Niestabilna sytuacja na Wschodzie może zagrozić dostawom gazu. PGNiG ma jednak największe zapasy surowca w historii

Niepewna sytuacja za wschodnią granicą Polski może doprowadzić do zmniejszenia dostaw gazu przestrzega ekspert rynku paliw Andrzej Szczęśniak. Jednak jak podkreśla, konsumenci nie powinni się obawiać ograniczeń w dostępie do tego surowca. Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo dysponuje największymi zapasami gazu ziemnego w historii.

– Wysokie magazyny to przede wszystkim efekt pogody, która jest nieprzewidywalna. W związku z tym spółka się zabezpieczyła. Patrząc więc dziś na narastające zagrożenia ze wschodu, wiemy, że możemy spać spokojnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Szczęśniak.

Ilość gazu w magazynach nie będzie mieć za to żadnego wpływu na taryfy.

– Taryfy są tak ustalane, żeby PGNiG sprzedało gaz jak najtaniej. To cel polityczny i efekt obietnic wobec wyborców. Prowadzi to do tego, że firma zarabia na wydobyciu ropy naftowej, a dokłada do sprzedaży gazu. To chora sytuacja, zagrożeniem dla PGNiG mogą okazać się większe spadki cen ropy naftowej – mówi ekspert.

Same Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo jest w lepszej kondycji niż w ubiegłym roku. Ten rok ma być dla spółki stabilny.

– Dla PGNiG najistotniejszą informacją pozytywną jest duży cash flow. Przepływy finansowe decydują o kondycji firm, a w przypadku spółki naftowo-gazowniczej są bardzo dobre, stawiają ja na nogi. Dziś PGNiG jest w znacznie lepszej kondycji niż rok temu. Same wyniki finansowe to tylko element księgowy – przekonuje Andrzej Szczęśniak.

Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo dzięki podwojeniu wydobycia i sprzedaży ropy naftowej osiągnęło w ubiegłym roku zysk netto w wysokości 1,92 mld zł.

Ekspert przewiduje w tym roku stabilizację na rynku, choć bez tak dużego jak w 2013 r. wzrostu dochodów.

– W ubiegłym roku doszło do wielkiego skoku: silnie zwiększono wydobycie, a dochody ze sprzedaży podniosły obroty i uratowały roczny wynik firmy – komentuje.

Niestabilna sytuacja na Wschodzie może zagrozić dostawom gazu. PGNiG ma jednak największe zapasy surowca w historii

CEO Magazyn Polska

Niepewna sytuacja za wschodnią granicą Polski może doprowadzić do zmniejszenia dostaw gazu przestrzega ekspert rynku paliw Andrzej Szczęśniak. Jednak jak podkreśla, konsumenci nie powinni się obawiać ograniczeń w dostępie do tego surowca. Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo dysponuje największymi zapasami gazu ziemnego w historii.

– Wysokie magazyny to przede wszystkim efekt pogody, która jest nieprzewidywalna. W związku z tym spółka się zabezpieczyła. Patrząc więc dziś na narastające zagrożenia ze wschodu, wiemy, że możemy spać spokojnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Szczęśniak.

Ilość gazu w magazynach nie będzie mieć za to żadnego wpływu na taryfy.

– Taryfy są tak ustalane, żeby PGNiG sprzedało gaz jak najtaniej. To cel polityczny i efekt obietnic wobec wyborców. Prowadzi to do tego, że firma zarabia na wydobyciu ropy naftowej, a dokłada do sprzedaży gazu. To chora sytuacja, zagrożeniem dla PGNiG mogą okazać się większe spadki cen ropy naftowej – mówi ekspert.

Same Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo jest w lepszej kondycji niż w ubiegłym roku. Ten rok ma być dla spółki stabilny.

– Dla PGNiG najistotniejszą informacją pozytywną jest duży cash flow. Przepływy finansowe decydują o kondycji firm, a w przypadku spółki naftowo-gazowniczej są bardzo dobre, stawiają ja na nogi. Dziś PGNiG jest w znacznie lepszej kondycji niż rok temu. Same wyniki finansowe to tylko element księgowy – przekonuje Andrzej Szczęśniak.

Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo dzięki podwojeniu wydobycia i sprzedaży ropy naftowej osiągnęło w ubiegłym roku zysk netto w wysokości 1,92 mld zł.

Ekspert przewiduje w tym roku stabilizację na rynku, choć bez tak dużego jak w 2013 r. wzrostu dochodów.

