Zmiany w handlu przez internet. Nowe przepisy zwiększą ochronę klientów robiących zakupy w sieci

Choć sprzedaż przez internet to tylko 3,5 proc. całej sprzedaży detalicznej w Polsce, to udział ten będzie rósł. Sprzyjać temu będzie nie tylko coraz większa liczba urządzeń połączonych z internetem, lecz także korzystniejsze dla konsumentów prawo, które daje więcej uprawnień niż w przypadku zakupu w sklepie stacjonarnym. W połowie czerwca mają wejść w życie jeszcze korzystniejsze dla konsumenta regulacje.

Ustawa implementująca unijną dyrektywę w tej sprawie powinna wejść w życie do 13 czerwca tego roku.

 – Ustawa będzie dotyczyć przede wszystkim umów zawieranych poza lokalem przedsiębiorstwa i na odległość, czyli zawieranych na przykład za pośrednictwem internetu – zaznacza Katarzyna Górna, prawniczka z kancelarii Accreo Legal.

Nowa dyrektywa ma ujednolicić przepisy dotyczące e-handlu w całej Unii Europejskiej. Obecnie przepisy unijne regulują jedynie część zasad, co skutkuje znacznymi różnicami – m.in. w terminie zwrotu towaru zakupionego za pośrednictwem internetu. W Polsce termin ten wynosi 10 dni, od wejścia w życie ustawy czas ten wydłuży się do 14 dni. Co istotne, ważna będzie data dostarczenia towaru, a nie zawarcia umowy. Podobnie będzie we wszystkich pozostałych krajach unijnych.

 – Dyrektywa wprowadza też nowe obowiązki informacyjne, czyli nakłada wymogi dotyczące informacji, których przedsiębiorca będzie musiał udzielić konsumentowi przed zawarciem umowy – zaznacza Katarzyna Górna.

Właściciele sklepów internetowych będą zobowiązani do informowania klientów o przysługujących im prawach. Nakłada to na nich między innymi obowiązek poinformowania, że w przypadku zwrotu towaru to na kliencie spoczywa obowiązek pokrycia wynikających z tego kosztów odesłania zakupionego produktu. Jeśli sprzedawca nie wywiąże się z tego zadania, ciężar opłat spadnie na sklep.

– Jedną z ważniejszych zmian, związanych z implementacją dyrektywy konsumenckiej, jest zintegrowanie przepisów dotyczących odpowiedzialności za wadę produktu, które do tej pory znajdowały się w dwóch osobnych ustawach, a teraz znajdą się w kodeksie cywilnym – mówi Katarzyna Górna.

Za wady sprzedanego przedmiotu odpowiada sprzedawca, chyba że klient w chwili zakupu zdawał sobie sprawę z usterek. Sprzedawca odpowiada również za uszkodzenia powstałe podczas transportu. Projekt ustawy przewiduje dwie formy reklamacji – gwarancję i rękojmię. Jeśli zakupiony towar ma wady, klient ma prawo do odstąpienia od umowy. Ponadto ustawa reguluje zasady dochodzenia przez sprzedawców odpowiedzialności za wadę towaru od producenta. Będą one oparte na rękojmi – na zasadzie ogólnej odpowiedzialności za niewykonanie zobowiązania z kodeksu cywilnego oraz na zasadzie regresu.

Zapisy nowej ustawy będą stosowane do umów zawartych po 13 czerwca. Ponadto ustawa nie przewiduje okresu przejściowego, co oznacza, że do tego dnia należy wprowadzić zmiany w sklepie internetowym i przygotować się na wdrożenie postanowień nowej ustawy.

Komentarz indeksowy BossaFX 26 marca 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 26 marca 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Zmiana benchmarku subfunduszu UniAkcje Małych i Średnich Spółek z oferty Union Investment TFI

Od 24 marca br. benchmark subfunduszu UniAkcje Małych i Średnich Spółek zarządzanego przez Union Investment TFI jest oparty o nowy indeks WIG50.

W związku rozpoczęciem publikacji przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie indeksów WIG50 oraz WIG250, obejmujących odpowiednio 50 średnich i 250 małych spółek z Głównego Rynku GPW, nastąpiła zmiana benchmarku subfunduszu UniAkcje Małych i Średnich Spółek (UniFundusze FIO) z oferty Union Investment TFI.

Od 24 marca br. skład benchmarku to: 90% WIG50 + 10% WIBID 1M.

To istotna zmiana, jako że różnice w strukturze pomiędzy indeksem sWIG80, który dotychczas służył za wzorzec oceny efektywności subfunduszu, a nowym WIG50 są duże. Ten ostatni zastępuje bowiem dotychczasowy indeks grupujący spółki o średniej kapitalizacji, podczas gdy odpowiednikiem indeksu sWIG80 jest obecnie WIG250.

