Pokolenie Z, praca zdalna i AI. Rynek pracy wymusza nowe podejście do zarządzania

Olbrzymie zmiany w stylu i podejściu do pracy między pokoleniami, duża ilość specjalistów korporacyjnych, rozwój AI, napływ pracowników z innych krajów, pogłębiające się kryzysy gospodarcze, drożyzna w sklepach, to tylko część czynników, które wpływają na to, że coraz więcej osób nie może znaleźć wymarzonej pracy. Z drugiej strony, firmy mają problem z zatrudnianiem odpowiednich pracowników. Dlaczego tak ważne jest, aby w firma budowała silny i stabilny zespół oraz co sprawia, że jest to coraz trudniejsze?

Problem ze znalezieniem pracowników

Aż 57 % przedsiębiorstw w Polsce ma problem ze znalezieniem odpowiednich pracowników na oferowane stanowiska[1]. To jedynie o 2% mniej niż rok wcześniej. Rynek pracownika, który miał się bardzo dobrze przed 2020 rokiem, wyraźnie się kończy, a szukający wymarzonego zajęcia mają coraz większy problem. W jaki sposób obecnie firmy szukają pracowników, a kandydaci miejsca zatrudnienia?

Zatrudnianie ludzi to jedno z najtrudniejszych zadań przed jakimi stają przedsiębiorcy. Często zamiast działać w biznesie, tracimy czas i pieniądze na ludzi, którzy nie pasują do naszej firmy. Zatrudniać powinno się w oparciu o kulturę pracy, nie tylko umiejętności kandydata. Obecnie zarówno pracodawcy jak i pracownicy stoją przed trudnym zadaniem, bo obie strony mają niezwykle wysokie wymagania. Warto jednak się im przyjrzeć i wziąć je pod uwagę. Jasno określone zasady, przekazane wyraźnie już na początku współpracy są szansą na to, że będzie trwała ona dłużej – mówi Jakub B. Bączek.

Stworzyć idealny zespół

Według Harvard Business Review, firmy, które zatrudniają osoby pasujące do ich wartości i kultury mają o 27% mniejszy wskaźnik rotacji. Z kolei z badań Gallupa wynika, że osoby, które są dostosowane do kultury firmy o 36% są w nią bardziej zaangażowane.

Badania Glassdoor pokazują, że 75% kandydatów sprawdza opinie o pracodawcy przed aplikowaniem. Z drugiej strony, aż 70% rekruterów sprawdza media społecznościowe kandydatów, aby ocenić ich wartość, zaangażowanie i profesjonalizm,

Jeśli nasza firma jest dobrze postrzegana, może przyciągnąć lepszych pracowników i zmniejszyć rotację. Ja nie od początku potrafiłem zbudować idealny zespół. Mikrozarządzanie, wtrącanie się do wszystkiego, chęć kontroli nad każdym aspektem sprawiały, że mój zespół był dość „sztywny”. Nie działo się to z ich winy. Obawiali się porażki, przyłapania na czymś. Dopiero po latach prowadzenia wielu biznesów doszedłem do wniosku, że to zaufanie do pracowników buduje ich morale. Jest to bardzo trudne, zwłaszcza dla właścicieli przedsiębiorstw czy managerów. Chodzi o to, aby postanowić sobie, że nie wszystko musisz robić sam, że możesz tym ludziom zaufać. Bez delegowania zadań, nie zbudujemy zespołu, a do tego potrzebne jest zaufanie, że sobie poradzą – tłumaczy Jakub B. Bączek.

Aby zespół w firmie działał jak najlepiej, a dany przedsiębiorca mógł zdjąć ciężar ze swoich barków, potrzebna jest duża doza wolności, zaufania, rozmów, gdy coś jest nie tak, bo błędy będą się pojawiać. Pracownicy, którzy czują odpowiedzialność za swoją pracę, ufają pracodawcy, identyfikują się z firmą, pracują po prostu lepiej. Jest to korzyść dla każdej ze stron.

Dostosowanie do warunków rynkowych

Zadowoleni pracownicy i dobrze wykonywane obowiązki, wzrosty wyników w firmie, realizowanie zaplanowanych strategii, to naczynia połączone. Pracę zespołu trzeba budować w oparciu o to, jak wygląda rzeczywistość i co najlepiej sprawdzi się w danym przedsiębiorstwie.

Pokochaliśmy pracę zdalną. Takie są fakty i nie ważne, ile w internecie pojawi się artykułów krytycznych co do tej formy, a według mnie spowodowane jest tym, aby podprogowo przekonać ludzi do powrotu do biur, to komentarze mówią same za siebie. Praca zdalna daje nam olbrzymią wolność i jest dużym plusem w zachowaniu równowagi życiowej. Pokolenie Z, wręcz nie wyobraża sobie zatrudnienia wyłącznie stacjonarnego. Ja doskonale rozumiem tę potrzebę. W moich firmach pracownicy mogą pracować w wybranych przez siebie godzinach i skąd chcą. Kluczowe jest dla mnie osiągnięcie założonych celów, które określamy sobie regularnie. Czyli dajemy wolność i ufamy, ale sprawdzamy rezultaty np. raz na miesiąc. Nie jestem zwolennikiem odsiadywania 8 godzin w biurze. Oczywiście wszystko zależy od rodzaju wykonywanej pracy, nie wszędzie ten model się sprawdzi, dlatego tak istotne jest dopasowanie modelu pracy do pracowników oraz rodzaju działalności – dodaje Jakub B. Bączek.

Budowanie silnego i trwałego zespołu to zadanie czasochłonne, ale możliwe do wykonania. Najważniejsze to być zarówno wspierającym jak i dającym wolność szefem, przy tym jednak określać cele do realizacji i regularnie sprawdzać rezultaty oraz to, czy firma idzie w dobrym kierunku.

Jakub B. Bączek podkreśla także, że w dobie wielu różnic pokoleniowych jakie pojawiać się będą w zespołach, niezwykle istotne są umiejętności miękkie lidera, szefa, właściciela firmy. One pomogą rozwiązywać indywidualne problemy pracowników z należytą uwagą i szacunkiem tak, aby pracownik nie musiał zmieniać pracy co chwilę. Obie strony odnoszą wówczas olbrzymie korzyści. Pracownik czuje się zauważony, doceniony, a w przypadku potrzeby naprawienia błędu otrzymuje wsparcie. Pracodawca natomiast ma zmniejszoną rotację, spójny zespół, który wie w jaki sposób pracować i co firma chce osiągnąć.

