Lekarze alarmują: opieka nad chorymi po zawale wymaga poprawy

CEO Magazyn Polska

Od 1980 roku śmiertelność szpitalna z powodu zawału serca zmniejszyła się prawie czterokrotnie. Mimo to w Polsce każdego roku na zawał umiera prawie 200 tys. osób. Pacjenci po przebytym zawale serca należą do grupy zagrożonej kolejnymi problemami sercowo-naczyniowymi i do końca życia muszą przyjmować leki. NFZ nie wpisał jednak na listę refundacyjną leków przeciwpłytkowych, które ratują życie tej grupie pacjentów.

Jesteśmy w absolutnej czołówce krajów europejskich, jeśli chodzi o leczenie zawału w pierwszych godzinach – odbywa się to niesamowicie skutecznie. Problemem jest to, że pacjent, wychodząc po zawale ze szpitala, wymaga dalszej terapii – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Łukasz Kołtowski, kardiolog.

Chory po przebytym zawale należy do grupy podwyższonego ryzyka kolejnych problemów sercowo-naczyniowych. Do końca życia musi regularnie przyjmować leki, uczestniczyć w rehabilitacji kardiologicznej i dbać o dietę. Farmakoterapia u takich pacjentów do tej pory polegała na stosowaniu kwasu acetylosalicylowego i klopidogrelu. Obecnie dostępne są dwa nowoczesne leki, które są skuteczniejsze niż klopidogrel – prasugrel i tikagrelor. Przypomnijmy, koszt angioplastyki to 16 tys. złotych, podczas gdy roczny koszt nowoczesnej terapii to około 3 tys. zł. A co najważniejsze – leki te redukują ryzyko zgonu z przyczyn sercowo-naczyniowych w pierwszym miesiącu o 39 proc. i o 26 proc. po 15 miesiącach. Przyjmuje się je przez 12 miesięcy po zawale.

To są leki przeciwpłytkowe charakteryzujące się silniejszym efektem działania, redukujące ryzyko ostrzej zakrzepicy w stencie, czyli ryzyko ponownego zawału serca. Badania analizujące złożony efekt końcowy tych leków dowiodły, że w obu przypadkach jest on skuteczniejszy od klopidogrelu – tłumaczy Łukasz Kołtowski.

Zgodnie z aktualnymi wytycznymi u hospitalizowanych pacjentów z ostrym zawałem serca należy stosować w pierwszej kolejności prasugrel i tikagrelor. Klopidogrel podaje się tylko u chorych, u których dwa nowsze leki są przeciwwskazane. Po wypisie ze szpitala większość pacjentów jest jednak zmuszona przyjmować starszy, mniej skuteczniejszy lek, ponieważ tylko on znajduje się na liście refundacyjnej NFZ.

Narodowy Fundusz Zdrowia obawia się tzw. budget impact, czyli znacznego zwiększenia wydatków z uwagi na leczenie droższym lekiem. Z drugiej strony analizy farmakoekonomiczne wskazują, że refundacja prasugrelu i tikagreloru jest mimo wszystko opłacalna z punktu widzenia państwa. Wynika to z tego, że jest mniej powikłań i zawałów serca, w związku z czym jest mniej hospitalizacji – podkreśla kardiolog.

Brak refundacji prasugrelu i tikagreloru jest szczególnie dotkliwym problemem dla pacjentów cierpiących na cukrzycę, którzy znacznie słabiej reagują na klopidogrel oraz dla tych, którzy są genetycznie oporni na ten lek.

W Warszawie największy popyt na ekskluzywne obuwie na zamówienie

CEO Magazyn Polska

Luksusowe obuwie wykonane na indywidualne zamówienie kosztuje w Warszawie od 500 do 5 tys. złotych. Cena pary zależy od fasonu, użytych materiałów czy nakładu pracy szewca. Warunkiem utrzymania się na rynku tego rodzaju biznesu jest jednak spore zaplecze stałych, zamożnych klientów, w tym również tych, dla których noszenie unikatowych butów najwyższej jakości jest elementem rodzinnej tradycji. Największy popyt na tego rodzaju produkty jest na rynku stołecznym.

