URE: Polacy wciąż nie korzystają z prawa do zmiany dostawcy energii elektrycznej

CEO Magazyn Polska

Niecałe 100 tys. gospodarstw domowych w Polsce zmieniło dostawcę energii elektrycznej od momentu, kiedy pojawiła się taka możliwość. To mniej niż 1 proc. wszystkich odbiorców. Urząd Regulacji Energetyki liczy jednak, że dzięki ruszającej właśnie akcji informacyjnej Polacy zaczną być świadomi swojego prawa do zmiany.

Staramy się wyjaśnić odbiorcom to, że energia elektryczna i gaz są towarem takim samym, jak mleko, cukier czy benzyna. Dzięki temu odbiorcy zrozumieją, że mają konkretne prawa – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Bando, wiceprezes Urzędu Regulacji Energetyki, wykonujący obowiązki prezesa. – Bo to nie jest tak, że jesteśmy przywiązani do jednego dostawcy energii elektrycznej.

Bando przypomina, że prawo do bezpłatnej zmiany sprzedawcy energii elektrycznej ma każdy klient. Zostało ono wprowadzone już w połowie 2007 roku. Tymczasem bardzo niewiele osób o nim wie, a jeszcze mniej korzysta. Do tej pory dostawcę energii elektrycznej zmieniło niecałe 100 tys. gospodarstw domowych – ok. 0,7 proc. spośród 16 mln odbiorców elektryczności.

By to zmienić, Towarzystwo Obrotu Energią ruszyło z dużą akcją informacyjną, którą patronatem objął URE. Kampania ma jednak nie tylko zwiększyć wiedzę o prawach klientów, lecz także uchronić ich przed potencjalnymi nadużyciami. Wiele firm, wykorzystując zwykle niewiedzę osób starszych, przekonywało ich do zmiany dostawcy na bardzo niekorzystnych warunkach.

Z punktu widzenia URE, celem równie ważnym jak zwiększenie świadomości jest doprowadzenie do pełniejszej liberalizacji rynku energii elektrycznej.

Głęboko wierzę, że te cele, które przyświecają naszej akcji, spowodują, że w szybkim tempie, w krótkim czasie co najmniej podwoi się liczba osób, które zmieniają sprzedawcę i wreszcie zbudujemy rynek energii elektrycznej, a w następnym etapie rynek gazu – prognozuje Bando.

Dodaje, że Polacy nie wiedzą także o innych prawach związanych z energią elektryczną. Mało osób jest świadomych, że w skład rachunku wchodzą dwie opłaty – dla dystrybutora energii oraz dla firmy zajmującej się jej przesyłem. Dystrybutor musi nie tylko zapewnić dopływ energii elektrycznej, lecz także jej odpowiednią jakość.

W dzisiejszych czasach, kiedy nasze domy są nasycone nowoczesnym sprzętem elektronicznym, często lekka zmiana napięcia powoduje, że telewizor się wyłącza lub pralka zaczyna się dziwnie zachowywać. To są też prawa jakości dostarczanego towaru – podkreśla Bando.

URE i Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów mają swoje punkty informacyjne, w których Polacy mogą dowiedzieć się więcej o przysługujących im prawach. W ramach akcji organizowanej przez TOE do domów konsumentów trafią też dwie broszury – jedna o energii elektrycznej, druga o gazie. O przynależnych nam prawach powinien informować również każdy sprzedawca energii elektrycznej.

Polska jest podzielona na pięć obszarów, a w każdym z nich przesyłem energii zajmuje się jeden operator systemu dystrybucyjnego. Dostawców energii jest jednak znacznie więcej – zwykle ok. 70-80 na obszarze działania jednego operatora sieci.

Decyzje zakupowe Polaków coraz szybsze. Wpłynęła na to sprzedaż w internecie

Dynamiczny rozwój e-handlu zmienił sposób dokonywania zakupów i przyspieszył decyzje klientów. Sprzedaż w sieci dostarcza też dużej ilości danych, których umiejętna analiza pozwala sprzedawcom określić profil każdego kupującego. W Polsce rozdrobniony rynek czeka w przyszłości konsolidacja.

Według Piotra Czapskiego, członka rady nadzorczej funduszu technologicznego MCI Management, firmy e-commerce bazują na własnych pomysłach organizacyjnych i oryginalnych modelach biznesowych, przy czym na rynku wciąż pojawiają się nowe idee.

Łatwo wprowadzać je na rynek i testować, ale bardzo istotny jest fakt, że zmieniają one zachowania konsumentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Czapski.

Jako przykład wskazuje branżę odzieżową, gdzie styl zakupów w internecie i narzucony przezeń cykl życia produktów diametralnie różnią się od tych z tradycyjnego handlu.

Czas trwania jednej kolekcji w sieci to tydzień, a nie sześć miesięcy, tak jak w tradycyjnym biznesie. To wymusza bardzo szybkie zmiany, w tym również zmiany strategiczne – uważa przedstawiciel rady nadzorczej MCI Management.

