Wysokie koszty sprawiają, że młodzi ludzie rezygnują z wesela

Coraz mniej par decyduje się na organizację wesela. Przeważają względy osobiste: ślub często odbierany jest jako zbędna formalność, która nie cementuje związku. Często narzeczeni rezygnują z wesela także z powodu kosztów, jakie wiążą się z jego organizacją. Inne pary z kolei decydują się na kredyt, bo nawet na skromną imprezę trzeba wydać od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych. 

Według danych zgromadzonych przez GUS liczba zawieranych małżeństw maleje. Do niedawna na ślubnym kobiercu stawało blisko 200 tys. par rocznie, jednak od pięciu lat liczba ta gwałtownie spada. W ubiegłym roku jedynie 181 tys. osób zdecydowało się na zawarcie związku małżeńskiego. Jako przyczyny wymieniane są niż demograficzny, wysoka liczba młodych ludzi na emigracji oraz czynnik ekonomiczny. Organizacja wesela kosztuje nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Eksperci Związku Firm Doradztwa Finansowego radzą, aby przy organizacji weselnego przyjęcia zachować przede wszystkim zdrowy rozsądek i dostosować wydatki do możliwości finansowych. Dzięki temu można uniknąć kłopotów finansowych i rozpocząć nową drogę życia bez niepotrzebnych długów.

Za samą sukienkę możemy zapłacić nawet kilka tysięcy złotych. Niewiele mniej będzie kosztował garnitur. Żeby związek został przypieczętowany, konieczne są oczywiście obrączki. Tu też jest to inwestycja na lata, więc warto, żeby była to biżuteria piękna i trwała. To kolejny wydatek rzędu kilku tysięcy złotych. Urasta to do ceny dobrego samochodu, na który trzeba nagle niemalże z tygodnia na tydzień znaleźć pieniądze – mówi Halina Kochalska, analityk Open Finance.

Do wydatków należy doliczyć również przede wszystkim pieniądze wydane na organizację imprezy. Wesele jest uroczystością wymagającą dużej organizacji i często generuje koszty wykraczające daleko poza możliwości finansowe pary.

Dobrze jest mocno się zdyscyplinować i trzymać pierwotnie założonych planów. Nie można ulegać presji otoczenia i rozbudowywać wesela do granic możliwości. Tak, aby skutki tej imprezy później dawały nam się we znaki przez następne miesiące czy lata. Jeżeli musimy się zapożyczać, trzeba to robić z głową. Nie sugerować się reklamami mówiącymi, że ważna jest szybkość i łatwość pożyczania, bo zazwyczaj przekłada się to na większe problemy ze spłatą i wyższe koszty tak łatwo pożyczonych pieniędzy – mówi Halina Kochalska.

Jeżeli jednak para zdecyduje się pożyczyć pieniądze od rodziców lub bliskich, powinna w miarę możliwości oddać pożyczkę albo chociaż jej część, na przykład z pieniędzy otrzymanych od zaproszonych na wesele gości.

Współtwórca Skype’a odebrał pierwszą nagrodę CEED Institute

CEO Magazyn Polska

Estoński programista i przedsiębiorca Jaan Tallinn odebrał przyznaną po raz pierwszy nagrodę CEED Institute. Think-tank założony przez Jana Kulczyka postanowił wyróżniać w ten sposób osoby oraz instytucje, które odgrywają szczególnie ważną rolę w rozwoju oraz promocji innowacyjności regionu Europy Środkowej i Wschodniej. Nagrodę wręczyli podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach prezydent Lech Wałęsa, Indrek Neivelt, przewodniczący rady nadzorczej Bank of Saint Petersburg i członek Rady Programowej CEED Institute oraz Jan Kulczyk, globalny przedsiębiorca i inicjator CEED Institute.

CEED Institute, think-tank, którego celem jest promocja osiągnięć i potencjału gospodarczego państw Europy Środkowej i Wschodniej, przyznał pierwszą w historii nagrodę za szczególne zasługi w promocji i rozwoju innowacyjności krajów tego regionu. Laureatami zostali estońscy współtwórcy programu Skype, założyciele Ambient Sound Investments: Jaan Tallinn, Priit Kasesalu oraz Ahti Heinla. W imieniu laureatów nagrodę odebrał Jaan Tallinn, twórca innowacyjnych technologii internetowych, które trwale zmieniły sposoby komunikacji w globalnym świecie.

To pierwsza nagroda CEED Institute, nagroda dla wyjątkowych osób, którzy w tej części Europy stworzyli rzeczy niezwykłe i unikalne w skali globalnej. Czymś takim jest właśnie program Skype, który zrewolucjonizował sposób, w jaki ludzie komunikują się na całym świecie – powiedział, wręczając nagrodę, Jan Kulczyk, założyciel CEED Institute.

Skype nie był nawet start-upem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jaan Tallinn, współtwórca Skype’a. – Początkowo nie było nawet firmy, założyliśmy ją dopiero kilka miesięcy po starcie. Przed Skype’em mieliśmy z resztą inny udany projekt, program Kazaa. Jednak później kilka pomysłów nam nie wyszło. Kiedy jednak wystartowaliśmy ze Skype’em, to po 2-3 tygodniach stało się jasne, że to będzie coś znaczącego – dodaje.

Powstały w 2003 r. komunikator umożliwiający internautom rozmowy bez pośrednictwa centrali ma obecnie – wg szacunków samej firmy – 124 miliony użytkowników na całym świecie. W tworzeniu Skype’a od początku uczestniczył zespół międzynarodowy, złożony ze współpracowników z 5 krajów całego świata. Jednak to właśnie zespół Estończyków odegrał w tym projekcie kluczową rolę.

W Estonii mamy powiedzenie, ze nasz kraj jest wielkości Manhatanu. Dlatego jeśli mamy produkt, to nie możemy go sprzedawać tylko na lokalnym rynku, szczególnie jeśli prowadzimy biznes związany z internetem – mówi Tallinn. – Jeśli działasz w biznesie, który w dużej mierze jest wirtualny, i do tego dysponujesz kanałami komunikacji, takimi jak Skype, to możesz stworzyć zespół międzynarodowy – dodaje.

