Kończą się prace w PE nad dyrektywą ws. pracowników delegowanych. Nowe prawo ma rozwiązać problem łamania ich praw

CEO Magazyn Polska

W przyszłym tygodniu Parlament Europejski zagłosuje nad dyrektywą ws. delegowania pracowników. Projekt w obecnym kształcie jest korzystny dla polskich firm, które delegują do pracy za granicą najwięcej osób w UE. Samo przyjęcie nowego prawa nie rozwiąże od razu problemów związanych z łamaniem praw takich pracowników, bo państwa będą miały dwa lata na wdrożenie przepisów i będą decydować również o kolejności ich wdrażania. Może być to problemem w krajach, które najbardziej obawiają się konkurencji ze strony pracowników z innych państw.

O przyjęciu dyrektywy ws. delegowania pracowników zdecyduje w przyszłym tygodniu Parlament Europejski. Znalazły się w niej m.in. zapisy o kontroli legalności zatrudnienia i zasadzie odpowiedzialności wykonawcy za podwykonawcę. Do obecnego kształtu dyrektywy w znacznym stopniu przyczyniły się wspólne wysiłki polskiego rządu, europosłów i partnerów społecznych, w szczególności przedsiębiorców.

Dla Polski dyrektywa jest wyjątkowo ważna, dlatego że Polska deleguje największą liczbę pracowników. Cieszę się, że doszło do porozumienia, bo na pewnych etapach negocjacji byliśmy w sytuacji, w której rozwiązania albo ograniczały w znacznym stopniu, albo uniemożliwiały delegowanie pracowników. Dobrze, że doszło do rozsądnego kompromisu, mam nadzieję, że Parlament Europejski go poprze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Mleczko, wiceminister pracy i polityki społecznej.

Dzięki zaangażowaniu europosłanek – Danuty Jazłowieckiej i Małgorzaty Handzlik – oraz wiceministra pracy udało się usunąć najbardziej niekorzystne zapisy w dyrektywie, które ograniczyłyby możliwość delegowania pracowników polskim firmom. Radosław Mleczko został doceniony przez Kapitułę Nagrody Labor Mobilis 2014 „za skuteczne położenie się Rejtanem w obronie świadczenia usług w UE i setek tysięcy polskich miejsc pracy”.

Delegowanie pracowników jest sposobem na podnoszenie naszej konkurencyjności na rynku europejskim. To leży w naszym narodowym interesie – podkreślił w swoim przemówieniu prof. Jerzy Hausner, członek honorowy Kapituły.

Delegowanie pracowników do pracy za granicą pozwala na pracę w innym państwie członkowskim i podleganie przepisom tamtejszego kodeksu pracy. Pracownik delegowany jest zatrudniany przez polską firmę, a jego składki na ubezpieczenia społeczne odprowadzane są w Polsce. W UE pracuje ok. 1 mln delegowanych pracowników. Nowe prawo ma wzmocnić obecnie obowiązujące uregulowania z 1996 r. Jak podkreśla wiceminister, te przestały być wystarczające w sytuacji, kiedy dochodziło do łamania praw pracowników delegowanych w różnych państwach członkowskich.

To był jeden z powodów, dla których Komisja Europejska rozpoczęła prace nad dyrektywą. Drugi, bardzo ważny, to regulacje w państwach członkowskich, które w znacznym stopniu utrudniały delegowanie. Dotyczyło to nie tylko ochrony praw pracowników, lecz także sytuacji, w których była to praktyka nosząca pewne cechy protekcjonizmu – wyjaśnia Radosław Mleczko.

Sebastian Filipek-Kaźmierczak, ekspert Polskiej Izby Handlu, nominowany do Nagrody Labor Mobilis 2014, podkreśla, że przyjęcie przez Parlament Europejski dyrektywy w obecnym kształcie – co nie jest przesądzone, bo niektórzy europosłowie zapowiadają zgłaszanie poprawek – to dopiero początek drogi. Państwa UE będą miały dwa lata na wdrożenie nowych przepisów.

Marzy nam się sytuacja, w której Polska stałaby się centrum usługowym Europy. Nie ma w tym nic złego, że jeżeli szukając dobrego samochodu, pomyślimy o Niemczech, szukając dobrego wina i sera, pomyślimy o Francji, a szukając dobrej firmy usługowej choćby w zakresie budownictwa, mieszkaniec wspólnej Europy pomyśli o polskiej firmie i polskich specjalistach. Tymczasem niektóre państwa członkowskie dążą do wprowadzenia embarga na polskie usługi – mówi Stefan Schwarz, prezes Inicjatywy Mobilności Pracy, organizatora gali Labor Mobilis 2014.

Europosłanka Danuta Jazłowiecka, członkini parlamentarnej komisji ds. zatrudnienia i polityki społecznej oraz sprawozdawca unijnej dyrektywy wdrożeniowej, ostrzegła, że niektóre państwa członkowskie – te najbardziej obawiające się konkurencji ze strony pracowników z zagranicy – mogą rozpocząć wdrażanie przepisów nowej dyrektywy od tych, które będą umożliwiały im ochronę własnego rynku pracy, a nie od tych, które zapewnią ochronę pracowników delegowanych.

