Unia Europejska będzie nadzorować wdrażanie Ram Jakości Staży i Praktyk w państwach członkowskich

Podczas ostatniego posiedzenia Rada UE ds. Zatrudnienia, Polityki Społecznej, Zdrowia i Spraw Konsumenckich (EPSCO) przyjęła wniosek Rady UE w sprawie Europejskich Ram Jakości Staży i Praktyk. Ministrowie Rady UE uznali za konieczne wdrożenie założeń Ram w państwach członkowskich, Komisja Europejska zapowiedziała monitorowanie tego procesu.

Europejskie Ramy Jakości Staży i Praktyk to unijna recepta na wysoki poziom bezrobocia młodych oraz jeden z głównych tematów spotkania Rady EPSCO, które miało miejsce 10 marca w Brukseli. Zgodnie z opinią Rady, państwa członkowskie powinny dostosować swoje ustawodawstwo do założeń Ram, co doprowadzi do wzrostu efektywności edukacji praktycznej młodych i ułatwi im rozpoczęcie kariery zawodowej. Kluczowe założenia Ram to m.in. zawieranie pisemnej umowy o staż; cele dydaktyczne i szkoleniowe; warunki pracy mające zastosowanie do stażystów; rozsądny okres trwania stażu, czy odpowiednie uznawanie stażu. – Jednym z najskuteczniejszych narzędzi edukacji praktycznej młodych ludzi, a tym samym ograniczania zjawiska bezrobocia w tej grupie są staże i praktyki. Jednak aby faktycznie spełniały one swoją rolę muszą być przeprowadzane w sposób rzetelny. Dlatego uruchomiliśmy kampanię społeczną „Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!”, która ma na celu zachęcanie pracodawców do realizacji wysokiej jakości staży i praktyk, a młodych ludzi do świadomego kierowania swoją karierą – komentuje Piotr Palikowski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami, które wraz ze zrzeszonymi pracodawcami opracowało Polskie Ramy Jakości Staży i Praktyk, czyli zbiór norm wyznaczających kluczowe obszary realizacji staży i praktyk w firmach.

W ramach wspomnianej kampanii pojawiły się w Internecie spoty internetowe poświęcone stereotypom związanym z niską jakością staży i praktyk. Ich intencją jest zwrócenie uwagi na problemy młodych na rynku pracy wynikające z nieskutecznej edukacji praktycznej. Punktem kulminacyjnym kampanii będzie bieg, który odbędzie się 17 maja w Warszawie na Polu Mokotowskim. Więcej informacji na temat kampanii można znaleźć na stronie www.stazeipraktyki.pl, na profilu Programu na portalu Facebook, oraz na kanale You Tube.

Brytyjski inwestor zainwestuje 100 mlm złotych w nowoczesną sieć klubów fitness

CityFit, sieć fitness oferująca najnowocześniejszy sprzęt do ćwiczeń oraz niskie opłaty członkowskie, otwiera pierwszy klub w Polsce. Brytyjski inwestor planuje uruchomić 50 takich obiektów w całym kraju. Ma na to 100 mln złotych.

CityFit zaoferuje wysokiej jakości usługi za opłatę znacznie niższą od obecnej średniej rynkowej. Wyróżnikiem firmy jest m.in. internetowy proces dołączenia do klubu, najwyższej jakości sprzęt i przejrzysta oferta, która pozwoli na elastyczne członkostwo bez konieczności podpisywania stałej umowy.

Pierwszy fitness klub CityFit planuje otworzyć w maju w Rzeszowie. Obiekt zlokalizowany w centrum handlowym Plaza Rzeszów (przy ulicy Rejtana 65) będzie otwarty 7 dni w tygodniu przez 24 godziny na dobę. Jeszcze w tym roku CityFit zamierza otworzyć kluby m.in. w Wałbrzychu i w Warszawie w najbardziej atrakcyjnych lokalizacjach.

– CityFit wprowadza na polski rynek innowacyjny model działania, który za granicą, nie tylko w Europie, cieszy się ogromnym powodzeniem i popularnością. Oferujemy wyraźnie atrakcyjniejszą cenę członkowską niż pozostałe kluby, oddając równocześnie do dyspozycji nowoczesne i innowacyjne wyposażenie 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Wszystko to dostępne będzie z elastyczną ofertą, bez długoterminowych zobowiązań. Uważamy, że Polakom należą się najlepsze zachodnie standardy, jeśli chodzi o branżę fitness – mówi Nicholas Moses, dyrektor zarządzający CityFit.

