A. Struzik: jeśli janosikowe zostanie utrzymane, Mazowszu grozi nacjonalizacja

Jeszcze ponad 100 mln zł zaległego janosikowego musi zapłacić Mazowsze na rzecz biedniejszych regionów. Władze podkreślają, że kasa województwa jest pusta, a oni dodatkowo zmuszani są do zadłużania się i radykalnego obniżenia nakładów inwestycyjnych. Jeśli regulacje dotyczące janosikowego nie zmienią się, Mazowsze zostanie znacjonalizowane – przestrzega Adam Struzik, marszałek województwa.

  Liczę na wyrok Trybunału Konstytucyjnego, roztropność parlamentu, a także na deklarację premiera, który mówił, że ten dysfunkcyjny system trzeba pilnie zmienić – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego. – Jeśli mimo wszystko janosikowe zostanie utrzymane, to zapewne dojdzie do nacjonalizacji województwa. W efekcie największym regionem, wytwarzającym prawie 1/4 polskiego PKB, zarządzać będą władze centralne.

W swoim orzeczeniu z 31 stycznia Trybunał Konstytucyjny uznał, że janosikowe jest zasadniczo zgodne z konstytucją. Jednak za niekonstytucyjny uznano przepis określający kryteria ustalania tzw. nadwyżki z janosikowego przez Ministerstwo Finansów. 6 marca br. Trybunał ma ponownie orzec w sprawie konstytucyjności tej daniny.

W ostatnich dniach województwo zapłaciło 64 mln zł, co tymczasowo uchroniło je przed zajęciem kont przez komornika. Jednak problem nadal jest daleki od rozwiązania.

 – Zalegamy z pieniędzmi, które nie wpłynęły do nas w roku ubiegłym w postaci podatku, głównie podatku dochodowego CIT od osób prawnych. Nie mamy skąd ich wziąć – zapewnia Adam Struzik. – Ten mechanizm jest tak dysfunkcjonalny, że doprowadza do rosnącego zadłużenia województwa, obniżenia nakładów inwestycyjnych i zmusza do radykalnych oszczędności. Już w tej chwili jesteśmy pod ścianą i nie możemy więcej oszczędzać.

Od 2014 roku Mazowsze przekazało na rzecz innych województw 6,4 mld zł. Tymczasem zadłużenie województwa wynosi 1,7 mld zł.

 – Musimy płacić na inne województwa, ponieważ uważa się nas za bogatych. Z tego samego powodu dostajemy mniej z Unii Europejskiej. To paradoks i absurd, w efekcie którego nasza sytuacja finansowa ciągle się pogarsza – podkreśla marszałek.

Warszawska giełda do końca roku chce połączyć się z parkietami z Wiednia, Budapesztu, Lublany i Pragi. Myśli już także o kolejnych akwizycjach

CEO Magazyn Polska

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie chce zdobywać nowe rynki. Jeszcze w tym roku zapowiada połączenie z parkietami w Wiedniu, Pradze, Budapeszcie i Lublanie. Zakończyła się pierwsza runda rozmów GPW z CEESEG, czyli grupą parkietów środkowoeuropejskich. W ciągu kilku tygodni ma się rozpocząć kolejny etap negocjacji. To jednak nie koniec planów GPW dotyczących połączeń. 

 – Nasze cele to przede wszystkim umiędzynarodowienie, dywersyfikacja biznesu, poszukiwanie nowych źródeł przychodów, potencjalne działania związane również z akwizycjami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes o planach na 2014 rok Mirosław Szczepański, członek zarządu GPW. – Ale nie mówię tutaj o CEESEG-u, ale również o innych przedsięwzięciach.  Tych możliwości strategicznych rozwoju jest bardzo dużo – zaznacza.

W 2014 roku GPW planuje wprowadzenie nowych produktów, w tym opcji na akcje, opcji binarnych i miesięcznych, kontraktów terminowych na energię elektryczną oraz dywersyfikację działalności w obszarze rynku towarowego poza obrotem energią elektryczną i prawami majątkowymi. To właśnie rynek towarowy zwiększył przychody o ponad jedną piątą, przyczyniając się do lepszego wyniku GPW za ubiegły rok.

