Warszawa najtańszym rynkiem hoteli pięciogwiazdkowych wśród stolic europejskich. To może się zmienić

CEO Magazyn Polska

Rynek hotelowy, szczególnie w segmencie biznesowym, z lekkim opóźnieniem reaguje na ożywienie w gospodarce, mimo to hotelarze w Polsce mają powody do radości. Rynek notuje wzrosty w przyjazdach zarówno turystów, jak i klientów biznesowych. Wydarzenia takie jak zbliżające się obchody 25-lecia pierwszych wolnych wyborów pozwalają hotelarzom w krótkim czasie maksymalizować zyski. W Warszawie hotele pięciogwiazdkowe są najtańsze w porównaniu z innymi stolicami europejskimi, ale w dłuższej perspektywie ta sytuacja ma ulec zmianie.

Rynek turystyczny w Polsce i Warszawie rośnie. Jest to wzrost organiczny i z roku na rok widzimy coraz więcej klientów. Dodatkowe przedsięwzięcia, jak Mistrzostwa Europy w piłce nożnej czy obchody 25-lecia wolności, są jednostkowymi wydarzeniami, które powodują dodatkowy wzrost ponad poprzedni rok. Powodują wprawdzie trochę zamieszania, ale są niewątpliwie pozytywne i pozwalają wszystkim hotelarzom maksymalizować zyski w krótkim czasie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Woliński, dyrektor generalny Regent Warsaw Hotel.

Rynek rośnie, mimo że jest dość podatny na zmiany koniunktury w gospodarce, ale na ożywienie reaguje z pewnym opóźnieniem.

Gdy mamy kryzys, to firmy tną koszty podróży, a gdy koniunktura się poprawia, to wznawiają wydatki na wyjazdy. Jedno i drugie robią jednak z pewnym opóźnieniem, dlatego też my nie od razu odczuwamy skutki kryzysu i poprawy sytuacji gospodarczej – mówi Woliński.

Warszawskie najlepsze hotele cieszą się dużym powodzeniem wśród klientów, ponieważ wciąż pod względem ceny jest to najtańsza stolica europejska. Choć według Wolińskiego ta sytuacja w dłuższej perspektywie będzie się zmieniać. Krajowy rynek również pod innymi względami goni rynki zachodnioeuropejskie, m.in. jeśli chodzi o potrzeby klientów.

Klienci chcą coraz łatwiejszej obsługi, nie chcą wydumanych, nikomu niepotrzebnych usług. Chcą przyjść i się przespać. Kluczowy jest szybki internet, technologia będzie coraz ważniejsza. Dla klienta ważniejszy jest teraz szybki internet niż śniadanie w hotelu. I to jest trend ogólnoświatowy, który będzie kopiowany na polskim rynku – zapewnia dyrektor generalny Regent Warsaw Hotel.

Ulokowany przy ul. Belwederskiej w Warszawie hotel Hyatt Regency Warsaw należał do sieci Hyatt. Współpraca spółki COSMAR, do której należy hotel, z siecią Hyatt zakończyła się 20 marca br. Przyczyny nie zostały podane do wiadomości. Od tej pory hotel jest niezależną placówką występującą pod nazwą Regent Warsaw Hotel. Zmiana ta wiąże się z licznymi wyzwaniami. Konieczne jest nie tylko poinformowanie klientów o uniezależnieniu hotelu, lecz także utrzymanie dotychczasowych gości  – których nie będzie już przyciągać znana na całym świecie marka.

Zdaniem Wolińskiego uniezależnienie od międzynarodowej sieci będzie jednak miało też swoje plusy.

Dzięki temu nie będziemy mieć nacisków z centrali na zwiększanie dochodowości. Umożliwi nam to inwestowanie w gościa i przyciąganie go dzięki temu na przyszłość. W dłuższej perspektywie planujemy renowację hotelu – mówi Woliński. – Odkąd działamy jako hotel niezależny nie widzimy spadku klientów. Myślę, że jesteśmy w stanie pokazać rynkowi, że najważniejsza nie jest marka, lecz serwis.

Wyjaśnia, że do tej pory hotel był głównie obiektem nakierowanym na biznes, ale w segmencie turystycznym widzi duży potencjał i na nim hotel w najbliższym czasie będzie się koncentrował.

Dwa tygodnie przed mundialem Brazylijczycy wciąż protestują. Koszty organizacji imprezy dużo wyższe niż planowano

0

Nie widać końca protestom w Brazylii. Przeciwnicy mundialu, który zaczyna się dokładnie za dwa tygodnie, zarzucają rządzącym, że wydają ogromne pieniądze na organizację imprezy, podczas gdy nie ma środków na służbę zdrowia czy edukację. Założony przed laty budżet przekroczono już przynajmniej dwukrotnie, według bardziej pesymistycznych szacunków nawet czterokrotnie. Do tego dochodzą zarzuty o korupcję i niegospodarność urzędników. 

Trzeba zastanowić się nad wielkimi imprezami, które najlepsze lata mają za sobą, a teraz im będzie skromniej, tym lepiej – mówi Andrzej Person, senator PO.  Soczi potwierdziło, że świat nie chce takich gigantów. Brazylia jest dość bogatym krajem, a mimo to ci niebiedni ludzie protestują przeciwko temu, że nie daje się na naukę, na zdrowie, tylko na stadiony.

Piłkarskie mistrzostwa w Brazylii będą najkosztowniejszym mundialem w historii. Pierwotnie przewidywano, że będzie to ok. 7 mld reali, czyli ok. 3,5 mld dolarów. Dziś wiadomo, że koszty znacznie wyższe. Stadion w stolicy ma kosztować 900 mln dolarów – w tym przypadku budżet przekroczono trzykrotnie. Według niektórych szacunków mundial może kosztować Brazylię ponad 15 mld dolarów.

 Trzeba skromniej, bo inaczej ten ruch olimpijsk, może zostać zmieciony z powierzchni ziemi przez takie właśnie demonstracje. Im szybciej to zrozumie Międzynarodowy Komitet Olimpijski i Federacja Piłkarska, tym lepiej dla sportu – uważa Person.

Rio de Janeiro będzie też gospodarzem letnich igrzysk olimpijskich za dwa lata, na które pójdą kolejne miliardy. Na obie imprezy Brazylia zdecydowała się w czasie, gdy jej PKB rosło w tempie nawet 9 proc. rocznie. Teraz jest to 2 proc., a wydrenowana nadmiernymi inwestycjami oraz programami socjalnymi państwowa kasa świeci pustkami

To jest bardzo istotne, że w kraju, gdzie najbardziej kochają piłkę, właśnie przeciwko tej piłce występują. Może nie dosłownie przeciwko futbolowi, ale wydawaniu tych wielkich pieniędzy na takie imprezy – zauważa rozmówca Newserii Biznes. – Podkreślam, że świat sportowy powinien się zastanowić przez chwilę, dokąd zmierza.