– W ubiegłym roku doszło do wielkiego skoku: silnie zwiększono wydobycie, a dochody ze sprzedaży podniosły obroty i uratowały roczny wynik firmy – komentuje.

Prezes NIK: rażąco niska cena powinna wykluczać firmy z przetargów publicznych

CEO Magazyn Polska

Jest szansa na uchwalenie kolejnej nowelizacji ustawy – Prawo zamówień publicznych. Po niewielkich poprawkach Senatu projekt wróci do Sejmu. To jeden z pięciu projektów zmian złożonych w Sejmie. Dotyczy on podniesienia limitu wartości inwestycji, powyżej którego konieczny jest przetarg. Zdaniem prezesa NIK najważniejsze jest jednak wprowadzenie definicji rażąco niskiej ceny i umożliwienie na jej podstawie dyskwalifikacji z przetargu firmy, która taką ofertę złożyła. Prace nad takim projektem również się toczą.

Obowiązująca ustawa o zamówieniach publicznych ma co prawda zapis, który umożliwia wybór oferenta na podstawie innego kryterium niż najniższa cena, jednak w praktyce przepis ten nie działa. Firmy oferujące niższe ceny i niewybrane w przetargach odwołują się bowiem od decyzji, co powoduje wstrzymywanie inwestycji. Dlatego inwestorzy wolą zdecydować się na najtańszego wykonawcę, licząc na to, że uda mu się zrealizować prace.

 – Praktyka jest taka, że ponad 90 procent przetargów, które są ogłaszane przez administrację publiczną, a warto zaznaczyć, że mowa tu także o ogromnych przetargach na roboty drogowe, jest rozstrzyganych wyłącznie na podstawie kryterium ceny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Kwiatkowski, prezes Najwyższej Izby Kontroli.

Sytuacje, w których w przetargach wygrywają firmy oferujące najniższą, często nierealną cenę, doprowadziły do kryzysu w polskiej branży budowlanej. Ze względu na brak dogłębnej analizy sytuacji gospodarczej firm wygrywających przetargi, zerwano wiele kontraktów. To spowodowało również duże problemy podwykonawców, którzy często za wykonaną pracę i dostarczone materiały nie otrzymywali wynagrodzenia.

 – Polska była największym placem budowy w Europie w ostatnich latach, a mimo to mamy teraz do czynienia z zapaścią wśród polskich firm budowlanych – podkreśla prezes NIK. – To powinno stanowić przesłankę do jak najszybszej zmiany przepisów. 

Prezes Najwyższej Izby Kontroli popiera wprowadzenie do ustawy PZP definicji rażąco niskiej ceny, co pozwoliłoby na większą możliwość weryfikacji zgłaszających się do przetargów firm. Jeśli cena zaproponowana przez wykonawcę byłaby niższa od przewidywanej przez zamawiającego, mógłby on wymagać wyjaśnień od zgłaszającej firmy. Co więcej, zamawiający musiałby wyjaśnić wybór oferty tak taniej, że może być nieopłacalna dla wykonawcy.

 – NIK w tej sprawie zabierał głos, mówiąc o potrzebie wprowadzenia bardzo precyzyjnie określonej definicji rażąco niskiej ceny jako podstawy do wykluczenia z uczestnictwa w przetargu – przypomina Kwiatkowski. – Cieszę się, że w Sejmie trwają prace nad kolejną nowelizacją ustawy o zamówieniach publicznych. I trzymam kciuki, żeby jak najszybciej się zakończyły.

Wiceminister skarbu: Oczekujemy od Eurolotu poprawy sytuacji finansowej i lepszej współpracy z LOT-em

CEO Magazyn Polska

Zmiany personalne w Eurolocie i Państwowych Portach Lotniczych mają nadać nową dynamikę polskiemu lotnictwu. Skarb Państwa oczekuje, że teraz Eurolot będzie lepiej współpracował z LOT-em i w końcu wyjdzie na prostą, a PPL  będzie zmierzał w stronę komercjalizacji. Zmiana Portów w spółkę akcyjną jest jednym z warunków ewentualnego utworzenia Polskiego Holdingu Lotniczego. Analizy tego pomysłu trwają.

 – To jest intencją rady nadzorczej, żeby spółka Eurolot potrafiła na rynku konkurencyjnym współpracować z LOT-em, żeby potrafiła wyjść z niełatwej sytuacji finansowej. W wyniku wielu zdarzeń spółka na dzisiaj notuje ujemny wynik działalności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Baniak, wiceminister skarbu państwa.