– W naszej ocenie, konstrukcja indeksu WIG250 powoduje brak możliwości faktycznej replikacji benchmarku, ponieważ w jego skład w przeważającej mierze wchodzą spółki o bardzo małej kapitalizacji i niskiej płynności. Stąd decyzja o wyborze indeksu WIG50 – mówi Waldemar Wołos, Dyrektor ds. Rozwoju Nowych Produktów Union Investment TFI.

– Zmiana benchmarku pociągnie za sobą przebudowę portfela, jednak wszelkie zmiany będą dokonywane sukcesywnie i powoli, zgodnie z interesem uczestników subfunduszu – dodaje Maciej Kik, zarządzający subfunduszem UniAkcje Małych i Średnich Spółek.

UniAkcje Małych i Średnich Spółek istnieje od 2007 r. Z wynikiem 33,67 proc. znalazł się wśród 10 najlepszych funduszy w 2013 r.*
* Źródło: Expander (07.01.2014)

KGHM w gronie firm, które zwiększyły wartość o ponad 15 proc.

0

Działający na trzech kontynentach KGHM koncentruje swoje siły na uruchomieniu flagowego projektu Sierra Gorda. Po uruchomieniu chilijskiej odkrywki spółka nie wyklucza dalszej ekspansji, zarówno geograficznej, jak i produktowej. Kluczową dźwignią wzrostu firmy mają być nadal metale nieżelazne i szlachetne.

Spółka inwestuje również w rozwój grafenu oraz analizuje zaangażowanie w wydobycie fosforytów, soli potasowych czy surowców energetycznych. KGHM posiada obecnie 49 proc. udziałów w spółce Nano Carbon, która pracuje nad komercyjnym wykorzystaniem grafenu. Jego możliwe obszary zastosowania to wyświetlacze dotykowe, produkcja energii odnawialnej z baterii słonecznych czy też monitoring zanieczyszczeń.

 – Dojście do surowców jest rzeczą podstawową. Obraliśmy ten kurs w 2009 roku, bazując na tym, że pozostajemy w core biznesie, w metalach kolorowych, gdzie metalem podstawowym jest miedź, ale również uzupełniamy to o srebro, złoto, platynę, pallad, nikiel i molibden  – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Kędzia, wiceprezes KGHM.

Miedziowa spółka została laureatem dolnośląskiej edycji Diamentów Forbesa – nagrody przyznawanej firmom, które najszybciej zwiększają swoją wartość.  Do grona laureatów trafiają te firmy, których przeciętny roczny wzrost wartości wynosi co najmniej 15 procent. Wycena przedsiębiorstw jest dokonywana metodą hybrydową, która łączy metodę dochodową i majątkową. Pozwala to lepiej oszacować wartość i potencjał rozwoju firm, a w rezultacie – ocenić sytuację całej gospodarki. Przez pryzmat tej nagrody widać ożywienie w polskiej gospodarce, które ma już stabilny charakter.

 – Wtedy, kiedy koniunktura jest dobra, grono Diamentów rośnie. Ostatnie lata nie były najlepsze, a w przedostatniej edycji liczba laureatów spadła. W ostatniej zaobserwowaliśmy odbicie. Pokonaliśmy barierę 2 tysięcy, co pokrywa się z tym, co dzieje się w polskiej gospodarce. Czyli widać poprawę, widać powrót dobrej koniunktury – twierdzi Jacek Pochłopień, zastępca redaktora naczelnego „Forbesa”.

Lista laureatów Diamentów Forbesa pokazuje także, w jakich branżach oraz regionach przedsiębiorcy radzą sobie najlepiej.

 – Jeszcze kilka lat temu prym wiodły przedsiębiorstwa budowlane, było ich wiele na naszej liście, teraz to się zmieniło. Widać firmy z sektora rolnego, spożywczego czy rolno-spożywczego. Pozostały firmy budowlane, ale jest ich mniej. Widać również spółki handlowe oraz, co nas bardzo cieszy, zaczęły pojawiać się coraz częściej firmy z obszaru nowoczesnych technologii. Są też przedsiębiorcy z branży medycznej, co burzy trochę mit, że na rynku usług medycznych nie da się zarobić – uważa Pochłopień.

W przekroju regionalnym najlepiej radzą sobie przedsiębiorcy z Mazowsza i Wielkopolski. Sytuacja w pozostałych regionach jest zróżnicowana, choć na mapie Polski widać coraz więcej prężnych ośrodków poza Warszawą.