Czapski wskazuje, że w internecie nie da się budować strategii wieloletniej: wprawdzie trzeba planować na wiele lat, ale jednocześnie być przygotowanym na błyskawiczne zmiany, potrzebę dostosowania do nowych zjawisk i reagowanie na oczekiwania konsumentów.

Temu mają służyć analizy prowadzone na podstawie zachowań klientów.

Wiemy dokładnie, gdzie użytkownik kliknął, w jaki sposób przeszedł do produktu, czym się interesuje. Z drugiej strony ogrom danych powoduje, że wielkie znaczenie ma umiejętność wyciągnięcia odpowiednich wniosków z ich analizy. Dlatego w firmach e-commerce’owych pracują analitycy z wykształceniem matematycznym, którzy są w stanie takie dane przeanalizować i uprościć. – wyjaśnia Piotr Czapski. – Konsument ostatecznie podejmuje decyzję w oparciu o 2-3 zmienne, nie o dwadzieścia pięć. Z jego zachowania podczas kilku minut spędzonych w sklepie internetowym trzeba wyłowić 2-3 cechy kluczowe w podejmowaniu decyzji. To jest wyzwanie tego biznesu – tłumaczy.

W Polsce wiele e-sklepów nie dysponuje jednak tak wyrafinowanymi narzędziami. Nie specjalizują się w e-commerce, często sprzedaż internetową traktują jako uzupełnienie tradycyjnych form. A liczba takich wirtualnych placówek jest ogromna.

Polski rynek e-commerce jest bardzo rozdrobniony w porównaniu do rynków np. w Niemczech czy Anglii. Małych firm nie stać na inwestycje w nowoczesne technologie. Poza liderami większość firm z branży e-commerce działa w sposób dość ograniczony i prymitywny – twierdzi Piotr Czapski.

Uważa, że taka sytuacja musi doprowadzić do konsolidacji rynku i wykreowania liderów.

Nie ma tu dużych sklepów, takich jak na Zachodzie. Jednak jest tylko kwestią czasu, kiedy Polska nadrobi te zaległości – podsumowuje.

Z badania firm PayPal i IPSOS wynika, że wartość rynku e-commerce w Polsce wyniosła w 2013 r. 19,2 mld zł, a wraz z m-commerce, czyli zakupami poprzez urządzenia mobilne – 20,3 mld zł. Według firmy Deloitte, gospodarka internetowa odpowiada za ok. 6 proc. polskiego PKB.

Z powodu niżu demograficznego kurczy się rynek żywności dla niemowląt

CEO Magazyn Polska

Niż demograficzny i konkurencja ze strony domowej, często nieodpowiednio zbilansowanej żywności, powodują kurczenie się rynku żywnością dla niemowląt. Jego lider, firma Nutricia Polska liczy, że uda się jej odwrócić ten trend poprzez akcje edukacyjne dla rodziców. Pole do wzrostów ma zwłaszcza w obszarze kaszek i gotowych posiłków, bo rynek mleka jest już nasycony.

W tej chwili mamy około 53 proc. udziału w rynku w kategorii baby – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Mućko, supply chain director Nutricia Polska. Dodaje: – W ubiegłym roku wartościowo to był jednocyfrowy wzrost około 3 proc., natomiast wolumenowo niestety mieliśmy spadek. W tym roku chcemy, żeby to już się poprawiło, ale nie tylko poprzez zwiększanie udziału w rynku, lecz także poprzez zwiększanie konsumpcji.

Dodaje, że możliwości zwiększenia sprzedaży różnią się w zależności od kategorii produktu. Rynek mleka, które Nutricia sprzedaje głównie pod markami Bebilon i Bebiko, jest już nasycony. Ten produkt to ok. 60 proc. całego wolumenu sprzedaży firmy. Mućko podkreśla, że niemowlęta i małe dzieci spożywają mleko jedynie przez określony czas, którego nie da się wydłużyć. Rynek zależy zatem bezpośrednio tylko od liczby urodzeń i konkurencji z innymi producentami. 

Firma jest zadowolona z poziomu konsumpcji kaszek, sprzedawanych głównie pod marką BoboVita. Inaczej jest w obszarze jedzenia w słoikach. Mućko zapowiada, że to właśnie na tym obszarze skupi się Nutricia, starając się o wzrost sprzedaży.

 – W kategorii posiłków typu obiadki, zupki, deserki jest jeszcze ciągle bardzo duże pole do popisu – podkreśla Mućko. 

Nutricia rywalizuje w tym zakresie nie tyle z innymi producentami, ile z jedzeniem domowym. Choć wielu rodziców uważa, że jest ono zdrowsze, w praktyce nie zawsze tak jest. Mućko podkreśla, że domowe jedzenie często jest przesolone lub przesłodzone. W konsekwencji aż 50 proc. dzieci jest źle odżywianych, a w efekcie – otyłych lub niedożywionych. 