CityFit w Plaza Rzeszów, podobnie jak pozostałe kluby tej sieci, będzie wyposażony w nowości rynku fitness, jak np. specjalne programy treningowe wbudowane w niektóre maszyny i nowoczesny system dostępu, oparty o odczyt danych z linii papilarnych, co zapewni członkom klubu łatwość dostępu, bez pamiętania o karcie członkowskiej. System ten jest równocześnie zupełnie bezpieczny jeśli chodzi o ochronę danych osobowych, wszystkie informacje są kodowane i nie mogą być w żaden inny sposób wykorzystywane.

W przeciwieństwie do większości sieci fitness klubów, CityFit nie będzie wymagał podpisywania stałych umów. Członkostwo odnawiane miesięcznie będzie można w każdym momencie zawiesić bądź anulować bez dodatkowej opłaty.

– Dzięki skupieniu się przez CityFit na samym meritum fitnessu, bez dodatkowych basenów czy odnowy biologicznej, a także dzięki zastosowaniu nowoczesnej technologii minimalizującej koszty obsługi, jesteśmy stanie zaoferować polskim Klientom najwyższą wartość korzystania z fitness klubu i wypełnić lukę na rynku – dodaje Nicholas Moses.
Spółka CityFit została założona przez brytyjski fundusz private equity. Jej celem jest rozwijanie na polskim rynku pierwszej sieci fitness klubów o niskich opłatach, bez stałych kontraktów, oferującej najnowocześniejsze wyposażenie.

Po zmianach zaproponowanych przez rząd firmom pożyczkowym nie opłaci się udzielanie pożyczek poniżej 700-800 zł

Planowane przez rząd zmiany w regulacjach rynku pożyczek nie tylko wyznaczą limit kosztów, jakimi firmy pożyczkowe będą mogły obciążyć klientów, lecz także zwiększą koszty całego procesu udzielania pożyczki. Instytut Analiz Rynkowych szacuje, że wzrośnie on o co najmniej 40 zł do ponad 200 zł. To wyeliminuje z rynku oferty mikropożyczek udzielanych na najkrótsze terminy.

Bezpośredni wpływ wszystkich proponowanych przez Ministerstwo Finansów zmian to jest dodatkowy koszt minimum 40 zł na pożyczce. Na to składa się kilka zasadniczych spraw, przede wszystkim niezbędne do przeprowadzenia prace rozwojowe w sferze informatycznej. To mogą być nie dziesiątki, a setki tysięcy złotych na prace informatyczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Gębski z Instytutu Analiz Rynkowych, koordynator raportu  „Mikropożyczki w Polsce”.

Kolejnym źródłem dodatkowych kosztów udzielenia pożyczki może być pozyskanie informacji z Biura Informacji Kredytowej (BIK). Za takim rozwiązaniem opowiadała się Komisja Nadzoru Finansowego. Obecnie firmy udzielające pożyczek wykorzystują zewnętrzne bazy danych, prowadzone przez biura informacji gospodarczej.

Rozumiemy, że jest to w interesie zarówno firm pożyczkowych, jak i sektora finansowego, ale trzeba wiedzieć, że koszty BIK-u mogą sięgnąć nawet 25 zł na pożyczkę. Dzisiaj 38 proc. wniosków o pożyczki jest akceptowanych. Oznacza to, że na jedną aplikującą i zaakceptowaną osobę, dwie zostają odrzucone. Ktoś będzie musiał pokryć te koszty – wskazuje Gębski.

Po zmianach firmy pożyczkowe będą też musiały przeznaczyć więcej pieniędzy na reklamę, na komunikację z klientami. Ministerstwo Finansów proponuje zapis, który sprawi, że pożyczenie pieniędzy temu samemu klientowi w okresie krótszym niż 120 dni od poprzedniej pożyczki stanie się nieopłacalne. A to oznacza, że odesłanego z kwitkiem klienta będzie trzeba po upływie tego okresu ponownie przekonać do skorzystania z usług firmy.

Wzrost kosztów będzie najsilniej odczuwalny wśród małych firm, obsługujących segment mikropożyczek o najkrótszym terminie.

Bardzo trudne warunki funkcjonowania będą dotyczyły przedsiębiorstw pożyczkowych finansujących krótki termin czy też udzielających mikropożyczek, a więc pieniędzy potrzebnych na przeżycie weekendu, tygodnia, na nagłe, niespodziewane wydatki. Firmy udzielające pożyczek na terminy dłuższe – na rok, dwa lata dużo łatwiej mogą przystosować się do tych zmian. I to jest bardziej regulacja zrobiona dla nich – uważa Gębski.

Średni koszt związany z udzieleniem pojedynczej pożyczki wzrośnie według raportu do około 212 zł. To zdaniem eksperta oznacza, że firmom nie będzie się opłacało pożyczanie kwot niższych niż 700-800 zł, czyli praktycznie wyeliminuje z rynku mikropożyczki i specjalizujące się w nich podmioty. Z danych Związku Firm Pożyczkowych wynika, że średnia wartość pożyczki udzielanej przez internet (2/3 rynku) to niecałe 500 zł.