Piłkarskie mistrzostwa rozpoczną się 12 czerwca. Niekwestionowanym faworytem są gospodarze. Zdaniem Andrzeja Persona inny scenariusz nie jest w ogóle brany pod uwagę przez samych Brazylijczyków.

 Powinna wygrać Brazylia, bo oni kochają piłkę, sport, nie widzą poza tym świata – mówi senator. – Trudno sobie wyobrazić, co się będzie działo w Brazylii, jak nie będą mistrzami świata.

To jednak jest możliwe. Kolejnymi kandydatami do złota są Argentyńczycy i Niemcy. Według Persona czarnym koniem mundialu są Belgowie.

Już jutro rusza II Warszawski Festiwal Kultury Piwnej

W czwartkowe popołudnie warszawiacy rozpoczną kolejną podróż w czasie z piwem w tle. Dzięki II Warszawskiemu Festiwalowi Kultury Piwnej, który potrwa od 29 maja do 4 czerwca na błoniach Stadionu Narodowego, będzie można poczuć klimat starej Warszawy. Kompania Piwowarska, która jest organizatorem imprezy, przewidziała mnóstwo atrakcji dla lokalnych piwoszy.

Jutro po południu na błoniach Stadionu Narodowego rusza II Warszawski Festiwal Kultury Piwnej organizowany przez Kompanię Piwowarską. Podobnie jak rok temu, impreza przyjmie formę piwnej biesiady, podczas której będzie można nie tylko przyjemnie spędzić czas przy kuflu, ale także dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o piwie. Dodatkowo, w tej edycji znacznie mocniej wyeksponowany zostanie warszawski folklor. To przede wszystkim zasługa zespołów, które będą umilać czas piwoszom: Kapeli Czerniakowskiej, Kapeli Praskiej, Staśka Wielanka i Kapeli Warszawskiej czy Panów z Twardej. Dzięki uprzejmości Muzeum Warszawskiej Pragi goście Festiwalu będą mogli obejrzeć wystawę „Leniwie czy z biglem?”. Ekspozycja starych fotografii przybliży mieszkańcom współczesnej stolicy to, jak celebrowano czas wolny po prawej stronie Wisły od okresu międzywojnia do lat 60. XX w.

– Warszawiacy coraz bardziej interesują się piwem i coraz chętniej poznają bogactwo jego świata. Dlatego mieszkańców stolicy i okolic serdecznie zapraszamy na Festiwal, gdzie będą mogli dowiedzieć się więcej o tym trunku oraz oczywiście skosztować różnych gatunków i marek. A to wszystko w klimacie starej Warszawy i przy dźwiękach warszawskiej muzyki. Liczymy na to, że pogoda nas nie zawiedzie i impreza przyciągnie wielu piwoszy. Bo czy może być coś lepszego niż zimne piwo w ciepły, wiosenny wieczór w plenerze? – mówi Wojtek Mrugalski, kierownik ds. komunikacji z Kompanii Piwowarskiej.

Cervesario z misją w stolicy

Podczas czterodniowego święta miłośników chmielowego napoju nie zabraknie również ubiegłorocznych atrakcji. Będzie można spróbować wszystkich piw oraz cydru Green Mill Cider z portfolio KP, a dodatkowo wybranych marek pochodzących z browarów Grupy SABMiller na całym świecie – i to w bardzo atrakcyjnej cenie. Szczególnie interesująco zapowiadają się pokazy cervesario, czyli piwnych ekspertów i degustatorów. Na co dzień ta najbardziej elitarna grupa zawodowa w Polsce (licząca zaledwie 10 osób) urzęduje w Centrum Wycieczkowym LECH w Poznaniu. Dlatego możliwość spotkania ich w Warszawie oraz skorzystania z ich wiedzy i umiejętności to prawdziwa gratka! W programie sesji z ekspertami znajdą się: wykład cervesario na temat właściwości sensorycznych piwa i roli zmysłów w degustacji, pokaz technik degustacyjnych i prawidłowego nalewania, quiz zapachowy oraz konkurs „Jakie to piwo”. Dopełnieniem wiedzy o piwie będą pozostałe atrakcje w strefie kultury Festiwalu. Tutaj będzie można poznać popularne fakty i mity dotyczące złocistego trunku, przekonać się, z jakich składników i w jaki sposób warzy się piwo, i obejrzeć wystawę birofiliów. Dla dociekliwych portal Beerlovers przygotował specjalną grę – aby wziąć w niej udział, wystarczy mieć telefon z dostępem do Internetu i odszukać na terenie Festiwalu podpowiedzi do quizu. Codziennie do wygrania będą koszulki i iPad 16 GB.

Dania z piwną „wkładką”

Nie samym piwem człowiek żyje – w przerwach między kolejnymi festiwalowymi atrakcjami warto się pokrzepić. Na Festiwalu będzie ku temu okazja, co więcej – w ramach „Piwnych Inspiracji Kulinarnych” będzie można dowiedzieć się, jak zastosować piwo w kuchni. Maria Ożga, znana z programu „MasterChef”, codziennie na oczach gości będzie przygotowywać potrawy, których jednym ze składników będzie piwo, a pokazy będą połączone z degustacją.

II Warszawski festiwal Kultury Piwnej potrwa od 29 maja do 1 czerwca na błoniach Stadionu Narodowego. Teren Festiwalu będzie czynny codziennie od godz. 16.00 do 24.00 (czwartek, niedziela) lub 2.00 (piątek, sobota); wstęp jest bezpłatny. Szczegółowe informacje o imprezie znajdują się na stronie http://wfkp.pl/ oraz w specjalnej gazecie festiwalowej, którą jest dystrybuowana na mieście przez rikszarzy.

Nowe prawo dot. wydobycia surowców uderzy w PGNiG. Ucierpią też odbiorcy gazu

CEO Magazyn Polska

Podatek od wydobycia gazu ziemnego, w tym łupkowego i ropy naftowej, to kluczowa zmiana w prawie, nad którym pracuje Sejm. Łączne obciążenie podatkowe dla działalności wydobywczej ropy i gazu wzrośnie o kilkadziesiąt procent. – Jest ryzyko, że najbardziej poszkodowanym będzie najpoważniejszy producent gazu w Polsce, czyli PGNiG – przestrzega Tomasz Chmal, ekspert Instytutu Sobieskiego.