Wykonywanie obuwia na zamówienie, na miarę oraz naprawy, które wykonujemy przy butach lepszych i droższych, opłaca się, o ile ma się zaplecze w postaci dobrych klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Kamiński, mistrz szewstwa, członek Ogólnopolskiego Cechu Rzemieślników Artystów.

Na wykonanie indywidualnej pary obuwia z reguły trzeba poczekać około miesiąca. Wcześniej jednak klient musi zdecydować o fasonie, kolorze i materiałach, z których powstaną jego buty. O ile w Warszawie jest popyt na tego rodzaju usługi, o tyle w innych miastach Polski jest pod tym względem nieco gorzej.

– Warszawa jako miasto bogatsze od innych, w którym przebywa więcej ludzi biznesu, trochę zamożniejszych, ubierających się lepiej i drożej niż w innych miastach. Sprzyja to temu, aby taka firma jak nasza i jej podobne, bo jest kilka takich w Warszawie, mogły się utrzymać i z powodzeniem zarabiać – tłumaczy Jacek Kamiński.

Szewcy zdają sobie sprawę z tego, że poza kwestią finansów, barierą dla popytu na ich wyroby jest czas realizacji zamówienia. Z tego powodu wiele osób decyduje się na gotowe produkty.

Oczywiście konkurencją dla nas są sklepy, które oferują drogie, markowe buty, które można nabyć natychmiast, które mają ciekawe wzornictwo, ciekawe kolory, różne pomysły designerskie – przyznaje szewc.

Z drugiej jednak strony posiadanie unikatowych butów w swojej garderobie to dla koneserów obuwia nie tylko prestiż, lecz także element rodzinnej tradycji. Rzemieślnicy obuwniczy przyciągają ponadto klientów wieloletnią renomą w środowiskach artystycznych (m.in. teatrach) czy filmowych.

 Córki czy synowie dawnych naszych klientów robią sobie buty u nas. Właśnie następne pokolenie dojrzewa do tego, żeby sobie zamówić buty – dodaje Jacek Kamiński. – Nie musimy się specjalnie reklamować, chociaż tego nigdy za dużo, ponieważ jesteśmy już firmą istniejącą na rynku od wielu lat.

Za buty na zamówienie, podobnie jak za inne luksusowe dobra, trzeba sporo zapłacić. Najtańsze modele mieszczą się jednak w cenach porównywalnych do cen butów sklepowych ze średniej półki.

Buty na zamówienie kosztują od 500–1000 złotych do 20003000 zł, bywają i buty droższe ze względu na rodzaj skóry, mogą kosztować i 40005000 zł – wyjaśnia szewc.

Ceny butów szytych na miarę kształtują się w zależności od fasonu, użytych materiałów, a także od nakładów pracy rzemieślnika. W wielu przypadkach koszty zamówienia podwyższa m.in. konieczność wykonania próbnych modeli, czyli tzw. par przymiarkowych – niekiedy dwóch, a nawet trzech.

To oczywiście zależy od wielu aspektów, czy trzeba kopyto specjalnie dla kogoś szukać, dorabiać, bo wymaga jakiegoś specjalnego kształtu, specjalnej wysokości obcasa, czy trzeba zamawiać obcasy lub koturny, czy te buty wymagają próbnych modeli – wyjaśnia Jacek Kamiński.

O ile warszawscy szewcy nadal dobrze sobie radzą na rynku obuwniczym, o tyle szeroka i różnorodna oferta sklepowej konkurencji negatywnie przekłada się na ich popyt. Pokazuje to zarówno spadająca liczba indywidualnych zamówień, jak i ich częstotliwość.

Kiedyś pojedynczy klient zamawiał więcej butów w jakimś okresie, ponieważ nie było tych butów dostępnych na rynku – tłumaczy Jacek Kamiński. – Obecnie klienci przychodzą rzadziej, raz na dwa, trzy, cztery, pięć lat i zamawiają parę lub dwie pary butów.