Kolejny błąd, który najczęściej popełniają babcie, to jest dawanie przekąsek. To nie są z reguły marchewki czy owoce, tylko słodycze – podkreśla Mućko. – Bardzo często mamy czy babcie przygotowują jedzenie niezgodnie z wytycznymi, jeżeli chodzi o sposób odżywiania, o prowadzenie diety dla dzieci, jak również o same produkty, ich źródło pochodzenia.

Nutricia Polska, podobnie jak inni producenci na rynku, koncentruje się na walce ze złymi metodami odżywiania dzieci. To metoda na poprawę ich zdrowia, a także zwiększenie konsumpcji produktów tych firm. Pomóc w tym ma kampania „Pierwszych 1000 dni”, w której Nutricia chce ze wsparciem stowarzyszenia i swojej fundacji edukować rodziców, lekarzy i dietetyków, by zwiększać spożycie gotowych, zdrowych pokarmów dla małych dzieci. 

Należąca do koncernu Danone Nutricia ma w Polsce dwie fabryki: w Opolu i Krotoszynie. Ta druga zajmuje się głównie suszeniem mleka, które potem trafia nie tylko do Opola, lecz także do fabryk w Holandii i Niemczech. Fabryka w Opolu – jako jedyna w ramach całego koncernu – zajmuje się wytwarzaniem produktów ze wszystkich kategorii: mleka, kaszki i jedzenie w słoikach, i jest największą tego typu fabryką koncernu Danone. Tylko 30 proc. produkcji trafia do Polski, reszta – do ponad 100 krajów na całym świecie. 

Poza produktami dla dzieci Nutricia ma też oddział Advanced Medical Nutrition zajmujący się wyspecjalizowanymi produktami medycznymi. Wiele z nich jest przeznaczonych dla osób starszych, chorych i z kłopotami z metabolizmem, ale są tam również produkty dla dzieci z alergiami.

Polacy decyzję ws. wyjazdów na długie weekendy podejmują w ostatniej chwili. W tym roku popularne będą wyjazdy w góry i nad morze

CEO Magazyn Polska

Polacy od kilku lat chętnie decydują się na wyjazdy wypoczynkowe w trakcie długich weekendów. Decyzja o wyjeździe na majówkę zazwyczaj podejmowana jest spontanicznie. Popularnością w czasie zbliżającego się długiego weekendu majowego cieszą się zarówno apartamenty nad morzem, jak i w górach.

Decyzje o rezerwacji apartamentów w miejscowościach wypoczynkowych uwarunkowane są najczęściej długością urlopu. Wakacje oraz ferie Polacy planują zazwyczaj z dużym wyprzedzeniem, podczas gdy wyjazdy weekendowe, nawet te długie, często organizowane są spontanicznie.

Decyzje o rezerwacjach długoterminowych zapadają bez względu na pogodę, gdyż najczęściej dokonywane są z dużym, kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Druga grupa rezerwacji, tak zwane długie weekendy, czyli majówka, Boże Ciało, weekend sierpniowy czy też święta: Wielkanoc i Boże Narodzenie, obejmuje krótkie pobyty. Decyzje o rezerwacji podejmowane są z małym wyprzedzeniem, często zaledwie kilkudniowym – mówi agencji informacyjnej Newseria Regina Juźko z firmy zarządzającej wynajmem luksusowych apartamentów Sun & Snow.

Duży wpływ na zwiększenie liczby rezerwacji w przypadku wyjazdów na długi weekend ma pogoda. Przed weekendem majowym znaczna część klientów podejmuje decyzję na podstawie prognozy pogody na kilka dni przed planowaną wycieczką.

Zainteresowanie wynajęciem apartamentów na majówkę jest podobne jak w przypadku innych długich weekendów. Polacy nauczyli się w ostatnich latach wykorzystywać wszelkie nadarzające się do wypoczynku okazje, dlatego w ich planach majówka jest potencjalnie jednym z wielu krótkich wyjazdów w całym roku – dodaje Regina Juźko.

W weekend majowy Polacy równie chętnie wyjeżdżają w góry, jak i nad morze. Popularnością cieszą się Świnoujście, Kołobrzeg, Władysławowo oraz Trójmiasto. Amatorzy górskich wycieczek będą wypoczywać głównie w Karpaczu, Szklarskiej Porębie, Zakopanem oraz Wiśle.

Koszt wynajmu jednopokojowego apartamentu przy plaży we Władysławowie i Świnoujściu dla dwóch osób wynosi około 230 zł za dobę. W górach ceny są nieco niższe. Za kwotę 240 zł za dobę można wynająć w Zakopanem dwupokojowy apartament dla czterech osób.

