iPad Air i iPad mini gotowe na szybkie sieci LTE są już dostępne w Chinach

Firma Apple ogłosiła, że od dziś dla klientów w Chinach dostępne są wersje iPada Air i iPada mini z wyświetlaczem Retina obsługujące szybką technologię sieciową TD-LTE*. Nowe wersje iPadów mogą łączyć się z najbardziej zaawansowanymi z istniejących obecnie sieci komórkowych i przesyłać w nich dane z fantastyczną szybkością, co dla użytkowników oznacza jeszcze większy komfort przeglądania stron WWW i pobierania poczty lub aplikacji.

iPad Air i iPad mini z wyświetlaczem Retina w wersjach obsługujących TD-LTE są także zgodne ze standardem sieci komórkowych TD-SCDMA i podobnie jak dotychczas oferowane wersje WLAN + Cellular iPada Air i iPada mini z wyświetlaczem Retina mogą działać jako Hotspot osobisty oraz obsługują inne zaawansowane technologie komórkowe (GSM/EDGE, DC-HSDPA, HSPA+). W rezultacie klienci w Chinach mogą na iPadzie korzystać z szybkich sieci komórkowych, niezależnie od tego, na którą wersję urządzenia się zdecydują.
Smukły i lekki iPad Air ma przepiękny wyświetlacz Retina o przekątnej 9,7 cala. Zachwyca precyzją wykonania, waży niecałe pół kilograma, a ponieważ ramka jego ekranu jest bardzo wąska, nic nie odwraca uwagi użytkownika od wyświetlanych na nim treści. iPad mini z wyświetlaczem Retina przy przekątnej 7,9 cala mieści tyle samo pikseli, co iPad z ekranem o rozmiarze 9,7 cala. Na powierzchni o 35 procent większej niż oferowana przez tablety 7-calowe tekst osiąga idealną ostrość, a obrazy — niezwykły poziom szczegółowości. iPad Air i iPad mini z wyświetlaczem Retina mają wydajny i energooszczędny procesor Apple A7 o 64-bitowej architekturze klasy komputerowej, ultraszybki interfejs bezprzewodowy obsługujący sieci WLAN i szybkie sieci komórkowe na całym świecie, baterię wystarczającą aż na 10 godzin pracy bez ładowania** oraz system iOS 7 z setkami wspaniałych funkcji i dostępem do ponad 500 000 aplikacji zaprojektowanych specjalnie dla iPada.
iPad Air z WLAN dostępny jest w kolorze srebrnym lub gwiezdnej szarości za sugerowaną cenę detaliczną 3588 RMB w przypadku wersji 16 GB, 4288 RMB w przypadku wersji 32 GB, 4988 RMB w przypadku wersji 64 GB oraz 5688 RMB w przypadku wersji 128 GB. iPad Air z WLAN + Cellular obsługujący TD-LTE oferowany jest teraz w Chinach równolegle z dotychczasowymi wersjami iPada Air WLAN + Cellular za sugerowaną cenę detaliczną 4488 RMB w przypadku wersji 16 GB, 5188 RMB w przypadku wersji 32 GB, 5888 RMB w przypadku wersji 64 GB i 6588 RMB w przypadku wersji 128 GB. iPad mini z wyświetlaczem Retina i interfejsem WLAN dostępny jest w kolorze srebrnym lub gwiezdnej szarości za sugerowaną cenę detaliczną 2888 RMB w przypadku wersji 16 GB, 3588 RMB w przypadku wersji 32 GB, 4288 RMB w przypadku wersji 64 GB oraz 4988 RMB w przypadku wersji 128 GB. iPad mini z wyświetlaczem Retina i interfejsem WLAN + Cellular obsługujący TD-LTE oferowany jest teraz w Chinach równolegle z dotychczasowymi wersjami iPada mini z wyświetlaczem Retina i interfejsem WLAN + Cellular za sugerowaną cenę detaliczną 3788 RMB w przypadku wersji 16 GB, 4488 RMB w przypadku wersji 32 GB, 5188 RMB w przypadku wersji 64 GB i 5888 RMB w przypadku wersji 128 GB. Ponadto w ofercie dostępny jest iPad z wyświetlaczem Retina — najbardziej przystępny cenowo iPad z ekranem o przekątnej 9,7 cala. Oferowany jest w kolorze czarnym lub białym za sugerowaną cenę detaliczną 2888 RMB w przypadku wersji 16 GB WLAN i 3788 RMB w przypadku wersji 16 GB WLAN + Cellular. Natomiast oryginalny iPad mini w kolorze srebrnym lub gwiezdnej szarości oferowany jest za 2098 RMB w przypadku wersji 16 GB WLAN i 2988 RMB w przypadku wersji 16 GB WLAN + Cellular. W Chinach wszystkie modele iPada można kupować w sklepach detalicznych Apple, internetowym sklepie Apple Store i u wybranych autoryzowanych sprzedawców Apple.
*Szybkość komunikacji sieciowej zależy od sieci operatora. Szczegółowe informacje można uzyskać od operatora.
**Wydajność baterii zależy od ustawień urządzenia, intensywności wykorzystania i innych czynników. Rzeczywiste wyniki mogą odbiegać od podanych.