Z rynku mikropożyczek lub tzw. chwilówek korzystają najczęściej osoby zatrudnione na umowy cywilnoprawne, pracujące w systemie akordowym lub zadaniowym. Pieniądze służą najczęściej na pokrycie pilnych lub nieprzewidzianych wydatków, a nie na dodatkową konsumpcję.

Z naszych badań wynika, że więcej niż 30 proc. osób zaciągających mikropożyczki nie ma żadnej historii kredytowej w BIK-u. Są to osoby niekorzystające z banków również dlatego, że nie mogą, bo mają taką, a nie inną umowę. Dla tych ludzi nie będzie oferty w bankach czy w SKOK-ach. I jeżeli nie będą mogli pożyczyć w firmie pożyczkowej małej kwoty, będą musieli pójść do lombardu. Pytanie, czy o to tak naprawdę chodzi – przewiduje ekspert Instytutu Analiz Rynkowych.

Inną kwestią, budzącą wątpliwości ekspertów Instytutu Analiz Rynkowych, jest zapis o limicie kosztów windykacyjnych. Według Łukasza Gębskiego, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów stał dotychczas na stanowisku, że koszty windykacyjne muszą odzwierciedlać realne wydatki przedsiębiorców na ten cel. Ustawodawca proponuje jednak wyznaczanie ich w relacji procentowej do windykowanej kwoty, co zdaniem eksperta może sprawić, że przestanie się opłacać renegocjowanie niespłacanych rat. W tej sytuacji firmy poza jednorazowym ostrzeżeniem będą od razu przekazywały sprawę komornikowi, co także uderzy w konsumentów.

Instytut Jagielloński: przestarzały ręczny sposób poboru opłat za autostrady do likwidacji

Polska goni Europę w liczbie kilometrów autostrad i dróg ekspresowych, ale wciąż stosuje kosztowny i uciążliwy manualny sposób poboru opłat. Dzięki zlikwidowaniu punktów poboru przejazd autostradami stałby się płynniejszy. Instytut Jagielloński wskazuje też, że wprowadzenie automatycznego systemu przyniosłoby znaczne oszczędności.

– Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju powinno rozpocząć prace nad wprowadzeniem systemu, który uprościłby obecny system pobierania opłat. Naszym postulatem jest, by rozpoczęto prace nad rozszerzeniem systemu automatycznego o samochody pasażerskie. Prace należy rozpocząć teraz – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. Dodaje: – System manualny jest drogi. Nie są to oszczędności, które spowodują, że będziemy mieć od razu dodatkowy tysiąc kilometrów autostrad, ale warto je zrobić, jeżeli jest taka możliwość.

Od 2008 r. przybyło niemal 2000 km autostrad i dróg ekspresowych. Sześć lat temu w Polsce było tylko 330 km dróg ekspresowych i 663 km autostrad. Do końca 2013 r. było ich łącznie już 2805 km. W tym roku, przypomina Roszkowski, Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad planuje otworzyć kolejnych 380 km.

Spośród tych dróg wszystkie są płatne dla pojazdów o masie przekraczającej 3,5 tony. Kierowcy aut osobowych muszą płacić na autostradach. Ale tylko płatności dla kierowców ciężarówek są w pełni zautomatyzowane za pomocą elektronicznego systemu viaTOLL. Użytkownicy samochodów osobowych mogą płacić w ten sposób na autostradach zarządzanych przez GDDKiA, ale na razie korzysta z niego niewiele osób.

To jest dobry moment, żeby zastanowić się, jak ten tradycyjny system manualny zastąpić systemem elektronicznym. To jest naturalna konsekwencja, która po pierwsze powinna obniżyć obecne koszty, po drugie, sprawić, że będą mniejsze korki przy wjazdach na autostrady, i po trzecie, wprowadzić do systemu te drogi, które są objęte prywatnymi koncesjami – mówi Roszkowski.

Dodaje, że ręczny, czyli tzw. zamknięty system poboru opłat jest nienowoczesny i kosztowny. Wymaga zatrudnienia osób, które wydają bilety i pobierają opłaty. Niezbędna jest także budowa przystosowanej infrastruktury, takiej jak place i punkty poboru opłat, szlabany oraz budki dla pracowników.

Przejście na otwarty (automatyczny) system poboru opłat wyeliminowałoby te problemy. Wszystkie pojazdy – także poniżej 3,5 tony – musiałyby mieć odpowiednie urządzenie. Roszkowski nie chce jednak przesądzać tego, czy lepszym wyjściem jest rozszerzenie obecnego systemu, czy też budowa nowego.

