Polska potrzebuje nowego planu na państwo w czasach kryzysu demograficznego

Zamiast pytać, jak zwiększyć dzietność, powinniśmy zastanowić się, jak sprawić, by państwo, gospodarka i usługi publiczne mogły sprawnie funkcjonować w warunkach trwałego spadku liczby ludności.

Między rokiem 2024 a 2025 ludność Polski zmniejszyła się o 157 tys. osób – wynika z najnowszych danych GUS. To tak, jakby w ciągu 12 miesięcy zniknęły Opole i Sopot. Prognozy demograficzne nie pozostawiają złudzeń – z roku na rok będzie nas coraz mniej.

Na koniec 2025 r. liczba mieszkańców Polski wyniosła 37,3 mln, chociaż jeszcze dziesięć lat temu było nas blisko 38,5 mln. Oznacza to, że w ciągu dekady populacja naszego kraju skurczyła się o ponad 1,1 mln osób (o 3 proc.). Prognozy demograficzne wskazują, że w najbliższych dziesięcioleciach czeka nas jej dalsze zmniejszenie. Według przewidywań GUS, liczba mieszkańców Polski w 2060 r. może zmaleć do 28,4 mln. Jeszcze bardziej pesymistyczne są przewidywania ONZ, według których w 2100 r. populacja Polski może skurczyć się do 19,4 mln osób. Możemy zatem zapomnieć o kraju nad Wisłą liczącym 40 mln mieszkańców – niespełnionym marzeniu, które pozostanie poza naszym zasięgiem.

Główną przyczyną spadku populacji jest rekordowo niska liczba urodzeń. W poprzednim roku w naszym kraju na świat przyszło 238 tys. dzieci, a więc o ok. 14 tys. mniej niż w 2024 r. Tendencja ta jest konsekwencją niskiego współczynnika dzietności, czyli średniej liczby dzieci przypadających na jedną kobietę w wieku 15–49 lat. W ostatnich latach proces ten dodatkowo potęguje malejąca liczba kobiet w wieku rozrodczym, co stanowi efekt wchodzenia roczników niżu demograficznego w ten okres życia.

Według danych Eurostatu w 2024 r. współczynnik dzietności w Polsce wyniósł 1,14. Oznacza to, że w ciągu swojego życia statystyczna Polka rodzi tylko jedno dziecko. W Unii Europejskiej niższy współczynnik dzietności odnotowano tylko w trzech krajach: Malcie (1,01), Hiszpanii (1,10) i Litwie (1,11).

Współczynnik dzietności na poziomie 1,1 oznacza niewiarygodnie szybkie kurczenie się populacji, ponieważ pokolenie dzieci jest o połowę mniejsze od pokolenia rodziców. Skutkuje to istotnymi zmianami proporcji w strukturze ludności – maleje liczba osób młodych, rośnie natomiast udział osób starszych. W efekcie przyspiesza proces starzenia się społeczeństwa, dodatkowo potęgowany przez wydłużanie się przeciętnego trwania życia. Jednocześnie narasta presja na systemy zabezpieczenia społecznego, a także zwiększa się ryzyko ograniczenia dostępu do usług publicznych. Zmniejszenie liczby osób w wieku produkcyjnym bezpośrednio wpływa również na rynek pracy, osłabiając jego potencjał i moce wytwórcze.

Tylko współczynnik dzietności na poziomie 2,1 lub wyższym umożliwia zastępowanie pokoleń, dzięki czemu populacja pozostaje stabilna, a wyzwania demograficzne dla społeczeństwa i rynku pracy są łagodzone. Jednak w żadnym kraju Unii Europejskiej współczynnik dzietności nie osiąga tego progu. W 2024 r. najwyższy odnotowano w Bułgarii (1,72) i Francji (1,61), przy średniej ogólnoeuropejskiej na poziomie 1,34. Czy oznacza to, że problem depopulacji dotyczy wyłącznie Unii Europejskiej? Zdecydowanie nie.

Choć kryzys dzietności często kojarzony jest z Europą, dotyczy zdecydowanej większości świata. Według danych ONZ w 2023 r. globalny współczynnik dzietności wyniósł 2,25, przy czym wyłącznie w Afryce przekroczył poziom zapewniający zastępowalność pokoleń, osiągając wartość 4,07. W innych częściach świata jego średnia wartość kształtowała się od 1,40 w całej Europie, poprzez 1,60 w Ameryce Północnej i 1,64 w Australii, do 1,71 w Ameryce Południowej i 1,88 w Azji.

Prognozy ONZ pokazują, że światowa populacja będzie w przyszłości ulegać stopniowym przeobrażeniom. Do 2084 r. przewiduje się jej wzrost do poziomu około 10,3 mld osób, po czym zacznie stopniowo maleć. Przewiduje się, że w 2100 r. współczynnik dzietności na świecie wyniesie 1,84, przy czym w Afryce obniży się do 2,02, a w pozostałych częściach świata nadal będzie poniżej progu zastępowalności pokoleń.