GPW pracuje nad zwiększeniem zaufania do rynku kapitałowego

CEO Magazyn Polska

Giełda Papierów Wartościowych pracuje nad zwiększaniem zaufania do polskiego rynku kapitałowego. Chce zachęcać spółki do wdrażania tzw. systemów compliance, które zapewnią inwestorów o tym, że działają one zgodnie z prawem spółki, regulacjami rynkowymi i kodeksem dobrych praktyk. Rekomendacje w tym zakresie ma pomóc wypracować cykl debat organizowanych przez GPW.

Uruchomiliśmy cykl poważnych dyskusji, poświęconych podnoszeniu zaufania, który ma zaowocować konkretnymi działaniami. Chciałbym, żeby to był stały wątek w dyskusji na temat rynku kapitałowego i zaufania na rynku kapitałowym, ponieważ i zaufanie, i funkcja compliance to są integralne części zarządzania każdym ważnym przedsiębiorstwem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Maciejewski, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Prezes zapewnia, że już dziś zakres funkcjonowania compliance, czyli systemów, które mają zapewniać zgodność działania spółek z ich prawem wewnętrznym, regulacjami rynkowymi i dobrymi praktykami, jest na satysfakcjonującym poziomie.

To nie oznacza, że nie powinniśmy podejmować dodatkowych działań podnoszących jakość funkcji compliance – mówi Adam Maciejewski. – Chcielibyśmy, żeby efekty dyskusji przekształciły się w zestaw rekomendacji, które będzie można wprowadzić do kanonu dobrych praktyk spółek notowanych na giełdzie.

Zainicjowanie cyklu konferencji to nie pierwsze działania podejmowane przez GPW na rzeczy budowania zaufania i wiarygodności rynku kapitałowego. Wcześniej przeprowadzono reformę New Connect – rynku małych innowacyjnych przedsiębiorstw – na rzecz zwiększenia wiarygodności tego parkietu, oraz reformę tzw. spółek groszowych o bardzo niskiej wycenie jednostkowej akcji.

Natomiast jeżeli chodzi o działania planowane, to przede wszystkim powołanie agencji ratingowej i instytutu analiz, który zapewniałby mechanizmy oceny ryzyka związanego z emitentami czy z poszczególnymi emisjami papierów wartościowych – zapowiada Adam Maciejewski.

Zwiększone zaufanie do rynku ułatwi giełdzie wypełniać jej podstawowe zadanie, jakim jest zasilanie gospodarki w kapitał, a szczególną rolę ma zasilanie przedsiębiorstw małych i średnich o wysokim poziomie innowacyjności. To często firmy, które zatrudniają najwięcej pracowników, podejmują nowe wyzwania, nowe ryzyka, mają największą dynamikę wzrostu. Jak podkreśla prezes GPW, rynek godny zaufania jest bardziej efektywny, ma większą zdolność mobilizowania kapitału, a to z kolei przekłada się na ekonomię, stymulując wzrost gospodarczy.

W poniedziałek 31 marca na GPW odbyła się pierwsza konferencja, inaugurująca większy cykl dyskusji, w której udział wzięło ok. 200 przedstawicieli uczestników rynku, m.in. Komisji Nadzoru Finansowego, domów maklerskich i przedstawicieli rad nadzorczych.

KGHM: Popyt na miedź do końca dekady wzrośnie o ponad jedną trzecią. Ceny też będą wyższe

Wystarczy zmiana ceny miedzi o 100 dolarów, by wynik koncernu KGHM Polska Miedź zmienił się o 50 mln zł. 5-groszowa zmiana kursu złotego do dolara to wpływ na poziomie 80 mln zł. W krótkim terminie przy obecnych spadkach na rynku miedzi może to zaburzać wyniki, ale perspektywy długoterminowe są dobre: aby zaspokoić popyt, branża musi do 2020 roku wyprodukować dodatkowe osiem milionów ton miedzi.

W piątek za tonę miedzi na światowym rynku płacono blisko 660 dolarów i jest to poziom najniższa kwota od połowy 2010 roku. Uncja srebra kosztuje niecałe 20 dolarów, i choć jest ona minimalnie droższe niż na przełomie roku, to w skali czteroletniej cena ta jest blisko dolnej granicy.