Stokrotka wchodzi w segment mniejszych sklepów i wprowadza franczyzę. W tym roku powstanie 50 nowych placówek

0

CEO Magazyn Polska

Nawet 50 nowych sklepów chce otworzyć w tym roku sieć Stokrotka. Mają to być zarówno duże supermarkety, jak i – co jest nowością –mniejsze sklepy. Celem na ten rok jest ponad 2 mld zł obrotu. Rozwój ma przyspieszyć uruchomienie formuły franczyzowej, co powinno nastąpić w ciągu najbliższych tygodni. Już teraz Stokrotka jest jedną z największych polskich sieci.

 Podjęliśmy decyzję o rozwoju w mniejszym formacie, w formacie market – placówek o powierzchni 200–400 mkw. Czyli do kilkusetmetrowych supermarketów dodajemy bardzo ważny nowy format działalności. W 2014 roku planujemy otwarcie około 30 sklepów w formacie supermarket. Również w formacie market będzie to najprawdopodobniej kilkanaście sklepów – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Krzysztof Trojanowski, dyrektor operacyjny i członek zarządu Stokrotki.

Poza rozwojem mniejszych sklepów Stokrotka zmienia też wystrój już istniejących punktów. W ubiegłym roku rozpoczął się proces zmiany formatu, w wyniku którego powstało ponad 20 wzorcowych sklepów. Trojanowski podkreśla, że dzięki temu zakupy mają stać się wygodniejsze, a asortyment zostanie poszerzony. W tym roku przebudowę ma przejść kilkadziesiąt sklepów. Zostaną one wybrane pod względem ekonomicznym, bo jak zaznacza Krzysztof Trojanowski, nie wszędzie opłaca się zmieniać wystrój.

Sklepów Stokrotki ma zacząć przybywać także dzięki rozwojowi sieci franczyzowej. Trojanowski zapowiada, że model takiej współpracy zostanie przedstawiony w ciągu kilku tygodni. Spółka chce rozwijać się organicznie, ale prowadzi także rozmowy z partnerami na temat wspólnych przedsięwzięć. Już teraz Stokrotka ma prawie 250 sklepów w całej Polsce, co daje sieci miejsce na podium wśród polskich sieci.

Tę naszą polskość podkreślamy również dużą liczbą produktów regionalnych, produktów polskich. To doceniają nasi klienci – powiedział w czasie Kongresu Poland & CEE Retail Summit Trojanowski. – Zatrudniamy w tym momencie ponad 7 tys. osób w całej Polsce, co pokazuje też, że jesteśmy dużym pracodawcą, istotnym w wielu miejscach naszego kraju. W 2014 roku zdecydowanie chcemy przekroczyć 2 mld obrotu i umocnić swoją pozycję istotnego gracza na rynku detalicznym w Polsce.

Trojanowski przypomina, że w ubiegłym roku Stokrotka poszerzyła działalność o własne zaplecze logistyczne. Wcześniej spółka korzystała z kilkudziesięciu dostawców zewnętrznych. W tej chwili 83 proc. towarów jest transportowanych własną siecią dystrybucyjną. Umożliwia to m.in. centrum dystrybucyjne w Teresinie o powierzchni prawie 30 tys. mkw. oraz 9 magazynów regionalnych.

Dzięki własnej sieci Stokrotka ma też lepszą kontrolę nad jakością. Szczególnie rygorystycznie kontrolowane są towary świeże, takie jak warzywa, owoce i mięso. Według Trojanowskiego przekłada się to na zaufanie klientów.

Co jest dalej dla nas istotne, to optymalizacja zarówno kosztowa, jak i optymalizacja w całym łańcuchu, nad tym będziemy pracować w 2014 roku – zapowiada Trojanowski. – Opracowaliśmy nowe logo, przyjazne, odpowiadające dzisiejszym czasom. W tym roku planujemy, aby wszystkie sklepy w Polsce miały jednolitą identyfikację wizualną, co pozwoli naszym klientom dobrze kojarzyć nas z naszych materiałów marketingowych i z gazetek, które otrzymują.

