Cztery miesiące na podjęcie decyzji o przekazywaniu środków do OFE lub ZUS-u

CEO Magazyn PolskaOd dziś można podejmować decyzję o pozostawieniu części składki emerytalnej w otwartych funduszach lub przekazaniu jej do ZUS-u. W przypadku braku decyzji z końcem lipca środki zostaną przekazane do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Eksperci podkreślają, że decyzja ma jednak niewielkie konsekwencje finansowe, bo dotyczy zaledwie ok. 15 proc. składki emerytalnej.

 – Po zmianie, niezależnie od tego, czy podejmiemy decyzję, aby kontynuować oszczędzanie 2,92 proc. składki w OFE, czy o tym, aby przekazać wszystko do ZUS-u, to mówimy tak naprawdę o 80-90 proc. składek, które idą do ZUS-u, i o tej niewielkiej części, która może być kontynuowana w OFE – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Nowak, członek zarządu firmy doradczej Mercer Polska.

Polacy będą mieli czas na podjęcie decyzji o dalszym losie części ich oszczędności od 1 kwietnia do 31 lipca. W tym czasie można złożyć oświadczenie do ZUS-u na specjalnym formularzu. Można to zrobić także przez elektroniczny serwis ePUAP. Kto takiego oświadczenia nie złoży, od sierpnia będzie miał całość składki automatycznie przekazywaną do ZUS-u. Nie będzie to jednak decyzja ostateczna – po raz kolejny będzie ją można podjąć w 2016 r., a potem co cztery lata.

Eksperci podkreślają, że decyzja dotyczy jednak bardzo niewielkiej części naszych oszczędności emerytalnych. Składka emerytalna to 19,52 proc. wynagrodzenia brutto (po połowie płaci zatrudniony i pracodawca). 12,22 proc., czyli ponad 60 proc. składki, trafia do ZUS-u w ramach tzw. pierwszego filara. Pozostałe środki, czyli 7,3 proc. pensji, stanowi drugi filar. 60 proc. tej kwoty przekazywane jest na subkonto w ZUS. Oznacza to, że w OFE maksymalnie może pozostać 2,92 proc. wynagrodzenia brutto. W przypadku wyboru ZUS-u, całe 7,3 proc. pensji trafi na subkonto w urzędzie.

Od decyzji zależy los niecałych 15 proc. składki emerytalnej. Jak dodaje Nowak, gwarantem wypłaty niezależnie od decyzji pozostaje ZUS, bo nawet jeśli pozostawimy środki w OFE, na 10 lat przed emeryturą co roku 10 proc. zgromadzonych w OFE środków będzie przekazywanych do urzędu, który następnie będzie wypłacał całość emerytury.

Tę decyzję trzeba podjąć, ale jej znaczenie nie jest takie, jak się części z nas wydaje – podkreśla Nowak. – W efekcie przechodząc na emeryturę, nie będziemy mieli już nic w OFE. Z tej perspektywy również to, czy podejmiemy decyzję o tym, żeby te pieniądze pozostawić w OFE czy też o tym, żeby przenieść je do ZUS-u, będzie to korygowane przez ten mechanizm „suwaka”, bo z każdym rokiem im bliżej do emerytury, tym mniej środków będzie w OFE i na końcu nie będzie ich tam w ogóle.

Nowak przyznaje, że reforma systemu emerytalnego była niezbędna z punktu widzenia budżetu państwa. OFE, które powstały w 1999 r., przejęły część składek, ale dopiero 10 lat później wypłaciły pierwsze emerytury. Taki system oznaczał, że zmniejszyły się wpływy do ZUS-u, ale przez pierwszą dekadę bez zmian pozostały obciążenia dla państwowego systemu. Po 10 latach oczywiste stało się, że w systemie brakuje pieniędzy, co prowadziło do dużego wzrostu zadłużenia państwa. Na początku lutego OFE przekazały do ZUS-u w postaci obligacji Skarbu Państwa ponad połowę (51,5 proc.) środków zgromadzonych na kontach uczestników funduszy. Przekazane aktywa miały łączną wartość ponad 150 mld zł.

Blisko 75 proc. Polaków woli wiadomości sms od komunikatorów internetowych

CEO Magazyn Polska

Wraz z pojawieniem się na rynku smartfonów, 160-znakowe wiadomości tekstowe – czyli popularne smsy, które zrewolucjonizowały komunikację międzyludzką w latach 90. – miały odejść w zapomnienie. Jednak, jak wynika z badania platformy SerwerSMS.pl, Polacy wciąż chętniej wysyłają smsy, niż korespondują za pomocą komunikatorów internetowych. 

Mimo że pojawiają się nowe formy komunikacji, jak komunikatory mobilne, dostępne dla użytkowników smartfonów, to ponad 70 proc., czyli trzech na czterech Polaków wysyła i odbiera smsy, i preferuje tę formę komunikacji – twierdzi Tomasz Szymandowski, rzecznik prasowy firmy SerwerSMS.pl w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Na taki wybór Polaków z pewnością mają wpływ coraz lepsze oferty operatorów komórkowych, z nieograniczoną liczbą wysyłanych smsów, nawet przy najniższych opłatach abonamentowych. Ale to nie jedyna przewaga krótkich wiadomości tekstowych nad komunikatorami.

Właściwości sms-=a w dalszym ciągu są takie, że jest on dostępny od ręki, zaraz, jest pewny, szybki i dostarczany w momencie wysyłania. Jeżeli chodzi o komunikatory, mają one swoje wady i zalety, oczywiście musimy mieć dostęp do internetu i pewnego rodzaju ułatwienia i możliwości, dzięki którym możemy dopiero skorzystać z takiego komunikatora – tłumaczy Tomasz Szymandowski.

Z badania przeprowadzonego przez platformę SerwerSMS.pl w 2013 roku na grupie 2160 polskich internautów wynika, że blisko co trzeci ankietowany wysyła średnio ponad siedem wiadomości tekstowych dziennie, a 66,6 proc. pytanych stwierdziło, że wysyła smsy każdego dnia. W najbliższych latach raczej nie powinno być spadków.