Po dwóch latach od wdrożenia tej dyrektywy Komisja Europejska będzie zobowiązana monitorować to, co się wydarzy, monitorować, na ile wprowadzone dyrektywą instrumenty będą skuteczne, a na ile nie. Również będzie musiała zarekomendować w takim przypadku, w którym będą potrzebne zmiany tych instrumentów, oraz to jakiego rodzaju zmiany powinny być wprowadzone – wyjaśnia Danuta Jazłowiecka. 

Według wiceministra pracy w ciągu tych dwóch lat, które będą okresem przejściowym, nie należy spodziewać się znacznego wzrostu liczby delegowanych pracowników.

Jeżeli byśmy postawili sobie za zadanie we współpracy z partnerami społecznymi i z partnerami w Unii Europejskiej, żeby ten ruch delegowań był taki jak w tej chwili lub nieznacznie wzrósł, to moglibyśmy się czuć bardzo usatysfakcjonowani – mówi Radosław Mleczko.

Kwestia unijnej dyrektywy o pracownikach delegowanych, istotnej dla setek tysięcy pracowników wysyłanych przez polskie firmy do pracy za granicą, była jednym z wiodących tematów podczas II Europejskiego Kongresu Mobilności Pracy.

IJ: rządowe zmiany ws. regulacji sektora pożyczkowego ograniczą dostęp do szybkich pożyczek

0

Proponowane przez rząd regulacje dotyczące kredytów konsumenckich udzielanych przez firmy pożyczkowe uderzą w osoby biorące niewielkie pożyczki na krótki czas. Propozycja, która diametralnie różni się od założeń sprzed kilku miesięcy, może doprowadzić do rozwoju szarej strefy i ograniczenia dostępu konsumentów do szybkiego finansowania. Według Instytutu Jagiellońskiego, motywy nagłej zmiany i mało przejrzysty tryb jej wprowadzenia wymagają jak najszybszych i wyczerpujących wyjaśnień ze strony Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Instytut Jagielloński w raporcie na temat nowych propozycji regulacji rynku szybkich pożyczek zwraca uwagę na brak wytłumaczenia ze strony rządu, dlaczego nowa propozycja jest tak różna od zaproponowanej pierwotnie w grudniu. Szczególnie, że powstanie tej grudniowej było wynikiem konsultacji społecznych i wielu rozmów wszystkich uczestników rynku.

Instytut krytykuje brak przejrzystości procesu legislacyjnego i postuluje, by rząd wyjaśnił, skąd i dlaczego w projekcie pojawiły się tak daleko idące zmiany. Podkreśla, że obecne propozycje to powrót do pierwotnych założeń z jesieni ubiegłego roku, które zostały źle przyjęte przez ekspertów. Instytut Jagielloński zauważa, że obecnie zadłużenie Polaków w firmach pożyczkowych to tylko 4 mld zł w porównaniu do 140 mld zł w instytucjach finansowych, ale nowe regulacje mogą doprowadzić do większego zadłużania się Polaków, bo zachęcają ich do zaciągania pożyczek na wyższe sumy i na dłuższy okres.

Rząd, przygotowując zmiany, argumentował, pewnie słusznie, że należy regulować ten rynek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. Tłumaczy: – Proponowane obecnie regulacje powodują jednak, że chwilówki tak naprawdę zostaną zupełnie wyeliminowane na korzyść dużych i długich pożyczek parakredytowych. Jeżeli usankcjonujemy takie parakredytowe instrumenty, to oprócz nich będzie już tylko szara strefa, z którą rząd walczy.

Roszkowski podkreśla, że największym problemem są zapisy dotyczące ograniczania kosztów pożyczek. O ile wcześniejsze propozycje zakładały inne regulacje w zależności od wysokości i czasu spłaty pożyczki, teraz ograniczenie kosztów ma być na stałym poziomie 27,5 proc. wartości pożyczki niezależnie od jej wartości.

Wyeliminowane zostają krótkoterminowe pożyczki o niskiej wartości. Czyli takie, które najmniej obciążają konsumentów, które powodują, że można na przykład w ciągu 2-3 tygodni zapłacić fakturę za media i uratować rodzinny budżet. A nie takie, które na kilka, kilkanaście lat wiążą z firmą pożyczkową – podkreśla Roszkowski.

Tłumaczy, że w przypadku krótkoterminowych mikropożyczek koszty przygotowawcze, związane m.in. z weryfikacją pożyczkobiorcy i rozpatrzeniem wniosku, stanowią wyższy odsetek ich wartości. Ponieważ propozycja rządu nie jest elastyczna, firmom nie będzie opłacało się udzielanie takich pożyczek, a w zamian skoncentrują się na kredytach długoterminowych.