NFZ będzie refundował na białaczkę tylko leki generyczne. Tańsze nawet o połowę leki mają zwiększyć dostęp pacjentów do leczenia

CEO Magazyn Polska

Od 1 lipca 2014 r. NFZ nie będzie refundował oryginalnego leku na białaczkę. Glivec zostanie zastąpiony tańszymi lekami generycznymi. Część pacjentów protestuje przeciw tej decyzji, obawiając się, że zamienniki okażą się mniej skuteczne. Przedstawiciele pracodawców przemysłu farmaceutycznego podkreślają jednak, że jest to wprowadzanie chorych w błąd, bo leki generyczne zawierają tę samą substancję co lek oryginalny. A ich nawet o połowę niższe ceny zwiększą dostęp chorych do leczenia.

Jak podkreśla Piotr Błaszczyk, wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego, problem ten dotyczy nie tylko leczenia białaczki szpikowej, lecz także każdej innej choroby.

Leki generyczne są tańsze od oryginałów nawet o 50 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Błaszczyk. – Jest to więc znaczne ułatwienie dla pacjentów. W przypadku niektórych terapii fiannsowanych ze środków publicznych leki generyczne pozwalają skorzystać z nich dwukrotnie większej liczbie osób.

Zgodnie z ustawą, ceny leków generycznych muszą być minimum o 25 proc. niższe. W praktyce jednak te różnice są większe.

Skuteczność oryginalnych leków musi zostać udowodniona poprzez kosztowne badania kliniczne przeprowadzane na szeroką skalę. Jeśli potwierdzą one zasadność stosowania leku, to producent otrzymuje wieloletni monopol rynkowy i ochronę patentową. Jest to swego rodzaju wynagrodzenie za koszty, jakie musiał ponieść. 

Monopol rynkowy dochodzi do 10 lat, a ochrona patentowa do 25 lat – mówi Błaszczyk.

Leki generyczne są tańsze, bo zostały zarejestrowane po wygaśnięciu ochrony patentowej, czyli w warunkach silnej konkurencji. Poza tym badania dotyczące ich wprowadzenia na rynek są już znacznie prostsze. Zdaniem pracodawców przemysłu farmaceutycznego, jest to uzasadnione, a kwestionowanie wartości leków generycznych jest wyrazem niewiedzy i niepotrzebnie podważa zaufanie pacjentów do decyzji lekarzy.

Na leku generycznym przeprowadza się jedynie badania kliniczne dotyczące tego, czy działa on w organizmie pacjenta w ten sam sposób co lek oryginalny – wyjaśnia Błaszczyk. – Nie ma potrzeby wykonywać badań dotyczących jego skuteczności, gdyż zostały one przeprowadzone już na pierwowzorze. Generyk to ten sam lek, w tym samym stężeniu i działający w tym samym miejscu. Jest po prostu tańszy i dzięki temu dostępny dla większej liczby pacjentów.

Przeciwko zastąpieniu leku oryginalnego lekami generycznymi protestuje Stowarzyszenie Pomocy Chorym na Przewlekłą Białaczkę Szpikową SPBS. Zdaniem reprezentantów pacjentów, leki generyczne w przypadku leczenia nowotworów przewlekłych wymagają bardziej uważnych badań niż badania zamienników na mniej poważne choroby. Powołują się oni na publikacje naukowe autorów twierdzących, że użycie generyków okazywało się niekorzystne dla pacjentów.

Święta wielkanocne sprzyjają producentom jaj i mięsa. Obydwie branże nastawiają się głównie na eksport

CEO Magazyn Polska

Święta wielkanocne przyniosą ulgę producentom mięsa, którzy tracą nawet 2-3 miliony złotych dziennie z uwagi na rosyjskie embargo na polską wieprzowinę oraz niepokoje na Ukrainie. Poza większą konsumpcją w kraju producenci szukają też nowych rynków. Lepiej sytuacja wygląda na rynku jaj. Eksport to ponad 40 proc. tego rynku, ale wciąż jest szansa na jego zwiększenie.

Eksport odgrywa coraz większą rolę w całej polskiej gospodarce. Jego wartość to już 40 proc. PKB, a do 2020 r. udział ma wzrosnąć do 60 proc. PKB. Jak dodaje Wcisło, w ubiegłym roku Polska zanotowała nadwyżkę handlową, czyli wartość eksportu była wyższa od importu. Już 39 proc. polskich firm jest zainteresowanych rozwojem międzynarodowym, a szczególną szansę na to mają producenci mięsa i jaj.

W 2013 r. każdy Polak statystycznie zjadł 166 jaj, co daje spożycie na poziomie ok. 6 mld sztuk w skali kraju. Tymczasem produkcja jaj spożywczych wyniosła 10 mld (oraz dodatkowy miliard jaj wylęgowych). Oznacza to, że ponad 40 proc. produkcji jaj trafia na eksport, a Polska jest szóstym największym producentem w UE i ma 8 proc. udziału we wspólnotowym rynku.