Dane mówią wprost: spadek dzietności jest zjawiskiem globalnym, obserwowanym w większości regionów świata. Oznacza to, że mamy do czynienia nie z przejściowym kryzysem demograficznym, lecz z trwałą zmianą. Malejąca liczba urodzeń, prowadząca w konsekwencji do depopulacji oraz – w dalszej perspektywie – do zmniejszenia się liczby kobiet w wieku rozrodczym, nie jest wyłącznie problemem Polski czy Europy. Stanowi natomiast zjawisko kształtujące strukturę ludności całego globu.

We współczesnym świecie spadek dzietności wynika przede wszystkim ze zmian społecznych i kulturowych. Coraz więcej kobiet stawia na stabilizację finansową, rozwój zawodowy i większą autonomię w życiu prywatnym. Posiadanie licznej rodziny nie jest już nadrzędnym celem, jak w pokoleniu rodziców, a decyzja o macierzyństwie podejmowana jest później i częściej ogranicza się do jednego dziecka.

Depopulacja nie jest procesem neutralnym, lecz stanowi poważne wyzwanie dla funkcjonowania państwa. Spadek liczby ludności wpływa na kluczowe obszary życia społeczno-gospodarczego: rynek pracy, finanse publiczne, system ochrony zdrowia, opiekę długoterminową, edukację i system emerytalny. Zjawisko to prowadzi również do wyludniania się wsi i miasteczek, a w konsekwencji do ograniczenia dostępu mieszkańców do usług publicznych.

Skoro spadek dzietności jest zjawiskiem globalnym, mało prawdopodobne jest szybkie odwrócenie tej tendencji. Dlatego zamiast wielokrotnie stawianego pytania „jak zwiększyć dzietność?”, powinniśmy częściej kierować uwagę ku innej, bardziej zasadniczej kwestii: jak sprawić, by państwo, gospodarka i usługi publiczne mogły sprawnie funkcjonować w warunkach trwałego spadku liczby ludności? Od odpowiedzi na to pytanie zależeć będzie kondycja społeczna i gospodarcza Polski.

Autor: Paweł Janukowicz  jest doktorem nauk społecznych w dyscyplinie ekonomia i finanse, a także członkiem Towarzystwa Ekonomistów Polskich.

Faktoring w transporcie: jak przygotować dokumenty, żeby dostać finansowanie szybciej

W TSL od praktycznie zawsze dominują długie terminy płatności, presja kosztowa. Silna pozycja dużych kontrahentów sprawia, że nawet rentowne firmy mogą doświadczać problemów z płynnością. Powoduje to konieczność szukania narzędzi, które pozwalają skrócić cykl obrotu gotówki.

Faktoring przestaje być dziś produktem „ratunkowym”. Coraz częściej jest elementem strategii zarządzania finansami. Jednak aby rzeczywiście działał szybko – nawet w kilkanaście minut – kluczowe jest odpowiednie przygotowanie dokumentów. To właśnie ono decyduje o tym, czy przedsiębiorca otrzyma środki niemal natychmiast, czy będzie czekał na decyzję.

Specyfika faktoringu w branży transportowej

Transport to jedna z najbardziej wymagających branż pod kątem finansowania faktur. Wynika to z charakteru działalności – dużej liczby zleceń, pracy na niskich marżach oraz konieczności dokumentowania wykonania usługi w sposób jednoznaczny.

W przeciwieństwie do wielu innych sektorów, sama faktura nie wystarcza. Kluczowe znaczenie ma potwierdzenie, że usługa została rzeczywiście wykonana i zaakceptowana przez odbiorcę. To właśnie dlatego w rozwiązaniach takich jak faktoring dla transportu tak duży nacisk kładzie się na kompletność dokumentacji. Dobrze przygotowany zestaw dokumentów pozwala nie tylko przyspieszyć decyzję, ale także ograniczyć ryzyko zakwestionowania finansowania na późniejszym etapie.

Jak faktor analizuje Twoją fakturę

Wielu przedsiębiorców zakłada, że najważniejsza jest ich własna kondycja finansowa. Tymczasem w faktoringu kluczową rolę odgrywa kontrahent, czyli podmiot zobowiązany do zapłaty faktury. Proces analizy obejmuje zarówno weryfikację samego dokumentu, jak i ocenę wiarygodności płatnika. Sprawdzana jest poprawność danych, zgodność dokumentów oraz brak potencjalnych sporów. Równolegle analizowane są informacje dostępne w bazach gospodarczych i rejestrach, co pozwala ocenić ryzyko braku płatności. 

Im mniej niejasności i rozbieżności, tym szybciej zapada decyzja. Dobrze przygotowana dokumentacja skraca proces nawet kilkukrotnie.

Dokumentacja, która realnie przyspiesza finansowanie

Nie chodzi o to, by dostarczyć jak najwięcej dokumentów, ale by były one spójne, czytelne i jednoznaczne. Faktor oczekuje potwierdzenia całego procesu transakcyjnego – od zlecenia aż po realizację usługi.

Podstawą jest poprawnie wystawiona faktura, ale równie ważne są dokumenty towarzyszące, takie jak zlecenie transportowe czy list przewozowy. Kluczowe znaczenie ma ich zgodność – każda rozbieżność w kwotach, datach czy danych kontrahenta może wydłużyć proces.