 – Mamy naprawdę imponujący wzrost przychodów na rynku towarowym, rzędu ponad 20 proc. Jeżeli chodzi o rynek energii elektrycznej, to on również wzrósł o około 4 proc. W 2013 roku zakończyło się wsparcie żółtych i czerwonych certyfikatów, co się przełożyło na przychody i obroty tymi certyfikatami, których nie było na giełdzie towarowej. Ale jak wiemy, wsparcie tych certyfikatów wraca, w związku z tym w roku 2014 możemy się spodziewać ponownie tych instrumentów na giełdzie towarowej – mówi Szczepański.

Kolejne lata mają z kolei przynieść zyski spowodowane współpracą z czterema parkietami regionu.

 – Tych synergii może być bardzo dużo. Myślimy np. o jednolitej platformie obrotu instrumentami notowanymi na poszczególnych rynkach, ujednoliceniu grupy firm inwestycyjnych, która korzysta z tych rynków – wymienia Szczepański.

Inną korzyścią może być przyciągnięcie większej liczby inwestorów i zwielokrotnienia liczby transakcji.

W marcu rusza nowa polska metoda płatności elektronicznych o nazwie Billon

CEO Magazyn Polska

Billon to nowa na polskim rynku metoda płatności. Korzystanie z niej będzie wymagało jedynie posiadania urządzenia elektronicznego, nawet bez dostępu do internetu. Pieniądze będą zapisane w szyfrowanym pliku. Pomysłodawcy podkreślają, że ma być bezkosztowo, wygodnie i bezpiecznie. Możliwość płacenia cyfrową gotówką w systemie Billon do końca marca udostępni Alior Bank.

  – Billon to prawdziwe pieniądze zapisane, zamiast na papierze i w miedzi, w pliku elektronicznym, który może być przetrzymywany na dowolnym urządzeniu elektronicznym: w komputerze, na serwerze, tablecie czy w komórce – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Łuczak, dyrektor firmy Zunit, twórcy standardu Billona. – Jest to nowa forma, w której może być przetrzymywany złoty, obok tradycyjnej formy papierowej, w formie elektronicznej w postaci zapisów zer i jedynek na kontach bankowych.

Wprowadzenie nowej formy przechowywania pieniędzy umożliwiła zmiana unijnego prawa w 2009 r. oraz polskiego w 2011 r. Billon to pierwszy taki system, a prace nad nim trwały siedem lat. Jak podkreśla Łuczak, jego największą zaletą jest wygoda. Użytkownicy systemu będą mogli bezkosztowo płacić za pomocą urządzeń elektronicznych, nawet bez dostępu do internetu. Wystarczy zbliżenie dwóch urządzeń. Płacić będzie można również w internecie. Transakcje będą, podobnie jak w przypadku gotówki, anonimowe.

Billon nie będzie stanowił nowej waluty, lecz jedynie nową metodę obrotu złotymi. Wartość zapisanych w postaci elektronicznego kodu pieniędzy nie będzie gwarantowana przez NBP, lecz przez banki będące tzw. Instytucjami Pieniądza Elektronicznego. Pierwszym IPE został Alior Bank, który jako pierwszy umożliwi płatności Billonem. Użytkownicy systemu nie muszą jednak być klientami tego banku.

 – Wystarczy zwykły telefon lub zwykły komputer. Trzeba ściągnąć aplikację, która pozwala na zawieranie transakcji w każdej możliwej sytuacji płatniczej. Przy przekazywaniu pieniędzy, jeżeli jest dostęp do sieci, pliki są przesyłane przez internet. Jeżeli internetu nie ma, wykorzystujemy technologie, które są dostępne na danym urządzeniu – tłumaczy Łuczak.

Do zawarcia transakcji wystarczy znajomość nazwy użytkownika odbiorcy środków. Bez niej można przekazać środki bezpośrednio z jednego urządzenia na drugie. Użytkownik systemu może określić, czy chce potwierdzać transakcje kodem PIN, czy nie. Przy płatności Billonem nie będzie ograniczeń wartości transakcji, jednak zawsze to osoba wysyłająca pieniądze będzie musiała określić kwotę. Możliwe będą także mikropłatności o wartości nawet mniejszej niż 1 grosz.

Zunit chce wykorzystywać technologie Wi-Fi Direct, Bluetooth oraz NFC w przekazywaniu środków bez dostępu do internetu. Ta ostatnia jest jednak jeszcze mało popularna. Wszystkie będą bezpieczne, choć zgubienie telefonu czy innego urządzenia elektronicznego będzie miało, podobnie jak zgubienie portfela, konsekwencje w postaci utraty środków. Mają jednak powstać „sejfy” Billonu.