Tworzenie nowych regulacji uderzających w państwowe firmy, które przeniosą ten koszt na odbiorców w kraju, a nie poza granicami, jest trochę nieskuteczne. Przelewamy pieniądze z jednej kieszeni do drugiej w ramach Skarbu Państwa albo opodatkowujemy znów gospodarstwa domowe czy przemysł, który kupuje gaz produkowany w Polsce. To nie jest dobra koncepcja – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Chmal z Instytutu Sobieskiego.

Dziś sejmowa Komisja Nadzwyczajna ds. energetyki zajmie się projektem zmian w Prawie geologicznym i górniczym, z kolei jutro posłowie z podkomisji do monitorowania systemu podatkowego będą pracować nad ustawami wprowadzającymi podatki od wydobycia.

Dyskusja o opodatkowaniu wydobycia gazu, zwłaszcza łupkowego, jest zdaniem wielu ekspertów przedwczesna, bo zasobność krajowych złóż tego surowca ciągle nie jest znana.

Nie ma powodu, aby dzisiaj dyskutować o opodatkowaniu, nie wiedząc, jakim potencjałem dysponujemy, czy to jest potencjał, który będzie wykorzystywany na potrzeby własnych przedsiębiorców, czy też będzie to eksport. Jeżeli będzie to wykorzystywane na krajowe potrzeby, wówczas warto myśleć o tym, aby te opłaty były jak najniższe i aby podnosić konkurencyjność gospodarki, a nie opodatkowywać dodatkowo nowe wydobycia – tłumaczy Chmal.

Według eksperta na nakładanie wysokich obciążeń podatkowych na firmy wydobywcze stać tak naprawdę zamożne kraje, jak Norwegia.

Państwo do każdego projektu poszukiwawczego, wydobywczego może wystawić swój podmiot, może dokonywać dużych umorzeń podatkowych lub w ogóle zwalniać z podatków, może też dokładać pieniądze do projektu, by później je odzyskać. Czyli jest inwestorem. To jest jeden z modeli dla bogatego państwa. Polska nie jest w tym miejscu, nie ma takiego funduszu, który byłby w stanie być elementem podziału koncesji czy złóż – podkreśla ekspert Instytutu Sobieskiego.

Dlatego zamiast odstraszać inwestorów poprzez nakładanie podatków i innych obostrzeń na firmy wydobywcze, warto zastanowić się nad wprowadzeniem mechanizmów zachęcających je do rozwijania działalności w Polsce.

Jeżeli geologia jest znakomita, to wszyscy przełkną regulacje jak gorzką pigułkę i będą kontynuowali wiercenia. Natomiast dzisiaj sytuacja jest daleko inna. Okazuje się, że złoża nie są aż takie zasobne, za to trzeba wydawać dużo pieniędzy, jest coraz mniej chętnych do tego, żeby je wydawać, a tym samym rola państwa polega na tym, aby stymulować rozwój i atrakcyjność inwestycyjną. Tylko wtedy pojawią się pieniądze, których państwo nie ma – mówi Tomasz Chmal.

Taką pozytywną zmianą przewidzianą w projekcie ustawy o węglowodorach jest pomysł połączenia w jedną koncesji poszukiwawczej, rozpoznawczej i wydobywczej. Z drugiej strony barierą dla przedsiębiorców pozostaje trudno dostępna droga i słabej jakości informacja geologiczna, którą w naszym kraju najwyraźniej ominęła era cyfryzacji.

Ta informacja geologiczna powinna być bardzo dobrej jakości, jednocześnie tania i dostępna 24 godziny na dobę w systemie online, z bardzo prostym systemem dostępu. To jest dzisiejszy świat, a nie biblioteka, archiwum i segregatory – ubolewa Chmal. 

Portugalia może pomóc polskim firmom w ekspansji na rynki wschodzące

0

62,5 mln euro wyniósł w ubiegłym roku eksport polskich artykułów rolno-spożywczych do Portugalii. To 11,5 proc. więcej niż przed rokiem. Dla polskich producentów, nie tylko z branży spożywczej, współpraca z Portugalią oznacza dostęp do ponad 10-milionowego rynku zbytu oraz możliwość wejścia na rynki, z którymi Portugalia od lat utrzymuje bliskie relacje biznesowe, czyli państwa północnoafrykańskie i Ameryki Południowej. Również Polsko-Portugalska Izba Gospodarcza ma swoich przedstawicieli w wielu regionach świata i organizując po raz piąty Tydzień Portugalski w Polsce, stara się promować dwustronną współpracę.

Wychodząca z kryzysu Portugalia może być także atrakcyjnym miejscem dla polskich inwestycji bezpośrednich. W ostatnich latach Lizbona przeprowadziła wiele reform zwiększających m.in. efektywność administracji publicznej. Kraj ten ma lepsze warunki do prowadzenia biznesu niż Polska. W rankingu Banku Światowego „Doing Business 2013” zajął 30. miejsce, natomiast Polska znalazła się dopiero na 55. pozycji. To również ponad 10-milionowy rynek zbytu dla polskich eksporterów.

Polskie firmy mogą być zainteresowane Portugalią także ze względu na możliwości wejścia na rynki pozaeuropejskie. W 2013 r. polski eksport do tych krajów był o ponad 15 proc. wyższy niż przed rokiem. W przypadku Brazylii dynamika wywozu towarów wyniosła ponad 17 proc. Portugalia – z racji swojej historii – jest silnie związana gospodarczo z takimi krajami, jak Brazylia, Angola, Mozambik, Republika Zielonego Przylądka czy też terytorium Goa w Indiach, Makau oraz Timorem Wschodnim. To sprawia, że ten śródziemnomorski kraj może być trampoliną dla polskich firm, które chcą wejść na zagraniczne, rozwijające się rynki.

– Portugalscy partnerzy mogą znacząco pomóc polskim firmom, dzięki naszym wieloletnim związkom z państwami Ameryki Południowej i Afryki. To dlatego dzisiaj Polsko-Portugalska Izba Gospodarcza ma swoich przedstawicieli nie tylko w Portugalii, lecz także w Afryce i Ameryce Południowej. Gdy polska firma będzie chciała wejść na któryś z tych rynków, może znaleźć przedstawicieli Izby, którzy jej w tym pomogą – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Pedro Pereira da Silva, dyrektor operacyjny grupy Jeronimo Martins oraz Country Manager na Polskę, prezes Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej.

Mimo spowolnienia gospodarczego wymiana handlowa między dwoma krajami wzrosła w ostatnich pięciu latach o ponad 25 proc. Łączne obroty sięgnęły w 2013 r. 931 mln euro, co stanowi 6-proc. wzrost w stosunku do roku poprzedniego. Saldo wymiany handlowej jest dla Polski dodatnie i wyniosło w zeszłym roku 54,8 mln euro. Obecnie Portugalia zajmuje 35. miejsce w polskim eksporcie dóbr, natomiast w imporcie znalazła się na 40. miejscu. Te dane oraz szybki wzrost obrotów handlowych pokazują, że jest jeszcze spory niewykorzystany potencjał. Jak dotąd większe znaczenie – zwłaszcza dla portugalskich firm – mają inwestycje zagraniczne.