 – Przykładem jest Dolny Śląsk, który ma wiele atutów – m.in. bliskość rozwiniętych rynków Niemiec i Czech, dobrze rozwiniętą infrastrukturę oraz prężnie działające specjalne strefy ekonomiczne. Dopełnia to prężnie rozwijająca się stolica regionu – twierdzi zastępca redaktora naczelnego „Forbesa” . – Lokomotywą samą w sobie jest Wrocław, z miejscową  bazą akademicką, z atmosferą i klimatem, który sprzyja przedsiębiorcom. Taką lokomotywą jest też KGHM Polska Miedź, która jednak promieniuje i rzutuje na cały region wraz z firmami ze swojego otoczenia.

Wojciech Kędzia, wiceprezes KGHM, potwierdza, że świetnie wykształceni pracownicy to jeden z głównych atutów Dolnego Śląska. Dlatego spółka stara się ich przyciągać, oferując perspektywę kariery w Ameryce Północnej lub Południowej.

 – Cały czas wierzę w młodość, w osoby, które kończą studia w naszym regionie. To naprawdę jest duża wartość. My również jesteśmy otwarci, stąd nasz program „Kopalnia Talentów”. Chcemy pozyskać młodych, ambitnych, inteligentnych ludzi do tego, żeby wzmacniali naszą pozycję. Wielu z nich już dzisiaj ma zatrudnienie w naszych kopalniach w Chile, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie – mówi wiceprezes KGHM. – Spotykając tych ludzi właśnie tam, jestem dumny, że mamy młodych Polaków, którzy są świetnymi specjalistami.

Diamenty Forbesa najtrudniej zdobyć firmom dużym, których wartość bazowa już jest wysoka.

 – To jest kolejne wyróżnienie, które potwierdza pozycję KGHM nie tylko na Dolnym Śląsku, lecz także w Polsce. To jest dzisiaj firma globalna, która ma swoje aktywa w dwóch Amerykach  w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i w Chile. Chcielibyśmy, żeby KGHM kontynuował ścieżkę efektywnego rozwoju, a żeby to zrealizować, musimy być aktywni na światowym rynku surowcowym. Monitorujemy wszystkie ciekawe projekty, które mają potencjał do zwiększenia bazy zasobowej spółki – mówi Wojciech Kędzia, wiceprezes KGHM.

W województwie dolnośląskim w kategorii dużych firm pierwsze miejsce zajął Autoliv Poland. Na podium znalazły się także spółki Sitech i właśnie KGHM. W kategorii średnich firm zwycięzcą została spółka Pro Ascobloc, wyprzedzając DWS Draexlmaier Wyposażenie Wnętrz Samochodowych oraz Casetech Polska. Wśród małych firm laureatami zostały: Izerskie Centrum Pulmonologii i Chemioterapii Izer-Med, Automatec oraz Spółka Usługowa Piast Business Service.

W porównaniu do poprzednich edycji, wśród Diamentów Forbesa przybywa małych przedsiębiorstw. Według zastępcy redaktora naczelnego „Forbesa” to dowód na to, że po 25 latach transformacji polska gospodarka – oparta w ogromnym stopniu na małych i średnich firmach – coraz bardziej przypomina dojrzałe, rozwinięte gospodarki. Z drugiej strony, jego zdaniem, 25 lat przemian to wciąż niewiele i Polacy w dalszym ciągu uczą się efektywnego rozwijania i zarządzania firmami. To oznacza jednak, że polska gospodarka ma wciąż duże rezerwy, które mogą przyspieszyć jej rozwój.

Orange: dostawcy treści i usług powinni ponosić część kosztów rozwijania infrastruktury, by ceny dostępu do internetu nie rosły

Dzisiejszy model biznesowy funkcjonowania usług telekomunikacyjnych internetowych wymaga przedefiniowania – uważa Piotr Muszyński, wiceprezes Orange Polska. Dostawcy treści i usług powinni – jego zdaniem – ponosić część kosztów dostarczania im usługi przez operatorów telekomunikacyjnych. W innym wypadku operatorom skończą się środki na inwestycje i będą ich szukać u odbiorców końcowych, podwyższając im ceny usług.

Wiceprezes Orange podkreśla, że ta nierównowaga na rynku wynika z tego, że w ostatnich latach dzięki powszechnemu dostępowi do internetu zmienił się model typowej usługi telekomunikacyjnej.

Kiedyś to było bardzo proste – operator budował sieć i na tej sieci kreował swoją własną usługę głosową, abonament, sprzedawał zamknięty łańcuch wartości. Dziś jest bardzo wielu graczy, którzy tworzą wartość dodaną, mających wpływ na koszty operatora, który musi dostarczyć usługę dostępu do internetu, ale nie partycypujący w tych kosztach w ogóle. Dlatego mówimy, że dzisiejszy model biznesowy funkcjonowania usług telekomunikacyjnych internetowych wymaga przedefiniowania – wyjaśnia Piotr Muszyński, wiceprezes ds. operacyjnych Orange Polska w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Z punktu widzenia konsumentów zmiany na rynku telekomunikacyjnym są korzystne, natomiast dla operatorów, którzy kompleksowo przygotowują swoje usługi, już niekoniecznie.