Badania zagranicznych agencji dotyczących rynku smsowego mówią o tym, że do 2015 roku będziemy mieli tendencję wzrostową. To oznacza, że rynek będzie rósł, a z roku na rok będzie przybywać smsów. Co prawda to nie będzie taka dynamika, jak między rokiem 2004 a 2009, ale przyrost będzie wyraźnie odczuwalny – uważa rzecznik SerwerSMS.pl.

Dalsze przewidywania już tak optymistyczne nie są, choć jednomyślności wśród prognozujących nie ma.

Później ta tendencja będzie nieco słabła, nawet prognozowane są delikatne spadki. Ale też agencje badawcze zastrzegają, że prawdopodobnie ruch smsowy pozostanie na takim samym poziomie, jaki osiągnie w 2015 roku – twierdzi Tomasz Szymandowski.

Wizjonerstwo: cecha, która pociąga za sobą tłumy

Każdy zespół bez wątpienia potrzebuje lidera, czyli charyzmatycznej postaci, która będzie potrafiła wydobyć z innych to, co w nich najlepsze. Jednak oprócz cech osobowościowych takich, jak pewność siebie czy umiejętność nawiązywania kontaktów, dobry przywódca powinien być także wizjonerem konsekwentnie realizującym obrane wcześniej cele. A do tego w większości przypadków niezbędna okazuje się umiejętność odpowiedniego zarządzania sobą w czasie.

Publikacji próbujących wyjaśnić, czym musi charakteryzować się osoba pragnąca zostać liderem powstało już tyle, że są one w stanie zapełnić niejedną biblioteczną półkę. Niektóre z owych zestawień są do siebie bliźniaczo podobne, inne zaś różnią się niemalże całkowicie.

Niezależnie jednak od tego, do jakiej książki zajrzymy, jedna cecha prawie zawsze pozostaje niezmienna. Chodzi rzecz jasna o myślenie strategiczne, określane także wizjonerstwem czy umiejętnością jasnego określenia kierunku, w którym się zmierza.

– Bez tego przywódca jest w stanie skupić się wyłącznie na jednym zadaniu. Osoby takie można porównać do niedoświadczonego turysty, który dobrze radzi sobie tylko na wytyczonym szlaku, a przy pierwszym rozwidleniu najzwyczajniej w świecie zaczyna się gubić – wyjaśnia Grzegorz Frątczak, specjalista zarządzania czasem.

Jasno określony cel jest w stanie zatem zapewnić nam ogromną przewagę nad osobami, które uznały, że nie warto „marnować” czasu na przemyślenie swojej drogi. Dużo łatwiej jest pozostawać konsekwentnym w swoim postanowieniu, jeśli w chwili zwątpienia mamy na horyzoncie wyraźnie widoczny punkt, do którego dążymy. Decyzja, co w danym momencie należy zrobić nasuwa się bowiem samoistnie.

Zarządzanie sobą w (dłuższym) czasie

Wybór strategicznego kierunku to nie wszystko. Równie ważna, jeśli nawet nie ważniejsza, jest nasza wytrwałość w działaniu. Szczególnie trudno o nią w dzisiejszych czasach, gdy ilość zadań do natychmiastowego wykonania często przekracza nasze możliwości. Tu z pomocą może przyjść nam umiejętność odpowiedniego zarządzania sobą w czasie.

– W chwili zwątpienia, gdy wydaje nam się, że obowiązków jest już zbyt dużo, warto na chwilę zwolnić i zadać sobie pytanie: jak to, co teraz robię ma się do tego, co chcę osiągnąć za rok czy za pięć lat? Czy dana czynność zbliża mnie czy też oddala od wybranego celu? – podpowiada przedstawiciel CEO Solutions.

Osiągniecie owego dystansu pozwoli nam bowiem skupić się na tym, co jest naprawdę ważne. Eliminowanie z życia zbędnych zadań nie będzie jednak możliwe bez wcześniejszego wyznaczenia wizji i drogi, którą zmierzamy.

Cel pomaga omijać trudności

Zdefiniowany cel końcowy (którym może być np. określony rezultat projektu) pomoże nam nie tylko w wyborze kolejnych kroków. Oprócz tego pozwoli nam on także przewidzieć ewentualne trudności czy zagrożenia oraz przedsięwziąć działania zapobiegawcze, takie jak chociażby podział zadań w zespole, określenie planu czasowego, kosztów lub możliwych odchyleń itp.

– Prawdziwi liderzy powinni mieć zatem wizję dotyczącą zarówno własnej osoby, firmy dla której pracują, jak i każdego podejmowanego przedsięwzięcia. Wizje te muszą oczywiście być ze sobą spójne, by osiągnięty w ten sposób efekt synergii oddziaływał na cały zespół – mówi Grzegorz Frątczak.

W parze z projektowaniem swojego czasu z całą pewnością iść musi także samodyscyplina, zarówno emocjonalna, czyli umiejętność zapanowania nad własnymi reakcjami (zwłaszcza w sytuacjach stresowych), jak i czasowa, pozwalająca realizować długofalowe cele w określonych terminach.

O tą drugą zdecydowanie łatwiej, gdy działania podzielimy na te bieżące oraz te osiągalne w dłuższym perspektywie. Do tego dojść powinno także tworzenie bardziej szczegółowych planów pomniejszych czynności.

Lider i jego otoczenie

By dokonywać rzeczy wielkich i być w stanie wydobywać z innych to, co w nich najlepsze, bez wątpienia trzeba dać z siebie wszystko. Nie da się jednak tego zrobić nie czując się dobrze. Przewodzenie wymaga zatem również zadbania o tak z pozoru prozaiczne rzeczy, jak własna kondycja fizyczna i związane z nią dieta czy prawidłowy wypoczynek.