Według Roszkowskiego przepisy w proponowanej formie przyczynią się do rozwoju szarej strefy, a także lombardów. Legalne krótkoterminowe pożyczki staną się bowiem nieopłacalne. Wiele firm pożyczkowych może z tego powodu upaść, a nowe nie rozpoczną działalności.

Pierwotnie także Ministerstwo Finansów zaproponowało wprowadzenie rejestru firm pożyczkowych, który miałoby prowadzić Ministerstwo Gospodarki lub Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, skłaniając się jednak ku tej drugiej instytucji. Niewykluczone, że resort z tego pomysłu zrezygnuje, bo nowelizacja ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, nad którą trwają prace w Sejmie, umożliwia Urzędowi publikowanie listy ostrzeżeń publicznych i, według resortu, to może być skuteczniejsze od rejestru.

Pomysł rejestru został pozytywnie przyjęty. Publikowanie listy nie eliminuje takich elementów, jak np. podmioty zagraniczne, które mogą łatwo ominąć ten poziom, a w zasadzie również polskie firmy, zakładając podmioty zagraniczne, mogą łatwo to ominąć – uważa Roszkowski.

Instytut podkreśla także, że waga zmian i ich liczba jest na tyle znacząca, by domagać się wyjaśnień od KPRM, szczególnie, że przepisy z traktujących jednakowo wszystkich uczestników rynku i ze skupiających się na ochronie konsumenta, zamieniono na takie, które preferują określony segment rynku.

Od nowego roku akademickiego możliwe zmiany w szkolnictwie wyższym

CEO Magazyn Polska

Nowy projekt ustawy, nad którym toczą się prace w Sejmie, przewiduje możliwość uzyskania dyplomu po kursach pozauczelnianych, prawo własności do osiągnięć innowacyjnych dla naukowców i studenckie staże w biznesie. To nowe regulacje, które mają motywować do zdobywania wykształcenia i wykorzystywania potencjału nauki w praktyce. Minister nauki i szkolnictwa wyższego liczy, że ustawa zacznie obowiązywać jeszcze przed nowym rokiem akademickim.

Prace nad nowelizacją ustawy o szkolnictwie wyższym trwają i mamy nadzieję, że w najbliższych miesiącach się zakończą, tak, by planowane regulacje mogły obowiązywać od nowego roku akademickiego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Lena Kolarska-Bobińska, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Nowelizacja ustawy porusza wiele kwestii związanych z nauką, część zapisów budzi kontrowersje, ale jej idea jest jasna: ma służyć podniesieniu poziomu kształcenia, budować kadry naukowe na najwyższym poziomie i wykorzystać badania naukowe do zastosowań praktycznych. Dla osób uczących się na kursach poza uczelniami, dotychczas nieakceptowanych przez szkolnictwo wyższe, otwierają się nowe szanse.

Osoby, które się uczą i kończą różne kursy, mogą potem zweryfikować swoją wiedzą i, dzięki nostryfikacji, uzyskiwać dokumenty formalnego wykształcenia z uniwersytetów. Regulacje otwierają też drzwi kształceniu na odległość, przede wszystkim za pośrednictwem internetu – tłumaczy prof. Lena Kolarska-Bobińska.

Takie formy kształcenia są coraz popularniejsze na Zachodzie i w Stanach Zjednoczonych. Oferują je poważne uczelnie zapewniające prestiżowe dyplomy.

To bardzo ważne, by polskie uczelnie były otwarte na nowe metody nauczania i by studenci mogli z nich korzystać – dodaje minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Kolejną zmianą jest zapis o uwłaszczeniu, czyli zapewnienie innowacyjnym naukowcom możliwości czerpania korzyści z ich osiągnięć naukowych.

Naukowiec, który stworzy innowacyjne rozwiązanie czy wynalazek, będzie mógł w pierwszej kolejności skorzystać z owoców swojej pracy, jeśli uczelnia nie zgłosi do tego roszczeń – wyjaśnia minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Ustawa wprowadza również trzymiesięczne staże studenckie w biznesie, by absolwenci po ukończeniu studiów mieli już doświadczenie zawodowe, tak potrzebne na rynku pracy. Prof. Lena Kolarska-Bobińska liczy na uchwalenie ustawy już w czerwcu. Na razie nad projektem pracują sejmowe komisje.

Polska kilka lat za Estonią w informatyzacji. Sytuacja jednak się poprawia

Potrzeba nam jeszcze kilku lat, żeby w informatyzacji dogonić Estonię – twierdzi Krzysztof Witoń, prezes zarządu firmy Hawe. Nadbałtycki kraj, mimo że wielokrotnie mniejszy od Polski, może być przykładem sprawnej informatyzacji kraju. Polska jest jednak na dobrej drodze, by dogonić Estonię. Pod warunkiem, że rozpoczęte inwestycje w upowszechnianie dostępu do internetu zostaną sprawnie ukończone, a państwo włączy się w finansowanie inwestycji w tych obszarach kraju, które dla operatorów nie są opłacalne.