Tallinn obecnie pracuje nad kolejnymi projektami technologicznymi, a jednym z jego celów jest także uświadamianie ludziom zagrożeń, związanych z niekontrolowanym rozwojem technologii.

Przyjmując nagrodę CEED Institute, Tallinn podkreślił, że stanowi ona dla niego dodatkową motywację do dalszej pracy na rzecz wspierania globalnej komunikacji między ludźmi.

Nagroda CEED Institute będzie corocznie przyznawana osobom i instytucjom, które swoimi działaniami przyczyniają się do rozwoju i promocji osiągnięć regionu Europy Środkowej i Wschodniej, wspierając zasadę solidarności, gospodarki wolnorynkowej oraz innowacyjności i konkurencyjności regionu.

Wręczenie nagrody poprzedził panel dyskusyjny zorganizowany przez CEED Institute, którego tematem były migracje we współczesnej Europie. W debacie wzięli udział członkowie Rady Programowej i goście CEED Institute: prezydent Lech Wałęsa, Jan Kulczyk, Zdenek Bakala, wiceprezes i dyrektor New World Resources (NWR), współzałożyciel BXR Group, Indrek Neivelt, przewodniczący rady nadzorczej Bank of Saint Petersburg oraz Ldiamon, Björn Savén, prezes wykonawczy IK Investment Partners, William Lacy Swing, dyrektor generalny Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji, Arūnas Šikšta, dyrektor The Vilnius International University Business School oraz Pedro Videla – profesor Wydziału Ekonomii IESE Business School.

Uczestnicy debaty podkreślali między innymi, że we współczesnym świecie słowo migracje coraz częściej powinno być zastępowane przez określnie – mobilność. Era cyfrowa znacząco wpłynęła na otaczającą nas rzeczywistość, a nowoczesne technologie, takie jak np. Skype, zmieniły i ułatwiły sposób komunikacji między ludźmi, niezależnie od miejsca ich pobytu.

Powstały w 2010 r. CEED Institute to think-tank założony przez Jana Kulczyka. Ma on na celu promocję osiągnięć oraz potencjału gospodarczego  krajów Europy Środkowej i Wschodniej i podniesienie konkurencyjności regionu. W tym celu instytut organizuje debaty, publikuje analizy ekonomiczne oraz raporty tematyczne. Ostatnio ogłoszony raport „Migracje w XXI wieku z perspektywy krajów Europy Środkowo-Wschodniej – szansa czy zagrożenie?” to szóste z kolei opracowanie CEED Institute prezentujące największe wyzwania stojące przed regionem Europy Środkowej i Wschodniej.

SKOK-i nie chcą być tylko uzupełnieniem banków spółdzielczych

CEO Magazyn Polska

Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe podlegają nadzorowi KNF podobnie jak banki komercyjne. Nie mają jednak możliwości konkurowania z nimi. To opinia Mariusza Gazdy, prezesa SKOK-u Wołomin, który proponuje wprowadzenie amerykańskiego modelu spółdzielczości finansowej. W USA niewielkie, lokalne kasy nie są objęte państwowym nadzorem. Taki wymóg dotyczy tylko większych instytucji finansowych lub tych, które chcą przekształcić się w bank. Do amerykańskich odpowiedników SKOK-ów należy obecnie 70 mln Amerykanów.
 
– Rozwiązania prawne, które weszły wraz z ostatnią ustawą o SKOK-ach, nie do końca są konsekwentne i wymierne w swojej treści w stosunku do Kas, ponieważ z jednej strony obejmują SKOK-i tym samym nadzorem, co banki spółdzielcze i komercyjne, a z drugiej strony nie traktuje się ich jako pełnoprawnego konkurenta, partnera rynku finansowego, tylko próbuje się je wtłoczyć w taką niszę, gdzie miałyby uzupełniać ofertę banków spółdzielczych. Chodzi o to, żeby być na równych warunkach z konkurencją, która w innej formie działalności prowadzi swoje biznesy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Gazda, prezes SKOK-u Wołomin.
 
Zwraca przy tym uwagę, że instytucje podobne do polskich SKOK-ów występują na całym świecie i obsługują miliony klientów. Jako przykład podaje Stany Zjednoczone, gdzie do kas spółdzielczych należy około 70 mln Amerykanów, czemu sprzyjają obowiązujące w tym kraju regulacje.
 
– Tamtejsze kasy mają możliwość wyboru – mogą być lokalnymi kasami, które nie podlegają nadzorowi federalnemu. Natomiast kasy, które mają aspiracje i możliwości rozwoju, uzyskują licencję federalną, krajową i wtedy mają szersze możliwości, jeżeli chodzi o poszerzenie  instrumentów lub oferowanych  produktów. W sytuacji, kiedy chcą i mają możliwości przekształcenia się w bank, taką ścieżkę również mają pokazaną – podkreśla Gazda.
 
Tymczasem w opinii prezesa SKOK Wołomin, polskie prawo mogłoby dawać większe możliwości rozwoju spółdzielczym kasom.
 
Zostało to tak trochę odgórnie określone, że SKOK-i mają być uzupełnieniem oferty banków spółdzielczych – mówi Mariusz Gazda. 
 
Do 27 października 2012 r. (wtedy weszła w życie Ustawa o SKOKach z 2009 r.) członkami kas mogły być wyłącznie osoby fizyczne. W rezultacie, według danych KNF-u, pod koniec 2013 r. należności od osób fizycznych stanowiły ponad 98 proc. wartości portfela kredytowego SKOKów. Reszta przypadała na małe i średnie przedsiębiorstwa oraz rolników indywidualnych.
 