W lutym nowym prezesem Eurolotu został Tomasz Balcerzak, do grudnia członek zarządu LOT-u ds. operacyjnych. Zastąpił Mariusza Dąbrowskiego, który zrezygnował z przyczyn osobistych przed upływem kadencji. Baniak podkreśla, że Balcerzak ma duże doświadczenie w lotnictwie i dzięki przeszłości w Locie powinien poprawić współpracę obydwu państwowych linii. Skarb Państwa ma 62,1 proc. udziałów w Eurolocie, reszta należy do państwowego Towarzystwa Finansowego Silesia.

Zadaniem Balcerzaka jest też poprawa wyników finansowych Eurolotu. Przewoźnik w 2012 r. stracił na sprzedaży ok. 57 mln zł, a w 2013 r., zgodnie ze słowami byłego prezesa – ok. 20 mln zł.

Również PPL, zarządzający stołecznym Lotniskiem Chopina, potrzebuje restrukturyzacji. Spółka jest samofinansującym się przedsiębiorstwem państwowym. Poprzedniego dyrektora Michała Marca, odwołanego przez wicepremier i minister infrastruktury i rozwoju Elżbietę Bieńkowską, zastąpił Michał Kaczmarzyk. Marzec mówił w rozmowie z Newserią o 62 mln zł zysku za ubiegły rok, ale według nowego szefa wynik finansowy mógł być ujemny i wynieść nawet 50 mln zł straty.

 – Pani premier Bieńkowska swoją decyzję tłumaczyła tym, że oczekuje nowej dynamiki rozwoju portu lotniczego, a także z tego, co wiem od kolegów z Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju  współpracy przy komercjalizacji firmy, w jakiej działa dzisiaj port lotniczy, czyli przejściu z przedsiębiorstwa państwowego na podmiot prawa handlowego, na spółkę akcyjną – tłumaczy Rafał Baniak.

Baniak przypomina, że PPL wciąż działa zgodnie z ustawą z 1987 r., która zobowiązuje spółkę do realizacji polityki PRL. To utrudnia funkcjonowanie na współczesnym rynku.

Wiceminister dodaje, że komercjalizacja PPL-u nie oznacza, że administracja państwowa odłożyła na półkę koncepcję Polskiego Holdingu Lotniczego. Miałby on połączyć lotnisko im. Chopina, przewoźników oraz spółki usługowe w lotnictwie.

 – Gdybyśmy mówili o włączaniu Portów Lotniczych do Polskiego Holdingu Lotniczego, muszą one być skomercjalizowane – zaznacza Baniak. – Chciałbym wyraźnie powiedzieć, że nie jest tak, jak uważają niektórzy, że ewentualne łączenie w jedną grupę aktywów lotniczych ma służyć uratowaniu LOT-u. LOT ma się ratować sam, natomiast połączenie w ramach jednej struktury holdingowej podmiotów sektora lotniczego ma służyć lepszemu gospodarowaniu aktywami tego sektora przez Skarb Państwa.

W jego ocenie, niezbędne byłyby jasne przepływy finansowe między spółkami wchodzącymi w skład Polskiego Holdingu Lotniczego. Podobne rozwiązanie zastosowano w Czechach, gdzie w jeden holding połączono lotnisko im. Vaclava Havla w Pradze oraz narodowe linie CSA. Nie wiadomo jednak, czy na takie zmiany w Polsce zgodzi się Komisja Europejska. Mogłoby to być sprzeczne z przepisami antymonopolowymi lub o pomocy państwowej. Baniak zaznacza jednak, że na razie trwają jedynie analizy, więc nie ma nawet o czym informować Brukseli. 

– Będziemy o tym informować Brukselę, jeżeli ta koncepcja byłaby wdrażana. To, co Komisję interesuje, to pomoc publiczna dla LOT-u, plan restrukturyzacji, badanie jego wykonalności, i w tym obszarze jesteśmy w kontakcie z Brukselą. Natomiast nie jest przedmiotem badania koncepcja Polskiego Holdingu Lotniczego. Jeżeli Komisja widziałaby zagrożenie dla czystości procesu, jeżeli chodzi o uwarunkowania dotyczące pomocy publicznej, wtedy byłby to przypadek dla Komisji – argumentuje Baniak.

W polskich firmach ubyło kobiet na wysokich stanowiskach

CEO Magazyn Polska

Na stanowiskach menadżerskich wciąż pracuje mniej kobiet niż mężczyzn. Choć na świecie podział między płciami jest stabilny, to w Polsce w 2013 r. sytuacja kobiet na wysokich stanowiskach wyraźnie się pogorszyła. Kobiety zarabiają gorzej, a większość firm nie zamierza promować ich zatrudniania.