[1] https://biuroprasowe.manpowergroup.pl/448722-blisko-6-na-10-firm-w-polsce-nie-moze-zrekrutowac-nowych-pracownikow

Ropa drożeje, kurs dolara zyskuje, złoty traci. Rynki w cieniu napięć na Bliskim Wschodzie

Za nami oczekiwana decyzja Rady Polityki Pieniężnej. Brak ruchu na stopach procentowych w czerwcu to neutralna wiadomość dla złotego, jednak krajowa waluta w środę o poranku traci, ulegając wpływowi czynników zewnętrznych. Podobnie zachowuje się euro, którego notowania względem amerykańskiego dolara po raz kolejny spadają do 1,16 USD, mimo oczekiwanej podwyżki kosztu pieniądza przez EBC.

Kolejna pauza

Zgodnie z oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej nie zmieniła stóp procentowych na czerwcowym posiedzeniu. Decydenci mieli ku temu wiele powodów, o których zapewne dowiemy się więcej podczas dzisiejszej konferencji prasowej Prezesa Narodowego Banku Polskiego o godzinie 15:00. Wśród argumentów za utrzymaniem kosztu pieniądza przy poziomie 3,75% są zapewne najnowsze dane inflacyjne i PKB. Pauza RPP to dla krajowej waluty wiadomość neutralna, która ani jej nie umocniła, ani nie osłabiła. Mimo to, od wczoraj obserwujemy widoczny odpływ kapitału od złotego. Nie jest to jednak skutek czynników wewnętrznych, W tym czasie zdecydowanie większy impakt na notowania PLN-a miały kolejne negatywne doniesienia z Bliskiego Wschodu.

Wzrostowy czerwiec

Trzecia sesja czerwca mija w otoczeniu zwyżek cen ropy. Środowego południa odmiana amerykańska dobiła do 97 USD za baryłkę. Przypomnę, że poniedziałkowa sesja otwierała się „z ósemką” z przodu. Sam wykres mówi nam tyle, że na rynkach dominuje narracja oddalającego się porozumienia na Bliskim Wschodzie. I faktycznie tak jest. Dzisiejszej nocy doszło do wystrzelenia pocisków rakietowych przez Iran w stronę Kuwejtu i Bahrajnu. Mimo że atak był nieskuteczny, wymusił odpowiedź USA, na co potem zareagował Teheran. Mamy więc do czynienia z zupełnie inną rzeczywistością niż perspektywa szybkiego zakończenia konfliktu, a taka narracja wciąż płynie z ust Prezydenta USA. To wzrost globalnego ryzyka po raz kolejny negatywnie wpływa na krajową walutę. W środę o godzinie 13:00 kurs EUR/PLN to 4,24 PLN, a USD/PLN to 3,65 PLN. Przepływ kapitału w stronę bezpiecznej przystani spowodował również umocnienie dolara na wykresie głównej pary walutowej świata. Notowania EUR/USD przed południem po raz kolejny testowały wsparcie 1,16 USD.

Kiedy kapitał polubi euro?

W ostatnich dniach inwestorzy mają mieszane odczucia co do wspólnej waluty. Z jednej strony zawsze kiedy eskaluje sytuacja na Bliskim Wschodzie euro traci do dolara. Z drugiej strony jednak rynek dywaguje nad czerwcową podwyżką stóp procentowych przez EBC. Czy do niej dojdzie, dowiemy się za tydzień w czwartek. Jednak wczorajsze, pierwsze od 2,5 roku przekroczenie poziomu 3% inflacji konsumenckiej w strefie euro przybliża nas do jastrzębiego ruchu. W maju CPI to 3,2% r/r (poprzednio 3% r/r). W połączeniu z czerwcowym wzrostem cen ropy ten czynnik sprawia, że coraz więcej analityków skłania się ku tezie o konieczności działania ze strony europejskich decydentów. Zważając na fakt, że kurs EUR/USD od połowy maja wielokrotnie próbował pokonać wsparcie 1,16 USD (czyli poziom, przy którym ponownie się znajdujemy), najbliższa decyzja EBC wydaje się być bardzo istotna. Podwyżka potencjalnie wesprze unijną walutę, jednak jej brak przyczyni się do osłabienia, co może pogłębiać straty względem amerykańskiego dolara podczas ewentualnych doniesień o eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie w drugiej połowie miesiąca.

CPK przejmie część robót po problemach z tunelem podmiejskim w Łodzi

Spółka Centralny Port Komunikacyjny przejmie komorę przy dworcu Łódź Fabryczna, gdzie swój koniec mają dwa budowane tunele kolejowe w Łodzi. Pierwszy z nich to tunel podmiejski, który pobiegnie w kierunku drugiego łódzkiego dworca Łódź Kaliska i tunel przeznaczony dla Kolei Dużych Prędkości, którym pojadą szybkie pociągi do Wrocławia i Poznania.  Oba przedsięwzięcia w zachodniej części stacji Łódź Fabryczna są ze sobą ściśle powiązane technologicznie i wymagają skoordynowanej realizacji.

Podpisane porozumienie odpowiada na wyzwania związane z realizacją inwestycji. Po wstrzymaniu prac w komorze tunelu podmiejskiego oraz rozwiązaniu umowy z dotychczasowym wykonawcą spółka Centralny Port Komunikacyjny zadeklarowała gotowość przejęcia części robót konstrukcyjnych komory Fabrycznej PLK. Celem tego działania jest zapewnienie ciągłości prac oraz dotrzymanie harmonogramów budowy tunelu dalekobieżnego.

Zgodnie z ustaleniami, strona Port Polska zleci wykonanie przejętego zakresu prac swojemu wykonawcy w ramach tzw. zamówienia podobnego. PKP PLK pozostają odpowiedzialne za finansowanie tych robót.

Port Polska i PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. zawarły porozumienie przyspieszające budowę tuneli kolejowych w Łodzi Port Polska i PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. zawarły porozumienie przyspieszające budowę tuneli kolejowych w Łodzi

Porozumienie precyzuje podział odpowiedzialności między spółkami:

Spółka Centralny Port Komunikacyjny odpowiada za realizację przejętych robót konstrukcyjnych i nadzór inwestorski. PKP PLK zapewnia finansowanie prac, przekazanie dokumentacji projektowej oraz formalne przygotowanie inwestycji, a po zakończeniu robót przejmie gotowy obiekt.

Porozumienie jest kolejnym przykładem na dobrą współpracę między obiema spółkami, a przyjęte w nim rozwiązanie będzie wsparciem dla terminowego wykonana inwestycji i umożliwi kontynuowanie budowy obu tuneli w sposób skoordynowany. Jest to kluczowe dla zachowania spójności całego układu kolejowego w Łodzi oraz dla Kolei Dużych Prędkości.