– Troska o te trzy sfery powoduje, że lider kipi wręcz entuzjazmem, charyzmą, optymizmem i pozytywną pewnością siebie. Warto mieć na uwadze, ile energii może kosztować osiągnięcie i dłuższe utrzymanie podobnego stanu przy jakichś dolegliwościach zdrowotnych. A przewodzenie to przecież nie sprint, a maraton – dodaje na koniec trener zarządzania czasem.

To, jak pracuje lider, przekłada się bowiem bezpośrednio na resztę zespołu, gdyż ostateczny sukces zależy od odpowiedniej współpracy. Tylko dzięki niej możliwe jest szybsze i skuteczniejsze zrealizowanie wizji nakreślonej na samym początku drogi.

NIK o inwestycjach na terenach powodziowych

Gminy nie podejmują wystarczających działań, aby chronić mieszkańców przed skutkami powodzi. Kontrola NIK wykazała, że samorządy nie ograniczały zabudowy terenów zagrożonych zalaniem. Decyzje o pozwoleniu na budowę zwykle nie zawierały informacji dla inwestorów o zagrożeniu powodziowym na terenie planowanej inwestycji. Informacji takich w zdecydowanej większości brakowało także w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego – ujęto i opisano w nich jedynie dziesiątą część obszarów zagrożonych powodzią.

W wyniku powodzi, które przeszły przez Polskę w maju i czerwcu 2010 r., poszkodowanych zostało blisko 70 tys. rodzin. Straty poniosło 811 gmin, a wartość tych strat oszacowano na ponad 12 mld zł[1]. Zdaniem NIK jedną z głównych przyczyn rosnących szkód jest zabudowa terenów zagrożonych powodzią.

W trakcie kontroli NIK stwierdziła następujące nieprawidłowości po stronie gmin:

W niewystarczającym stopniu wykorzystywały miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego do ograniczania zabudowy na terenach zagrożonych powodzią. Plany te obejmowały zaledwie 12 proc. takich obszarów, z czego tylko w 1/3 przypadków wprowadzono zakazy, ograniczenia i warunki, po spełnieniu których zabudowa w tych miejscach będzie możliwa. Miejscowe plany w 21 proc. zbadanych urzędów miast i gmin nie określały granic i sposobów zagospodarowania terenów szczególnie zagrożonych powodzią oraz obszarów osuwania się mas ziemnych, co stanowiło naruszenie art. 15 ust. 2 pkt 7 ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym.

W przypadku 30 proc. skontrolowanych urzędów miast i gmin studia uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego nie zawierały żadnych zapisów zakazujących lub ograniczających lokalizację inwestycji i nie określały warunków, których spełnienie umożliwiłoby bezpieczną zabudowę na terenach zagrożonych powodzią. NIK zwróciła uwagę na przypadek Prezydenta Urzędu Miasta Bielsko-Biała, który – pomimo wielokrotnie wyrażanej negatywnej opinii Dyrektora RZGW dotyczącej pominięcia w projekcie części terenów zagrożonych powodzią – uznał projekt za uzgodniony i przekazał go Radzie Miasta do uchwalenia, co było niezgodne z art. 11 pkt 9 ustawy o planowaniu.

W aż 1/5 skontrolowanych organów[2] w decyzjach o warunkach zabudowy oraz prawie we wszystkich gminach w decyzjach o pozwoleniu na budowę nie informowano inwestorów o skutkach i zagrożeniach lokalizowania przedsięwzięć na terenach zagrożonych powodzią. Zdarzały się przypadki, kiedy pozwolenie na budowę wydawano pomimo posiadanej przez gminę i inwestora wiedzy, że planowana inwestycja ma zostać zlokalizowana na terenie o podwyższonym ryzyku wystąpienia powodzi. Np. w Toruniu i Brzegu wydano pozwolenia na budowę, pomimo że parter lub piwnica znajdowały się na poziomie niższym od poziomu tzw. wody stuletniej (czyli poziomu zwierciadła wody podczas powodzi, występującego z prawdopodobieństwem raz na sto lat). W ocenie NIK nieinformowanie inwestorów o zagrożeniu powodziowym na danym terenie stwarza ryzyko, że obszary te będą zabudowywane, co w dłuższej perspektywie zwiększa potencjalne straty spowodowane przez żywioł.

W dwóch skontrolowanych organach kontrolerzy NIK stwierdzili znaczne braki w magazynach przeciwpowodziowych (np. Urząd Miasta Bielsko-Biała dysponował jedynie ok. 15 tonami piasku zamiast wymaganych 40, a w Gminie Borzęcin wyposażenie magazynu było niezgodne z gminnymi przepisami).

W 3 gminach (Dobrzeń Wielki, Tarnobrzeg i Szczucin) w operacyjnych planach ochrony przed powodzią brakowało ważnych informacji (jak np. liczba osób i budynków zagrożonych powodzią, wielkość obszarów obarczonych ryzykiem wystąpienia powodzi czy przyczyny zagrożenia poszczególnych terenów). Plany nie wskazywały działań prewencyjnych, nie przewidywały systemu ostrzegania mieszkańców i reagowania na zagrożenia powodziowe ani nie określały sposobu monitorowania zagrożeń, zapewnienia sił ratowniczych i środków technicznych niezbędnych do usuwania skutków zagrożeń.

29 proc. gmin z własnej inicjatywy podejmowało działania w celu zabezpieczenia mieszkańców przed skutkami powodzi. Zdaniem Izby były to jednak pojedyncze działania, nie tworzące kompleksowego systemu, który w znaczący sposób przyczyniłby się do poprawy bezpieczeństwa ludzi i mienia przed powodzią czy ograniczył straty materialne.

Zaniedbania po stronie gmin częściowo miały związek z brakiem precyzyjnych przepisów, które nie zobowiązywały gmin do ograniczania lub odmowy realizacji inwestycji na obszarach zagrożonych powodzią. Problemem była też opieszałość Regionalnych Zarządów Gospodarki Wodnej. Dyrektorzy RZGW byli ustawowo zobowiązani do opracowywania studiów ochrony przeciwpowodziowej, które miały pomóc gminom w zarządzaniu takimi terenami. Według danych RZGW tylko dwóch Dyrektorów wywiązało się z określonego prawem obowiązku.