– Polska stanowi dla Portugalii piąty najważniejszy rynek, na którym są lokowane bezpośrednie inwestycje zagraniczne. Mamy kilka interesujących przykładów sukcesu w Polsce, największym jest z pewnością Jeronimo Martins z Biedronką – mówi Pedro Pereira da Silva. – To druga największa firma w Polsce, jest największym prywatnym pracodawcą w Polsce, zatrudnia ponad 50 tys. pracowników. W zeszłym roku firma miała 32 mld zł przychodów, co pokazuje dokładnie, jak bardzo portugalska gospodarka jest powiązana z polskim społeczeństwem.

W sektorze handlu i dystrybucji portugalski kapitał jest obecny także w grupie Eurocash. Inwestorzy z Portugalii mają mocną pozycję w polskim sektorze bankowym za sprawą Banku Millennium oraz Banco Espirito Santo. Coraz większe znaczenie zyskuje sektor energetyki odnawialnej, w którym do grona liderów w Polsce należy EDP Renováveis. Grupę największych przedsiębiorstw z iberyjskiego kraju zamyka budowlana spółka Mota-Engil. Stopniowo rośnie jednak znaczenie małych i średnich przedsiębiorców znad Tagu, którzy eksportują do Polski np. wino czy wyroby rzemiosła.

Jedną z ważniejszych branż, w których wymiana handlowa jest wyjątkowo dynamiczna, jest branża rolno-spożywcza. W ubiegłym roku eksport polskich artykułów zwiększył się o 11,5 proc. do poziomu 62,5 mln euro. Natomiast globalny eksport portugalskiej żywności wzrósł o 7,3 proc. i osiągnął wartość 5,1 mld euro. Część tego eksportu trafia również na polski rynek. Intensyfikacji tej współpracy mają służyć inicjatywy Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej. Jedną z nich jest trwający właśnie w Warszawie Tydzień Portugalski „Flavours of Portugal”, gdzie prezentowana jest portugalska kuchnia, kultura, atrakcje turystyczne oraz miejscowe wyroby.

– Zarówno Polacy, jak i Portugalczycy lubią siedzieć przy stole, tak więc gastronomia to część naszej kultury. Dlatego zdecydowaliśmy pięć lat temu, by zorganizować takie wydarzenie, zaprezentować naszą gastronomię, kulturę, które są naszym skarbem. Od tego czasu to wydarzenie zyskuje na znaczeniu, a głównym celem jest dzielenie się naszą kulturą i naszymi wartościami. Gastronomia jest oczywiście najważniejszym elementem tego tygodnia, ale jest tu także turystyka i kultura – wyjaśnia prezes Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej.

W dniach 28-29 maja Izba organizuje również Portugalską Misję Biznesową, w której wezmą udział przedsiębiorcy z obu krajów reprezentujący sektor spożywczy. Do Polski przyjadą przedstawiciele ok. 30 portugalskich firm z branży oferujący m.in.: oliwę, kawę, ryby, owoce morza czy wino.

Polsko-Portugalska Izba Gospodarcza stara się promować dzisiejszą współpracę gospodarczą między krajami. Izba została założona w 2008 r. w Warszawie i od tamtego czasu zwiększyła liczbę członków ponad dwunastokrotnie. Obecnie jest w niej zrzeszonych ponad 200 firm i ta liczba wciąż dynamicznie rośnie.

Dzięki energooszczędnym inwestycjom rośnie konkurencyjność polskich przedsiębiorstw

Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju przygotowuje drugą edycję programu PolSEFF finansującego energooszczędne inwestycje w małych i średnich firmach. Dzięki projektom sfinansowanym w pierwszej edycji udało się ograniczyć emisję dwutlenku węgla ok. 100 tys. ton, czyli tyle, ile emituje rocznie 50 tys. samochodów. To nie tylko korzyści dla środowiska, lecz także oszczędność kosztów dla przedsiębiorców.

Druga edycja programu PolSEFF jest przygotowywana – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Pankiewicz z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. – Przewidujemy, że zostanie ona uruchomiona w III kwartale tego roku. Program jest przygotowywany wraz z Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, pod względem rozmiaru jest podobny do pierwszej edycji PolSEFF-u.

W pierwszej edycji PolSEFFu, która trwała przez 40 miesięcy od stycznia 2011 roku, bank pożyczył firmom 180 mln euro. Zrealizowano prawie 2 tysiące projektów. Jak podkreślają przedstawiciele banku, program udowodnił, że inwestycje w energooszczędność w polskim sektorze małych i średnich firm mogą być opłacalne. Zrealizowane projekty przyniosły w sumie 329 GWh oszczędności energii i zredukowały emisję dwutlenku węgla o ok. 100 tys. ton. Zaoszczędzona energia odzwierciedla średnie roczne zapotrzebowanie na energię około 44 tys. gospodarstw domowych w Polsce lub 350 tys. lodówek w klasie energetycznej A pracujących przez cały rok.

Odpowiada to również emisji spalin, jaką generuje rocznie 50 tys. samochodów osobowych jeżdżących po polskich drogach [przy ich średnim przebiegu 15 tys. km – red.] – zauważa Pankiewicz. – Oszczędności energetyczne przekładają się na konkretne oszczędności kosztowe dla tych firm. Oznacza to od razu poprawę ich konkurencyjności  zarówno na rynku polskim, jak i na europejskim, gdyż wiele naszych małych i średnich firm to eksporterzy.

Firmy uczestniczące w programie otrzymują po finalizacji inwestycji premię inwestycyjną w wysokości 10 lub 15 proc. wartości kredytu lub leasingu. W sumie było to 18 mln euro.

Było to wsparcie dla małych i średnich przedsiębiorstw. Pożyczki były dostarczane przez EBOR za pośrednictwem polskich banków i firm leasingowych – wyjaśnia Pankiewicz.

W programie firmy mogą także liczyć na bezpłatne doradztwo ze strony inżynierów i analityków finansowych, m.in. w zakresie technicznej oceny projektów, przeprowadzenia audytu energetycznego w firmie czy analizy finansowej inwestycji i szacowania okresu zwrotu z inwestycji.

Program PolSEFF powstał z inicjatywy EBOiR i skierowany jest do małych i średnich firm. Jego celem jest rozwój zrównoważonej energii poprzez wzrost stosowania technologii energooszczędnych i źródeł odnawialnej energii w sektorze MŚP. To element realizacji unijnej strategii redukcji użycia energii pierwotnej o 20 procent do 2020 r.