Chcemy mieć to wszystko, co ma dzisiaj Estonia: aplikacje, które są związane z e-medycyną, z e-administracją, dowód osobisty, podpis elektroniczny. Ale żeby to mieć, musimy budować niezbywalną infrastrukturę XXI wieku, która umożliwia rozwój zarówno społeczny, jak i ekonomiczny – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Witoń, prezes zarządu Hawe.

Mimo że Estonia jest niewiele większa od największego polskiego województwa, a jej całkowita liczba ludności odpowiada dwóm trzecim liczby mieszkańców Warszawy, to informatyzacja tego kraju może być dobrym przykładem dla Polski.

W Estonii, żeby otworzyć działalność gospodarczą, wystarczy 18 minut. W ostatnich wyborach 27 proc. obywateli oddało głos przez internet – przypomina Witoń.

Podkreśla, że Estonia ma zinformatyzowany cały system podatkowy. Podatnik musi tylko dostarczyć kompletne dane, a system zajmuje się wyliczeniem kwoty podatku, co nie tylko zapewnia transparentność, lecz także zwalnia ludzi z odpowiedzialności za wprowadzenie urzędu w błąd. Takie rozwiązania powoli wdrażane są także w Polsce i są przez Polaków chętnie wykorzystywane: np. rosnąca liczba osób (ok. 3 mln), które rozliczają się z fiskusem przez internet.

Witoń zaznacza, że rozwój branży teleinformatycznej i wykorzystywanie jej w gospodarce, to nie tylko ułatwienie pracy ludziom, lecz także zwiększenie efektywności i oszczędności.

Cisco opublikowało analizę, z której wynika, że wprowadzenie wszechobecnego internetu doprowadzi do oszczędności na poziomie 1,9 biliona dolarów w skali 10 lat. To są ogromne kwoty – twierdzi prezes zarządu Hawe.

Prace nad zwiększaniem dostępu do internetu trwają. Polska infrastruktura internetowa wciąż się poprawia, ale niezwykle ważne jest angażowanie do tego celu publicznych środków, ponieważ nie wszędzie prywatnym firmom opłaca się inwestować w infrastrukturę.

Warmia i Mazury to projekt sieci szerokopasmowych, który jest w 100 proc. finansowany ze środków publicznych. Realizują go między innymi Hawe SA, Alcatel-Lucent i Orange. Drugim wspólnie organizowanym projektem jest ten na Podkarpaciu, Podkarpackie Sieci Szerokopasmowe, ale szereg projektów jest też realizowanych w kraju z dofinansowaniem środków publicznych – zapewnia Krzysztof Witoń.

W swojej najnowszej strategii Hawe, firma, która jest właścicielem 4 tys. km sieci szkieletowej i 500 km sieci dystrybucyjnej w Polsce, próbuje przekonywać operatorów kablowych i dostawców internetu, by nie budowali własnych sieci, lecz korzystali z tych istniejących, które zapewniają symetryczny przesył danych.

My wszystko budujemy w światłowodzie, czyli dostarczamy kabel do domu zgodnie z oczekiwaniem operatora bądź też klienta końcowego. Dzięki temu operator ma dostęp do tej infrastruktury, To jest infrastruktura symetryczna, co oznacza, że sygnał wchodzący może mieć 100 megabitów i sygnał wychodzący jest równy 100 megabitom. Nie ma żadnych ograniczeń – twierdzi Krzysztof Witoń.

Jak podkreśla, założenie jest takie, że jest to sieć neutralna, z której wszyscy mogą skorzystać.

Jeżeli ktoś u nas dzierżawi kabel bądź oczekuje od nas zestawienia transmisji, łącznie z kolokacją i z innymi produktami, to stawki są równe dla wszystkich operatorów – zapewnia Krzysztof Witoń.

Volkswagen planuje rekordową liczbę premier i liczy na 10-proc. udział w rynku

CEO Magazyn Polska

Po raz pierwszy w historii marki Volkswagen zaplanowano na jeden rok aż 11 premier nowych modeli. Koncern chce w ten sposób utrzymać dobre wyniki sprzedaży, która w styczniu i lutym tego roku wzrosła o 40 proc. Plany firmy zakładają, że co dziesiąty samochodów kupowany w Polsce to będzie właśnie Volkswagen.

Nasza sprzedaż w ubiegłym roku urosła i to dość znacznie, zarówno na całym światowym rynku, jak i w Polsce. Początek roku był jeszcze lepszy dla nas. Sprzedaż w pierwszych dwóch miesiącach urosła o ponad 40 proc. Wprowadzenie kolejnych nowych modeli w ciągu roku z pewnością ten rynek pozwoli nam ten wynik utrzymać. Chcemy, aby nasz udział w rynku wyniósł ponad 10 proc., czyli żeby co dziesiąty nowo sprzedany samochód był autem marki Volkswagen – mówi Tomasz Tonder z Volkswagen Group Polska.

Jak podkreśla, oferta modelowa koncernu jest coraz bogatsza. W ubiegłym roku na rynku pojawiło się osiem nowych modeli, w tym będzie jedenaście.