Czy to będzie system viaTOLL, czy nie, to niech rozstrzygną przetargi i rozwiązanie, które przyjmie Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju – mówi Roszkowski.

Podkreśla, że wyborcze lata 2014 i 2015 są dobrą motywacją dla rządu, by przyspieszyć prace nad rozwiązaniem, które ułatwi życie kierowcom. Pierwszymi działaniami MIR powinny być dokładna ocena możliwych do uzyskania oszczędności, a także analiza tego, czy prawo pozwala na takie rozwiązania.

Jeszcze w tym roku mają ruszyć prace nad Krajowym Systemem Zarządzania Ruchem, który ma m.in. objąć sposób poboru opłat za autostrady.

Rządowy podręcznik – rodzice i nauczyciele martwią się o jakość nauczania

Rządowe plany wprowadzenia jednego podręcznika dla wszystkich pierwszoklasistów grożą obniżeniem jakości edukacji – przestrzegają środowiska nauczycieli i rodzice. Wątpliwości budzi bardzo krótki czas na jego napisanie, który może wpłynąć na pojawienie się błędów merytorycznych w publikacji i nieprzygotowanie nauczycieli do pracy z nią. Zdaniem przedstawicieli rodziców i środowisk nauczycielskich narzucenie szkołom rządowego podręcznika oraz pośpiech przy jego tworzeniu mogą zniweczyć słuszną ideę finansowania pomocy szkolnych przez państwo.

– Największe zagrożenie jest takie, że w ogóle nie wiemy, jaka będzie jakość tego podręcznika – mówi agencji informacyjnej Newseria Dorota Dziamska, ekspert Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców. – Dlatego że Ministerstwo Edukacji Narodowej stało się wydawcą, pominięto wszelkie procedury. Ten podręcznik nie będzie miał rzeczoznawców, recenzentów, którzy go ocenią, nie będzie pilotażu.

Rodziców nie przekonuje nawet autorytet głównej autorki nowego podręcznika, Marii Lorek, której książki wprowadziły nową jakość do nauczania w początkach lat 90. Zdaniem Dziamskiej narzucenie podręcznika bez konsultacji i badań potrzeb jest błędem.

– Nawet największy autorytet, kiedy pisze podręcznik, książkę, ćwiczenia dla większej populacji dzieci, zawsze popełnia pewne błędy, dlatego taki podręcznik powinien być przede wszystkim oceniony przez pewną grupę nauczycieli. W ogóle powinien być pilotaż takiego podręcznika – mówi Dziamska.

Wtóruje jej Zygmunt Puchalski, wiceprezes zarządu głównego Społecznego Towarzystwa Oświatowego.

– To przerażające tempo. Ustawa pisana w ciągu kilku dni, wprowadzenie, napisanie w ciągu 4 miesięcy nowego podręcznika – lepszego od innych, bo takie jest założenie – to wszystko budzi niepokój ze względu na psucie jakości edukacji – podkreśla Puchalski.

Napisanie podręcznika zbiega się z pierwszym rokiem obowiązkowej edukacji dla części sześciolatków. To budzi dodatkowe obawy, bo do kłopotów organizacyjnych dochodzą metodyczne.

– Ma powstać podręcznik do pierwszej klasy, gdzie nadal są sześciolatki i siedmiolatki, czyli kilka roczników. Podstawa programowa nadal jest niepoprawiona, bo są w niej błędy, o czym nasza fundacja mówi od samego początku – mówi Dziamska. – Do tego powstaje podręcznik. A gdzie oprawa metodyczna? Gdzie seria szkoleń, jak z tym podręcznikiem pracować, do czego nauczyciele są przyzwyczajeni przez ostatnich 15–20 lat? Według mnie jest to niepoważne. I to kolejne małe barbarzyństwo, jeśli chodzi o dzieci. To jest eksperyment na dzieciach.

Zygmunt Puchalski zwraca też uwagę na to, że po wprowadzeniu rządowego podręcznika dotychczasowe doświadczenia w przygotowywaniu podręczników do nauczania początkowego mogą zostać zniweczone. A część funkcjonujących obecnie książek ma bardzo wysoką jakość.

Szkoda tego dorobku, i tego, że za 3 lata możemy już nie mieć takiego rynku i nie będziemy mieli do czego wracać – mówi wiceprezes STO.

Dorota Dziamska podkreśla, że nawet idea bezpłatności podręcznika nie do końca się sprawdzi. Wprawdzie część oferowanych obecnie dodatków, ćwiczeń i pomocy jest niepotrzebna, ale całkowite z nich rezygnowanie spowoduje, że rodzice – choć nie będą kupować podręcznika – i tak będą zmuszeni wydać pieniądze na dodatkowe materiały, na które w ujednoliconym i przechodnim podręczniku miejsca nie będzie.

