KGHM schodzi coraz głębiej. W kopalni „Rudna” ruszyła produkcja poniżej 1200 metrów pod ziemią

CEO Magazyn Polska

KGHM rozpoczął wydobycie miedzi i srebra z obszaru Głogów Głęboki-Przemysłowy. To najgłębiej do tej pory znajdujący się oddział wydobywczy spółki – poniżej poziomu 1,2 tys. metrów. Docelowo w 2019 roku szyb będzie jeszcze o ponad 100 metrów głębszy, a produkcja sięgnie 10-11 mln ton rudy rocznie. Nowy obszar zapewni produkcję na nawet 40 lat.

Głogów Głęboki-Przemysłowy pozwoli nam prowadzić do roku 2035 eksploatację na podobnym poziomie wielkości wydobycia. A za Głogowem Głębokim są jeszcze następne rejony – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Kędzia, wiceprezes KGHM Polska Miedź SA.

Obszar Głogów Głęboki-Przemysłowy będzie eksploatowany przez dwie działające już kopalnie – „Rudna”, która rozpocznie wydobycie jako pierwsza, a później także „Polkowice-Sieroszowice”. To pierwszy tak głęboko znajdujący się oddział wydobywczy KGHM-u. Na potrzeby wentylacji tego obszaru, w ubiegłym roku rozpoczęto głębienie szybu GG 1 o docelowej głębokości  1,34 tys. metrów.

W tym roku KGHM liczy na produkcję ok. 1 mln ton rudy i ok. 14,5 tys. ton miedzi elektrolitycznej z obszaru Głogowa Głębokiego-Przemysłowego. Uruchomienie eksploatacji zajęło 10 lat – koncern uzyskał koncesję na ten obszar w 2004 roku.

KGHM zainwestował w przygotowanie nowego obszaru łącznie 931 mln zł.  Spółka chce utrzymać roczną produkcję na poziomie 30 mln ton rudy i 2 mln ton koncentratu miedziowego rocznie.

Nowy obszar pozwoli na utrzymanie wydobycia na stałym poziomie i da możliwość utrzymania miejsc pracy – mówi Mirosław Laskowski, dyrektor oddziału Zakłady Górnicze „Rudna”.

Eksploatacja GG-P osiągnie największe natężenie dopiero za ponad 10 lat. KGHM planuje w latach 2028-2035 produkować nawet 10-11 mln ton rudy i 200-220 tys. ton miedzi elektrolitycznej rocznie z tego obszaru. Średnia zawartość miedzi w złożu GG-P sięga 2,5 proc., o niemal 1 pkt proc. więcej niż średnia z innych obszarów.

Spółka zapowiada, że w przyszłości będzie prowadzić więcej prac na dużych głębokościach. To niezbędne, bo choć złoża KGHM-u w Polsce szacuje się jako czwarte pod względem wielkości na świecie, to ich eksploatacja wymaga zejścia głębiej. Według ocen, sam obszar GG-P zawiera jedną czwartą całych zasobów miedzi i jedną trzecią zasobów srebra na obszarach koncesyjnych KGHM-u w kraju.

Jeszcze kilka lat temu koncepcja budowy KGHM zakładała eksploatację do 1000 metrów. Natomiast pokonanie  problemów technicznych pozwoliło na to, że doszliśmy do poziomu 1200 metrów. Dzisiaj już jesteśmy poniżej tego poziomu. Jestem przekonany, że  poprawa organizacji pracy, nowe maszyny, inne systemy eksploatacji – może kombajnem, może metodą ścianową – pozwolą nam sięgnąć jeszcze głębiej – prognozuje Wojciech Kędzia.

Praca na dużej głębokości wiąże się z większymi zagrożeniami, ale nie będzie całkowicie zautomatyzowana. Kędzia podkreśla, że bezpieczeństwo jest priorytetem. Maszyny wykorzystywane na tej głębokości będą podobne do innych, choć będą wymagały nieznacznego dostosowania.

Uruchomienie GG-P było dużym wyzwaniem także od strony technologicznej. Potrzebne były specjalne badania geologiczne, przeprowadzone metodą tomografii sejsmicznej, by sprawdzić zagrożenie gazogeodynamiczne.

Wiele tematów technicznych należało rozwiązać, aby  utworzyć oddział wydobywczy. To m.in, problemy klimatyczne, wentylacyjne, problemy z budową komór maszyn ciężkich, z nową infrastrukturą elektryczną, z odstawą taśmową – wszystkie te rzeczy przez ostatnich kilka lat były obiektem naszego zainteresowania – wylicza Mirosław Laskowski.

Pomimo uruchomienia nowego obszaru, KGHM nie zwiększy zatrudnienia. Laskowski zapowiada jednak, że w sektorach innych niż wydobycie, np. w nowej stacji klimatycznej, niezbędni będą nowi pracownicy. Kędzia dodaje, że KGHM stara się utrzymywać zatrudnienie na stałym poziomie, automatyzując i usprawniając coraz więcej procesów, ale nowe inwestycje mogą wiązać z tworzeniem miejsc pracy.

Enea chce pozyskać z rynku 5 mld zł na OZE i kogenerację. Czeka na okazje rynkowe

CEO Magazyn Polska

Energetyczna grupa razem z bankami pracuje nad programem emisji obligacji, który zapewni środki na inwestycje w odnawialne źródła energii i kogenerację (czyli jednoczesne wytwarzanie energii elektrycznej i cieplnej) oraz na ich aktywizację. Największą tegoroczną inwestycją w segmencie wytwarzania jest budowa bloku węglowego w Kozienicach, która pochłonie 1,39 mld zł.