Tunel dalekobieżny budowany w ramach inwestycji strategicznych Port Polska to kluczowy element magistrali kolejowej z Warszawy przez Łódź do Poznania i Wrocławia, która będzie przystosowana do prędkości 350 km/h. Podróż z Warszawy do Łodzi zajmie najszybszym pociągiem około 40 minut. Według aktualnych wyliczeń, najszybsze pociągi umożliwią pokonanie trasy z Warszawy do Wrocławia w 1 godz. 36 min, a podróż z Łodzi do Wrocławia powinna zając niecałą godzinę. W 2032 r. ma się zakończyć budowa trasy między Warszawą a Łodzią, a w 2035 r. powinny zostać oddane odcinki do Wrocławia i Poznania.

96 proc. firm z incydentem bezpieczeństwa. Rynek cyberochrony przechodzi w tryb proaktywny

Aż 96 proc. firm doświadczyło co najmniej jednego incydentu bezpieczeństwa w 2025 roku. To wzrost o 13 punktów procentowych w porównaniu do poprzedniego okresu[1]. Wykrycie udanych ataków nie zawsze jest proste – zlokalizowanie i opanowanie naruszenia bezpieczeństwa danych w różnych środowiskach IT zajmuje średnio 276 dni[2]. Rosnąca skala zagrożeń jest wyraźnym sygnałem dla organizacji: podstawowa ochrona przed atakiem to zdecydowanie mało. Nic więc dziwnego, że w tym roku aż 78 proc. firm planuje zwiększyć swoje nakłady finansowe na cyberbezpieczeństwo[3]. Wiele wskazuje na to, że inwestycje będą ukierunkowane przede wszystkim na kontrolę i zapobieganie ryzyku. Już teraz większość firm stawia na działania proaktywne – jedynie 21 proc. przeznacza swoje środki głównie na metody reaktywne, których celem jest naprawa błędów dopiero po wystąpieniu ataku lub awarii. Jak zadbać o skuteczną prewencję i ograniczyć ryzyko związane z rosnącym poziomem cyberzagrożeń?

Organizacje stawiają na proaktywność

Rosnąca skala cyberzagrożeń wpływa na podejście organizacji do strategii bezpieczeństwa IT. Najnowsze badania pokazują, że zgodnie z zasadą „lepiej zapobiegać niż leczyć” większość firm inwestuje swoje środki przede wszystkim w takie działania, jak obserwowalność IT, testy czy szkolenia. Aktualnie 56 proc. firm przeznacza większe środki na działania proaktywnie niż reaktywne[4]. Jak wyjaśnia Damian Traczuk, Inżynier ds. Observability w Linux Polska, inwestowanie w tego typu rozwiązania wskazuje na coraz większą świadomość firm w zakresie skutecznej ochrony ekosystemu IT przed zagrożeniami.

Wykorzystując metody proaktywne, organizacja nie ogranicza się do naprawy skutków awarii czy cyberataku, a podejmuje ruchy wyprzedzające, które pozwalają zapobiec tego typu zdarzeniom. Przykładem jest observability, czyli zdolność do określenia stanu wewnętrznego systemów na podstawie ich danych zewnętrznych. Mam na myśli wszystkie poziomy ekosystemów cyfrowych, w tym infrastrukturę sprzętowo-systemową, warstwę sieciową, aplikacje czy procesy biznesowe. Obserwacja IT wykracza poza standardowe monitorowanie problemów. Pozwala na identyfikację tendencji w działaniu systemów, co zwiększa świadomość operacyjną w zakresie tego, co może ulec kolejnym awariom i jak temu zapobiec. Przykładowo: anomalie w zakresie wartości metryk, czyli danych o kondycji i wydajności systemu, mogą być sygnałem zbliżającej się usterki. Dzięki tej informacji możliwe jest podjęcie działań prewencyjnych dodaje Damian Traczuk, Inżynier ds. Observability w Linux Polska.

Co skłania firmy do zwiększania środków na ograniczanie ryzyka?

Firmy stawiają na prewencję w zakresie cyberbezpieczeństwa z różnych przyczyn. U podstaw strategii ograniczania ryzyka stoją przede wszystkim cyberataki motywowane geopolitycznie, co potwierdza 64 proc. osób. Nie bez znaczenia jest również rosnący poziom dezinformacji (49 proc. odpowiedzi) czy konwergencja IT, czyli proces łączenia technologii w jeden spójny, zintegrowany ekosystem (42 proc.)[5]. Jak wyjaśnia Piotr Piętka, Solutions Architect w Linux Polska, ostatni z wymienionych czynników może być zaskakujący ze względu na fakt, że konwergencja jest jednym z głównych globalnych trendów.

Integracje systemów przynoszą wiele korzyści, z których główną jest automatyzacja przepływu danych pomiędzy aplikacjami a warstwą procesową. Dzięki temu firmy ograniczają ryzyko błędów manualnych, oszczędzają czas i pieniądze przeznaczane na żmudne zadania oraz mogą szybciej reagować na zmiany technologiczne i organizacyjne. Konwergencja IT wiąże się jednak z pewnym ryzykiem, wynikającym z tworzenia wysoce współzależnych środowisk. Taka złożoność zwiększa powierzchnię ataku, czyli sumę luk w zabezpieczeniach i punktów wejścia, które mogą zostać wykorzystane przez cyberprzestępców. Ponadto w rozbudowanych ekosystemach zdecydowanie trudniej jest wykrywać, analizować i usuwać awarie, a także zapobiegać im w przyszłości. Z tego powodu w procesie integracji tak istotne jest bezpieczeństwo IT, ze szczególnym uwzględnieniem obserwowalności (observability) systemów, która pozwala na identyfikowanie nawet najtrudniejszych do wychwycenia nieprawidłowości mówi Piotr Piętka, Solutions Architect w Linux Polska.

Nie wszystko da się przewidzieć

Ochrona przed cyberzagrożeniami nie jest standardem wszystkich firm. Co piąta z nich (21 proc.) nadal inwestuje więcej pieniędzy w działania i technologie reaktywne, czyli podejmuje działania dopiero po wystąpieniu incydentu[6]. Mowa między innymi o monitoringu IT, dzięki któremu organizacja jest na bieżąco informowana przy pomocy określonych metryk o tym, czy system działa, czy też doszło do jakiegoś niepożądanego zdarzenia. Informacja taka pozwala podjąć określoną akcję naprawczą. Jak wyjaśnia Marek Najmajer, Product Director w Linux Polska, reaktywne metody zapewnienia bezpieczeństwa IT są ważnym uzupełnieniem działań prewencyjnych.

