Globalne firmy farmaceutyczne osiągają coraz mniejszy zwrot z inwestycji w badania i rozwój

Badanie przeprowadzone przez Deloitte objęło dwanaście najważniejszych firm farmaceutycznych na świecie i wykazało, że średnie koszty związane z wprowadzeniem na rynek produktów leczniczych zwiększyły się z 830 mln dolarów w 2010 roku do 1,04 mld dolarów w 2011 roku. Jest to wzrost o ponad 25%. Średnia liczba preparatów w konkretnym koncernie będących w zaawansowanym stadium rozwoju spadła w tym czasie z 23 do 18. Dodatkowo, w ujęciu rok do roku wewnętrzna stopa zwrotu z inwestycji w badania i rozwój w firmach farmaceutycznych zmniejszyła się z 11,8% do 8,4%.Wg ekspertów Deloitte wynika to przede wszystkim z rosnących kosztów prac rozwojowych oraz konsekwencji przerywania procesu badawczego w końcowych etapach opracowywania leków.

„Obraz ten przedstawia rzeczywiste wyzwania produkcyjne stojące przed branżą, jednak są firmy, które osiągają sukcesy niezależnie od trendów globalnych. Niemal dwóm trzecim badanych firm udało się wypracować więcej zysków z komercjalizacji leku, niż wynosiły straty spowodowane niepowodzeniem produktu w zaawansowanym stadium rozwoju. Ponadto, w 12 badanych firmach, koszty niezwiązane z badaniami i rozwojem zmalały, podnosząc ich rentowność. Dzięki temu uwolnione zostały środki, które można zainwestować w dział R&D” – mówi Magdalena Burnat-Mikosz, Partner, Lider R&D and Government Incentives w Europie Środkowej w Deloitte.

Receptą na ograniczenie kosztów działów badań i rozwoju jest współpraca pomiędzy firmami farmaceutycznymi, która pozwoli na podzielenie się wiedzą zdobytą podczas badań prowadzonych w określonym zakresie. Innowacyjne podejście przejawiające się w ściślejszej współpracy już okazało się sukcesem. W niektórych przypadkach przestają istnieć tajemnice i rośnie liczba graczy branżowych tworzących sojusze i realizujących wspólne przedsięwzięcia, aby połączyć wiedzę. W przyszłości organizacje badawczo-rozwojowe będą się łączyć, aby uprościć procedury i dzielić się umiejętnościami, co przyczyni się do obniżenia kosztów. Wspólne modele rozwoju leków pozwolą uniknąć dublowania prac, zwiększyć wykorzystanie mocy oraz wykorzystać ekonomię skali wśród dostawców usług.

„Z perspektywy polskiego rynku należy zwrócić uwagę na niepewność lokalnych przedsiębiorców związaną z wprowadzoną ustawą refundacyjną i wynikającymi z niej obowiązkami. Niektóre z nowych regulacji mogą spowodować ograniczenie lokalnych wydatków na badania i rozwój. Z drugiej strony, otrzymujemy pozytywne sygnały z rynku lokalnego, gdzie polscy przedsiębiorcy inwestują istotne kwoty w rozwój nowych produktów. Prowadzone badania mają na celu przede wszystkim odkrycie nowych substancji w odpowiedzi na konkretne potrzeby rynku. Nie są one więc skierowane wyłącznie na odkrywanie nowych cząsteczek i szukaniu dla nich zastosowania” – dodaje Michał Kłos, Dyrektor w Zespole Doradztwa dla Sektora Farmaceutycznego i Ochrony Zdrowia w Deloitte.

Zdaniem ekspertów Deloitte, aby ograniczyć obciążenia finansowe związane z działami badań i rozwoju przedsiębiorstwa będą najprawdopodobniej otwierać specjalistyczne centra i zatrudniać w nich analityków posiadających umiejętności zarządzania finansami. Tacy specjaliści będą mogli racjonalnie podejmować decyzje o inwestycjach oraz o kontynuacji lub zaprzestaniu badań nad konkretnymi nowymi lekami.

Zmiany w zarządzie Infovide-Matrix SA

Z początkiem roku 2012 stanowisko prezesa zarządu Infovide-Matrix SA obejmie Borys Stokalski, współzałożyciel i jeden z głównych udziałowców spółki, prezes zarządu Infovide w latach 1997-2006, obecnie wiceprezes. Jan Maciejewicz – aktualnie prezes, złożył rezygnację z funkcji w zarządzie Infovide-Matrix z dniem 31 grudnia 2011 i zamierza kontynuować pracę na rzecz spółki jako członek rady nadzorczej. Nowa struktura władz związana jest z zakończeniem procesu transformacji Infovide-Matrix.

– W grudniu tego roku kończy się zasadnicza część transformacji firmy. Spółka została zreorganizowana, sprawnie działają zespoły branżowe i centra realizacyjne. Uruchomiliśmy i doskonalimy system motywacyjny, którego celem jest wsparcie rozwoju kompetencji w firmie. Moja misja w zarządzie spółki dobiega co prawda końca, zamierzam podjąć nowe zadania, ale nadal będę aktywnie wspierać firmę w jej rozwoju z poziomu rady nadzorczej i doradztwa.– mówi Jan Maciejewicz, prezes Infovide-Matrix.