Ten rok jest bardzo ważny dla inwestycji w Kozienicach. Na razie wszystkie prace, zarówno betonowanie, jak i fundamentowanie, przebiegały zgodnie z planem. Budowa chłodni także idzie zgodnie z planem, wszystkie konstrukcje betonowe są już gotowe – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Kinelski, wiceprezes zarządu ds. handlowych w Enea SA.

Enea poinformowała inwestorów, że ma zapewnione finansowanie na projekt w Kozienicach. W tym celu spółka planuje wyemitować obligacje o wartości 0,5 mld zł. To pierwsza transza z wartego 4 mld zł programu emisji papierów dłużnych, którego gwarantami zostało pięć banków działających na polskim rynku. Enea zleciła także instytucjom finansowym opracowanie kolejnego planu emisji obligacji o wartości 5 mld zł, który ma pokryć wydatki na projekty związane z OZE i kogeneracją. Spółka przygląda się obecnie możliwościom zakupu farm wiatrowych i rozwija własne projekty w tym zakresie. Nie wyklucza także inwestycji w energetykę słoneczną, jednak uzależnia je od kształtu regulacji.

Na razie nie mamy nic na biurku. Natomiast myślimy o tym, chcemy rozwijać się na zasadzie korzystania z pewnych okazji rynkowych, oczekujemy także na rozwiązania prawne w tym zakresie – wyjaśnia Kinelski.

W 2013 r. grupa Enea zanotowała 715,4 mln zł zysku netto przypisanego akcjonariuszom jednostki dominującej, podczas gdy rok wcześniej było to 699,7 mln zł. Przychody w 2013 r. wyniosły 9,15 mld zł, i były o blisko miliard zł niższe niż rok wcześniej (10,09 mld zł). W ubiegłym roku przychody były pod presją spadających cen energii elektrycznej, obecnie widać już pierwsze sygnały ożywienia na tym rynku. Mimo to, według prognoz Enei, marże w segmencie wytwarzania mogą w tym roku spadać.

W tym roku większość kontraktów jest już zawartych, widzimy, że ceny są w takim trendzie bocznym. Niewiele się tu zmienia. Od kilku tygodni obserwujemy drobne wzrosty w cenach energii, to też zależy od tego, jak kształtują się koszty emisji CO2 i pozostałe czynniki, które wpływają na cenę energii – tłumaczy wiceprezes Enei.

Energetyczna grupa zapowiedziała, że w tym roku będzie walczyć o wyższą sprzedaż w segmencie małych i średnich przedsiębiorstw.

Rynek jest wolny, więc od kilku lat obserwujemy już odpływy i przypływy klientów. To zależy od tego, czy konkurencja robi na naszym terenie akcje promocyjne czy też sprzedażowe. To samo dotyczy naszych działań – twierdzi Kinelski.

24 kwietnia WZA Enei zdecyduje o wypłacie dywidendy za 2013 r. Zarząd grupy rekomenduje wypłatę akcjonariuszom 251,62 mln zł, czyli 0,57 zł na akcję. W ubiegłym roku Enea wypłaciła dywidendę w wysokości 158,92 mln zł, co odpowiada kwocie 0,36 zł na akcję. Blisko 581 mln zł zysku netto z 2013 r. ma zwiększyć kapitał rezerwowy spółki w celu finansowania inwestycji.

Mikrofirmy wciąż mają utrudniony dostęp do kredytów. Pożyczki dla firm wypełniają lukę w ofercie banków

0

CEO Magazyn Polska

W Polsce około 2 mln osób prowadzi jednoosobową firmę. Cały sektor małych i średnich firm tworzy 3/4 miejsc pracy i odpowiada za blisko 66 proc. PKB. Mimo to wielu mikroprzedsiębiorców nie ma dostępu do zewnętrznego kapitału i musi polegać na własnych środkach. Analizy Providenta, a także przedstawicieli pracodawców, pokazują, że wynika to z niemożności otrzymania kredytu w banku lub jego wysokich kosztów. Tę lukę zaczyna jednak wypełniać rynek pożyczek dla firm.

Nasze analizy wskazują, że głównym źródłem finansowania mikroprzedsiębiorców są ciągle ich własne kapitały. Wydaje się, że jest to sektor, który strukturalnie ma ograniczony dostęp do finansowania zewnętrznego. Z punktu widzenia bankowego obsługa tego typu klientów wymaga przejścia dokładnie takiego samego procesu, kiedy aplikują o 5 tys. i kiedy aplikują o 50 tys. zł. To złożenie całej dokumentacji, pokazanie wpływów na rachunek, udokumentowanie płatności do urzędu skarbowego, ZUS-u  to coś, co z punktu widzenia przedsiębiorcy, który się stara o niewielką kwotę pożyczki, jest dużą barierą i wyzwaniem – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Szustakiewicz, kierownik ds. rozwoju produktu Provident Polska.

