmentu online, co wiąże się z niższymi kosztami prowadzenia działalności. Zadłużenie Polaków w firmach pożyczkowych wynosi 3-4 mld zł.

Ministerstwo Finansów zaproponowało zmiany w Ustawie z  dnia 21 lipca 2006 r. o nadzorze nad rynkiem finansowym oraz w Ustawie z dnia 29 sierpnia 1997 r. Prawo Bankowe, a także w niektórych innych ustawach. Planowane regulacje mają dotyczyć m.in. poszerzenia uprawnień organów nadzoru finansowego oraz zmian w zasadach dostępu i wymiany informacji o kredytach udzielonych przez firmy nie będące bankami.

W przyszłym roku rusza budowa olbrzymiego parku rozrywki niedaleko Warszawy. Ma kosztować 100 mln euro

CEO Magazyn Polska

W lutym 2015 roku ma ruszyć budowa dużego aquaparku pod Mszczonowem. Inwestycja w olbrzymi park rozrywki niedaleko Warszawy pochłonie ok. 100 mln euro. To obecnie priorytetowy projekt Global City Holdings (dawniej Cinema City International) w Polsce. Pierwsi goście spodziewani są w październiku 2016 roku.

Spółka GCH pierwszy etap projektu zrealizuje wspólnie z niemiecką firmą Wund, operatorem i właścicielem dużych aquaparków. 

Rozpoczęły się już prace projektowe, zamierzamy je zakończyć w listopadzie br., a budowa ruszy w lutym 2015 r. W październiku 2016 r. chcemy przyjąć pierwszych gości – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Kotłowska, dyrektor relacji inwestorskich Global City Holdings.

W międzyczasie spółka będzie przygotowywać kolejne etapy realizacji przedsięwzięcia.

Efektem pierwszego etapu prac będzie aquapark z składający się z trzech dużych części.

Pierwszą z nich stanowić będzie basen, wyspa tropikalna z odsuwanym dachem. Projektem referencyjnym dla tego aquaparku jest obiekt w miejscowości Erding w Niemczech, największy tego typu basen w Europie – informuje Kotłowska. – Drugą część stanowić będzie strefa zdrowia, spa z różnymi funkcjami, a trzecią część – Centrum Galaxy z systemem zjeżdżalni dla osób, które poszukują bardzo intensywnych wrażeń, ale oczywiście także ze strefą dla dzieci – dodaje przedstawicielka Global City Holdings.

Spółka szacuje, że w pierwszym roku działalności aquapark odwiedzi nawet milion osób. Obiekt będzie otwarty przez cały rok.

Cała inwestycja będzie kosztowała ok. 100 mln euro. Park of Poland powstanie na około 20-hektarowym terenie w pobliżu Mszczonowa.

Coraz więcej Polaków stosuje energooszczędne rozwiązania w swoich mieszkaniach

CEO Magazyn Polska

Wymiana żarówki i AGD na energooszczędne oraz ocieplanie budynków i wymiana okien na bardziej szczelne – to najczęściej podejmowane przez Polaków kroki, by oszczędzać energię w mieszkaniu. Powodem, dla którego decydują się na tego typu zmiany, są przede wszystkim względy finansowe i oszczędności w kosztach eksploatacji.
 
Świadomość Polaków dotycząca energooszczędności rośnie z roku na rok. Najważniejszy pozostaje aspekt finansowy związany z obniżeniem kosztów eksploatacji czy ogrzewania. Jednak ponad połowa zainteresowanych energooszczędnością zauważa także korzyści związane z wygodą, zdrowiem i ekologią.

Polacy są bardzo zainteresowani energooszczędnością i mają coraz większą świadomość dotyczącą wszelkich zagadnień z nią związanych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Siwiński, dyrektor generalny VELUX Polska. – Wyraźnie widzimy, że chcą inwestować w takie rozwiązania. Dotyczy to zarówno nowego budownictwa, jak i renowacji starego. Sądzę, że wpływ na to ma globalna debata o energooszczędności. 