Dodaje, że bardzo dobre efekty miały pierwsze radiowe kampanie reklamowe. Przyznaje jednak, że dokończenie rebrandingu jest kluczowe, by w pełni wykorzystać możliwości tego kanału promocji.

B. Mońka: Wersje papierowe gazet nie znikną z rynku. Dla wydawców ważniejsza niż nośnik będzie jakość publikacji i ich ochrona

0

Choć większość gazet drukowanych ma już swoje wydania internetowe, prasa papierowa nie zniknie całkowicie z rynku – uważa Beata Mońka, ekspert rynku mediowego. Jej zdaniem, z punktu widzenia wydawców w przyszłości najbardziej istotna będzie jakość publikowanych treści i ich ochrona.

Elektroniczne wydania gazet, choć stają się w Polsce coraz popularniejsze, nie przynoszą na razie wydawcom dużych zarobków.

To, co widzimy na rynku, to już jest postępujący proces digitalizacji wydawnictw. Właściwie wszystkie gazety mają swoje wersje online’owe, jedne całkowicie zamykają się za paywallem [system opłat za dostęp do treści – red.], inne dopiero rozpoczynają ten proces – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Beata Mońka, ekspert rynku mediowego oraz była prezes Gremi Business Communications.

Mimo że prasa drukowana traci na popularności (roczne spadki nakładów czasopism rzędu 7–8 proc. i 10–11 proc. w przypadku dzienników), to właśnie papier przynosi wydawnictwom największą część zarobków. Internetowa prasa cały czas jednak się rozwija. Za dostęp do bezpłatnych dotychczas treści w internetowych wydaniach gazet w większości przypadków czytelnik musi dziś zapłacić. Jak wynika z raportu pt. „Diagnoza społecznych zachowań czytelniczych w obrębie prasy papierowej i cyfrowej. Nowe platformy dostępu do treści. Transformacja prasy” – Polacy wciąż uważają koszty dostępu do internetu za zbyt wysokie. Wydawcy natomiast nie mają wpływu na strategie dostawców usług sieciowych, ale sami zabiegają – również w przypadku prasy – o zmianę wysokości podatku VAT.

Jednak, zdaniem Beaty Mońki, w najbliższych latach nie musimy się obawiać, że tradycyjne, papierowe gazety znikną z polskiego rynku.

Trend światowy pokazał, że to nie jest tak, że papier zupełnie zniknie. Niektórzy się już pokusili, żeby go zlikwidować, po czym go przywrócili – argumentuje. – Jednak w dobie postępującej konwergencji mediów to jest kwestia tego, jakiego rodzaju treści wysokiej jakości, w jaki sposób i gdzie czytelnik czy też widz może i chce oglądać oraz dostawać. To, czy to jest za pośrednictwem papieru, ekranów czy multiekranów, to już zależy od niego. Natomiast najważniejsza jest ta treść i jej ochrona.

Jej zdaniem, przyszłość prasy – zarówno masowej, jak i specjalistycznej – w dużej mierze będzie zależała od tego, na ile spełni ona oczekiwania swojej grupy docelowej, a co za tym idzie, również reklamodawców.

Zawsze jest to kwestia modelu biznesowego, czyli trafienia w gusta określonej grupy osób. To może też być wąska grupa osób, natomiast trzeba mieć taki model biznesowy, żeby na koniec dnia wydawnictwo, kanał czy inne medium, które dostarcza tego rodzaju treści, było rentowne – podkreśla Beata Mońka

Coraz więcej prestiżowych marek na swoją lokalizację wybiera ulicę Mokotowską w Warszawie

CEO Magazyn Polska

Warszawski Nowy Świat wciąż jest najdroższą ulicą w Polsce. Wiele marek jako swoją lokalizację wybiera jednak coraz bardziej popularną ulicę Mokotowską. Polskim lokalizacjom pod względem prestiżu daleko jednak jeszcze do nowojorskiej Piątej Alei, paryskich Pól Elizejskich czy najdroższej na świecie dzielnicy Causeway Bay w Hongkongu, ale czynsze w lokalach na najdroższych polskich ulicach zaczynają osiągać światowy poziom.