Realizowany w naszym kraju program PolSEFF różni się od programów finansowania zrównoważonej energii, które EBOiR realizuje w innych krajach (m.in. w Bułgarii, Słowacji, Rosji, Mołdawii, Turcji oraz na Ukrainie). W odróżnieniu od nich pozwala na finansowanie inwestycji poprzez leasing. Atutem jest także Lista Zakwalifikowanych Urządzeń i Materiałów, która skraca czas kwalifikowania inwestycji do programu.

Niemiecki ekonomista: Eskalacja konfliktu na Ukrainie może spowolnić polski PKB. Na razie gospodarka rośnie stabilnie

CEO Magazyn Polska

Nawet o 1 pkt procentowy może spowolnić polski wzrost gospodarczy w przypadku zaostrzenia się sytuacji na Ukrainie – wynika z szacunków analityków Euler Hermes. Na razie konflikt nie wpływa istotnie na polskie firmy, choć spowolnił nieco handel z Ukrainą. Eksperci zalecają ostrożność przy poważnych inwestycjach w Rosji do czasu ustabilizowania sytuacji w regionie. Rynki na wschodzie wciąż jednak pozostają dla Polaków bardzo atrakcyjne, a ryzyko można zmniejszyć poprzez dywersyfikację inwestycji.

Oczekujemy wzrostu PKB Polski w tym roku na poziomie 3 proc. i nieco wyższego w 2015 roku. To się opiera na naszym podstawowym scenariuszu, w którym sytuacja na wschodzie nie pogorszy znacząco, czyli nie będzie poważnych sankcji ekonomicznych nałożonych przez UE i Stany Zjednoczone na Rosję. Jeśli tak by się stało, wtedy w naszym scenariuszu wzrost w Polsce może być mniejszy o 0,5-1 punktu procentowego, w zależności od powagi tych sankcji – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Manfred Stamer, starszy analityk ds. oceny ryzyka kraju w Euler Hermes.

Stamer podkreśla, że sytuacja na Ukrainie i sankcje nakładane na Rosję wpływają na Polskę z uwagi na znaczenie wschodnich państw w wymianie handlowej. Rosja ma ponad 5 proc. udziału w polskim eksporcie (ponad 8 mld zł od stycznia do września 2013 r.). Zmniejszenie sprzedaży do tego kraju zaszkodziłoby polskim przedsiębiorcom. Podobnie odczułyby to gospodarki innych państw europejskich, więc polscy przedsiębiorcy mogliby ucierpieć wtórnie także z tego powodu.

Większy, bo aż 14-proc. udział Rosja ma w polskim imporcie. Głównym składnikiem jest import energii. Stamer zauważa, że eskalacja konfliktu mogłaby zmusić Polskę do szukania innych, droższych źródeł energii.

Zauważa jednak, że na razie prognozy nie zakładają poważnego negatywnego wpływu sytuacji na Ukrainie na polską gospodarkę. Dodaje, że to wciąż atrakcyjny, choć ryzykowny rynek.

Inwestorzy, którzy mają rynek zbytu w Rosji, powinni próbować inwestować. Rosja to duży rynek. Ukraina, gdy odzyska stabilność polityczną, też będzie dużym, perspektywicznym rykiem. Więc polskie firmy powinny szukać tam szans na rozwój. To może nie jest najlepszy czas na takie kroki, raczej rekomendowałbym przyjęcie pozycji „poczekajmy i zobaczmy” – analizuje Stamer.

Dodaje, że ryzyko można zmniejszyć poprzez dywersyfikację lokalizacji inwestycji. Poza Rosją i Ukrainą atrakcyjne są też m.in. Kazachstan, Białoruś, Gruzja i Azerbejdżan.

Kazachstan jest zarówno rynkiem surowcowym, jak i rynkiem atrakcyjnym dla inwestycji, rozwijającym się i niedocenianym jeszcze przez polskich przedsiębiorców. To się zmieniało na przestrzeni ostatnich lat, jednak wciąż możliwości tego rynku są ogromne. Mamy w zanadrzu rynki mniejszych państw tego regionu, Uzbekistan, Tadżykistan, które są trudne i biedne, jednak mają wiele możliwości. Nie powinniśmy zapominać o rynkach krajów Kaukazu, tzw. tygrysach regionu – wylicza Andrzej Drozd z Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej.

Drozd przekonuje, że wschód to naturalny kierunek ekspansji zagranicznej polskich przedsiębiorców. Choć jest obarczony ryzykiem, potencjalne zyski są znacznie większe niż w Europie Zachodniej. Dodaje, że wciąż jest potencjał wzrostu, choć tylko na Ukrainie działa już 12 tys. polskich przedsiębiorców, głównie małych i średnich przedsiębiorstw. Drozd uspakaja, że pomimo trwającego od końca ubiegłego roku kryzysu politycznego na Ukrainie, nie następuje odpływ polskiego kapitału z tego kraju.

Niespokojna sytuacja powoduje jednak problemy. Ich źródłem jest m.in. dewaluacja hrywny, która od początku roku straciła wobec złotówki niemal 30 proc. Powoduje to niewypłacalność niektórych ukraińskich przedsiębiorstw oraz spadek obrotów w wymianie handlowej między dwoma krajami.

Steve Box, dyrektor pionu finansowania handlu i faktoringu na Europę w HSBC Europe, dodaje, że poza wschodem inwestorzy powinni przyjrzeć się też innym rynkom wschodzącym. Szanse widzi dla sektora rolniczego i infrastrukturalnego.

Nie tylko Chiny, lecz także Wietnam, Bangladesz, nowe gospodarki, jak Nigeria w Afryce. Zdecydowanie ważny będzie sektor rolniczy z uwagi na rosnący popyt konsumentów na najszybciej rosnących rynkach, jak Chiny, Brazylia czy Indie. Prognozuję wzrost popytu konsumenckiego w miarę zwiększania się populacji i zmieniającej się diety – przewiduje Box. – Rosnąć będzie również zapotrzebowanie na wsparcie przy budowie nowej infrastruktury. Indie muszą budować 20 kilometrów dróg dziennie tylko po to, by sprostać własnym ambicjom.

Stamer i Box są zgodni w pozytywnej ocenie polskiej gospodarki, która ma potencjał wzrostu. Analityk Euler Hermes podkreśla, że Polsce nie zagraża żadne większe ryzyko. Dodaje, że w perspektywie najbliższych dwóch-trzech lat nasz kraj pozostanie bardzo silnym rynkiem, o dobrej kondycji makroekonomicznej, niskim deficycie i mocnych rezerwach walutowych. Box dodaje, że choć za ostatnie 20 lat rozwoju Polsce należy się pochwała, to nie może spocząć na laurach i musi wykorzystać szanse tworzone przez nowe rynki.