Doświadczenie pokazuje, że przedsiębiorcy, którzy kompletują dokumenty już na etapie realizacji zlecenia, są w stanie uzyskać finansowanie niemal natychmiast po wystawieniu faktury. To właśnie ten model działania stoi za rosnącą popularnością rozwiązań takich jak mikrofaktoring.

Błędy, które spowalniają decyzję

Opóźnienia bardzo rzadko wynikają z samego ryzyka transakcji. Znacznie częściej są efektem drobnych niedopatrzeń, które jednak z perspektywy finansującego mają duże znaczenie.

Najczęstszym problemem są niespójności między dokumentami lub brak potwierdzenia wykonania usługi. Równie istotne są kwestie formalne, takie jak nieczytelne skany czy brak podpisów. W branży transportowej szczególnie problematyczne bywają także zapisy o zakazie cesji wierzytelności, które mogą uniemożliwić finansowanie mimo poprawnej faktury. 

To pokazuje, że szybkość finansowania zależy nie tylko od sytuacji firmy, ale także od jakości procesów operacyjnych.

Przygotowanie firmy do szybkiego faktoringu

Firmy, które regularnie korzystają z faktoringu, traktują go jako element codziennego zarządzania finansami. Oznacza to, że przygotowanie do finansowania zaczyna się już na etapie przyjmowania zlecenia. Kluczowe znaczenie ma uporządkowanie obiegu dokumentów oraz ich digitalizacja. Przedsiębiorcy, którzy wdrażają jednolite standardy dokumentacyjne i archiwizują dane na bieżąco, eliminują większość potencjalnych opóźnień.

Równie ważna jest świadoma współpraca z kontrahentami. Weryfikacja partnera biznesowego przed rozpoczęciem współpracy pozwala uniknąć sytuacji, w których faktura – mimo poprawności – nie zostanie sfinansowana ze względu na wysokie ryzyko płatnika.

Właśnie w tym obszarze przewagę zyskują rozwiązania takie jak Finea, które łączą finansowanie z analizą ryzyka i wsparciem operacyjnym.

Znaczenie kontrahenta w procesie finansowania

Jednym z największych paradoksów faktoringu jest to, że o finansowaniu często decyduje nie wystawca faktury, lecz jej odbiorca. Z perspektywy faktora to właśnie kontrahent jest źródłem spłaty finansowania. Dlatego jego wiarygodność, historia płatności oraz sytuacja finansowa mają kluczowe znaczenie. Współpraca z dużymi, stabilnymi podmiotami zwiększa szanse na szybkie uzyskanie środków – nawet w przypadku młodych firm. 

To także jeden z powodów, dla których faktoring jest szczególnie popularny w relacjach między małymi przewoźnikami a dużymi zleceniodawcami.

Jak mądrze wybierać ofertę faktoringową

Choć cena usługi jest ważna, znacznie większe znaczenie ma efektywność procesu. Dla firm transportowych kluczowe jest to, jak szybko otrzymają środki i jak skomplikowany będzie proces obsługi. Dlatego przy wyborze warto zwrócić uwagę na czas decyzji, zakres wymaganej dokumentacji oraz dostępność narzędzi online. Pomocne mogą być zestawienia rynkowe, takie jak ranking faktoringu, jednak ostateczna decyzja powinna uwzględniać specyfikę działalności i model operacyjny firmy.

Faktoring jako element strategii rozwoju

W obecnych realiach rynkowych faktoring coraz częściej staje się narzędziem umożliwiającym rozwój, a nie tylko utrzymanie płynności. Pozwala firmom przyjmować więcej zleceń, lepiej zarządzać kosztami i unikać napięć finansowych. Jest to szczególnie istotne w kontekście wyzwań stojących przed branżą TSL – rosnących kosztów pracy, presji inwestycyjnej oraz konieczności modernizacji i cyfryzacji działalności. 

Firmy, które potrafią skutecznie zarządzać przepływami pieniężnymi, zyskują realną przewagę konkurencyjną.

Coface: średni termin płatności w Polsce wzrósł do 54,1 dnia

Choć w 2025 roku 64% ankietowanych firm doświadczyło opóźnień w płatnościach, to średni termin płatności wydłużył się z 46,2 dnia w 2024 roku do 54,1 dnia. To wnioski płynące z 10. edycji badania płatności przeprowadzonego w styczniu 2026 roku przez firmę Coface, w którym udział wzięło 326 polskich firm. Skąd biorą się te – pozorne – sprzeczności, w jakich branżach sytuacja związana z płatnościami była najtrudniejsza i z jakimi nastrojami przedsiębiorcy patrzą w przyszłość?

Wzrost poziomu PKB w Polsce wyniósł w 2025 roku 3,6%. Nasza gospodarka pozostawała jedną z najszybciej rozwijających się dużych gospodarek w Europie. Silny popyt krajowy nadal wspierał ogólny wzrost gospodarczy – nawet pomimo słabszej kondycji Niemiec, czyli głównego partnera handlowego Polski. Ponadto, w związku z poprawą warunków makroekonomicznych, Coface podniósł ocenę ryzyka dla Polski do poziomu A3, co wskazuje na bardziej stabilne i korzystne warunki dla prowadzenia działalności. Jednocześnie w 2025 roku wiele firm wciąż zmagało się z licznymi problemami, takimi jak presja na marże spowodowana szybkim wzrostem jednostkowych kosztów pracy oraz podwyższonymi stopami procentowymi. Nie bez znaczenia dla polskich przedsiębiorstw pozostawała również konkurencja ze strony chińskich firm, które zalały rynek europejski. To właśnie te czynniki miały znaczący wpływ na zachowania płatnicze w 2025 roku.