NIK podkreśla jednak, że ani niedoskonałości prawa, ani zaniedbania organów administracji rządowej (Dyrektorów RZGW) nie zwalniają gmin z odpowiedzialności za racjonalne kształtowanie polityki przestrzennej, w tym planowanie zabudowy z uwzględnieniem zagrożenia powodziowego.

W celu zminimalizowania potencjalnych skutków powodzi w przyszłości Najwyższa Izba Kontroli wnioskuje o podjęcie działań przez wójtów, burmistrzów i prezydentów miast w zakresie:

objęcia miejscowymi planami zagospodarowania przestrzennego wszystkich terenów zagrożonych powodzią i stworzenia w nich szczególnych warunków dla inwestycji, w tym wymagań konstrukcyjnych dla obiektów budowanych na tych terenach;
pilnego uwzględnienia w miejscowych planach granic obszarów szczególnego zagrożenia powodzią w celu określenia terenów, na których należy wprowadzić ograniczenia zabudowy;

informowania inwestorów o zagrożeniach wynikających z lokalizacji inwestycji na terenach zagrożonych powodzią w treści wydawanych decyzji o warunkach zabudowy i decyzjach o pozwoleniu na budowę;

podjęcia działań zapewniających przestrzeganie terminu wydawania decyzji administracyjnych zgodnie z Kpa;
uzgadniania projektów decyzji o warunkach zabudowy z właściwymi organami, określonymi w przepisach ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym.

Jakość paliw w 2013 roku

Poprawia się jakość paliw. W ubiegłym roku Inspekcja Handlowa zakwestionowała 3,92 proc. skontrolowanych próbek paliw płynnych – rok wcześniej było to 4,14 proc. Zastrzeżenia dotyczyły częściej jakości oleju napędowego niż benzyny

Paliwo, które nie spełnia wymagań jakościowych może wpływać na zwiększenie jego zużycia. Bywa ono także przyczyną pogorszenia stanu technicznego silnika, co w konsekwencji może prowadzić do awarii. Naraża to właściciela samochodu na koszty napraw oraz dyskomfort jazdy. Inspekcja Handlowa bada jakość oferowanego na rynku paliwa już od ponad 10 lat. W czasie pierwszej kontroli w 2003 roku odsetek próbek paliw ciekłych niespełniających wymogów jakościowych wyniósł 30 proc. W kolejnych latach ilość stwierdzanych nieprawidłowości znacząco spadła i utrzymuje się na poziomie poniżej 5 proc. Od siedmiu lat obowiązuje ustawa o systemie monitorowania i kontrolowania jakości paliw pozwalająca na kontrolę na każdym etapie dystrybucji – od wytwórcy poprzez magazyny, hurtownie, transport aż po stacje paliwowe. Inspekcja Handlowa kontroluje niemal wszystkie rodzaje paliw dostępnych na rynku: olej napędowy, benzynę, gaz LPG, biopaliwa. Wyniki ubiegłorocznych kontroli pokazują, że poprawiła się jakość oleju napędowego natomiast nieco więcej zastrzeżeń dotyczyło benzyny bezołowiowej i LPG.

Stacje wybrane losowo

Jak pokazuje raport z losowych kontroli przeprowadzonych w 2013 roku, poprawiła się jakość paliw ciekłych na stacjach benzynowych. Spośród 945 próbek pobranych na 945 stacjach, norm nie spełniało 3,92 proc. (rok wcześniej było to 4,14 proc.). Mniej zastrzeżeń dotyczyło jakości wlewanego do baków oleju napędowego – zakwestionowano 5,42 proc. przebadanych próbek (rok wcześniej 7,84 proc.). Nieco pogorszyła się natomiast jakość  benzyny – wymaganiom nie odpowiadało 2,78 proc. próbek (w 2012 roku – 1,43 proc.).

Największe odstępstwa od norm jakościowych paliw ciekłych stwierdzono w województwach: opolskim – 11,11 proc. próbek, podkarpackim – po 10,20 proc. próbek, lubelskim – 6,78 proc. próbek, łódzkim – 5,56 proc. próbek. Nieprawidłowości nie odnotowano w województwach: kujawsko-pomorskim, małopolskim i warmińsko-mazurskim.

Przeprowadzone w 2013 roku losowe kontrole jakości gazu LPG wykazały nieprawidłowości w przypadku 2,31 proc. sprawdzonych próbek (rok wcześniej było to 1,03 proc.).

Stacje, na które napłynęły skargi

Inspekcja Handlowa przeprowadziła również kontrole stacji, na które skarżyli się kierowcy, wytypowane przez organy ścigania oraz te, na których w poprzednich latach stwierdzono nieprawidłowości. Z pobranych 577 próbek oleju napędowego i benzyny na 508 stacjach zakwestionowano 7,8 proc. (rok wcześniej było to 11,57 proc.). Zastrzeżenia dotyczyły częściej oleju napędowego – 9,42 proc. próbek (13,81 proc. w poprzednim roku), niż  benzyny – 4,62  proc. próbek (7,25 proc. w poprzednim roku). W ramach kontroli gazu LPG zakwestionowano tylko 1 próbkę (1,59 proc. zbadanych).

Najwięcej odstępstw od wymagań jakościowych paliw ciekłych zanotowano w województwach: świętokrzyskim (14,29 proc. próbek), śląskim i zachodniopomorskim (po 12,31 proc. próbek), opolskim (11,11 proc. próbek), kujawsko-pomorskim (10,26 proc.  próbek) oraz łódzkim (10 proc.  próbek). Natomiast w województwach lubuskim, podlaskim i warmińsko-mazurskim, nie stwierdzono żadnych odstępstw.

