Rośnie znaczenie społecznej odpowiedzialności biznesu w firmach

0

CEO Magazyn Polska

Działające w Polsce firmy, zarówno te rodzime, jak i te międzynarodowe, coraz większą wagę przykładają do CSR-u, czyli społecznej odpowiedzialności biznesu. Często jest to część ich strategii rozwoju. Firmy projektują i wdrażają wieloletnie programy, mające podnieść poziom świadomości klientów oraz etyki u pracowników i partnerów, ograniczyć szkodliwość produkcji dla środowiska czy zaangażować pracowników w lokalne i globalne inicjatywy społeczne. Priorytety w ramach CSR-u zależą od branży, jaką dana firma reprezentuje.

W branży farmaceutycznej zrównoważony rozwój i odpowiedzialność społeczna są fundamentalne. Najważniejsza w tym aspekcie jest etyka działania. Oprócz zasad etyki w marketingu i w sprzedaży przywiązujemy wagę do edukacji zdrowotnej, więc profilaktyka, edukacja, promocja zdrowego stylu życia. To wynika ze specyfiki naszej branży i w ten sposób wyraża się nasza odpowiedzialność w stosunku do pacjentów – wyjaśnia Magdalena Rzeszotalska z Polpharmy.

Jak podkreśla, CSR w branży farmaceutycznej oznacza przede wszystkim bezpieczny i dobrej jakości produkt, ponieważ ma on wpływ na zdrowie i życie pacjentów. Polpharma stara się również ograniczyć wpływ swojej działalności na środowisko naturalne – to cel, który przyświeca wielu firmom produkcyjnym, niezależnie od branży, w jakiej działają.

– Dbamy również o środowisko naturalne. Ponieważ nasze zakłady produkcyjne są zlokalizowane blisko lokalnych społeczności, blisko domów mieszkalnych, musimy dbać o to, żeby nasze technologie wytwarzania były bezpieczne dla środowiska oraz były bezpieczne dla ludzi, którzy mieszkają wokół – mówi Rzeszotalska agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Mamy cztery fabryki [Bydgoszcz, Poznań, Katowice i Banino – red], które co roku obniżają emisję CO2 na tonę produkcji. Bardzo dobrze radzimy sobie także w transporcie i w redukcji emisji CO2 w naszych sieciach logistycznych. – podkreśla Paweł Jezierski z Unilever Polska, firmy produkującej m.in.: środki czystości, kosmetyki, artykuły spożywcze i herbaty.

Wyjaśnia, że zrównoważony rozwój jest częścią globalnej strategii biznesowej firmy. Unilever prowadzi około 70 mniejszych projektów związanych z odpowiedzialnością społeczną biznesu, ale przede wszystkim koncentruje się na trzech celach głównych.

Chcemy w perspektywie 2020 roku poprawić zdrowie i samopoczucie ponad 1 mld ludzi na całym świecie, chcemy pozyskiwać surowce rolne ze źródeł zarządzanych w sposób zrównoważony oraz zmniejszyć o połowę wpływ, jaki generują nasze produkty na środowisko – informuje Paweł Jezierski.

Unilever prezentuje publicznie postępy w skali globalnej – raz do roku wydaje raport z opisem osiągnięć i postępów w danych obszarach, wskazuje też największe wyzwania. Firma przygotowuje też raporty lokalne podsumowujące działania w obszarze zrównoważonego rozwoju. Jezierski wskazuje też konieczność działań edukacyjnych i nakłaniania konsumentów do zmiany nawyków, np. by gotowali tyle wody, ile potrzeba na szklankę herbaty czy by zmniejszali zużycie wody krótszym prysznicem (Unilever produkuje m.in.: szampony, mydła, pasty do zębów i herbaty).

To wciąż są wyzwania i sądzę, że im więcej firm oraz organizacji działa w tym kierunku, tym większe będą efekty – uważa Paweł Jezierski.

CSR to ważny element działania również dla firm finansowych.

Wszystkie działania, które podejmujemy, zarówno w kontekście pracy wewnętrznej, jak i zewnętrznej, współpracy z dostawcami oraz szeroko pojętą opinią publiczną, jest oparte na wartościach etycznych. I to jest wyznacznikiem naszych działań – przekonuje Łukasz Smolarek, kierownik ds. społecznej odpowiedzialności biznesu w firmie Provident Polska.

Provident wprowadził kodeks etyczny na każdym szczeblu zarządzania, a każdy pracownik, niezależnie od stanowiska, przechodzi szkolenie w zakresie etyki firmowej.

DM mBanku podtrzymał cenę docelową dla ENEI

W raporcie z 7 kwietnia 2014 r. analitycy DM mBanku rekomendują „Akumuluj” dla akcji ENEI. Cena docelowa została utrzymana na poziomie 17,22 zł za walor.

ACTION S.A. jedynym właścicielem Devil GmbH

ACTION S.A. zwiększył swoje zaangażowanie w Devil GmbH, nabywając pozostały pakiet 800 udziałów, a tym samym stał się jedynym właścicielem spółki. Aby podkreślić kierunek zmian w zasadach działania spółki Devil i obowiązujące nowe, światowe standardy dystrybucji, zdecydowano również o zmianie nazwy na ACTION Europe GmbH. Podjęte działania wpisują się w strategię ACTION S.A., której jednym z głównych celów jest dynamiczny rozwój grupy kapitałowej poprzez zbudowanie silnego dystrybutora w Niemczech.