Nie wszystkie problemy z ekosystemem IT da się przewidzieć. Przykładem są zagrożenia zero-day, czyli nieznane wcześniej luki w oprogramowaniu, które są wykorzystywane przez cyberprzestępców, zanim wykryje je zespół odpowiedzialny za bezpieczeństwo IT. Skala tego zjawiska jest dziś alarmująca: tylko w 2025 roku odnotowano 90 podatności zero-day wykorzystywanych w realnych cyberatakach, z czego niemal połowa uderzyła w systemy klasy enterprise[7]. Co więcej, każdego dnia powstają nowe typy ataków, a sztuczna inteligencja radykalnie przyspiesza ten proces, umożliwiając cyberprzestępcom automatyzację odkrywania podatności i błyskawiczne wdrażanie exploitów[8]. Właśnie dlatego samo monitorowanie IT, które informuje nas o tym, że coś się wydarzyło – nie wystarcza. Potrzebna jest też obserwowalność, pozwalająca zrozumieć, dlaczego do incydentu doszło i jak mu zapobiec w przyszłości. Umiejętność szybkiego reagowania na bieżące wyzwania oraz skutecznego wdrażania nowych procedur i polityk bezpieczeństwa IT w firmie po wystąpieniu incydentu są równie ważne, co podejście proaktywne. Oba te elementy strategii bezpieczeństwa wzajemnie się uzupełniają podsumowuje Marek Najmajer, Product Director w Linux Polska.

Podstawową różnicą między metodami proaktywnymi i reaktywnymi jest czas, w którym są stosowane. Pierwsze pozwalają ograniczyć ryzyko awarii systemu i cyberataku w przyszłości, drugie z kolei służą do szybkiej lokalizacji i naprawy błędów, które powstały po zdarzeniu. Organizacje nie powinny wybierać jednej opcji. Wręcz przeciwnie – to właśnie ich połączenie jest rozwiązaniem, które zapewnia najlepszą ochronę w całym ekosystemie IT.

[1] KPMG, Cyberodporność w erze zmian. Barometr cyberbezpieczeństwa

[2] IBM, Cost of a Data Breach Report 2025

[3] PwC, 2026 Global Digital Trust Insights,

[4] Jak wyżej.

[5] World Economic Forum, Global Cybersecurity Outlook 2026

[6] PwC, 2026 Global Digital Trust Insights

[7] Cybersecurity Dive, Nearly half of exploited zero-day flaws target enterprise-grade technology, March 6, 2026

[8] Google, GTIG AI Threat Tracker: Adversaries Leverage AI for Vulnerability Exploitation, Augmented Operations, and Initial Access, May 11, 2026

GeoScan sprawdzi działkę lub mieszkanie w minutę. Nowe narzędzie analizuje ponad 100 wskaźników nieruchomości

Zakup działki, mieszkania lub domu to decyzja, na którą wpływa znacznie więcej kwestii niż cena. Potencjalni nabywcy muszą wziąć pod uwagę szereg czynników – od ryzyk fizycznych (powodzie, osuwiska, podtopienia), przez hałas i ograniczony dostęp do infrastruktury publicznej, po obiekty uciążliwe znajdujące się w okolicy. Narzędziem umożliwiającym realizację całego procesu w sposób automatyczny jest portal GeoScan, który w niecałą minutę przeprowadza kompleksowy audyt dowolnej nieruchomości czy działki. Projekt otrzymał dofinansowanie z programu Fundusze Europejskie dla Polski Wschodniej, w ramach działania realizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP).

Powódź, która w 2024 r. nawiedziła Polskę, zniszczyła lub uszkodziła ponad 11 tys. budynków. Jedna z największych katastrof naturalnych we współczesnej historii kraju pokazała, jak istotna jest dokładna analiza różnych aspektów działki budowlanej lub nieruchomości przed dokonaniem jej zakupu. Prawdopodobieństwo wystąpienia podtopień, osuwisk czy dostępność placówek edukacyjnych oraz komunikacji publicznej to tylko niektóre z elementów mających wpływ na jakość codziennego funkcjonowania w danej lokalizacji i bezpieczeństwo samej inwestycji. Do tego dochodzą takie kwestie jak historyczne ceny nieruchomości w okolicy, objęcie miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego czy analiza sąsiedztwa. Czynników, które kupujący powinni uwzględnić, jest wiele i są one bardzo zróżnicowane.

Zdobycie wszystkich niezbędnych informacji jest procesem bardzo czasochłonnym i kosztownym. Oprócz samych danych kluczowa jest także ich poprawna interpretacja. Z pomocą potencjalnym nabywcom przychodzi GeoScan – portal umożliwiający błyskawiczną analizę ponad 100 wskaźników opartych o dane przestrzenne, satelitarne oraz instrumenty prawne.

Nie tylko natura

Opracowane przez zespół GeoScan narzędzie bazuje na informacjach pochodzących z ponad 50 źródeł danych, zarówno publicznych, jak i komercyjnych. Przeprowadzenie analizy jest niezwykle proste – po wpisaniu adresu lub identyfikatora działki na stronie internetowej GeoScan automatycznie tworzony jest pełny raport, który kompleksowo prezentuje czynniki mające istotny wpływ na funkcjonowanie w danej lokalizacji. Są to informacje dotyczące m.in. uwarunkowań przestrzennych oraz ryzyk środowiskowych, takich jak ukształtowanie terenu, ryzyko powodziowe lub osuwiskowe czy stan wód gruntowych. Użytkownik platformy może także dowiedzieć się, czy w okolicy znajdują się konkretne usługi publiczne – szkoła, placówka medyczna lub punkt odbioru paczek.

Istotnym z punktu widzenia osoby planującej inwestycję elementem jest też ocena okolicy. Służy temu przeprowadzana w ramach GeoScan analiza Miejscowych Planów Zagospodarowania Przestrzennego oraz weryfikacja istnienia tzw. obiektów uciążliwych – zakładów produkcyjnych, ferm zwierząt itp. Narzędzie umożliwia także porównanie parametrów analizowanych nieruchomości, usprawniając wybór tej, która najlepiej spełnia wymagania nabywcy.

– Wydarzenia sprzed dwóch lat pokazały, jak wiele nieruchomości powstaje w miejscach obarczonych dużym ryzykiem. Według danych z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego “Społeczno-gospodarcze skutki chaosu przestrzennego“ 7,9 mln Polaków mieszka na terenach zagrożonych powodzią lub podtopieniami. Jednocześnie weryfikacja każdego z czynników mających wpływ na inwestycję bywa procesem kosztownym, długotrwałym, a przez to dostępnym głównie dla większych inwestorów i deweloperów. Z tej właśnie idei – wyposażenia kupujących i mniejszych inwestorów w narzędzie, które umożliwi im przeprowadzenie kompleksowego audytu nieruchomości przed inwestycją w sposób intuicyjny, wiarygodny i szybki – powstał GeoScan – mówi Aleksander Łabuć, założyciel i CEO GeoScan.