– Zależy nam, by nasi klienci mieli pełen wybór, obok aut konwencjonalnych proponujemy także pojazdy elektryczne i hybrydowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Tonder.

Najmniejszym z nowych modeli niemieckiego koncernu jest up!, auto miejskie z napędem elektrycznym. Tonder wyjaśnia, że jest to najbardziej wydajny samochód elektryczny dostępny na rynku – na przejechanie 100 km potrzebuje zaledwie 11,7 kilowatogodziny energii. Przy aktualnych cenach prądu koszt przebycia tego dystansu to 6,56 zł.

Pod koniec roku w sprzedaży pojawi się flagowy SUV Volkswagena, czyli model Touareg. To auto przeznaczone do pokonywania długich dystansów, odpowiednie na wypady za miasto. W połowie roku do salonów zawita Golf Sportvan, skierowany do osób mających większą rodzinę oraz Jetta, samochód chętnie kupowany przez właścicieli firm. Miłośnicy niemieckiej marki doczekają się też nowej odsłony Passata, która ma szansę stać się prawdziwym hitem. Niedługo do sprzedaży wejdzie nowe Polo, a niedługo po nim XL1.

Pomóc w zdobywaniu pozycji na rynku ma zastosowanie technicznych udoskonaleń, które pozwolą zmniejszyć koszt paliwa. Wszystkie debiutujące w tym roku modele mają być wyposażone w silniki dużo oszczędniejsze od swoich poprzedników.

– W przypadku Polo możemy mówić o różnicy 21 proc. – tłumaczy przedstawiciel Volkswagena. – Na uwagę zasługuje Polo Bluemotion z silnikiem TDI  auto zużywa 3,1 litra paliwa na 100 km. Jest to najoszczędniejszy pięcioosobowy samochód na świecie z silnikiem wysokoprężnym.

W aktualną politykę niemieckiego koncernu, promującą ekonomiczne samochody, wpisują się też modele z napędem elektrycznym. Szczególne zainteresowanie budzi model XL1.

– To auto wykorzystujące technologię rodem z Formuły 1, podobnie jak bolidy ma nadwozie z karbonu i z włókien węglowych – wyjaśnia Tomasz Tonder. – Dzięki temu ma niezwykle niski wskaźnik oporu powietrza.

IMM: w I kwartale najwięcej na reklamę czekolady przeznaczyli właściciele marek Kinder, Milka i Wedel

CEO Magazyn PolskaKinder, Milka i Wedel to najbardziej promowane marki czekolady w pierwszym kwartale 2014 r. Najczęściej obecne w dyskusjach internautów są Milka i Wedel – wynika z analizy Instytutu Monitorowania Mediów. Wydatki na reklamę zwiększają obecność produktu w świadomości ludzi, co może, ale nie musi, przekładać się na szybkie zwiększenie ich obecności w mediach społecznościowych.

Najwięcej w I kwartale na reklamę wydał koncern Ferrero – ponad 6 mln złotych tylko i wyłącznie na reklamę jednego swojego brandu – Kinder – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Grabarczyk-Tokaj, kierownik ds. rozwoju badań w Instytucie Monitorowania Mediów. – Z kolei firma Kraft Foods wydała na markę Milka ok. 3 mln złotych, podobnie jak Lotte Wedel na markę Wedel.

Wydatki innych producentów były już znacznie niższe. Lindt & Sprungli na promocję marki Lindt wydał w ciągu trzech pierwszych miesięcy roku 2,4 mln zł. Na reklamy Schogetten firma Ludwig Schokolade GmbH & Co KG przeznaczyła 1,2 mln zł, nieco mniej (1,03 mln zł) Kraft Foods wydał na drugą swoją markę – Alpen Gold.

Z badania można wysnuć wniosek, że im większe nagłośnienie danej marki, tym bardziej ona zapada w pamięć. Nie zauważyliśmy jednak szybkiego przełożenia dużych wydatków reklamowych na natychmiastowy efekt w portalach społecznościowych – twierdzi Magdalena Grabarczyk-Tokaj.

Jak wykazało badanie Instytutu Monitorowania Mediów, wydatki z różnym skutkiem przełożyły się na liczbę wzmianek w internecie. Mimo że najwięcej w I kwartale na reklamę przeznaczyła firma Ferrero, to na temat należącej do niej marki Kinder odnotowano ok. 300 wzmianek w internecie i social media. Częściej wspominano o Milce i Wedlu, choć wydatki na ich promocję były znacznie niższe.

Internauci najczęściej wspominają o markach Milka i Wedel [odpowiednio 1,2 tys. i 1,1 tys. wzmianek – red.]. Są one najczęściej polecane jako składnik do przepisu czy pomysł na prezent np. walentynkowy – podkreśla Grabarczyk-Tokaj. – Co ciekawe, czekoladowi reklamodawcy największe nakłady na reklamę ponieśli w lutym, czyli w miesiącu, w którym są walentynki.