 – Billon jest zaszyfrowany zgodnie z najnowszymi technologiami, z których korzystają między innymi służby NATO czy Narodowy Szyfrator w Polsce. Jest najbezpieczniejszą obecnie dostępną technologią w systemach płatności na świecie – mówi Łuczak. – Nie ma jeszcze na rynku metody płacenia, która byłaby lepsza od gotówki. Wydaje się nam, że nasz produkt jest bardzo zbliżony do gotówki w tym sensie, że transakcje są natychmiastowe, bezkosztowe i odbywają się bez dostępu do internetu.

Dyrektor firmy Zunit dodaje, że trwają obecnie ostatnie prace techniczne związane z wprowadzeniem Billonu. Liczy, że w ciągu najbliższych kwartałów status IPE zyskają kolejne banki, które dołączą do projektu. Kolejnym ma być Plus Bank (dawny Invest-Bank). Potwierdza też duże zainteresowanie ze strony przedsiębiorców i sklepów, którzy mogliby przyjmować płatności nową metodą.

Zunit na razie koncentruje się na obrocie złotymi i nie zamierza rozwijać systemu dla innych walut. W przyszłości nie jest to jednak wykluczone, bo Łuczak widzi szanse na rozwój poza granicami. 

Słaba sprzedaż aut hybrydowych w Polsce

Brak ulg podatkowych i zachęt, np. w postaci bezpłatnego parkowania czy zniżek na autostradach, osłabia zainteresowanie samochodami hybrydowymi w Polsce. Największym problemem hamującym rozwoju tego segmentu jest wciąż wysoka cena takich aut. Dlatego producenci pokazują takie modele w naszym kraju w niewielkich seriach. Inaczej jest w USA i w Europie Zachodniej, gdzie samochody ekologiczne szybko zdobywają rynek.

 – Sprzedaż hybryd w Polsce idzie bardzo słabo, ponieważ użytkownicy tych samochodów nie mogą liczyć na żadne ulgi, na zniżki autostradowe, na bezpłatne parkowanie. Dodatkowo silnik hybrydowy, który ma pojemność powyżej 2 litrów, jest jeszcze obłożony wysoką, nieekologiczną akcyzą – krytykuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Dojs, PR manager Volvo Auto Polska.

Nowe i sprowadzane zza granicy samochody są w Polsce objęte akcyzą zależną od pojemności silnika. Przy jednostce napędowej do 2 litrów akcyza wynosi 3,1 proc., a dla większych silników – aż 18,6 proc. Samochody, takie jak Volvo V60 Plug-in Hybrid, które są wyposażane w jednostki o pojemności 2,4 litra, nie mają szans na żadne ulgi lub inne zachęty.

Inaczej jest w krajach Europy Zachodniej. Na przykład w Holandii. Jak wyjaśnia Dojs, nabywcy samochodów normalnie płacą ponad 20-proc. podatek. Jednak za hybrydę wysokość podatku spada do ok. 7 proc. lub nawet do zera. Podczas pierwszej rejestracji samochodu trzeba także zapłacić tzw. podatek bpm. Jest on obliczany na podstawie emisji CO2 danego pojazdu. Dla aut emitujących mniej niż 88 g dwutlenku węgla na kilometr (dla silników benzynowych) lub 70 g na kilometr (dla diesli) władze wprowadziły zwolnienie z podatku. Dla porównania, przy rejestracji najmniej ekologicznych pojazdów (powyżej ok. 200 g CO2/km), wysokość podatku bpm przekracza 15 tys. euro.

 – U nas to będzie raczej taki gadżet dla kogoś, kto chce mieć ciekawy samochód, auto, które świetnie przyspiesza, którym można wjechać na przykład do wielkiego loftu bez konieczności jego wywietrzenia potem, bo samochód może poruszać się tylko na prąd – ocenia Dojs. – Będziemy mieli premierę takiego modelu na rynku w Polsce. To krótka seria 20 sztuk, która zostanie wprowadzona bardziej ze względów wizerunkowych, żeby pokazać, że i w tym obszarze Volvo ma dużo do zaoferowania.

Volvo planuje ciekawą premierę samochodu hybrydowego na rynku zagranicznym. Podczas targów motoryzacyjnych w Genewie na początku marca spółka pokaże kolejny koncept modelu XC190. Nie będzie to jeszcze ostateczna wersja, bo tę zaprezentuje dopiero w Paryżu na początku października.