Z badania „Energooszczędność w moim domu” wynika, że dwie trzecie Polaków w ciągu 2012 roku podjęła korki, by zmniejszyć zużycie energii w swoim mieszkaniu – to m.in. wymiana żarówek, AGD, ocieplenie ścian czy wymiana okien. Co piąty ankietowany zadeklarował, że zamierza takie działania podjąć w przyszłości, choć nie wie dokładnie kiedy. Natomiast 12 proc. deklarowało, że ze względów finansowych na razie nie planuje inwestycji w energooszczędność.

Głównym atutem, jaki Polacy dostrzegają w energooszczędności, są korzyści finansowe. Prawie połowa ankietowanych chce oszczędzać energię właśnie z powodu możliwości obniżenia kosztów eksploatacji. Pozostali wymieniali ochronę środowiska naturalnego (22 proc. wskazań), poprawę jakości i komfortu życia (16 proc.) oraz pozytywny wpływ na zdrowie (12 proc.).

Jako producent okien i dostawca energooszczędnych rozwiązań bardzo wyraźnie widzimy ten trend w naszych statystykach i zainteresowaniu klientów naszymi produktami. Wyraźnie w ostatnich latach widzieliśmy, że produkty bardziej energooszczędne, bardziej zaawansowane sprzedają się coraz lepiej i ich udział w naszym portfelu jest coraz większy. Dla mnie jest to też jednoznaczny sygnał, że to zainteresowanie jest i że ono rośnie – mówi Siwiński.

Energooszczędność to zarówno mniejsze koszty eksploatacji, jak i możliwość uzyskania dopłat do kredytów – np. z programu „Dopłaty do kredytów na domy energooszczędne” Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Program, którego budżet wynosi 300 mln zł, jest skierowany do osób fizycznych budujących dom jednorodzinny lub kupujących dom lub mieszkanie od dewelopera. NFOŚiGW szacuje, że budżet pozwoli na realizacje ok. 12 tys. nieruchomości.

Za dom energooszczędny uważa się taki, w którym można uzyskać oszczędności do 80 procent energii i kosztów. Z kolei budynki zeroenergetyczne cechuje zerowe zużycie dostarczanej z zewnątrz energii i brak emisji dwutlenku węgla. Taki budynek konsumuje własną energię, którą pobiera z odnawialnych źródeł energii, np. ze słońca. Coraz częściej mówi się także o budynkach plusenergetycznych, które nie tylko wytwarzają energię na potrzeby własne, lecz także mają nadwyżkę, którą mogą odprowadzać np. do sieci elektrycznej.

Nowe dyrektywy unijne i nowe polskie przepisy zmierzają do tego, że już za kilka lat będziemy mogli budować wyłącznie domy niemal zeroenergetyczne – mówi Jacek Siwiński dyrektor generalny VELUX Polska.

Dyrektywa z 2010 r. w sprawie charakterystyki energetycznej budynków zobowiązuje państwa członkowskie do doprowadzenia do tego, aby od początku 2021 r. wszystkie nowo powstające budynki były obiektami o niemal zerowym zużyciu energii.

Według ogłoszonych 1 stycznia br. wytycznych polskich władz wynikających z konieczności dostosowania się do przepisów unijnych zużycie energii powinno być stopniowo redukowane do 2021 r. Oznacza to, że zużycie energii służącej np. do ogrzewania powinno być mniejsze o 31-38 proc.  Z kolei budynki użyteczności publicznej muszą dokonać zmniejszenia o emisji o ok. 40 proc. już do 2018-2019 r.

Przepisy te wytyczają kierunki działań, natomiast praktyka pokazuje, że technologie i rozwiązania po stronie biznesu już dawno istnieją, a dobre produkty spełniają nie tylko te normy, lecz nawet wychodzą do przodu, spełniając jeszcze bardziej surowe wymagania – zauważa Siwiński.

Hawe doprowadzi światłowody bezpośrednio do domów

Hawe stawia na rozwój sieci FTTH, czyli światłowodów doprowadzonych bezpośrednio do domów. Spółka liczy na rozdzielenie rynku operatorów infrastruktury światłowodowej i dostawców usług. Dla klientów oznacza to większą wolność wyboru oferty m.in. telewizji kablowej czy dostępu do internetu, a dla Hawe – szansę na rozwój jako „operator operatorów”.