Terminy płatności coraz bardziej elastyczne

W 2025 roku krótkie terminy płatności, czyli te poniżej 30 dni, nadal pozostawały dominującą praktyką – stosowało je 35% badanych firm. Jednak coraz więcej przedsiębiorstw oczekiwało wydłużenia czasu spłaty. Średni termin płatności wyniósł w 2025 roku 54,1 dnia – to pierwszy tak wysoki wynik w historii badania Coface Payment Survey. Oznacza to, że polskie firmy charakteryzuje bardzo dobra płynność finansowa.

– Podobny trend obserwujemy w Niemczech – mówi dr Mateusz Dadej, Główny Ekonomista Coface w Polsce i Regionie Europy Środkowo-Wschodniej. – Biorąc pod uwagę silne powiązania handlowe między gospodarką polską i niemiecką, można oczekiwać, że zachowania płatnicze na obu rynkach będą na siebie wzajemnie oddziaływać. W efekcie nie dziwi, że „praktyka rynkowa” stała się najczęściej wybieranym powodem oferowania dłuższych terminów płatności – wskazało ją 29% respondentów wobec 20% w poprzedniej edycji badania. Jednocześnie „konkurencja rynkowa” przestała należeć do głównych czynników wpływających na decyzje dotyczące terminów płatności – dodaje ekspert.

Najdłuższe terminy płatności byli skłonni oferować przedsiębiorcy z branży metali (72 dni), ICT (63 dni) i budownictwa (59 dni). Z kolei dwie branże: tekstylno-odzieżowa (45 dni) i transportowa (55 dni) skróciły swoje terminy płatności w porównaniu z rokiem 2024.

Opóźnienia w płatnościach

Eksperci z firmy Coface wskazują na pogorszenie się dyscypliny płatniczej. Oznacza to, że pomimo wydłużenia oferowanych terminów płatności, odsetek firm, które zetknęły się z opóźnieniami wyniósł 64%. Z kolei średni okres opóźnień to 53 dni. Jest to najwyższy poziom od 2021 roku, kiedy średnie opóźnienie wyniosło 56 dni.

Dlaczego opóźnienia w płatnościach są większe, pomimo wyraźnego postępu gospodarczego? Powodem są rosnące z roku na rok wynagrodzenia. Przewyższają one wzrost produktywności i wywierają presję na marże oraz ogólną kondycję finansową polskich firm. Badanie Coface pokazuje, że największe opóźnienia wystąpiły w sektorze metali (65 dni), rolno-spożywczym (62 dni) oraz w budownictwie (59 dni).

Konkurencja z Chin a zwyczaje płatnicze polskich firm

Import z Chin do Polski wzrósł w 2025 roku o 11,4%, podczas gdy eksport z Polski do Chin spadł o 7,5%. Dla polskich przedsiębiorstw rosnąca konkurencja ze strony chińskich firm oznacza najczęściej spadek marż, a co za tym idzie – rosnące ograniczenia płynnościowe, na które biznesy często reagują, wydłużając okres regulowania zobowiązań. Jak pokazuje badanie, już co druga firma w Polsce zauważa rosnącą obecność chińskich konkurentów na swoich rynkach, a wśród polskich eksporterów odsetek ten sięga 57%. Konsekwencją rosnącej liczby chińskich firm na europejskim rynku jest również osłabienie mniej efektywnych polskich podmiotów, które z czasem mogą mieć problemy z płynnością finansową.

– Wyniki tegorocznego badania, w którym po raz pierwszy zawarliśmy pytania dotyczące konkurencji ze strony chińskich firm, pokazują, że wiele polskich przedsiębiorstw doświadcza presji z tym związanej – mówi dr Mateusz Dadej. – Warto jednak podkreślić, że skala tej presji różni się w zależności od sektora, a niektóre branże pozostają na nią odporne. Trend „China Shock 2.0” może się jednak nasilać, zwłaszcza w kontekście utrzymującej się nadpodaży w chińskiej gospodarce – wyjaśnia.

Normalizacja ryzyk i rosnący optymizm

Choć polscy przedsiębiorcy z optymizmem patrzą w przyszłość – 48% badanych firm oczekuje poprawy swojej aktywności – to dostrzegają również problemy, które mogą negatywnie wpływać na ich działalność.

– Nasilająca się konkurencja stała się najważniejszą barierą dla działalności gospodarczej – wskazała ją niemal połowa badanych firm. To wzrost względem poprzedniej edycji badania i sygnał rosnącej presji cenowej oraz nasycenia rynku – mówi dr Mateusz Dadej. – Jednocześnie zmniejszyło się postrzeganie niepewności krajowej. Obecnie 34% firm uznaje ją za barierę, podczas gdy w 2024 roku było to 43% przedsiębiorstw. Po latach silnej zmienności makroekonomicznej związanej z pandemią COVID-19 i kryzysem energetycznym firmy zdają się stopniowo doświadczać normalizacji warunków prowadzenia działalności. Marginalną rolę odgrywają także czynniki geopolityczne, czego przyczyna może leżeć w niewielkiej ekspozycji polskich firm na handel ze Stanami Zjednoczonymi – podsumowuje ekspert.