Kwestionowane parametry

W przypadku oleju napędowego wśród najczęściej kwestionowanych parametrów znalazła się zbyt niska temperatura zapłonu oraz zbyt wysoki poziom siarki. Zbyt niska temperatura zapłonu stwarza niebezpieczeństwo wybuchu oparów oleju podczas nalewania paliwa z dystrybutora do baku. Duża ilość siarki natomiast przyczynia się do korozji silnika i zużycia jego niektórych elementów.

W przypadku benzyny najczęściej kwestionowano nieprawidłową prężność par, która prowadzi do kłopotów z uruchomieniem silnika, a nawet jego unieruchomienia w efekcie tworzenia się korków parowych. Zastrzeżenia budziło też m.in. niedotrzymanie wymagań RON – badawczej liczby oktanowej. Zbyt niska liczba oktanowa może być powodem występowania w silniku spalania stukowego, co oznacza nieprawidłowy przebieg spalania, powodujący głośną i nierównomierną pracę silnika oraz większe zużycie paliwa.

 W przypadku gazu LPG zastrzeżenia najczęściej dotyczyły przekroczenia dopuszczalnego poziomu całkowitej zawartości siarki, co grozi korozją niektórych elementów silnika.

 Działania Inspekcji Handlowej

W roku 2013 IH wydała 21 decyzji o wycofaniu z obrotu paliw ciekłych niespełniających norm oraz przekazała do Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki informacje dotyczące 65 stacji paliw i hurtowni, gdzie stwierdzono naruszenie warunków udzielonych koncesji na obrót paliwami ciekłymi oraz przepisów ustawy prawo energetyczne. Prezes URE ma kompetencje do zakazania sprzedaży paliwa tym przedsiębiorcom, którzy naruszają warunki koncesji.

W wyniku przeprowadzonych kontroli w 2013 roku IH skierowała do prokuratur 88 zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Dotychczas wszczęto postępowania w 65 przypadkach: do sądów skierowano 6 aktów oskarżenia, 35 spraw umorzono m.in. z powodu braku znamion przestępstwa, 18 jest w toku. Obowiązujące przepisy przewidują surowe sankcje za obrót paliwem złej jakości – grzywnę w wysokości do 1 mln złotych lub karę pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat.

Rządowy projekt ustawy konsumenckiej ograniczy zamawianie usług przez telefon. Konieczne będzie wysyłanie potwierdzenia na piśmie

0

CEO Magazyn PolskaPrace nad rządowym projektem ustawy konsumenckiej, wdrażającej dyrektywę unijną, wciąż trwają. Część zmian zawartych w projekcie wykracza poza przepisy dyrektywy. I to ze szkodą dla działających na rynku przedsiębiorstw. Niektóre przepisy mogą również dla klientów oznaczać utrudniony dostęp do nowoczesnych usług. Składanie zamówień czy aktywacja usług przez telefon, np. u operatorów komórkowych, ma być niemożliwe. Konieczne będzie przesłanie potwierdzenia na piśmie.

 – Niestety, z niepokojem obserwujemy jako przedsiębiorcy, że kształt projektu wykracza poza to, co nakazuje nam dyrektywa. Nie są to drobiazgi, lecz zapisy, które mają daleko idące konsekwencje. Mamy nadzieję, że dalsze prace nad projektem będą uwzględniały koncepcję harmonizacji naszego prawa względem dyrektywy bez tworzenia nowych, dodatkowych definicji, przepisów i reżimów prawnych – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Teresa Wierzbowska, wiceprezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji.

Zakładane przez projekt zmiany mogą wprowadzić poważne utrudnienia dla konsumentów w dostępie do nowoczesnych modeli sprzedaży i kupna produktu. Dotyczy to między innymi sprzedaży telefonicznej, która miała uprościć proces sprzedaży na odległość. W projekcie znalazły się jednak treści, które ten proces mogą znacznie utrudnić.

W tym momencie wśród zapisów, których nie ma w dyrektywie, a które znalazły się w polskim projekcie, jest między innymi ten mówiący, że procedura aktywacji danej usługi przez telefon musi być wzbogacona jeszcze o inne działania – o potwierdzenie tej woli na papierze lub innym trwałym nośniku – tłumaczy ekspertka.

Wedle projektu, przedsiębiorca będzie zobowiązany do potwierdzenia umowy na trwałym nośniku, ponadto konsument ma być związany z ofertą dopiero po złożeniu oświadczenia, także utrwalonego na trwałym nośniku. W ten sposób usługa telefoniczna, w założeniu prosta i szybka, znacznie się wydłuży.

Klienci, którzy swoje sprawy będą chcieli załatwić na przykład podczas urlopu, będą mieli ograniczoną możliwość skorzystania z części usług. Co więcej, wymóg dodatkowej akceptacji ma obowiązywać także wtedy, gdy klient chce w ramach już zawartej umowy z danym usługodawcą uruchomić dodatkową usługę, nawet jeśli rozmowa jest nagrywana.

 – Druga kwestia, która nas niepokoi, to próba objęcia tym reżimem nie tylko towarów, które kupujemy poza lokalem przedsiębiorstwa czy w internecie, lecz także treści cyfrowych. To znacznie utrudni dostęp do szeregu nowoczesnych, innowacyjnych usług, a także może zwiększyć ich koszty. Za dodatkowe obowiązki nałożone na przedsiębiorców ostatecznie płaci konsument – podkreśla Teresa Wierzbowska.

Nowa ustawa o prawach konsumenta ma obowiązywać najpóźniej od 13 czerwca tego roku, w związku z tym prace nad ostatecznym kształtem projektu toczą się bardzo dynamicznie. Ustawa zwiększająca ochronę konsumentów ma szanse być dużym politycznym sukcesem, zwłaszcza w obliczu gorącego przedwyborczego okresu, jednak Teresa Wierzbowska podkreśla, że pośpiech może skutkować wręcz odwrotną sytuacją, czyli utrudnieniami dla konsumentów.