Pomoc dla każdego

Dotychczas z usług GeoScan skorzystało ponad tysiąc użytkowników, a narzędzie przeprowadziło ponad 3 tys. analiz nieruchomości w różnych lokalizacjach na terenie całej Polski. Użytkownikami platformy są głównie osoby prywatne, chcące ocenić daną lokalizację przed podjęciem decyzji o np. zaciągnięciu kredytu na budowę domu lub wynajmie mieszkania. Jak wskazuje prezes spółki, GeoScan stanowi także wsparcie dla profesjonalistów działających na rynku nieruchomości, od pośredników i rzeczoznawców po inwestorów.

– GeoScan od początku stoi po stronie kupujących, obniżając asymetrię informacji na rynku nieruchomości między sprzedającymi a nabywcami. Klienci indywidualni, wybierający mieszkanie, dom lub działkę na własne potrzeby mieszkaniowe lub inwestycyjne, stanowią główną grupę docelową GeoScan. Z uwagi na fakt, że nasza technologia umożliwia błyskawiczną analizę uwarunkowań przestrzennych, formalnoprawnych, infrastrukturalnych i danych przestrzennych każdego typu nieruchomości, stanowi ona wartość także dla profesjonalistów rynku real estate, codziennie prowadzących liczne audyty nieruchomości w całym kraju – wskazuje Aleksander Łabuć.

Kosmiczne wsparcie

Zalążkiem projektu GeoScan było rozwiązanie, które założyciele firmy zaprezentowali podczas konkursu technologicznego branży kosmicznej w Europie – NASA Space Apps Challenge. Opracowany wówczas prototyp narzędzia do analizy dostępności usług i zagrożeń środowiskowych przyniósł zespołowi zwycięstwo i stał się ważnym impulsem do dalszego rozwoju projektu.

Firma jest także jednym z beneficjentów Platformy Startowej Wschodni Akcelerator Biznesu, w ramach której pozyskała wsparcie merytoryczne ze strony ekspertów oraz środki finansowe, które posłużyły do rozwoju wersji MVP produktu. Obecnie GeoScan jest wspierany także przez Europejską Agencję Kosmiczną.

– Zwycięstwo w hackathonie NASA dodało nam wiatru w żagle i było jednym z pierwszych potwierdzeń, że budujemy technologię rozwiązującą realny, palący problem rynkowy. Udostępnienie platformy użytkownikom to jednak dla nas dopiero początek drogi. Zbudowaliśmy solidny fundament technologiczny i analityczny, ale już teraz intensywnie pracujemy nad wdrożeniem kolejnych modułów dedykowanych także dla sektora B2B, rozbudową zakresu oferowanych usług oraz bazy użytkowników korzystających każdego dnia z analiz GeoScan – tłumaczy Aleksander Łabuć.

Polska administracja wciąż nie ufa biznesowi

Dyskusja nad podejściem polskiej administracji do sektora prywatnego toczy się od lat, a wnioski płynące z porównania naszej rzeczywistości z krajami „starej” Unii Europejskiej są wciąż gorzkie. W państwach o ugruntowanej gospodarce rynkowej relacje na linii urząd–biznes oparte są na znacznie głębszym partnerstwie. Tamtejsi urzędnicy doskonale rozumieją prostą zależność, prężnie działający biznes napędza rozwój kraju i generuje środki, którymi administracja może dysponować. W Polsce niestety wciąż dominuje atmosfera nieufności. Zamiast dialogu, często spotykamy się z podejrzliwością. Urzędnicy zastanawiają się, co przedsiębiorcy „znowu wykombinowali”, by wykorzystać państwo do własnych celów. Choć obserwujemy pewne zmiany mentalne idące w dobrym kierunku, przed nami wciąż długa droga.

– W naszym systemie zbyt łatwo rzuca się oskarżenia o sprzyjanie partykularnym interesom biznesowym. Gdy urzędnik wykazuje inicjatywę, natychmiast pojawiają się złośliwe pytania: „co z tego miał?” lub „o co tu chodzi?” – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Piotr Soroczyński, Główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Rzadko zakłada się, że motywacją mogła być po prostu chęć rozwoju polskiej gospodarki i powiększenia wspólnego „tortu” do podziału. Problem ten jest szczególnie widoczny przy wielkich inwestycjach finansowanych ze środków publicznych. Wiele krajów na świecie świadomie wykorzystuje takie mechanizmy, by budować potęgę swoich firm. Państwowe kontrakty są tam trampoliną, która pozwala przedsiębiorstwom nabrać siły, by następnie mogły one prowadzić skuteczną ekspansję zagraniczną, a zyski z nowych rynków transferować z powrotem do kraju. W Polsce duże przedsięwzięcia, na przykład infrastrukturalne, często od początku ustawiane są na parametrach „na styk”. W przetargach i umowach brakuje przestrzeni na to, by wykonawcy mogli się realnie rozwinąć czy zbudować kapitał na przyszłość. Nierzadko warunki są tak twarde, że firmy balansują na granicy opłacalności, a czasem wręcz dokładają do interesu. Taka polityka, zamiast kreować narodowych czempionów, podcina skrzydła rodzimemu biznesowi, odbierając mu szansę na globalną konkurencyjność – zaznaczył Piotr Soroczyński.

20 tys. zł za drobny błąd w SENT. Branża transportowa domaga się zmian

Nie ma tygodnia, by Zachodniopomorskie Stowarzyszenie Przewoźników Drogowych nie odbierało sygnałów o tym, że przedsiębiorcy karani są bardzo wysokimi mandatami w ramach konsekwencji nałożonych przez mechanizm SENT. Mowa o kwotach rzędu – 20 tysięcy złotych za każde niedopatrzenie. – Jeżeli przewoźnik drogowy świadomie łamie przepisy to należy mu się kara, a co jeżeli popełnił drobny błąd np. pisarski? Nie ma litości. Według Krajowej Administracji Skarbowej kara to jest kara. Zdarzają się sytuacje, że jeden przewoźnik dostaje nawet 60 tysięcy złotych kary za kilka „przewinień”, które nie mają charakteru intencjonalnego. Tak się nie da funkcjonować – mówi Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych.