Wyższy poziom optymizmu polskich przedsiębiorstw wydaje się być uzasadniony. Firma Coface już dziś prognozuje, że wzrost PKB Polski przyśpieszy w 2026 roku do 3,8%. Będzie on wspierany przez opóźnioną absorpcję środków unijnych, łagodniejsze warunki monetarne i sprzyjające otoczenie zewnętrzne. Warto jednak dodać, że badanie przeprowadzono jeszcze przed eskalacją konfliktu między Iranem a Stanami Zjednoczonymi, który może mieć wpływ na obecne oczekiwania i obawy przedsiębiorstw.

FCC blokuje nowe routery spoza USA. Skutki mogą być globalne

Federalna Komisja Łączności (FCC) zakazała wprowadzania na rynek nowych routerów produkowanych poza USA. Decyzja wywołała bezprecedensowe poruszenie w branży technologicznej. Eksperci nie mają wątpliwości: to ruch, który może na lata zmienić sposób myślenia o bezpieczeństwie infrastruktury cyfrowej – także w Europie i Polsce.

Zakaz obejmuje praktycznie wszystkie nowe urządzenia, w których jakikolwiek etap produkcji – od projektowania po montaż – odbywa się poza Stanami Zjednoczonymi. W praktyce oznacza to, że niemal każdy router dostępny dziś na rynku amerykańskim podlega nowym ograniczeniom. FCC uznała, że urządzenia te mogą stanowić „niedopuszczalne ryzyko” dla bezpieczeństwa narodowego.

Decyzja FCC odzwierciedla szerszy problem, który branża obserwuje od lat – routery i urządzenia brzegowe stały się jednym z najbardziej atrakcyjnych i jednocześnie najsłabiej monitorowanych punktów wejścia dla cyberataków – mówi Sergey Shykevich z firmy Check Point Software Technologies. – To nie jest kwestia jednego kraju czy producenta. Chodzi o ograniczenie ryzyka systemowego i poprawę standardów bezpieczeństwa w całym łańcuchu dostaw – dodaje ekspert.

Choć regulacja nie obejmuje modeli już dopuszczonych do sprzedaży, jej skutki są dalekosiężne. Firmy mogą nadal sprzedawać istniejące urządzenia, ale nie mogą wprowadzać nowych bez uzyskania specjalnej zgody. W efekcie – jak podkreślają analitycy – rynek został de facto „zamrożony”, a producenci próbują dostosować swoje łańcuchy dostaw do nowych wymogów.

Globalne łańcuchy dostaw pod lupą

Decyzja FCC obnażyła skalę globalizacji produkcji sprzętu sieciowego. Nawet firmy uznawane za amerykańskie, jak Netgear, produkują swoje urządzenia w Azji – m.in. w Wietnamie, Tajlandii czy na Tajwanie. Wyjątkiem jest Starlink, który według deklaracji produkuje swoje najnowsze routery w Teksasie. To pokazuje, jak trudne – a być może nierealne – jest całkowite „uniezależnienie” się od globalnych łańcuchów dostaw w branży technologicznej.

Sygnał dla Europy i Polski?

Choć decyzja dotyczy rynku amerykańskiego, jej konsekwencje mogą być globalne. Europa – podobnie jak USA – coraz większą wagę przywiązuje do bezpieczeństwa infrastruktury cyfrowej i kontroli nad łańcuchami dostaw. W Polsce, po koniec 2024 roku, rząd podjął szereg działań zmierzających do ograniczenia lub wyeliminowania sprzętu IT chińskich firm z infrastruktury krytycznej oraz zamówień publicznych, argumentując to względami bezpieczeństwa narodowego. W Unii, TSUE podjął w 2022 roku uchwały z których wynika, że wykonawcy z państw trzecich nie mogą ubiegać się o dostęp do zamówień publicznych na wspólnym rynku na takich samych zasadach jak wykonawcy z Unii Europejskiej, a także państwa będące stroną umowy GPA (takie jak Liechtenstein, Norwegia, Kanada, Tajwan, USA, Islandia, Singapur oraz Izrael).

Bezpieczeństwo dziś kontra ryzyko jutra

Największe kontrowersje budzi jednak nie sam zakaz, lecz jego konsekwencje dla użytkowników. Zgodnie z komunikatem FCC producenci będą mogli dostarczać aktualizacje oprogramowania „co najmniej do 1 marca 2027 roku”. Po tym terminie wiele urządzeń może zostać pozbawionych wsparcia bezpieczeństwa. To rodzi poważne pytania o sens regulacji. Routery – kluczowe elementy domowych i firmowych sieci – bez regularnych aktualizacji stają się łatwym celem dla cyberprzestępców. Eksperci ostrzegają, że decyzja, która miała zwiększyć bezpieczeństwo, może paradoksalnie je osłabić.