Większość naszych argumentów, niestety, nie jest brana pod uwagę. Widać, że narzucone tempo prac bierze prym nad jakością samego procesu. Jest jeszcze czas, są też starannie przygotowywane poprawki, mamy nadzieję, że będzie jeszcze przestrzeń na to, żebyśmy siedli do stołu i zastanowili się, jakie konsekwencje taki projekt ustawy ma zarówno dla przedsiębiorców, jak i konsumentów – podsumowuje wiceprezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji.

Nowy podpis prezesa NBP i jeszcze lepsze zabezpieczenia. Za tydzień na rynek trafią nowe banknoty

0

Za tydzień do obiegu trafią nowe banknoty, które Narodowy Bank Polski zamówił w Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych. Zmienią się wszystkie nominały poza 200 zł. Nowe banknoty mają zapewnić większe bezpieczeństwo użytkownikom i utrudnić życie fałszerzom. To pierwsza zmiana od 19 lat.

Obowiązujące dziś na rynku nominały mają jeszcze podpis byłej prezes NBP Hanny Gronkiewicz-Waltz – na nowych znajdzie się podpis obecnego prezesa banku Marka Belki. Banknoty ze zmodernizowanymi zabezpieczeniami trafią do obiegu 7 kwietnia 2014 roku.

Modernizacja obejmie nominały 10, 20, 50 i 100 złotych. Wykorzystywane dziś banknoty mają wystarczające zabezpieczenia przed fałszerstwami, jednak NBP postanowiło zareagować na zmieniające się technologie.

Banki centralne prowadzą działania wyprzedzające i my również takie działania podjęliśmy. Od ostatnich zmian projektowych – przypomnę, że obecna seria banknotów została wprowadzona do obiegu w 1995 roku – nastąpił też postęp technologiczny w dziedzinie sortowania banknotów przez duże maszyny liczące. Musieliśmy więc wprowadzić szereg udogodnień, by ten proces odbywał się sprawniej – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Barbara Jaroszek, zastępca dyrektora w Departamencie Emisyjno-Skarbcowym Narodowego Banku Polskiego.

Dodaje, że koszty nowych banknotów ze zmodernizowanymi zabezpieczeniami będą niższe od dotychczasowych, a wizerunek na banknotach nie ulegnie zmianie. Natomiast użytkownicy już na pierwszy rzut oka zobaczą różnicę pomiędzy banknotami dotychczasowymi i banknotami zmodernizowanymi.

Na wszystkich banknotach zostanie odkryte tzw. pole bieli, niezadrukowane pole po lewej stronie, tam, gdzie dziś widzimy oznaczenie nominału. Dzięki temu będzie można lepiej widzieć znak wodny umieszczony po lewej stronie – tłumaczy Barbara Jaroszek.

Dyrektor informuje, że do istniejących znaków wodnych dodano symbol nominału, a zmianie uległ też druk recto-verso – obustronny nadruk w prawym górnym rogu wszystkich banknotów. Będzie bardziej czytelny. Zmieni się też wizerunek korony w owalu. Pewne zmiany wystąpią w poszczególnych nominałach.

Na 10- i 20-złotowych banknotach na odwrotnej stronie pojawi się opalizujący pas w kolorze odpowiadającym nominałowi. Natomiast na banknocie 50-złotowym będziemy mieli w innym kolorze wydrukowaną królewską literę „K” – wyjaśnia przedstawicielka NBP.

Jaroszek dodaje, że zmianie ulegnie także banknot 100-złotowy, z którego zniknie złota rozeta na lewo od władcy, a po prawej stronie zmieni się całkowicie wizerunek dotychczasowej rozety, która uzyska kolor złoty przechodzący do zielonego.

Zmiany wyglądu banknotów to nic nowego.

To operacja standardowa, techniczna, podejmowana przez różne banki centralne. W ostatnim czasie Europejski Bank Centralny wprowadził do obiegu zmodernizowany banknot 5 euro. W tym roku trafi do obiegu zmodernizowany banknot 10 euro. Warto też przypomnieć, że na przykład amerykański bank centralny pod koniec zeszłego roku wprowadził zmodernizowany banknot 100-dolarowy – informuje Przemysław Kuk z Biura Prasowego Narodowego Banku Polskiego.

Dodaje, że zmiany projektów i wyglądu przeprowadza się co kilka do kilkunastu lat, np. w związku z pojawieniem się nowych technologii czy z rosnącą aktywnością fałszerzy.

To wyścig z fałszerzami, który trwa w każdym kraju – uważa Przemysław Kuk.

W Polsce nowe banknoty ostatnio wprowadzono na rynek w 1995 roku i były to banknoty spełniające najwyższe światowe wymogi pod względem zabezpieczeń. Najnowsza modernizacja znów wprowadzi polskie banknoty na najwyższą światową półkę z zabezpieczeniami, których nie powstydzą się najważniejsze waluty świata.

Proces wymiany banknotów potrwa kilka lat, gdyż Narodowy Bank Polski będzie wprowadzał zmodernizowane banknoty na miejsce jedynie banknotów zniszczonych lub zabrudzonych. A żywotność banknotu zależy od nominału i waha się od 1,5 roku do 2 lat w przypadku niskich nominałów do 5, czy nawet więcej lat w przypadku banknotów o wyższych nominałach 50 i 100 złotych – przypomina Przemysław Kuk.

Od jutra zmieniają się zasady odliczenia podatku VAT od aut firmowych

Dziś jest ostatni dzień, w którym można kupić samochód z przeznaczeniem na działalność gospodarczą i odliczyć pełną wartość podatku VAT, a także nabyć uprawnienie do odliczenia całego podatku od paliwa i części zamiennych. Od 1 kwietnia będą obowiązywały nowe przepisy, według których prawo do odliczenia podatku zostanie ograniczone. Będzie można w dalszym ciągu odliczać VAT, ale tylko wtedy, gdy samochód będzie wykorzystywany wyłącznie do celów służbowych.

