40 proc. polskiego rynku śmieci w rękach zagranicznych firm

0

CEO Magazyn Polska

Po wprowadzeniu ustawy śmieciowej rynek zagospodarowania odpadów komunalnych został podzielony między ok. 750 podmiotów z 3,4 tys., które działały wcześniej w branży. Jedną trzecią wartego 3,3 mld zł rocznie rynku posiadają duże podmioty zagraniczne. Razem z firmami w konsorcjach stanowią one 40 proc. rynku – wynika z badań firmy HSM Polska. Wciąż brakuje regionalnych instalacji przetwarzania odpadów komunalnych.

Efektem wprowadzenia nowego Prawa o zagospodarowaniu odpadów są przetargi na odbiór śmieci organizowane przez gminy. Według ekspertów firmy HSM Polska łączna wartość kontraktów wyniosła ponad 6 mld zł, a uzyskało je 750 podmiotów spośród 3 400 działających na polskim rynku przed obowiązywaniem ustawy. Zdecydowana większość zawartych umów (ponad 80 proc.) dotyczyła usług polegających na odbiorze odpadów wraz z ich późniejszym zagospodarowaniem. Biorąc pod uwagę czas i zakres obowiązywania tych umów, eksperci HSM Polska szacują roczną wartość rynku na około 3,3 mld zł.

Rynek od strony podmiotowej się znacząco zmienił. Dużo mniejsza liczba firm będzie w tej chwili ten tort mogła zagospodarowywać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Karpiński, wiceprezes HSM Polska, producenta urządzeń do recyklingu z zakresu techniki biurowej i ochrony środowiska. – Zamysłem przetargów było wyłonienie firmy, która uzyska wyłączność na odbiór odpadów komunalnych gospodarstw domowych z terenu danej gminy bądź sektora. W ich wyniku wyłoniono ok. 750 podmiotów.

Potentaci podzielili większość rynku. Z drugiej strony ponad 200 małych firm, obsługujących tylko jedną gminę, ma udział nieprzekraczający łącznie 10 proc. Ci, którzy nie zdołali uzyskać kontraktu, musieli poszukać innych możliwości.

Wiele firm, które przed przetargami nie czuły się mocne ekonomicznie, już wcześniej zaczęło zajmować się innymi formami działalności. Są firmy, które zajęły się na przykład organizacją terenów zielonych lub zbiórką odpadów z nieruchomości niezamieszkałych. Nie widać znaczących upadłości – stwierdza wiceprezes HSM Polska.

Część spośród 750 podmiotów była zorganizowana w ramach konsorcjów, często wokół firm z kapitałem zagranicznym, m.in. Remondis, Alba, A.S.A Polska, Sita Polska, Toensmeier, Veolia.

To są potentaci branży znani na rynkach Europy Zachodniej. Już w tej chwili widzimy, że ta grupa podmiotów ma znaczący udział w rynku – około 40 proc., jeżeli mierzyć wartości kontraktów zawartych w ramach zarówno indywidualnych podmiotów, jak i konsorcjów. Natomiast sam udział firm zagranicznych to jest około 34 proc. wartości rynku – wyjaśnia Mariusz Karpiński.

Ze raportu HSM Polska wynika, że najmniej za odbiór śmieci płacą mieszkańcy Polski Wschodniej, przede wszystkim dlatego, że tam więcej przetargów jest tylko na odbiór i nie uwzględniają one zagospodarowania odpadów. Statystycznie najwięcej miesięcznie płacą mieszkańcy województwa dolnośląskiego, bo aż 152 złotych, najmniej natomiast zapłaci statystyczny mieszkaniec województwa podlaskiego, bo tylko 40 złotych.

Prawie rok obowiązywania ustawy potwierdził konieczność inwestycji w regionalne instalacje przetwarzania odpadów komunalnych.

W zamyśle ustawodawcy jest tak, że cały strumień odpadów komunalnych ma być w tej chwili kierowany do tych właśnie wyspecjalizowanych instalacji. Jest ich w Polsce stosunkowo mało, w tej chwili zaczynają być budowane, są na różnym etapie rozwoju. Tych instalacji będzie musiało powstać w Polsce bardzo wiele, przy czym są one finansowane z bardzo różnych źródeł. Nie są to tylko inwestycje firm prywatnych, są to w dużej mierze też inwestycje sektora samorządowego bądź sektora publicznego – mówi Karpiński.

Z kolei firmy, które przetargi wygrały, musiały za to zainwestować w dodatkowe pojemniki, nowe samochody i standard obioru odpadów. Takie inwestycje w niektórych przypadkach były większe niż firmy oczekiwały. Powód? Zdaniem Karpińskiego, organizatorzy nie oszacowali ilości odpadów i w efekcie firmy muszą zbierać ich więcej niż przypuszczały. To wynik wprowadzonego w ustawie systemu opłat. Płaci każdy konsument i za tę opłatę może oddać dowolną ilość śmieci.

W efekcie większość osób, które swoimi sposobami utylizowała śmieci, teraz wykłada je do odbioru. To pozytywna strona regulacji: znikają dzikie wysypiska, śmieci trafiają do zorganizowanego systemu gospodarki odpadami – mówi Mariusz Karpiński.