 – Udział procentowy kobiet na stanowiskach menadżerskich nie zmienił się i wynosi 24 proc. na świecie. Natomiast na uwagę zasługuje pozycja kobiet na stanowiskach menadżerskich w Polsce. W ubiegłym roku mieliśmy 48 proc. kobiet zajmujących stanowiska menadżerskie, a w tym roku tylko 34 proc. To spadek aż o 14 punktów procentowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Smulewicz, dyrektor zarządzający Grant Thornton FPA Outsourcing.

Z raportu Grant Thornton wynika, że sytuacja kobiet na rynku pracy, a szczególnie na wysokich stanowiskach menedżerskich, jest gorsza niż przed rokiem. Choć są one lepiej wykształcone, to trudniej im o pracę. Na całym świecie na 100 studentów przypada 108 studentek, w UE to aż 126 studentek, a w Stanach Zjednoczonych – ok. 140.

Przez to, że absolwentki uczelni wyższych nie znajdują pracy tak łatwo jak ich koledzy ze studiów, traci cała gospodarka. UNICEF wyliczył, że poprawa wykształcenia kobiet o 1 proc. podnosi PKB kraju o 0,3 proc. Polska nie wypada jednak najgorzej – pomimo dużego spadku odsetka stanowisk menedżerskich zajmowanych przez kobiety, wciąż wyprzedzamy Stany Zjednoczone i unijną średnią. Najlepiej jest w Rosji, gdzie 43 proc. menedżerów to kobiety.

Nawet te kobiety, które znajdą pracę na wysokich stanowiskach, zarabiają tylko 73 proc. tego, co mężczyźni pełniący te same funkcje. Raport Grant Thornton wskazuje, że kobietom na przeszkodzie w karierze wciąż stają tradycyjne role w społeczeństwie, a także macierzyństwo. Większość firm nie chce też promować zatrudniania kobiet.

 – 1 proc. zapytanych firm odpowiada, że prowadzi programy wspierające kobiety na rynku pracy. Ale aż 70 proc. firm odpowiada, że nie wprowadziło i nie zamierza w najbliższym czasie wprowadzić żadnych programów promujących zatrudnienie kobiet. Przede wszystkim na stanowiskach menadżerskich, bo tego w głównej mierze dotyczyło przeprowadzone przez nas badanie – wskazuje Smulewicz.

Polskie firmy na tle światowym nie wypadają jednak najgorzej. Aż 70 proc. z nich uznaje za metodę promocji zatrudnienia kobiet zachowanie stanowisk dla kobiet przebywających na urlopach macierzyńskich. To o 30 punktów proc. więcej niż w skali globalnej. Podobny odsetek firm ocenia tak elastyczny czas pracy, który umożliwia łączenie opieki nad dzieckiem i pracę.

Kobiety najczęściej pracują w managemencie jako dyrektorzy HR lub CFO. Globalna średnia na obydwu tych stanowiskach to 36 proc.

 – W Polsce 46 proc. stanowisk dyrektorów finansowych zajmują kobiety. Co czwarta kobieta jest dyrektorem HR, a 16 proc. kobiet zajmuje stanowiska dyrektorów zarządzających. Globalnie 16 proc. stanowisk w zarządach zajmują kobiety, w Polsce jest to 19 proc. Ale co ciekawe, kobiety pełnią głównie role członków zarządu. Tylko w niespełna 1 proc. kobiety zajmują stanowiska prezesów czy też wiceprezesów zarządów  – tłumaczy Monika Smulewicz.

Według niej oznacza to, że kobiety są najczęściej zatrudniane na stanowiskach związanych z realizacją konkretnych zadań, a nie na najwyższych szczeblach w firmach. 

Z nierównością na rynku pracy walczy Parlament Europejski. Monika Smulewicz przypomina, że w ubiegłym roku europosłowie przyjęli dyrektywę, która wprowadzi obowiązek udziału kobiet w zarządach firm  – także prywatnych – na poziomie co najmniej 40 proc. Regulacje dotyczące parytetów w spółkach posiadają także m.in.: Wielka Brytania, Francja, Holandia oraz Niemcy. Mimo to np. w Holandii tylko 6 proc. osób zatrudnionych w zarządach firm to kobiety. W Polsce za wprowadzeniem takiego rozwiązania opowiada się jedna trzecia badanych firm.