Aktualnie obowiązujące przepisy dopuszczają możliwość odliczenia 100 proc. VAT od pojazdów ciężarowych do 3,5 tony, które spełniają określone wymogi w zakresie ładowności i liczby miejsc – mówi Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu. – Te pojazdy, jeżeli zostaną faktycznie wydane, na przykład leasingobiorcom i umowy będą zarejestrowane w urzędzie skarbowym w ciągu 30 dni od daty wejścia w życie ustawy, zachowają prawo do pełnego odliczania podatku VAT.

Wszystkie pozostałe pojazdy przejdą na nowe zasady. Będą podzielone na dwie grupy – te, które są wykorzystywane do prowadzenia działalności oraz do celów prywatnych, oraz takie, z których przedsiębiorca korzysta tylko do celów służbowych.

 Jest oczywiście wyróżniona grupa pojazdów, które z założenia nie będą wykorzystywane dla celów prywatnych, czyli które z powodu swojej konstrukcji są przeznaczone do działalności gospodarczej – tłumaczy Sugajski. – Natomiast w przypadkach takich, gdzie użycie do celów prywatnych mogłoby ewentualnie mieć miejsce, należy stworzyć takie warunki użytkowania tych pojazdów, aby nie mogły one być użytkowane do celów prywatnych.

Będzie to wymagało złożenia do urzędu skarbowego odpowiedniej informacji i prowadzenia szczegółowej ewidencji przebiegu takiego pojazdu, żeby móc wykazać, że rzeczywiście auto nie jest w żaden sposób użytkowane w celach niesłużbowych. W każdym innym przypadku zakup samochodu po 31 marca da przedsiębiorcy prawo do odliczenia 50 proc. podatku VAT od zakupu i kosztów eksploatacyjnych. Wyjątkiem będą wydatki na paliwo – nie będzie można odliczać podatku VAT co najmniej do 1 lipca 2015 r.

Nawet w przypadku, kiedy nastąpiło już odliczenie VAT-u w wysokości dotychczas limitowanej, czyli 60 proc., nie więcej niż 6 tys. zł, przysługują prawa do dalszego odliczania podatku VAT w wysokości 50 proc. wysokości podatku – tłumaczy ekspert.

Odliczenie będzie więc przysługiwało na przykład przy fakturach za leasing samochodu zakupionego przed 1 stycznia tego roku. Jest to rozwiązanie korzystniejsze dla podatników, którzy do tej pory mogli odliczać 60 proc. wartości podatku z takich faktur, ale tylko do limitu 6 tys. zł.

Zmiany w odliczeniach VAT-u i trzymiesięczny okres, w którym można było kupić samochód z prawem do pełnego odliczenia, znacząco wpłynęły na wyniki branży motoryzacyjnej.

W styczniu ruch w salonach nie był jeszcze tak bardzo zauważalny, czyli zainteresowanie samochodami z kratką nie było aż tak bardzo duże stanowiło zaledwie 6 proc. ogólnej sprzedaży. Natomiast po lutym już jest to około 20 proc. całkowitej sprzedaży w salonach samochodowych – mówi Sugajski.

Według danych CEPiK, cytowanych przez firmę badawczą Samar, od początku roku zarejestrowano w Polsce 17 228 aut osobowych z homologacją ciężarową, z czego w ciągu pierwszych 20 dni marca – 6 196 sztuk. W całym 2013 roku zarejestrowano 16 276 takich samochodów.

Netia zainwestuje 200 mln zł w infrastrukturę i usługi. Chce rozbudować sieć publicznych hotspotów

0

Modernizacja infrastruktury i rozwój usług telewizyjnych to priorytety inwestycyjne Netii. Spółka przygląda się również możliwościom wyjścia poza rynek telekomunikacyjny, choć konkretnych planów związanych z usługami łączonymi jeszcze nie ma. Chce za to rozwijać technologię Wi-Fi. Łącznie na wszystkie inwestycje firma planuje przeznaczyć w 2014 roku około 200 mln złotych.

Stawiamy mocno na modernizację sieci telekomunikacyjnych. Zdajemy sobie sprawę z tego, że szybkość funkcjonowania internetu jest dla naszych klientów bardzo ważna, więc musimy tę sieć modernizować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mirosław Suszek, członek zarządu Netia SA.

Podkreśla jednak, że spółka nie będzie koncentrować się jedynie na internecie stacjonarnym.

Widzimy duży potencjał w technologii Wi-Fi. Każde urządzenie mobilne: telefon, smartfon czy tablet, ma tę technologię. I to jest koncepcja wyjścia nawet poza zakres naszej sieci telekomunikacyjnej – twierdzi Mirosław Suszek.

Z badań Komisji Europejskiej wynika, że 71 proc. danych przesyłanych za pośrednictwem sieci bezprzewodowych w UE w 2012 r. trafiło do smartfonów i tabletów za pośrednictwem sieci Wi-Fi. Pomimo coraz większej popularności mobilnego internetu LTE, wskaźnik ten ma wzrosnąć do 78 proc. w 2016 r.

Możliwość udostępniania swojej sieci Wi-Fi innym użytkownikom jako pierwsza wprowadziła Netia. Usługa Fon tworzy globalną sieć stworzoną przez ludzi z całego świata. Każdy z jej użytkowników dzieli niewielką część swojego łącza, w zamian otrzymując darmowy dostęp do Wi-Fi w ponad 250 tysiącach miejsc w Polsce i w 12,6 miliona miejsc na całym świecie.

Netia chce pójść jeszcze krok dalej, budując sieć publicznych hotspotów.

Myślimy o budowie tak zwanych publicznych hotspotów i umożliwieniu naszym klientom korzystania z usług Netii nie tylko w obrębie mieszkania, lecz także w miejscach, w których będzie to dla nich bardzo wygodne, nawet w drodze z domu do pracy czy w takich miejscach jak galerie handlowe – tłumaczy członek zarządu Netia SA.

Spółka ma dwa pomysły na budowę darmowych hotspotów.