To właśnie w walentynkowym miesiącu firma Kraft Foods wydała na promocję swoich marek 3,5 mln zł, z czego w reklamę Alpen Gold zainwestowała trzy razy mniej niż w promocję Milki. Wydatki poniesione przez tego reklamodawcę w marcu były natomiast znacznie niższe, za to w tym samym czasie reklamodawcy promujący Kinder, Lindt i Schogetten postanowili wydać więcej i zaznaczyć wyraźnie swoją obecność na rynku.

Instytut Monitorowania Mediów, z okazji obchodzonego 12 kwietnia Dnia Czekolady, sprawdził, ile producenci czekolady wydali w I kwartale na promocję swoich marek w radiu, prasie i telewizji. Zbadano aktywność reklamową między 1 stycznia a 31 marca br. pięciu największych reklamodawców, którzy promowali łącznie sześć marek. IMM przeanalizował również, jaki to miało odzew w internecie: zbadał obecność marek w portalach i social mediach (łącznie prawie 3 tysiące wzmianek). Autorzy badania nie brali pod uwagę oficjalnych kanałów komunikacyjnych danych brandów czy reklamodawców.

Jak wynika z raportu Instytutu, temat czekolady najczęściej pojawiał się na wizaz.pl (31 proc. wzmianek), ask.fm (22 proc.), facebook.com (19 proc.), bangla.pl (17 proc.) i photoblog.pl (11 proc.). Na forach i stronach social media użytkownicy chętnie dzielili się zdjęciami ulubionych czekolad lub chwalili, na którą z nich skusili się danego dnia.

Rekordowe nakłady na modernizację polskiej sieci kolejowej. W tym roku nawet 9 mld zł

CEO Magazyn Polska

Nakłady na inwestycje kolejowe systematycznie rosną. W 2010 r. wyniosły one 2,7 mld zł, a w kolejnych latach 3,7 mld, 3,9 mld i – rekordowe w 2013 r. – 5,3 mld zł. W tym roku ma być jeszcze lepiej – PKP PLK planuje wydać 7,3 mld zł, a w optymistycznym wariancie nawet do 9 mld zł. Ten obszar inwestycji wspiera też Unia Europejska. Dlatego wykonawcy kontraktów liczą na nowe.

Trakcja PRKiI, największy wykonawca inwestycji kolejowych w Polsce, spodziewa się, że podobnie jak w 2013 roku i w tym uda jej się utrzymać ok. 20-proc. udział we wszystkich projektach zlecanych przez PKP PLK. Spółka zapowiada walkę o kolejne kontrakty w kraju realizowane do lat 2018–19, m.in. na trasie Rail Baltica. Jeśli sytuacja w branży drogowej się ustabilizuje, Trakcja zamierza również mocniej postawić na ten sektor.

– Nasz portfel kontraktów jest w tym roku bardzo wysoki i przewidujemy, że będziemy mieli duży udział w realizacji planów PKP PLK. W ubiegłym roku wykonaliśmy mniej więcej 20 proc. wszystkich robót, czyli nasz udział w tej chwili jest największy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Roman Przybył, prezes zarządu Trakcji PRKiI. – Nasza firma na tle rynku zwiększyła przychody o 24 proc. i również znacznie poprawiliśmy wynik na wszystkich poziomach: na poziomie marży brutto na sprzedaży, na poziomie zysku operacyjnego, zysku brutto, zysku netto i także EBITDA. Wypracowaliśmy ponad 73 mln zł EBITDA.

Trakcja PRKiI realizuje w tej chwili jedne z największych kontraktów na modernizację polskiej sieci kolejowej. Zakończona została już realizacja kontraktu na Lokalne Centrum Sterowania Działdowo na linii Warszawa – Gdańsk, który był wart 781 mln zł netto. Trwają prace na obszarze LCS Malbork na tej samej linii. Konsorcjum kierowane przez Trakcję podpisało tam umowę na niemal 870 mln zł netto, czyli ponad ok. 1,07 mld zł netto, a prace mają zakończyć się do września.

Część kontraktów skończymy w tym roku, inne mają termin zakończenia wyznaczony na 2015 rok, a niektóre prawdopodobnie skończą się na początku 2016 roku. Liczymy na to, że podpiszemy nowe kontrakty, które będą oczywiście rozpoczęte w tym roku, w przyszłym roku i że będą sięgały po rok 20182019 – zapowiada Przybył.

Jeszcze do końca tego roku Trakcja zakończy też prace na odcinku z Pruszkowa do Grodziska Mazowieckiego za niecałe 100 mln zł. Przybył podkreśla, że większość inwestycji realizowanych przez spółkę ma wartość kilkudziesięciu milionów złotych lub nawet więcej. Potencjał sprzętowy i ludzki spółki pozwala na takie prace, więc Trakcja w mniejszym stopniu koncentruje się na lokalnych inwestycjach.

Do 2020 r. Trakcja zamierza walczyć o kolejne kontrakty z PKP PLK m.in. na linii Rail Baltica. Pomóc ma w tym litewska spółka Kauno Tiltai, która w ubiegłym roku zdobyła kontrakty na równowartość ok. 700 mln zł.