W ciągu dwóch lat recepty papierowe zostaną zastąpione przez elektroniczne

CEO Magazyn Polska

Jeszcze przed końcem tego roku ma zacząć działać Internetowe Konto Pacjenta. System ma skrócić kolejki do specjalistów, ułatwić zarządzanie zleconymi badaniami oraz zebrać w jednym miejscu historię medyczną pacjenta. W ramach systemu stopniowo wprowadzone zostaną też elektroniczne recepty, które do sierpnia 2016 r. całkowicie zastąpią papierowe.

Internetowe Konto Pacjenta będzie narzędziem informatycznym dla wszystkich obywateli, w ramach którego będziemy mogli gromadzić, prezentować i udostępniać dane medyczne i wszystkie informacje o kontakcie pacjenta z systemem ochrony zdrowia. Pacjent będzie mieć wgląd do całej historii leczenia i będzie mógł udostępniać konkretne zakresy danych konkretnym pracownikom medycznym. Wyeliminujemy tym sposobem między innymi potrzebę zbierania dokumentacji medycznej od różnych świadczeniodawców – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Kędzierski, dyrektor Centrum Systemów Informatycznych Ochrony Zdrowia.

Podległe Ministerstwu Zdrowia Centrum wyda na system elektronicznej dokumentacji medycznej łącznie ponad 700 mln zł. Internetowe Konto Pacjenta jest ważnym elementem tego systemu i umożliwi m.in. wgląd do wystawionych recept, wyników badań czy skierowań na badania specjalistyczne. IKP ma ruszyć pod koniec tego roku, prawdopodobnie na przełomie listopada i grudnia.

Kędzierski zapowiada, że poza IKP wkrótce rozpocznie się wdrażanie systemu elektronicznych recept i elektronicznych skierowań. Proces potrwa do 1 sierpnia 2016 r. Kędzierski zapowiada, że dzięki przeniesieniu dokumentów do wersji cyfrowej zniknie problem np. nieczytelnych recept. Będzie można też je realizować częściowo – obecnie receptę można zrealizować tylko w całości w jednej aptece, co czasem naraża pacjentów na szukanie apteki, która ma na stanie wszystkie przepisane leki.

W przypadku recepty elektronicznej będzie możliwość wykupienia konkretnej dawki czy konkretnego leku według wyboru w różnych aptekach, jeżeli pacjent tak zdecyduje – zapowiada Kędzierski. – Przez najbliższe dwa lata od momentu uruchomienia tych usług do 1 sierpnia 2016 roku będzie istniała taka sytuacja, w której będą możliwe do obsługi zarówno recepty papierowe, jak i elektroniczne.

Kędzierski wyjaśnia, że proces podłączania kilkudziesięciu tysięcy placówek ochrony zdrowia do systemu jest czasochłonny i nie da się go przeprowadzić z dnia na dzień. W tych placówkach, które będą podłączone do systemu, wystawianie recept elektronicznych będzie natychmiast możliwe.

Centrum Systemów Informatycznych Ochrony Zdrowia zapowiada, że wesprze zarówno małe placówki, jak i prywatne gabinety. Otrzymają one darmowe oprogramowanie (Aplikację Usługodawców i Aptek). W ten sposób wyposażone zostaną te placówki, którym nie opłacałoby się kupować sprzętu i oprogramowania.

Kędzierski podkreśla, że w systemie będą gromadzone przede wszystkim dane wpisywane przez lekarzy. Pacjenci będą mieli jednak możliwość dopisania informacji związanych z danymi ratunkowymi, czyli np. dotyczące alergii lub wszczepionych urządzeń. Będą mogli też poprosić lekarzy o wpisanie tych danych, które będą udostępniane tylko w przypadku potrzeby. W systemie będzie też funkcja kalendarza wizyt i przypominania o nich.

Optymalizacja procesu leczenia zdecydowanie się poprawi. Dzisiaj jest tak, że bardzo często pacjent chodzi do różnych specjalistów, a każdy z nich wystawia skierowanie na badania diagnostyczne, które często są powielane. To jest pewien pomysł na skrócenie kolejek do specjalistów, bo na podstawie elektronicznego skierowania pacjent będzie mógł się wpisać tylko na jedną listę oczekujących – tłumaczy Kędzierski.

Obecnie pacjenci często wpisują się na kilka list, licząc na skrócenie czasu oczekiwania. Ponieważ rzadko informują lekarzy o tym, że odbyli wizytę w innej placówce, prowadzi to do wydłużenia kolejek do specjalistów.

100 mln użytkowników Ask.fm. Serwis świętuje czwarte urodziny

Serwis społecznościowy Ask.fm, opierający się na schemacie Q&A (questions and answers, czyli pytań i odpowiedzi), w czerwcu będzie obchodził czwarte urodziny. Łotewska platforma jest jednym z internetowych fenomenów, ale wzbudza także kontrowersje. Tylko w Polsce korzysta z niej 2,5-3,5 mln użytkowników.

Ask.fm umożliwia zarejestrowanym użytkownikom zadawanie krótkich pytań, na które odpowiadają inni internauci. Pytania są kierowane do osób, które obserwujemy. Do statusów tekstowych można również dodawać zdjęcia czy filmy.

Serwis jest wyjątkowo popularny wśród nastolatków i często przez tę grupę typowany jako jedno z najważniejszych zjawisk ostatnich miesięcy. W Polsce korzystają z niego głównie osoby w przedziale wiekowym 7-24 lata.