Orange zaczyna inwestować w LTE. Weźmie udział w aukcjach nowych częstotliwości

CEO Magazyn Polska

Aukcje częstotliwości LTE będą najgorętszym tematem 2014 roku w polskiej branży IT. Bitwa o te strategiczne punkty została ucięta przez prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej, która w lutym odwołała dwie aukcje. Walka jednak trwa za kulisami. Orange chce w niej odgrywać główną rolę.

Do tej pory największymi graczami w obszarze technologii LTE były Polkomtel – operator sieci Plus, oraz P4 – operator sieci Play. Stopniowo do walki włączali się jednak pozostali operatorzy i dziś bitwa trwa na dobre. Najbliższe starcie to aukcja częstotliwości z pasma 800 MHz.

 – Aukcja jest ważna dlatego, że dotyczy jednej z najważniejszych puli częstotliwości, jaka jest w tej chwili do dyspozycji na rynku polskim. To kluczowa częstotliwość z punktu widzenia budowania pokrycia Polski siecią LTE. Kluczowa również dlatego, że nikt do tej pory tej częstotliwości nie ma, jest zupełnie nowa, uwolniona tzw. pierwsza dywidenda cyfrowa – tłumaczy Piotr Muszyński, wiceprezes zarządu w firmie Orange w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Do tej pory przetargi miały charakter zamknięty. Tym razem będzie to aukcja, w której operatorzy będą się licytować – kto da więcej. Co prawda wszystko odbywać się będzie anonimowo, ale nowatorska forma z pewnością rozbudza emocje i przyczynia się do medialnej gry psychologicznej, toczonej pomiędzy firmami.

 – Ta częstotliwość będzie sprzedawana w dość innowacyjny, jak na nasz rynek, sposób – po raz pierwszy w postaci aukcji, gdzie będą się licytowali operatorzy przy zachowaniu jednego podstawowego kryterium – tłumaczy Piotr Muszyński. – Do tej pory były przetargi, zamknięte koperty. To duże ryzyko. Tutaj mamy przetarg publiczny, gdzie uczestnicy – mimo że to jest anonimowe – będą widzieli, w jaki sposób zachowują się inni gracze. To daje ogromną szansę na to, żeby rzeczywiście zamknąć tę aukcję sukcesem – dodaje.

Po odwołaniu przez prezes UKE aukcji, która miała odbyć się najpierw 13, a potem 14 lutego, nieoczekiwanie pojawiło się światełko w tunelu. Podczas gdy Urząd rozpisuje kolejny harmonogram licytacji, operatorzy próbują sami się porozumieć. Pierwszym zwiastunem tych rozmów jest odkupienie przez Orange od Polkomtelu bloku 2,4 MHz w paśmie 1800 MHz, które zaplanowane zostało już wcześniej, ale dopiero teraz doszło do skutku. Obie strony nie zamierzają jednak odpuścić aukcji na nowe częstotliwości, gdyż to one pozwolą znacznie zwiększyć zasięg usługi mobilnego internetu LTE w Polsce.

 – LTE jest priorytetem dla nas wszystkich, w dłuższej perspektywie oczywiście. LTE budujemy dzisiaj w oparciu o te częstotliwości, które są dostępne, a to jest 1800 MHz. W związku z tym wszyscy kluczowi operatorzy mobilni w Polsce mają dziś ofertę LTE – mówi Piotr Muszyński. – 800 MHz to kolejna częstotliwość, która pozwoli na rozbudowanie dostępności do technologii LTE w Polsce dzięki temu, że to jest technologia umożliwiająca większe pokrycie. Dlatego to dla nas takie istotne. Dla wszystkich operatorów jest to asset strategiczny. Oczywiście, tak jak w pierwszej aukcji deklarowaliśmy chęć udziału, w kolejnej również będziemy uczestniczyć – zapewnia wiceprezes Orange.

Styl zarządzania nie musi zależeć od płci. Kobiety są równie skutecznymi szefami co mężczyźni

CEO Magazyn Polska

Kobiety są równie skutecznymi zarządzającymi co mężczyźni. Ich kariery rozwijają się z reguły jednak wolniej niż mężczyzn. Panie na stanowiskach gubi przesadna skromność, nieświadomość swoich mocnych stron i nieumiejętność autopromocji.