 – Volvo rozpoczęło prezentację od Frankfurtu w ubiegłym roku. Tam pokazano Coupé Concept i powiedziano: „To jest nowa droga stylistyki i tą drogą będziemy iść. W Detroit pokazano już SUV-a, koncept XC, był to SUV tylko dwudrzwiowy. W Genewie będziemy mieli ostatni koncept Estate – dwudrzwiowe elitarne kombi. Będziemy mogli podziwiać nie tylko estetykę całego nadwozia, lecz także bardzo specyficzną architekturę wnętrza. Całe wnętrze będzie oparte o jeden centralny ekran dotykowy – zapowiada Dojs.

Podczas targów w Genewie Volvo chce też pokazać limitowaną serię pojazdów Ocean Race. Trafiają one na rynek w związku z odbywającymi się co trzy lata regatami dookoła świata, sponsorowanymi przez szwedzki koncern. Wyścig ruszy w tym roku na początku października z hiszpańskiego Alicante.

W Genewie zadebiutują także modele V40 oraz V40 Cross Country z nowymi silnikami z serii Drive-E. W te jednostki już w ubiegłym roku wyposażone zostały większe modele samochodów Volvo.

Liczba urządzeń z dostępem do internetu wzrośnie w ciągu kilku lat 15-krotnie

CEO Magazyn Polska

Tsunami danych tak najbliższą przyszłość w branży teleinformatycznej określa Gabrielle Gauthey, wiceprezes Alcatel-Lucent. Z tym wiąże się największe wyzwanie dla producentów sprzętu i dostawców usług, czyli zapewnienie bezpieczeństwa sieci i ochrona danych osobowych użytkowników. Pomóc w tym ma nie tylko wprowadzanie nowych rozwiązań technologicznych i zwiększanie świadomości internautów, lecz także wprowadzenie wspólnych dla całego unijnego rynku regulacji dotyczących ochrony danych osobowych. Prace nad nimi postępują jednak bardzo powoli. 

 – Przyszłością sieci jest chmura i urządzenia łączące nas z internetem. Dwa lata temu w 400 największych miastach świata było 800 tego typu urządzeń na kilometr kwadratowy, a w ciągu kolejnych pięciu lat będzie ich 13 tysięcy na km2 – mówi Gabrielle Gauthey, wiceprezes Alcatel-Lucent.

Tu pojawia się też najbardziej palący problem w przepływie ogromnej liczby danych: ich bezpieczeństwo i prywatność użytkowników, która musi być zapewniona przez producentów i dostawców usług. Problem jest o tyle trudny do rozwiązania, że sami użytkownicy – mimo deklaracji – nieszczególnie przejmują się zachowaniem zasad poruszania się w sieci. 

 – Ludzie umieszczają w internecie swoje dane osobowe, nie wiedząc, gdzie one trafią. Widzimy, że zwiększa się świadomość użytkowników, ale nie do tego poziomu, na którym ona powinna być – przestrzega Gabrielle Gauthey.

Jak ocenia wiceprezes Alcatel-Lucent, wiele jeszcze trzeba zrobić, aby społeczeństwo było bardziej świadome zagrożeń płynących z sieci i związanej z tym konieczności dbania o bezpieczeństwo swoich danych.

 – Bezpieczeństwo to trochę inny temat – łączy się również z bezpieczeństwem państwa i społeczeństwa – mówi Gauthey. – Widać, że poszczególne państwa mają coraz większą świadomość zagrożeń dla bezpieczeństwa sieci, ale np. w Europie wciąż brakuje współpracy między państwami w tym zakresie. A wciąż powtarzamy, że powinny istnieć ujednolicone ramy prawne dla państw członkowskich.

Tych wciąż jednak nie ma, bo prace nad nimi toczą się w wolnym tempie, choćby w sprawie rozporządzenia dotyczącego ochrony danych osobowych, które ma wprowadzić jednolity zestaw przepisów obowiązujących w całej UE. Mają one uprościć i ujednolicić przepisy z 1995 r., które w różny sposób wdrożono we poszczególnych krajach UE. Założenie jest takie, żeby rozporządzenie zostało przyjęte przez Parlament Europejski jeszcze przed końcem kadencji w maju br., ale na razie dokument nie ma akceptacji Rady Unii Europejskiej.

 – Prace nad zmianą dokumentu dotyczącego ochrony danych osobowych przedłużają się, ponieważ to bardzo delikatna kwestia – tłumaczy Gauthey. – Dodatkowo Stany Zjednoczone są zaniepokojone tym, jaka będzie europejska strategia w tym obszarze, i bardzo lobbują za swobodnym przepływem danych między granicami.