Jeśli ograniczamy dostęp do aktualizacji bezpieczeństwa, to w rzeczywistości pogarszamy sytuację, a nie ją poprawiamy – wskazują przedstawiciele organizacji zajmujących się ochroną prywatności. W tej sytuacji analitycy rynku rekomendują ostrożność. Zakup nowego routera dziś może oznaczać, że za rok urządzenie nie będzie już otrzymywać poprawek bezpieczeństwa. Sytuacja jest tym bardziej skomplikowana, że wciąż nie wiadomo, które firmy otrzymają wyjątki od zakazu. Więcej szczegółów ma pojawić się w najbliższych miesiącach.

AI zwiększa presję na edukację pracowników w obszarze cyberbezpieczeństwa

Blisko dziewięć na dziesięć firm przyznaje, że rozwój AI zwiększył wśród pracowników świadomość znaczenia bezpieczeństwa cyfrowego. Równocześnie tylko około 40 proc. przedsiębiorstw uważa, że ich personel jest faktycznie przygotowany na ataki wykorzystujące sztuczną inteligencję. W odpowiedzi firmy coraz częściej traktują szkolenia z cyberbezpieczeństwa jako realne narzędzie ograniczania cyber ryzyka, a nie wyłącznie formalny wymóg wynikający z regulacji prawnych. Według raportu Fortinet „Security Awareness and Training Global 2025” aż 88 proc. firm prowadzi programy edukacyjne dopasowane do różnych grup pracowników.

Najczęstszym impulsem do rozwijania programów szkoleniowych wciąż pozostają zagrożenia zewnętrzne. 41 proc. firm wskazuje, że do inwestycji w edukację pracowników skłoniły je wcześniejsze incydenty bezpieczeństwa, naruszenia danych lub głośne ataki w branży. Jednocześnie szybko rośnie świadomość zagrożeń wewnętrznych. Już 27 proc. przedsiębiorstw deklaruje, że wdrożyło szkolenia z zakresu cyberbezpieczeństwa z myślą o ograniczeniu ryzyk  występujących wewnątrz firmy, takich jak przesłanie poufnych danych na niewłaściwy adres mailowy lub niezidentyfikowanie phishingu. W ubiegłym roku szkolenia tego typu deklarowało jedynie ok. 4 proc. respondentów.

To ponad sześciokrotny wzrost rok do roku, który pokazuje, że zrozumienie roli zagrożeń wewnętrznych dla funkcjonowania biznesu rośnie gwałtownie. Zwłaszcza w kontekście rosnącej popularności narzędzi bazujących na sztucznej inteligencji, jakich pracownicy używają na co dzień. Brak jasnych zasad ich stosowania może zwiększać ryzyko niekontrolowanego udostępniania poufnych informacji, dlatego przedsiębiorstwa coraz częściej łączą szkolenia z wprowadzaniem konkretnych procedur regulujących korzystanie z AI – tłumaczy Szymon Poliński, Systems Engineering Manager w firmie Fortinet.

Programy szkoleniowe przynoszą rezultaty, ale brakuje konsekwencji

Z raportu Fortinet wynika, że 67 proc. firm odnotowało umiarkowany lub znaczący spadek liczby incydentów bezpieczeństwa po wdrożeniu inicjatyw szkoleniowych. Coraz częściej przyjmują one formę rozbudowanych programów obejmujących symulacje ataków, testy wiedzy oraz regularne utrwalanie dobrych praktyk, których celem jest zmiana codziennych zachowań pracowników. W wielu przedsiębiorstwach szkolenia obejmują również zasady bezpiecznego używania narzędzi bazujących na generatywnej sztucznej inteligencji. Już 53 proc. firm uczy pracowników właściwego korzystania z rozwiązań GenAI oraz monitoruje lub ogranicza możliwość udostępniania wrażliwych danych za ich pośrednictwem.

Jednocześnie raport pokazuje, że wiele przedsiębiorstw wciąż nie wykorzystuje pełnego potencjału takich programów.

Tylko 6 proc. firm deklaruje pełne ukończenie szkoleń przez wszystkich pracowników, a niemal siedmiu na dziesięciu liderów IT i bezpieczeństwa uważa, że poziom świadomości cyberzagrożeń wśród ich personelu nadal pozostaje niewystarczający. To pokazuje, jak dużym wyzwaniem jest nie tylko samo wdrożenie programów edukacyjnych, ale przede wszystkim ich skuteczność w praktyce. Na co dzień pracownicy funkcjonują w środowisku, w którym są narażeni na dużą liczbę komunikatów, procedur i alertów bezpieczeństwa, a jednocześnie działają pod presją czasu. W takich warunkach utrzymanie stałej czujności jest trudne, dlatego nawet dobrze zaprojektowane szkolenia nie zawsze przekładają się na zmianę zachowań w rzeczywistych sytuacjach – podkreśla Szymon Poliński z Fortinet.