W ostatnim czasie w serwisie społecznościowym Reddit zapytano nastolatków z całego świata, jakie zjawisko, produkt czy postać są obecnie najpopularniejsze wśród młodych. Co się okazało, Ask.fm znalazł się tam w ścisłej czołówce obok gwiazd muzyki, gwiazd filmu, obok takich serwisów jak Snapchat czy takich zjawisk jak hashtagi – zwraca uwagę w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Łukasz Jadaś z Instytutu Monitorowania Mediów i przypomina, że na świecie korzysta z niego już ponad 100 mln użytkowników internetu. – Serwis został już przetłumaczony na 40 języków – dodaje.

Zdaniem przeciwników Ask.fm serwis może być niebezpiecznym narzędziem w rękach nastolatków, wykorzystywanym do znęcania się nad rówieśnikami. Łotewska strona znalazła się w ogniu krytyki pod koniec ub.r., kiedy nastolatka z Wielkiej Brytanii, która padła ofiarą cyberprzemocy, popełniła samobójstwo. Twórcy serwisu zapewniają, że walczą z każdym przejawem takiego zachowania, stale rozbudowując grupę moderatorów i upraszczając mechanizmy zgłaszania przypadków nękania.

Przypadki cyberbullyingu, czyli sieciowego nękania, zdarzają się oczywiście w każdym serwisie społecznościowym i powinny być tak samo piętnowane – uważa Łukasz Jadaś. – Jeżeli chodzi o prywatność w serwisie Ask.fm, to jest ona właściwie taka, jaką ustalił sam użytkownik. Dlatego też trzeba zwrócić szczególną uwagę na to, by troszczyć się o poziom prywatności i informacje, jakie ujawniają na swój temat użytkownicy tego serwisu.

Jego zdaniem w trakcie monitoringu serwisu Ask.fm, jaki prowadzi Instytut Monitorowania Mediów, nie stwierdzono rażących przypadków ujawniania prywatności.

Mam wrażenie, że młodzi ludzie, czyli główni użytkownicy Ask.fm, mają do niego lżejszy stosunek niż osoby dorosłe, nie traktują go do końca poważnie – przekonuje Jadaś.

ENEA Mecenasem Sportu Wolnej Polski

0

Firma otrzymała tę zaszczytną nagrodę podczas wczorajszej gali Sportowy Sukces 25-lecia Wolnej Polski. Uroczystość z udziałem Prezydenta Bronisława Komorowskiego i Premiera Donalda Tuska odbyła się na Stadionie Narodowym w Warszawie. Galę i poprzedzający ją plebiscyt zorganizowało Ministerstwo Sportu i Turystyki we współpracy z Telewizją Polską oraz Przeglądem Sportowym.

Monitoring marki, czyli co i jak mówią o nas klienci

Nawet jedna negatywna opinia w sieci potrafi mocno zaszkodzić marce. Jest to szczególnie widoczne w czasach rewolucji social media, gdy każdy z nas może zabrać głos. Głos ten ma coraz większe znaczenie, nawet w przypadku losów i strategii największych firm. Z pomocą przychodzi tutaj monitoring treści, jeden z głównych trendów marketingu internetowego. Można bowiem z niezwykle dużą skutecznością monitorować to, o czym i jak konsumenci mówią w sieci, w tym także właśnie w social media.

W dobie internetu i mediów społecznościowych każdy może być nadawcą informacji, tej pozytywnej jak i negatywnej. Nie powinniśmy się tego bać, ale raczej uważnie słuchać głosów naszych klientów i umieć z nich wynieść maksimum korzyści. I właśnie to jest głównym celem monitoringu internetu. Poprzez zestaw działań, które umożliwiają bieżącą obserwację i ocenę informacji, jakie ukazują się na temat firmy czy danej marki w internecie, jest możliwa wczesna identyfikacja kryzysów oraz ocena efektywności komunikacji. Bardzo ważnym elementem jest również badanie zachowań klientów, ich opinii, a także związanych z marką trendów. Za jeden z głównych celów monitorowania marki w sieci uznawane jest również stworzenie nowego kanału komunikacji z klientami. Jego umiejętne wykorzystywanie pozwala m.in. na wsparcie sprzedaży, a także wzmocnienie pozytywnego wizerunku wybranej marki, produktu bądź usługi.

Duża grupa użytkowników sieci społecznościowych obserwuje za ich pomocą marki lub produkty, a co jest jeszcze bardziej znaczące wielu korzystających z platform społecznościowych publikuje wpisy związane z markami. Nawet jeśli nie prowadzimy aktywnych działań na Facebooku czy Twitterze nie znaczy to, że nasza marka nie jest już tam obecna, a nasi klienci o niej nie rozmawiają. Dlatego też, monitorowanie tego co, gdzie i kto o nas mówi powinno być podstawą wszystkich działań marek w mediach społecznościowych. – radzi Katarzyna Kołodziejczyk, Management Board Assistant GRUPA 365 NET.