– Podejrzewam, że pani minister poszła w tym kierunku, żeby zostawić klasyczny podręcznik, a żeby dodatków, wycinanek, dodatkowych zeszytów nie było, bo to sobie nauczyciele być może wymyślą sami. Oczywiście, że sobie wymyślą, ale zapukają do kieszeni rodziców, żeby kupić ten papier, tekturki i wszystko, co jest potrzebne – mówi Dziamska.

Operatorzy telekomunikacyjni liczą na wyższe przychody dzięki rosnącej sprzedaży smartfonów i tabletów

CEO Magazyn Polska

Rynek tabletów i smartfonów – mimo dynamicznych wzrostów w ostatnich latach – wciąż jest dla operatorów komórkowych bardzo perspektywiczny. Liczą oni nie tylko na większą sprzedaż tych urządzeń, lecz także na zwiększony popyt na transmisję danych, jaką generują smartfony i tablety. A to z kolei poprawia przychody operatorów.

Według danych firmy IDC, sprzedaż urządzeń mobilnych powoli wyhamowuje, jednak wciąż będzie można obserwować wzrosty. Szansę na nie dzięki zainteresowaniu takimi urządzeniami upatrują działające w Polsce spółki telekomunikacyjne.

 – Wskaźniki nasycenia tabletami i smartfonami w Polsce są wciąż niskie w porównaniu do rozwiniętych krajów w Europie i na świecie. Wciąż mamy ogromny potencjał wzrostu przed nasyceniem rynku, a to wpływa korzystnie na działających w Polsce operatorów – stwierdza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Niewęgłowski, członek zarządu ds. strategii w P4, operatorze sieci Play.

Wszystkie firmy operujące sieciami telekomunikacyjnymi są korzystają z takiego stanu rzeczy, ponieważ napędza to zainteresowanie klienta usługami mobilnej transmisji danych.

 – Rosnące zainteresowanie konsumentów smartfonami i tabletami to dobry sygnał dla branży telekomunikacyjnej na nadchodzące lata – komentuje Jacek Niewęgłowski. – Operatorom telekomunikacyjnym bardzo się to podoba, ponieważ tego typu urządzenia oferują klientowi nowe funkcjonalności, które z kolei napędzają popyt na transmisję danych, co bardzo poprawia przychody operatorów.

 – Smartfony mamy na rynku już od 4-5 lat, a nasycenie nie jest tam, gdzie byśmy chcieli. Ubiegły rok był rokiem tabletów i sądzę, że najbliższy też będzie należał do tabletów, większych smartfonów i phabletów. To jest świetlana przyszłość – uważa Miroslav Rakowski, prezes zarządu T-Mobile Polska.

Także przedstawiciel P4 ocenia, że zainteresowanie klientów tabletami będzie się zwiększać. Na rynku pojawiają się nowe modele, bardziej funkcjonalne, o większej wydajności procesorów i większych ekranach, a ich ceny będą coraz niższe.

 – Biorąc pod uwagę spadające ceny, to jest rynek docelowy, a jego potencjał rośnie. Koszt produkcji w pełni funkcjonalnego tabletu stale maleje, co pozwala tworzyć coraz atrakcyjniejsze subsydiowane oferty dla konsumentów na rynku polskim. A powiedzmy sobie szczerze: rynek polski jest rzeczywiście na subsydia wysoko wyczulony i na cenę również – mówi przedstawiciel P4.

Jak podkreśla Niewęgłowski, przyszłością jest technologia LTE, którą operatorzy już oferują, i w najbliższym czasie wszystkie urządzenia, które pojawią się w sprzedaży, będą z nią kompatybilne.

 – Już widać duże zainteresowanie tymi ofertami i ich popularność wśród klientów, ale za wcześnie jeszcze na ogłaszanie konkretnych wyników – uważa Jacek Niewęgłowski.

Grycan rusza na podbój Azji. Na razie poprzez dostawy do sklepów, ale planuje też otwieranie lodziarń i franczyzę

0

CEO Magazyn Polska

Właściciele lodziarni Grycan – Lody od pokoleń planują podbój rynku chińskiego. Na razie poprzez sprzedaż w sklepach i sektorze HoReCa (rynek gastronomii hotelowej, restauracji i cateringu), później także poprzez lodziarnie własne i franczyzowe. – To nasz plan na kolejne lata – podkreśla Zbigniew Grycan. Kolejnym perspektywicznym rynkiem są sąsiednie Niemcy. Firma zapewnia, że lojalność zagranicznych klientów chce zdobyć, podobnie jak w Polsce, dzięki wysokiej jakości produktów.