Dr Manfred Stamer i Steve Box byli gośćmi specjalnymi VI Kongresu Dyrektorów Finansowych, zorganizowanego przez ACCA, Euler Hermes i Forbes. W czasie wieczornej gali we wtorek ogłoszono wyniki konkursu na Dyrektora Finansowego Roku.

Dzięki e-fakturom polskie firmy i administracja zyskają 15 mld zł rocznie. Wymóg ich stosowania narzuca Polsce UE

CEO Magazyn Polska

Parlament Europejski przegłosował dyrektywę w sprawie fakturowania elektronicznego w zamówieniach publicznych. Administracja we wszystkich państwach UE będzie musiała używać e-faktur przy zamówieniach publicznych. Dzięki temu zwiększy się konkurencja na jednolitym rynku, spadną koszty działalności gospodarczej i koszty po stronie administracji. Ministerstwo Gospodarki już rozpoczęło prace nad wdrożeniem dyrektywy, dzięki której uda się zautomatyzować przetwarzanie faktur w firmach i administracji.

W skali całego kraju elektroniczne fakturowanie to szansa na wielomiliardowe oszczędności w postaci spadku kosztów działalności gospodarczej oraz kosztów po stronie administracji. 

– W przypadku Polski te oszczędności są nie mniejsze niż 10 złotych na fakturę. Wynika to z prostego porównania obniżek cen, jakie stosują największe firmy fakturujące w Polsce, czyli firmy telekomunikacyjne. A więc w skali Polski, kiedy oblicza się, że jest ponad 1,5 mld faktur rocznie, przejście z faktury papierowej na elektroniczną daje oszczędności rzędu co najmniej 15 mld złotych – prognozuje Marek Rudziński, członek zarządu i dyrektor finansowy Sage, pierwszej firmy, której standard e-faktur został zatwierdzony przez Krajowe Wielostronne Forum Elektronicznego Fakturowania.

Ogólnoeuropejski standard faktury elektronicznej ma zacząć obowiązywać od 2017 r. Zdaniem przedstawiciela Ministerstwa Gospodarki, nie powinniśmy zwlekać z wdrożeniem narzucanych w dyrektywie obowiązków.

Myślę, że nie musimy i nie możemy czekać aż trzech lat, bo po pierwsze, inni nas wyprzedzą, po drugie, będziemy cały czas ponosić niepotrzebne koszty obciążenia budżetu, a po trzecie, biznes jest już gotowy do dostarczenia administracji takich rozwiązań – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sebastian Christow, radca ministra gospodarki z Departamentu Gospodarki Elektronicznej. – Przełomem będzie, jeśli wszyscy zrozumiemy, że sukcesem nie jest otrzymywanie faktur w formie elektronicznej, ale dalsza automatyczna obróbka i to jest rzeczywista korzyść, czyli automatyczne księgowanie, robienie bilansów. Przełomem będzie też, jeśli osiągniemy pewną skalę wykorzystywania e-faktur.

Powszechnie używane dziś e-faktury w postaci zwykłych plików PDF nie pozwalają na pełną automatyzację procesów biznesowych. W rezultacie korzyści z ich stosowania pozostają ograniczone, bo wciąż firmy i sektor publiczny muszą zatrudniać wiele osób do ręcznej obróbki danych z PDF-ów.

De facto większość przedsiębiorców, którzy fakturują elektronicznie zgodnie z prawem, robią to za pośrednictwem tzw. płaskiego PDF-u, czyli wysyłają nie fakturę elektroniczną, lecz wysyłają elektroniczny obraz faktury papierowej. Efekt jest taki, że tę fakturę po otrzymaniu trzeba wydrukować i przepisać, czyli to jest dokładnie taka sama czynność, jaką się stosuje przy fakturze papierowej – wskazuje Marek Rudziński, członek zarządu i dyrektor finansowy Sage.

Według nowej dyrektywy faktura elektroniczna musi być ustrukturyzowana, czyli zawierać metadane do odczytu przez systemy informatyczne. Dotychczasowe rozwiązania, ze względu na ich ograniczoną efektywność, nie były powszechnie wykorzystywane w administracji. Z tego względu ustawodawcy starali się wymuszać na urzędach krajowych traktowanie faktur elektronicznych (czy też elektronicznych obrazów faktur papierowych) na równi z fakturami papierowymi. Brak wspólnego standardu na poziomie całej UE był barierą w ramach jednolitego rynku, zwłaszcza w obszarze zamówień publicznych.

Jednym z  powodów jej wprowadzenia jest to, żeby uczynić rynek europejski rzeczywiście jednolitym, żeby nie było na nim niepotrzebnych barier, aby przepływ towarów, dóbr, informacji i związanych z tym dokumentów był płynny. Czyli, żeby unijny rynek upodobnił się do rynku krajowego, na którym nie ma fizycznych i administracyjnych barier. Dziś takie bariery są wyznaczone przez warunki, jakie są w poszczególnych krajach – mówi Tadeusz Rudnicki, reprezentant Krajowego Forum Elektronicznego Fakturowania.

Jednym ze źródeł tych barier są zamówienia publiczne. Po przyjęciu dyrektywy administracja publiczna wszystkich szczebli w 28 krajach UE będzie miała obowiązek przyjmowania i wystawiania e-faktur. To ułatwi startowanie w przetargach publicznych firmom z pozostałych krajów członkowskich, dzięki czemu zwiększy się konkurencja na wspólnym rynku. Sektor publiczny w każdym z krajów UE jest największym odbiorcą dóbr i usług, stąd też potencjalne oszczędności dzięki zwiększonej konkurencji mogą być duże.

– Oprócz tego, że usuwamy bariery na rynku, poszerzamy rynek dla firm, dając im łatwiejszy dostęp do rynku zamówień publicznych w innych krajach, wprowadzamy również pewną standaryzację, pomagając w ten sposób rynkowi – ocenia Tadeusz Rudnicki. – Wprowadzenie obowiązku przyjmowania e-faktur po stronie administracji sięgnie również do biznesu, bo chociażby systemy informatyczne, których używa administracja, to systemy, których używa biznes. Więc jeśli producenci tych systemów lub dostawcy różnego rodzaju usług dostosują się do nowych wymagań, to biznes na tym też skorzysta i będzie miał uproszczoną sytuację.

Dyrektywa nie określa w sposób wyłączny specyfikacji standardu elektronicznego fakturowania, ale definiuje minimalne wymagania. Standard e-faktur firmy Sage został zatwierdzony jako pierwszy w Polsce przez Krajowe Wielostronne Forum Elektronicznego Fakturowania. Jest on bezpłatnie udostępniony przez firmę na jej stronie internetowej.