Polscy producenci spełniają normy Unii Europejskiej, najwięksi producenci są w stanie produkować 5,5 miliona jaj w ciągu doby. W związku z tym oni doskonale wiedzą, jak konkurować na rynkach europejskich. Dostrzegam też dużą szansę w produkcji jaj ekologicznych – mówi Marek Wcisło, dyrektor zarządzający Kompass Poland, firmy dostarczającej informacje biznesowe i bazy danych.

97 proc. eksportu jaj trafia na rynki europejskie. Największymi odbiorcami, do których łącznie trafia 70 proc. eksportowanych jaj, są Niemcy, Holandia i, po dużym wzroście, Włochy (z 3 do 16 proc.). Obiecującym rynkiem jest również Egipt, który rozpoczął import polskich jaj.

Gorsza sytuacja jest w branży mięsnej, bo z powodu embarga na polską wieprzowinę w Rosji, polscy producenci są odcięci od tego ważnego rynku. Z uwagi na niestabilną sytuację zmalał też eksport na Ukrainę. Eksporterzy tracą z tych względów nawet 2-3 miliony złotych dziennie. Wieprzowina to ok. jednej trzeciej mięsa eksportowanego z Polski – większą część stanowi drób.

– Tym bardziej eksporterzy poszukują nowych rynków zbytu, miejsc, gdzie to tej pory nie byli, poszukują nowych baz danych przedsiębiorstw, gdzie mogliby uzyskać nowe kontrakty. Widzimy bardzo dużą aktywność w tej chwili w obszarach do tej pory mniej popularnych. Nawet poza Unią Europejską szuka się odbiorców: Stany Zjednoczone, Turcja i Chiny są popularne, to są duże rynki, w których złapanie 2-3 kontraktów, a nawet jednego w ciągu roku z dobrym partnerem, to może być nawet do 60-80 proc. obrotów danej firmy – podkreśla Wcisło.

Turcja straciła na atrakcyjności po wprowadzeniu zakazu uboju rytualnego, co uniemożliwia eksport mięsa halal dla muzułmanów. Producenci analizują także rynki w Kanadzie i na Tajwanie, a zgodnie z danymi Głównego Inspektoratu Weterynaryjnego kolejne zakłady uzyskały licencje eksportowe na wieprzowiną do Chin, Korei i Stanów Zjednoczonych, a na wołowinę – do Hongkongu.

Ponieważ poszukiwanie nowych rynków zbytu wciąż trwa, podaż jest obecnie wyższa od popytu. Powoduje to niewielki spadek cen, ale wzrost zapotrzebowania na mięso w związku ze świętami wielkanocnymi oraz rozpoczynający się sezon grillowy kompensuje ten spadek.

Wcisło dodaje, że polscy producenci poza poszukiwaniem nowych rynków rozwijają też sektor żywności ekologicznej. Te produkty trafiają przede wszystkim do Europy, a w ich produkcji specjalizuje się Lubelszczyzna.

Polacy marnują ok. 2 mln ton żywności. Zbyt dużo kupują i przygotowują za duże porcje

CEO Magazyn Polska

W Polsce rocznie marnuje się ok. 9 mln ton żywności, za co w większości odpowiedzialny jest sektor produkcji. Jednak konsumenci również mają znaczący udział w statystykach. Polacy wyrzucają ok. 2 mln ton żywności. Zmniejszenie tej skali nie jest trudne – wystarczy zmiana kilku nawyków żywieniowych. 

Do wyrzucania jedzenia przyznaje się blisko 40 proc. dorosłych Polaków (badanie Millward Brown na zlecenie Federacji Polskich Banków Żywności). Najczęściej w koszach lądują takie produkty, jak: wędliny, pieczywo, warzywa, owoce oraz jogurty.

Zmiana tego zależy od nas. Jest to dość złożony proces: zarówno planowanie zakupów, przygotowywanie posiłków, przechowywanie żywności w domu, jak i wykorzystanie żywności, która nam została po posiłku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Borowski, prezes Federacji Polskich Banków Żywności.  

Ankietowani przyznali, że przyczyną najczęściej jest przegapienie terminu przydatności do spożycia. Zmiana nawyków konsumentów pomogłaby zmniejszyć skalę wyrzucania żywności i tym samym przynieść oszczędności w domowych budżetach. Marek Borowski radzi, by nie robić zakupów, kiedy odczuwamy głód, bo wtedy z reguły kupujemy więcej. Ważne jest też przetransportowanie i przechowywanie żywności w odpowiedni sposób – tak, by przez długi czas pozostała świeża.

Kolejna rzecz to planowanie posiłku na konkretną liczbę osób i planowanie porcji surowców, które chcemy spożytkować. Polacy mają tendencję do przygotowywania za dużych porcji, a później część tej żywności, niestety, ląduje w koszu – mówi prezes Federacji Polskich Banków Żywności. – Ważne są również kwestie związane z przygotowaniem żywności: w odpowiednich garnkach, w odpowiedniej ilości wody i na odpowiedniej wielkości palniku. Mówimy tu nie tylko stratach żywności, lecz także o stratach energii i wody, które są bardzo ważne dla naszego środowiska.