Hawe ma dzisiaj 4,5 tys. kilometrów sieci światłowodowej. Można zakładać, że ten wkopany w ziemię kabel będzie służył nam i operatorom, którzy ewentualnie go od nas wydzierżawią czy kupią, między 25 a 30 lat. Co 7-10 lat trzeba zmieniać tylko urządzenia, ale sam kabel to jest 30 lat – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Witoń, prezes zarządu Hawe SA. – Dzisiaj chcemy z sieci szkieletowej i dystrybucyjnej rozbudować naszą część dystrybucyjną i przejść do tego, co jest według mnie najistotniejszą częścią tej strategii, a zatem do budowy FTTH w naszym kraju.

FTTH (fiber to the home) to usługa polegająca na doprowadzeniu połączeń światłowodowych bezpośrednio do użytkowników końcowych. Witoń podkreśla, że rozbudowa tej sieci może następować zarówno w modelu partnerskim, czyli we współpracy z operatorami zainteresowanymi dostawą usług do konkretnych miast, jak i w modelu otwartym. W tym drugim to odbiorca będzie wybierał interesującą go usługę i jej dostawcę.

Dzięki rozwojowi usługi FTTH klienci zyskają większy wybór m.in. telewizji kablowej, dostępu do internetu czy usług telefonicznych. Witoń ocenia, że w ciągu kolejnych lat nastąpi rozdzielenie dostawców infrastruktury światłowodowej i usług, podobnie jak ma to miejsce np. na rynku energii elektrycznej. Dlatego podkreśla, że poza podstawową działalnością Hawe związaną ze sprzedażą i dzierżawą światłowodów operatorom krajowym i zagranicznym, to właśnie FTTH daje duże możliwości.

Uważamy, że w przyszłości rynek telekomunikacyjny powinien się podzielić, podobnie jak energetyka, na dwie podgrupy. U góry będą to operatorzy na platformie Open Service Exchange. Ta platforma będzie podłączona pod takich operatorów jak my, czyli typowych operatorów infrastruktury. Człowiek, który siedzi przed swoim komputerem, będzie patrzył na portfolio tych usług i będzie wybierał to, co według niego, po przetestowaniu, zostanie uznane za ofertę najlepiej odpowiadającą jego potrzeb – przewiduje Witoń.

Dodaje, że dzięki temu klienci zyskają znacznie większą swobodę wyboru. Nie będą ich już bowiem ograniczały oferty operatorów. Witoń prognozuje, że na rynku całkowicie zostaną oddzielone usługi końcowe i infrastruktura. Światłowody w modelu FTTH pozwolą na poprawę statystyk dostępu do internetu w Polsce, co powinno się przełożyć na wzrost konkurencyjności gospodarki.

Według Witonia właśnie dzięki tzw. ostatniej mili cyfrowej, czyli programowi poprawiającemu dostęp użytkowników indywidualnych do sieci szkieletowej, Polska ma szansę dogonić Niemcy czy Francję. Jak wynika ze statystyk Eurostatu, w 2012 r. w Polsce tylko 69 proc. gospodarstw domowych miało dostęp do standardowego internetu szerokopasmowego. Był to najniższy wskaźnik w Unii Europejskiej, w której średnia wyniosła ponad 95 proc. gospodarstw.

Dziś już nie ma takiej możliwości, żebyśmy mogli sobie pozwolić na wyłączenie sieci internetowej. Wszystkie procesy, wszystkie aplikacje, które wspierają nas na co dzień, są niezbędne do dalszego rozwoju. Ta jakość, która jest niezbędna dla przedsiębiorstw i klientów końcowych, będzie się przekładała na konkurencyjność naszej gospodarki – ocenia Witoń.

Dodaje, że rewolucja technologiczna związana z upowszechnieniem dostępu do internetu daje nowe szanse w życiu zawodowym, w służbie zdrowia, administracji i innych obszarach. Pozwala również rozwijać pasje i zainteresowania. Witoń dodaje, że lepszy dostęp do internetu to też wyzwania związane m.in. z kontrolą treści oglądanych przez dzieci i instalacją aplikacji ograniczających im swobodę surfowania.