Chcemy dać rynkowi gwarancję budowania silnej, profesjonalnej organizacji, opartej o globalne standardy dystrybucji i silne partnerstwo z producentami funkcjonującymi na rynku niemieckim oraz klientami. Pierwsze miesiące funkcjonowania Devil GmbH potwierdziły trafność decyzji o wejściu na rynek niemiecki. To był czas odbudowy relacji z klientami, podpisania pierwszych dużych kontraktów, ale i weryfikacji naszych działań i strategii. Dziś wiemy, że mamy szansę w niedługim okresie zbudować w Niemczech podmiot porównywalny do ACTION S.A. Widzimy, że będziemy bliżej realizacji tego celu funkcjonując jako ACTION Europe. Zmiana nazwy ma symboliczny charakter – podkreśla przejście spółki w zupełnie nowy etap. Budujemy podmiot, który ma wyróżniać się na tle konkurencji ponadprzeciętną elastycznością i szybkością reagowania na potrzeby klientów. Naszym celem będzie dostarczanie najnowszych technologii, wskazywanie nowych obszarów rozwoju biznesu, a także wzmacnianie partnerów poprzez wspólne działania marketingowe, szkolenia – komentuje Piotr Bieliński, prezes zarządu ACTION S.A.

Piotr Bieliński, współzałożyciel i Prezes Zarządu ACTION S.A.
Piotr Bieliński, współzałożyciel i Prezes Zarządu ACTION S.A.

Powiązanie z ACTION S.A., podmiotem notowanym na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, jest gwarancją najwyższej wiarygodności naszej firmy i stabilności finansowej. Z kolei posiadane zaplecze, informatyczne i logistyczne, zapewnia wysoką sprawność operacyjną – dodaje Piotr Bieliński, prezes zarządu ACTION S.A.

Silniejsze zaistnienie na rynku niemieckim ma znaczenie również dla polskich klientów ACTION S.A. Skala, którą uzyska grupa kapitałowa poprzez wzrost w Niemczech pozwoli oferować w wielu miejscach lepsze ceny oraz szerszy wachlarz produktów i usług.

Na 16 kwietnia br. planowane jest Walne Zgromadzenie, na którym zostanie podjęta decyzja o emisji akcji s. D. Jej celem jest pozyskanie środków między innymi na zdynamizowanie rozwoju biznesu na rynku niemieckim.

Dłużnik może pokryć koszty windykacji

Ostatnie dane z rynku świadczą o tym, że problem zatorów finansowych jest nieco mniej uciążliwy dla przedsiębiorców. W sektorach, gdzie nieterminowe regulowanie należności jest wciąż normą, wpływa hamująco na rozwój przedsiębiorstw i ich kondycję finansową. Możliwość obciążenia dłużnika kosztami windykacji skłoni wierzycieli do aktywnego dochodzenia długów. W dłuższej perspektywie może też ożywczo wpłynąć na popularność usług windykacyjnych.

Jak kształtuje się moralność płatnicza w biznesie
Opór przedsiębiorców przed zlecaniem windykacji wyspecjalizowanym firmom wynika gównie z obawy o koszty tych działań. Nie wszyscy wiedzą, że na polskim rynku windykacyjnym standardem jest pobieranie wynagrodzenia od kwot odzyskanych na zasadzie prowizji succes fee. Z tego powodu polski rynek ukształtował moralność płatniczą daleką od ideału. Deprawująco zadziałał tutaj długi okres spowolnienia gospodarczego. Priorytetem decydującym o biznesowym być lub nie było pozyskanie i utrzymanie nowego kooperanta. Często bez względu na warunki współpracy, a w szczególności jego zwyczaje płatnicze. Większość firm nie wypracowała też zadowalających standardów wewnętrznych postępowania wobec nieterminowego regulowania należności. Część firm poprzestaje na sporadycznie podejmowanych, samodzielnych próbach windykacji. Te jednak nie przynoszą oczekiwanych efektów. W rezultacie dłużnicy długo obracają pieniędzmi biernych wierzycieli. W pierwszej kolejności zaspokajają roszczenia wierzycieli o strategicznym znaczeniu dla własnego biznesu np. dostawców materiałów i surowców oraz tych, którzy skutecznie dochodzą zaległych należności.

Kredytowanie własnej działalności cudzymi pieniędzmi mniej opłacalne
Ustawa o terminach płatności uprawniająca wierzycieli do obciążenia dłużnika kosztami windykacji może powoli uzdrowić sytuację. Jeszcze rok temu wierzyciel chcąc zlecić profesjonalistom odzyskanie długu od nierzetelnego kooperanta musiał pokryć związane z tym koszty. Teraz koszty może pokryć dłużnik. Niezależnie od zakresu podjętych działań i kwoty roszczenia wierzyciel może domagać się od dłużnika równowartości 40 EUR jako zryczałtowanych kosztów windykacji. Ponadto może domagać się kosztów dochodzenia roszczenia przekraczające tą kwotę, w tym np. prowizji firmy windykacyjnej. Przedsiębiorcy, którzy standardowo zlecają windykację długów, zgodnie przyznają, że ta regulacja ustawodawcy to realna pomoc dla wierzycieli w nierównej walce o swoje. Ustawa zlikwidowała podstawową barierę w korzystaniu z usług, którą stanowiły dotąd ich koszty. – Z całą pewnością zwyczaj przetrzymywania cudzych pieniędzy przestał być już tak opłacalny. Zadaniem windykatora jest wyczerpanie wszystkich polubownych metod uzyskania spłaty od dłużnika poprzez zawarcie ugody, zaproponowanie harmonogramu spłat bo to oznacza oszczędność czasu i pieniędzy klientów. Teraz do grona zainteresowanych terminową spłatą mogą dołączyć dłużnicy. Coraz więcej z nich ma świadomość, że fiasko polubownej windykacji oznacza proces sądowy, który zakończy się wydaniem nakazu zapłaty i wszczęciem egzekucji. Dług zostanie powiększony o koszty postępowania sądowego, a obecnie również o koszty windykacji– podsumowuje Danuta Czapeczko Dyrektor Sprzedaży i Marketingu PRAGMA INKASO S.A.