Identyczne zasady dotyczące ochrony danych we wszystkich krajach członkowskich pozwoliłyby głównie na wyeliminowanie ryzyka klientów i podmiotów przechowujących dane przy ich przenoszeniu do innych krajów wspólnoty.

Ponad 90 proc. Polaków nie miało styczności z e-bookiem ani z audiobookiem. Rozwój rynku hamuje wyższy VAT

Jak wynika z badania Polskiej Izby Książki (PIK), ponad 90 proc. Polaków nie miało styczności ani z e-bookami, ani z audiobookami. Choć oferta elektronicznych publikacji jest coraz większa i rośnie ich sprzedaż, to odsetek ten wcale się nie zmniejsza. Przyciągnięcie nowych grup czytelników utrudniają wysokie ceny e-booków. Te zaś wynikają z tego, że na książki w wersji cyfrowej nałożony jest 23-proc. VAT. W przypadku tradycyjnych publikacji stawka podatku wynosi 5 proc.

 – Jesteśmy daleko w tyle np. za rynkiem Stanów Zjednoczonych. Polska Izba Książki kończy badanie czytelnictwa, z którego wynika, że ponad 90 proc. Polaków nie zetknęło się z e-bookiem ani z audiobookiem. To jest porażająca liczba. Sprzedaż e-booków wprawdzie rośnie, ale to oznacza, że trafiają one tylko do jednej i tej samej grupy czytelników. A my chcielibyśmy, żeby to było powszechnie dostępne mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Włodzimierz Albin, prezes Polskiej Izby Książki oraz wydawnictwa Wolters Kluwer. 

Jak wynika z prognoz branży wydawniczej, rynek książek w formacie cyfrowym w latach 2011-2016 urośnie nawet dziesięciokrotnie. Dziś rynek e-booków w Polsce wart jest ponad 40 mln zł, a jeszcze dwa lata temu – 10 mln zł.

Główną barierą rozwoju publikacji elektronicznych w Polsce są kwestie podatkowe. Książki w wersji cyfrowej obłożone są obecnie 23-proc. stawką VAT, podczas gdy w przypadku tradycyjnych, papierowych książek jest to 5 proc.

 – VAT na e-booki powoduje, że nikomu nie opłaca się tego robić. Właściwie wszystkie wydawnictwa w tej chwili w Polsce mają w ofercie swoje książki jako e-booki, a ponieważ jest oczekiwanie, że cena e-booka będzie mniejsza niż cena papierowej książki, my się do tego jakoś dostosowujemy mówi Włodzimierz Albin. – Do tego dochodzi jeszcze dystrybucja, która wcale nie jest tania.

Trzy lata temu obniżono stawkę VAT na książki papierowe do 5 proc. E-booki i audiobooki, zgodnie z unijną dyrektywą, pozostawiono jednak z wyższym podatkiem. O zrównanie stawek dla elektronicznych i tradycyjnych publikacji do 5 proc. wydawcy zrzeszeni w Sekcji Publikacji Elektronicznych Polskiej Izby Książki apelowali już m.in. do rzecznika praw obywatelskich, ministrów finansów, kultury, nauki, edukacji, a także do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Taka deklaracja znalazła się w przyjętym w ubiegłym roku przez rząd projekcie Strategii Rozwoju Kapitału Społecznego 2020. Prezes PIK ocenia, że na razie na deklaracjach sprawa się kończy.

 – Wolałbym, żeby nasz rząd przystąpił do śmiałych decyzji, a nie czekał. Są kraje, które powiedziały, że nie będą się podporządkowywać tej regulacji, bo to absurdalny przepis z poprzedniej epoki. Tak postąpiła m.in. Francja i Luksemburg – mówi Albin.

Dziś ostateczne głosowanie nad dyrektywą tytoniową. Jej zapisy to połowiczny sukces Polski

CEO Magazyn Polska

Dzisiaj na posiedzeniu Parlamentu Europejskiego w Strasburgu odbędzie się ostateczne głosowanie nad dyrektywą tytoniową. Przyjęcie wypracowanego dokumentu ma być jedynie formalnością. Oznacza to, że najprawdopodobniej w ciągu 6 lat z polskiego rynku całkowicie znikną papierosy mentolowe, co narazi ich producentów na straty.