Podkreśla, że warto również znaleźć sposób na wykorzystanie pozostałej po gotowaniu żywności czy resztek jedzenia. 

Na stronie banków żywności Niemarnuje.pl jest bardzo dużo przepisów, jak przygotować posiłki z tego, co zostało w lodówce. Często zostaje nam ostatnia papryka, pomidor czy kawałek sera i nie bardzo wiemy, co z tym zrobić, a naprawdę są świetne przepisy, podpowiadające nam, jak tę żywność wykorzystać – dodaje Borowski.

Banki żywności starają się walczyć ze skalą marnotrawienia żywności zarówno wśród konsumentów, jak i w sektorze produkcji – gdzie marnuje się najwięcej, a także w dystrybucji.

Producentom pokazywaliśmy, jak wyglądają straty w całym łańcuchu produkcji i którą żywność można zagospodarować. Banki żywności są naturalnym partnerem dla producentów, bo współpracują z wieloma podmiotami społecznymi, więc gwarantują, że ta żywność nie będzie wykorzystana w celach handlowych, tylko zostanie przekazana na cele społeczne – podkreśla Marek Borowski. – Do dystrybutorów kierowaliśmy programy edukacyjne, pokazujące, w jaki sposób można dobrze gospodarować żywnością i jak informować o tym klientów.

Podsumowanie Radaru Ekonomicznego w Warszawie

Wątek wschodni i jego wpływ na gospodarkę, 10 lat Polski w Unii Europejskiej, OFE i prognozy inwestycyjne – to najważniejsze tematy wtorkowej debaty, która odbyła się w ramach Radaru Ekonomicznego Union Investment TFI.
Uczestnikami dyskusji byli Wiesław Rozłucki (prezes Rady Giełdy), Ryszard Petru (Przewodniczący Rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich), prof. UW dr. Hab. Dominika Maison (psycholog) i Zbigniew Jakubowski (wiceprezes Union Investment TFI). Za moderację debaty odpowiadał Krzysztof Berenda, dziennikarz RMF FM. Całe wydarzenie było po raz pierwszy transmitowane na żywo, a oglądający relację on-line za pomocą dedykowanego portalu mogli w trakcie trwania Radaru stale zadawać pytania uczestnikom.

Uczestnicy dyskusji byli zgodni, co do faktu, iż na tym etapie wpływ konfliktu ukraińskiego na polską i międzynarodową gospodarkę jest przeceniany, szczególnie przez media, a sentyment inwestorów – tak profesjonalnych jak i zwykłych przedsiębiorców – nadal będzie podążał przede wszystkim za racjonalną oceną biznesową. Ryszard Petru zwrócił dodatkowo uwagę, że w Unii Europejskiej mówi się dużo rzadziej o działaniach Rosji, a np. media greckie mają pretensje o udzielanie Ukrainie finansowej pomocy, podczas gdy ich kraj potrzebuje jej o wiele bardziej.
W dyskusji o polskiej gospodarce nie mogło zabraknąć wątku reformy emerytalnej, jednak z jej skutkami na kondycję warszawskiej giełdy uczestnicy Radaru radzili wstrzymać się do końca tego roku. Wiesław Rozłucki opisał całą sytuację z OFE cytatem: „Ty jesteś jak zdrowie, ile Cię cenić trzeba, ten tylko się dowie, kto Cię stracił”. Rozmowie przyświecało rozczarowanie, że tak niewielu Polaków postanowiło do tej pory pozostać w funduszach emerytalnych. Dominika Maison tłumaczyła to faktem, że zdecydowana większość naszych rodaków nie orientuje się w całej sytuacji i woli nie podejmować żadnej decyzji, skutkiem czego trafia ostatecznie do ZUS.

10 lat Polski w Unii Europejskiej to najlepsze powojenne lata dla rozwoju naszego kraju, co do tego wątpliwości nie miał nikt. Polska powoli dogania Europę – w momencie akcesji relacja krajowego do uśrednionego unijnego PKB wynosiła 50%, obecnie jest to 66%. W międzyczasie wyprzedziliśmy Węgry, których produkt krajowy brutto wzrósł w ciągu tych samych 10 lat jedynie o 4 pkt. proc. – zauważał Wiesław Rozłucki.

Na koniec dyskusji pozostawiono najbardziej elektryzujące tematy, czyli prognozy inwestycyjne. Goście zgodnie podkreślali, że jeśli zależałoby to od nich to zaczęliby kupować akcje, ponieważ rok 2015 będzie stał pod znakiem widocznych wzrostów tej klasy aktywów. Z kolei Zbigniew Jakubowski z Union Investment TFI sugerował, że warto zwrócić uwagę na spółki średnie, ponieważ mają one duży potencjał. Przestrzegał zarazem przed wypatrywaniem hossy na rynku surowcowym. Według niego sektor ten jest aktualnie zbyt narażony na wahania.