 – W teorii zarządzania spotykamy się z bardzo wieloma stylami zarządzania. Jednak żaden z badaczy nie wskazuje na damski i męski styl kierowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Małgorzata Kluska-Nowicka, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Świadczy również o tym fakt, że kobiety równolegle z pracą bardzo dobrze radzą sobie z prowadzeniem domu i  wychowywaniem dzieci. Już w latach 90. badania przeprowadzone Eagly & Johnson dowiodły, że kobiety mogą być równie skuteczne w pracy co mężczyźni, dobierając odpowiednią strategię i te same narzędzia zarządzania. Tym, co odróżnia kobiety od mężczyzn, są stosowane przez nie techniki perswazji w relacjach pracowniczych.

 – Badanie Deloitte przeprowadzone w 2012 roku dowiodło, że kobietom łatwiej jest stosować pewne miękkie narzędzia wywierania wpływu, techniki perswazyjne, które powodują, że zyskują zaufanie zespołu, pracują na miękkich relacjach – tłumaczy Małgorzata Kluska-Nowicka. – A to z kolei zapewnia efektywność firmy w długim okresie czasu.

Nie sposób stwierdzić jednoznacznie, które techniki – miękkie czy twarde – są bardziej skuteczne w kierowaniu zespołem. Istotne natomiast jest to, żeby szefowie umieli stosować i dopasować poszczególne techniki wywierania wpływu do sytuacji w zespole w danym momencie. Dlatego awans zależy przede wszystkim od kompetencji, a nie od płci. 

 – Awansują zarówno kobiety, jak i mężczyźni, awansują najlepsze osoby, które posiadają pewien zestaw kompetencji, cech osobowościowych, a przede wszystkim wolę do tego, aby awansować – potwierdza wykładowca.

Często zdarza się jednak, że kariery kobiet, pomimo ich wysokich kompetencji, nie rozwijają się w takim tempie, w jakim by tego oczekiwały. 

 – Okazuje się, że kilka szczegółów, z pozoru dość nieistotnych, może wpływać w istotny sposób na rozwój kariery – podkreśla dr Małgorzata Kluska-Nowicka. – Pierwszym takim czynnikiem jest zapominanie o tym, że toczy się gra, gra na polu biznesowym. Kobiety często próbują sprawić, żeby w miejscu pracy było sympatycznie, żeby były dobre relacje, zapominają o tym elemencie gry.

Podkreśla, że częstym błędem wśród kobiet jest próba naśladowania mężczyzn. 

Kobiety mają również problem z autopromocją, nie umieją wskazać tego, jaką wartość ich praca wnosi do firmy. Zdaniem ekspertki, często są po prostu zbyt skromne. To samo zresztą dotyczy używania zdrobnień imion.

 – Zdarzało mi się spotykać panie dyrektor o imieniu Ania. Natomiast rzadko kiedy spotykam dyrektora o imieniu Krzyś, zazwyczaj jest to Krzysztof – zaznacza. – I taki drobny szczegół może powodować to, że nie jesteśmy traktowane poważnie w tym męskim gronie zarządzających osób.

Pozytywnym sygnałem natomiast jest fakt, że nierównowaga na rynku pracy coraz bardziej zanika. Kobiety stoją za sterami 37 proc. przedsiębiorstw w Polsce – w roli właścicielek lub zarządzających.  To pokazuje, że są one równie przedsiębiorcze co mężczyźni. Coraz więcej kobiet wybiera też zawody uważane dotąd za typowo męskie, np. co siódmy policjant jest kobietą.

Rossmann Polska prawie co drugi dzień otwiera nowy sklep. Do końca roku chce mieć tysiąc drogerii

CEO Magazyn Polska

W tym roku Rossmann Polska planuje otworzyć 150 nowych sklepów. Dzięki temu na przełomie tego i przyszłego roku w Polsce ma być tysiąc sklepów sieci. Firma planuje poszerzanie oferty produktów pielęgnacyjnych, a także asortymentu dla matki z dzieckiem. Stawia również na rozwój marki własnej, ponieważ kosmetyki te zyskują coraz większą popularność wśród klientów.

– W tym roku Rossmann zamierza otworzyć 150 nowych sklepów. To oznacza, że na przełomie 2014/2015 będziemy mieli już tysiąc sklepów Rossmann w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Eliza Dorosz-Panek, rzeczniczka Rossmann Polska.

Rossmann Polska ma w tej chwili około 22-proc. udział w rynku. Obroty przedsiębiorstwa wyniosły w 2012 r. 5 mld zł, a w 2013 – 5,6 mld zł.