Jak mówi prezes Dariusz Matulewicz system SENT jest nieustannie modyfikowany, a system kontroli zagęszcza się i staje dla przedsiębiorców poważnym problemem.

– System kontroli ma za zadanie dbać o przepisy prawa. Tutaj mamy ewidentnie system, którego zadaniem jest generowanie przychodu dla Skarbu Państwa i uderzanie w przedsiębiorców. W takim kształcie te przepisy to jest bat na przedsiębiorców i nie ma naszej zgody na to, by tak to funkcjonowało – mówi Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych.

System SENT jest ciągle poszerzany i według nowelizacji z marca obejmuje już transport odzieży i obuwia. Teleinformatyczny system monitorowania przewozu towarów wrażliwych utworzony przez Krajową Administrację Skarbową miał dotyczyć wąskiego grona produktów, a stał się systemem regulacji, który jest prawdziwym postrachem przedsiębiorców. Nie tylko nieuczciwych, ale także tych, którzy np. popełnią drobne błędy w raportowaniu. W opinii przewoźników drogowych system jest nastawiony na karanie, a jednostki publiczne nie chcą rozmawiać z przedsiębiorcami.

– Jedno słowo źle i przynajmniej 20 tysięcy złotych kary. Takie przypadki to niemal codzienność i wiele firm transportowych przyznaje, że system SENT dawno minął się już z założeniami. Przewoźnicy postrzegają zarówno przepisy jak i sposób procedowania jako nadużycie i kolejny sposób na ich dręczenie w celu uzyskania jak największych wpływów z kar.  Pomimo możliwości interpretacji przewinienia na korzyść przewoźnika nic takiego się nie wydarza, a argumenty budowania zaufania u obywateli czy nie nieproporcjonalność kary do przewinienia powodują tylko oddalania wniosków od przedsiębiorców – mówi Dariusz Matulewicz.

Dla sektora TSL, ale także dla sektora np. odzieżowego czy e-commerce ostatnie zmiany w systemie SENT są mnożeniem biurokracji, są niezgodne z ideą deregulacji, uderzają w przedsiębiorców i powinny zostać natychmiast zweryfikowane przez Ministerstwo Finansów.

Interwencję w tej sprawie przygotowała Rzecznik MŚP. Jako Zachodniopomorskie Stowarzyszenie Przewoźników Drogowych planujemy szerokie zaangażowanie w dyskusję na ten temat.

Zdolność kredytowa w dół, ceny mieszkań nadal barierą. Kupujący mają coraz mniejszy wybór

Maj przyniósł trzeci z rzędu spadek zdolności kredytowej – i to już we wszystkich modelowych gospodarstwach domowych. W efekcie w wielu miastach w ciągu jednego miesiąca tysiące mieszkań przestało być dostępnych na kieszeń kupujących. Tak wynika z analizy BIG DATA RynekPierwotny.pl i Rankomat.pl.

– To dobrze, że Rada Polityki Pieniężnej nie podwyższyła stóp procentowych. W sytuacji, gdy rynek mieszkaniowy wyraźnie traci impet, taka decyzja mogłaby jeszcze bardziej osłabić popyt na mieszkania. Tym bardziej że już dziś – bez żadnych zmian stóp – widzimy spadek zdolności kredytowej i szybkie kurczenie się dostępności mieszkań – mówi Marek Wielgo, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Spadek zdolności kredytowej objął wszystkich

Z najnowszej analizy Rankomat.pl obejmującej oferty dziesięciu banków wynika, że w maju zdolność kredytowa spadła trzeci miesiąc z rzędu – i to we wszystkich typach gospodarstw domowych.

Przeciętnie zarabiający singiel (ok. 6 tys. zł netto) mógł liczyć na ok. 420 tys. zł kredytu o przejściowo stałym oprocentowaniu, czyli o ok. 3 proc. mniej niż w kwietniu. W przypadku dwuosobowego gospodarstwa domowego (8 tys. zł netto) spadek był podobny – do ok. 543 tys. zł (-3 proc.). Najmocniej ucierpiały jednak rodziny z dzieckiem (10 tys. zł netto), których zdolność kredytowa skurczyła się aż o ok. 5 proc. – do ok. 641 tys. zł.Rankomat-BG RP-maj 2026-zdolność kredytowa

Kredyt znika, mieszkania znikają szybciej

Spadek zdolności kredytowej natychmiast przełożył się na gwałtowne kurczenie oferty mieszkań dostępnych na kieszeń kupujących – szczególnie w segmencie najmniejszych i najtańszych lokali.

Z danych BIG DATA RynekPierwotny.pl wynika, że w maju liczba mieszkań dostępnych dla singli spadła we wszystkich analizowanych metropoliach – i to często dwucyfrowo. W Łodzi oferta skurczyła się z ok. 5,5 tys. do ok. 5,2 tys. mieszkań (-5 proc.), w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii – z ok. 5,2 tys. do ok. 4,8 tys. (-8 proc.), a w Poznaniu – z ok. 1,9 tys. do ok. 1,7 tys. (-10 proc.). W Trójmieście liczba dostępnych lokali spadła z ok. 1,3 tys. do ok. 1,1 tys. (-13 proc.), we Wrocławiu – z ok. 1,3 tys. do ok. 1 tys. (-24 proc.), a w Warszawie – z ok. 0,9 tys. do ok. 0,7 tys. (-24 proc.). Najbardziej spektakularny spadek odnotowano w Krakowie – z ok. 0,4 tys. do ok. 0,3 tys. mieszkań, czyli aż o 26 proc. w ciągu jednego miesiąca.Rankomat-BG RP-maj 2026-oferta dla singli

Nieco lepiej wygląda sytuacja bezdzietnych par, ale również w tym segmencie dominują spadki liczby dostępnych mieszkań. W Łodzi oferta praktycznie się nie zmieniła (ok. 8,1 tys. mieszkań), natomiast w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii spadła z ok. 8,1 tys. do ok. 7,7 tys. (-5 proc.). W Poznaniu zmniejszyła się z ok. 4,1 tys. do ok. 3,9 tys. (-4 proc.), we Wrocławiu – z ok. 4,3 tys. do ok. 3,7 tys. (-13 proc.), a w Warszawie – z ok. 3,8 tys. do ok. 3,4 tys. (-10 proc.). W Krakowie liczba mieszkań spadła z ok. 3,3 tys. do ok. 2,8 tys. (-16 proc.), a w Trójmieście – z ok. 2,9 tys. do ok. 2,7 tys. (-6 proc.).Rankomat-BG RP-maj 2026-oferta dla par