Zwykle planujemy kształtowanie się cen miedzi, srebra i kursu walutowego zgodne z konsensusem rynkowym. Tak też było w tym roku – przyjęliśmy prognozy cen miedzi na poziomie 7100 dolarów za tonę, za uncję srebra – 22 dolary, i 3,05 zł jako kurs wymiany złoty – dolar – informuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Romanowski, wiceprezes KGHM Polska Miedź.

Wyjaśnia też, jak na wynik firmy wpływają zmiany cen surowca i kursy walutowe. Podaje, że wzrost lub spadek ceny miedzi o 100 dolarów za tonę oznacza zmianę wyniku o 50 mln zł, natomiast zmiana kursu dolara do złotego o jedynie pięć groszy zmienia wynik o 80 mln zł.

Te zmienności podajemy już po uwzględnieniu naszych transakcji zabezpieczających, które prowadzimy na rynku. Gdyby nie one, zmienność byłaby większa – twierdzi wiceprezes KGHM.

Jak tłumaczy, w krótkim terminie decydujący wpływ na rynek miedzi ma zachowanie inwestorów finansowych oraz kształtowanie się sytuacji na chińskim rynku katod. W średnim i długim okresie, zdaniem menedżera, fundamenty rynku miedzi są bardzo zdrowe.

Aby zaspokoić popyt w ciągu najbliższych lat, do roku 2020, musimy wyprodukować jako branża więcej o 8 mln ton miedzi. Dzisiaj produkcja górnicza wynosi około 20 mln ton – dodaje wiceprezes.

Zwiększenie produkcji o jedną trzecią będzie wymagać od spółek potężnych inwestycji na kapitałochłonnym rynku miedzi.

Mówimy o wydatkach w branży rzędu 60 mld dolarów. Tych pieniędzy dziś nie ma w budżetach spółek górniczych i w ich planach inwestycyjnych. Spodziewam się, że ewentualny deficyt na rynku miedzi za kilka lat będzie większy niż dziś przewidują analitycy. A to oznacza wzrost cen miedzi w przyszłości – prognozuje Romanowski.

Jego zdaniem, mogą one przekroczyć rekordowe do tej pory poziomy z 2011 roku – na giełdzie w Londynie tona surowca kosztowała blisko 10 tysięcy dolarów.

W tym roku KGHM planuje produkcję miedzi ze wsadów własnych na poziomie 420 tys. ton, czyli nieco niższym niż w ubiegłym roku. Produkcja srebra również będzie mniejsza – o 7 proc. w porównaniu do 2013 roku (1112 ton). Wiceprezes podkreśla, że wydobycie odbywa się w coraz cięższych warunkach, a dodatkową trudnością jest inflacja geologiczna, czyli spadek zawartości miedzi w złożu. Jednak produkcja miedzi elektrolitycznej, uwzględniająca również wsady obce, będzie nieco wyższa niż przed rokiem i wyniesie 568 tys. ton, produkcja srebra metalicznego 1 140 ton, 2 procent mniej niż w roku 2013.

KGHM planuje w tym roku zwiększenie nakładów rzeczowych do poziomu około 2,5 mld zł. Przede wszystkim wiążą się to z programem pirometalurgii, czyli kontynuacją modernizacji huty i rozbudowy infrastruktury górniczej Głogów Głęboki-Przemysłowy.

Te lokalne inwestycje pozwolą zarówno na utrzymanie wielkości produkcji w kolejnych latach, jak i poprawę jakości tej produkcji – mówi Romanowski. – Poza Polską najważniejsze inwestycje to rozbudowa projektu Sierra Gorda, projekt Victoria w Ontario, z którym wiążemy duże nadzieje, oraz projekt KGHM Ajax w Kolumbii Brytyjskiej. Nie przewidujemy nowych transakcji przejęć bądź połączeń, skupiamy się na inwestycjach i projektach, które już są w naszym portfelu – podsumowuje.

MNiSW: W tym roku Polska otrzyma na program Erasmus+ 102 mln euro

CEO Magazyn Polska

Blisko 15 mld euro zostanie przeznaczonych na program Erasmus+ do 2020 roku. Do Polski trafi ok. 1 mld euro, z czego jedna trzecia na szkolnictwo wyższe. W nowej formule unijny program stypendiów i wymiany studenckiej ułatwi międzynarodową współpracę uczelni i biznesu, z korzyścią dla studentów i nauczycieli akademickich. Pozwoli im m.in. na włączanie się w międzynarodowe platformy cyfrowe i uczestnictwo w innowacyjnych programach naukowych.

Erasmus+ łączy dotychczasowe programy dla studentów, jak Comenius, Erasmus, Erasmus Mundus, Leonardo da Vinci. Jego budżet to 14,7 mld euro do 2020 r., z czego Polska ma otrzymać ok. 1 mld euro. Z programu skorzysta ponad 4 mln młodych ludzi w Unii Europejskiej. Z dotychczas prowadzonego programu Erasmus skorzystało ponad 3 miliony studentów, w tym 130 tys. z Polski. Teraz możliwości i środki będą dużo większe (o ok. 40 proc.).