Każde miasto ma swoją najbardziej reprezentacyjną ulicę – wizytówkę, na której skupia się życie mieszkańców. Tu też najczęściej można spotkać turystów. Tak jest np. na Piotrkowskiej w Łodzi, na Długim Targu w Gdańsku czy na Monciaku w Sopocie. Pustostany przy głównych ulicach handlowych należą do rzadkości. Najczęściej lokale wynajmowane są na potrzeby butików, ekskluzywnych restauracji, drogerii czy banków.

Wedle wysokości czynszów wynajmu powierzchni Nowy Świat jest na 45. pozycji. Tu cena za metr kwadratowy wynajmu lokalu to poniżej 1 tys. euro, a jeżeli chodzi o top 10, to są kwoty między 10 a 20 tys. euro za metr kwadratowy. Więc jesteśmy jeszcze dosyć daleko, co z jednej strony jest na pewno nie lada kąskiem dla inwestorów, a z drugiej pokazuje, że nie jesteśmy zamożnym krajem – mówi agencji informacyjnej Newseria Katarzyna Jedlińska z Cenatorium.

Z roku na rok powstaje coraz więcej nowoczesnych galerii, ale wiele marek, zwłaszcza tych luksusowych, szuka prestiżowych lokalizacji przy głównych ulicach miast. Tak jest np. w przypadku ulicy Mokotowskiej w Warszawie.

Na Mokotowskiej możemy znaleźć przede wszystkim ekskluzywne butiki: tutaj jest Zień i Lilou, który ma też swój salon na Polach Elizejskich. Przede wszystkim ta ulica została ukochana przez polskich projektantów. Od 2012 roku zostały tutaj zawarte transakcje na kwotę niemal 300 mln zł – rzeczywiście imponująco – mówi Katarzyna Jedlińska. – Jest dużo butików młodych designerów, zajmujących się wzornictwem użytkowym. To jest bardzo fajny kierunek i dosyć mocny. Są też bardzo fajne knajpki i bardzo dobre kancelarie prawne.

W porównaniu do danych z roku 2012, czynsze przy większości polskich ulic handlowych odnotowały kilkuprocentowy wzrost lub pozostały niezmienne.

W Warszawie jest jeszcze kilka miejsc, które mają potencjał: na pewno Stara Praga, Koneser, wszystkie miejsca, gdzie jest fragment starej Warszawy. Tak naprawdę trudno wyznaczyć w Warszawie centrum. Mamy biznesowy Mokotów, Służew, mamy ścisłe centrum w okolicy placu Trzech Krzyży, ale mamy też ulicę Marszałkowską, która tak naprawdę została zdominowana przez banki i, niestety, nie jest wykorzystywana przez modę, design czy kawiarenki – dodaje Katarzyna Jedlińska.

Outsourcing metodą na odciążenie firmy

Zlecanie zadań zewnętrznym podmiotom to jeden z istotnych elementów strategii zarządzania firmą. Z powodzeniem stosuje je wiele podmiotów gospodarczych: od najdrobniejszych, jednoosobowych firm począwszy, przez mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa, na korporacjach skończywszy. Na takie działania wymyślono termin „outsourcing”, będący skrótem angielskich słów: outsider-resource-using, które można przetłumaczyć jako „korzystanie z zewnętrznych zasobów”.

Ideą outsourcingu jest delegowanie określonych funkcji czy projektów do przedsiębiorstw znajdujących się poza daną firmą. Zlecanie zadań „na zewnątrz” jest praktykowane głównie ze względu na możliwość redukcji kosztów. Pozostałe czynniki skłaniające menedżerów czy właścicieli firm do powierzania innym podmiotom pewnych obszarów swojej działalności to: oszczędność czasu, brak odpowiedniego sprzętu, wiedzy, doświadczenia niezbędnych do wykonania określonych funkcji.