Brak środków finansowych na rozwój to jedna z najważniejszych barier, jaką napotykają polscy przedsiębiorcy. Banki niechętnie udzielają dużych kredytów małym i średnim firmom, bo te często nie mają odpowiednich aktywów, które mogłyby służyć jako zabezpieczenie. Ponadto, niejednorodność grupy mikroprzedsiębiorców sprawia, że bankom trudno jest oszacować ryzyko, jakie wiąże się z udzieleniem kredytu konkretnej osobie fizycznej. To dlatego fakt, że dana firma jest obecnie rentowna, często nie wystarczy do otrzymania kredytu z banku.

Wydaje się, że mimo okresu stagnacji jest to grupa, która cały czas rośnie. Dane Głównego Urzędu Statystycznego wskazują, że jest to grupa, która zazwyczaj nie ma problemu z rentownością swojego biznesu, natomiast ma ciągłą potrzebę dostępu do kapitału pracującego, z którego mogliby finansować rozwój działalności – twierdzi Szustakiewicz.

Szczególnie utrudniony dostęp do kredytów bankowych mają początkujący przedsiębiorcy, którzy nie mogą przedstawić odpowiednich dokumentów dotyczących ich sytuacji na rynku. Zewnętrznie finansowanie jest potrzebne nie tylko do celów inwestycyjnych, lecz także na pokrycie bieżącej działalności.

Popyt na pożyczki ze strony firm wynika m.in. z potrzeby utrzymania płynności, która może być zagrożona przez tzw. zatory płatnicze lub nieprzewidziane okoliczności. Stąd też dla przedsiębiorców często ma znaczenie szybkość, z jaką otrzymają kredyt handlowy lub pożyczkę. Procedury bankowe są niekiedy czasochłonne i wiążą się z dokładnym prześwietlaniem ryzyka kredytowego, dlatego mikrofirmy wolą sięgać po pożyczki w firmach pożyczkowych lub są zmuszone polegać na własnych środkach. Wśród nich przeważają przedsiębiorcy oferujący drobne usługi i działający w branży handlowej.

Dominującym segmentem są rzeczywiście osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą, ale nie mam na myśli grup zawodowych, takich jak architekci, lekarze, weterynarze, którzy bez problemu znajdą finansowanie w sektorze bankowym. Mam na myśli mikroprzedsiębiorców, których spotykamy na co dzień, czyli głównie handel. Cieszy rosnąca grupa usług i takich pomysłów na biznes, które są bardziej zaawansowane – uważa kierownik ds. rozwoju produktów Provident Polska.

W odpowiedzi na lukę rynkową, Provident rok temu zaoferował pożyczki dla firm w kwocie do 10 tys. zł. Niewielkie formalności mają zachęcać przedsiębiorców do pożyczania pieniędzy, które będą przeznaczane na rozwój lub regulowanie bieżących zobowiązań.

– Średnia kwota pożyczki to 5 tys. zł. Produkt, który stworzyliśmy, jest to produkt masowy, dostępny na terenie całego kraju ze względu na to, że posiadamy olbrzymią sieć dystrybucji. Znajdujemy się zarówno na terenach wiejskich, jak i w miastach. Sprzedaż 5 tys. pożyczek na kwotę 23 mln zł wskazuje na to, że produkt został właściwie odebrany – ocenia Szustakiewicz.

Drobni przedsiębiorcy bardzo często wykonują wszystkie zadania, jakie wiążą się z prowadzeniem firmy: od pozyskiwania klientów i negocjacji, aż po zamawianie dostaw i rejestrowanie transakcji w celach podatkowych i rachunkowych. Według Pawła Szustakiewicza popyt ze strony małych firm na usługi doradcze i eksperckie będzie rósł, co już znajduje odzwierciedlenie w ofercie Providenta.

Mikroprzedsiębiorca, czyli człowiek orkiestra, który zajmuje się wszystkim, nie ma za sobą zaplecza ekspertów podatkowych, prawnych, księgowych. W ramach naszej oferty stworzyliśmy unikalną usługę assistance, rozszerzoną właśnie o możliwość korzystania z usług doradcy podatkowego, księgowej, prawnika, który pomoże w sprawach gospodarczych – mówi Paweł Szustakiewicz.

Rozliczenia elektroniczne mają już 20 lat. Przyszłością będą przelewy natychmiastowe

0

CEO Magazyn Polska

System płatności elektronicznych ELIXIR, który skończył właśnie 20 lat, przetwarza rocznie ponad  1,5 mld płatności – 3,5 transakcji miesięcznie na każdego mieszkańca Polski. Najnowszym rozwiązaniem z rodziny ELIXIR udostępnionym przez KIR jest Express ELIXIR, system przelewów natychmiastowych, który działa całą dobę i umożliwia rozliczanie płatności w czasie liczonym w sekundach. Właśnie przelewy natychmiastowe mają szansę w przyszłości stać się główną platformą rozliczeniową. Na razie usługę tę oferuje osiem banków.

System ELIXIR wystartował w 1994 r. Był wtedy rewolucją: w ciągu 10 lat całkowicie zastąpił system rozliczeniowy SYBIR, w którym rozliczenia bazowały na obiegu dokumentów papierowych, dostarczanych przez sieć regionalnych oddziałów Krajowej Izby Rozliczeniowej. W ciągu 20 lat w systemie ELIXIR rozliczonych zostało już 14 miliardów transakcji o wartości 50 bilionów złotych. W ciągu ostatnich 12 miesięcy dokonano za jego pośrednictwem ponad 1,5 mld płatności. Dla porównania: w pierwszym roku działalności było to tylko 700 tys. transakcji. Łączna wartość transakcji rozliczonych w dotychczasowej historii systemu ELIXIR kształtuje się na poziomie około 2,5-krotności polskiego PKB wypracowanego w tym samym okresie.