Outsourcing się opłaca
Należy pamiętać, że wydatki, których chcemy dochodzić od dłużnika muszą zostać faktycznie poniesione. Nie można się ich domagać z góry, a dopiero po okazaniu dowodu opłacenia. Tym samym pojawił się nowy argument przemawiający za zleceniem na zewnątrz windykacji długów. Duża skuteczność profesjonalnych windykatorów wynika z prowadzenia działań w bezpośrednim otoczeniu dłużnika, zgodnie z indywidualnym scenariuszem dla każdej wierzytelności. Podkreślaną korzyścią, przemawiającą za zleceniem windykacji profesjonalistom, jest też możliwość uniknięcia napięć między wierzycielem a dłużnikiem poprzez wprowadzenie trzeciej strony. Obecnie usługi te stają się dodatkowo szeroko dostępne. – Usprawnienie procedury egzekwowania należności za usługi windykacyjne leży również w interesie firm windykacyjnych. Pragma Inkaso wprowadziła do swojej oferty odzyskiwanie własnej prowizji za windykację od dłużnika jako dodatkową wartość. To powinno przekonać wierzycieli, że warto dbać o swoje – dodaje Danuta Czapeczko.

E-booki czy książki tradycyjne? Co jest bardziej EKO według specjalistów?

Jednym z głównych argumentów przemawiających za czytaniem e-booków, poza wygodą i przystępną ceną, jest ich ekologiczny charakter. Są niematerialnym bytem, do ich produkcji nie zużywa się papieru, nie są tak szkodliwe dla środowiska. Czy na pewno? Virtualo, największy dystrybutor książek cyfrowych, postanowił zapytać o opinie przedstawicieli różnych branż i podmiotów, aby sprawdzić czy w odniesieniu do e-booków używanie terminu eko-czytanie nie jest nadużyciem.

W 2013 roku Virtualo sprzedało prawie pół miliona książek elektronicznych. Mimo iż obecnie rynek e-booków w Polsce stanowi 2-3% całego rynku książki, to w przeciwieństwie do książek tradycyjnych, rozwija się nadal bardzo dynamicznie, dlatego warto zastanowić się czy rozpowszechnienie się książek elektronicznych przyczyni się do poprawy stanu naszego środowiska. Czy ograniczenie produkcji papieru i rezygnacja z wycinania milionów drzew sprawi, że zmaleje emisja zanieczyszczeń i dwutlenku węgla? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta i jednoznaczna. W związku z tym firma Virtualo chcąc sprawdzić czy e-booki są postrzegane jako ekologiczne, poprosiła o wypowiedź przedstawicieli różnych branż i organizacji.

E-book czy książka papierowa – co bardziej ingeruje w środowisko naturalne

Szukając odpowiedzi na to pytanie należy przyjrzeć się analizie cyklu życia produktów, czyli książki elektronicznej i papierowej oraz ich wpływu na środowisko. Funkcja użytkowania obu form książek jest taka sama. Istotną kwestią w procesie analizy jest więc trwałość, sposób użytkowania oraz cena, jaką ponosi środowisko naturalne z tytułu ich produkcji.

Jak alarmują ekolodzy, w wielu rejonach świata zjawisko wycinania lasów odbywa się na zastraszającą skalę. Szacuje się, iż co 3 lata na świecie znikają lasy tropikalne o powierzchni Polski, sięgając więc po tradycyjne książki warto uświadomić sobie fakt, iż z jednego drzewa produkuje się średnio sto 500-stronnicowych książek, a jedno drzewo produkuje dziennie około 2,5 litra tlenu. Co oznacza, iż w wymiarze globalnym produkcja papieru i powstających z niego między innymi książek ma duży, negatywny wpływ na środowisko. Polska na szczęście na tle pozostałych krajów może pochwalić się dobrym zarządzaniem gospodarką leśną. Nasz kraj jest w europejskiej czołówce, jeśli chodzi o powierzchnię lasów, które zajmują prawie 30% terytorium Polski.

Do papierni trafia drewno pochodzące z tzw. cięć pielęgnacyjnych. Usuwa się wtedy część młodych drzew, by dać przestrzeń do wzrostu pozostałym. Drzewa te i tak zostałyby wycięte. Natomiast dorodne, wiekowe okazy nigdy nie są przerabiane na papier. Owszem powinno się ograniczać zużycie papieru, ale w kontekście niemarnotrawienia produktów pochodzących z lasu i nieśmiecenia. Warto zwrócić też uwagę na fakt, że do produkcji papieru stosowane są różnego rodzaju chemikalia – mówi Anna Malinowska, rzecznik prasowy Lasów Państwowych.

Kolejnym aspektem w badaniu ekologiczności e-booków i książek tradycyjnych jest emisja CO2 do atmosfery podczas ich produkcji. Wycięcie drzew przy odpowiedzialnie zarządzanej gospodarce leśnej, tak jak ma to miejsce w Polsce jest etapem, który najmniej negatywnie wpływa na środowisko naturalne. Realne straty dla środowiska powstają, jednak przede wszystkim w procesie produkcji papieru i związanej z nim emisji dwutlenku węgla, używania chemikaliów oraz innych skutków ubocznych, szczególnie jeśli rozpatrujemy to zjawisko w skali globalnej.

Problem szkodliwych substancji zawartych w produkcji może również dotyczyć czytników, jeśli są to urządzenia pochodzące z Dalekiego Wschodu, wytwarzane masowo po najniższych kosztach. Firma z branży urządzeń do e-czytania, która dbając o jakość swoich produktów samodzielnie opracowuje i produkuje swoje rozwiązania, przekonuje nas jednak, iż: Czytniki kupują ludzie, którzy nade wszystko cenią sobie mobilność i nowoczesność wykorzystywanych urządzeń. Same e-booki są ekologicznym rozwiązaniem, ale nam zależy na czymś więcej – mówi Karina Sękowska, rzecznik szwajcarskiego producenta czytników PocketBook. Dlatego nasze wszystkie czytniki produkowane są z zachowaniem wszelkich norm i zapisów ustaw regulujących poziom substancji wykorzystywanych do wytworzenia rozwiązań technologicznych. Kwestia ochrony środowiska i odpowiedzialnego działania firmy w zakresie ekologii jest sprawą priorytetową – dodaje Pani Karina Sękowska.