Narzędzia do monitoringu i analityki mediów społecznościowych muszą być proste i oferować dokładność wyników. Dane powinny pochodzić z wielu, dobrze dobranych źródeł i powinny być dopasowane do potrzeb analitycznych. Umiejętność dobrego ich wykorzystania to bowiem podstawa. Narzędzia analityczne dają nam szybki dostęp do miejsc, w których mówi się o naszej marce oraz możliwość śledzenie opinii naszych klientów, nie tylko ogólnie w internecie ale także w mediach społecznościowych czy na forach internetowych. Coraz szybszy rozwój tych narzędzi stwarza również możliwości oceny, czy wypowiedzi o danej marce koncentrują się wokół emocji pozytywnych czy negatywnych. Jeżeli bowiem wiemy jak oceniane są nasze produkty, jak odbierane są nasze reklamy i jak oceniana jest jakość naszych usług, mamy możliwość odpowiednio zareagować i przewidzieć wcześniej potencjalne problemy.

6 mln klientów PGNiG zostanie przeniesionych do nowej spółki

0

CEO Magazyn Polska

Dzięki przyjętej w piątek przez Sejm nowelizacji Prawa energetycznego PGNiG może bez przeszkód wydzielić nową spółkę zajmującą się sprzedażą detaliczną gazu. W ramach sukcesji generalnej ponad 6 mln klientów zostanie automatycznie przeniesionych do PGNiG Obrót Detaliczny bez uciążliwych procedur. Zmiany te mają umożliwić PGNiG wypełnienie obliga gazowego.

Ta ustawa oznacza, że w procesie wydzielania będzie możliwe przeniesienie umów z klientami z jednej spółki na drugą, bez konieczności wysyłania aneksów do ponad 6 mln klientów i obarczania ich ciężarem związanym z całą zmianą strukturalną na rynku. W gruncie rzeczy celem tej zmiany jest ułatwienie życia odbiorcy – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Szlagowski, dyrektor Departamentu Regulacji PGNiG.

Szlagowski przypomina, że w 2007 r. podobne zmiany zaszły już na rynku energii elektrycznej. Wtedy również zastosowano sukcesję generalną, czyli automatyczne przejęcie umów przez wydzieloną spółkę. Dodaje, że proces liberalizacji rynku gazu jest niezbędny, ale nie może być uciążliwy dla klientów. Bez sukcesji generalnej wśród odbiorców mogłoby powstać duże zamieszanie.

Nowelizacja ustawy Prawo energetyczne gwarantuje konsumentom, że w umowie na dostawy gazy nie zmieni się nic, oprócz nazwy dostawcy. Zapewnia im równocześnie możliwość wypowiedzenia umowy.

Wydzielenie nowej spółki jest korzystne dla PGNiG, bo pozwoli spółce wypełnić obligo gazowe, czyli wprowadzony w ubiegłym roku obowiązek sprzedaży części wolumenu gazu przez Towarową Giełdę Energii. Do tej pory sytuacja na rynku sprawiała, że spółka miała problem ze znalezieniem odbiorców na giełdzie, a za niewypełnienie obliga grozi jej nawet 4,8 mld zł kary, nałożonej przez prezesa URE.

Przy obecnej strukturze rynku spółka nie jest w stanie wypełnić tego obowiązku, pomimo wszelkich starań, które podejmuje. Żeby zmienić tę sytuację na rynku, spółka zaczęła przygotowywać się do wydzielenia spółki zajmującej się obrotem detalicznym. Jesteśmy teraz w trakcie procesu wydzielania – mówi Szlagowski.

Zgodnie z prawem w 2013 r. PGNiG miał sprzedać poprzez TGE 30 proc. produkowanego gazu. W tym roku udział ten wzrósł do 40 proc., a docelowo ma wynosić 55 proc. Jednak w ubiegłym roku poprzez giełdę spółka sprzedała zaledwie kilka procent produkcji. Problemem jest przede wszystkim znalezienie odbiorców, bo najwięksi klienci instytucjonalni są albo związani wieloletnimi umowami z PGNiG, albo sprowadzają gaz samodzielnie.

Dzięki wydzieleniu nowej spółki problem ma zniknąć, bo to właśnie ona na równych z konkurencją i transparentnych zasadach będzie kupować gaz poprzez TGE, a potem sprzedawać go odbiorcom indywidualnym.

– Prawodawca nakłada pewne obowiązki, a spółka musi je realizować. Powołanie nowego podmiotu jest dodatkowym, brakującym narzędziem, które umożliwi wypełnienie nałożonego wcześniej obowiązku. Gdybyśmy mieli je odrobinę wcześniej, szybciej by ten proces liberalizacji przebiegł – podkreśla Szlagowski.

Prezes Banku Millennium: Polska gospodarka będzie się dynamicznie rozwijać. Wzrośnie konsumpcja i spadnie bezrobocie

CEO Magazyn Polska

Przyspieszenie gospodarki w latach 2014-2015 obejmie małe i średnie firmy, wzrośnie też konsumpcja i zatrudnienie. Tak prognozuje Bank Millennium, w którym kredyty korporacyjne są najszybciej rosnącą grupą. Firmy mają jeszcze sporo oszczędności na depozytach, które także mogą przeznaczyć na nowe inwestycje. Bank chce wykorzystać dobrą koniunkturę do zwiększenia udziału w polskim rynku.

W pierwszym kwartale roku bank odnotował dynamiczne wzrosty w obszarze finansowania przedsiębiorstwo. Portfel kredytowy zwiększył się o ponad 16 proc. w ujęciu rocznym.