Choć w zestawieniu usług, w przypadku których najczęściej korzysta się z rozwiązań outsourcingowych dominuje księgowość, do listy zlecanych zadań coraz częściej dołączają takie sektory rynku jak: rekrutacja, Human Resources (czyli zarządzanie zasobami ludzkimi), ochrona osób i mienia, tłumaczenia, reklama i public relations, obsługa prawna czy IT.

QR wraca do gry!

Kody QR ułatwiają życie, oszczędzają czas oraz są idealnym narzędziem promocji. Podążają tropem rewolucji mobilnej – stanowią doskonałe źródło informacji, pozwalając użytkownikowi uzyskać pożądane treści za pomocą jednego przycisku. Mowa o kodach QR, które szturmem odzyskują niegdyś utraconą pozycję.

Wprowadzając pierwsze kody QR, zarówno marketerzy, jak i reklamodawcy włożyli ogrom pracy w stworzenie efektywnych kampanii promocyjnych. Jednym z powodów, dla którego technologia Quik Response po cichu zniknęła jednak z rynku, jest fakt, iż nie sprostała ona wymogom ówczesnych trendów. Dziś uzbrojeni w pewny produkt marketerzy wydają się lepiej rozumieć jej potencjał. Kampanie dla kodów QR stanowią przede wszystkim kompilację wiedzy i doświadczenia, których zabrakło w trakcie pierwszego podejścia.

Pomimo tego, iż jeszcze kilka lat temu kody QR nie wzbudzały entuzjazmu wśród specjalistów z branży, dziś sytuacja ulega drastycznej zmianie – marketingowcy upatrują w nich nowych możliwości rozwojowych. Ogromna liczba ludzi aktywnie korzystających ze smartfonów, postawiła marketingowy świat wobec konieczności ciągłego rozwoju oraz wykorzystywania coraz bardziej kreatywnych sposobów na pozyskanie klienta. Dzięki uniwersalnej zasadzie funkcjonowania kodów, mają one niezwykle szerokie zastosowanie w wielu krajach.

Wydaje się, że historia zatoczyła koło. W tym konkretnym przypadku ponowne wykorzystanie technologii jest poparte jednak nie tylko odnalezieniem funkcjonalności oraz pozytywną reakcją ludzi. Marketingowcy zrozumieli również istotę estetyki. Uświadomiono sobie, iż atrakcyjne wizualnie kody QR mają pozytywny wpływ na sprzedaż.

Możliwości dla firm korzystających z kodów QR są w zasadzie nieograniczone – mówi Kamila Szwagiel, Project Manager GRUPA 365NET. Pamiętajmy, że kody QR zaprojektowane do szybkiego zakupu produktów i usług, stanowią również cenne źródło informacji.

Aktualne kody QR są bez wątpienia ulepszoną wersją swojego pierwowzoru. Generacja ta jest idealnie przystosowana do potrzeb użytkowników – wyrafinowana i atrakcyjna jak nigdy przedtem. Naszym zadaniem jest aby wykorzystać je w możliwe kreatywny sposób. Wszak informacja na wyciągnięcie ręki to nie przywilej. To wymóg XXI wieku – dodaje Kamila Szwagiel.

Wyniki finansowe Grupy Asseco za 2013 rok

0

W 2013 roku Grupa Asseco wypracowała 5,9 mld zł przychodów ze sprzedaży. Zysk operacyjny wyniósł 611 mln zł, a wynik netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej 394 mln zł. Przychody ze sprzedaży oprogramowania i usług własnych wzrosły o 7 proc., osiągając 4,5 mld zł.