– Mamy na lokalnych rynkach obowiązki nakładane na operatorów, regulacje, konieczność ponoszenia inwestycji i mamy globalnych dostawców usług, którzy działają ponadnarodowo, poza granicami kontynentów, nie mając żadnej relacji do lokalnego rynku, na którym operator musi ponosić określone koszty dostarczania usługi. I tutaj widzimy nierównowagę pomiędzy tym, co faktycznie stanowi strumień przychodów a budowaną wartością dodaną na infrastrukturze, która jest obłożona określonymi obowiązkami kosztowymi i regulacyjnymi – mówi Piotr Muszyński.

Jego zdaniem, utrzymywanie takiego modelu spowoduje, że operatorzy nie będą w stanie wyłożyć wystarczających środków na rozwijanie infrastruktury i zapewnienie odpowiedniej jakości usług. To z kolei może przełożyć się na ceny usług.

Ktoś te koszty ponieść musi, więc na pewno będziemy musieli szukać takiego modelu, który spowoduje, że to nie będzie tylko użytkownik końcowy. Jeżeli zgodzimy się na to, że on jest jedynym ogniwem w tym łańcuchu wartości, który będzie musiał ponieść ostateczny koszt, to możemy zapomnieć o tanim dostępie do internetu – przestrzega Piotr Muszyński. – Musi być model partycypacji, który spowoduje, że kreatorzy kontentu za określoną wartość świadczonej usługi będą ponosili koszty równolegle do kosztów, które ponosi końcowy użytkownik, korzystając z tego produktu.

Problem ten dotyczy również graczy na innych rynkach europejskich. Dużym utrudnieniem jest brak ujednoliconych przepisów i regulacji, ustalających odgórnie zasady funkcjonowania zarówno operatorów telekomunikacyjnych, jak i dostawców treści i usług na rynku europejskim.

 W Europie nie ma w ogóle jednolitego podejścia do próby uregulowania zasad funkcjonowania dostawców kontentu versus obowiązki nakładane na lokalnych operatorów. Nie ma wytycznych, rynki lokalne całkowicie się od siebie różnią – tłumaczy wiceprezes Orange Polska.

Problem braku odpowiednich regulacji jest jednak szerszy. Kiedyś rynek telekomunikacyjny był hermetyczny, dziś jest otwarty, ale jego otwartość rodzi nowe wyzwania dla regulatorów.

– Rynek jeszcze 20 lat temu był rynkiem zamkniętym, na danym lokalnym obszarze funkcjonował głównie jeden operator. Gigantycznego wyłomu w funkcjonowaniu tego modelu dokonał internet, tylko że ten wyłom nie został w porę zauważony przez regulatorów krajowych, przez regulatora europejskiego – zauważa Muszyński. – Nastąpił dynamiczny rozwój usług, który spowodował, że w tej próżni natychmiast wyrosła zupełnie nowa wartość dodana, z którą dzisiaj regulatorzy zupełnie nie wiedzą, co zrobić.

Rośnie światowy rynek loterii. Głównie dzięki Ameryce Południowej i Chinom

W ubiegłym roku sprzedaż loterii na całym świecie wzrosła o ponad 4 proc. – wynika z danych World Lottery Association. Wartość sprzedaży, porównując rok do roku, spada w Europie (-2 proc.), ale dynamicznie rośnie w Ameryce Południowej (21 proc.) czy Chinach (20 proc.). Ogólnie jednak od kilku lat wzrost sprzedaży jest co roku coraz mniejszy – dlatego loterie szukają zarobku, nie tylko uruchamiając nowe produkty, lecz także oferując też dodatkowe usługi – w tym finansowe.

– Z naszych obserwacji, jako dostawcy rozwiązań technologicznych dla loterii, wynika, że do tej pory im gorzej wiodło się gospodarkom, tym lepiej działały loterie. Im trudniejsza sytuacja gospodarcza, tym większe obroty na rynku loteryjnym – tłumaczy Wojciech Włodarczyk, prezes zarządu GTECH Poland. – Ludzie szukali nadziei na dodatkowy przychód w grach losowych.