Grycan – Lody od pokoleń zamierza w tym roku otworzyć kilkanaście nowych lodziarni (ma już ponad 120) i dotrzeć do klientów w odległych miejscach Polski z lodami litrowymi, półlitrowymi i jednoporcjowymi o pojemności 150 ml. Firma zapowiada rozwój w Niemczech i pracuje na rynkiem chińskim.

 – Niemcy to nasi najbliżsi sąsiedzi, a Chiny to olbrzymi rynek. Chcemy zmierzyć się z Azją. Mamy tam partnerów, będziemy na największych lodowych targach chińskich, prowadzimy próby – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Grycan, prezes i założyciel firmy.

Twórca marki Grycan – Lody od pokoleń dodaje, że spółka na razie koncentruje się na handlu detalicznym i dostawach w ramach rynku HoReCa. Nie wyklucza jednak w perspektywie kilku kolejnych lat uruchamiania lodziarni oraz współpracy z franczyzobiorcami.

Zagraniczne rynki firma chce podbić, podobnie jak polski, dobrą jakością lodów i innych oferowanych produktów.

Udało nam się połączyć metody rzemieślnicze z metodami produkcyjnymi. Ponieważ wyrośliśmy obydwoje z mężem z rodzin o tradycjach cukierniczych, nasi ojcowie i dziadkowie robili lody, to my to wyssaliśmy z mlekiem matki. Wiedzieliśmy, na czym ten biznes polega – tłumaczy Elżbieta Grycan. – To jest użycie bardzo dobrych składników: śmietanki kremówki, żółtek jaj, orzechów, bakalii, czekolady, świeżych owoców – to jest źródłem sukcesu.

Rodzina Grycanów ma cukiernicze korzenie, a zanim w 2004 roku założyła obecną firmę, przez 20 lat rozwijała markę Zielona Budka, rozpowszechniając warszawski brand w całej Polsce. Grycan – Lody od pokoleń to nie tylko lody. W lodziarniach firma oferuje soki i koktajle owocowe, ciasta własnej produkcji czy rurki z kremem.

Robimy wszystko, żeby zadowolić i zaskoczyć w pozytywnym tego słowa znaczeniu naszych klientów, zaproponować im coś, czego właśnie szukają. To są m.in. zmieniające się oferty w zależności od pory roku czy świąt i innych okoliczności – przekonuje Elżbieta Grycan. – Staramy się odgadywać potrzeby klientów i cieszymy się, jeśli ma to odzwierciedlenie w sprzedaży.

Zakupy spożywcze przez internet coraz bardziej popularne. Powodzeniem cieszą się zwłaszcza napoje i chemia gospodarcza

CEO Magazyn Polska

Rośnie popularność sprzedaży internetowej produktów spożywczych. Wygoda związana z brakiem konieczności transportu towarów zachęca do kupowania w produktów większych ilościach, zwłaszcza wody czy chemii gospodarczej. Równocześnie klienci nie boją się już nabywać wędlin, warzyw, mięsa i innych świeżych produktów.  

Wygoda powoduje, że klienci nie mają problemu, żeby zamawiać większe ilości produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stanisław Krzaklewski z Alma Market SA, dyrektor projektu internetowego Alma24.pl. – Przykładowo średnie zamówienie wody mineralnej to 8 półtoralitrowych butelek, czyli niespotykanie dużo w porównaniu do sprzedaży offline. Znacznie większą popularnością niż w sklepach tradycyjnych cieszą się produkty sypkie i chemii gospodarczej.

W latach, gdy sprzedaż internetowa była w Polsce nowością, klienci mieli opory przed nabywaniem świeżych produktów.  

W tym momencie nie ma takich różnic – zauważa Krzaklewski. – Równie często jak w sklepach tradycyjnych sprzedajemy owoce, warzywa oraz mięso i wędliny. Często wędliny sprzedają się nawet lepiej niż w tradycyjnych placówkach.

W Alma Market udział sprzedaży internetowej w całości obrotów wynosi ok. 7–8 proc. W 2013 roku spółka uzyskała ze sprzedaży detalicznej produktów i materiałów 977 mln zł.

Sprzedajemy przez internet od siedmiu lat i największy wzrost odnotowywaliśmy w pierwszych latach. Trudno jest stale utrzymać tak dużą dynamikę przy coraz wyższej bazie, ale nadal jesteśmy zadowoleni z osiąganych wyników i planujemy utrzymać wzrosty sprzedaży w kolejnych latach. Koncentrujemy się na podnoszeniu jakości serwisu klienta i w powiązaniu z najwyższą jakością produktów uznajemy to za główne czynniki wzrostu w kolejnych latach – dodaje Krzaklewski.