– Przed nami kolejny wymagający rok. Dzięki wprowadzonym zmianom jesteśmy znacznie lepiej przygotowani, by sprostać oczekiwaniom naszych klientów i skutecznie rywalizować z konkurencją. W 2012 zamierzamy skupić się na rozwoju sprzedaży i oferty, konsekwentnym doskonaleniu jakości usług, oraz dalszej poprawie rentowności grupy kapitałowej. Dzięki organizacji skupionej na klientach, strategia i oferta spółki nabrała wyraźnie branżowego charakteru, i z pewnością utrzymamy ten kierunek rozwoju. Dla powodzenia planów spółki ważne jest też wsparcie udzielane przez członków Rady Nadzorczej aktywnie pracujących na rzecz rozwoju firmy. – dodaje Borys Stokalski, od stycznia 2012 nowy prezes spółki.

2011 rok dla rynku nieruchomości komercyjnych

Miniony rok był lepszy dla polskiego rynku nieruchomości komercyjnych niż 2010 r., a zwłaszcza kryzysowy 2009 r. Wzmożony ruch było widać w każdym z segmentów.

Ożywienie na rynku hotelowym, zwłaszcza w zakresie transakcji kupna obiektów hotelowych, wynikało ze zbliżającego się wielkimi krokami turnieju EURO 2012. Również w sektorze powierzchni magazynowo – przemysłowej zanotowano poprawę. Dzięki rosnącemu popytowi w tym segmencie już drugi rok z rzędu ma miejsce spadek odsetka pustostanów. Nadal jednak projekty spekulacyjne pozostają w mniejszości, a większość z powstających magazynów to obiekty typu built to suit – budowane w oparciu o zawarte transakcje i dostosowywane do indywidualnych potrzeb najemcy. Jeżeli chodzi o powierzchnię handlową, to w mijającym roku deweloperzy w większym stopniu zwrócili się w stronę średniej wielkości oraz mniejszych ośrodków miejskich, gdzie do tej pory występowało niskie nasycenie nowoczesną powierzchnią handlową.
2011 rok stał zdecydowanie pod znakiem ożywienia na rynku powierzchni biurowej.

Najbardziej widocznym jego przejawem był wzrost popytu ze strony najemców. W efekcie odnotowano wzrosty stawek najmu (Warszawa, Wrocław, Kraków), które mogą pozostać w trendzie wzrostowym również w 2012 r. Czynsze transakcyjne w stolicy oscylują wokół poziomu 24 – 25 euro/mkw. w centrum oraz około 15 euro w poza centralnych lokalizacjach. We Wrocławiu i Krakowie trzeba zapłacić 15 – 16 euro/mkw. Spośród największych miast regionalnych najtaniej jest w Łodzi, gdzie stawki mieszczą się w przedziale 11 – 13 euro/mkw.

Wraz ze wzrostem popytu, zwiększała się również i podaż, której przyrost był spotęgowany przez fakt, że zwłaszcza na stołecznym rynku widać lukę w ofercie wynikającą z mniejszej liczby nowych projektów rozpoczynanych w latach 2009 – 2010. Co więcej część dużych firm deweloperskich kojarzonych do tej pory wyłącznie z mieszkaniówką postanowiła spróbować swoich sił właśnie na rynku biurowym. Z jednej strony jest to spowodowane potrzebą dywersyfikacji działalności w niepewnych czasach, ale również wynika z chęci wykorzystania koniunktury w tym segmencie.

W całym kraju na etapie budowy znajduje się łącznie prawie 1 mln mkw. nowej powierzchni, z czego ponad połowa powstanie w Warszawie. Warto również dodać, że wolumen inwestycji w biurowce za 2011 r. przekroczy 800 mln euro podczas, gdy w zeszłym roku oscylował jeszcze wokół 580 milionów euro.

Całkiem niezłe, jak na bieżące warunki perspektywy wzrostu PKB sprawiają, że Polska jest obecnie często wybierana jako miejsce lokaty kapitału w nieruchomości, a zagraniczni inwestorzy instytucjonalni dominują na rodzimym rynku komercyjnym. Zgodnie z raportem przygotowanym przez NBP w 2010 roku wartość transakcji na krajowym rynku nieruchomości komercyjnych wyniosła 2 mld euro. Można się spodziewać, że wynik za 2011 r. okaże się lepszy i może dojść nawet do pułapu 2,5 mld euro. Oceniając perspektywy rozwoju rynku komercyjnego w 2012 r. należy jednak kierować się ostrożnym optymizmem, sytuacja będzie bowiem zależeć przede wszystkim od koniunktury gospodarczej zarówno w naszym kraju, jak i na świecie.

Rozwój energetyki światowej i polskiej w 2012 roku

Sektor energetyczny w Polsce może spodziewać się inwestycji na poziomie 25 mld Euro do 2020 r. – wskazują na to zamierzenia koncernów energetycznych. Jednak finansowanie niezbędnych projektów może napotkać trudności, związane z ryzykami natury politycznej, regulacyjnej i rynkowej. Eksperci Deloitte oceniają, że w najbliższych latach najważniejszymi wyzwaniami dla polskiego rynku będzie finansowanie nowych projektów energetycznych, ostateczne określenie ram funkcjonowania projektu jądrowego, scenariusze rozwoju rynku gazowego, rola gospodarek azjatyckich oraz aktywność na rynku fuzji i przejęć. Są to również kluczowe trendy na światowym rynku energetyczno-surowcowym podsumowane w Raporcie „Energy Predictions 2012” opracowanym przez ekspertów firmy doradczej Deloitte dla sektora energetycznego na świecie.