Według raportu amerykańskiej firmy badawczej Cleantech Group rozwój rynku elektronicznych czytników czyli urządzeń, które bezpośrednio są związane z użytkowaniem e-booków, powinien mieć radykalny wpływ na poprawę stanu środowiska naturalnego, dzięki czemu globalna emisja CO2 mogłaby zmniejszyć się aż o 10,9 mln ton na przestrzeni najbliższych 4 lat. Szacując dane w oparciu o rynek amerykański, badacze sprawdzili, iż dwutlenek węgla wyprodukowany przez całe życie Kindla jest w pełni utylizowany średnio już po pierwszym roku działania urządzenia. Kolejne lata pracy oznaczają, więc oszczędzenie około 168 kg CO2 rocznie dla środowiska, co jest równe ilości dwutlenku węgla koniecznej, by wyprodukować i rozprowadzić 22.5 książki.

Zatem jeśli udałoby się dalej utrzymać i zwiększać sprzedaż e-czytników kosztem ograniczenia produkcji książek papierowych, będzie można ograniczyć negatywny wpływ przemysłu wydawniczego na środowisko naturalne. Aby zilustrować to zjawisko, warto przytoczyć sugestywne dane sprzed kilku lat dotyczące rynku amerykańskiego. Jak oszacowano w 2008 roku, do wydania wszystkich książek i gazet w USA ścięto 125 mln drzew, wykorzystano 580 mld litrów wody i wyprodukowano taką ilość papieru, która mogłaby pokryć ¼ lądu amerykańskiego.

Dodatkowym atutem przemawiającym za e-bookami w kontekście wpływu na środowisko naturalne może być również proces sprzedaży i dystrybucji książek. W przypadku książek papierowych wymaga on zaangażowania działań logistycznych związanych z pakowaniem, dowożeniem, często foliowaniem książek, czyli procesów, które na dużą skale również wpływają na zanieczyszczenie środowiska.

E-book w służbie ekologii

O tym, że e-book może być bardzo eko, świadczy również fakt, iż forma książki elektronicznej w dzisiejszych czasach znajduje również zastosowanie w akcjach i projektach o charakterze proekologicznym. Na przykład, aby uświadamiać ludzi jak ważne jest sortowanie i recykling. „Jak sortować, aby nie zwariować” – to tytuł e-booka, który powstał dzięki współpracy zespołów magazynu Cztery Kąty i czterykaty.pl, STENA EkoStacji oraz IKEA. Zadaniem tego e-booka jest w prosty i ciekawy sposób rozjaśnienie wątpliwości, które od wprowadzenia nowej ustawy śmieciowej, wciąż utrudniają Polakom skuteczne segregowanie odpadów. Przyjazny środowisku e-book ma szansę stać się remedium na niewiedzę – jego forma ułatwia szybkie dotarcie do informacji na temat ustawy śmieciowej oraz sposobów segregacji odpadów… – mówi Paweł Herman, ekspert Stena Recycling.

Ekologiczność e- booków, a „zielone sumienie”

Dyskutując o e-bookach w kontekście różnych aspektów środowiska i naszego wpływu na jego ochronę, trzeba pamiętać, iż wielbiciele literatury cyfrowej posiadają zwykle czytniki, których wyprodukowanie i późniejsza utylizacja to również koszt dla środowiska. Aby bilans ekologiczny dla natury był dodatni ważny jest okres użytkowania samego urządzenia, a następnie jego utylizacja. Część firm produkujących czytniki wykazuje się już proekologiczną postawą i prowadzi zbiórkę swoich urządzeń do recyklingu. Sama forma e-booka jako pliku elektronicznego jest postrzegana pozytywnie w ujęciu ekologicznym.

E – booki są eko, gdyż zarówno, żeby je wyprodukować, jak i żeby się ich pozbyć, nie wydatkujemy żadnej dodatkowej energii. Nie ma problemu z utylizacją czy z emisją CO2. Pozbawione bytu, bity są doskonale sterylne, niematerialne, jedyne, co w sobie mają, to utrwaloną myśl ludzką – komentuje Łukasz Gołębiewski z Biblioteki Analiz.

Biorąc pod uwagę zebrane przez firmę Virtualo opinie i komentarze dotyczące ekologii i książek należy wyróżnić 2 kwestie. Produkcję urządzeń, e-czytników, która jak wynika z informacji prezentowanych przez producentów, jest coraz bardziej przyjazna dla naturalnego środowiska w odniesieniu do produkcji książek tradycyjnych. Drugą kwestią jest sam ekologiczny charakter e-booka jako pliku elektronicznego w stosunku do książki papierowej.

Ekologiczność e-booków zależy w dużej mierze od naszego sposobu i czasu ich użytkowania. Biorąc pod uwagę fakt, iż na czytniku możemy przechowywać jednocześnie około 500 e-booków, a do powstania książek elektronicznych nie zużywamy zasobów naturalnych, mogę one nam służyć przyjaźnie dla środowiska przez wiele lat. Co więcej, zmieniając urządzenie, na którym czytamy e-booki, biorąc pod uwagę, iż producenci nowoczesnych technologii w dużej mierze stawiają na kompatybilność, możemy dbając bez wysiłku o naturalne środowisko przenieść i nadal rozwijając swoją wirtualną bibliotekę.

Remarketing – ryzyko czy zysk?

Z badań przeprowadzonych przez Marketing Land oraz SurveyMonkey wynika że aż 75% konsumentów w sieci zauważa „śledzące” reklamy. Czy ten zaskakująco wysoki poziom świadomości respondentów oznacza koniec dla retargetowanej reklamy? Absolutnie nie.