ELIXIR stanowi jeden z kluczowych elementów polskiego systemu finansowego i rozlicza zdecydowaną większość przelewów realizowanych w Polsce. Jego wdrożenie umożliwiło wprowadzenie później takich usług, jak bankowość internetowa czy płatności natychmiastowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Szymański, Wiceprezes Zarządu Krajowej Izby Rozliczeniowej (KIR).

Michał Szymański podkreśla, że Polska należy do liderów w zakresie innowacyjnej technologii płatności natychmiastowych. Wprowadzony przez KIR system Express ELIXIR był drugim, po brytyjskim, tego typu rozwiązaniem w Europie. Express ELIXIR działa całą dobę, bez żadnych przerw, umożliwiając rozliczanie transakcji w kilka sekund niezależnie od pory dnia i nocy. Na razie w systemie uczestniczy osiem banków.

Mamy podpisane umowy z kolejnymi kilkunastoma bankami. Stopniowo, podobnie jak w przypadku usługi ELIXIR, przelewy natychmiastowe zostaną udostępnione wszystkim klientom banków – twierdzi Michał Szymański.

Równocześnie na bieżąco udoskonalany jest starszy system. ELIXIR działa w dni powszednie i prowadzi rozliczenia przelewów międzybankowych w trzech sesjach dziennie.

Rozliczenie zajmuje 2-3 godziny, można więc wyobrazić sobie sytuację, że ktoś zleca przelew przed 9 rano, a pieniądze trafiają na konto odbiorcy już o 11. Rozliczenie następuje praktycznie w ciągu jednego dnia – wyjaśnia Tomasz Jończyk, dyrektor linii biznesowej rozliczenia w Krajowej Izbie Rozliczeniowej.

ELIXIR i Express ELIXIR umożliwiają rozwój bankowości internetowej, wciąż zdobywającej nowych klientów. Jak podkreśla Michał Szymański, to segment, który ma duży potencjał wzrostu.

W porównaniu do innych krajów europejskich liczba transakcji bezgotówkowych na jednego mieszkańca wciąż jest w Polsce niska, a 80 proc. płatności to gotówka – tłumaczy wiceprezes KIR.

Jednak przyszłość należy do płatności natychmiastowych. Według Tomasza Jończyka, już daje się odczuć silna presja ze strony klientów, którzy wiedząc, że SMS czy zdjęcie można przesłać niemal natychmiastowo, oczekują, że podobnie będzie z przelewami.

Hakerzy coraz bardziej skuteczni. W ubiegłym roku wykradli 552 miliony tożsamości

CEO Magazyn Polska552 miliony ujawnionych tożsamości w hakerskich włamaniach do sieci informatycznych dużych firm – to bilans 2013 roku według raportu firmy Symantec. Liczba ataków ukierunkowanych rośnie. Coraz bardziej narażone są nasze telefony i konta na portalach społecznościowych, a użytkownicy wciąż mają problemy z poprawnym zabezpieczaniem swoich osobistych urządzeń.

Liczba i zasięg włamań internetowych rosną w zastraszającym tempie. Atakowane są duże i małe firmy i w każdym przypadku na szwank narażone są osobiste dane ich klientów. Najczęściej łupem cyberprzestępców padają wrażliwe dane – od numerów kart kredytowych po hasła do kont bankowych.

W 2012 roku było jedno włamanie, które ujawniało ponad 10 mln tożsamości użytkowników. W 2013 roku takich włamań było osiem, przy czym trzy z nich ujawniły dane o ponad 100 mln użytkowników. To był rok megawłamań – mówi Jolanta Malak, prezes Symantec Polska w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Jak wynika z badania firmy, przestępcy coraz większą wagę przywiązują do jakości przygotowanych ataków, by dotknąć nimi jak największą liczbę osób.

W 2013 roku o 62 proc. w stosunku do roku poprzedniego wzrosła liczba naruszeń danych, co łącznie poskutkowało bezprawnym ujawnieniem 552 milionów tożsamości. Jak zauważa Jolanta Malak, liczba wykradzionych danych dotyczy zarówno podstawowych informacji, jak i wartości intelektualnej.

W stosunku do 2012 roku o 91 proc. wzrosła liczba ataków ukierunkowanych.

W takich atakach wybierano firmy, chociażby z sektora wydobywczego czy instytucje rządowe, i z nich wykradano dane. Ataki były przygotowywane przez dłuższy okres – średnio około 6 miesięcy – szacuje prezes Symantec Polska.

Z badań wynika, że w ukierunkowanych atakach najczęściej ofiarami padają osobiści asystenci oraz eksperci od PR, którzy są dla cyberprzestępców swojego rodzaju furtką do ważniejszych celów.

Należy przeprowadzać szkolenia dla pracowników, ponieważ to człowiek jest najsłabszym ogniwem w funkcjonowaniu zabezpieczeń – zauważa Jolanta Malak.

Według raportu Symantec, w 2013 roku liczba ataków typu ransomware wzrosła ponad pięciokrotnie. To ataki, w których cyberprzestępcy blokują komputery ofiary i wymuszają okup za ich odblokowanie.