Na zmiany w dyrektywie nie ma już co liczyć. 22 stycznia kształt nowych przepisów zatwierdziła Komisja Zdrowia Publicznego Parlamentu Europejskiego.

 – W takich procesach głosowanie jest tylko formalnością z uwagi na to, że większość szczegółów jest dogrywana w podkomisjach.  Te szczegóły zostały już określone, dyrektywa raczej już nie powinna zmieniać kształtu – wyjaśnia Zbigniew Pisarski, prezes Polskiego Instytutu Myśli Gospodarczej. – Ważne jest to, żeby polscy posłowie i senatorowie w procesie implementacji starali się już nie dokonywać korekt samej treści, nie naginać przepisów prawa po to, żeby przy okazji uregulować inne rzeczy, tylko przyjęli dyrektywę unijną w taki sposób, w jaki ona jest ujęta.

Polska od początku prac nad tzw. dyrektywą tytoniową forsowała zmiany korzystne dla producentów papierosów. Pierwotny jej projekt zakładał całkowite wyeliminowanie z rynku zarówno papierosów smakowych, jak i tzw. slimów, czemu Polska się sprzeciwiała.

 – Sukces, który udało nam się uzyskać, jest połowiczny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Pisarski. – Papierosy cienkie udało się zachować na rynku, natomiast papierosy mentolowe w ciągu sześciu lat zostaną wycofane z rynku.

Dzięki odrzuceniu propozycji zakazu sprzedaży cienkich papierosów, polska gospodarka i miejsca pracy w przemyśle tytoniowym w mniejszym stopniu ucierpią na nowych przepisach. Jednak biorąc pod uwagę to, że papierosy mentolowe stanowią obecnie 20 proc. produktów tytoniowych na polskim rynku, nie do końca udało się uchronić interesy polskich producentów tytoniu. W widoczny sposób będzie to miało wpływ na rozwój szarej strefy. Już dziś 15 proc. wyrobów tytoniowych dostępnych na polskim rynku pochodzi z nielegalnych źródeł. 

 – Nie łudźmy się, że konsumenci, którzy są przyzwyczajeni do tego rodzaju produktów, zrezygnują z niego wraz z upłynięciem kolejnych sześciu lat – argumentuje prezes instytutu. – Producenci spoza Unii Europejskiej, w bliskim sąsiedztwie, czyli na Białorusi i na Ukrainie, będą nadal wytwarzali te papierosy w sposób nie dający żadnych korzyści ekonomicznych dla polskiego budżetu.

Podkreśla, że ograniczanie spożycia papierosów w Europie jest dobrą tendencją, ale sposób regulowania rynku tytoniowego jest często nietrafiony, ponieważ najdotkliwiej uderza w producentów i pracodawców. Unia Europejska powinna natomiast – jego zdaniem – w większym stopniu skupić swoje wysiłki na edukacji młodych ludzi w dziedzinie szkodliwości spożycia tytoniu.

Ostatnie dni na przekazanie pracownikom PIT-11

CEO Magazyn Polska

Tylko do końca lutego pracodawcy mają czas na to, aby przekazać zatrudnionym przez siebie osobom formularz PIT-11, potrzebny do rozliczenia się z urzędem skarbowym. Jednak każdy ma obowiązek rozliczyć się z podatku, niezależnie od tego, czy otrzymał taką informację od pracodawcy, czy nie. Zgodnie z ustawą o PIT niezłożenie formularza w wyznaczonym terminie jest wykroczeniem skarbowym, za które zarówno pracownikowi, jak i pracodawcy grozi grzywna.

PIT-11 to dokument, na podstawie którego pracownik wypełnia swój formularz PIT i rozlicza się z fiskusem. Powinien go otrzymać od pracodawcy do końca lutego.

 – Każdy pracownik otrzymuje od pracodawcy formularz PIT-11. Jest to informacja o zapłaconych przez pracodawcę jako płatnika zaliczkach na podatek dochodowy od osiągniętego dochodu, jak również o składkach na ubezpieczenie społeczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Stobiński, radca prawny w kancelarii CMS Cameron McKenna. – Przekazanie może nastąpić osobiście – to jest chyba najczęstszy sposób  pracownik zgłasza się do działu kadr czy bezpośrednio do szefa i odbiera od niego formularz.

Osoby, które nie pracują już w danej firmie, powinny otrzymać PIT-11 listem na wskazany adres. Ta sama reguła dotyczy osób uzyskujących przychody z różnych źródeł.