Kurtyna została podniesiona. Badania z końca ubiegłego roku udowadniają, iż do procesu retargetowania, który jest obecnie nieodłączną częścią kampanii online należy podchodzić z dużą dozą rozwagi. Powierzenie tego zadania niekompetentnemu i niedoświadczonemu wykonawcy niesie za sobą duże ryzyko w postaci zniechęcenia potencjalnej grupy docelowej – komentuje Kamila Szwagiel, Project Manager GRUPA 365 NET. Konsumenci są świadomi tego celowego zabiegu, a zatem oczekują kreatywnych oraz nienachalnych rozwiązań. Specjaliści nie powinni zapominać o różnorodności ofert, rozsądnym cappingu oraz ograniczonym czasie trwania podobnych kampanii – dodaje.

Zaskakujący jest również sposób postrzegania retargetowania reklamy przez badanych konsumentów. Spośród tych, którzy wiedzą iż reklamy podążają za nimi po odwiedzeniu danych stron internetowych, aż 8,7 % przyznało iż jest to doskonały pomysł na „odświeżenie pamięci” i zdeklarowało, że z chęcią powróci na daną stronę www. ilość respondentów którzy odpowiedzieli na ofertę reklamową, czyli wykonali pożądaną akcję wyniosła aż 7,4%. Największy odsetek konsumentów, bo aż 46%, opowiedział się za ignorowaniem takowego przekazu. Nie rzuca to negatywnego światła na retargetowaną reklamę, gdyż w dalszym ciągu jest to prawie dwa razy mniej, niż w przypadku tradycyjnie wyświetlanej reklamie display. Niezbyt pokrzepiającym okazuje się jednak fakt, iż 38% procent konsumentów odpowiedziało, iż komunikaty pojawiające się w sieci „bez końca”, zniechęcają nie tylko do produktu, ale również do marki.

Konsumenci wiedzą, iż jeśli raz udali się w dane miejsce, ktoś będzie chciał sprawić aby wrócili. Badanie przeprowadzone przez Marketing Land i SurveyMonkey obrazuje niestety odsetek błędnie przeprowadzonych lub nieumiejętnie przeprowadzonych kampanii – komentuje Kamila Szwagiel. Dobrze wykorzystany retargeting umożliwia powtórne dotarcie do użytkowników, którzy mieli już kontakt z przekazem marketingowym reklamodawcy, ale również zna granicę cierpliwości konsumenta. Usługa NR1WINTERNECIE bazująca na profilach behawioralnych użytkowników sieci, jest w stanie precyzyjnie określić intencję zakupową użytkownika oraz to czy dany konsument wykonał już pożądaną akcję. Dzięki stałej optymalizacji przekaz reklamowy naszego klienta, trafia tylko do zainteresowanych użytkowników, przy czym nie irytuje tych, którzy ofertą klienta nie są dłużej zainteresowani – dodaje.

Analizy kampanii NR1WINTERNECIE, które wykorzystują tzw. remakreting reklamy pokazują, że dzięki niemu można nawet trzykrotnie poprawić wyniki działań promocyjnych. Dodatkowo, korzystanie z retargetowania daje reklamodawcom możliwość znacznej optymalizacji kosztów całości kampanii, poprzez skuteczne docieranie do klientów, którzy wstępnie wyrazili zainteresowanie ofertą, a nie szukanie ich na nowo w gąszczu liczącego około 20 milionów użytkowników polskiego Internetu.

T. Matras, UI TFI: „Moda na kraje BRIC przemija, potencjał jest w Europie”

O sytuacji na rynkach akcji rozmawiamy z Tomaszem Matrasem, zastępcą dyrektora Inwestycyjnego ds. akcji Union Investment TFI.

W ostatnim czasie obserwujemy wzrosty akcji na rynkach wschodzących, m.in. w Brazylii i Indiach, czyli w krajach z grupy BRIC. Czy to sygnał, że kapitał może zacząć masowo powracać na rynki wschodzące?
Na wstępie warto zaznaczyć, że moda na inwestowanie w krajach z grupy BRIC, rozumianych jako całość, przemija. Te państwa mają wewnętrzne problemy, a ich gospodarki już nie będą rosły w tempie, do jakiego nas przyzwyczaiły. Dobrze to widać na przykładzie ostatnich miesięcy – w większości krajów nie tylko rozwiniętych, ale
i rozwijających się można zaobserwować zdecydowaną poprawę sytuacji makroekonomicznej, podczas gdy kraje BRIC jakby stanęły w miejscu.

Jednak giełdy w Brazylii i Indiach ostatnio istotnie rosną.
Tak, choć fundamenty tamtejszych gospodarek nie zachwycają. Zainteresowanie inwestorów może więc być przejściowe. Obecnie dużo ciekawszym kierunkiem inwestycyjnym okazuje się Europa Środkowo-Wschodnia czy Turcja.

Rzeczywiście, w ostatnim czasie Turcja powróciła do łask inwestorów. Gdzie można upatrywać głównych przyczyn tego odbicia na rynku akcji?
Zgodnie z naszymi wcześniejszymi oczekiwaniami rynek pozytywnie przyjął wynik wyborów samorządowych w Turcji, w wyniku których rządząca Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) otrzymała od społeczeństwa wotum zaufania, osiągając nawet większe poparcie niż w poprzednich wyborach. Zagraniczny kapitał powracający nad Bosfor pomógł także tureckiej lirze. Jej umocnienie dodatkowo powiększyło zyski z inwestycji.

Czy minihossa na tureckiej giełdzie może być początkiem trwalszego trendu?
Nie jest to wykluczone, bo fundamentalnie atrakcyjność Turcji się nie zmieniła. Po ubiegłorocznych spadkach spółki tureckie są relatywnie tanie. Wyniki spółek nie uzasadniają takiej przeceny, ponadto firmy wypłacają wysokie dywidendy, a dividend yield w wypadku niektórych przekracza nawet 10%. Sporo czynników przemawia więc za inwestycją, aczkolwiek należy pamiętać, że inwestowanie w Turcji jest cały czas obarczone wysokim ryzykiem.