Zwolenników slow food nie brakuje. Jednak taka żywność wciąż jest droga i trudno dostępna

CEO Magazyn Polska

Ruch slow food zakłada ochronę ginących gatunków roślin i zwierząt oraz niespieszne smakowanie żywności. Jego promocja wymaga dużych nakładów finansowych, a same produkty nie są masowo dostępne, głównie ze względów finansowych. Prawdopodobnie slow food pozostanie więc ruchem niszowym, który będzie wyszukiwał i promował regionalne, oryginalne produkty. Trudno więc spodziewać się, by w jakimkolwiek stopniu zagroził tradycyjnym producentom.

 Rynek slow food jest rynkiem niszowym. Jest to rynek, który wymaga sporych nakładów zarówno promocyjnych, jak i reklamowych dla odbiorców – mówi agencji informacyjnej Newseria Wiesław Różański, prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego.

Jego zdaniem jest to główną przeszkodą dla rozwoju produktów slow food w Polsce. Organizacja została założona w 1986 roku we Włoszech jako sprzeciw wobec rozprzestrzeniania się barów fastfoodowych. Przez ponad 25 lat jako organizacja rozprzestrzeniła się na kilkadziesiąt krajów i zrzesza kilkadziesiąt tysięcy członków. Jej główne zadania – ochrona niszowych produktów żywnościowych oraz promowanie wysublimowanych smaków – realizowane są raczej oddolnie.

 Ten rynek rozwija się spokojnie, mamy w Polsce sporo ludzi, którzy zajmują się promocją i wdrażaniem tych produktów, które często są produktami niszowymi – mówi Różański. – Ci ludzie szukają czegoś wykwintnego, doskonałego, często zapomnianego, jak np. gęś, która w Polsce jest rzadko jadana.

Polskie smaki, które chroni i promuje organizacja, to na przykład góralskie oscypki czy czerwona krowa, której stado znajduje się pod opieką ojców cystersów ze Szczyrzyca. W innych krajach pod jej opieką są ziemniaki andyjskie rosnące w Peru, śliwki slatko z Bośni czy ser z mleka jaków z Tybetu. W większości przypadków są to produkty trudno dostępne, przez co bardzo drogie. I to sprawia, że ruch rozwija się bardzo powoli – ocenia prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego.

 Nie każdego stać na to, żeby pozwolić sobie na zakup bardzo drogich, wykwintnych produktów – mówi Różański.

Jak dodaje – dzisiaj też trudno o takie osoby, które – nawet jeśli je na to stać – mogą sobie pozwolić na przeznaczenie tak dużej ilości czasu na przygotowywanie i smakowanie oryginalnych produktów.

 Oczywiście ten rynek jest otwarty na gusta i trzeba go w pewnym sensie zabezpieczać. Ale tak naprawdę dzisiaj w takiej pogoni, przy szybkim systemie pracy, kiedy mamy coraz mniej czasu na to, żeby się zajmować poszukiwaniem wykwintnych dóbr kulinarnych, trudno jest wróżyć temu systemowi żywienia sukces – twierdzi Różański.

Spada sprzedaż motocykli. Trend ma odwróć nowe prawo o kierujących pojazdami

CEO Magazyn Polska

Nowelizacja przepisów, która umożliwi osobom mającym prawo jazdy na samochód osobowy prowadzenie motocykli o pojemności silnika do 125 cm3, może przyczynić się do wzrostu sprzedaży jednośladów. Specjaliści upatrują w niej szansy na ożywienie polskiego rynku motoryzacyjnego, który nie radzi sobie najlepiej. W maju zarejestrowano w kraju niecałe 6,4 tys. nowych jednośladów. To o 30 proc. mniej niż przed rokiem.

Liczba rejestrowanych w Polsce jednośladów i ich sprzedaż od kilku lat spada. W ubiegłym roku na naszych ulicach pojawiło się o 12 proc. mniej jednośladów niż rok wcześniej, a sprzedawcy nowych motocykli odnotowali wyniki słabsze o ponad 17 proc. Pierwszy kwartał tego roku był całkiem dobry, ale już miesiące wiosenne – kiedy sprzedaż powinna znacząco się zwiększyć – przyniosły rozczarowanie. W maju zarejestrowano 30 proc. mniej jednośladów niż w maju 2013 roku. Spadek dotyczył zarówno motocykli (11,8 proc.), jak i motorowerów (ok. 33 proc.). Od stycznia do maja liczba rejestracji wyniosła 22 481 sztuk i była o 8,1 proc. niższa niż rok temu.