Od pewnego czasu widać jednak zmianę tego trendu. W 2011 roku sprzedaż na światowych rynkach loteryjnych była na poziomie 13 proc., w 2012 – 8 proc., a w zeszłym – ponad 4 proc. Zdaniem Włodarczyka, w miarę utrzymywania się spowolnienia gospodarczego, społeczeństwa ubożeją i bardziej racjonalnie podchodzą do wydatków, również tych na gry liczbowe. Choć jest to bardzo mocno uzależnione od danego regionu świata. Stąd między innymi różnice w wynikach sprzedaży w Ameryce Łacińskiej gdzie – mimo nie najlepszej sytuacji ekonomicznej – osiągnięto ponad 20-proc. wzrost i Europy, która zakończyła 2013 rok na minusie.

– Rynek Ameryki Łacińskiej jest dość specyficzny, porównując np. do Europy. Tam udział w grach loteryjnych jest nie tylko szansą na wygranie pieniędzy. To także wiara w możliwość zmiany swojego życia, przeznaczenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Włodarczyk. – Jeśli chodzi o Europę, to dobry wynik osiągnęła loteria czeska, gdzie wzrost rok do roku to prawie 25 proc. Ale tutaj mieliśmy efekt bazy, ponieważ sprzedaż w 2012 roku była w Czechach stosunkowo niska. Mamy też zadowalający wzrost w Finlandii, prawie 9 proc., ale ma to między innymi związek z konsekwentnym wdrażaniem w poprzednich latach nowych technologii i produktów przez fińska loterię – Veikkaus – dodaje prezes Włodarczyk.

W takich właśnie nowych produktach, kanałach dystrybucji i dodatkowych usługach loterie widzą swoją przyszłość – sama sprzedaż gier w kolekturach już nie wystarcza. Nawet w Chinach, gdzie w ubiegłym roku sprzedaż wzrosła o 20 proc., dobry wynik był efektem między innymi rozwoju sprzedaży ulicznej – kanału niespotykanego np. w Europie.

– Dostarczenie przez polskich inżynierów z GTECH terminala mobilnego dla jednej z loterii w Chinach stworzyło możliwość wyjścia do klienta. W tradycyjnym modelu, to klient musi wybrać się do kolektury, aby kupić los. Tutaj agenci sprzedaży, posiadający terminal mobilny, sprzedają losy na ulicy. Jest to zupełnie nowa filozofia, inne podejście do klienta. To rozwiązanie jest unikalne w skali światowej – mówi prezes GTECH Poland.

Jednym z najczęściej spotykanych sposobów na zwiększenie przychodów jest uruchamianie w punktach loteryjnych sprzedaży innych produktów niż loteryjne. Są to na przykład doładowania telefonów komórkowych, możliwość opłacenia rachunków czy wykupienia doładowania w usłudze sprzedaży energii elektrycznej typu pre-paid. Niektóre z takich rozwiązań stosuje też polska loteria.

– Totalizator Sportowy jest aktywną loterią i w ostatnich latach wdraża nowe produkty, starając się uzupełnić tradycyjną ofertę, czyli gry i loterie pieniężne – mówi Włodarczyk. – Myślę, że lokalnie bardzo ciekawym pomysłem będzie loteria pieniężna, która będzie wdrożona pod koniec marca. Produkt ten jest efektem współpracy czterech loterii: polskiej, czeskiej, słowackiej i węgierskiej.

Dzięki temu bardzo podobny produkt będzie mógł być sprzedawany w różnych krajach. Poszerzany będzie nie tylko zasięg terytorialny, lecz także będzie zwiększana liczba kanałów sprzedaży loterii. Według prezesa GTECH Poland, przyszłość należy do sprzedaży przez internet, w tym także przez urządzenia mobilne.

Lekarze alarmują: opieka nad chorymi po zawale wymaga poprawy

CEO Magazyn Polska

Od 1980 roku śmiertelność szpitalna z powodu zawału serca zmniejszyła się prawie czterokrotnie. Mimo to w Polsce każdego roku na zawał umiera prawie 200 tys. osób. Pacjenci po przebytym zawale serca należą do grupy zagrożonej kolejnymi problemami sercowo-naczyniowymi i do końca życia muszą przyjmować leki. NFZ nie wpisał jednak na listę refundacyjną leków przeciwpłytkowych, które ratują życie tej grupie pacjentów.

Jesteśmy w absolutnej czołówce krajów europejskich, jeśli chodzi o leczenie zawału w pierwszych godzinach – odbywa się to niesamowicie skutecznie. Problemem jest to, że pacjent, wychodząc po zawale ze szpitala, wymaga dalszej terapii – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Łukasz Kołtowski, kardiolog.