W całym spotkaniu uczestniczyło blisko sto osób ze świata finansów i inwestycji. Kolejny Radar w Warszawie już za rok.

Grupa PZU przejmuje aktywa RSA w Polsce (Link4) oraz krajach bałtyckich

Zawarta 17 kwietnia 2014 roku umowa przewiduje, że PZU SA przejmie w Polsce lidera rynku ubezpieczeń direct – Link4 Towarzystwo Ubezpieczeń S.A. oraz liderów rynków: litewskiego – Lietuvos Draudimas AB oraz łotewskiego – AAS Balta. Przedmiotem umowy jest także przejęcie biznesu estońskiej spółki Codan Forsikring A/S. Transakcje uzależnione są od zgody regulatorów rynków, na których działają przejmowane spółki, a także właściwych urzędów antymonopolowych. Ich łączna wartość to około 360 mln EUR. Ekspansja międzynarodowa PZU jest jednym z kluczowych elementów strategii Grupy.

Strategia PZU 2.0 na lata 2012 – 2014 wskazuje, że celem PZU jest zbudowanie istotnego biznesu poza granicami Polski. Zakup aktywów RSA Insurance Group plc w Polsce i krajach bałtyckich jest zatem realizacją strategicznych celów.

– Cieszę się, że możemy dziś ogłosić realizację kolejnego, tak ważnego elementu strategii PZU. Ta akwizycja plasuje nas na pozycji lidera branży ubezpieczeniowej w naszym regionie – mówi Andrzej Klesyk, prezes zarządu PZU SA. – Zakupione aktywa to spółki o zdrowym biznesie, działające na perspektywicznym, rozwijającym się rynku. Ważny jest też dla nas fakt, iż przejęcia realizujemy w krajach, które od dekady są w Unii Europejskiej. Od przyszłego roku wszystkie trzy kraje nadbałtyckie będą funkcjonowały w strefie Euro. To oznacza dla nas stabilność i przewidywalność.

Przejęcie w Polsce Link4 – lidera rynku direct – oznaczać będzie uzupełnienie strategii PZU. Pozwoli firmie na dotarcie do zupełnie innej grupy klientów, którzy preferują model obsługi bezpośredniej, którego pionierem w Polsce był właśnie Link4.

– Marka Link4 w portfolio PZU pozwoli na skierowanie oferty ubezpieczeniowej adresowanej do innych klientów, niż ma to miejsce w przypadku PZU. Udział w rynku graczy specjalizujących się w ofercie direct w ciągu ostatnich 5 lat zwiększył się dwuipółkrotnie. Budowanie nowej marki od podstaw byłoby trudne, kosztowne, długotrwałe i obarczone ryzykiem. Ta akwizycja pozwoli Grupie PZU na udział we wzroście segmentu direct, w oparciu o znaną wśród Polaków markę. Dzięki temu będziemy liderem rynku ubezpieczeń sprzedawanych w tradycyjnym modelu agencyjnym oraz coraz bardziej popularnym modelu direct – mówi Andrzej Klesyk.

Przejęcie Link4 umożliwi pozyskanie know-how w zakresie funkcjonowania kanału direct, a uzupełniające się kanały dystrybucji to kolejny argument przemawiający za tą transakcją.

Przykłady europejskie wskazują, że wiodący ubezpieczyciele na porównywalnych rynkach często wykorzystują wiele marek do oferowania swoich produktów. W Polsce 3 spośród 6 największych graczy sprzedaje pod więcej niż jedną marką.

Zgodnie z harmonogramem wszystkie akwizycje powinny zostać sfinalizowane do końca 2014 roku.

Podstawowe informacje finansowe o przejmowanych spółkach

Działalność RSA w krajach bałtyckich obejmuje szeroką ofertę produktów ubezpieczeniowych zarówno dla klientów indywidualnych jak i korporacyjnych. Na dzień 31 grudnia 2013 roku wartość aktywów RSA w krajach bałtyckich wyniosła około 309 mln EUR, a jej aktywa netto wyniosły około 106 mln EUR. Zysk brutto w 2013 roku wyniósł około 18 mln EUR. Cena za przejęcie aktywów RSA w krajach bałtyckich wyniosła około 270 mln EUR, włączając dywidendę w wysokości 12 mln EUR dla RSA Insurance Group plc.

Link4 jest wiodącym na rynku, w zakresie operacji typu direct, ubezpieczycielem w Polsce z szeroką gamą produktów ubezpieczeniowych kierowanych zarówno do klientów indywidualnych jak i korporacyjnych.

Na dzień 31 grudnia 2013 roku wartość aktywów Link4 w Polsce wyniosła 662 mln PLN, a jej aktywa netto osiągnęły 134 mln PLN. Zysk brutto w 2013 roku wyniósł 30 mln PLN. Cena za przejęcie aktywów Link4 w Polsce wyniosła około 90 mln EUR.