Produkty Almy nabywają przez internet głównie posiadające dzieci kobiety powyżej 30. roku życia, mieszkające w dużych miastach. Średnia wartość zakupu to ok. 200 zł. Tradycyjne placówki Almy znajdują się we wszystkich polskich miastach wojewódzkich poza Kielcami i Białymstokiem, a sklepy internetowe dowożą towary także mieszkańcom ich okolic.

Rośnie sprzedaż nowych samochodów. Polski rynek atrakcyjny dla koncernów motoryzacyjnych

CEO Magazyn Polska

Poprawia się sytuacja na rynku sprzedaży nowych samochodów osobowych. Z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów ACEA wynika, że w lutym w całej Unii Europejskiej sprzedano ich ponad 860 tys. (wzrost o 8 proc.), z czego w Polsce – około 32,5 tys. To wynik znacznie lepszy od ubiegłorocznego. Pomogła możliwość pełnego odliczenia VAT od aut z kratką.

Sprzedaż nowych aut osobowych w Polsce rośnie ósmy miesiąc z rzędu. W lutym była o 35 proc. wyższa niż przed rokiem. Rosnący popyt to m.in. efekt wygasającej z końcem marca możliwości odliczenia pełnego podatku VAT od tzw. samochodów z kratką (zakupiono ich 9,5 tys. sztuk). Dlatego eksperci oczekują, że ten miesiąc zakończy się jeszcze lepszym wynikiem.

Jednak wzrost sprzedaży odnotowano w całej Unii Europejskiej. Z salonów wyjechało o 8 proc. więcej nowych samochodów niż w lutym ubiegłego roku.

W całej Europie mamy do czynienia z pozytywnym trendem powolnego wzrostu sprzedaży – ocenia Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems, firmy oferującej rozwiązania w zakresie selekcji i naprawy części i komponentów dla branży motoryzacyjnej w Europie. – Im więcej spokoju gospodarczego i politycznego, tym konsumenci będą częściej podejmować decyzje o zakupie nowego samochodu.

Wzrosty odnotowały m.in. rynki niemiecki (4,3 proc.), włoski (8,6 proc.) i brytyjski (3 proc.). Liczba rejestracji w Hiszpanii wzrosła o 17,8 proc. Na tym rynku, podobnym do Polski, rocznie rejestruje się ponad 600 tys. nowych samochodów. W Polsce – ok. 300 tys. To świadczy o wciąż niewykorzystanym potencjale nabywczym polskich konsumentów. Exact Systems szacuje, że w tym roku liczba nowych rejestracji może być o 5–10 proc. wyższa niż w 2013 r.

Z kolei o tym, że Polska może być nie tylko atrakcyjnym rynkiem zbytu, lecz także miejscem produkcji, świadczyć może decyzja Volkswagena o wybudowaniu fabryki we Wrześni. Jej budowa ruszy jesienią br. i pochłonie prawie 1 mld euro. Każdego roku linię produkcyjną wielkopolskich zakładów opuszczać ma ok. 85 tys. nowych samochodów Crafter.

Zdaniem ekspertów, Niemcy, decydując się na budowę fabryki w Polsce, wzięli pod uwagę kilka czynników, m.in. stabilną sytuację gospodarczo-polityczną, dobrze rozwiniętą infrastrukturę oraz wysokie kwalifikacje kadry pracowniczej przy stosunkowo niewielkich kosztach pracy. To dzięki temu w walce o montownię pojazdów Volkswagena Polska pokonała np. Turcję.

Koncern Volkswagena ma bardzo dobre doświadczenia z Antoninka pod Poznaniem, gdzie wytwarzane są samochody Caddy i Transporter T-5. Niemcy mieli więc ułatwione zadanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes szef Exact Systems.

Spore nadzieje na nowe miejsca pracy wiążą z tą inwestycją lokalne władze. Według szacunkowych wyliczeń jedno miejsce pracy stworzone w fabryce samochodów to około 3–4 miejsc pracy w przemyśle poddostawczym, który wytwarza części i komponenty do produkcji aut. W fabryce we Wrześni zatrudnienie znaleźć ma docelowo ok. 2 tys. osób.

To powinno spowodować, że cały przemysł motoryzacyjny w Polsce zyska około 8 tys. miejsc pracy – przewiduje Gos.

Dzięki współpracy z samorządami gospodarczymi przedsiębiorcom bardziej opłaca się recykling odpadów

Firmy coraz chętniej korzystają z możliwości przystępowania do porozumień z marszałkami województw w sprawie zbierania i recyklingu odpadów opakowaniowych. Od 1 stycznia, zgodnie z ustawą opakowaniową, obowiązek ten może być przez przedsiębiorcę realizowany samodzielnie lub przez przystąpienie do porozumienia w ramach organizacji samorządu gospodarczego, które reprezentują te firmy. Eksperci podkreślają, że ta druga możliwość jest nie tylko bardziej skuteczna, lecz także korzystniejsza dla przedsiębiorców.