Erasmus+, oprócz samej mobilności studentów czy nauczycieli, włącza też programy międzyuczelniane oraz programy współpracy uczelni z biznesem. Zwiększa też możliwości na przykład praktyk zagranicznych dla polskich studentów – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Lena Kolarska-Bobińska, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Jedna trzecia z budżetu programu dla Polski zostanie przeznaczona na szkolnictwo wyższe, głównie na międzynarodową wymianę studencką. 22 proc. trafi na kształcenie i szkolenia zawodowe, a ok. 11 proc. kwoty na edukację szkolną.

Minister podkreśla, że program pozwala także na pełną współpracę polskich i zagranicznych studentów w kraju i za granicą w ramach innowacyjnych programów uczenia i nauczania. Umożliwia też włączanie się Polski w międzynarodowe platformy cyfrowe.

Umożliwia działania stanowiące odpowiedź na wyzwania, przed którymi stoi Polska i Europa. A więc tworzenia innowacyjnej gospodarki, dużo większej elastyczności w uczeniu i w myśleniu, skupieniu się na kwalifikacjach, umiejętnościach, a nie tylko na kolejnych konkretnych programach – wylicza minister.

Podkreśla, że Erasmus +, podobnie jak wszystkie inne programy europejskie, obliczony jest na wzmocnienie współpracy między nauką a biznesem.

Na to są obliczone fundusze europejskie do 2020 roku, w tym fundusze na naukę. Chodzi o to, by nauka współpracowała z biznesem, przekazując swoje wnioski i pracując częściowo także na użytek przemysłu, a przemysł korzystał z owoców pracy naukowców – komentuje prof. Lena Kolarska-Bobińska.

Profesor dodaje, że Polska wykorzysta nowe możliwości do maksimum, jak pokazały doświadczenia z poprzedniego programu Erasmus.

Są efekty nowej strategii sprzedaży Mercedesa. Klienci chętnie kupują auta kompaktowe

CEO Magazyn Polska

Wzbogacenie oferty auta kompaktowych, a co za tym idzie zwiększenie ich dostępności dla klientów, okazały się dla Mercedesa strzałem w dziesiątkę. Nowa polityka marki przynosi już pierwsze rezultaty, a klientów nie brakuje. Ogromną popularnością cieszy się prezentowany na Targach Motor Show w Poznaniu model kompaktowego SUV-a, czyli Mercedesa GLA. To jedna z kilku nowości niemieckiego koncernu.

Dwa lata temu zaczęliśmy wprowadzać na rynek gamę samochodów kompaktowych – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Ewa Łabno-Falęcka, dyrektor PR Mercedes-Benz Polska. – W 2012 była to Klasa A, rok później Klasa CLA, obecnie do oferty dołącza segment GLA, czyli kompaktowe SUV-y. To modele skierowane są przede wszystkim do ludzi młodych bądź młodych duchem, którzy dotychczas niekoniecznie myśleli o zakupie samochodu marki Mercedes-Benz.

Nowy pomysł koncernu ze Stuttgartu na sprzedaż okazał się trafiony, a bardziej przystępne cenowo modele sprzedają się na tyle dobrze, że fabryki nie nadążają z ixh produkcją. Segment kompaktowych SUV-ów, wchodzący dopiero do sprzedaży, zaprezentowany na poznańskich targach Motor Show, cieszy się ogromnym zainteresowaniem klientów.

– Chcemy, by nasza oferta była dostępna cenowo – wyjaśnia Niels Kowollik, prezes zarządu Mercedes-Benz Polska. – Musimy robić jednocześnie obydwie rzeczy – rosnąć w segmencie dużych aut, żeby spełnić oczekiwania naszych lojalnych klientów i osiągać nasze finansowe cele, ale także rosnąć w segmencie samochodów kompaktowych, by być dostępnym dla większej liczby klientów.

Zdaniem Kowollika, wielkość samochodu i jego cena nie jest dla kupujących jedynym kryterium wyboru. Istotna jest relacja ceny do jakości produktu oraz zużycie paliwa konkretnych modeli.

– Teraz czujemy wiatr w żaglach, niektóre modele samochodów mamy niemal wyprzedane i dotyczy to zarówno mniejszych, jak i większych aut – mówi prezes zarządu Mercedes-Benz Polska. – To pokazuje, że nasza polityka jest słuszna, a nasz portfel modeli atrakcyjny dla klientów.

Oprócz aut kompaktowych marka promuje nadal topowe modele, w tym nowy model Klasy S Coupe.