Jednym z najważniejszych trendów zarówno w gospodarce globalnej jak i w Polsce jest rosnące znaczenie gazu. Analizy oparte na światowych modelach rynku gazu pokazują, że średnia roczna stopa wzrostu popytu na gaz na świecie wyniesie 1,9% do 2030 r. W Unii Europejskiej będzie to wzrost na poziomie ok. 14% (do 2030 r.), natomiast w Polsce w tym okresie może być jeszcze wyższy – nawet do 37%. Pozycja Polski na regionalnej mapie energetycznej może się zmienić, a istotnym elementem tej przemiany będzie gaz. W związku z uruchomieniem gazociągu Nord Stream, Polska traci status znaczącego kraju tranzytowego dla rosyjskiego gazu.

Jednocześnie wyniki trwających obecnie badań nad złożami gazu łupkowego w naszym kraju mogą potencjalnie zmienić układ sił w tym regionie w długim okresie. Kluczowe znaczenie dla kontynuowania poszukiwań będą miały czytelne wytyczne w zakresie zasad przyznawania potencjalnych koncesji na wydobycie surowca. Niezależnie rośnie liczba projektów energetycznych opartych na gazie ziemnym, jednak wiele z nich pozostaje ciągle w fazie planowania. Zamknięcie projektów inwestycyjnych i pozyskanie finansowania będzie w dużej mierze zależne od dostępu do sieci gazowej, jego ceny i powiązanej z nim liberalizacji rynku gazu.

„Rynek fuzji i przejęć w sektorze energetycznym w Polsce w najbliższych 2-3 latach może być zdominowany przez dużych graczy i konsolidatorów. Strategie podmiotów międzynarodowych mogą skutkować restrukturyzacją portfeli (czytaj: kontynuacją wyprzedaży na rynku polskim) lub umacnianiem pozycji na rynku lokalnym. Jest tu miejsce dla graczy strategicznych jak i w większym niż kiedyś stopniu dla inwestorów finansowych: funduszy private equity i międzynarodowych funduszy infrastrukturalnych. Przedmiotem ich zainteresowania jest m.in. sektor energii odnawialnej oraz – w wybranych przypadkach – możliwości, które wciąż oferują procesy prywatyzacji. Większej niż dotychczas aktywności należy również spodziewać się ze strony dużych graczy w sektorze paliwowym poszukujących za granicą nowych możliwości w sektorze wydobywczym” – mówi Marcin Sieczyk, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego, Środkowoeuropejski Zespół Energii i Zasobów Deloitte.

Pomimo katastrofy w Fukushimie w marcu 2011 r. kraje Europy Środkowej podtrzymują zainteresowanie energetyką jądrową. W Polsce prace przygotowawcze budowy pierwszej elektrowni jądrowej przez PGE są zaawansowane: przeprowadzono wstępne analizy pre-feasibility study, wybrano trzy potencjalne lokalizacje, trwają prace doradców nad przygotowaniem przetargu na dostawcę technologii. Rozruch inwestycji planowany jest na lata 2020-2022. Jednakże przyszły sektor jądrowy stoi ciągle przed wieloma wyzwaniami. Do najważniejszych z nich należy ustalenie ostatecznej struktury prawnej i otoczenia regulacyjnego przedsięwzięcia, oraz zbudowanie odpowiednich zasobów określenie regulatora – Państwowej Agencji Atomistyki. Potrzebne są ramy prawne i organizacyjne, które zagwarantują najwyższą jakość prac i implementacji projektu. Nie mniej ważne, tym bardziej w czasach kryzysu jest kwestia finansowania projektu – w tym określenie możliwości i struktury wsparcia rządowego.

Według ekspertów Deloitte jednym z najważniejszych wyzwań stojących przed sektorem energetycznym w Polsce są możliwości pozyskania ich finansowania. Zamierzenia inwestycyjne kluczowych koncernów energetycznych do 2020 r. zakładają realizację inwestycji na ponad 25 mld Euro. Jednakże plany te muszą zostać skonfrontowane z niepewnością w zakresie wsparcia regulacyjnego, rosnącą awersją sektora bankowego do przyjmowania ryzyka politycznego, regulacyjnego i rynkowego w dużych projektach infrastrukturalnych.

„W polskim sektorze energetycznym konieczne są duże i kapitałochłonne inwestycje związane przede wszystkim z odbudową lub gruntowną modernizacją mocy wytwórczych oraz zdolności przesyłowych i dystrybucyjnych. Pozyskanie środków zewnętrznych na inwestycje w energetyce jest istotnym czynnikiem niepewności, m.in. z uwagi na ograniczone doświadczenia banków finansujących nowe inwestycje w energetyce w warunkach rynkowych. Byłoby cenne, aby na rynku pojawiły się instrumenty finansowe, których zapadalność odpowiadałaby horyzontowi działania aktywów energetycznych, tj. 20-25 lat zamiast 6-7 lat” – mówi Wojciech Hann, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego, Środkowoeuropejski Zespół Energii i Zasobów Deloitte.