Zgodnie z nowymi regulacjami każdy przedsiębiorca ma obowiązek ponosić koszty zbierania, odzysku i recyklingu tych odpadów opakowaniowych, które powstały po opakowaniach, w których wprowadził swoje produkty do obrotu. Czyli mówiąc wprost: każdy musi sprzątać po sobie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tadeusz Pokrywka, prezes Krajowej Izby Gospodarczej Przemysłu Spożywczego i Opakowań (KIG PSiO).

Wyjaśnia, że dotychczasowe regulacje nie zobowiązywały przedsiębiorców do finansowania odzysku i recyklingu odpadów opakowaniowych powstałych po ich produktach. Producent wprowadzający do obrotu produkty w opakowaniach złożonych z różnych tworzyw (jak np. karton do napojów) do końca ubiegłego roku dofinansowywał zbieranie i recykling odpadów opakowaniowych w tak zwanym materiale dominującym, czyli tak naprawdę finansował zbieranie plastiku lub zbieranie papieru i tektury. Zmieniły to nowe przepisy, czyli ustawa o gospodarce opakowaniami i odpadami opakowaniowymi, która weszła w życie 1 stycznia br.

Nowa ustawa umożliwiła organizacjom samorządu gospodarczego, reprezentującym grupę przedsiębiorców wprowadzających produkty w opakowaniach wielomateriałowych, zawieranie porozumienia z marszałkiem województwa o utworzeniu i utrzymaniu systemu zbierania, transportu, odzysku lub unieszkodliwiania odpadów opakowaniowych.

Tadeusz Pokrywka podkreśla, że podobnie jak w monomateriałach realizowanych przez organizację odzysku, przedsiębiorca może zorganizować zagospodarowanie odpadów samodzielnie lub w drodze porozumienia z organizacją samorządu gospodarczego. Jeśli będzie działać na własną rękę, musi zagospodarować 100 proc. odpadów, które powstały z opakowań, które wprowadził do obrotu. W przypadku realizacji obowiązków w drodze porozumienia obowiązują go poziomy określone przez resort środowiska w odpowiednim rozporządzeniu.

– Przedsiębiorcy bardziej opłaca się realizować obowiązki w drodze porozumienia niż samemu. Firmy powinny zajmować się działalnością podstawową, czyli produkcją i wprowadzaniem produktów do obrotu, a odpady pozostawić wyspecjalizowanym spółkom – uważa Tadeusz Pokrywka.

Szef Izby wskazuje, że przez lata nikt nie zajmował się wielomateriałowymi odpadami opakowaniowymi oraz odpadami opakowaniowymi po środkach niebezpiecznych. Praktycznie większość tych odpadów lądowała na składowiskach. Krajowa Izba Gospodarcza Przemysłu Spożywczego i Opakowań od 2007 roku prowadzi program Rekarton, dzięki któremu zdołała zbudować dobrowolny system zbierania i recyklingu opakowań kartonowych po żywności płynnej.

Przedsiębiorca, który do końca ubiegłego roku płacił za DPR-y [dokumenty potwierdzające recykling – red.] na papier i tekturę, oraz dodatkowo wspierał program Rekarton, od pierwszego stycznia tego roku wspiera wyłącznie Dobrowolne Porozumienie Rekarton, czyli realnie odeszło mu finansowanie zbierania makulatury – przekonuje prezes.

W lutym Izba zawarła z marszałkiem województwa mazowieckiego porozumienie, do którego mogą przystępować przedsiębiorcy, którzy wprowadzają do obrotu produkty w opakowaniach wielomateriałowych oraz środki niebezpieczne w opakowaniach.

W ich imieniu organizujemy system zbierania, recyklingu i odzysku tego typu odpadów – informuje szef KIG PSiO.

Izba podpisała już blisko sto umów z przedsiębiorcami, głównie z regionalnymi instalacjami przetwarzania odpadów komunalnych oraz firmami gminnymi, na zbieranie tego typu odpadów opakowaniowych, a także współpracuje z  osobami zajmującymi się recyklingiem tego typu odpadów opakowaniowych.

Jak podkreśla Ministerstwo Środowiska, dzięki nowym przepisom z ustawy opakowaniowej, więcej opakowań będzie powtórnie przetwarzanych. Zwiększy się również przejrzystość rynku i ograniczy funkcjonowanie w szarej strefie organizacji odzysku (marszałkowie województw mają obowiązek prowadzenia rejestru przedsiębiorców, wprowadzających produkty w opakowaniach, zajmujących się obrotem odpadami opakowaniowymi, prowadzący ich odzysk lub recykling).