Maj przyniósł także pogorszenie sytuacji rodzin z dzieckiem, które jeszcze miesiąc wcześniej jako jedyne zwiększały swoją zdolność kredytową. W miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii liczba mieszkań dostępnych dla tej grupy spadła z ok. 9,4 tys. do ok. 9,1 tys. (-3 proc.), podczas gdy w Łodzi utrzymała się na poziomie ok. 9,1 tys. W Warszawie oferta skurczyła się z ok. 7,2 tys. do ok. 6,5 tys. (-8 proc.), we Wrocławiu – z ok. 6,6 tys. do ok. 5,9 tys. (-11 proc.), a w Krakowie – z ok. 6,1 tys. do ok. 5,2 tys. (-14 proc.). W Poznaniu pozostała stabilna (ok. 5,6 tys.), natomiast w Trójmieście zmniejszyła się z ok. 4,3 tys. do ok. 4,0 tys. (-6 proc.).Rankomat-BG RP-maj 2026-oferta dla rodzin

Widać to najlepiej w liczbach – w ciągu jednego miesiąca z rynku w największych metropoliach „zniknęły” tysiące mieszkań dostępnych dla przeciętnie zarabiających gospodarstw domowych. Nawet relatywnie niewielkie pogorszenie zdolności kredytowej wystarczyło, by dostępność oferty gwałtownie się skurczyła.

Niepewność rośnie – i studzi popyt

Na pogarszającą się dostępność mieszkań nakłada się rosnąca niepewność gospodarstw domowych. Choć stopa bezrobocia pozostaje relatywnie niska (6,1% w marcu), to wyraźnie rośnie obawa o przyszłość rynku pracy. Z badania koniunktury konsumenckiej wynika, że ponad 45 proc. Polek i Polaków spodziewa się wzrostu bezrobocia w ciągu najbliższych 12 miesięcy, a 16 proc. prognozuje jego wyraźne nasilenie – to najwyższy poziom pesymizmu od 2023 r.

– W praktyce oznacza to, że nawet osoby posiadające dziś zdolność kredytową mogą odkładać decyzję o zakupie mieszkania. Obawy o stabilność zatrudnienia bezpośrednio przekładają się bowiem na skłonność do zaciągania długoterminowych zobowiązań – komentuje Marek Wielgo.

Tąpnięcie popytu kredytowego już widać

Pierwsze sygnały ochłodzenia popytu widać już w danych z rynku kredytowego. W kwietniu liczba osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy spadła z 63,3 tys. w marcu do 42,3 tys., czyli aż o jedną trzecią. Jednocześnie liczba faktycznie udzielonych kredytów nie tylko nie spadła, ale nawet nieznacznie wzrosła – z ok. 28,7 tys. do 29,1 tys.

Ten pozorny paradoks ma jednak proste wyjaśnienie. Kwiecień był jeszcze „rozliczeniem” silnego popytu z marca, w dużej mierze napędzanego refinansowaniami. Banki finalizowały wcześniej złożone wnioski, podczas gdy napływ nowych klientów wyraźnie osłabł.Rankomat-maj 2026-kredyty

– Prawdziwy obraz rynku zobaczymy dopiero w kolejnych miesiącach, gdy liczba udzielonych kredytów zacznie odzwierciedlać słabszy napływ nowych wniosków – mówi Marek Wielgo.

Co dalej ze sprzedażą mieszkań?

Ekspert portalu RynekPierwotny.pl zwraca uwagę, że dodatkowym źródłem niepewności pozostaje polityka pieniężna. Jeszcze niedawno rynek oczekiwał kolejnych cięć stóp procentowych, jednak sytuacja geopolityczna i ryzyka inflacyjne wyraźnie zmieniły te oczekiwania.

Majowy odczyt inflacji (3,1 proc. r/r) był wprawdzie niższy od prognoz, ale nie daje jednoznacznych przesłanek do dalszego luzowania polityki pieniężnej. Najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada stabilizację stóp procentowych, co oznacza brak szybkiej poprawy zdolności kredytowej.

– Dla rynku mieszkaniowego oznacza to przedłużenie stanu zawieszenia. Bez wyraźnej poprawy zdolności kredytowej trudno oczekiwać odbudowy dostępności mieszkań, a rosnąca niepewność może dodatkowo ograniczać popyt – podsumowuje Marek Wielgo.

Jego zdaniem wariant optymistyczny zakłada dziś utrzymanie sprzedaży mieszkań na poziomie zbliżonym do 2025 r. Mniej korzystne scenariusze przewidują jednak spadek sprzedaży rzędu kilku, a w skrajnym przypadku nawet kilkunastu procent.

Największy hotel w Polsce zmieni turystykę nad Bałtykiem? Branża patrzy na Pobierowo

Długi czerwcowy weekend według szacunków Północnej Izby Gospodarczej oraz oddziałów w Świnoujściu, Gryficach oraz Koszalinie, będzie cieszyć się dużym zainteresowaniem turystów. Obłożenie w niektórych hotelach sięga stu procent, ale eksperci przyznają, że wiele wyjazdów będzie trwać jeden lub dwa dni. – Czerwcówka jest ostatnim przystankiem przed wypoczynkiem wakacyjnym. Widzimy duże zainteresowanie wypoczynkiem nad Bałtykiem, choć niektórzy przyjeżdżają na chwilę, by nie narażać się na koszty i oszczędzać środki na wakacje – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Cała uwaga zwrócona na największy hotel w Polsce

Jak mówi Hanna Mojsiuk długi czerwcowy weekend jest ostatnim przystankiem przed wakacjami. Hotele są już gotowe na wysoki sezon, podobnie jak gastronomia czy sektor handlowy i rozrywkowy.

– W długi czerwcowy weekend wszystko tak naprawdę zależy od pogody. To jest preludium do sezonu wysokiego i spodziewam się nad morzem tysięcy turystów. Nie jest jednak tak, że wszyscy decydują się na dłuższe wyjazdy teraz, więcej jest turystów jednodniowych lub typowo city-breakowych. Nie należy się jednak na nich obrażać, bo takie krótkie wyjazdy też napędzają ruch w restauracjach, kawiarniach, barach czy w punktach handlowych – przyznaje Hanna Mojsiuk.

Wysokie zainteresowanie utrzyma się zapewne w Świnoujściu, Kołobrzegu i Międzyzdrojach. Oczy całej turystyki zachodniopomorskiej w tym sezonie zwrócone są jednak na Pobierowo.