– To auto o pięknej stylizacji, z bardzo mocnym silnikiem V-8 B Turbo 455 KM i innowacyjnym system widzącego zawieszenia Magic Body Control – mówi dr Ewa Łabno-Falęcka. – Samochód dostępny jest także w wersji wzbogaconej o kryształy Svarowskiego, umieszczone w reflektorach i kierunkowskazach.

Na Targach w Poznaniu Mercedes zaprezentował również nową Klasę C oraz superluksusowy van – Klasę V.

Zainteresowanie poznańskim salonem wskazuje, według organizatorów, na ożywienie na rynku.

– Polska jest największym rynkiem motoryzacyjnym Europy Środkowo-Wschodniej – mówi Andrzej Byrt, prezes Międzynarodowych Targów Poznańskich. – Oczywiście, w ostatnich latach sprzedaż aut w naszym kraju spadła, niemniej nasze targi cieszyły się popularnością nawet w czasach kryzysu. A od początku tego roku popyt konsumpcyjny w Polsce zaczął rosnąć i w ślad za tym idzie również sprzedaż samochodów. To świetna wiadomość zarówno dla producentów i sprzedawców, jak i dla naszych targów. Myślę, że możemy mówić już o trendzie wzrostowym.

Inwestycje w plansze komiksowe coraz bardziej zyskowne. Polski rynek ma duży potencjał wzrostu

Komiksy nie są już postrzegane tylko jako rozrywka dla nastolatków. Oryginalne plansze komiksowe, będące pierwotnym tworem artystów, stają się zyskownymi inwestycjami. Rynek polski dopiero się rozwija, ale analitycy widzą w nim ogromny potencjał.

Przedmiotem obrotu na rynku sztuki i rynku kolekcjonerskim są oryginalne plansze autorów komiksów. Na cenę plansz wpływają m.in. nazwiska artystów czy popularność danego tytułu.

Zyski mogą być bardzo wysokie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Kasperski, zarządzający inwestycyjnymi kolekcjami plansz komiksowych w Wealth Solutions oraz współwłaściciel ArtKomiks. – Dla przykładu, inwestor zakupił dwanaście ręcznie wykonanych okładek do serii komiksu „Watchmen” w domu Sotheby’s w 1993 r. Ich sprzedaż w ubiegłym roku w domu aukcyjnym Heritage w USA przyniosła ponad 1000 proc. zysku.

Rynek sztuki komiksowej na świecie dynamicznie rośnie. Za plansze do wewnętrznych stron komiksu „Hellboy” kilka lat temu trzeba było zapłacić ok. 600 dolarów. Dziś taki zakup wiąże się z wydatkiem ponad 2 tys. dolarów. Rozkwit rynku rozpoczął się od lat 90. XX wieku, kiedy do sprzedaży przyłączyły się renomowane domy aukcyjne. Ta kategoria znacząco przyczyniła się do poprawy ich zysków.

Na świecie mamy dwa rynki – amerykański i frankofoński – mówi Marek Kasperski. – Ten pierwszy jest już rozwinięty, gdyż Amerykanie są mocno osadzeni w popkulturze. Charakteryzuje się głównie tym, że funkcjonują na nim superbohaterowie.

Z kolei rynek frankofoński – francuski i belgijski – jest bardziej artystyczny i w mniejszym stopniu oparty o wzorce popkulturowe.

Ciekawe perspektywy ma przed sobą także rynek polski, który na razie, przynajmniej pod względem aukcyjnym, jest w początkowej fazie rozwoju.

Jest on z jednej strony rynkiem klasycznym, związanym z Januszem Christą, z Papciem Chmielem, „Tytusem, Romkiem i A’Tomkiem”, „Kapitanem Żbikiem”, „Kapitanem Klossem”, a z drugiej strony – także z sztuką młodych artystów – zauważa Kasperski. – Rynek plansz komiksowych w Polsce jest bardzo obiecujący z tego względu, że mamy wielu świetnych autorów, którzy już funkcjonują na rynku międzynarodowym, np. Szymon Kudrański czy Grzegorz Rosiński, który jest absolutną gwiazdą światowego formatu.

Jest już pierwszy specjalistyczny sklep zajmujący się sztuką komiksu, istnieje również galeria, a w lutym odbyła się pierwsza aukcja poświęcona wyłącznie planszom. Od 3 marca br. inwestować w unikalne plansze komiksowe mogą klienci firmy Wealth Solutions, z którą współpracuje ArtKomiks.

– Dom aukcyjny Desa w lutym zorganizował aukcję, w ramach której sprzedano prace za 250 tys. złotych – zauważa Kasperski. – Natomiast wcześniej w Krakowie dom Nautilus pokazywał prace Jerzego Skarżyńskiego.