Kredyty korporacyjne rozwijają się bardzo dobrze. To efekt wzrostu inwestycji i zwiększenia skali obrotów handlowych. Widzimy wzrost w kredytach korporacyjnych, leasingu oraz w faktoringu. Bardzo optymistycznie patrzymy na rozwój biznesu korporacyjnego w ciągu najbliższych dwóch lat – mówi Joao Bras Jorge, prezes zarządu Banku Millennium. – Przewidujemy dynamiczny rozwój polskiej gospodarki, która zawsze dobrze sobie radziła, ale teraz będzie jeszcze bardziej wspomagana poprzez ożywienie w gospodarce UE.

Już w trzecim i czwartym kwartale 2013 r. inwestycje brutto rosły znacznie szybciej niż prognozował Narodowy Bank Polski. W ujęciu rocznym w czwartym kwartale zwiększyły się one o 1,4 proc., a NBP spodziewał się wzrostu o 0,6 proc. Z danych GUS wynika, że inwestycje w pierwszym kwartale wzrosły o 10,7 proc. w ujęciu rocznym. W kolejnych kwartałach można spodziewać się dalszego przyspieszenia. To dlatego, że w pierwszym kwartale br. według wstępnych szacunków GUS PKB wzrósł realnie o 3,4 proc. w ujęciu rocznym. Świadczy o tym również szybszy wzrost kredytów korporacyjnych niż konsumpcyjnych, choć i tam widać stopniową poprawę dynamiki.

Rynek kredytów hipotecznych delikatnie rośnie. To oczywiste, że szybko nie wrócimy do jego wielkości sprzed kryzysu, ale są sygnały świadczące o jego systematycznym wzroście. Kredyty konsumpcyjne rosną stopniowo, to idzie w parze ze wzrostem konsumpcji, który ma miejsce i sądzimy, że będzie miał miejsce w przyszłości – prognozuje Joao Bras Jorge.

Według prezesa Banku Millennium konflikt na Ukrainie jest dużym wyzwaniem, ale ma bardziej podłoże geopolityczne niż gospodarcze. W rezultacie ekonomiści banku należącego do portugalskiego Millennium BCP nie spodziewają się, że zahamuje on wzrost polskiej gospodarki, bo jest on w coraz mniejszym stopniu napędzany przez eksport.

Gospodarka zawsze, a w każdym razie ostatnio, dobrze sobie radziła przy wsparciu eksportu, a teraz będzie sobie radzić dzięki prywatnej konsumpcji oraz inwestycjom firm – przewiduje Joao Bras Jorge.

Dzięki temu obserwowany obecnie wzrost ma być bardziej włączający, czyli wpływający na poprawę sytuacji szerszych grup pracowników i firm.

Możemy mieć dynamiczne PKB dzięki eksportowi i wielkim firmom albo możemy mieć bardziej powszechny wzrost gospodarczy – a to jest dokładnie to, co my przewidujemy. Sądzimy, że najbliższe dwa lata, czyli 2014 i 2015, to będzie czas mocnego wzrostu gospodarczego, który będzie można dostrzec na ulicach w postaci większej konsumpcji, wzrostu inwestycji, zmniejszenia bezrobocia, zwiększenia możliwości zatrudnienia – w taki sposób, że odczują go ludzie – uważa Bras Jorge.

Podstawą do takich prognoz mogą być pozytywne tendencje, które są widoczne także po stronie depozytów bankowych. W przypadku gospodarstw domowych, szybko rośnie ich wartość, natomiast firmy mogą zacząć je redukować. Według prezesa Banku Millennium optymizm panujący wśród przedsiębiorstw może sprawić, że sięgną one po wolne środki na kontach bankowych, by przeznaczyć je na swój rozwój.

Mieliśmy duży wzrost depozytów w segmencie klientów indywidualnych – o 9 proc. w ciągu roku. To bardzo dobry wynik. Naszym zdaniem ten obszar w dalszym ciągu będzie sobie dobrze radził i będziemy notować dalszy wzrost depozytów. Być może wśród klientów korporacyjnych będziemy obserwować pewną redukcję depozytów, bo patrzą oni pozytywnie na perspektywy gospodarki i mogą przeznaczyć wolne środki na inwestycje lub przejęcia – przewiduje prezes Millennium.

W ostatnich latach spółka córka Millennium BCP koncentrowała się na poprawie rentowności, co było spowodowane m.in. trudną sytuacją w sektorze bankowym w Europie. Przyspieszająca polska gospodarka ułatwia teraz realizację kolejnego etapu strategii banku – wzrostu liczby klientów. Temu ma służyć m.in. nowa oferta. Jednym z obszarów, które będą zyskiwały na znaczeniu w walce o klienta, jest bankowość mobilna, która stopniowo będzie zwiększała swój udział w bankowości.

Będzie ona tak ważna w bankowości, jak obecnie jest internet. Inwestujemy i robimy bardzo dużo w kwestii operacji mobilnych, a systemy, które już teraz mamy, są jednymi z najlepszych na rynku. Wciąż będziemy jednak inwestować w nowe mobilne platformy – zapowiada Joao Bras Jorge.