Dynamiczny rozwój niektórych SKOKów doprowadził jednak do spadku jakości ich kredytów. Według KNFu, było to spowodowane niewystarczającą kontrolą ryzyka kredytowego. W efekcie, pod  koniec 2013 roku 44 kasy zostały objęte postępowaniami naprawczymi. Ponadto, według najnowszego raportu KNFu o sytuacji tego sektora „w 2013 r. Kasa Krajowa udzieliła niektórym kasom pomocy z funduszu stabilizacyjnego na łączną kwotę 193 mln zł, z czego 33,5 mln zł stanowiły darowizny, a 10,8 mln zł umorzone wcześniej udzielone kredyty stabilizacyjne”. Jest już niemal pewne, że część kas będzie musiała zostać przejęta, by uniknąć bankructwa.  KNF pracuje obecnie nad optymalnym modelem  restrukturyzacji  branży  SKOK-ów.
 
– Na pewno nastąpi konsolidacja. Najlepsze Kasy powinny sobie poradzić, jednak te słabsze będą przejęte przez inne SKOK-i lub inne instytucje – taką możliwość przewiduje ostatnia ustawę o SKOK, która w swojej treści odnosi się do przejmowania aktywów i pasywów kas przez inne instytucje, nie tylko SKOK-i. Do tej pory takie rozwiązanie nie miało miejsca, natomiast teraz taka możliwość istnieje – mówi prezes SKOK-u Wołomin.

Polacy lokują coraz więcej pieniędzy w funduszach inwestycyjnych. TFI mogą wypełnić lukę po OFE

CEO Magazyn Polska

Od początku roku na polski rynek funduszy inwestycyjnych napłynęło 2 mld zł netto. To kontynuacja pozytywnego trendu z ubiegłego roku, kiedy to Polacy zainwestowali w fundusze 30 mld zł więcej, niż z nich wypłacili. Szczególnie dużym zainteresowaniem cieszą się fundusze akcyjne, którym sprzyjają niskie stopy procentowe i poprawa koniunktury w realnej gospodarce. Mimo ryzyka, jakie wiąże się m.in. z sytuacją na Ukrainie, akcje powinny dać lepszą stopę zwrotu niż obligacje czy surowce.
 
– Rynek urósł o około 30 mld złotych, z czego ponad połowa to były środki, które zainwestowali klienci detaliczni w fundusze inwestycyjne. To jest oczywiście pochodną tego, że stopy procentowe i oprocentowanie depozytów bankowych istotnie spadło. W tej chwili widzimy kontynuację tego trendu, w tym roku na polski rynek funduszy napłynęło 2 mld złotych netto, rynek rośnie, łączne aktywa są na poziomie około 192 mld, więc są to rekordowe poziomy, wyższe nawet od tych, które obserwowaliśmy w 2007 roku –  mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Kamiński, członek zarządu Millennium TFI SA.
 
Klienci funduszy inwestycyjnych coraz chętniej podejmują ryzyko, o czym świadczy dodatnie saldo napływów do funduszy akcyjnych od początku 2014 r. 
 
– To w pewnym sensie może wspierać polską giełdę, bo kolejne napływy środków finansowych mogą równoważyć ewentualne wypływy z tytułu OFE. To będzie na pewno pozytywny czynnik. My spodziewamy się napływów rzędu przynajmniej kilkunastu miliardów złotych, być może 20 mld. zł ogółem, z rosnącym udziałem funduszy akcyjnych lub funduszy mieszanych i spadającym udziałem funduszy dłużnych, które były najbardziej popularnymi funduszami w ubiegłym roku – uważa Kamiński.
 
Dotychczasowe statystyki pokazują, że zmiany w OFE mogą doprowadzić do silnej wyprzedaży na giełdzie. Według komunikatu ZUS do 29 kwietnia br. jedynie 56,07 tys. z blisko 16,7 mln osób (0,33 proc.) mających oszczędności w OFE zdecydowało się pozostawić część składki emerytalnej w II filarze. Ubezpieczeni w funduszach emerytalnych mają do końca lipca czas na deklarację ws. pozostania w OFE i zdaniem części ekonomistów, duża grupa osób odłoży decyzję na ostatnią chwilę.

To, czy napływy do TFI pozwolą wypełnić lukę po marginalizacji funduszy emerytalnych, zależy także od rozwoju sytuacji na rynkach finansowych i wokół nich, zwłaszcza na Ukrainie.
 
– Jeżeli konflikt będzie eskalował, to będzie awersja do ryzyka i klienci będą wybierali fundusze bezpieczne, gotówkowe czy papierów dłużnych. To widzieliśmy w marcu, kiedy były negatywne odpływy z funduszy akcji i pozytywne napływy do funduszy gotówkowych – tłumaczy członek zarządu Millennium TFI SA.
 
W średnim i dłuższym terminie akcje powinny jednak być najchętniej wybieranymi przez inwestorów aktywami. To dlatego, że ich wycenie sprzyja bardzo luźna polityka pieniężna największych banków centralnych, a jej wyraźne zaostrzenie jest wciąż odległą perspektywą.
Zdaniem ekonomistów, również w Polsce stopa referencyjna NBP ma pozostać na rekordowo niskim poziomie 2,5 proc. co najmniej do I kwartału 2015 r. 
 
– Nasze nastawienie do rynków akcji pozostaje pozytywne, uważamy, że akcje są najciekawszą klasą aktywów w tych warunkach gospodarczych. Proszę pamiętać, że żyjemy w otoczeniu ultraniskich stóp procentowych na świecie, także w Polsce mamy historycznie niskie stopy. Ten czynnik powiązany z poprawą w gospodarce powinien przekładać się na lepsze wyniki spółek. A lepsze wyniki spółek zawsze są impulsem do wzrostu ceny akcji – wyjaśnia Kamiński.
 