Rośnie grono zainteresowanych takimi inwestycjami osób, a to z kolei przekłada się na wyceny prac. Plansza okładkowa Janusza Christy (komiks „Kajtek i Koko”) została sprzedana na lutowej aukcji DESA Unicum za 22 tys. zł. W ubiegłym roku w sklepie ArtKomiks kosztowała 4 tys. zł.

Zdaniem Kasperskiego polski rynek plansz komiksowych ma znaczny potencjał wzrostu, na co wskazują również przykłady państw sąsiednich.

Obecne wyceny będą piąć się w górę – twierdzi ekspert. – Dowodzi tego nie tylko przykład bardzo dojrzałych rynków, takich jak amerykański czy frankofoński, lecz także np. przykład czeski. Prace czeskiego twórcy Kája Saudka wyceniono na 885 tysięcy złotych. Myślę, że polski rynek aukcyjny, podobnie jak czeski, zauważy, że na planszach komiksowych można dużo zarobić – przekonuje.

O wzroście prestiżu inwestycji w plansze komiksowe świadczy także fakt zakupienia przez amerykańską Bibliotekę Kongresu kompletu plansz do komiksu „Maus Arta” Spiegelmana – nagrodzonego zresztą Nagrodą Pulitzera.

Co szósty Polak cierpi na zespół pęcherza nadreaktywnego. To nie tylko problem medyczny, lecz także społeczny

CEO Magazyn Polska

Zespół pęcherza nadreaktywnego to krępująca dolegliwość, która dotyczy nawet 16 proc. społeczeństwa. U chorych pojawiają się bardzo częste, naglące parcia, zwykle trudne do opanowania. Zaburzenie może doprowadzić do problemów emocjonalnych oraz wycofania się z życia społecznego. Leki stosowane do tej pory w terapii pęcherza nadreaktywnego wywoływały przykre, ogólnoustrojowe skutki uboczne. Pacjenci czekają więc na refundację leku nowej generacji, który działa wybiórczo na pęcherz.

Według badań epidemiologicznych objawy zespołu pęcherza nadreaktywnego pojawiają się u około 16 proc. populacji dorosłych. Wbrew powszechnej opinii, schorzenie to w niemal równym stopniu dotyczy kobiet i mężczyzn.

Zespół pęcherza nadreaktywnego to nie tylko nietrzymanie moczu, lecz przede wszystkim parcie naglące, które jest bardzo trudne do opanowania. Oprócz tego u tych pacjentów czy pacjentek występuje konieczność kilkukrotnego, a nawet kilkunastokrotnego oddawania moczu w ciągu nocy – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Włodzimierz Baranowski, ginekolog.

Zdarza się, że parcie jest niemożliwe do opanowania i chory mimowolnie oddaje mocz. W takich przypadkach mówi się o pęcherzu mokrym. Najczęściej jednak obserwuje się suchy pęcherz nadreaktywny, któremu towarzyszy tylko uporczywe parcie i związane z nim wielokrotne wizyty w toalecie.

To się wiąże z częstym wstawaniem w nocy i niewysypianiem się. Cały czas mam świadomość, że muszę mieć w pobliżu toaletę, żeby pobiec, jak tylko będę miała parcie na pęcherz. Ograniczam się do wyjść tam, gdzie nie będę musiała szukać toalety, bo to jest jednak krępujące – dodaje Teresa Bodzak, pacjentka.

Ze względu na intymny charakter schorzenia, pacjenci często cierpią również na problemy natury emocjonalnej. Przy nasilonych objawach pęcherza nadreaktywnego mogą pojawić się epizody lękowe i depresyjne. Chorzy rezygnują z aktywności sportowych, ograniczają kontakty towarzyskie i dostosowują aktywności zawodowe do wizyt w toalecie.

Leki stosowane rutynowo w terapii zespołu pęcherza nadreaktywnego wywołują nieprzyjemne skutki uboczne, m.in. suchość błon śluzowych, zaburzenia widzenia, bóle głowy oraz problemy pokarmowe. Lekarze mogą przepisać skuteczniejsze, nowsze leki, ale mogą być one zrefundowane tylko wtedy, gdy pacjent wcześniej zostanie poddany inwazyjnemu badaniu urodynamicznemu (Polska jest jedynym krajem na świecie, który wymaga badania do refundacji). Jeśli farmakoterapia nie przyniesie efektu, wskazana jest iniekcja toksyny botulinowej do pęcherza lub operacja chirurgiczna. Nadzieją dla chorych cierpiących na pęcherz nadreaktywny jest lek o nazwie Mirabegron, który działa bezpośrednio na receptory znajdujące się w pęcherzu moczowym.

Ten nowy lek, mówiąc najprościej, działa rozkurczowo na pęcherz i jest praktycznie pozbawiony działań ubocznych. Działa wybiórczo tylko i wyłącznie w pęcherzu. Nie ma generalnie przeciwwskazań do jego stosowania. Jedyną barierą może być w tej chwili cena leku – tłumaczy Włodzimierz Baranowski.