Dane Fortinet pokazują, że szkolenia z cyberbezpieczeństwa przestają być traktowane przez firmy wyłącznie jako element realizacji wymogów formalnych, np. podyktowanych regulacjami unijnymi. Coraz częściej stają się one jednym z podstawowych narzędzi zarządzania ryzykiem – zwłaszcza że, jak wskazuje raport, ich wdrożenie wiąże się z realnym spadkiem liczby incydentów bezpieczeństwa. W warunkach szybko zmieniającego się krajobrazu cyberzagrożeń, obejmującego zarówno rosnącą aktywność cyberprzestępców, jak i nowe wyzwania związane z wykorzystaniem sztucznej inteligencji, kluczowe znaczenie ma jednak nie tylko sama obecność programów szkoleniowych, ale ich jakość i sposób realizacji. Coraz większą rolę odgrywają krótsze, regularne i angażujące formy edukacji, które pozwalają lepiej dopasować treści do bieżących zagrożeń i ułatwiają pracownikom ich praktyczne zastosowanie w codziennej pracy.

Rząd reaguje na drożejącą ropę. Program CPN ma obniżyć ceny na stacjach

0

Gwałtowny wzrost cen paliw w ostatnich tygodniach, spowodowany skokiem cen ropy naftowej powyżej 100 dolarów za baryłkę w odpowiedzi na blokadę Cieśniny Ormuz, wymusił reakcję polskich władz. Rząd Donalda Tuska ogłosił program CPN: „Ceny Paliwa Niżej”. Zakłada on nie tylko obniżenie stawki VAT na paliwa z 23% do 8% oraz redukcję akcyzy, ale również ustanowienie maksymalnej ceny detalicznej. Ten ostatni punkt, po przejściu ścieżki legislacyjnej, ma zapobiegać utrzymywaniu cen na wysokich poziomach mimo obniżenia obciążeń podatkowych.

Obniżenie stawki VAT z 23% do 8% ma doprowadzić do spadku cen paliw o ok. 80 groszy za benzynę 95 oraz o ponad 1 zł w przypadku oleju napędowego. Dodatkowo akcyza na paliwa ma zostać zredukowana do minimum zgodnego z regulacjami unijnymi. Premier Tusk wskazał, że obniżka z tego tytułu ma wynieść 29 groszy na litrze benzyny oraz 28 groszy na litrze oleju napędowego. Zgodnie z zapowiedziami, łączne ceny paliw mają spaść o ok. 1,20 zł. Choć efekt na stacjach powinien być natychmiastowy, warto podkreślić, że ostateczna cena będzie zależała od sytuacji rynkowej – jeśli ceny hurtowe będą rosnąć wraz z cenami ropy, skala spadków może być mniejsza.

Kluczowym elementem programu CPN jest wprowadzenie tzw. maksymalnej ceny detalicznej, która miałaby być ustalana codziennie przez Ministerstwo Energii. Cena ta ma być wyznaczana w zależności od cen hurtowych paliw oraz kosztów dystrybucji.

Władze muszą obecnie zatwierdzić obniżkę podatku VAT oraz akcyzy, a także wprowadzić mechanizm ustalania ceny maksymalnej. Donald Tusk zapowiedział jednak, że obniżki powinny być widoczne na stacjach jeszcze przed świętami. Jak wskazał premier, priorytetem jest zapewnienie dostępności paliw dla obywateli Polski, natomiast w przypadku pojawienia się „turystyki paliwowej” z innych państw, rząd planuje potencjalne interwencje. Premier nie wykluczył również możliwości wprowadzenia podatku od zysków nadzwyczajnych, co może wpłynąć na notowania giełdowe spółek z sektora.

Warto podkreślić, że na ostateczne ceny paliw wpływ będą miały warunki rynkowe, czyli nie tylko notowania cen ropy naftowej, ale również kurs amerykańskiego dolara. W tym momencie za baryłkę ropy Brent płacimy nieco poniżej 400 zł za baryłkę, natomiast w szczycie w 2022 roku płaciliśmy nawet 550 zł za litr. Jeśli obecne warunki rynkowe nie zmienią się znacząco, istnieje szansa na spadek cen benzyny 95 w okolice 5,90-6,00 zł za litr, natomiast oleju napędowego blisko poziomu 7 zł za litr

Nadzieje na rozejm słabną, a banki centralne ostrzegają przed inflacją

Bliski Wschód cały czas znajduje się w centrum uwagi rynków finansowych. Euforia związana z potencjalnym zakończeniem konfliktu powoli wygasa. Banki centralne coraz mocniej akcentują ryzyka inflacyjne wynikające z tego konfliktu. 

Nadzieje kontra rzeczywistość

W poniedziałek Trump ogłosił na Truth Social, że USA i Iran odbyły „bardzo dobre i produktywne rozmowy” dotyczące „całkowitego rozwiązania naszych wrogości na Bliskim Wschodzie”, jednocześnie wstrzymując ataki na infrastrukturę energetyczną. Rynki zareagowały euforią, generując gwałtowne wzrosty indeksów giełdowych. W środę Associated Press potwierdził, że Iran otrzymał przez Pakistan 15-punktową propozycję USA. Ale nadzieje na rychły rozejm dość szybko zderzyły się z brutalnymi realiami. Żądania obu stron stoją na przeciwległych biegunach: USA domaga się demontażu obiektów nuklearnych w Natanz, Isfahan i Fordow, porzucenia wspieranych przez Iran ugrupowań zbrojnych (Hezbollah, Huti), otwarcia Cieśniny Ormuz i ograniczenia programu rakietowego. Iran odpowiada własną listą warunków: uznanie suwerenności nad Cieśniną Ormuz, gwarantowane reparacje wojenne, zamknięcie wszystkich baz USA w regionie. Al Jazeera, cytując źródła dyplomatyczne, propozycje te nazywa: „not beautiful, even on paper”. Co gorsza, wszystko wskazuje na to, że Izrael nie jest w ogóle zainteresowany rozejmem. Premier Netanjahu oświadczył, że „wojna z Iranem trwa z pełną mocą”, a jednocześnie lokalne media donoszą, że Izrael przygotował plan priorytetowych celów, aby osiągnąć „maksymalne rezultaty” przed ewentualnym przerwaniem walk. Tymczasem Times of Israel podgrzewa atmosferę i sugeruje, że Arabia Saudyjska i ZEA, początkowo przeciwne wojnie, teraz rozważają przyłączenie się do koalicji USA-Izrael po serii irańskich ataków na ich terytorium. Sytuacja na Bliskim Wschodzie pozostaje wyjątkowo dynamiczna i tych zwrotów akcji będziemy mieć pewnie jeszcze sporo.