Możemy budować własne publiczne hotspoty i uzyskiwać przychody z reklam. Możemy też współdzielić koszty z operatorem, np. kawiarni, który chciałby mieć profesjonalną sieć Wi-Fi. Dla przykładu wygraliśmy przetarg na profesjonalną dostawę rozwiązania Wi-Fi do sieci Coffee Heaven – mówi Mirosław Suszek.

Oprócz budowania powszechnego dostępu do internetu, w czym Netia chce stać się numerem jeden, jak deklaruje członek zarządu firmy, operator chce w dynamiczny sposób rozwijać swoje inne usługi.

Patrząc na rozwój liczby klientów telewizji osobistej Netii, jesteśmy najszybciej rosnącym operatorem płatnej telewizji w Polsce. I tu nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa, zamierzamy dalej inwestować w tę usługę i oferować coraz ciekawsze rozwiązania dla naszych klientów – zapowiada Mirosław Suszek.

Jak podkreśla, spółka nie zamyka się tylko na rynek telekomunikacyjny i szuka możliwości wejścia w inne branże, jednak konkretnych planów nie ma. W październiku 2012 roku Netia rozpoczęła współpracę z RWE w zakresie wspólnej sprzedaży prądu i usług telekomunikacyjnych klientom biznesowym. Projekt jednak nie do końca się udał.

Mamy specjalny zespół powołany do tego, by rozwijać biznes. Na tę chwilę widzimy potencjał wzrostu w oparciu o aktywa, które Netia ma dzisiaj, czyli bardzo dobrze rozbudowaną sieć szkieletową, platformy usługowe. I na tę chwilę to jest punkt, na którym koncentrujemy głównie uwagę, ale nie tracimy z pola widzenia także innych rzeczy. Jeżeli coś odpowiednio ciekawego się pojawi, nie tylko w Polsce, lecz także na świecie, na pewno będziemy to analizować. Jeżeli uznamy, że to ma sens biznesowy, będziemy wdrażać takie rozwiązania – zapewnia Mirosław Suszek.

Mniejsze zainteresowanie YouTube’em. Serwisowi wyrosła konkurencja

CEO Magazyn Polska

Po latach dynamicznych wzrostów liczby użytkowników serwisu wideo YouTube zainteresowanie serwisem spada – wynika z danych firmy Gemius, która zbadała ruch w serwisie z urządzeń stacjonarnych. Przyczyny mogą być dwie. Z jednej strony część ruchu w sieci przenosi się na urządzenia mobilne, a z drugiej – pojawiają się podobne usługi i kanały tematyczne, które stanowią konkurencję dla YouTubea.

Od czasu powstania w 2005 roku YouTube rósł tak dynamicznie, że wkrótce po tym został kupiony przez firmę Google za 1,65 mld dolarów. W Polsce i na Węgrzech z YouTube’a korzysta ponad 70 proc. internautów. Tylko minimalnie mniejszą popularnością cieszy się w Turcji.

Do 2012 roku użytkowników przybywało. Jednak w ubiegłym roku odnotowano zahamowanie trendu wzrostowego, a w niektórych krajach nawet lekkie spadki. W Danii był to drugi rok z rzędu spadku popularności – w grudniu 2011 roku stronę YouTube.com odwiedziło 2,22 mln internautów (56 proc.), a w 2013 roku – 2,13 mln (53 proc.) – wynika z badań firmy Gemius, która przeanalizowała popularność serwisu w 17 krajach.

To tendencja widoczna w badaniu ruchu z urządzeń stacjonarnych – laptopów, pecetów i podobnych urządzeń. Jedną z hipotez wyjaśniających zmianę trendu jest przenoszenie się ruchu na urządzenia mobilne, którego nie widzimy dokładnie – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Kot, dyrektor badań w Interaktywnym Instytucie Badań Rynkowych (IIBR) z Grupy Gemius.

Na zmiany mogą mieć wpływ także inne czynniki. Szef badań IIBR zwraca uwagę, że powstają klony YouTube’a – serwisy tematyczne, np. specjalne kanały kulinarne czy modowe tworzone przez vlogerów (blogerów wideo), które mogą odebrać część użytkowników YouTube’owi. Takie zjawisko zaobserwowano w przypadku Facebooka, z którego część młodych użytkowników odchodzi do alternatywnych portali społecznościowych, by uniknąć kontaktu z rodzicami, którzy także korzystają z Facebooka.

Szef badań w IIBR podkreśla, że zmiany w tym zakresie w kolejnych latach są nieuniknione. Za liderami rynku prędzej czy później pojawiają się konkurenci, budujący pozycję kopiowaniem oferty lidera lub propozycjami alternatywnymi.

YouTube silnie urósł, jest ogromny, a to rodzi pytanie, czy i o ile może jeszcze rosnąć. Konkurencja z alternatywną ofertą może szczególnie zainteresować młodzież, a YouTube jest mocno sprofilowany na młode osoby – tłumaczy dyrektor badań w IIBR.

To widać w badaniach Gemiusa: w większości obserwowanych krajów co najmniej połowa użytkowników to osoby do 34. roku życia. W krajach arabskich to 70-80 proc. użytkowników, w Polsce – 60 proc. Wyjątkiem jest Dania, gdzie przeważają starsi użytkownicy.

W Danii z YouTube’a i w ogóle z internetu korzysta duży odsetek osób powyżej 35., a nawet 55. roku życia. To efekt internetowego zaawansowania kraju. Starsi użytkownicy na YouTube znajdują dla siebie dobrą ofertę – komentuje Michał Kot.

Dyrektor dodaje, że w krajach mniej zaawansowanych w rozwoju internetu, jak w Polsce czy na Węgrzech, osoby starsze rzadziej korzystają z sieci, a nawet jeśli korzystają, to nie widzą w serwisie wideo odpowiedniej dla siebie oferty. Z kolei według badań Gemiusa, Polska jest wyjątkowa pod względem płci użytkowników. W większości krajów Europy Środkowo-Wschodniej z YouTube’a korzysta nieco większy odsetek mężczyzn niż kobiet, nad Wisłą przeważają panie, ostatnio coraz bardziej aktywne w internecie.