Eksperci Deloitte zwracają również uwagę na rosnącą rolę Chin na rynku energetycznym. W Polsce jak i w Europie Środkowej (Rumunia, Czechy, Węgry) możemy spodziewać wzrostu aktywności chińskich inwestorów w ten sektor. Obecność chińskich koncernów energetycznych, takich jak Shanghai Electric, State Grid Corporation of China, Sepco, China Resources czy China Guodian może być czynnikiem wspomagającym realizację nowych inwestycji w Polsce. Inwestorzy Państwa Środka rozważają realizację nowych projektów inwestycyjnych, we współpracy z dużymi koncernami energetycznymi, jak również udziałem w transakcjach fuzji i przejęć.

Wojciech Rabiej Członkiem Zarządu Nordea PTE S.A.

W dniu 07.12.2011 Wojciech Rabiej został powołany na stanowisko Członka Zarządu Nordea Powszechnego Towarzystwa Emerytalnego S.A. Obejmie swoją funkcję z dniem uzyskania zezwolenia Komisji Nadzoru Finansowego.

Wojciech Rabiej jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie oraz ukończył studia podyplomowe w University of Manchester. Ma ponad 14-letnie doświadczenie na rynkach finansowych. Swoją karierę zawodową rozpoczął w Arthur Andersen, gdzie brał udział w projektach doradczych i audytowych dla czołowych towarzystw ubezpieczeniowych, banków, powszechnych towarzystw emerytalnych oraz instytucji państwowych. Był również członkiem zarządu Link4 TU S.A. oraz liderem projektu porównywarki ubezpieczeniowej rankomat.pl.

W Nordea Powszechnym Towarzystwie Emerytalnym S.A. Wojciech Rabiej będzie odpowiedzialny za rozwój e-biznesu.

Rynek pracy cudzoziemców – oczami pracodawców i pracowników

90 procent pracodawców uważa braki kadrowe na polskim rynku pracy za istotny problem, wpływający na decyzję o zatrudnieniu pracowników z zagranicy. W raporcie agencji EastWestLink „Rynek pracy cudzoziemców 2011” przedstawione zostały wyniki badania rynku pracy, przeprowadzonego przez analityków EWL na grupie polskich pracodawców zatrudniających obcokrajowców, jak i na zatrudnionych w Polsce cudzoziemcach.

Na przestrzeni ostatnich 3 lat zaobserwować można prawie dwukrotny wzrost liczby cudzoziemców zatrudnianych na terytorium RP. Badania przeprowadzone przez EastWestLink przygotowane zostały z myślą o miarodajnym odzwierciedleniu sytuacji na rynku pracy obcokrajowców w odniesieniu do głównych czynników świadczących o rosnącym zapotrzebowaniu na pracę. W oparciu o wyniki badań przedstawiono rozwiązania dla najważniejszych zagadnień, dotyczących relacji między polskimi pracodawcami, a zatrudnianymi przez nich cudzoziemcami. Bazując na wynikach badań, do kluczowych problemów, na które zwracają uwagę pracodawcy należą braki kadrowe na rynku pracy, a także niedostateczne kwalifikacje rekrutowanych pracowników.

W roku 2011 pogłębieniu uległ deficyt kadrowy, wynikający z lepszej niż to miało miejsce w latach 2009/2010 koniunktury gospodarczej, jak również z otwarcia nowego, chłonnego rynku pracy w Niemczech. Brak satysfakcjonujących ofert dla pracowników nie wpłynął pozytywnie na zainteresowanie ze strony polskich kandydatów, niechętnie podejmujących gorzej płatne i mniej atrakcyjne posady. Pracownicy z zagranicy, zwłaszcza z krajów Europy Wschodniej, stali się alternatywą, z której korzystać zaczyna coraz więcej pracodawców. Łatwiejsza procedura zatrudnienia, oparta o wnioski o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom bez konieczności uzyskania zezwolenia na pracę, umożliwia dużo szybszą legalizację pracy, niż w przypadku tradycyjnych zezwoleń. W branżach charakteryzujących się wysoką sezonowością, takich jak rolnictwo i budownictwo, pozwala to pracodawcom na łatwiejsze dostosowanie się do koniunktury, bez obawy o braki kadrowe na lokalnych rynkach pracy.

Biorąc pod uwagę dane prezentowane przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, w roku bieżącym liczba cudzoziemców zatrudnionych na terytorium RP może wzrosnąć o nawet 50% w stosunku do liczby z roku 2010. W pierwszej połowie 2011 Powiatowe Urzędy Pracy zarejestrowały 163 984 wnioski o zamiarze zatrudnienia cudzoziemca – w porównaniu do 119 tysięcy wniosków zarejestrowanych w pierwszej połowie 2010 roku to wzrost o około 40%. Zmiany w polskim prawie, wymuszone wprowadzeniem założeń dyrektywy sankcyjnej Unii Europejskiej, kładą z kolei większy nacisk na legalne zatrudnienie cudzoziemców w polskich firmach i powinny przyczynić się do zwiększonej liczby wniosków w ostatnich miesiącach roku.