A z pozostałych rynków środkowoeuropejskich?
Zdecydowanie Polska. Nasz kraj charakteryzuje się dobrymi fundamentami makroekonomicznymi oraz stabilnością polityczną, przez co cieszy się zainteresowaniem inwestorów zagranicznych. Widać to szczególnie wyraźnie, jeśli spojrzymy na wzrosty cen akcji polskich blue chipów. Bardzo możliwe, że do Polski trafia także niewielka część kapitału, który od jakiegoś czasu inwestorzy wycofują z Rosji. Byłoby to całkiem logiczne, ponieważ jeżeli szukamy w regionie alternatywnych rynków o dobrych perspektywach, Polska i Turcja zdecydowanie się wyróżniają.

Jak można ocenić wyniki polskich spółek za IV kwartał 2013 r.?
Wyniki finansowe można ocenić całkiem dobrze. Może nie było zbyt wielu pozytywnych zaskoczeń, jednak znaczna część spółek zanotowała wyższe zyski niż w analogicznym okresie 2012 r. Wśród dużych firm pozytywnie wyróżnił się sektor bankowy, na którego wyniki w znacznej mierze miała wpływ poprawiająca się sytuacja gospodarcza. Wśród średnich spółek wyróżniły się Cyfrowy Polsat, LPP i Inter Cars. Z kolei słabe wyniki za
IV kwartał 2013 r. zaprezentował sektor paliwowy i wydobywczy, co było bezpośrednio związane z niskimi cenami surowców, np. węgla i ropy naftowej.

Sytuacja na Krymie i niepewność co do dalszych działań Rosji wywołała na GPW spore zamieszanie. Czy kurz już opadł, a jeśli tak, jak można na chłodno ocenić sytuację?
Rzeczywiście, spółki z ekspozycją na Rosję i Ukrainę ostatnimi czasy znajdowały się pod presją, a ich akcje zostały znacznie przecenione. W większości wypadków reakcja inwestorów była jednak mocno przesadzona, ponieważ spadki nie odzwierciedlają skali biznesu tych firm w obu wymienionych państwach. O przereagowaniu inwestorów mówią także zarządy samych spółek, które co prawda dostrzegają problem, ale oceniają, że konflikt rosyjsko-ukraiński nie wpłynie znacząco na ich zyski w kolejnych kwartałach.

A sankcje wobec Rosji i ich możliwe następstwa dla polskich spółek?
Wydaje się, że ewentualne sankcje dotkną najbardziej przemysł rolno-spożywczy. Sankcje na tego typu produkty są najprostsze do wprowadzenia i w łatwy sposób można znaleźć dostawców w innych krajach. Zresztą ograniczenia w handlu takimi towarami już nieraz były wprowadzane przez naszego wschodniego sąsiada. Warto jednak podkreślić, że spółki notowane na warszawskim parkiecie powiązane z rosyjską gospodarką to głównie firmy przemysłowe, które dostarczają artykuły potrzebne Rosjanom, i nie jest łatwo w krótkim czasie znaleźć dostawców z innych kierunków, tym bardziej, że wprowadzenie sankcji prawdopodobnie dotknęłoby całą Unię Europejską, a to właśnie stąd trafiają na rynek rosyjski produkty wysoko przetworzone.

Polski rynek obligacji może pozytywnie zaskoczyć

O sytuacji na rynku obligacji rozmawiamy z Dariuszem Laskiem, dyrektorem inwestycyjnym ds. papierów dłużnych Union Investment TFI.

Zgodnie z fazą cyklu koniunkturalnego obecny rok nie jest optymalny, jeżeli chodzi o inwestowanie w obligacje skarbowe. Dotychczasowa kondycja polskiego rynku długu zdaje się temu przeczyć?
To prawda. Po zawirowaniach związanych ze zmianami w OFE w ostatnim czasie polski rynek obligacji zachowuje się dość spokojnie, wręcz pozytywnie. Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych spadła z ok. 4,29% na początku kwietnia do poziomu ok. 4,1%. Otoczenie makroekonomiczne w dalszym ciągu nie sprzyja obligacjom, jednak z uwagi na wiele pomniejszych czynników zainteresowanie inwestorów polskimi papierami jest duże.

Czy ten pozytywny trend ma szanse się utrzymać?
Wbrew wcześniejszym oczekiwaniom – tak. Szczególnie w pierwszej połowie roku, gdyby zrealizował się zaskakujący, wręcz nieprawdopodobny (w kontekście dotychczasowej, raczej jastrzębiej retoryki członków RPP) scenariusz obniżenia stóp procentowych na jednym z najbliższych posiedzeń. Stałoby się to silnym sygnałem wspierającym, bo obecnie rynek nie wycenia takiego rozwoju wypadków. W tym kontekście rodzi się nawet pytanie, czy nie jest to jedna z ostatnich w tym roku okazji, by zarobić na obligacjach. W drugiej połowie roku, wraz ze zbliżaniem się do nieuchronnych podwyżek stóp procentowych w Polsce, sentyment może okazać się już bowiem nieco gorszy.

A jeśli nie Polska, to…? Które jeszcze rynki warto brać pod uwagę?
W regionie Nowej Europy całkiem dobrze prezentują się obligacje tureckie, węgierskie czy rumuńskie, choć trzeba pamiętać, że szczególnie w Turcji inwestowanie jest obarczone dużym ryzykiem, głównie politycznym. Jeśli jednak inwestor ma większą tolerancję na wahania cen papierów i nieco dłuższy horyzont inwestycyjny, może rozważyć dywersyfikację swojego portfela z uwzględnieniem tych rynków.