PZU dziś jest obecny w krajach bałtyckich

W krajach bałtyckich Grupa PZU prowadzi swoją działalność ubezpieczeniową poprzez dwie spółki zarejestrowane na Litwie: PZU Lietuva oraz UAB PZU Lietuva Gyvybës Draudimas.

W 2013 roku PZU Litwa pozyskał składkę przypisaną brutto o wartości 189 mln litów litewskich, tj. o 16,7% wyższą w porównaniu do 2012 roku. W 2013 roku składka pozyskana przez PZU Litwa Życie wyniosła ona 26,1 mln litów litewskich, tj. zwiększyła się o 24%. W 2013 roku PZU Litwa zajmował trzecią pozycję na litewskim rynku ubezpieczeń majątkowych i pozostałych osobowych z udziałem w rynku na poziomie 13,6% (13,3% w 2012 roku). Natomiast udział w rynku ubezpieczeń na życie PZU Litwa Życie wynosił 4,2% (w porównaniu z 3,7% w 2012 roku).

W 2013 roku działalność PZU na Łotwie i Estonii znajdowała się w fazie początkowej. Biuro w Rydze pierwszą polisę sprzedało w grudniu 2012 roku. W 2013 roku biuro przygotowało kolejne produkty (OC i AC), dostosowane do wymogów rynku łotewskiego. Oddział PZU Lietuva został zarejestrowany w dniu 14 listopada 2012 roku. Oddział rozpoczął działalność na przełomie II/III kwartału 2013 roku.

Deloitte Advisory Sp. z o.o.był doradcą finansowym PZU w procesie zakupu aktywów bałtyckich, w ramach którego przeprowadził między innymi wycenę przejmowanego podmiotu, przeprowadził aktuarialne, finansowe oraz podatkowe badanie due diligence. EY był doradcą finansowym PZU w procesie zakupu Link4, w ramach którego przeprowadził wycenę przejmowanego podmiotu, jak również aktuarialne, finansowe oraz podatkowe badanie due diligence. Deutsche Bank był doradcą finansowym, i przedstawił fairness opinion dla Zarządu PZU dla transakcji bałtyckich. Linklaters obsługiwał prawnie całość transakcji przy lokalnym wsparciu kancelarii Sorainen na rynkach bałtyckich.

Inflacja w marcu utrzymała się na poziomie 0,7% r/r

Inflacja (CPI) pozostała w marcu na poziomie 0,7% r/r (0,1% m/m). Dopuszczaliśmy możliwość jej wzrostu do 0,8% r/r. Niskiej inflacji sprzyjał (podobnie jak w lutym) przede wszystkim nietypowy dla marca, niespodziewany spadek cen żywności (-0,4% m/m). Taniały warzywa, dość mocno obniżyły się ceny mięsa wieprzowego – do czego przyczyniło się embargo na jego eksport w kierunku wschodnim. Obniżająco na ogólny wskaźnik cen wpływał także spadek cen towarów i usług w grupie „Mieszkanie”.

Wyraźnego wzrostu cen w grupie „Wyroby tytoniowe i napoje alkoholowe” można było oczekiwać w wyniku wzrostu akcyzy, podobnie jak sezonowego wzrostu cen odzieży i obuwia. Ceny w grupie „Zdrowie”, także wzrosły w marcu w sposób zbliżony do lat poprzednich. Zaskoczeniem był natomiast wzrost opłat związanych z łącznością o 0,6% m/m – efekt nowych ofert usług internetowych. Zauważalnie wzrosły także ceny „Rekreacji i kultury” – tutaj z kolei głównie wskutek wprowadzenia nowych cenników przez operatorów telewizji kablowych i satelitarnych. Poza tymi dwoma przypadkami trudno jednak doszukać się w marcu przejawów presji na wzrost cen. Szereg towarów i usług nawet potaniało. Mimo to, inflacja netto może w marcu nieznacznie wzrosnąć z lutowego poziomu 0,9% r/r

Sprzyjająca pogoda powinna w najbliższych miesiącach sprzyjać niskim cenom owoców i warzyw. Podobny efekt mogą przynieść ograniczenia na eksport polskiej żywności na Wschód. W ostatnich tygodniach można zauważyć pewien wzrost cen żywności na rynkach światowych. Prognozuje się jednak nadal utrzymanie stosunkowo niskich cen paliw. Zakładając nawet, że wzrost popytu zwiększy w II połowie roku pole manewru producentów w kształtowaniu cen – inflacja pozostanie nadal niska. W maju i czerwcu może zbliżyć się na krótko do 1,0% r/r, ale w lipcu zaniknie zeszłoroczny efekt wzrostu cen wywozu śmieci, co może sprowadzić wskaźnik CPI poniżej 0,5% r/r. Dopiero pod koniec roku CPI przekroczy 1,0% r/r. Średnioroczna inflacja w tym roku może być nawet niższa niż w roku 2013 , kiedy wyniosła 0,9%.

Paweł Durjasz
Główny Ekonomista PZU