– Cała turystyka patrzy z dużym zainteresowaniem na to, jaki wpływ na nasz region będzie mieć Hotel Gołębiewski. To jest gargantuiczny obiekt, przyciągający, wymagający pod każdym względem. Takie inwestycje cieszą, bo przyciągają turystów. Mamy jednak nadzieję, że będzie to faktor generujący nowych gości na Pomorzu Zachodnim, a niekoniecznie zabierający gości mniejszym obiektom. Z gospodarczego punktu widzenia patrzę na to miejsce z dużą nadzieją, ale wiem, że w turystyce dużo się mówi o „efekcie Gołębiewskiego”. I mówi się o tym zarówno w Polsce, jak i w Niemczech. Więc czerwiec będzie dla turystyki zachodniopomorskiej najciekawszym miesiącem od lat – mówi Hanna Mojsiuk.

Wysokie, choć nie rekordowe obłożenie

Długi weekend czerwcowy jest początkiem sezonu wysokiego. Bałtyk najwięcej turystów odwiedza w lipcu.

– Mamy wysokie obłożenie w długi weekend, ale widzimy, że goście rozbili  się na trzy długie weekendy, a niektórzy czekają już na wakacje. Mamy rezerwacje z Niemiec, z Czech, ale także ze Skandynawii. Oczywiście dominują Polacy i tak naprawdę zmiana proporcji będzie mieć miejsce dopiero w drugiej połowie sezonu. Klienci pytają o atrakcje kurortu, zauważamy, że to, co dzieje się w mieście i dookoła ma coraz większe znaczenie – przyznaje Grzegorz Dobosz, właściciel hotelu Hamilton.

– Świnoujście zachwyca. Mamy zieleń dookoła, wspaniały pas nadmorski, promy do Skandynawii, bliskość Szczecina, ale także bliskość stolicy Niemiec. Świnoujście ma potencjał zachwycający Europejczyków. Świnoujście rocznie odwiedza ponad 2,5 miliona turystów, co piastuje nadmorski kurort w czołówce miejsc wypoczynkowych nad polskim morzem. Parametry wzrostu turystycznego pozwalają na tezę, że niebawem Świnoujście może nawet wyprzedzić Sopot. Dla inwestorów to ważny wskaźnik pokazujący potencjał Pomorza Zachodniego – mówi Andrzej Spychalski, dyrektor obiektu Wave Świnoujście.

W 2025 roku z bazy noclegowej w kraju skorzystało 58,9 mln turystów, a cały sektor wygenerował 94 mld zł przychodów. Polska zajmuje drugie miejsce w Unii Europejskiej pod względem dynamiki wzrostu liczby udzielonych noclegów. Pomorze Zachodnie jest jednym z silniejszych regionów turystycznych w Polsce.

Błąd w Meta AI umożliwiał przejmowanie kont na Instagramie

W ostatnich tygodniach media zawładnęła informacja o błędzie w Meta AI, który pozwolił atakującym przejmować konta na Instagramie i innych usługach Meta. Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że to kolejny błąd „halucynującego” chatbota. W rzeczywistości problem był znacznie głębszy i dotyczył sposobu, w jaki AI została włączona w procesy odzyskiwania kont i autoryzacji – ostrzegają eksperci Check Point Research.

Meta przez dłuższy czas rozwijała systemy AI, które miały wspierać użytkowników w odzyskiwaniu kont, zgłaszaniu nadużyć czy resetowaniu haseł. W teorii miało to usprawnić proces i ograniczyć czas reakcji. Problem w tym, że AI nie była jedynie „asystentem”, a otrzymała realne uprawnienia operacyjne. Mogła inicjować działania, które normalnie wymagają silnej weryfikacji tożsamości, takie jak zmiana powiązanego adresu e-mail czy wysyłanie linków resetujących hasło.

To przesunęło chatbot z roli doradczej do wykonawczej, bez odpowiednio twardych mechanizmów kontroli – to był błąd, który ułatwił ataki cyberprzestępcze, uważają specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa z Check Point Research.

Jak doszło do przejęć kont?

Atakujący wykorzystali prostą, ale skuteczną ścieżkę: podawali nazwę użytkownika ofiary, używając VPN, aby dopasować lokalizację do „zaufanych” sygnałów systemu; manipulowali systemem analizy twarzy, by w końcu zmusić narzędzie do wykonania operacji zmiany danych odzyskiwania konta.

W efekcie AI inicjowała zmianę adresu e-mail i uruchamiała procedurę resetu hasła, umożliwiając przejęcie konta, w tym profili o dużej wartości rynkowej i rozpoznawalności.

Eksperci Check Pointa podkreślają, że sedno problemu nie leżało wyłącznie w podatności typu prompt injection. Kluczowy błąd architektoniczny polegał na tym, że AI miała dostęp do funkcji administracyjnych, brakowało twardych „checkpointów” uwierzytelniania, a decyzje systemu były oparte głównie na kontekście rozmowy, a nie niezależnej weryfikacji tożsamości. W praktyce oznaczało to, że jeśli użytkownik „brzmiał” przekonująco, system mógł wykonać krytyczne operacje.

Szerszy problem niż może się wydawać

Incydent wpisuje się w szerszy trend wdrażania tzw. agentów AI – systemów, które nie tylko odpowiadają na pytania, ale też wykonują różnego rodzaju akcje w imieniu użytkownika.

Kluczowym problemem niekoniecznie jest to, że AI zignorowała instrukcje lub została zmanipulowana przez sprytny komunikat. Wydaje się raczej, że AI była w stanie zainicjować lub ułatwić wrażliwe działania odzyskiwania kont bez wystarczającej, niezależnej weryfikacji. Innymi słowy, awaria bezpieczeństwa mogła dotyczyć samego procesu, a nie modelu – uważa Steve Giguere, główny rzecznik ds. bezpieczeństwa AI w Check Point.

To rodzi nowe ryzyka, bowiem może zostać zmanipulowana do wykonania nieautoryzowanych działań, a granica między pomocą a autoryzacją zaciera się. Jednocześnie klasyczne modele bezpieczeństwa (hasła, 2FA, sygnały urządzenia) mogą zostać ominięte, jeśli AI staje się „bramką” do systemu.

Sztuczna inteligencja nie musi być narażona na ataki, jeśli otrzyma uprawnienia wykraczające poza zabezpieczenia. W miarę jak organizacje wdrażają coraz więcej systemów agentowych, zespoły ds. bezpieczeństwa muszą oceniać nie tylko to, co sztuczna inteligencja potrafi powiedzieć, ale także to, co potrafi zrobić – dodaje ekspert Check Pointa.

Meta potwierdziła lukę i wdrożyła poprawki, zabezpieczając dotknięte konta. Incydent jednak wywołał szerszą debatę w branży o wykorzystanie AI w systemach bezpieczeństwa i projektowaniu „granic zaufania” dla agentów AI.