Rynek cyberprzestępstw rozwija się niezwykle intensywnie. W 2012 roku wykryto osiem luk typu zero-day, czyli takich, które wcześniej nie były znane. W 2013 roku takich luk było już 23 i wykorzystano je w szczególności do ataków ukierunkowanych.

Po zweryfikowaniu i dokładnym przyjrzeniu się pięciu lukom z 2013 roku, okazało się, że w ciągu 30 dni powstało 175 tys. nowych ataków wykorzystujących te podatności – twierdzi Jolanta Malak.

Częściej atakowani są także użytkownicy sieci społecznościowych – z 61 do 81 proc. wzrosła liczba tego typu ataków. Podobnie sytuacja wygląda z urządzeniami mobilnymi, które coraz częściej pełnią rolę osobistego, przenośnego komputera, ale nie są chronione w odpowiedni sposób.

50 proc. użytkowników w ogóle nie zabezpiecza telefonu przed użyciem go przez osoby trzecie, nie zakłada żadnych haseł. Nie traktuje tego urządzenia jako miejsca, w którym można stracić dane. A przecież mamy tam wszystkie dane osobowe czy dane dotyczące rachunków bankowych – przestrzega Malak.

Zabezpieczanie swoich osobistych urządzeń generalnie stanowi problem, nie tylko w przypadku sprzętu mobilnego.

Cały czas użytkownicy używają haseł prostych, łatwych do zapamiętania. A takie hasła są bardzo łatwe w deszyfrowaniu i rozpoznawaniu przez cyberprzestępców – ostrzega prezes Symantec Polska.

Jolanta Malak radzi, żeby nie tylko używać bardziej skomplikowanych haseł, lecz także nie korzystać z bankowości internetowej, jeśli używamy otwartej sieci Wi-Fi.

Wspólne rozliczenie z dzieckiem możliwe tylko przy terminowym złożeniu PIT

0

CEO Magazyn Polska

Rodzice, którzy faktycznie samotnie wychowują dzieci, mają prawo do wspólnego rozliczenia z nimi, co umożliwia pomniejszenie ich podatku. Prawo do tego przysługuje rodzicom dzieci do 18. roku życia lub do 25. roku, jeśli dziecko się uczy. Rodzic traci do tego prawo, gdy dziecko rozpoczęło już pracę i w ubiegłym roku zarobiło nieco ponad 3 tys. zł.

Rozliczenie odbywa się na tej samej zasadzie, co rozliczenie wspólnie z małżonkiem – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Marczak, doradca podatkowy i partner w KPMG. – Polega to na tym, że dzielimy dochody na dwa, liczymy podatek i mnożymy wynik podatkowy razy dwa. W efekcie można powiedzieć, że dwukrotnie zyskujemy na kwocie wolnej od podatku – dodaje.

Prawo do wspólnego rozliczenia przysługuje rodzicom, opiekunom prawnym, kawalerom, wdowom, wdowcom i rozwiedzionym, samotnie wychowującym dziecko. Co ważne, musi to być faktycznie samotne wychowywanie dziecka, a nie tylko w sensie prawnym.

Musi to dotyczyć danego roku podatkowego. To nie musi być cały rok  – wystarczy, że jeden dzień w roku podatkowym samotnie wychowywało się dziecko, i zyskuje się prawo do wspólnego rozliczenia – mówi Marczak.  

Prawo precyzuje też wiek dziecka, z którym dorosły może się wspólnie rozliczyć. Chodzi tu o dzieci, które nie ukończyły 18 lat lub 25 lat, jeśli studiują w Polsce bądź za granicą. Wiek dziecka nie ma znaczenia, jeśli otrzymuje ono zasiłek pielęgnacyjny. Wspólne rozliczenie z dzieckiem nie przysługuje ponadto rodzicom, którzy prowadzą działalność gospodarczą i rozliczają swoje dochody podatkiem liniowym, kartą podatkową lub ryczałtem ewidencjonowanym.

Nie możemy się w ten sposób rozliczyć, jeżeli dziecko uzyska dochód opodatkowany skalą podatkową 18 lub 32 proc. w wysokości przekraczającej obowiązek zapłaty podatku, czyli 3 089 złotych – zauważa Marczak. – Wówczas dziecko staje się odrębnym podatnikiem, a my tracimy prawo do wspólnego rozliczenia z nim. Niewielkie zarobki dziecka nie zawsze są opłacalne. Zarobek w wysokości 3 tys. niweczy wspólne opodatkowanie, co per saldo może być niekorzystnym rozwiązaniem finansowym dla rodzica.

Dodatkowym warunkiem skorzystania z tej formy rozliczenia jest terminowe złożenie zeznania w nieprzekraczalnym terminie do 30 kwietnia. Jeśli rodzic po złożeniu zeznania chce zmienić sposób rozliczenia na wspólny z dzieckiem poprzez złożenie korekty zeznania, może to zrobić również jedynie do końca kwietnia.

Efektywność reklam coraz lepiej mierzalna. Pozwala to zwiększyć ich skuteczność

CEO Magazyn Polska

Kampanie marketingowe są coraz lepiej mierzalne, a dzięki temu skuteczniejsze. Dokładna analiza wpływu reklamy na zachowania konsumentów pozwala prowadzić efektywne kampanie przy optymalnych kosztach. Tym bardziej że działy marketingu mogą mieć dostęp do precyzyjnych informacji dotyczących tego, jak na sprzedaż wpływa kampania prowadzona w poszczególnych mediach: internecie, prasie, radio czy telewizji.