Czasami wykupię te leki, ale one są drogie, bo miesięczne leczenie kosztuje w granicach 150 zł do 200 zł, zależy, w której aptece. I to jest dosyć duży koszt. Staram się korzystać z tych tańszych, ale one mają mnóstwo ubocznych skutków – tłumaczy Teresa Bodzak. – Jest suchość spojówki, suchość ust, bo wysychają śluzówki. Ciągle chce się pić, a im więcej piję, tym częściej chodzę do toalety. Więc koło się zamyka.

Zespół pęcherza nadreaktywnego można i trzeba leczyć. Najważniejsze, by przełamać wstyd lub strach i udać się po pomoc.

Od dziś nowe zasady dofinansowania dla firm zatrudniających niepełnosprawnych. Stracą zakłady pracy chronionej

CEO Magazyn Polska1 kwietnia wejdzie w życie nowelizacja ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych przez pracodawców. Eksperci ostrzegają, że w efekcie zmian najmocniej ucierpią zakłady pracy chronionej, a w konsekwencji – niepełnosprawni. Stopa bezrobocia w tej grupie może znacząco wzrosnąć.

Zgodnie z nowymi przepisami nastąpi zrównanie dofinansowania z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych dla wszystkich pracodawców, którzy zatrudniają osoby niepełnosprawne. Do tej pory korzystniejsze warunki miały firmy o statusie zakładu pracy chronionej.

Zakłady pracy chronionej uzyskiwały większe kwoty, natomiast pozostali przedsiębiorcy uzyskiwali tylko 70 procent kwot, które przysługują ZPCh-om. Od 1 kwietnia ma nastąpić zrównanie dofinansowania dla wszystkich pracodawców, natomiast kwoty będą uzależnione, tak jak do tej pory, od stopnia niepełnosprawności – podkreśla w rozmowie z Newseria Biznes Mateusz Brząkowski, doradca prawny z Państwowej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych.

Co ważne, zmniejszeniu ulegnie maksymalna kwota dofinansowania. Najbardziej odczują to właśnie zakłady pracy chronionej, które od kwietnia będą dysponowały mniejszym dofinansowaniem na każdego zatrudnionego niepełnosprawnego.

Kwoty dofinansowania ustalone są ustawowo i, co należy podkreślić, są to kwoty maksymalne. Oznacza to, że kwota, jaka zostanie przekazana na konto danego pracodawcy zależy od wielu kryteriów – m.in. od wynagrodzenia, jakie otrzymuje osoba niepełnosprawna. Dlatego też pracodawca zamiast 450 zł, które od 1 kwietnia przysługują na osobę z lekkim stopniem niepełnosprawności, w zależności od wyliczeń może dostać znacznie mniej – 410 czy nawet 300 złotych. Kwoty te są wypłacane miesięcznie, a pracodawcy są zobowiązani za każdym razem składać osobny wniosek w systemie elektronicznym. W zależności od liczby zatrudnionych niepełnosprawnych, do pracodawcy trafiają określone pieniądze.

– Mimo że dofinansowania mają być od kwietnia zrównane dla wszystkich, to widzimy także pewne negatywne skutki, które mogą mieć miejsce w związku z nowelizacją ustawy. Wielu przedsiębiorców, którzy prowadzą ZPCh-y zastanawia się, czy mają nadal prowadzić w tej formie swoją firmę, ponieważ z jednej strony dostaną mniejsze kwoty, i ze względu na nałożone na nich obowiązki może się okazać, że ta forma prowadzenia działalności przestanie się opłacać – ocenia ekspert z POPON-u.

Do tej pory za zatrudnioną osobę ze znacznym stopniem niepełnosprawności zakłady pracy chronionej dostawały dofinansowanie do kwoty maksymalnie 2700 zł. Po zmianach będzie to już tylko 1800 zł (dla porównania pracodawcy z rynku otwartego stracą na zmianach zaledwie 90 zł). Przy osobach z umiarkowanym i lekkim stopniem niepełnosprawności pracodawcy z rynku otwartego zyskają, natomiast zakłady pracy chronionej wyraźnie stracą. Należy przy tym pamiętać, że zakłady pracy chronionej mają dodatkowe obowiązki względem zatrudnionych niepełnosprawnych – np. prowadzenie doraźnej i specjalistycznej opieki medycznej.

Biorąc pod uwagę to, że teraz wszyscy będą dostawali takie same pieniądze z Państwowego Funduszu, ale nie wszyscy będą mieli takie same obowiązki w stosunku do zatrudnionych pracowników niepełnosprawnych, to wielu przedsiębiorców mówi, że będzie wnioskowało o utratę statusu. A to może spowodować na rynku pracy spadek zatrudnienia osób niepełnosprawnych. Pamiętajmy, że ZPCh-y muszą mieć obowiązkowy wskaźnik – to dzisiaj 50 procent osób niepełnosprawnych w firmie. Czyli jak stracą status, takiego obowiązku nie będzie, czyli ten wskaźnik na pewno spadnie i to przełoży się na wzrost stopy bezrobocia – tłumaczy Mateusz Brząkowski.