O ile prognozy dla rynków akcji są w większości optymistyczne, o tyle ceny obligacji – zwłaszcza w średnim i dłuższym terminie – mogą zacząć spadać. W przypadku niektórych rynków wschodzących byłaby to kontynuacja zniżek, które zaczęły się w połowie 2013 r. Wtedy Fed zapowiedział stopniowe ograniczanie luzowania ilościowego (QE). W rezultacie wzrosło również oprocentowanie amerykańskiego długu, zwłaszcza w relacji do długu emitowanego przez państwa strefy euro.
 
– W Stanach Zjednoczonych obserwujemy od pewnego czasu spadek cen obligacji, czyli wzrost ich rentowności. Jest to związane z poprawą koniunktury, wzrostem oczekiwań co do przyszłych stóp procentowych, a także w związku z wygaszaniem programu QE. W Europie mamy z kolei sytuację odwrotną, ponieważ są oczekiwania co tego, że Europejski Bank Centralny uruchomi program QE w Europie lub będzie prowadził dodatkowe elementy ekspansywnej polityki monetarnej – mówi Krzysztof Kamiński.
 
Na tle akcji i części obligacji rynki surowcowe pozostają od dłuższego czasu w zdecydowanej defensywie. Poprawa nastrojów na światowych rynkach i niska inflacja zmniejszają popularność złota jako bezpiecznej lokaty kapitału. W rezultacie od września 2011 r. ceny złota spadły o blisko 30 proc., z 1900 USD do ok. 1300 USD za uncję. Choć złoto zanotowało silne wzrosty od początku 2014 r., to możliwość odrobienia strat w stosunku do 2011 r. jest mało prawdopodobna.
 
– Nasze nastawienie do rynków surowcowych, także metali produkcyjnych, pozostaje relatywnie neutralne. W warunkach poprawy gospodarczej na świecie trudno oczekiwać wzrostów cen złota. Wydaje się, że dopiero w warunkach rosnącej inflacji złoto może stać się bardziej atrakcyjne, wrócić do łask inwestorów, w tej chwili ceny poniżej 1300 dolarów mogą pozostać na tym poziomie albo nawet jeszcze spaść. Natomiast docelowe poziomy gdzieś na poziomie 1400 dolarów wydają się uzasadnione – mówi członek zarządu Millennium TFI SA.

Komentarz indeksowy BossaFX 8 maja 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 8 maja 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Jest szansa na zwiększenie zatrudnienia osób niepełnosprawnych

CEO Magazyn Polska

Dzisiaj Senat i przedstawiciele organizacji pozarządowych przedstawią propozycje zmian i rekomendacje ustawowe, które mają wesprzeć tworzenie nowych miejsc pracy dla niepełnosprawnych. Zdaniem ekspertów wpływ na kształt przepisów powinni mieć przede wszystkim pracodawcy. Z roku na rok zmniejsza się liczba zakładów pracy chronionej, co przekłada się również na wzrost bezrobocia wśród niepełnosprawnych.

Nasze propozycje zostały oparte na dwóch fundamentach. Pierwszy z nich to zmiana systemu orzecznictwa osób niepełnosprawnych, powinno być ustalone jedno, konkretne orzeczenie o niepełnosprawności, jakie może uzyskać dana osoba – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Brząkowski, radca prawny Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych.

Obecnie orzeczenia o niepełnosprawności mogą wydawać zarówno powiatowe zespoły, jak i Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Możliwe jest więc uzyskanie kilku zaświadczeń o niepełnosprawności, jednak przepisy nie regulują, które orzeczenie jest tak naprawdę obowiązujące.

Zdaniem Brząkowskiego zmianie powinien również ulec system dofinansowania pracodawców z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Obecnie środki przeznaczone na zatrudnianie niepełnosprawnych finansowane są w dużej mierze przez samych pracodawców – z rocznego budżetu PFRON-u, który wynosi ok. 5 mld zł., ponad 3 mld pochodzi właśnie od pracodawców. Ci, którzy zatrudniają co najmniej 25 osób, a wskaźnik zatrudnionych u nich niepełnosprawnych nie przekracza 6 procent, płacą niemałe kary – to równowartość iloczynu 40,65 procent przeciętnego wynagrodzenia z liczbą pracowników brakujących do osiągnięcia wymaganego poziomu.

POPON proponuje, żeby ten system utrzymać, ale żeby pieniądze przekazywane przez przedsiębiorców były przeznaczane z budżetu na wsparcie rehabilitacji zawodowej osób niepełnosprawnych, na dofinansowania do wynagrodzeń, czyli wszelkie systemy pomocowe, które zapewniają wzrost zatrudnienia osób z niepełnosprawnością. Obecnie tak nie jest, a dotacja budżetowa jest niewielka. Pieniądze należy przydzielić do konkretnych grup pomocowych, które mówią, że pieniądze z wpłat wracają w postaci np. dofinansowań, refundacji, czy wszelkich innych zwolnień dla przedsiębiorców – tłumaczy Mateusz Brząkowski.

To jednak nie koniec proponowanych zmian, które mają pomóc przedsiębiorcom. POPON chce, by każdy, kto zatrudnia więcej osób z określoną niepełnosprawnością, mógł liczyć na wyższe dofinansowanie, a wysokość dofinansowania ma zależeć od schorzenia.

Z roku na rok spada także liczba zakładów pracy chronionej. Obecnie jest ich 1,3 tys., co oznacza, że ich liczba w ciągu trzech lat spadła o połowę. Mniejsza liczba ZPCH-ów oznacza wyższe bezrobocie wśród niepełnosprawnych, dlatego POPON proponuje rozwiązania, które mają powstrzymać dalszy spadek liczby zakładów.

Zależy nam na zwiększeniu wysokość zwolnień podatkowych przeznaczonych na ZPCH-y, ale nieznacznie, chcemy takiego przesunięcia, żeby większa liczba zaliczek na podatek dochodowy od osób fizycznych była im przekazywana  – mówi Brząkowski.