 – Jeżeli osoba łączy różne dochody, ze stosunku pracy i z umowy zlecenia, otrzyma dwa różne formularze od pracodawców podkreśla prawnik.

Wyjątkiem od tej reguły jest sytuacja, w której pracownik wraz z przychodami ze stosunku pracy uzyskiwał od tego samego pracodawcy przychody z tytułu umowy zlecenia lub o dzieło. Do rozliczenia rocznego wystarczy mu wówczas jeden PIT-11. To samo dotyczy osób, które w danej firmie najpierw pracowały w oparciu o umowę cywilnoprawną, a w międzyczasie zmieniły ją na umowę o pracę.

Zgodnie z ustawą o PIT obowiązek przekazania PIT-11 spoczywa na płatnikach pobierających zaliczki na podatek dochodowy od osób uzyskujących od nich przychody.

 – PIT-11 zawiera informacje dotyczące przede wszystkim osiągniętego dochodu, jak również zaliczek, które zostały zapłacone przez danego płatnika – wyjaśnia Przemysław Stobiński. – Jest również informacja o składkach na ubezpieczenia społeczne, które podlegają odliczeniu od dochodu, bo ta kwota mogłaby pomniejszyć kwotę podatku daną pracownikowi, kiedy będzie on się rozliczał do końca kwietnia.

Niezłożenie formularza jest wykroczeniem skarbowym, za które zarówno pracownik, jak i pracodawca może zapłacić grzywnę. Co jednak istotne, pracownik ma obowiązek rozliczenia się z urzędem skarbowym w wymaganym terminie, bez względu na to, czy pracodawca dostarczył mu PIT-11. 

 – Jeśli pracownik nie otrzymał formularza, może formalnie wezwać pracodawcę, wysyłając pismo, że oczekuje od niego takiego formularza – wyjaśnia radca prawny. – Może również poinformować urząd skarbowy o tym, że takiego formularza od pracodawcy nie otrzymał. Być może spowoduje to ewentualną kontrolę u pracodawcy.

PIT-11 oprócz firm mają obowiązek złożyć również inne instytucje i organizacje, jak np. spółdzielnie pracy czy uczelnie – od wypłaconych stypendiów.

Formularza nie należy natomiast sporządzać w przypadku, gdy za podatnika firma przygotowała rozliczenie podatku w zeznaniu PIT-40 (roczne obliczenie podatku od dochodu uzyskanego przez podatnika). Jest to formularz, który pracodawca powinien złożyć za pracownika, pod warunkiem, że do 10 stycznia złożył on u pracodawcy PIT-12.

Wiceprezes Serinus Energy o cenach gazu na Ukrainie

W ostatnich dniach odnotowaliśmy spadek kursu akcji Serinus Energy. Sądzimy, że wynika on z pochopnej reakcji inwestorów na porozumienie miedzy Ukrainą a Rosją, dotyczące redukcji cen gazu. W odpowiedzi na pytania inwestorów, informujemy, że Serinus Energy nie rozważa sprzedaży licencji na Ukrainie – jest odpowiedzialnym inwestorem długoterminowym. Zatem obawy o losy naszej ukraińskiej spółki są nieuzasadnione.

Uczestnikom rynku nie są znane ani szczegóły umowy, ani jej przełożenie na cenę gazu dla odbiorców ostatecznych. Tak więc trudno na tej podstawie określić jej wpływ na naszą działalność.

Z pewnością nawet zmiana dotychczasowych warunków nie spowoduje utraty opłacalności naszego zaangażowania na Ukrainie. Ewentualny spadek cen gazu do 268 dolarów za tysiąc metrów sześciennych (wariant skrajnie pesymistyczny), oznaczałby obniżenie naszej rentowności operacyjnej na Ukrainie do trzydziestu kilku procent. Obecnie rentowność wynosi ponad 60 procent. To byłby nadal bardzo dobry poziom zyskowności. Ponadto, gdyby zaistniała taka potrzeba, jesteśmy w stanie zrekompensować spadek marży planowanym długoterminowym wzrostem produkcji oraz możliwym ograniczaniem kosztów. Istnieje możliwość wstrzymania najdroższych operacji (np. szczelinowania) lub np. rezygnacji z jednorazowego wynajmu wiertni do przeprowadzenia bardzo głębokiego odwiertu – jedynego tego typu, zaplanowanego na przyszły rok. Wszystkie zaplanowane odwierty wykonujemy bowiem z wykorzystaniem własnego sprzętu i posiadanej przez nas wiertni. Pozwala to na utrzymanie optymalnego poziomu kosztów.