Chory po przebytym zawale należy do grupy podwyższonego ryzyka kolejnych problemów sercowo-naczyniowych. Do końca życia musi regularnie przyjmować leki, uczestniczyć w rehabilitacji kardiologicznej i dbać o dietę. Farmakoterapia u takich pacjentów do tej pory polegała na stosowaniu kwasu acetylosalicylowego i klopidogrelu. Obecnie dostępne są dwa nowoczesne leki, które są skuteczniejsze niż klopidogrel – prasugrel i tikagrelor. Przypomnijmy, koszt angioplastyki to 16 tys. złotych, podczas gdy roczny koszt nowoczesnej terapii to około 3 tys. zł. A co najważniejsze – leki te redukują ryzyko zgonu z przyczyn sercowo-naczyniowych w pierwszym miesiącu o 39 proc. i o 26 proc. po 15 miesiącach. Przyjmuje się je przez 12 miesięcy po zawale.

To są leki przeciwpłytkowe charakteryzujące się silniejszym efektem działania, redukujące ryzyko ostrzej zakrzepicy w stencie, czyli ryzyko ponownego zawału serca. Badania analizujące złożony efekt końcowy tych leków dowiodły, że w obu przypadkach jest on skuteczniejszy od klopidogrelu – tłumaczy Łukasz Kołtowski.

Zgodnie z aktualnymi wytycznymi u hospitalizowanych pacjentów z ostrym zawałem serca należy stosować w pierwszej kolejności prasugrel i tikagrelor. Klopidogrel podaje się tylko u chorych, u których dwa nowsze leki są przeciwwskazane. Po wypisie ze szpitala większość pacjentów jest jednak zmuszona przyjmować starszy, mniej skuteczniejszy lek, ponieważ tylko on znajduje się na liście refundacyjnej NFZ.

Narodowy Fundusz Zdrowia obawia się tzw. budget impact, czyli znacznego zwiększenia wydatków z uwagi na leczenie droższym lekiem. Z drugiej strony analizy farmakoekonomiczne wskazują, że refundacja prasugrelu i tikagreloru jest mimo wszystko opłacalna z punktu widzenia państwa. Wynika to z tego, że jest mniej powikłań i zawałów serca, w związku z czym jest mniej hospitalizacji – podkreśla kardiolog.

Brak refundacji prasugrelu i tikagreloru jest szczególnie dotkliwym problemem dla pacjentów cierpiących na cukrzycę, którzy znacznie słabiej reagują na klopidogrel oraz dla tych, którzy są genetycznie oporni na ten lek.

W Warszawie największy popyt na ekskluzywne obuwie na zamówienie

CEO Magazyn Polska

Luksusowe obuwie wykonane na indywidualne zamówienie kosztuje w Warszawie od 500 do 5 tys. złotych. Cena pary zależy od fasonu, użytych materiałów czy nakładu pracy szewca. Warunkiem utrzymania się na rynku tego rodzaju biznesu jest jednak spore zaplecze stałych, zamożnych klientów, w tym również tych, dla których noszenie unikatowych butów najwyższej jakości jest elementem rodzinnej tradycji. Największy popyt na tego rodzaju produkty jest na rynku stołecznym.

Wykonywanie obuwia na zamówienie, na miarę oraz naprawy, które wykonujemy przy butach lepszych i droższych, opłaca się, o ile ma się zaplecze w postaci dobrych klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Kamiński, mistrz szewstwa, członek Ogólnopolskiego Cechu Rzemieślników Artystów.

Na wykonanie indywidualnej pary obuwia z reguły trzeba poczekać około miesiąca. Wcześniej jednak klient musi zdecydować o fasonie, kolorze i materiałach, z których powstaną jego buty. O ile w Warszawie jest popyt na tego rodzaju usługi, o tyle w innych miastach Polski jest pod tym względem nieco gorzej.

– Warszawa jako miasto bogatsze od innych, w którym przebywa więcej ludzi biznesu, trochę zamożniejszych, ubierających się lepiej i drożej niż w innych miastach. Sprzyja to temu, aby taka firma jak nasza i jej podobne, bo jest kilka takich w Warszawie, mogły się utrzymać i z powodzeniem zarabiać – tłumaczy Jacek Kamiński.

Szewcy zdają sobie sprawę z tego, że poza kwestią finansów, barierą dla popytu na ich wyroby jest czas realizacji zamówienia. Z tego powodu wiele osób decyduje się na gotowe produkty.

Oczywiście konkurencją dla nas są sklepy, które oferują drogie, markowe buty, które można nabyć natychmiast, które mają ciekawe wzornictwo, ciekawe kolory, różne pomysły designerskie – przyznaje szewc.

Z drugiej jednak strony posiadanie unikatowych butów w swojej garderobie to dla koneserów obuwia nie tylko prestiż, lecz także element rodzinnej tradycji. Rzemieślnicy obuwniczy przyciągają ponadto klientów wieloletnią renomą w środowiskach artystycznych (m.in. teatrach) czy filmowych.