W przeprowadzonych badaniach, na pytanie “Co było głównym powodem zatrudnienia cudzoziemca?” aż 90% pracodawców uznało braki kadrowe na rynku pracy za istotne, lub bardzo istotne. Ponad połowa (57%) uznała również oszczędności związane z zatrudnieniem obcokrajowców za czynnik istotny. Dużo mniejszą rolę w kształtowaniu popytu na pracę kadr z zagranicy mają, według pracodawców takie czynniki jak łatwiejsza procedura zatrudnienia, czy wysokie kwalifikacje pracownika. Pracodawcy zapytani o argumenty przemawiające za zatrudnianiem cudzoziemców zwracali przede wszystkim uwagę na niższy koszt pracy (aż 81% ankietowanych), a także na wysoką motywację pracowników (45%).
Pracodawcy zostali również poproszeni o podanie głównych, ich zdaniem, przeszkód występujących w procesie zatrudniania cudzoziemców. Zdecydowana większość wymieniła jako główny powód utrudnień problemy w komunikacji z nowymi pracownikami, wynikające z istniejącej bariery językowej (77% badanych). Ponadto, aż połowa badanych wymieniła brak kwalifikacji u nowych pracobiorców jako czynnik problematyczny.

Pomimo pewnego niezadowolenia pracodawców z wymiaru komplikacji prawnych i licznych formalności związanych z zatrudnieniem obcokrajowców (36% respondentów), Polska jest jednym z najbardziej liberalnych państw Unii Europejskich w kwestii polityki migracyjnej – kierunek jaki polskie państwo obiera (prezentowany w takich dokumentach, jak opublikowany w tym roku raport MSWiA „Polityka migracyjna Polski”), zakłada dalsze otwieranie się Polski na środowiska cudzoziemców, przy jednoczesnym dążeniu do ograniczenia zjawiska szarej strefy. Kluczowe dla powodzenia tych działań jest dalsze doprecyzowanie poszczególnych aspektów migracji, w szczególności kwestii legalizacji pracy i priorytetów w stosunku do branż, w których występuje największe zapotrzebowanie na pracę. Pewne aspekty polityki wizowej, zwłaszcza w przypadku wydawania wiz dla pracowników z krajów azjatyckich, również wymagają dopracowania.

Dla pracowników najistotniejszym powodem podjęcia pracy na terytorium RP są czynniki zarobkowe – aż 66% pracowników wymieniło je w kwestionariuszach. Kolejnym istotnym powodem wymienianym przez nich są sprawy prywatne, lub rodzinne, podobnie jak brak perspektyw w miejscu zamieszkania i idące za tym problemy ze znalezieniem pracy. Na Ukrainie stopa bezrobocia wynosi wg danych MOP (Międzynarodowej Organizacji Pracy) wynosi około 9%, jej faktyczny poziom jest prawdopodobnie jeszcze wyższy, wpływając tym samym na nastroje obywateli Ukrainy.

Wyniki badań wskazują na poprawę wizerunku imigrantów ze Wschodu pracujących w Polsce, którzy coraz rzadziej są postrzegani jako niebezpieczna konkurencja dla polskich pracowników. Znacznie więcej pojawia się opinii o cudzoziemcach, jako o alternatywie stanowiącej uzupełnienie braków kadrowych na polskim rynku pracy. Pracodawcy oceniają również wykonywaną przez obcokrajowców pracę na równi z wykonywaną przez polskich pracowników.

– „To bardzo pozytywny zwrot w ocenie cudzoziemców ze strony polskich pracodawców i jednocześnie znak, że polski rynek pracy dla pracowników z zagranicy nie osiągnął jeszcze nasycenia.” – mówi Andrzej Korkus, prezes EastWestLink. – „Z drugiej strony, nadal bardzo wiele zależy od polityki migracyjnej polskiego rządu, a także od ogólnej koniunktury gospodarczej. W zależności od tego, jak wiele z planowanych działań mających na celu ocieplenie klimatu dla polityki migracyjnej przyniesie skutek, możemy spodziewać się dalszego wzrostu napływu pracowników do Polski.”

Źródło: MPiPS, East West Link
Pełny raport można przeczytać na stronie ewl.com.pl (http://www.ewl.com.pl/pl/o-firmie/raporty/233-rynek-pracy-cudzoziemcow-2011-raport-ewl.html)

Futuris S.A. – prezes kupuje akcje spółki

Andrzej Woźniakowski, prezes zarządu notowanej na NewConnect spółki inwestycyjnej Futuris S.A. nabył 13.046.571 akcji swojej firmy stanowiących 7,12% w kapitale zakładowym oraz 6,94% w ogólnej liczbie głosów. Transakcja została zawarta w dniu 19 października po średniej cenie 0,09 zł za walor.

Zakup akcji nastąpił na podstawie umów cywilno-prawnych, poza rynkiem alternatywnym NewConnect. W wyniku wtorkowych transakcji, Andrzej Woźniakowski kontroluje pakiet stanowiący 11,66% w kapitale zakładowym i w ogólnej liczbie głosów na Walnym Zgromadzeniu Futuris S.A. Bezpośrednio oraz przez podmiot przez siebie kontrolowany – Willamette Enterprises Limited – posiada łącznie 21.371.571 akcji zwykłych na okaziciela.