GPW spodziewa się wzrostu rynku instrumentów pochodnych. Planuje wprowadzenie nowych produktów

CEO Magazyn Polska

20 czerwca tego roku zakończy się okres migracji z kontraktów na WIG20 z mnożnikiem 10 zł na kontrakty na WIG20 z mnożnikiem 20 zł. Po tym terminie w notowaniach pozostaną wyłącznie kontrakty z wyższym mnożnikiem. Ta zmiana obniża koszty transakcji, a wraz z wprowadzeniem zarówno nowych indeksów WIG30 i WIG50, jak i opcji akcyjnych, ma przyspieszyć rozwój rynku instrumentów pochodnych.

Obrót na tych kontraktach powoli zaczyna rosnąć. Myślę, że przyjdzie czas, kiedy inwestorzy zauważą i docenią zalety nowych kontraktów. Najważniejsza jest istotna obniżka kosztów zawierania transakcji na nowym instrumencie, które spadły o połowę. To sprawia, że zawieranie transakcji staje się bardziej rentowne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Mejszutowicz, dyrektor Dział Rynku Terminowego GPW.

Kursy kontraktów terminowych, np. na indeks WIG20, są podawane w punktach, a ich cena to iloczyn kursu i mnożnika. Przykładowo, jeżeli mnożnik wynosi 10 zł, a kurs kontraktu na WIG20 2 000 pkt, to cena rynkowa wynosi 20 000 zł. Zmiana kursu kontraktu o 1 pkt oznacza zysk lub stratę wysokości 10 zł. Zakładając, że prowizja wynosi 6 zł za otwarcie i 6 zł za zamknięcie pozycji, ta inwestycja netto przynosi 2 zł straty. W przypadku kontraktów z mnożnikiem 20 zł, jednopunktowa zmiana kursu pozwala pokryć koszty, a nawet może przynieść niewielki zysk. Zakładając tę samą prowizję, inwestor zarobi 8 zł.

Przede wszystkim te kontrakty docenią inwestorzy, którzy są bardzo aktywni na rynku i zawierają transakcje, wykorzystując najmniejsze zmiany kursów kontraktów terminowych. To także inwestorzy, którzy niejednokrotnie inwestują w horyzoncie jednodniowym i są tzw. daytraderami. Dla nich ta zmiana będzie naprawdę bardzo korzystna, ale zyskają na niej również inwestorzy instytucjonalni, animatorzy rynku (ang. market maker), wszyscy uczestnicy rynku – wyjaśnia Mejszutowicz.

Do 2011 r. rynek derywatów rozwijał się dynamicznie, czemu sprzyjała wysoka zmienność instrumentów bazowych. Po uporządkowaniu sytuacji w strefie euro – zwłaszcza w sektorze finansowym – zmienność zaczęła spadać, co odbiło się także na polskim rynku kapitałowym. W 2012 r. wolumen obrotów kontraktami na GPW wyniósł 10,59 mln kontraktów, najmniej do 2007 r., podczas gdy w 2011 r. było to ponad 14,6 mln kontraktów. W ubiegłym roku było widoczne ożywienie, choć wolumen obrotu na kontraktach nie przekroczył 12 mln kontraktów – wynika z danych GPW.

Jest na rynku bardzo niska zmienność cen, co bardzo utrudnia inwestowanie i zarabianie na tym rynku. Nowe kontrakty mają to zmienić. Między innymi dlatego wprowadziliśmy kontrakty z mnożnikiem 20 zł, żeby zaradzić sytuacji trudnego inwestowania w czasach stagnacji – mówi dyrektor Dział Rynku Terminowego GPW.

Rynek instrumentów pochodnych staje się coraz ważniejszy w strategii rozwoju całego rynku kapitałowego w Polsce. Powodem jest przede wszystkim marginalizacja OFE, które zapewniały dopływ kapitału, a także praktycznie wstrzymany proces prywatyzacji. Kolejnym impulsem do dalszego rozwoju rynku derywatów ma być zmiana indeksów giełdowych, która zostanie przeprowadzona pod koniec roku.

Pamiętajmy, że indeks WIG20 i mWIG40, które są bazą dla instrumentów pochodnych, zostaną zastąpione indeksami WIG30 i WIG50. Dlatego musimy dokonać wymiany instrumentów bazowych. Rozpocznie się w grudniu tego roku i potrwa kilka miesięcy. Przez ten czas inwestorzy będą mieć dostępne kontrakty na stare i nowe indeksy po to, żeby w tym okresie mogli przenieść swoje inwestycje. Myślę, że ta zmiana, jak również zmiana mnożnika, spowodują, że rynek derywatów bardzo mocno urośnie – przewiduje Krzysztof Mejszutowicz.

Potencjał tego rynku tkwi także w opcjach. Jak dotąd inwestorzy mogą inwestować jedynie w opcje indeksowe na WIG20. Obok opcji na nowy indeks WIG30, giełda chce w tym roku wprowadzić do handlu opcje na akcje pojedynczych spółek.

Od obecnych opcji będą się one różniły charakterystyką, ponieważ będą rozliczane poprzez dostawę akcji, które są instrumentem bazowym. Będzie można takiej dostawy zażądać w każdej chwili. Opcje będą miały ,,amerykański styl wykonania”. Chcemy również dokonać pewnej poprawy charakterystyki opcji na WIG20, żeby było ich notowanych trochę więcej i aby te instrumenty były wygaszane w każdym miesiącu. To jest coś, na co wielu inwestorów od długiego czasu czeka – uważa Mejszutowicz.