Spoglądając na Stary Kontynent nieco szerzej, można zauważyć, że na ostatnim posiedzeniu Europejski Bank Centralny pozostawił stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Czy ta zachowawczość może mieć jakieś implikacje dla gospodarki i rynków?
Rzeczywiście, zarząd banku centralnego strefy euro po raz kolejny pozostał przy stwierdzeniu, iż „ma możliwości i nie zawaha się ich użyć”. Jednak – na co warto zwrócić uwagę – EBC zaczyna dostrzegać ryzyko, że w pewnym momencie zapowiedzi obniżek stóp mogą przestać działać na inwestorów. Szczególnie że stopa referencyjna w strefie euro wynosi obecnie 0,25% i pole manewru jest niewielkie.

Skąd wniosek, że EBC może się zdecydować na jakiś poważniejszy ruch?
EBC zasygnalizował, że rozważa możliwość wsparcia gospodarki europejskiej poprzez program luzowania ilościowego. Trudno powiedzieć, czy jest to realne już w najbliższej perspektywie, ponieważ prezes Mario Draghi mógł tylko sondować rynki. Z pewnością jednak osłabienie euro względem głównych walut okazałoby się korzystne. Obniżyłoby bowiem ryzyko deflacji i poprawiło konkurencyjność krajów eurolandu, co podtrzymałoby wciąż delikatne ożywienie gospodarcze.

Dlaczego EBC zwleka z decyzją?
Prawdą jest, że w obecnej sytuacji, gdy ożywienie w strefie euro nie jest jeszcze silne i trwałe, EBC powinien działać bardziej zdecydowanie i agresywniej. Jednak Europa, w przeciwieństwie do Japonii, nie ma doświadczeń z deflacją. Być może stąd ta zachowawcza polityka i wiara Maria Draghiego, że gospodarka wyjdzie na prostą o własnych siłach. Na to wszystko nakłada się przyjęty w Europie sposób prowadzenia polityki pieniężnej.

Na czym on polega?
Banki centralne w Europie działają asymetrycznie. Postępują bardzo stanowczo, gdy inflacja jest powyżej celu, jednak gdy znajduje się poniżej, ich ruchy nie są tak zdecydowane. Przykładowo jeśli cel inflacyjny NBP wynosi 2,5%, a inflacja przekroczy ten poziom – niezależnie od dopuszczalnego przedziału wahań, który wynosi +/-1 punkt procentowy – to RPP natychmiast podnosi stopy procentowe, by obniżać inflację. Z drugiej strony, gdy inflacja pozostaje poniżej celu, rada nie jest skora do tego, by obniżać stopy i starać się przywrócić poziom inflacji do zakładanego celu. Bank centralny np. Japonii ma zgoła inne podejście. Gdy inflacja zbliża się do zera, niezwłocznie wykorzystuje on wszelkie dostępne narzędzia, by podbić inflację i nie pozwolić gospodarce popaść w stagnację.

Czy poza obniżką stóp i programem luzowania ilościowego EBC może zrobić coś jeszcze, by pomóc europejskiej gospodarce?
EBC ma w zanadrzu narzędzia w postaci m.in. operacji LTRO, które polegają na udzielaniu bankom komercyjnym pod zastaw obligacji nisko oprocentowanych pożyczek w celu pobudzenia akcji kredytowej, a tym samym zwiększenia konsumpcji. Do tej pory raczej średnio się to udawało, bo pieniądze wracały na depozyt do EBC. Należy jednak pamiętać, że EBC zapowiada takie transakcje, a rynek się ich spodziewa.

Ekwiwalent za zaległy urlop do odzyskania nawet po upadłości pracodawcy

W przypadku upadłości pracodawcy, pracownik ma możliwość odzyskania ekwiwalentu za zaległy urlop od Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Kwestie niezaspokojonych roszczeń wynikających ze stosunku pracy, w sytuacji upadłości pracodawcy, reguluje Ustawa z 13 lipca 2006 r. o ochronie roszczeń pracowniczych w razie niewypłacalności pracodawcy (Dz. U. z 2014 r., poz.272).

Zgodnie z Ustawą, niewypłacalność pracodawcy zachodzi, gdy sąd upadłościowy, na podstawie przepisów Prawa upadłościowego i naprawczego, wyda postanowienie o:
– ogłoszeniu upadłości pracodawcy obejmującej likwidację majątku dłużnika,
– ogłoszeniu upadłości z możliwością zawarcia układu,
– zmianie postanowienia o ogłoszeniu upadłości z możliwością zawarcia układu na postanowienie o ogłoszeniu upadłości obejmującej likwidację majątku dłużnika,
– oddaleniu wniosku o ogłoszenie upadłości pracodawcy, jeżeli jego majątek nie wystarcza na zaspokojenie kosztów postępowania,
– oddaleniu wniosku o ogłoszenie upadłości w razie stwierdzenia, że majątek dłużnika jest obciążony hipoteką, zastawem, zastawem rejestrowym, zastawem skarbowym lub hipoteką morską w takim stopniu, że pozostały jego majątek nie wystarcza na zaspokojenie kosztów postępowania.

Jakie świadczenia musi wypłacić fundusz?

W razie niewypłacalności pracodawcy, zaspokojeniu ze środków funduszu podlegają:
1) wynagrodzenia za pracę;
2) przysługujące pracownikowi na podstawie powszechnie obowiązujących przepisów prawa pracy:
a) wynagrodzenia za czas niezawinionego przez pracownika przestoju, za czas niewykonywania pracy (zwolnienia od pracy) i za czas innej usprawiedliwionej nieobecności w pracy,
b) wynagrodzenia za czas niezdolności pracownika do pracy wskutek choroby, o którym mowa w art. 92 ustawy z dnia 26 czerwca 1974 r. – Kodeks pracy,
c) wynagrodzenia za czas urlopu wypoczynkowego,
d) odprawy pieniężne przysługujące na podstawie przepisów o szczególnych zasadach rozwiązywania z pracownikami stosunków pracy z przyczyn niedotyczących pracowników,
e) ekwiwalent pieniężny za urlop wypoczynkowy, o którym mowa w art. 171 § 1 Kodeksu pracy, należny za rok kalendarzowy, w którym ustał stosunek pracy,
f) odszkodowanie, o którym mowa w art. 361§ 1 Kodeksu pracy,
g) dodatek wyrównawczy, o którym mowa w art. 230 i 231 Kodeksu pracy;
3) składki na ubezpieczenia społeczne należne od pracodawców na podstawie przepisów o systemie ubezpieczeń społecznych.