– Widzimy świetne kampanie, które były zrealizowane w pojedynczych mediach, jak i takie, które są idealne, kiedy mamy miks różnych kanałów informacji. Albo równolegle mamy kampanie podobne, które nie zadziałały – mówi Bartosz Osiński z GfK Polonia, odpowiedzialny w firmie za panel badania skuteczności mediów Media Efficiency. – Każdorazowo jednak nie ma prostych recept i przy realizacji efektywnych dużych działań reklamowych dla FMCG bardzo wskazana jest bliska współpraca klienta domu mediowego i agencji badawczych, które są w stanie dostarczyć informacji łączących sprzedaż z reklamą.

Do tej pory relacje między sprzedażą a reklamą były analizowane na poziomie bardziej ogólnym. Trudno było odróżnić, które kanały reklamy powodowały wzrost sprzedaży. Nie wiadomo było też, na ile inwestycja w poszczególne media – telewizję, radio, prasę czy internet wpływa na zmianę poziomu sprzedaży.

Jak podkreśla Osiński, dla działów marketingu i sprzedaży dostępne są już narzędzia, które taką szczegółową analizę umożliwiają. Media Efficiency Panel firmy GfK Polonia umożliwia badanie typu single source, czyli jednoźródłowy pomiar, w ramach którego bazę do analiz stanowią połączone informacje na temat odbioru mediów przy jednoczesnej rejestracji dokonywanych przez respondentów zakupów produktów FMCG.

– Mamy bardzo precyzyjne dane na poziomie każdej osoby, którą badamy, widzimy jej zakupy i możemy zmierzyć skuteczność kampanii reklamowych w różnych mediach – wyjaśnia Osiński. – Dzięki temu możemy dostarczyć bardzo precyzyjne dane działom marketingu: które media, w jaki sposób oddziałują na sprzedaż, które są bardziej efektywne, które budują, zwiększając sprzedaż u lojalnych klientów, w szczególności tych nowych.

Wyjaśnia, że niektóre próby pokazują, że internet, prasa i radio są obecnie nieco bardziej efektywne kosztowo w porównaniu do telewizji, ale nie można tego uznać za regułę. Każdorazowo dużą rolę odgrywają takie czynniki, jak przekaz reklamowy, kreacja, sposób doboru kanałów do charakteru kampanii.

Warto każdej kategorii przyjrzeć się osobno, żeby móc wyciągnąć wnioski na różnych poziomach, czyli jak działa to dla detalistów, jak dla producentów pasty do zębów, a jak dla producentów nabiału – mówi Osiński.

Media Efficiency Panel działa w oparciu o panel funkcjonujący od 20 lat. Obecnie jest to 8 tys. reprezentatywnych gospodarstw domowych – łącznie 15 tys. osób. Działa w oparciu o precyzyjny pomiar skanowania kodów kreskowych kupowanych produktów.

– Od tego roku rozpoczęliśmy pomiar konsumpcji mediów. Dzięki temu wiemy dokładnie, precyzyjnie, na poziomie każdego uczestnika naszego panelu, z jakimi mediami ma kontakt, pod wpływem jakich działań reklamowych się znalazł. Składając dane o kontakcie reklamowym z zakupami, jesteśmy w stanie bardzo precyzyjne powiedzieć, w jaki sposób kampania reklamowa przełożyła się na akty zakupu – wyjaśnia ekspert.

Instytut GfK oferuje dane z badania Media Efficiency Panel od 2008 roku, kiedy to po raz pierwszy MEP został wprowadzony na rynku niemieckim. Obecnie jest dostępny na kilkunastu rynkach. Od 2011 r. MEP oferuje także narzędzia do pomiaru efektywności działań na Facebooku.

Nowoczesne rozwiązania technologiczne zrewolucjonizują branżę podróżniczą

CEO Magazyn Polska

Elektroniczny asystent mniejszy od ludzkiego włosa oraz próbki rzeczywistości na stronach internetowych – tak ma wyglądać podróżowanie w przyszłości. Według futurologów już w najbliższej dekadzie wejdzie w inny wymiar organizowania wyjazdów na Ziemi, a być może również poza nią.

Obecnie planowanie urlopu polega zazwyczaj na przejrzeniu ofert biur podróży, wyszukaniu najlepszych połączeń komunikacyjnych czy też zasięgnięciu opinii o interesujących nas kierunkach. Głównym źródłem wiedzy o miejscu, w którym chcemy spędzić urlop, jest internet. Jak jednak przewidują futurolodzy, już niedługo planowanie wakacji będzie wyglądało zupełnie inaczej. Stanie się tak za sprawą m.in. mikroskopijnych elektronicznych asystentów, którzy na podstawie wiedzy o naszych upodobaniach będą przygotowywać spersonalizowaną ofertę podróży.

Już teraz widzimy takie urządzenia, jak chociażby Google Glass, ale w przyszłości będą one zminiaturyzowane, nawet do 1/60 ludzkiego włosa. Dodatkowo będą w stałym dialogu z użytkownikiem i będą mogły asystować mu w trakcie planowania podróży ­– tłumaczy Magdalena Greloff, rzecznik prasowy portalu Skyscanner.

Cyfrowy asystent podróży to coś w rodzaju sztucznej inteligencji. Będzie się go nosić zawsze przy sobie w postaci zegarka lub elementów biżuterii. Asystent będzie się wyświetlał w postaci hologramu, a dodatkowo przyjmie postać ulubionego aktora lub komika danej osoby.