Przychody ze sprzedaży wyniosły 5 898 mln zł, co stanowi 7% wzrost w stosunku do 2012 roku. Grupa Asseco wypracowała 394 mln zł zysku netto przypisanego akcjonariuszom jednostki dominującej. Spółka konsekwentnie realizowała strategię wzrostu wyników dzięki sprzedaży własnych rozwiązań informatycznych. W 2013 roku przychody z oprogramowania i usług własnych stanowiły 76% sprzedaży ogółem i wyniosły 4 474 mln PLN. Przychody były zdywersyfikowane sektorowo i rozkładały się odpowiednio: 40% na przedsiębiorstwa, 34% na bankowość i finanse, oraz 24% na administrację publiczną. Całkowita liczba podpisanych umów w Grupie wyniosła ponad 4,5 tys., potwierdzając dużą dywersyfikację portfela klientów.

W analizowanym okresie Grupa Asseco skutecznie realizowała przyjętą strategię rozwoju i rozszerzyła swoje działania o kolejne firmy i kraje. W 2013 roku rozpoczęła się działalności Grupy na rynku rosyjskim, gdzie z sukcesem zakończono akwizycję spółki R-Style Softlab, spółka w tym czasie weszła również na rynek gruziński poprzez nabycie spółki Onyx Consulting, które zmieniło nazwę na Asseco Georgia. W sukcesach międzynarodowych na uwagę zasługują rekordowe wyniki spółek izraelskich – Magic oraz Sapiens. Rynek finansowy bardzo wysoko docenił osiągnięcia tych spółek i wartość giełdowa obu firm na rynku amerykańskim osiągnęła najwyższe poziomy od dwóch lat. O stabilnej sytuacji Grupy Asseco świadczą także realizowane z sukcesem duże projekty i pozytywne zakończenie postępowań przetargowych, skutkujące podpisaniem wieloletnich umów utrzymaniowych u kluczowych klientów Grupy. Portfel zamówień na rok 2014 wynosi już 3,9 mld zł.

 

Konsekwentnie i skutecznie realizowana strategia rozwoju Grupy zaowocowała w 2013 roku umocnieniem pozycji Asseco na europejskim rynku informatycznym. Jako jedyna polska grupa IT Asseco znalazło się w pierwszej dziesiątce największych europejskich producentów oprogramowania, zajmując wysoką szóstą pozycję na liście Truffle 100.

 

Plany na 2014 rok zakładają dalszy rozwój Grupy Kapitałowej na rynkach międzynarodowych. Jednocześnie Asseco koncentruje się na tym, co jest największą przewagą konkurencyjną Grupy – produkcji i rozwoju własnych innowacyjnych rozwiązań informatycznych dla głównych sektorów gospodarki.

Branża ubezpieczeniowa chce zmiany zasad rozliczania szkód z OC. Odszkodowania wypłacać będzie firma poszkodowanego

0

CEO Magazyn Polska

W branży ubezpieczeniowej trwają dyskusje na temat zmiany zasady rozliczenia szkód z OC. Jeśli nowe propozycje wejdą w życie, to odszkodowanie wypłacać będzie firma poszkodowanego, która następnie otrzyma zwrot od zakładu sprawcy. Rozstrzygnięcie powinno nastąpić jeszcze w tym roku. – W imieniu PZU mogę powiedzieć, że tego typu rozwiązania bardzo mi się podobają – uważa Andrzej Klesyk, prezes zarządu PZU SA.  

Dla klienta proponowana zmiana to bardzo dobre rozwiązanie, ponieważ będzie mógł on zlikwidować powstałą szkodę we własnym zakładzie ubezpieczeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Klesyk.  

Obecnie szkody powstałe w wyniku zdarzeń drogowych są zgłaszane w zakładzie ubezpieczeń, którego klientem jest sprawca. Następnie wysokość straty wycenia rzeczoznawca związany z tą firmą i na podstawie tej wyceny towarzystwo ubezpieczeniowe sprawcy dokonuje wypłaty. Według proponowanych zmian, szkoda zgłaszana byłaby w zakładzie poszkodowanego, który dokonywałby wypłaty odszkodowania na podstawie wyceny
niezależnego eksperta. Następnie towarzystwo, którego klientem jest sprawca szkody, musiałoby zwrócić koszty zakładowi poszkodowanego.  