 Córki czy synowie dawnych naszych klientów robią sobie buty u nas. Właśnie następne pokolenie dojrzewa do tego, żeby sobie zamówić buty – dodaje Jacek Kamiński. – Nie musimy się specjalnie reklamować, chociaż tego nigdy za dużo, ponieważ jesteśmy już firmą istniejącą na rynku od wielu lat.

Za buty na zamówienie, podobnie jak za inne luksusowe dobra, trzeba sporo zapłacić. Najtańsze modele mieszczą się jednak w cenach porównywalnych do cen butów sklepowych ze średniej półki.

Buty na zamówienie kosztują od 500–1000 złotych do 20003000 zł, bywają i buty droższe ze względu na rodzaj skóry, mogą kosztować i 40005000 zł – wyjaśnia szewc.

Ceny butów szytych na miarę kształtują się w zależności od fasonu, użytych materiałów, a także od nakładów pracy rzemieślnika. W wielu przypadkach koszty zamówienia podwyższa m.in. konieczność wykonania próbnych modeli, czyli tzw. par przymiarkowych – niekiedy dwóch, a nawet trzech.

To oczywiście zależy od wielu aspektów, czy trzeba kopyto specjalnie dla kogoś szukać, dorabiać, bo wymaga jakiegoś specjalnego kształtu, specjalnej wysokości obcasa, czy trzeba zamawiać obcasy lub koturny, czy te buty wymagają próbnych modeli – wyjaśnia Jacek Kamiński.

O ile warszawscy szewcy nadal dobrze sobie radzą na rynku obuwniczym, o tyle szeroka i różnorodna oferta sklepowej konkurencji negatywnie przekłada się na ich popyt. Pokazuje to zarówno spadająca liczba indywidualnych zamówień, jak i ich częstotliwość.

Kiedyś pojedynczy klient zamawiał więcej butów w jakimś okresie, ponieważ nie było tych butów dostępnych na rynku – tłumaczy Jacek Kamiński. – Obecnie klienci przychodzą rzadziej, raz na dwa, trzy, cztery, pięć lat i zamawiają parę lub dwie pary butów.

Stokrotka wchodzi w segment mniejszych sklepów i wprowadza franczyzę. W tym roku powstanie 50 nowych placówek

0

CEO Magazyn Polska

Nawet 50 nowych sklepów chce otworzyć w tym roku sieć Stokrotka. Mają to być zarówno duże supermarkety, jak i – co jest nowością –mniejsze sklepy. Celem na ten rok jest ponad 2 mld zł obrotu. Rozwój ma przyspieszyć uruchomienie formuły franczyzowej, co powinno nastąpić w ciągu najbliższych tygodni. Już teraz Stokrotka jest jedną z największych polskich sieci.

 Podjęliśmy decyzję o rozwoju w mniejszym formacie, w formacie market – placówek o powierzchni 200–400 mkw. Czyli do kilkusetmetrowych supermarketów dodajemy bardzo ważny nowy format działalności. W 2014 roku planujemy otwarcie około 30 sklepów w formacie supermarket. Również w formacie market będzie to najprawdopodobniej kilkanaście sklepów – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Krzysztof Trojanowski, dyrektor operacyjny i członek zarządu Stokrotki.

Poza rozwojem mniejszych sklepów Stokrotka zmienia też wystrój już istniejących punktów. W ubiegłym roku rozpoczął się proces zmiany formatu, w wyniku którego powstało ponad 20 wzorcowych sklepów. Trojanowski podkreśla, że dzięki temu zakupy mają stać się wygodniejsze, a asortyment zostanie poszerzony. W tym roku przebudowę ma przejść kilkadziesiąt sklepów. Zostaną one wybrane pod względem ekonomicznym, bo jak zaznacza Krzysztof Trojanowski, nie wszędzie opłaca się zmieniać wystrój.

Sklepów Stokrotki ma zacząć przybywać także dzięki rozwojowi sieci franczyzowej. Trojanowski zapowiada, że model takiej współpracy zostanie przedstawiony w ciągu kilku tygodni. Spółka chce rozwijać się organicznie, ale prowadzi także rozmowy z partnerami na temat wspólnych przedsięwzięć. Już teraz Stokrotka ma prawie 250 sklepów w całej Polsce, co daje sieci miejsce na podium wśród polskich sieci.

Tę naszą polskość podkreślamy również dużą liczbą produktów regionalnych, produktów polskich. To doceniają nasi klienci – powiedział w czasie Kongresu Poland & CEE Retail Summit Trojanowski. – Zatrudniamy w tym momencie ponad 7 tys. osób w całej Polsce, co pokazuje też, że jesteśmy dużym pracodawcą, istotnym w wielu miejscach naszego kraju. W 2014 roku zdecydowanie chcemy przekroczyć 2 mld obrotu i umocnić swoją pozycję istotnego gracza na rynku detalicznym w Polsce.