– Nowelizacja prawa o ruchu drogowym powinna spowodować wzrost sprzedaży motocykli najbardziej praktycznej klasy, czyli tej o mniejszych pojemnościach silnika – uważa Lech Potyński, redaktor naczelny „Świata Motocykli”. – Pojazdy klasy 125 cm3 są dobrą alternatywą dla ludzi, którym zależy przede wszystkim na szybkim i sprawnym przemieszczaniu się po mieście. Motorowery dla takich osób wydają się często zbyt małe, a motocykle turystyczne czy cruisery z kolei zbyt drogie i za duże. Niewielkie jednoślady są w takim przypadku idealnym wyborem i w całej Europie świetnie się sprawdzają.

W piątek 6 czerwca zmiany w ustawie o kierujących pojazdami przyjęli senatorowie. Przyjęto poprawkę, zgodnie z którą kierowcy z prawem jazdy kat. B (czyli na samochód osobowy) będą mogli jeździć wszystkimi motocyklami o pojemności silnika do 125 cm3. Nowe zasady mają dotyczyć osób, które mają prawo jazdy przez minimum trzy lata. Nowelizację musi jeszcze zatwierdzić Sejm, a potem trafi na biurko prezydenta.

Branża motoryzacyjna w nowych przepisach upatruje szansy na wzrost rynku i przyciągnięcie nowych klientów. Obecnie największą popularnością kupujących cieszą się pojazdy wyższej klasy o dużych pojemnościach.

– To dość nietypowa sytuacja, charakterystyczna dla naszego kraju – mówi Lech Potyński. – Wynika trochę ze słabości naszej klasy średniej. Motocykle kupują u nas przede wszystkim ludzie najzamożniejsi, którzy wybierają drogie maszyny głównie do celów rekreacyjnych, oraz biedniejsi, których nie stać na samochód i którzy wybierają pojazdy z najniższej półki. Tymczasem, w większości krajów motocykl to wybór ludzi klasy średniej, którzy potrzebują pojazdu umożliwiającego szybkie i bezproblemowe dotarcie do pracy.

Zdaniem specjalistów kultura motocyklowa, rozpowszechniona w krajach zachodniej i południowej Europy, będzie jednak powoli rozwijać się także w Polsce. Mimo mniej sprzyjających warunków pogodowych.

– W kraju zarejestrowanych jest ponad milion jednośladów i pomimo obecnej zadyszki rynku, wciąż ich przybywa – mówi Lech Potyński. – Co prawda sporo tych pojazdów to motocykle używane, importowane we własnym zakresie, myślę jednak, że ta tendencja będzie się powoli zmieniać. Jednoślady są obecnie najekonomiczniejszym i najszybszym środkiem transportu, szczególnie w mieście. Ich popularność będzie więc wzrastać, podobnie jak udział w rynku nowych pojazdów. A ewentualna nowelizacja przepisów powinna w tym dodatkowo pomóc.

Z analizy Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego (na podstawie danych Centralnej Ewidencji Pojazdów) wynika, że od początku roku sprowadzono do Polski 26 220 sztuk używanych jednośladów. To nieco ponad 5 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

W Polsce brakuje informatyków. Firmy sięgają po specjalistów ze Wschodu

Zapotrzebowanie na specjalistów z branży IT rośnie w takim tempie, że pracodawcy mają problem ze znalezieniem odpowiednio wykwalifikowanej kadry. W całej UE już brakuje do pracy 274 tys. informatyków, a za sześć lat liczba ta może wzrosnąć do miliona. W Polsce problem ten dotyka m.in. Wrocław i okolice, bo wiele firm polskich i zagranicznych zdecydowało o lokalizacji tam swoich centrów badawczo-rozwojowych czy call center. Część pracodawców sięga po specjalistów z zagranicy lub oferuje pracę zdalną.

Zapotrzebowanie na informatyków jest ogromne. W zasadzie w każdym najprostszym nawet urządzeniu mamy elektronikę i procesor, który trzeba oprogramowaćmówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Szawlis, prezes zarządu InsERT SA, firmy działającej na rynku oprogramowania dla małych i średnich przedsiębiorstw.