Zdaniem POPON-u uproszczone powinny zostać zasady uzyskania statusu zakładu pracy chronionej. Jednym z wymogów jest zatrudnienie niepełnosprawnych na poziomie 50 procent, eksperci chcą, by wskaźnik ten obniżyć do wysokości 40 procent, co ich zdaniem zachęci pracodawców do podjęcia starań o uzyskanie tego statusu. Proponowane zmiany dotyczą również Zakładowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, z którego środków niepełnosprawni mogą finansować zakup leków czy wyjazd na turnusy rehabilitacyjne. Obecnie ZFRON funkcjonuje tylko w zakładach pracy chronionej. POPON chce, by również pracodawca z otwartego rynku pracy mógł, po spełnieniu określonego wskaźnika zatrudnienia niepełnosprawnych, taki zakładowy fundusz utworzyć.

Główna zmiana dla zwykłych przedsiębiorców jest taka, żeby mogli utworzyć zakładowy fundusz rehabilitacji, mieć zwolnienia podatkowe i finansować z nich pomoc dla niepełnosprawnych. Druga  aby dofinansowanie z PFRON-u było tym wyższe, im wyższy jest wskaźnik zatrudnienia osób niepełnosprawnych – zaznacza Brząkowski.

Najważniejszą jednak postulowaną zmianą jest dokładne zaplanowanie, na co mają zostać przeznaczone środki z PFRON-u – czy na założenie działalności gospodarczej przez niepełnosprawnego, czy na dofinansowanie przekazywane do pracodawcy.

– My w założeniach przedstawiamy na bazie już istniejącego systemu, ile pieniędzy i gdzie mogłoby funkcjonować, przede wszystkim tworząc zasadę, że tyle, ile pracodawcy wpłacają do PFRON-u, czyli ponad 3 mld zł, powinno do nich wracać w postaci np. dofinansowań, refundacji. Teraz tak nie jest, bo tak naprawdę wraca do nich tylko część z tych pieniędzy, dofinansowania nie trafiają do wszystkich, a z drugiej strony dotacja budżetowa jest z roku na rok coraz niższa. Trzeba to wypośrodkować, żeby ten system funkcjonował sprawnie, a nie od nowelizacji do nowelizacji – podsumowuje Brząkowski.

Niska płynność i ryzyko regulacyjne zniechęcają inwestorów zagranicznych do polskich spółek

0

CEO Magazyn Polska

Duzi zagraniczni inwestorzy niechętnie inwestują w polskie spółki energetyczne. Kilkadziesiąt lub kilkanaście miliardów złotych kapitalizacji i silna pozycja na naszym rynku nie oznacza automatycznie, że spółka jest atrakcyjna dla dużych graczy. W Polsce do najbardziej płynnych należą spółki pod kontrolą Skarbu Państwa, które działają na silnie regulowanych rynkach, co często niweluje pozytywne statystyki giełdowe. W rezultacie mniejsze zainteresowanie ich akcjami przekłada się na wzrost kosztów finansowania poprzez giełdę.

– My się cieszymy, że one są duże, że są w WIG30, ale jeżeli popatrzymy na płynność i na free float, to te wartości przeliczone na euro stanowią barierę nie do przeskoczenia. Duże fundusze mają swoje limity i nie mogą inwestować, jeżeli free float jest mniejszy niż X, albo płynność, czyli dzienny obrót jest mniejszy niż Y. I takie czynniki proste powodują, że niezależnie od tego, jak atrakcyjna byłaby dowolna polska spółka, ona nie będzie przedmiotem zainteresowania zagranicznych funduszy –  mówi agencji Newseria Biznes Paweł Puchalski, Head of Equity Research w Domu Maklerskim BZ WBK.
 
Niski udział akcji w wolnym obrocie (free float) oraz niska płynność są niepożądane, bo m.in. zmniejszają wiarygodność rynkowej wyceny akcji, która staje się silnie uzależniona od polityki największych akcjonariuszy. Niewystarczający obrót na rynku zwiększa koszty i ryzyko szczególnie wśród dużych inwestorów, którzy operują dużymi pakietami akcji, dlatego bezwzględnie zwracają oni uwagę na te kryteria.
 
Duża część z największych i najbardziej płynnych spółek na polskiej giełdzie działa w silnie regulowanych branżach gospodarki, takich jak np. energetyka czy szerzej sektora „utility”. Dlatego wyniki finansowe takich firm, jak PGE czy Tauron silnie zależą od polityki regulatora, którą jest trudno prognozować analitykom. Część inwestorów jest gotowa ponosić dodatkowe ryzyko z tytułu niepewności regulacyjnej, jednak dla innych – rozważających duże, pakietowe zakupy akcji – może być ono zbyt duże. Wśród tych mogą być zwłaszcza duże, zagraniczne fundusze inwestycyjne.
 
– Żeby wybrać, muszą mieć dokładną przejrzystość, muszą dokładnie wiedzieć, na jakich zasadach będą grały te spółki, jakie będą ich wyniki w przyszłości. A z tym jest bardzo duży problem w Polsce. Dlatego to jest minus, jeżeli chodzi o możliwości inwestycyjne w polskie spółki utility. Dobrze wiemy, że na przykład w przypadku KGHM to też jest regulator, który zadziałał w spółce Skarbu Państwa, który nagle narzucił 2 mld zł podatku od wydobycia. Taka rzecz też nie pomaga w ocenie stabilności systemu regulacyjnego w danym kraju –  tłumaczy Puchalski.
 
Ryzyko dla inwestorów wiąże się nie tylko z działalnością rządu jako regulatora, lecz także jako właściciela. Pokazała to np. inwestycja PGE w Opolu, która została źle przyjęta przez rynek, ponieważ według analiz wykonanych przez poprzedni zarząd będzie ona nierentowna. W poprzednich latach dyskusje wzbudzały także wysokie dywidendy, które wypłacał sobie (i przy okazji pozostałym akcjonariuszom) Skarb Państwa z podległych mu spółek. W niektórych przypadkach były one wyższe niż rekomendacje zarządów. Zdaniem Pawła Puchalskiego, rząd powinien zredukować swoje pakiety akcji, ale może mieć problem z uzyskaniem atrakcyjnej ceny, dlatego najprawdopodobniej utrzyma obecne status quo.
 