Sądzę, że zmiana doprowadzi do przemiany sposobu patrzenia na OC samochodowe – twierdzi Klesyk. – Nie będzie ono traktowane tylko jako podatek, lecz także jako produkt, nad którego wyborem warto się zastanowić i z którego możemy uzyskać istotne korzyści.    

Na rynku jest jednak grupa firm ubezpieczeniowych, która nie popiera zmian.

 – Obawiać mogą się ci, którzy albo nie do końca uczciwie grają w kwestii likwidacji szkód, albo nie mają dobrych procedur likwidacji – przekonuje Klesyk.  

Zmiana wymaga porozumienia firm ubezpieczeniowych. Będzie dyskutowana na spotkaniach Polskiej Izby Ubezpieczeniowej – organizacji samorządu branżowego reprezentującej wszystkie działające w Polsce towarzystwa ubezpieczeniowe. Temat ten zostanie więc poruszony podczas Walnego Kongresu PIU w Sopocie w dniach 7–8 maja 2014 r. oraz podczas Walnego Zgromadzenia PIU.  

Trudno mi dokładnie powiedzieć, kiedy ta dyskusja się zakończy. Jednak, moim zdaniem, ostateczna decyzja zostanie podjęta w tym roku – twierdzi prezes zarządu PZU SA.  

KNF: trzy polskie banki mają problem ze współczynnikiem wypłacalności

0

CEO Magazyn Polska

Trzy polskie banki komercyjne nie spełniają wymaganego przez KNF poziomu współczynnika wypłacalności na poziomie 12 proc. Jeden ma problem z drugim ważnym kryterium kapitałowym współczynnikiem Tier 1, który nie powinien być niższy niż 9 proc. Choć polski sektor bankowy wydaje się bezpieczny, to zdaniem Andrzeja Reicha, dyrektora w KNF i członka zarządu EBA, jego wypłacalność jest niższa od unijnej średniej.

Nad bezpieczeństwem polskiego sektora bankowego już niedługo czuwać będzie Rada ds. Ryzyka Systemowego, w której główną rolę odgrywać będzie Narodowy Bank Polski. Jak mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Reich, dyrektor Departamentu Regulacji Bankowych, Instytucji Płatniczych i SKOK oraz członek zarządu Europejskiego Nadzoru Bankowego (EBA), resort finansów kończy już prace nad projektem odpowiedniej ustawy.

W Radzie Ryzyka Systemowego wiodącą rolę będzie odgrywał Narodowy Bank Polski – mówi Andrzej Reich. – Moim zdaniem odpowiednia ustawa jest na końcowym etapie prac w Ministerstwie Finansów.  

Według ostatnich danych współczynnik wypłacalności polskich banków jest nie najgorszy, bo oscyluje średnio wokół 15 proc., choć minimalny próg wynosi 12 proc. Jednak według członka zarządu EBA, poziom ten jest wciąż niższy od przeciętnego unijnego.

W związku z zaleceniami europejskich regulatorów, już w grudniu 2011 r. przewodniczący KNF, Andrzej Jakubiak, zalecił działającym w Polsce bankom utrzymywanie współczynnika Tier 1 na poziomie min. 9 proc., a współczynnika wypłacalności na poziomie min. 12 proc. KNF powtórzyła te wytyczne 21 marca 2014 r. Mimo pozostawania w tyle za średnią unijną, zdecydowana większość banków spełnia wymogi KNF.  

Niemal wszystkie banki spełniają te wytyczne – mówi Reich. – Trzy banki nie utrzymują poziomu 12 proc., a jeden bank nie osiąga poziomu 9 proc. W skali sektora to jest bardzo mało – dodaje.  

W kwietniu 2014 r. w ramach realizacji rekomendacji Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego (EBA) rozpoczną się tzw. stress-testy. W sprawdzeniu jakości aktywów, którymi dysponują polskie banki, weźmie udział 16 z nich.