Będzie mógł mieć nawet jego charakter i głos ­– mówi Greloff agencji informacyjnej Newseria.

Tak spersonalizowany asystent będzie zbierał dane na temat swojego właściciela, m.in. informacje o płci, wieku, rodzinie lub jej braku, i na podstawie tych danych doradzi, jaka oferta podróży będzie dla niego najlepsza.

Osoby, które nie chciałyby się zdawać na opinię wirtualnego asystenta, będą mogły w przyszłości jeszcze bardziej samodzielnie i świadomie niż dotychczas decydować o miejscu swojego urlopu. Witryny internetowe będą oferować próbki rzeczywistości, które każdy zainteresowany, nie wychodząc z domu, będzie mógł wypróbować na własnej skórze.

Będziemy mogli ich doświadczać za pomocą wszystkich zmysłów, czyli dotknąć piasku na plaży czy zanurkować w okolicy rafy koralowej po to tylko, żeby zobaczyć, czy rzeczywiście wybrana destynacja nam pasuje – wyjaśnia rzeczniczka Skyscanner.

To wszystko będzie możliwe przy wykorzystaniu trójwymiarowego obrazu oraz technologii haptycznych, opierających się na zmyśle dotyku.

Już przy obecnych technologiach możemy dotknąć krateru na Księżycu. Zostaną one wykorzystane do tego, aby móc jak najpełniej doświadczyć podróży, jeszcze przed zdecydowaniem się na nią ­– mówi Magdalena Greloff.

Pod znakiem zapytania pozostają jeszcze podróże pozaziemskie. W tej chwili nie wiadomo, czy będą one możliwe już w najbliższej dekadzie. Jak jednak twierdzą futurolodzy, jest szansa, że w przyszłości będzie można zaplanować podróż w okolice Księżyca.

Ruszyły konsultacje w sprawie rządowego podręcznika dla pierwszaków. Wydawcy wytykają błędy

CEO Magazyn Polska

Ministerstwo Edukacji Narodowej rozpoczyna konsultacje zaprezentowanej właśnie pierwszej części rządowego podręcznika dla klas pierwszych. W kolejnych tygodniach gotowe mają być kolejne części. Rząd chce przeznaczyć po 50 zł na każdego ucznia, za które będzie można kupić dodatkowe materiały. Wydawcy argumentują jednak, że za pieniądzmi przeznaczonymi na pośpieszne przygotowanie rządowego podręcznika można by dofinansować zakup tych już wydanych i sprawdzonych w szkole, zachowując możliwość dostosowania podręcznika do potrzeb nauczycieli i uczniów.

Wysyłamy ten podręcznik do zrecenzowania przez recenzentów. Równocześnie wieszamy go na stronie, po to, by ewentualnie Państwo mogli wnosić swoje uwagi i po świętach ten podręcznik będzie również skonsultowany z nauczycielami i uczniami. Chcemy ten proces zamknąć w przeciągu dwóch tygodni – zapowiada Joanna Kluzik-Rostkowska, minister edukacji narodowej.

Darmowy rządowy podręcznik ma trafić do pierwszaków już w najbliższym roku szkolnym. Drukować będzie go Centrum Usług Wspólnych podległe Kancelarii Premiera Rady Ministrów z wykorzystaniem partnerstwa publiczno-publicznego. Poza podręcznikiem MEN będzie też publikował w internecie dodatkowe materiały edukacyjne i ćwiczenia.

Kluzik-Rostkowska podkreśla, że z pierwszą częścią podręcznika udało się zdążyć szybciej niż zakładał plan. Kolejna część zostanie pokazana w najbliższych tygodniach, potem MEN zaprezentuje część trzecią i czwartą.

Przedstawiciele wydawnictw edukacyjnych przyznają, że ekspresowe tempo prac nie sprzyja tworzeniu dobrych podręczników.

Zaprezentowana próbka na pierwszy rzut oka nie jest wolna od błędów. Nie może być, skoro została przygotowana w dwa miesiące zamiast w pół roku. Wszyscy profesjonalni wydawcy, zanim wydadzą podręcznik, muszą przejść przez gęsto sito weryfikacji dokonywanej przez niezależnych ekspertów. To są eksperci powoływani przez MEN. Co najmniej trzech musi przeczytać każdy podręcznik. Ten jeszcze nie był weryfikowany, czy będzie w całości na wrzesień?– mówi Jarosław Matuszewski, przewodniczący Sekcji Wydawców Edukacyjnych w Polskiej Izbie Książki.

Wydawcy popierają pomysł darmowego podręcznika dla pierwszoklasistów, ale podkreślają, że można było go wybrać spośród istniejącej dziś bogatej oferty sprawdzonych w edukacji książek.

Mamy w Polsce gotowe podręczniki, ćwiczenia, materiały metodyczne, pomoce dla rodziców i nauczycieli i oferujemy je rządowi w takich cenach, jakie wyznaczył dla tego projektu. Rząd na siłę przygotowuje własny projekt. To jest dla nas niezrozumiałe – mówi Jarosław Matuszewski. – Wydawcy mają gotowe rozwiązania. Żeby nie było jednego darmowego podręcznika, tylko żeby były darmowe podręczniki w ogóle. Żeby nauczyciele zachowali wybór i żeby, tak jak do tej pory, mogli, wybierając podręcznik, brać odpowiedzialność za efekt kształcenia.