Roszczenie z tytułu ekwiwalentu pieniężnego za zaległy urlop podlega zaspokojeniu, jeżeli ustanie stosunku pracy nastąpiło w okresie nie dłuższym niż 9 miesięcy poprzedzających datę wystąpienia niewypłacalności pracodawcy.

Jak odzyskać ekwiwalent?

W okresie jednego miesiąca od daty niewypłacalności pracodawcy, on sam bądź syndyk, likwidator lub inna osoba sprawująca zarząd nad majątkiem pracodawcy, sporządza i składa marszałkowi województwa zbiorczy wykaz niezaspokojonych roszczeń, określając osoby uprawnione oraz tytuły i wysokość roszczeń wnioskowanych do zaspokojenia ze środków Funduszu. Zbiorczy wykaz obejmuje roszczenia z okresów poprzedzających datę niewypłacalności pracodawcy.

WAŻNE! Wypłata świadczeń może nastąpić także na podstawie wniosku pracownika, byłego pracownika lub uprawnionych do renty rodzinnej członków rodziny zmarłego pracownika lub zmarłego byłego pracownika.

Gdzie składać dokumenty?

Wniosek należy złożyć marszałkowi województwa nie wcześniej niż po upływie dwóch tygodni od terminów przewidzianych na złożenie wykazu lub wykazu uzupełniającego.

W świetle powyższych postanowień Ustawy o ochronie roszczeń pracowniczych w razie niewypłacalności pracodawcy wynika, że pracownik może zgłosić roszczenie do Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych o ekwiwalent za zaległy urlop wypoczynkowy należny za rok kalendarzowy, w którym ustał stosunek pracy.

Jeżeli chodzi o roszczenia o ekwiwalent za zaległy urlop w latach innych, niż rok, w którym ustał stosunek pracy, zainteresowany powinien zgłosić swoją wierzytelność do sędziego-komisarza, który nadzoruje postępowanie upadłościowe (jeżeli zobowiązania te nie zostały umieszczone na liście wierzytelności z urzędu). Zgodnie bowiem, z art. 237 Prawa upadłościowego i naprawczego, wierzytelności ze stosunku pracy umieszcza się na liście wierzytelności z urzędu.

Forex Mentoring – rusza unikalny program szkoleniowy Admiral Markets

Admiral Markets AS uruchamia dla polskich inwestorów unikalny projekt szkoleniowy oparty na mentoringu. To pierwsza taka inicjatywa na polskim rynku organizowana przez brokera forexowego. Podczas trzymiesięcznego programu analitycy Admiral Markets przeszkolą 100 osób, a najlepsze 10 otrzyma od brokera możliwość inwestowania na realnym rachunku środkami o łącznej kwocie 100 tys. zł.

Projekt adresowany jest do każdego, kto chciałby zostać profesjonalnym traderem, a o kwalifikacji do niego zadecyduje wypełniany przez kandydatów formularz rejestracyjny. – W ankiecie znajdą się pytania, które pozwolą nam wybrać najlepszych kandydatów. Zależy nam na tym, żeby do projektu przyjąć osoby zaangażowane, ambitne, które chcą tradować zgodnie z obraną strategią i jednocześnie świadomie zarządzać ryzykiem, które jest nieodzownym elementem rynku Forex – mówi Krzysztof Koza z Admiral Markets, jeden z mentorów.

Projekt składa się z pięciu etapów. Pierwszym etapem jest trzytygodniowa rekrutacja, która rozpoczyna się w najbliższy poniedziałek 14 kwietnia br. Następnie odbywają się elitarne seminaria online, podczas których mentorzy będą szkolić uczestników i przedstawią założenia stosowanych strategii. Każdy z mentorów na tym etapie będzie pracował maksymalnie z 50 osobami.

– Przez cały czas trwania programu będziemy wspierać uczestników umożliwiając im konsultacje i indywidualne zgłębianie wybranych zagadnień. Nasze strategie różnią się od siebie. Uczestnicy sami wybiorą czy wolą pracować stosując moją strategię opartą głównie na wsparciach i oporach czy strategię Krzysztofa i jego matematyczne podejście do rynku – tłumaczy Tomasz Wiśniewski, drugi z mentorów. O kwalifikacji do dalszej części programu decydować będzie test weryfikujący zdobytą wiedzę.

Ostatnie dwa etapy Forex Mentoring to wykorzystanie zdobytej wiedzy w praktyce. Najpierw uczestnicy będą przez 4 tygodnie handlować na rachunku demo. – Na tym etapie muszą się oni wykazać także konsekwencją w zakresie stosowanej strategii. Każde złamanie zasad, które ustaliliśmy spowoduje wykluczenie z programu – zapowiada Krzysztof Koza. Do finału zakwalifikuje się 10 osób, dla których Admiral Markets AS przygotował rachunek inwestycyjny o wartości 10 tys. zł. – Przez miesiąc uczestnicy będą zmagać się w realnych warunkach rynkowych. Ten czas pokaże przede wszystkim czy sukces na rachunku demo zostanie powtórzony, gdy w grę wejdą emocje towarzyszące rzeczywistemu inwestowaniu – dodaje Tomasz Wiśniewski.

Aplikacje do Forex Mentoring będzie można składać przez trzy tygodnie – rekrutacja potrwa do 4 maja br. Formularz aplikacyjny dostępny jest na stronie www.forexmentoring.pl