Jak będą rozpisywane kolejne przetargi na odcinku łotewskim i estońskim, będziemy w nich również uczestniczyć. O ile wiem, na Słowacji w tej chwili nie szykują się jakieś większe inwestycje kolejowe , ale jeżeli się pojawią, to oczywiście będziemy się do nich przymierzali – zapowiada Przybył.

Podkreśla, że rentowność inwestycji w Polsce obniża duża konkurencja ze strony firm z całej Europy, które do kraju przyciąga skala realizowanych inwestycji. Pomimo tej rywalizacji i będących jej konsekwencją niskich marż, wyniki Trakcji są, zdaniem prezesa, zadowalające. Przybył podkreśla, że osiągnięto to dzięki ponad 30-letniemu doświadczeniu, sprzętowi oraz skutecznemu obniżaniu kosztów realizacji. Dodaje, że spółka nie zapomina o inwestycjach drogowych, choć z uwagi na ich mniejszą liczbę w kolejnych latach koncentruje się na kolejowych.

Korzystając z tego, że mamy rekordowo duży portfel zamówień, zamierzamy w tym roku poprawić wyniki. W budżecie, który zatwierdziła nasza rada nadzorcza, jest przewidziane, że tegoroczne wyniki mają być lepsze niż ubiegłoroczne – ocenia Przybył.

Lewiatan ma już 2,8 tys. sklepów i zapowiada otwarcia kolejnych

0

CEO Magazyn Polska

Lewiatan zapowiada zwiększanie liczby sklepów w całej Polsce. Będą to wyłącznie placówki franczyzowe. Dzięki dopasowaniu oferty produktów do lokalnych rynków, Lewiatan notuje sukcesywne wzrosty, a kontynuację tego trendu ma zapewnić m.in. zwiększenie liczby produktów marek własnych.

Sieć Lewiatan na koniec 2013 roku miała 2,8 tys. sklepów i tę liczbę zamierzamy zwiększać w kolejnych latach. Nasza strategia działania na najbliższe lata określa kluczowe cele do osiągnięcia. Chcemy w tym okresie między innymi podwoić liczbę sklepów działających w formacie marketowym, jednocześnie zapewniając szeroką pomoc mniejszym placówkom w dostosowaniu się do większego formatu – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Poniatowski, członek zarządu ds. marketingu Lewiatan Holding SA.

Marcin Poniatowski podkreśla, że Lewiatan będzie zarówno pozyskiwał już istniejące sklepy do swojej sieci, jak i wspierał rozwój organiczny obecnych franczyzobiorców. Spółka nie planuje jednak tworzenia własnych placówek – cała sieć jest oparta o franczyzę.
Dzięki franczyzowej formule współpracy sklepy Lewiatan potrafią lepiej dostosować asortyment do lokalnego rynku i zmieniających się potrzeb klientów. Między innymi dzięki temu Lewiatan co roku notuje wzrosty sprzedaży. Jak podkreśla Poniatowski, są one znaczne i odczuwalne.

 Oczywiście rozwijamy te grupy asortymentowe, które są najbardziej poszukiwane przez konsumentów. Duży nacisk kładziemy obecnie na produkty świeże  owoce, warzywa, mięso, wędliny – tak, żeby zapewnić klientom możliwie najatrakcyjniejszą ofertę. W ślad za tym idą szkolenia dla pracowników i kadry kierowniczej oraz modernizacje sklepów. Zamierzamy także sukcesywnie poszerzać ofertę produktów marki własnej Lewiatan, aby na przestrzeni 3-4 lat podwoić wolumen ich sprzedaży – zapowiada Marcin Poniatowski.

Marcin Poniatowski zapowiada równomierny rozwój w całej Polski. Podkreśla, że choć 2,8 tys. sklepów to duża liczba, wciąż jest miejsce na rynku na wiele nowych placówek. Dodaje, że w zależności od lokalizacji sklepu różni są nie tylko klienci, lecz także konkurencja. Dlatego niezbędne są działania, które pozwolą skutecznie konkurować.

– Zawsze dopasowujemy nasze działania, począwszy od polityki cenowej i asortymentowej, poprzez aktywność promocyjną, aż do warunków lokalnego rynku, i tak dobieramy pakiet działań, aby wzmacniać konkurencyjność naszych franczyzobiorców – mówi Poniatowski.

Zgodnie z danymi ze strony internetowej spółki, na koniec 2013 r. Lewiatan zatrudniał ok. 22 tys. osób w całym kraju, a roczne obroty sieci przekroczyły 8,1 mld zł.