– Futuris S.A. to spółka o dobrych perspektywach i ciekawym portfelu inwestycyjnym, a jej wycena z ostatnich tygodni jest nieadekwatnie niska w stosunku do jej wartości fundamentalnej i możliwości. Jestem pewien, że to najlepszy moment by zwiększyć zaangażowanie kapitałowe w spółce – powiedział Andrzej Woźniakowski, prezes zarządu Futuris S.A.

Agroma S.A. – rekordowe przychody spółki

Agroma S.A., notowana na New Connect, największa polska firma handlowo-produkcyjna, działająca na rynku urządzeń do pielęgnacji ogrodów, podała w raporcie miesięcznym wyniki za wrzesień 2011. Przychody Spółki ze sprzedaży wyniosły ponad 5 mln 830 tys. złotych i były wyższe o 602 procent w porównaniu z wrześniem 2010 (wtedy przychody wyniosły ponad 830 tys zł.). Marża brutto wyniosła 1 mln 384 tys. złotych, co oznacza wzrost o ponad 370 proc. w porównaniu do września 2010 (290 tys. zł).

„To szósty miesiąc z rzędu, który spółka zamyka znaczącym wzrostem przychodów i marży brutto, sięgającym kilkudziesięciu procent licząc rok do roku. We wrześniu pobiliśmy kolejny rekord – przychody były aż sześć razy wyższe niż rok temu. To efekt konsekwentnego realizowania naszej strategii biznesowej” – powiedział Piotr Staszewski, prezes zarządu Agroma S.A.
Realizując strategię Agroma m.in. rozbudowuje portfolio produktów, rozszerza współpracę z największymi sieciami handlowymi w Polsce, weszła także w perspektywiczny sektor OPP – produktów przeznaczonych dla bardzo szerokiej grupy mniej zaawansowanych użytkowników.

„Agroma dynamicznie rozwija oferty produktowe, zarówno dla klientów profesjonalnych, jak i gamę urządzeń do użytku codziennego. Śledzimy trendy rynkowe i dbamy, by nasza oferta odpowiadała potrzebom naszych klientów. Pomimo niepewnej sytuacji gospodarczej, rynek maszyn i urządzeń ogrodowych jest w okresie dynamicznego rozwoju. Dopiero uczymy naszych klientów stosowania rozwiązań, które na Zachodzie, np. w Niemczech czy Francji znane są od lat. W Polsce zaledwie od kilku lat właściciele terenów zielonych stosują np. rozdrabniacze i odśnieżarki” – wyjaśnia Piotr Staszewski.

We wrześniu Agroma rozpoczęła także realizowanie zamówień sprzętu na sezon jesienny. Dużą popularnością cieszą się oferowane przez Agromę rozdrabniarki do gałęzi, odkurzacze do liści, piły i pilarki oraz myjki ciśnieniowe. Do odbiorców dotarły także pierwsze odśnieżarki.

Ile kosztowały nas reklamy wyborcze?

Tegoroczne wydatki reklamowe wygenerowane podczas wyborów nie będą miały znaczącego wpływu na całkowity wzrost wartości tego rynku w 2011 roku. W opinii Equinox Polska tempo wzrostu rynku reklamowego w 2011 będzie stabilne i powinno wynieść ok. 4-5 proc. a jego wartość na koniec roku szacowana jest na poziomie 7 mld PLN.

Każda partia obrała inną strategię działania i alokowania środków w konkretne nośniki reklamy. W tegorocznej kampanii komitety wyborcze zainwestowały w większość dostępnych kanałów marketingowych. Ponad 14 mln PLN zainwestowano w telewizję, co stanowiło około 17 proc. całkowitych wydatków reklamowych podczas kampanii.

Ile to nas kosztowało?

Ze wstępnych szacunków Instytutu Badawczego AGB Nielsen Research wynika że tegoroczna kampania telewizyjna, cennikowo kosztowała partie ponad 14 mln PLN, co jest wynikiem o ponad 41 procent niższym niż 4 lata temu. 4 lata temu wydatki telewizyjne PO, PiS, PSL i SLD wyniosły ponad 23,8 mln zł.

Ciekawa jest struktura tych wydatków: PO zwiększyło wydatki tylko o 4 proc zamykając inwestycję na poziomie 6,6 mln zł. O ponad 50% mniej wydało na kampanię PiS (tylko 3,7 m zł). Przyczyną takiego spadku inwestycji był PSL, który zredukował swoje wydatki na telewizję aż o 97 proc z 5,1 mln zł do 162 000 zł i SLD, którego wydatki spadły z 4,6 mln zł na 3,5 mln zł. Najefektywniejszą kampanię prowadził Ruch Palikota, który alokowł w telewizji tylko 165 000 zł. W 2007 roku spoty telewizyjne lokowane były przede wszystkim w 4 głównych stacjach telewizyjnych. W tym roku trend się zmienił i 11 proc całościowego budżetu telewizyjnego trafiło do stacji tematycznych m.in. takich jak: TVN24, Polsat News, TVP Info.

Telewizja to – wg analityków Equinox Polska – główne medium partii politycznych służące dotarciu do wyborców. W 2007 roku alokowano w nim prawie 44 proc budżetów reklamowych. Kolejnym medium jest outdoor koncentrujące 33 proc wydatków oraz dzienniki – ponad 12 proc Radio i magazyny skupiają odpowiednio 8 i 2 procent inwestycji.