– Naszym atutem jest przede wszystkim mocna marka budowana od ponad 20 lat – mówi Eliza Dorosz-Panek. – Nasza oferta cieszy się dużym zaufaniem. Staramy się ją poszerzać w kierunkach, którymi są zainteresowane kobiety. Są to kosmetyka, pielęgnacja twarzy i ciała, ale również coraz większy asortyment dla mamy i dziecka.

Co roku w drogeriach pojawia się 3 tys. nowych produktów. Polki kupują nie tylko najpopularniejsze marki, lecz także coraz bardziej przekonują się do marek własnych sieci. Wynika to m.in. ze skłonności do oszczędzania w okresie spowolnienia gospodarczego – produkty te są zazwyczaj tańsze niż ich markowe odpowiedniki. Jednak w Polsce nadal marki własne są mniej popularne niż na Zachodzie, a zwłaszcza w Niemczech.

– Na rynku niemieckim stanowią one 40 proc. całego towaru w sklepie czy na rynku, a w Polsce jest to 25 proc. Czyli jak przychodzi do sklepu przeciętna pani Schmidt, to znacznie częściej sięga po markę własną niż przeciętna pani Kowalska – zauważa rzeczniczka Rossmann Polska.

Według raportu firmy doradczej PMR z 2013 r., w latach 2007-2012 polski rynek kosmetyczny wzrósł o niecałe 4,6 mld zł. Obroty drogerii wzrosły o 3,9 mld zł, z czego 2,6 mld przypadło na Rossmanna. 54 proc. respondentów ankietowanych przez PMR robi zakupy kosmetyczne głównie w sklepach tej firmy.

W grupie długotrwale bezrobotnych 60 proc. to kobiety

CEO Magazyn Polska

Bezrobocie wśród kobiet jest wyższe niż wśród mężczyzn – wynika z badania Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Wśród ogółu bezrobotnych bez pracy jest podobna liczba mężczyzn i kobiet, ale już w grupie osób długotrwale bezrobotnych kobiety stanowią 60 proc. Mimo że wśród niepracujących to kobiety są lepiej wykształcone. Odpowiedzią na problemy kobiet na rynku pracy może być polityka różnorodności w firmach.

Mimo że to kobiety są lepiej wykształcone, mężczyźni mają uprzywilejowaną pozycję na rynku pracy. Stopa bezrobocia wśród kobiet od lat utrzymuje się na poziomie wyższym niż u mężczyzn.

Badania rynku pracy pokazują, że pracodawcy chętniej zatrudniają mężczyzn niż kobiety. I to mimo wprowadzonych rozwiązań prawnych, jak np. urlop rodzicielski, który teoretycznie przewidziany jest dla obojga rodziców. Często też, kiedy tylko pojawiają się pierwsze symptomy kryzysu gospodarczego, z pracą szybciej żegnają się kobiety.

 – To nie jest tendencja tylko polska, w Unii mówi się o niej już od dawna, jest też wiele programów, które przeciwdziałają temu zjawisku. Ale nawet diagnozy unijne mówią o tym, że kobiety jako potencjalna grupa pracownic są znacznie mniej wykorzystywane niż mężczyźni, i co więcej – uznawane jest to za barierę wzrostu gospodarczego w Unii Europejskiej – podkreśla Agnieszka Kramm psycholożka i psychoterapeutka z Fundacji Miejsce Kobiet w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Analizy przeprowadzone m.in. przez Instytut Filozofii i Socjologii PAN wskazują, że problem ze znalezieniem pracy mają kobiety z wyższym wykształceniem. 

 – W tym odsetku bezrobotnych kobiety mają wyższe wykształcenie niż mężczyźni. Badania pokazują, że ta różnica jest na poziomie 2 procent na niekorzyść kobiet, czyli ona nie jest olbrzymia. Jednak w grupie długotrwale bezrobotnych 60 procent stanowią kobiety. Trudniej znaleźć pracę, kiedy nie pracuje się dłużej niż rok – podkreśla Kramm.

Przerwa w karierze zawodowej najczęściej jest związana z koniecznością zajęcia się dziećmi i domem. Psycholożka podkreśla, że po dwóch, trzech latach przerwy w karierze zawodowej, zaczyna się pojawiać poczucie izolacji, brak pewności siebie i swoich umiejętności. I często nie ma tu znaczenie wykształcenie czy funkcja pełniona wcześniej przez kobietę.

Udany powrót kobiety na rynek pracy zależy nie tylko od jej determinacji, lecz także od podejścia pracodawcy. Eksperci zauważają, że coraz więcej firm wdraża politykę różnorodności, która wyrównuje szanse na rynku pracy bez względu na płeć czy wiek. Dobieranie pracowników zgodnie z kulturą różnorodności jest szansą dla kobiet, lecz także może pomóc polskim przedsiębiorcom, które dzięki temu będą w stanie stawić czoła wyzwaniom demograficznym. 