Minister Kluzik-Rostkowska zapewnia, że prace nad podręcznikiem będą kontynuowane. Resort chce docelowo opracować rządowy, pojedynczy podręcznik do wszystkich trzech klas nauczania wczesnoszkolnego. Jak podkreśla Kluzik-Rostkowska, to logiczna decyzja, bo klasy 1-3 stanowią całość.

Dla uczniów w tych klasach MEN szykuje też ze wsparciem unijnym zbiór zasobów edukacyjnych, z których nauczyciele będą mogli korzystać zgodnie z własnymi preferencjami. Będą to m.in. programy nauczania, gry i zabawy. MEN chce także przeznaczyć 50 zł na zakup ćwiczeń. Za te pieniądze będzie można też kupić dodatkowe materiały po cenach rynkowych. Szkoły będą też mogły wykorzystać pieniądze na zakup sprzętu do druku. Zakup innych podręczników niż rządowy będzie musiał sfinansować organ prowadzący szkołę, np. gmina.

Resort gospodarki spodziewa się szybkich prac w Sejmie nad ustawą o OZE

CEO Magazyn Polska

Przyjęty przez rząd projekt ustawy o odnawialnych źródłach energii lada moment trafi do Sejmu. Odpowiedzialny za projekt resort gospodarki liczy, że po długich konsultacjach z zainteresowanymi stronami posłowie nie będą mieli wielu wątpliwości i ustawa szybko przejdzie ścieżką legislacyjną. Wiceminister Jerzy Pietrewicz podkreśla, że ustawa jest kompletna, mimo że nie przewiduje wsparcia dla wszystkich technologii OZE.

Branża OZE na nową ustawę czeka już ponad trzy lata. Resort gospodarki jest przekonany, że ścieżka legislacyjna powinna być szybka. Projekt w ubiegłym tygodniu został przyjęty przez rząd i lada moment trafi do Sejmu.

Później będzie już normalna praca sejmowa, pierwsze, drugie czytanie, praca w komisjach. Mam nadzieję, że to przejdziemy szybko, że ten etap dyskusji nad ustawą, który trwał tak długo, pozwolił lepiej poznać argumenty stron, i związku z tym posłowie będą mieli mniej wątpliwości, czy te rozwiązania są dobre, czy złe. Bo są dobre – zapewnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jerzy Pietrewicz, wiceminister gospodarki.

Resort w projekcie proponuje nowy system wsparcia dla OZE oparty o aukcje. Rząd będzie decydował, jakie jest zapotrzebowanie na energię odnawialną i będzie rozpisywał aukcje dla poszczególnych technologii. Gwarancję wsparcia otrzyma ten, kto zaproponuje najniższą cenę.

Nie wszystkie rozwiązania proponowane w ustawie spotykają się z poparciem branży OZE, chociaż większość zgodnie przyznaje, że najważniejsze jest to, że projekt jest już gotowy i regulacje wkrótce wejdą w życie, co oznacza względną stabilność prawa. Na przykład przedstawiciele branży morskich farm wiatrowych obawiają się, że pod reżimem nowej ustawy będzie im się trudno rozwijać – ta technologia wciąż jest zdecydowanie mniej rozwinięta niż pozostałe źródła odnawialne.

Ta ustawa opisuje mechanizmy wsparcia energetyki odnawialnej, opisuje sposób funkcjonowania rynku. W odniesieniu do tego można powiedzieć, że jest kompletna. Natomiast to nie znaczy, że każda technologia musi być wspierana. Są technologie mniej i bardziej efektywne. Siłą rzeczy te mniej efektywne muszą poczekać na swój czas. Dla morskiej energetyki wiatrowej też pewnie ten czas przyjdzie, ale sądzę, że jeszcze nie w najbliższych kilku latach – mówi Jerzy Pietrewicz.

Projekt ustawy utrzymuje istniejący system oparty na zielonych certyfikatach dla instalacji OZE. Mechanizm ten przewiduje, że każdy dystrybutor energii musi osiągnąć określony na każdy rok udział energii pochodzącej z OZE. Jeśli tego nie zrobi, płaci karę. Jeśli dany poziom osiągnie lub przekroczy, otrzymuje od URE zielony certyfikat, który może później sprzedać na Towarowej Giełdzie Energii.

Jednak, według resortu gospodarki, system ten nie jest perspektywiczny, więc nie będzie rozwijany. Kiedy zacznie działać system aukcyjny, dotychczasowi wytwórcy będą mogli wybrać, w którym systemie chcą funkcjonować.

Chcemy utrzymać system zielonych certyfikatów, obniżając  tylko wsparcie dla współspalania czy też dla dużych amortyzowanych elektrowni wodnych. Natomiast część rozwojową chcemy oprzeć na mechanizmach aukcyjnych. Do 2020 roku będą współdziałały obok siebie, a nawet dłużej, bo dajemy tutaj ten 15-letni horyzont funkcjonowania, dwa równoległe systemy – podkreśla wiceminister gospodarki.

Nowy system wsparcia dla odnawialnych źródeł energii ma pomóc w zwiększaniu udziału zielonej energii w bilansie energetycznym kraju. W 2020 roku 15 proc. energii ma być produkowane z odnawialnych źródeł. Dziś jest to ok. 11 proc.