Komisja Europejska w raporcie „E-skills for job in Europe” wskazała, że popyt na pracowników branży teleinformatycznej rośnie 4 proc. rocznie, przewyższając podaż. Dziś na rynku pracy w UE brakuje blisko 275 tys. pracowników z umiejętnościami cyfrowymi. Urzędnicy szacują, że w przyszłym roku wolnych stanowisk będzie ponad 500 tys., a w 2020 roku ta liczba może wzrosnąć do miliona. Brak pracowników jest najbardziej odczuwalny w Wielkiej Brytanii, Niemczech i we Włoszech. Również pracodawcy w Polsce mają z tym duży problem. Szczególnie dotkliwy jest on dla przedsiębiorców działających we Wrocławiu i okolicach, mimo że tutejsze uczelnie mocno stawiają na kierunki związane z IT. Powodem jest to, że wiele zagranicznych firm wybiera Dolny Śląsk na siedzibę swoich oddziałów i centrów call center czy badawczo-rozwojowych.

We Wrocławiu bardzo trudno znaleźć pracowników IT i dlatego często szukamy ich za granicą, zwłaszcza wschodnią. Tu pojawia się jednak problem językowy, gdyż trudno jest Ukraińcowi wytłumaczyć np. co to jest amortyzacja środków trwałych. Myślę, że przepływ informatyków będzie następował, naszym problemem będzie to, jak sobie radzić z tymi barierami językowymi – zauważa Szawlis.

Poza importem specjalistów z innych krajów rozwiązaniem może być praca zdalna, niewymagająca obecności pracowników w biurze. Jednak w praktyce nie zawsze pomysł ten się sprawdza.

Część zadań na pewno można już wykonywać z domu, jednak bezpośredni kontakt jest bardzo potrzebny. Programiści także muszą się spotykać i mieć ze sobą kontakt, aby współpracować – mówi Szawlis.

Niedobór informatyków jest problemem ogólnoświatowym. Według raportu Manpower Group „Niedobór talentów” opublikowanego w 2013 r., pracownicy działów IT są wśród dziesięciu najbardziej dotkniętych niedoborem talentów zawodów zarówno w skali świata, jak i w rejonie EMEA obejmującym Europę,  Bliski Wschód i Afrykę. Podobnie jest w Polsce, gdzie pracownicy IT znajdują się na ósmym miejscu wśród zawodów, w których najbardziej brakuje pracowników. W czołówce tych profesji w naszym kraju znajdują się wykwalifikowani pracownicy fizyczni, inżynierowie, technicy, przedstawiciele handlowi i kierowcy.

InsERT SA dostarcza oprogramowanie dla małych i średnich firm. Jak podkreśla prezes firmy, to rynek lokalny, na którym ciężko zaistnieć za granicą.

Ten rynek jest specyficzny. Nie znam przypadku, przynajmniej w Europie, gdy firma z jednego państwa lokalizuje swój produkt w innym państwie i osiąga znaczący sukces – mówi Szawlis. – Rynki są tutaj lokalne. Nawet jeśli jakiś wielki koncern wykupuje małą firmę, to produkty są tworzone lokalnie. Dlatego w tej niszy rynkowej, w której się poruszamy, nie ma czegoś takiego jak produkty zagraniczne w Polsce lub polskie za granicą.

Trwała utrata wartości inwestycji długoterminowych

Inwestycje to przede wszystkim aktywa finansowe, nieruchomości oraz wartości niematerialne i prawne, które służą osiągnięciu korzyści ekonomicznych przez jednostkę. W jakich sytuacjach zachodzi trwała utrata ich wartości i jak należy dokonać odpisu aktualizującego podpowiada Monika Borczyńska, Junior Manager w Dziale Audytu Baker Tilly Poland.

Wartość nieruchomości inwestycyjnych można określić stosując, tak jak w wypadku środków trwałych, wycenę według cen nabycia lub kosztów wytworzenia, pomniejszoną o odpisy amortyzacyjne lub umorzeniowe oraz o odpisy z tytułu trwałej utraty wartości. Alternatywą jest wycena według ceny rynkowej bądź inaczej określonej wartości godziwej. Decyzja co do metody wyceny należy do właściciela aktywów.