 – Mamy społeczeństwo starzejące się, mamy również coraz dłuższy czas pracy, a więc niedługo w naszych firmach będziemy musieli zmierzyć się z tym, że nasi pracownicy będą reprezentowali nie dwa, ale może trzy pokolenia, które muszą być w stanie ze sobą bardzo dobrze pracować – mówi Dorota Strosznajder, dyrektor działu komunikacji korporacyjnej w Henkel Polska.

PAIiIZ: Polski eksport do 2020 r. wzrośnie o 8-10 proc.

CEO Magazyn Polska

Nadchodzące lata mają stać pod znakiem eksportu – przedsiębiorcy szukają nowych rynków, a rząd wspiera ekspansję polskich firm na pozaeuropejskie rynki. Są one, dzięki rosnącym gospodarkom, bardziej perspektywiczne niż unijne. Polski eksport ma rosnąć w tempie nawet 10 proc. rocznie. 

 – W ubiegłym roku eksport był głównym motorem napędowym naszej gospodarki. Analitycy mówią, że następne lata również będą bardzo dobre dla polskiego eksportu – prognozowany jest wzrost na poziomie 8-10 proc. do roku 2020. Mimo że palmę pierwszeństwa, jeżeli chodzi o motor rozwojowy dla polskiej gospodarki, przejmie popyt wewnętrzny i inwestycje mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Piątkowska, wiceprezeska Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych.

Główne kierunki eksportu będą kontynuowane w ramach rządowych programów Go Africa i Go China. W tym roku m.in. zostanie otworzone Biuro Handlowe w Dubaju, które w zasięgu terytorialnym będzie miało Afrykę Wschodnią: Etiopię, Kenię, Tanzanię, Rwandę i Ugandę. Planowane są kolejne misje gospodarcze polskich przedsiębiorców – tym razem do Kenii, Tanzanii, Senegalu, Angoli i Mozambiku – oraz kongres polsko-afrykański, który odbędzie się prawdopodobnie w Etiopii. 

 – Zwłaszcza kraje afrykańskie mają olbrzymi potencjał zarówno dla polskich eksporterów, jak i dla firm, które będą chciały w przyszłości na tych trudnych rynkach zainwestować. Mamy szanse na pogłębioną współpracę z Afryką i polskie firmy już zaczynają ją wykorzystywać – nie tylko duzi gracze na rynku, lecz także małe i średnie przedsiębiorstwa – uważa Monika Piątkowska.

Jak podkreśla, to właśnie małe i średnie firmy są motorem napędzającym polską gospodarkę. 

 – W Ministerstwie Gospodarki określono kilka rynków perspektywicznych: Brazylia, Kanada, Algieria, Turcja, Kazachstan, teraz dokładamy Meksyk. Tam polscy przedsiębiorcy mają duży potencjał rozwojowy, zarówno dla polskiego eksportu, jak i w kolejnych krokach do tworzenia tam firm, budowania sieci sprzedaży, do inwestowania w tych rynkach – informuje Monika Piątkowska.

Zarówno Ministerstwo Spraw Zagranicznych, jak i Ministerstwo Gospodarki oraz Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych pomagają przedsiębiorcom przecierać szlaki, organizując m.in. misje z udziałem najważniejszych przedstawicieli państwa. Dzięki temu firmy z Polski zyskują wiarygodność w oczach lokalnych polityków i potencjalnych kontrahentów. 

Ekspansja poza Europę jest szansą na zdobycie nowych rynków. 

 – Nasza gospodarka, i w ogóle gospodarka europejska powoli się kurczy, nasi przedsiębiorcy zaczynają odkrywać i wykorzystywać potencjał rynków dalszych, trudniejszych – dodaje wiceprezes.

NBP i GUS podają, że wartość eksportu w całym 2013 roku przekroczyła 150 mld euro, co daje 6,5-proc. wzrost w ujęciu rocznym. Liczony w dolarach sięgnął on nawet 10 proc. Dodatkowo Polska odnotowała historyczną nadwyżkę w obrotach handlowych. NBP szacuje ją na poziomie 2 mld euro, a GUS nawet na 2,3 mld euro. Analitycy twierdzą, że eksport do 2020 roku powinien rosnąć w tempie 8-10 proc. rocznie.