Do Sage należy też serwis internetowy miedzyfirmami.pl, który pozwala zintegrować dowolne oprogramowanie finansowo-księgowe lub ERP, jakich używają odbiory i nadawcy e-faktur. PDF jest najczęściej używanym formatem e-faktury przez przedsiębiorców, dlatego Sage zdecydowało się opracować rozwiązanie pozwalające na dołączanie do niego metadanych.

Serwis jest przeznaczony dla wszystkich przedsiębiorstw, niezależnie od branży, wielkości, formy zatrudnienia, i co ważne, używanego oprogramowania. Mogą z niego korzystać wszystkie przedsiębiorstwa, niezależnie od tego, czy używają oprogramowania Sage, czy innej firmy. To co ważne i ciekawe, serwis udostępnia API, dzięki któremu każdy klient może się z serwisem zintegrować i dzięki temu odbierać w swoim oprogramowaniu fakturę elektroniczną, i z niego wprost wysyłać oraz mieć pełną kontrolę nad tym, co z tą fakturą się stało: kiedy została wysłana, odebrana, przez kogo, jeśli została odrzucona, to jaki był tego powód. To wszystko widzimy z poziomu swojej aplikacji biznesowej – mówi Aneta Jarczyńska, online business development manager z Sage.

Memoriał Wolnego Słowa upamiętni podziemny ruch wydawniczy. Instalacja stanie w centrum Warszawy

Już za kilka dni, 3 czerwca, u wylotu ulicy Mysiej w Warszawie stanie Memoriał Wolnego Słowa. Instalacja, której odsłonięcie zainauguruje obchody 25. rocznicy wolnych wyborów, ma upamiętnić podziemny ruch wydawniczy. Architekci pomnika postawili na prostotę: skwer Wolnego Słowa przetnie czarny pas – symbol działań cenzora. Organizatorzy memoriału zapowiadają, że projekt będzie nowoczesny, z interaktywnymi multimediami. 

Memoriał Wolnego Słowa upamiętni podziemny ruch wydawniczy lat 1976–1989, który ze względu na skalę działania był precedensem na skalę światową. Wydano ponad siedem tysięcy książek i broszur, trzy tysiące tytułów czasopism oraz setki kaset audio i wideo. Nakład gazet przekraczał sto tysięcy, a książek – dwadzieścia tysięcy egzemplarzy. W podziemny ruch wydawniczy zaangażowało się sto tysięcy osób, a z publikacjami drugiego obiegu choć raz w życiu zetknął się co czwarty Polak. Pomysłodawcy Memoriału w dużej mierze związani z podziemnym ruchem wydawniczym podkreślają, że dzięki ruchowi udało się obalić komunizm w pokojowy sposób.

– Dzisiaj możemy się cieszyć z pełnej wolności słowa, natomiast jest jeszcze wiele krajów na świecie, gdzie ta wolność jest ograniczona. Trzeba też pamiętać i przekazywać młodym ludziom, by wolność nie tylko cenili, lecz także o nią dbali, bo trzeba o nią stale zabiegać. Jak mówił Churchill „Tyle masz wolności, ile sobie wywalczysz”. Bardzo łatwo jest przyzwyczaić się do wolności, trudniej sobie wyobrazić, jakby wyglądała rzeczywistość, gdyby wolności nie było. Wolność jest jednak na świecie luksusem, z którego korzystamy od 25 lat w Polsce, ale o który trzeba dbać i walczyć cały czas – podkreśla Waldemar Maj, organizator Memoriału Wolnego Słowa.

Memoriał zostanie odsłonięty 3 czerwca o godz. 9.30 przez prezydenta Bronisława Komorowskiego, a miejsce, w którym stanie pomnik, jest symboliczne – naprzeciwko byłego budynku cenzury.

Prezydent był pomysłodawcą tego przedsięwzięcia, objął patronatem tę ideę oraz wspierał komitet honorowy. Był obecny na gali, na której rozstrzygnięto wyniki konkursu na najlepszy projekt. Rok temu, 4 czerwca, podczas otwarcia skweru Wolnego Słowa, zapowiedział, że za rok odsłoni Memoriał Wolnego Słowa, i tak się stanie – mówi agencji Newseria Biznes Waldemar Maj.

Architekci, którzy zostali wybrani na autorów pomnika, Katarzyna Brońska, Mikołaj Iwańczuk i Michał Kempiński, postawili na prostą, ale symboliczną formę.

Sprawdziliśmy, jak dawniej działali cenzorzy. W prywatnej korespondencji często wykreślali niepożądane fragmenty tekstu czarnymi pasami. I zrobiliśmy z tego motyw przewodni naszego Memoriału – to będzie pas, który przekreśla fizycznie plac. Na samym końcu odchodzi on w górę, czyli tak jakby uwalnia to słowo, które było cenzurowane. I w ten sposób udało nam się pokazać wolność słowa na tyle dobrze, że jurorzy się do tego przekonali – podkreśla Michał Kempiński, jeden z autorów zwycięskiej koncepcji.

Pas ma mieć 90 metrów długości i przecinać cały skwer przy ulicy Mysiej. Instalacja będzie funkcjonalna, będzie można po niej chodzić, jedynie inna faktura i kolor mają wskazywać, że jest to część instalacji. Fragment, który odchodzi w górę, od spodu będzie wykonany z wypolerowanej stali nierdzewnej, w której będzie można zobaczyć świat tak, jak wygląda naprawdę.

Jak zapowiadają organizatorzy i pomysłodawcy memoriału, podziemny ruch wydawniczy uczci nie tylko pomnik.

– W warstwie multimedialnej będzie strona internetowa, na której będzie szereg zakładek. Pierwsza z nich będzie informowała o przedsięwzięciu, druga będzie zawierała lekcję wolności, którą teraz opracowujemy wspólnie z Young Digital Planet – firmą, która specjalizuje się w edukacyjnych materiałach elektronicznych. W kolejnej zakładce znajdzie się gra „Nie daj się złapać – wydrukuj i zawieź wydrukowane materiały do celu” – zaznacza Waldemar Maj.

Jak podkreśla Maj, projekt ma być rozbudowywany, powstaną kolejne zakładki i lekcje wolności. Poprzez specjalną wyszukiwarkę na stronie internetowej będzie można znaleźć informacje o wolności słowa na świecie. Innym rozwiązaniem multimedialnym będzie panel informacyjny.

– Skorzystamy z folii prywatyzującej, by pokazać na przykładzie Tacyta, jak cenzura mogła okaleczyć i okaleczała artystów. Warstwa multimedialna to również kody QR, zainstalowane na siedziskach wokół Memoriału, poprzez które na miejscu będzie można ściągnąć treści obecne na stronie internetowej na tablet i smartfon – dodaje Maj.