GPW nie zdecydowała jeszcze, które spółki znajdą się w gronie dostępnych na rynku opcji. Prawdopodobny jest start nowego rynku z udziałem niewielkiej liczby największych i najbardziej płynnych spółek, do którego sukcesywnie dołączałyby kolejne.

Myślimy o pięciu najpłynniejszych spółkach. Być może na początku skoncentrujemy obrót na dwóch, trzech spółkach. Postaramy się o zainteresowanie inwestorów tą grupą, a w dalszej kolejności będziemy wprowadzać opcje na akcje kolejnych spółek, tak jak stało się z kontraktami na akcje – mówi dyrektor.

Brytyjska firma bukmacherska chce wrócić na polski rynek. Oczekuje jednak zmian w podatkach od gier

0

CEO Magazyn Polska

Brytyjska firma bukmacherska Ladbrokes jest zainteresowana powrotem na polski rynek. Jej przedstawiciele podkreślają jednak, że niezbędna jest jednak zmiana ustawy hazardowej oraz zmiana sposobu opodatkowania. Dla całego rynku korzystne byłoby wprowadzenie wspólnych europejskich przepisów, które zniosłyby wymogi rejestracji w poszczególnych krajach.

Ladbrokes jest zainteresowany polskim rynkiem, przyglądamy się mu i chcemy na niego wejść. Naszym zdaniem w tej chwili nie pozwala na to opodatkowanie. Wejście nowej firmy przy obecnym podatku i ograniczeniach reklamy jest zbyt ryzykowne, wręcz niemożliwe. Dlatego też staramy się pokazać, że te zmiany są potrzebne – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Kopeć, business development manager w Ladbrokes.

Spółka Ladbrokes wycofała się z Polski w 2011 r. po wejściu w życie nowej ustawy hazardowej. Zgodnie z nią w Polsce działać mogą jedynie spółki z polską licencją. W życie wszedł wtedy również zakaz reklamy dla firm z tej branży. Kopeć podkreśla, że choć niektóre firmy omijają prawo, oferując zakłady przez internet, Ladbrokes nie podejmuje takiego ryzyka. Jako spółka notowana na londyńskiej giełdzie i wchodząca w skład indeksu FTSE250 nie chce działać na granicy prawa.

Obecnie użytkownicy z Polski (z polskim adresem IP) mają zablokowany dostęp do strony internetowej Ladbrokes. Kopeć przyznaje, że spółka chętnie wróciłaby na polski rynek zarówno w sektorze online, jak i punktów bukmacherskich, ale niezbędne są zmiany prawne.

Pierwszym podstawowym rozwiązaniem jest zmiana systemu opodatkowania z podatku od obrotu na podatek od zysków firmy. Najlepiej rozwiązane jest to w Danii, gdzie obowiązuje 20-proc. podatek. Szara strefa została zredukowana do minimum, więc jest to rozwiązanie, które pozwala legalnym firmom funkcjonować w pełni na danym rynku i zwiększa wpływy do budżetu, ograniczając szarą strefę – przekonuje Kopeć.

Dodaje, że np. w Hiszpanii sprawdza się nawet wyższy, 25-proc. podatek od zysków. Stosowane w Polsce opodatkowanie obrotów działa na rynek zdecydowanie gorzej. We Francji, gdzie funkcjonuje podobne rozwiązane, rynek bukmacherski skurczył się w ubiegłym kwartale o 13 proc. W Polsce podatek od gier opiera się na obrotach firm, a jego stawki są zróżnicowane w zależności od typu gry. Zakłady wzajemne na współzawodnictwo zwierząt (wyścigi konne) są obłożone 2,5-proc. podatkiem, a wszystkie inne zakłady wzajemne – 12-proc. W 2013 r. zgodnie z danymi Ministerstwa Finansów wpływy budżetowe z podatku od gier wyniosły 1,3 mld zł.

Kopeć przekonuje, że poza zmianą systemu podatkowego sektor hazardowy skorzystałby na wspólnych unijnych regulacjach. Doprowadziłoby to do wyeliminowania kuriozalnej według niego sytuacji, w której przepisy różnią się między krajami, a firmy i tak omijają prawo, oferując zakłady przez internet.

Nie można tego rozpatrywać, patrząc tylko na polskie prawo czy na prawo jakiekolwiek innego kraju. Trzeba rozpatrywać to w szerszym kontekście Unii Europejskiej, a sama Unia coraz bardziej przygląda się regulacjom hazardowym. W Polsce niedawno Ministerstwo Finansów otrzymało list od Komisji Europejskiej, która żądała wyjaśnień, jak ta ustawa została wprowadzona, bo to też nie jest do końca jasne, czy ona jest w 100 proc. zgodna z prawem unijnym – mówi Kopeć.

Dodaje, że wspólne unijne regulacje hazardowe uprościłby sytuację związaną z rejestracją firm. Jedno zezwolenie dawałoby prawo działania na terenie całej wspólnoty, a klienci nie musieliby zastanawiać się, czy obstawiając w internecie nie łamią prawa. Kopeć dodaje, że firmy hazardowe są jednymi z niewielu, które tak ściśle muszą rejestrować swoją działalność.