Pragnę podkreślić, że udział przychodów z Ukrainy, który dziś stanowi około 60-70 procent przychodów całej grupy, będzie się systematycznie zmniejszał. Planujemy zwiększenie wydobycia gazu i ropy naftowej w Tunezji już w ciągu 1-3 lat. W ten sposób nasz biznes jest zbalansowany i zdywersyfikowany.

Podkarpacie: Zmowa przetargowa

Przedsiębiorcy z gminy Chorzelów (woj. podkarpackie) ustalali warunki ofert w przetargach na dostawy pieczywa dla jednostek opieki zdrowotnej oraz domu pomocy społecznej. Prezes UOKiK nałożyła na przedsiębiorców kary w łącznej wysokości blisko 90 tys. zł

Ustalanie warunków ofert przez startujących w przetargach przedsiębiorców jest niezgodne z prawem. Z doświadczenia UOKiK wynika, że najczęstszą formą zmowy przetargowej jest złożenie tzw. oferty zabezpieczającej. Przedsiębiorcy umawiają się, że jeśli ich oferty będą dwiema najkorzystniejszymi zwycięzca przetargu zrezygnuje z podpisania umowy. Oznacza to wybór droższej  propozycji uczestników zmowy. Tym samym, w nieuczciwy sposób zapewniają sobie większy zysk, kosztem organizatora przetargu oraz konkurentów. Przedsiębiorca ma prawo rezygnacji ze świadczenia usług, nie może być ona jednak wynikiem porozumienia z innym uczestnikiem przetargu. Ostatnio UOKiK stwierdził, że praktyki tego rodzaju stosowało dwóch przedsiębiorców sprzedających pieczywo z gminy Chorzelów na Podkarpaciu: spółka Młyn Malinie i  prowadząca działalność gospodarczą – Stanisława Dziewit.

Urząd podjął działania po zawiadomieniu Zakładu Opieki Zdrowotnej w Dębicy dotyczącym nieprawidłowości w przetargu na dostawy pieczywa do kuchni szpitalnej. Zwycięzca – Młyn Malinie – zrezygnował z podpisania kontraktu. W związku z tym Stanisława Dziewit, która zajęła drugie miejsce składając ofertę droższą od propozycji zwycięzcy o ponad 22 tys. zł, domagała się zawarcia umowy. Postępowanie UOKiK wykazało, że wspomniani przedsiębiorcy ustalili swoje oferty w sumie w co najmniej trzech przetargach organizowanych na Podkarpaciu w 2012 r. Obejmowały one dostawy pieczywa do Zakładów Opieki Zdrowotnej w Dębicy i Strzyżowie oraz do Domu Pomocy Społecznej w Gliniku Dolnym. We wszystkich tych przetargach oferty uczestników porozumienia zajmowały dwa pierwsze miejsca. Następnie, zwycięzca odmawiał podpisania umowy bez podania przyczyny lub nie wyrażał zainteresowania jej zawarciem, a kolejny uczestnik zmowy domagał się by to jemu powierzono realizację zamówienia albo uzyskiwał je jako drugi oferent pod względem najkorzystniejszej ceny. Kontrakty z jednym z uczestników zmowy przetargowej zawarły ZOZ w Strzyżowie i DPS w Gliniku Dolnym. Natomiast ZOZ w Dębicy odmówił zawiadamiając o swoich wątpliwościach UOKiK.

O istnieniu zmowy świadczyły m.in. silne powiązania pomiędzy jej uczestnikami. Stanisława Dziewit posiada udziały w spółce Młyn Malinie. Natomiast prezesem spółki Młyn Malinie jest jej syn Artur Dziewit, który posiadał pełnomocnictwo do prowadzenia firmy Stanisławy Dziewit, jej reprezentowania i składania oświadczeń w jej imieniu.

Za naruszanie przepisów antymonopolowych na spółkę Młyn Malinie nałożona została kara w wysokości 88 067 zł, w przypadku Stanisławy Dziewit sankcja wyniosła 1 308 zł. Maksymalna kara za uczestnictwo w antykonkurencyjnym porozumieniu może wynieść 10 proc. przychodu przedsiębiorcy w roku poprzedzającym wydanie decyzji. Decyzja nie jest prawomocna, przedsiębiorcy odwołali się do sądu.