– Skarbu Państwa powinno być jak najmniej, czyli 25 proc. i złota akcja. Już powiedziałem, że dziwię się, że to nie zostało dużo wcześniej rozegrane, załatwione. Teraz oczywiście rynek jest relatywnie płytki. Tutaj nie byłoby łatwo uplasować na polskim rynku, szczególnie w świetle tych zmian z OFE. Ale to rząd o tym chyba doskonale wiedział, jak podejmował takie decyzje. Ja mogę tylko się dziwić, nie spodziewałbym się żadnej dużej oferty, właśnie, że dyskonto byłoby zbyt duże wymagane przez inwestorów –  uważa Paweł Puchalski. 
 
Dyskonto oznacza, że kupujący w zamian za dodatkowe ryzyko żądają niższych cen akcji. Dotyczy to zarówno papierów będących już w obrocie, jak i tych, które mogą zostać wyemitowane. Dla firmy chcącej pozyskać kapitał w drodze emisji akcji, dyskonto ze strony inwestorów finansowych zwiększa jest koszt. W rezultacie, dla spółek o niskim zadłużeniu bardziej opłacalne może być zaciąganie długu niż emisja akcji.
 
PGE de facto jest bez długu. Wskaźnik zadłużenia EBITDA razy dwa, razy trzy nie jest najmniejszym problemem dla spółki energetycznej. To oznacza, że dodatkowo mamy znikąd 25 mld. Naprawdę dziwię się, jeśli ktoś rozważa opcję, że spółki będą musiały emitować nowe akcje. Chyba, że ryzyko regulacyjne jest większe niż się spodziewamy –  wyjaśnia dyrektor w DM BZ WBK.
 
Polska Grupa Energetyczna planuje do 2018 r. wydać na inwestycje ok. 40 mld zł. Na tę kwotę składają się inwestycje w energetykę konwencjonalną w Opolu i Turowie, energetykę odnawialną, dystrybucję oraz projekt jądrowy. Spółka zapowiadała w połowie marca, że jeszcze w II kwartale przedstawi zaktualizowaną strategię. Według Puchalskiego, powinna ona zakładać cięcia kosztów, co uwolniłoby dodatkowe środki na rozwój.
 
–  Oszczędzać, oszczędzać, oszczędzać, bo dobrze wiemy, że spółki energetyczne są powszechnie podejrzewane i nie tak wcale niesłusznie o to, że ich koszty można jeszcze zoptymalizować. Tylko i wyłącznie tutaj należy się skupić. Gdybym był w zarządzie, to koszty są jedynym problemem. Bo nic nie zrobimy z ryzykiem regulacyjnym, tylko możemy pracować nad kosztami – uważa Puchalski.

Lidl liderem wśród sieci handlowych pod względem nakładów na reklamę. Na kolejnych miejscach Biedronka i Żabka

0

CEO Magazyn Polska

Lidl to sieć sklepów, która przeznaczyła najwięcej na reklamę w I kwartale. Wydatki na ten cel wyniosły 85 mln zł. Dwa razy mniej wydała druga w rankingu Biedronka, a trzecia Żabka przeznaczyła na promocję ponad 12 mln zł wynika z badania Instytutu Monitorowania Mediów. W większości badanych sieci nasilenie akcji promocyjnych nastąpiło w marcu – głównie z powodu zbliżających się świąt wielkanocnych. Wysokie nakłady na reklamę sprzyjają często popularności sieci wśród internautów, jednak nie zawsze ta zasada się sprawdza.

Najbardziej aktywnym reklamodawcą handlowym w I kwartale był Lidl. Sieć przeznaczyła na promocję w prasie, radiu oraz telewizji – wśród których najpopularniejsze były kreacje z udziałem kucharzy celebrytów Karola Okrasy i Pascala Brodnickiego – łącznie około 85 mln zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Jadaś z Instytutu Monitorowania Mediów.

Na drugim miejscu pod względem wydatków reklamowych uplasowała się firma Jeronimo Martins – właściciel sieci Biedronka – która na ten cel przeznaczyła 35,6 mln zł, czyli ponad dwa razy mniej niż Lidl. Tym razem sieć w reklamach postawiła nie tylko na promocje i obniżki cenowe.

Pewną nowością w tym kwartale była kampania wizerunkowa Biedronki, która polegała na tym, że przedstawiciele kilku polskich firm – dostawców Biedronki – promowali własne produkty sprzedawane na półkach tej sieci. Wystąpili m.in. szefowie firm Bakalland czy Sokołów – mówi Jadaś.

Na trzecim miejscu rankingu uplasowała się Żabka, której wydatki reklamowe wyniosły nieco ponad 12 mln zł. Na czwartym zaś znalazło się Tesco (8,2 mln zł). W zestawieniu na ósmym miejscu zadebiutowała sieć Piotr i Paweł (3,9 mln zł). Ostatnia w rankingu sieć Real wydała na promocję 3,6 mln zł.

Większość sieci nasiliła akcje promocyjne w marcu. Wydatki największych reklamodawców były w marcu wyższe średnio o 56 mln złotych niż w lutym czy styczniu.

W marcu Lidl czy Biedronka zaczęły nawiązywać najpierw do wiosny, wiosennych produktów, natomiast w końcówce miesiąca w reklamach zaczął przewijać się motyw świąt wielkanocnych – mówi ekspert IMM.

Jednak, jak podkreślono w raporcie Instytutu, nasilenie wydatków związane z Wielkanocą było znacznie niższe niż w okresie przed Bożym Narodzeniem. W ujęciu kwartalnym budżety Lidla, Biedronki i Kauflandu były niższe o ok. 10 mln zł. Netto wydało ok. 5 mln zł mniej.