Polscy przedsiębiorcy mają problemy z odzyskaniem należności na Ukrainie i na południu Europy

0

CEO Magazyn Polska

Kryzys na Ukrainie i konflikt na linii Kijów – Moskwa przyczyniły się do poniesienia strat przez wiele polskich firm: inwestorów na ukraińskim rynku i tych handlujących ze wschodnim sąsiadem. Dodatkowo regulacje dotyczące sprawozdań finansowych tamtejszych firm powodują, że polskiemu przedsiębiorcy trudno przed podjęciem współpracy poznać kondycję finansową kontrahenta, to zaś prowadzi do problemów z odzyskaniem należności za usługi czy towary. Zatory płatnicze są zmorą polskich firm również na rynkach południowej Europy.

Wiele firm, w tym tych z polskim kapitałem, ucierpiało podczas konfliktu na Ukrainie, do czego przyczyniły się zamieszki, zwłaszcza we wschodniej części – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Harczuk, prezes zarządu Euler Hermes Collections, firmy zajmującą się m.in. monitoringiem należności i windykacją polubowną.  

Ukraina jest ważnym rynkiem lokowania bezpośrednich inwestycji zagranicznych przez polskie firmy. Dotychczas polskie firmy ulokowały na Ukrainie łącznie ponad 840 mln dol.(dane z końca października 2013 r.). To wartość o ponad 70 mln dol. niższa niż rok wcześniej. Ukraina zajmuje ósme miejsce wśród najważniejszych polskich rynków eksportowych, realizuje go ok. 12 tys. polskich firm, w większości małych i średnich firm. W pierwszych miesiącach roku ze względu na sytuację polityczną eksport jednak znacząco spadł.

Maciej Harczuk podkreśla jednak, że przyczyną kłopotów niektórych polskich firm na Ukrainie nie jest tylko sytuacja polityczna. Ukraiński rynek – nawet w okresie stabilizacji – nie jest dla przedsiębiorców łatwym rynkiem.

Firmy ukraińskie publikują sprawozdania finansowe w kilku wersjach. Wielokrotnie sprawdziliśmy, że kondycja finansowa firmy, która jest publikowana w sprawozdaniu finansowym, nie zawsze jest spójna z tym, co się dzieje w rzeczywistości. Są sprawozdania finansowe dla urzędu, dla właściciela i często sprawozdanie finansowe dla banku – wyjaśnia prezes Euler Hermes Collections. – Firmy tam tworzą siatkę różnych powiązanych spółek, za pośrednictwem których dystrybuują swoje towary, starają się trochę rozproszyć kapitał, rozproszyć obroty.

Z tego powodu bardzo trudno jest zweryfikować wiarygodność takiej firmy. Bez pomocy specjalistów, firm, które monitorują rynki, często jest to nawet niemożliwe. Takie utrudnienia powodują, że polscy przedsiębiorcy rozpoczynają współpracę z nie do końca sprawdzonym partnerem, a to może oznaczać problemy z odzyskaniem należności za usługi czy towary.

Nasza firma dostarcza właśnie tego typu opracowań, korzystając z pracowników, osób mieszkających na Ukrainie i partnerów przygotowujących dla nas tego typu zestawienia – dodaje Harczuk.

Zatory płatnicze nie tylko na Ukrainie

Konieczność weryfikacji wiarygodności finansowej kontrahentów nie powinna ograniczać się tylko do partnerów wschodnich.  Tym bardziej że statystyki pokazują, że zatory płatnicze są poważnym problemem również na południu Europy.

Sytuacja jest niestabilna w takich krajach, jak Włochy czy Hiszpania – zauważa Harczuk. – Mamy tam dużo zgłoszeń od naszych klientów, którzy sprzedali towar, np. materiały budowlane, i czekają już ponad 100 dni na zapłatę, bo nie sprawdzili wcześniej, jaka jest kondycja finansowa odbiorcy.

Wychodzenie Włoch z kryzysu następuje powoli. Z płynnością finansową mają w tym kraju problem nawet renomowane firmy, które działają od wielu lat. Do zatorów płatniczych przyczyniły się tam także instytucje rządowe. Podobne trudności występują w Hiszpanii.  

Najwięcej problemów mamy na rynkach właśnie w tej części Europy – mówi Harczuk. – Z kolei na rynku niemieckim dyscyplina płatnicza się poprawiła. Wprawdzie i tam nie zawsze pieniądze wpływają na czas. Jeśli jednak już włączamy naszych pracowników zajmujących się windykacją, to okazuje się, że dyscyplina i ustalone harmonogramy są w miarę wypełniane.

Sytuacja przedsiębiorstw w Polsce w obszarze należności utrzymuje się na bardzo dobrym poziomie – mimo niewielkich wzrostów w porównaniu z sytuacją sprzed kilku miesięcy. 34,6 proc. firm deklaruje spadek problemów z odzyskiwaniem należności lub ich całkowity brak, natomiast 15,5 proc. zauważa wzrost problemów w tym obszarze – wynika z kwietniowych danych Krajowego Rejestru Długów i Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych. Odsetek przeterminowanych należności wynosi 24,8 proc. (w październiku 2013 był historycznie niski – 22,7 proc.). Skrócił się jednak czas przeterminowania należności – jest on najniższy w pięcioletniej historii badania i wynosi 3 miesiące i 17 dni. Udział faktur opóźnionych o ponad 6 miesięcy spadł do 22 proc. Wydatki ponoszone przez przedsiębiorców w związku z nieterminową obsługą zobowiązań przez klientów stanowią 7,9 proc. ogółu ich kosztów.