Ekstrapolując proporcje wydatków z roku 2007 na 2011 i zakładając inflacyjny wzrost kosztów mediów, można oceniać, że koszty tegorocznej kampanii zamknęły się kwotą 37,3 mln zł. Niebadane są wydatki w Internecie. Można zakładać, ze znacząca część wydatków przeznaczonych w 2007 roku na kampanie telewizyjne została przekierowana do tego medium.

Biorąc pod uwagę kilka motywów kampanii reklamowych można ocenić, że waga telewizji w tym roku była niedoreprezentowana, szczególnie w kampanii PiS (spadek z ponad 65,6 mln kontaktów w 2007 roku do 42,9 mln w tym roku).

Najefektywniejsza kampanię przeprowadziła partia RP, gdzie koszt dotarcia do 1000 wyborców wyniósł niewiele ponad 114 zł, na drugim miejscu PSL – 135 zł, trzecia pozycja należy do PiS – 976 zł, PO znalazła się na 4 lokacie z kosztem – 1177 zł, ostatnie miejsce należy do SLD z kosztem 2 991 zł.

Trend ten potwierdzają inne źródła. Polska Agencja Prasowa na początku października br. poinformowała, że całkowita wartość wydatków reklamowych wszystkich partii wyniosła nieco ponad 80 mln PLN w porównaniu do 112 mln PLN w 2007. Oznacza to, że partie polityczne w sumie wydały ok. 30 proc. mniej na prowadzenie kampanii wyborczych niż przed 4 laty. Przy założeniu 49 proc. frekwencji wyborczej, partie polityczne wydały średnio 4,5 zł na pozyskanie każdego wyborcy – szacują analitycy Equinox Polska.

Niemieckie landy szpiegują obywateli

W minioną sobotę niemiecki klub hakerów poinformował o wykryciu konia trojańskiego R2D2, wykorzystywanego do „uprawnionego przejmowania” danych osób podejrzanych o popełnienie przestępstwa. Wkrótce po tym pięć niemieckich krajów związkowych przyznało się do stosowania oprogramowania szpiegującego własnych obywateli

Hakerzy zrzeszeni w niemieckim Chaos Computer Club (CCC) w minioną sobotę zamieścili na swojej stronie wiadomość, która zelektryzowała nie tylko niemiecką opinię publiczną, ale i całą branżę antywirusową. Badacze-amatorzy wykryli konia trojańskiego R2D2, który według nich był wykorzystywany do pozyskiwania informacji pochodzących z komputerów niemieckich obywateli. – Nie mamy powodu, by nie wierzyć CCC – stwierdził na firmowym blogu Mikko Hypponen, szef działu badań F-Secure, firmy specjalizującej się w zabezpieczeniach systemów IT. Wkrótce potem badania laboratorium F-Secure ostatecznie potwierdziły podejrzenia o rządowym pochodzeniu trojana.

Co potrafi R2D2? Według członków CCC trojan, noszący imię sympatycznego robocika z Gwiezdnych Wojen, może nie tylko przeniknąć do komputera i – używając wbudowanego keyloggera, czyli programu śledzącego „aktywność” klawiatury – wykradać hasła z Firefoxa, Skype, MSN Messengera, ICQ oraz innych aplikacji, ale także tworzyć zrzuty z ekranu i nagrywać dźwięk, w tym rozmowy prowadzone przez Skype’a. Może także uruchomić kamerę lub mikrofon połączony z komputerem, by śledzić aktywność użytkownika. Co więcej, oprogramowanie automatycznie się aktualizuje, łącząc się z serwerami zlokalizowanymi w pobliżu Duesseldorfu.

To jednak nie koniec rewelacji. Z opublikowanej przez Chaos Computer Club dokumentacji wynika, że trojan R2D2 jest programem, w którym roi się od błędów, a zastosowane w nim rozwiązania dotyczące szyfrowania danych są bardzo niedoskonałe. W praktyce oznacza to, że R2D2 może być bez większego trudu wykorzystany przez osoby postronne, nie zaś jedynie instytucje rządowe. Jak twierdzi Constanze Kurz z Chaos Computer Club, z trojana R2D2 użytek może zrobić praktycznie każdy dowolny użytkownik Internetu. – Nie mamy wątpliwości, że to władze stworzyły tego trojana. Inaczej byśmy tego nie upublicznili – zapewniła Kurz w wywiadzie dla państwowej stacji radiowej NDR

Opinię tę podziela Mikko Hypponen, szef działu badań F-Secure i jeden z najbardziej cenionych na świecie ekspertów w dziedzinie bezpieczeństwa IT. – Nie mamy żadnego powodu, by wątpić w odkrycie CCC. Wyniki badań Chaos Computer Club od lat potwierdzają swoją wiarygodność – stwierdza. Po oświadczeniu CCC, firma F-Secure zdecydowała się dodać zabezpieczenia przed R2D2 do portfolio swoich produktów.