Sieci handlowe w cyberprzestrzeni

Instytut Monitorowania Mediów zbadał także przełożenie akcji reklamowych na wzmianki w sieci. W przypadku Lidla wydatki na reklamę były wprost proporcjonalne do intensywności dyskusji w sieci o tej marce (ponad 17 tys. publikacji).

Nieco inna zależność jest była w przypadku sieci Tesco, której wydatki na reklamę były stosunkowo niewielkie, a mimo to sieć wzbudziła wśród internautów duże zainteresowanie [blisko 10 tys. publikacji – red.] – mówi Łukasz Jadaś. – Zarówno Lidl, jak i Tesco intensywnie promują się, prowadzą intensywne działania w sieciach społecznościowych, a co za tym idzie generują dodatkową treść: udostępnienia, komentarze i inne aktywności, co sprzyja dotarciu sieci do internautów – dodaje.

Najczęściej internauci dzielą się wiadomościami dotyczącymi promocji w sieci Biedronka. Często dyskutowali także o ofercie Tesco i Lidla. Mimo że Real zajmuje dopiero 10. miejsce pod względem wydatków na reklamę, to wśród internautów oferta sieci także cieszy się popularnością.

Niektóre miejsca dyskusji w internecie na temat sieci handlowych są nietypowe. Na przykład w lutym zauważyliśmy wzmożoną aktywność na forach, blogach i fanpage’ach związanych z rozrywką elektroniczną. Jak się okazało, był to skutek rozpoczęcia promocji wyprzedaży gier wideo przez Biedronkę i firmę CD Projekt – mówi Łukasz Jadaś. – Co ciekawe, internauci dyskutują nie tylko o bieżących, korzystnych dla nich ofertach, lecz także prowadzą poważniejsze rozmowy na temat polityki handlowej i perspektyw rozwoju sklepów sieci.

Instytut Monitorowania Mediów zbadał wydatki reklamowe hipermarketów, supermarketów, dyskontów i sklepów convenience w I kwartale br. przy użyciu aplikacji Admonit. Analizie poddano reklamy w prasie, radiu i telewizji, a także ich oddźwięk w sieci. Zbadano ponad 56 tysięcy ogólnodostępnych wzmianek w internecie wraz z mediami społecznościowymi, w których pojawiały się nazwy sieci handlowych w kontekście niekomercyjnym.

Polskie firmy boją się zmian kursowych, ale niechętnie korzystają z zabezpieczeń przed ryzykiem walutowym

CEO Magazyn Polska

40 proc. małych i średnich polskich firm handlujących z zagranicą nie zabezpiecza się przed ryzykiem kursowym, a niemal połowa osób zarządzających tymi przedsiębiorstwami w ogóle nie słyszała o takich możliwościach – wynika z badania firmy Akcenta. Jednocześnie co trzecia firma z sektora MŚP twierdzi, że zmiany kursów walut są największym niebezpieczeństwem dla jej biznesu. Powodem niechęci do zabezpieczeń walutowych jest niewiedza przedsiębiorców i obawa przed dużymi kosztami takich transakcji.

 To jest szczególnie zaskakujące, że firmy jeszcze o tej możliwości nie wiedzą. Myślą, że zabezpieczenie się przed ryzykiem kursowym jest zarezerwowane wyłącznie dla dużych firm, klientów korporacyjnych i banków – mówi Radosław Jarema, dyrektor zarządzający firmy Akcenta w Polsce.

Nawet w grupie firm, które stosują jakieś zabezpieczenia (37,6 proc. wszystkich firm objętych badaniem), aż 38,8 proc. nie potrafiło wskazać, w jaki konkretny sposób to robi. A co piąta z tych, które nie stosują żadnych ochron walutowych, twierdzi, że jest to zbyt drogie.

 Z badania wynika, że 20 proc. firm się nie zabezpiecza, myśląc, że koszty tego zabezpieczenia będą bardzo duże, a w naszym przypadku tego typu transakcje są darmowe, klienta to nic nie kosztuje. Jedyny wkład początkowy, jaki klient ponosi, to jest zabezpieczenie rzędu 2–10 proc. kwoty transakcji, ale jest to wliczane do kwoty transakcji, więc klient nie może tych środków stracić – twierdzi Jarema Ogólnym powodem niechęci do zabezpieczeń, co pokazuje raport, jest jednak niedoinformowanie klientów o tym, że mogą zawrzeć transakcje inne niż transakcje spot, niż transakcje natychmiastowe. Klienci o tych możliwościach nie wiedzą.

Dlatego najpopularniejszą – bo najprostszą – formą ochrony przed niekorzystną zmianą kursów jest ubezpieczenie – stosuje je 26,5 procent zabezpieczających się firm. Na drugim miejscu są transakcje terminowe – produkty nieco bardziej skomplikowane w swojej konstrukcji, ale w praktyce proste dla klienta, jak zapewnia Jarema. Polegają one na tym, że w chwili zawarcia kontraktu przedsiębiorca podpisuje umowę, zgodnie z którą w dniu realizacji kontraktu firma zabezpieczająca gwarantuje sprzedaż lub kupno waluty z tego kontraktu po z góry ustalonym kursie.

 Jeżeli ustali z nami, że euro sprzeda nam po 4,20 zł, to za 100 tys. euro dostanie 420 tys. złotych bez względu na to, jaki będzie aktualny kurs rynkowy – tłumaczy Jarema. – Czyli forward czy transakcje terminowe to nie jest narzędzie do spekulacji, do zwiększenia zysku, ale jest to narzędzie do spokojnego snu, do zabezpieczenia marży, którą sobie przedsiębiorca z góry założył.

Badania Akcenty przeprowadzono w grupie ponad 200 małych i średnich polskich przedsiębiorstw, zajmujących się eksportem i importem.