Praca w korporacji na początek, a po kilku latach własna firma – taką ścieżkę kariery coraz częściej wybierają młodzi ludzie

CEO Magazyn Polska

Praca w korporacji może być swoistą szkołą życia i bazą doświadczeń dla tych, którzy w przyszłości planują otworzyć własny biznes. Korpopracownicy rozwijają swoje kwalifikacje, zdobywają nowe umiejętności i uczą się dyscypliny. Bywa jednak, że po kilku latach porzucają dobrą, ale dość stresującą posadę w międzynarodowych koncernach, i zakładają własne firmy. Są przekonani, że tworzenie czegoś od podstaw i praca na własny rachunek przyniesie im satysfakcję.
Praca w dużej międzynarodowej firmie to marzenie wielu absolwentów szkół wyższych. Wierzą, że taka posada może zapewnić im nie tylko stabilizację zawodowo-finansową, lecz również jasno wytyczoną ścieżkę rozwoju i realne szanse na awans.

Korporacje mają bardzo dużo zalet na początek i na rozwój kariery życiowej. Umożliwiają nauczenie się tego know-how, którego właśnie od wielkich firm można się nauczyć, ponieważ one bardzo często zbierają tę wiedzę od wielu osób w swojej firmie przez wiele lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Walkiewicz, coach.

Ci, którzy w dużej firmie spędzili parę lat, często dochodzą do wniosku, że są zestresowani, wycieńczeni psychicznie i czują się stłamszeni przez korporacyjny system. Praca kilkanaście godzin na dobę, presja czasu i wyścig szczurów mogą zniechęcić nawet najbardziej wytrwałego pracownika.

W dużych firmach bardzo często w którymś momencie tracimy poczucie, że mamy wpływ na to, co się dzieje. Jesteśmy trochę jak w zegarku, jednym z elementów, a tych elementów są tysiące. To tak jakbyśmy płynęli wielkim statkiem, transatlantykiem. Pytanie zasadnicze brzmi, dokąd płyniemy i dokąd chcemy dopłynąć, i czy ten statek nas tam dowiezie – podkreśla Jacek Walkiewicz.

Dlatego też wiele osób po kilku latach porzuca pracę w korporacji, a zdobyte doświadczenia wykorzystuje, zakładając własny biznes – najczęściej lokale gastronomiczne, małe firmy, sklepy internetowe lub agroturystykę. W ten sposób czują się spełnione.

To jest duża zmiana w życiu, jeżeli człowiek robi to, co robi z poczuciem: chcę, a nie muszę. Takie poczucie radości, satysfakcji z życia jest większe, kiedy człowiek ma poczucie, że coś tworzy. Jest bliski związek między tym, co robimy i efektami. Czyli jeżeli ktoś sadzi marchewkę i potem ją zbiera, wychodzi rano i świeci słońce, ma poczucie bliskości, życia w naturze, to myślę, że może mieć wrażenie, że to jest dokładnie to, czego pragnie  – tłumaczy Jacek Walkiewicz.

Nie zawsze jednak praca na własny rachunek przynosi oczekiwane korzyści finansowe i daje satysfakcję. A ci, którzy byli przyzwyczajeni do pośpiechu i pracy pod presją, mogą poczuć się znużeni dużo spokojniejszym trybem życia. Dlatego – zdaniem psychologów – decyzja o dokonaniu takiej rewolucji w swoim życiu, powinna być dobrze przemyślana.

Są osoby, które rzucają miejsce pracy, otwierają małe kawiarnie, pijalnie czekolady, a potem przychodzą do mnie i mówią, że to w ogóle nie wyszło. I jak się pytam, a co tak naprawdę zamierzałeś w życiu robić. I myślę, że jeżeli ktoś np. skończył szkołę filmową i chciał być filmowcem, ale uciekł od gwaru wielkiego miasta, żeby parzyć kawę w małej miejscowości, to może być rozczarowany – dodaje Jacek Walkiewicz.

Wspólny pokaz Ewy Minge i antbag by ania na Cannes Shopping Festival

Już za nieco ponad tydzień rozpocznie się wyjątkowe wydarzenie, na które czekają wielcy projektanci i wszyscy miłośnicy mody. W dniach od 18 do 21 kwietnia br. w słynnym Palais des Festivals odbędzie się XI edycja uznanego w świecie Cannes Shopping Festival.

Wspólny pokaz Ewy Minge i antbag by ania na Cannes Shopping Festival

W obszernym programie tego prestiżowego przedsięwzięcia, obejmującym pokazy mody, tematyczne wieczory i porady designerów, znajduje się wiele polskich akcentów. Jednym z nich będzie wspólny pokaz ekskluzywnych sukni zaprojektowanych przez Ewę Minge i najnowszych torebek marki antbag by ania. Projekt ten, w ramach tak renomowanego festiwalu, stanowi wyraz uznania dla ikony polskiej mody i wyróżnienie rozwijających się projektantów. Dzięki wspólnej prezentacji tych kolekcji będziemy mieli okazję zobaczyć kreacje Ewy Minge uzupełnione najnowszą kolekcją torebek antbag by ania.

Udział polskich designerów w tak znamienitym Cannes Shopping Festival potwierdza, że na dobre weszli oni już w skład światowej czołówki, a tworzona nad Wisłą moda z roku na rok staje się coraz bardziej konkurencyjna.