Trojanowski przypomina, że w ubiegłym roku Stokrotka poszerzyła działalność o własne zaplecze logistyczne. Wcześniej spółka korzystała z kilkudziesięciu dostawców zewnętrznych. W tej chwili 83 proc. towarów jest transportowanych własną siecią dystrybucyjną. Umożliwia to m.in. centrum dystrybucyjne w Teresinie o powierzchni prawie 30 tys. mkw. oraz 9 magazynów regionalnych.

Dzięki własnej sieci Stokrotka ma też lepszą kontrolę nad jakością. Szczególnie rygorystycznie kontrolowane są towary świeże, takie jak warzywa, owoce i mięso. Według Trojanowskiego przekłada się to na zaufanie klientów.

Co jest dalej dla nas istotne, to optymalizacja zarówno kosztowa, jak i optymalizacja w całym łańcuchu, nad tym będziemy pracować w 2014 roku – zapowiada Trojanowski. – Opracowaliśmy nowe logo, przyjazne, odpowiadające dzisiejszym czasom. W tym roku planujemy, aby wszystkie sklepy w Polsce miały jednolitą identyfikację wizualną, co pozwoli naszym klientom dobrze kojarzyć nas z naszych materiałów marketingowych i z gazetek, które otrzymują.

Dodaje, że bardzo dobre efekty miały pierwsze radiowe kampanie reklamowe. Przyznaje jednak, że dokończenie rebrandingu jest kluczowe, by w pełni wykorzystać możliwości tego kanału promocji.

B. Mońka: Wersje papierowe gazet nie znikną z rynku. Dla wydawców ważniejsza niż nośnik będzie jakość publikacji i ich ochrona

0

Choć większość gazet drukowanych ma już swoje wydania internetowe, prasa papierowa nie zniknie całkowicie z rynku – uważa Beata Mońka, ekspert rynku mediowego. Jej zdaniem, z punktu widzenia wydawców w przyszłości najbardziej istotna będzie jakość publikowanych treści i ich ochrona.

Elektroniczne wydania gazet, choć stają się w Polsce coraz popularniejsze, nie przynoszą na razie wydawcom dużych zarobków.

To, co widzimy na rynku, to już jest postępujący proces digitalizacji wydawnictw. Właściwie wszystkie gazety mają swoje wersje online’owe, jedne całkowicie zamykają się za paywallem [system opłat za dostęp do treści – red.], inne dopiero rozpoczynają ten proces – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Beata Mońka, ekspert rynku mediowego oraz była prezes Gremi Business Communications.

Mimo że prasa drukowana traci na popularności (roczne spadki nakładów czasopism rzędu 7–8 proc. i 10–11 proc. w przypadku dzienników), to właśnie papier przynosi wydawnictwom największą część zarobków. Internetowa prasa cały czas jednak się rozwija. Za dostęp do bezpłatnych dotychczas treści w internetowych wydaniach gazet w większości przypadków czytelnik musi dziś zapłacić. Jak wynika z raportu pt. „Diagnoza społecznych zachowań czytelniczych w obrębie prasy papierowej i cyfrowej. Nowe platformy dostępu do treści. Transformacja prasy” – Polacy wciąż uważają koszty dostępu do internetu za zbyt wysokie. Wydawcy natomiast nie mają wpływu na strategie dostawców usług sieciowych, ale sami zabiegają – również w przypadku prasy – o zmianę wysokości podatku VAT.

Jednak, zdaniem Beaty Mońki, w najbliższych latach nie musimy się obawiać, że tradycyjne, papierowe gazety znikną z polskiego rynku.

Trend światowy pokazał, że to nie jest tak, że papier zupełnie zniknie. Niektórzy się już pokusili, żeby go zlikwidować, po czym go przywrócili – argumentuje. – Jednak w dobie postępującej konwergencji mediów to jest kwestia tego, jakiego rodzaju treści wysokiej jakości, w jaki sposób i gdzie czytelnik czy też widz może i chce oglądać oraz dostawać. To, czy to jest za pośrednictwem papieru, ekranów czy multiekranów, to już zależy od niego. Natomiast najważniejsza jest ta treść i jej ochrona.

Jej zdaniem, przyszłość prasy – zarówno masowej, jak i specjalistycznej – w dużej mierze będzie zależała od tego, na ile spełni ona oczekiwania swojej grupy docelowej, a co za tym idzie, również reklamodawców.

Zawsze jest to kwestia modelu biznesowego, czyli trafienia w gusta określonej grupy osób. To może też być wąska grupa osób, natomiast trzeba mieć taki model biznesowy, żeby na koniec dnia wydawnictwo, kanał czy inne medium, które dostarcza tego rodzaju treści, było rentowne – podkreśla Beata Mońka