Podsłuch za dwa miliony euro

Wkrótce po tym laboratorium F-Secure potwierdziło doniesienia CCC o stworzeniu trojana przez niemieckie władze, odnajdując plik instalacyjny trojana w portalu VirusTotal. To portal, w którym internauci umieszczają próbki potencjalnie niebezpiecznych programów w celu ich weryfikacji przez fachowców z branży antywirusowej. Kolejnym ważnym tropem w poszukiwaniach rodowodu złośliwego programu okazała się wiadomość o tym, że jeden z komputerów zarażonych trojanem R2D2 został zainfekowany podczas kontroli celno-imigracyjnej na monachijskim lotnisku. Aplikacja okazała się… komercyjnym rozwiązaniem, zakupionym przez niemieckie Biuro Śledcze Służby Celnej z siedzibą w Kolonii. Według dokumentów udostępnionych na portalu WikiLeaks, rządowa agencja kupiła program od firmy DigiTask z heskiego miasta Haiger za… ponad dwa miliony euro.

Czy użytkownicy programów antywirusowych są bezpieczni? Według Seana Sullivana, głównego doradcy ds. bezpieczeństwa F-Secure, około połowa dostępnych na rynku produktów chroni swoich użytkowników przed trojanem R2D2. – Część produktów antywirusowych, takich jak nasz F-Secure Internet Security, zawiera dodatkowe zabezpieczenia, które neutralizują nawet nieznane wcześniej groźne programy. Instalator R2D2 zostałby zablokowany przez „chmurę” serwerów F-Secure, nawet gdyby uprzednio nie został dodany do naszej bazy znanych zagrożeń – wyjaśnia Sullivan.

O czym świadczy pojawienie się próbki instalatora trojana R2D2 na dostępnym dla wszystkich portalu VirusTotal? – Być może dla jego twórców był to jedyny dostępny sposób, aby zweryfikować jego skuteczność? A może ten fakt po prostu demaskuje ignorancję niemieckiego rządu i wynajętej przezeń firmy w odniesieniu do aktywności branży antywirusowej oraz tego, jak sprawnie użytkownicy Internetu potrafią współpracować z niezależnymi ekspertami, aby się chronić? – zastanawia się Sean Sullivan.

Landy biją się w piersi, minister wzywa do śledztwa

Bawaria, Badenia-Wirtembergia, Brandenburgia, Dolna Saksonia i Szlezwik-Holsztyn – tak aktualnie przedstawia się lista landów, które dotychczas potwierdziły stosowanie oprogramowania szpiegowskiego przeciw własnym mieszkańcom. Przedstawiciele poszczególnych ministerstw spraw wewnętrznych zastrzegli jednak, że trojan R2D2 wykorzystywany był w granicach prawa, tzn. wyłącznie w pojedynczych przypadkach i w celu dotarcia do sprawców ciężkich przestępstw, np. handlu narkotykami.

Ich wyjaśnienia nie przekonują jednak Sabine Leutheusser-Schnarrenberger, ministra sprawiedliwości w rządzie Angeli Merkel. – Nie możemy bagatelizować i ukrywać tej sprawy przed opinią publiczną. Każdy obywatel – zarówno w sferze prywatnej, jak i publicznej – musi być chroniony przed szpiegującymi mechanizmami stosowanymi przez władze – stwierdziła, wzywając rządy niemieckich landów do wspólnego śledztwa w tej sprawie. Jednocześnie odcięła się od oskarżeń, jakoby z wykrytego trojana korzystał federalny rząd.

Sprawa może okazać się jednak bardzo poważna. Wyrok niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego z 2008 roku dopuszcza nagrywanie rozmów prowadzonych przez Internet, ale wyłącznie po uzyskaniu nakazu sądowego. W związku z zaawansowanymi funkcjami trojana R2D2 może się okazać, że jego wykorzystywanie przez organy państwowe oznacza złamanie konstytucyjnych praw obywatelskich w Niemczech. Jak przypomina radio Deutsche Welle, „w kraju naznaczonym przez totalitarne reżimy – nazizm i komunizm – jest to bardzo poważne oskarżenie”.

Niemcy w jednym szeregu z dyktaturami

Trojan R2D2 nie jest pierwszym odkrytym komercyjnym programem do śledzenia obywateli przez władze. W marcu bieżącego roku, podczas rewolucji w Egipcie, w centrali sił bezpieczeństwa reżimu Hosniego Mubaraka protestujący odkryli dokumenty świadczące o chęci zakupu przez obalone władze programu FinFisher, działającego na podobnej zasadzie do R2D2 i także wyprodukowanego przez niemiecką firmę.

W 2001 roku kontrowersje natury etycznej wywołał trojan „Magic Lantern”, rzekomo wyprodukowany przez FBI lub Narodową Agencję Bezpieczeństwa USA w celu wykrywania działalności terrorystycznej. Niektórzy amerykańscy producenci programów antywirusowych zadeklarowali, że celowo zostawią dla niego otwartą furtkę. Kierownictwo F-Secure wydało wówczas oświadczenie, w którym zapewnialo, że firma będzie zabezpieczać swoich użytkowników przed jakimkolwiek szkodliwym oprogramowaniem niezależnie od źródła jego pochodzenia.

O stosowanie systemu inwigilacji własnych obywateli są także podejrzane władze Iranu. Według niepotwierdzonych informacji, irański rząd kupił infrastrukturę i oprogramowanie od fińsko-niemieckiego koncernu NokiaSiemens.