Budowa Memoriału została sfinansowana z pieniędzy zebranych w drodze zbiórki publicznej prowadzonej przez Komitet Budowy Memoriału na podstawie decyzji Ministra Spraw Wewnętrznych. Wśród fundatorów znajdują się takie firmy i instytucje, jak: Auchan Polska, Pelion, Bank Gospodarki Żywnościowej, Fundacja Banku Zachodniego WBK, Fundacja PGE-ENERGIA Z SERCA, Grupa Lotos, Hochland Polska, Orange Polska, PKN Orlen czy Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo.

Instytucje finansowe tną wydatki na promocję. Najczęściej reklamują pożyczki

CEO Magazyn Polska

Instytucje finansowe znacznie zmniejszyły wydatki na promocję. Jak wynika z danych Instytutu Monitorowania Mediów, na reklamę w telewizji, radiu i prasie w I kwartale tego roku wydały 270 mln zł, o 15 proc. mniej niż przed rokiem. Najchętniej reklamowanym produktem były pożyczki gotówkowe. O nich też najczęściej dyskutowali w sieci internauci. Badanie wskazało, że wydatki na promocję danej firmy niekoniecznie przekładają się na liczbę wzmianek w internecie.

Instytucje finansowe zacisnęły pasa i obcięły wydatki na reklamę. W I kwartale na ten cel wydały ponad 270 mln zł – wynika z raportu Instytutu Monitorowania Mediów.

Jest to mniej niż w analogicznym okresie 2013 roku, a także mniej niż kwartał wcześniej. Średnio możemy powiedzieć, że rok do roku ta kwota zmniejszyła się o 15 proc., kwartał do kwartału to był spadek aż o połowę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Jadaś z Instytutu Monitorowania Mediów, autor raportu.

Dla porównania kwartał wcześniej firmy finansowe na promocję przeznaczyły 520 mln zł, a rok wcześniej – 320 mln zł.

Jak podkreśla Jadaś, spadek w ujęciu kwartalnym nie powinien dziwić. Ostatni kwartał każdego roku to okres najbardziej intensywnych kampanii promocyjnych. Przed Świętami Bożego Narodzenia, w okresie znacznych wydatków konsumentów, instytucje finansowe nie szczędzą środków na reklamę swoich usług, przede wszystkim pożyczek.

Najwięcej pieniędzy na promocję od stycznia wydał ING Bank Śląski – ponad 23 mln zł. Niewiele mniej Bank Zachodni WBK (19 mln zł) i Bank Millennium (ok. 17 mln zł). Niemal wszystkie instytucje z pierwszej dziesiątki rankingu dysponowały swoimi budżetami reklamowymi ostrożniej niż w poprzednich miesiącach. Pod tym względem liderem jest Bank Zachodni, który obciął wydatki na reklamę o blisko 30 mln zł.

Na początku roku te wydatki w przypadku niemal każdej instytucji finansowej były niższe niż w marcu. Zwiastuje to wzrost wydatków na promocje, którego spodziewamy się w drugim kwartale roku – przyznaje Jadaś.

Bank Zachodni WBK na marcową promocję przeznaczył 12,5 mln zł (w styczniu nieco ponad 2 mln zł), ING – 8,2 mln zł (w styczniu – ok. 7 mln), a Euro Bank – 7,6 mln zł, niemal tyle samo co SKOK Stefczyka (w styczniu instytucje te przeznaczyły na promocję odpowiednio ponad 1 mln zł i nieco ponad 2 mln zł).

Badania IMM wskazują, że najchętniej reklamowanym w I kwartale produktem były pożyczki gotówkowe – na ten cel banki i instytucje finansowe wydały łącznie 58 mln zł. W tym rankingu liderami są Vivus, SKOK i Provident. Wyraźnie mniej, 39 mln zł, kosztowały reklamy kont osobistych i kredytów gotówkowych. Wśród ubezpieczycieli najaktywniejszy był sektor ubezpieczeń samochodowych (tu przodowała AXA przed Liberty Direct i Proama).

Wysokie nakłady na promocję w mediach nie zawsze przekładają się na sferę dyskusji w internecie w skali jeden do jednego. Zwykle są to artykuły dziennikarskie, wypowiedzi ekspertów banku, różne doniesienia z firm, komunikaty giełdowe. W mediach społecznościowych dominowały dyskusje na Facebooku i branżowych forach internetowych, na przykład na stronie forumkredytowe.pl – mówi Jadaś.

W badanym okresie w sieci najczęściej mówiło się o PKO BP, na temat którego zanotowano ponad 11 tysięcy wzmianek. Bank na promocję wydał niecałe 10 mln zł. Natomiast na temat ING i Banku Zachodniego WBK, które na reklamy wydały najwięcej, odnotowano 5-6 tys. wzmianek w sieci.
Internauci często dzielą się swoimi doświadczeniami z bankami i instytucjami finansowymi oraz problemami związanymi z bankowością – przede wszystkim z dostępem do usług elektronicznych i formalnościami w załatwianiu spraw. Rośnie także zainteresowanie szybkimi pożyczkami. Jak wskazują badania, najwięcej wpisów dotyczyło firmy Provident (blisko 1200), nieco mniej w przypadku SKOK-ów i Vivusa.

O firmach pożyczkowych bardzo chętnie mówi się na forach i serwisach społecznościowych. Może to sugerować, że internauci zbyt mało wiedzy na temat szybkich pożyczek czerpią z głównych mediów, mediów mainstreamowych i sami szukają informacji na ich temat czy pomocy z nimi związanej w mediach społecznościowych – ocenia Łukasz Jadaś.

Lwia część budżetu wszystkich instytucji (ponad 220 mln zł) trafiła na reklamy w telewizji. Na szklanym ekranie najczęściej pojawiały się reklamy ING Banku Śląskiego, Bank Zachodni WBK, Liberty Direct i Euro Banku – w I kwartale od 8 do 11 tys. razy. Firmy z branży finansowej często do promocji wykorzystują znane twarze.

Na przykład bank ING, który na reklamę w pierwszym kwartale przeznaczył najwięcej, wykorzystywał spoty z udziałem Jacka Braciaka, Agaty Kuleszy i Marka Kondrata. Eurobank nie rozstawał się z Piotrem Adamczykiem, Bank Zachodni WBK nadal promował w spotach Kevina Spacey’ego, Artur Żmijewski promował Skoki, także banki chętnie wykorzystują wizerunek gwiazd, celebrytów do promocji – wymienia.

W radiu i prasie na reklamę branża finansowa wydała po 27 mln zł. W radiu najczęściej można było usłyszeć spoty 4Life Direct, mBanku i Loyalty Partner, w prasie najchętniej reklamowały się Pomocna Pożyczka, Provident oraz Inwestycje Alternatywne Profit.