Cudzoziemcy kupili w ciągu ostatnich pięciu lat kilkadziesiąt tysięcy mieszkań w Polsce. W czołówce rankingu są Niemcy i Ukraińcy

CEO Magazyn Polska

W ciągu ostatnich 5 lat obcokrajowcy nabyli w Polsce 1,8 mln metrów kwadratowych mieszkań, co odpowiada 30-40 tys. lokali przeciętnej wielkości. Deweloperzy tylko w ciągu roku oddają do użytku dwa razy tyle mieszkań, dlatego popyt ze strony cudzoziemców nie wpływa mocno na ceny przekonuje Bartosz Turek z Lion’s Banku. Zagraniczni inwestorzy mogą silniej oddziaływać jedynie na wybrane rynki, takie jak aglomeracja warszawska. Znacznie ważniejszymi czynnikami powodującymi wzrost cen mieszkań są dostępność kredytów i wzrost wynagrodzeń.

Znacznie łatwiej jest teraz wziąć kredyt niż na przykład 10 lat temu. Po drugie, znacznie więcej zarabiamy. Mniej więcej o 3/4 wzrosło przeciętne wynagrodzenie w ostatniej dekadzie. A dopiero na trzecim miejscu jak przyczynę wzrostu popytu na mieszkania postawiłbym zwiększony popyt ze strony nabywców z zagranicy. W ciągu 5 lat wszyscy cudzoziemcy w Polsce kupili mniej więcej połowę mieszkań, które deweloperzy budują w ciągu roku. Ta skala jest więc ograniczona – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Turek, analityk rynku nieruchomości Lion’s Banku.

Nieprzypadkowo zatem boom na rynku nieruchomości w Polsce wystąpił w okresie 2004–2007, kiedy szybko rosły wydatki i płace, napędzane silnym przyrostem kredytu. Późniejsza dekoniunktura w nieruchomościach trwała do 2013 r. – dopiero wtedy ceny przestały spadać. Mimo to w ostatniej dekadzie średnie ceny nieruchomości w centrum Warszawy wzrosły ponad dwukrotnie.

W 2003 roku płacono za metr kwadratowy mieszkania w centrum Warszawy 3,7 tys. zł. Teraz jest to niewiele poniżej 10 tys. zł – mówi Turek.

Na świecie ceny mieszkań i domów są jednak bardzo mocno zróżnicowane w zależności od lokalizacji, typu nieruchomości, jej standardu itp. Duże różnice są widocznie nie tylko na poziomie państw i regionów, lecz także wewnątrz aglomeracji. Szczególnie drogie są nieruchomości w znanych kurortach i centrach metropolii o znaczeniu globalnym, takich jak Londyn. Niekiedy jednak wyceny nieruchomości w poszczególnych regionach lub miastach mogą silnie odbiegać od fundamentów ekonomicznych, co pokazało pęknięcie bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości w Irlandii, Hiszpanii, Bułgarii czy też Rumunii.

Jeżeli spojrzymy na przykład na Monako, to tam za metr kwadratowy apartamentu trzeba zapłacić tyle, co za jedną skromną kawalerkę w Warszawie, to jest skala porównawcza. W centrum Londynu apartamenty kosztują kilkunastokrotnie więcej niż w Polsce. Ceny mogą być znacznie wyższe niż nad Wisłą, ale oczywiście są też kraje, gdzie ceny nieruchomości są znacznie niższe – Bułgaria, Rumunia, nawet Niemcy. Jeżeli spojrzymy na Berlin, to ceny są znacznie niższe niż w Warszawie – przekonuje analityk Lion’s Banku.

Pomimo tego, że Warszawa jest relatywnie droga w stosunku do innych dużych miast w Polsce, cieszy się największym zainteresowaniem wśród zagranicznych nabywców nieruchomości.

Przede wszystkim cudzoziemcy kupują na terenie województwa mazowieckiego, a więc głównie w Warszawie. Jeżeli spojrzymy na pięć ostatnich lat, to mniej więcej 40 proc. powierzchni mieszkań kupionych przez cudzoziemców znajdowało się w województwie mazowieckim. Później mamy takie województwa, jak dolnośląskie, śląskie, małopolskie, wielkopolskie – one łącznie odpowiadają za mniejszy udział w zakupach niż samo województwo mazowieckie – twierdzi Bartosz Turek.

Wśród zagranicznych nabywców polskich nieruchomości zdecydowaną mniejszość stanowią nabywcy komercyjni, np. fundusze inwestycyjne. Według dostępnych danych, przeważają zakupy w celach prywatnych. Niewielka obecność nabywców instytucjonalnych zmniejsza presję na wzrost cen.

Jeżeli spojrzymy na zakupy w rozbiciu na osoby fizyczne i osoby prawne, to w ostatnich pięciu latach mniej więcej 80 proc. mieszkań kupionych przez cudzoziemców było nabywanych przez osoby fizyczne, z dużą dozą prawdopodobieństwa na własne potrzeby – twierdzi Turek.

Najliczniejszą grupą obcokrajowców kupujących w Polsce nieruchomości są wciąż Niemcy. Od 2008 r. spada za to udział Brytyjczyków i Irlandczyków w liczbie nabytych metrów kwadratowych. 

Mniej więcej jedna nieruchomość na dziesięć kupowanych przez cudzoziemców jest nabywana przez Niemców. Na drugim miejscu są Brytyjczycy, ponad 100 tys. metrów kwadratowych mieszkań kupili w ostatnich pięciu latach. Ale ponad 50 tys. metrów kwadratowych kupili Włosi, Ukraińcy, Irlandczycy, Hiszpanie  mówi analityk rynku nieruchomości Lion’s Banku.

W ostatnim czasie rośnie liczba nabywców z Ukrainy i Rosji, co ma związek z trwającym na wschodzie Europy konfliktem zbrojnym. Bogaci Rosjanie starają się omijać sankcje i lokują swoje oszczędności w nieruchomościach, także w Polsce.

Lokując kapitał przez jakieś firmy zarejestrowane w Wielkiej Brytanii czy w jakichś rajach podatkowych, mogą kupować nieruchomości anonimowo i dzięki temu zabezpieczać swój majątek – uważa Bartosz Turek.