Spośród nieco innych metod wybierać można w przypadku udziałów zaliczanych do inwestycji długoterminowych. Jednostka może wyceniać je według ceny nabycia pomniejszonej o odpisy z tytułu trwałej utraty wartości, według wartości godziwej albo skorygowanej ceny nabycia.

Po co aktualizacja wartości inwestycji?
Aktualizacja do realnej wysokości wartości bilansowej inwestycji służy zapewnieniu rzetelnego i wiernego obrazu jednostki oraz wyniku finansowego prezentowanego w księgach rachunkowych i w sprawozdaniu finansowym. Chroni również przed wykazywaniem w bilansie inwestycji w zawyżonej wartości. Związana z aktualizacją konieczność weryfikowania zdolności aktywów do przynoszenia jednostce w przyszłości korzyści ekonomicznych, uzasadnia stosowanie przez jednostki rozwiązań i wskazówek opisanych w Krajowym Standardzie Rachunkowości numer 2 „Utrata wartości aktywów”.

Należy przede wszystkim pamiętać, że określenie wartości składników aktywów powinno następować z zachowaniem zasady ostrożności. Nakazuje ona aktualizację wyceny aktywów wykazywanej w księgach rachunkowych i sprawozdaniu finansowym, do wartości możliwej do odzyskania. Szczególnie, jeśli jest ona niższa od wykazywanej w dniu bilansowym wyceny danego składnika. Oznacza to konieczność uwzględniania przesłanek, które mogłyby mieć wpływ na trwałą utratę wartości aktywów.

Kiedy utrata jest trwała
Trwała utrata wartości zachodzi, gdy istnieje duże prawdopodobieństwo, że kontrolowana przez jednostkę inwestycja nie przyniesie w przyszłości (w znaczącej części lub w całości) przewidywanych korzyści ekonomicznych. Taki stan rzeczy uzasadnia dokonanie odpisu aktualizującego doprowadzającego wartość składnika inwestycji wynikającą z ksiąg rachunkowych do ceny sprzedaży netto, a w przypadku jej braku – do ustalonej w inny sposób wartości godziwej.

Za cenę sprzedaży netto składnika inwestycji przyjmuje się możliwą do uzyskania na dzień bilansowy cenę jego sprzedaży, bez podatku od towarów i usług, pomniejszoną o rabaty, opusty i inne podobne zmniejszenia oraz koszty związane z przystosowaniem składnika aktywów do sprzedaży i dokonaniem tej sprzedaży.

Uwaga: Jeżeli nie jest możliwe ustalenie ceny sprzedaży netto danego składnika aktywów, należy w inny sposób określić jego wartość godziwą na dzień bilansowy.

Pamiętajmy, że za wartość godziwą przyjmuje się kwotę, za jaką dany składnik aktywów mógłby zostać wymieniony, a zobowiązanie uregulowane na warunkach transakcji rynkowej pomiędzy zainteresowanymi i dobrze poinformowanymi, niepowiązanymi ze sobą stronami.

Odpis z tytułu trwałej utraty nieruchomości inwestycyjnych ujmujemy w korespondencji z pozostałymi kosztami operacyjnymi. Odpisu z tytułu trwałej utraty wartości aktywów finansowych dokonujemy natomiast w korespondencji z kosztami finansowymi.

W kolejnych okresach sprawozdawczych, po przeprowadzeniu procedury aktualizacji wyceny inwestycji, zasadne może okazać się podwyższenie lub odwrócenie odpisu aktualizującego wycenę aktywów dokonanego uprzednio w toku wyceny bilansowej. Każdorazowe przeprowadzenie procedury aktualizacji wyceny inwestycji i odwrócenie odpisu aktualizującego ich wycenę, w tym przeprowadzonych ocen, szacunków i obliczeń, wymaga odpowiedniego udokumentowania w księgach rachunkowych oraz ujawnienia danych dotyczących utraty wartości aktywów.

Odwrócenia częściowego lub całkowitego odpisu z tytułu trwałej utraty nieruchomości inwestycyjnych dokonujemy w korespondencji z pozostałymi przychodami operacyjnymi. Jeżeli dochodzi do odwrócenia odpisu z tytułu trwałej utraty wartości aktywów finansowych, ujmujemy je w korespondencji z przychodami finansowymi.