Wedle obowiązujących przepisów, w grupie 50 procent osób niepełnosprawnych zatrudnionych w zakładach pracy chronionej, 20 procent mają stanowić osoby ze znacznym i umiarkowanym stopniem niepełnosprawności. I to w tej grupie poziom bezrobocia może wzrosnąć w największym stopniu.

Cztery miesiące na podjęcie decyzji o przekazywaniu środków do OFE lub ZUS-u

CEO Magazyn PolskaOd dziś można podejmować decyzję o pozostawieniu części składki emerytalnej w otwartych funduszach lub przekazaniu jej do ZUS-u. W przypadku braku decyzji z końcem lipca środki zostaną przekazane do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Eksperci podkreślają, że decyzja ma jednak niewielkie konsekwencje finansowe, bo dotyczy zaledwie ok. 15 proc. składki emerytalnej.

 – Po zmianie, niezależnie od tego, czy podejmiemy decyzję, aby kontynuować oszczędzanie 2,92 proc. składki w OFE, czy o tym, aby przekazać wszystko do ZUS-u, to mówimy tak naprawdę o 80-90 proc. składek, które idą do ZUS-u, i o tej niewielkiej części, która może być kontynuowana w OFE – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Nowak, członek zarządu firmy doradczej Mercer Polska.

Polacy będą mieli czas na podjęcie decyzji o dalszym losie części ich oszczędności od 1 kwietnia do 31 lipca. W tym czasie można złożyć oświadczenie do ZUS-u na specjalnym formularzu. Można to zrobić także przez elektroniczny serwis ePUAP. Kto takiego oświadczenia nie złoży, od sierpnia będzie miał całość składki automatycznie przekazywaną do ZUS-u. Nie będzie to jednak decyzja ostateczna – po raz kolejny będzie ją można podjąć w 2016 r., a potem co cztery lata.

Eksperci podkreślają, że decyzja dotyczy jednak bardzo niewielkiej części naszych oszczędności emerytalnych. Składka emerytalna to 19,52 proc. wynagrodzenia brutto (po połowie płaci zatrudniony i pracodawca). 12,22 proc., czyli ponad 60 proc. składki, trafia do ZUS-u w ramach tzw. pierwszego filara. Pozostałe środki, czyli 7,3 proc. pensji, stanowi drugi filar. 60 proc. tej kwoty przekazywane jest na subkonto w ZUS. Oznacza to, że w OFE maksymalnie może pozostać 2,92 proc. wynagrodzenia brutto. W przypadku wyboru ZUS-u, całe 7,3 proc. pensji trafi na subkonto w urzędzie.

Od decyzji zależy los niecałych 15 proc. składki emerytalnej. Jak dodaje Nowak, gwarantem wypłaty niezależnie od decyzji pozostaje ZUS, bo nawet jeśli pozostawimy środki w OFE, na 10 lat przed emeryturą co roku 10 proc. zgromadzonych w OFE środków będzie przekazywanych do urzędu, który następnie będzie wypłacał całość emerytury.

Tę decyzję trzeba podjąć, ale jej znaczenie nie jest takie, jak się części z nas wydaje – podkreśla Nowak. – W efekcie przechodząc na emeryturę, nie będziemy mieli już nic w OFE. Z tej perspektywy również to, czy podejmiemy decyzję o tym, żeby te pieniądze pozostawić w OFE czy też o tym, żeby przenieść je do ZUS-u, będzie to korygowane przez ten mechanizm „suwaka”, bo z każdym rokiem im bliżej do emerytury, tym mniej środków będzie w OFE i na końcu nie będzie ich tam w ogóle.

Nowak przyznaje, że reforma systemu emerytalnego była niezbędna z punktu widzenia budżetu państwa. OFE, które powstały w 1999 r., przejęły część składek, ale dopiero 10 lat później wypłaciły pierwsze emerytury. Taki system oznaczał, że zmniejszyły się wpływy do ZUS-u, ale przez pierwszą dekadę bez zmian pozostały obciążenia dla państwowego systemu. Po 10 latach oczywiste stało się, że w systemie brakuje pieniędzy, co prowadziło do dużego wzrostu zadłużenia państwa. Na początku lutego OFE przekazały do ZUS-u w postaci obligacji Skarbu Państwa ponad połowę (51,5 proc.) środków zgromadzonych na kontach uczestników funduszy. Przekazane aktywa miały łączną wartość ponad 150 mld zł.