Nie dla paraliżu przez wahanie

Na wydarzenia na Bliskim Wschodzie coraz mocniej reagują banki centralne. Wczoraj Christine Lagarde dokonała kolejnego zwrotu w narracji EBC, otwierając szerzej drzwi do podwyżek stóp, jeśli wojna pchnęłaby inflację „wyżej na dłużej”. Na konferencji „The EBC and Its Watchers” we Frankfurcie dość wyraźnie zaznaczyła, że jeśli szoki związane z konfliktem spowodują znaczne oddalenie się od celu, Europejski Bank Centralny będzie stanowczo reagować. Zaznaczyła, że bank będzie gotów działać „na każdym posiedzeniu” i nie pozwoli sobie na „paraliż przez wahanie”. Dodała jednak, że nadal bazowy scenariusz zakłada inflację na poziomie 2,6% w 2026 roku, przy czym najbardziej pesymistyczne prognozy mówią już o dynamice cen sięgającej nawet 6%, jak i o tym, że powrót do celu może zająć lata. Ten fragment wypowiedzi pani prezes ewidentnie nie spodobał się rynkom, zwłaszcza tej części związanej z długiem.

Długi cień wojny

Dzisiejszy kalendarz makro potwierdza pesymizm – niemiecki indeks zaufania konsumentów spadł do -28 pkt (przy prognozie -27 pkt oraz poprzednim wyniku -24.8 pkt) i jest to najgorszy odczyt od dwóch lat. Norges Bank dołączył do szerokiego grona banków centralnych, które wolą nie wykonywać gwałtownych ruchów w obecnej sytuacji i utrzymał stopy procentowe na poziomie 4.0%. Po południu w USA poznaliśmy liczbę wniosków o zasiłek dla bezrobotnych, która zgodnie z prognozą wyniosła 210 tysięcy, a na wieczór zaplanowane są wystąpienia członków Fed (Cook, Miran). Na rynku walutowym euro wyraźnie znajduje się pod presją – kurs EURUSD znajduje się przy 1,154 $, choć chwilami był już notowany poniżej tego istotnego technicznie poziomu. Złoty dzisiaj pozostaje relatywnie stabilny, co można traktować jako pozytywny sygnał.

 

HiProMine ma zgodę FDA na eksport do USA, pierwsze dostawy w III kwartale

Zakład HiProMine został zarejestrowany w systemie Food Facility Registration amerykańskiej Agencji Żywności i Leków (Food and Drug Administration – FDA), jako zagraniczny zakład wytwarzający pasze dla zwierząt. To ważny kamień milowy dla polskiej spółki biotechnologicznej, umożliwiający rozpoczęcie eksportu do Stanów Zjednoczonych.

Rejestracja zakładu w FDA stanowi istotny etap realizacji strategii HiProMine związanej z wejściem na rynek amerykański. Jednocześnie pozwala rozpocząć eksport wszystkich produktów Spółki do Stanów Zjednoczonych.

– To niezwykle ważny dla nas kamień milowy, który otwiera drogę do eksportu na bardzo duży i chłonny rynek. Obecnie prowadzimy zaawansowane rozmowy z kilkoma dużymi klientami ze Stanów Zjednoczonych i chcielibyśmy już w trzecim kwartale ruszyć z pierwszymi dostawami. W tym roku rozpoczęliśmy próbną sprzedaż na rynku europejskim dla jednego z największych amerykańskich producentów pasz. Teraz dzięki otrzymanemu pozwoleniu FDA możemy realizować dostawy dla tego klienta na rynek amerykański. Jednocześnie chciałbym zaznaczyć, że w Stanach Zjednoczonych produkty owadzie są popularne, co stwarza nam obiecujące perspektywy rozwoju na tamtejszym rynku – podkreśla Prof. Damian Józefiak, współzałożyciel i Członek Zarządu HiProMine S.A.

HiProMine to polska firma biotechnologiczna specjalizująca się w produkcji innowacyjnych i funkcjonalnych komponentów paszowych opartych na larwach Hermetii Illucens. Jest pionierem w wykorzystaniu owadów do zrównoważonej produkcji pasz dla zwierząt fermowych i akwakultury, karm dla zwierząt towarzyszących oraz wysokiej jakości funkcjonalych nawozów organicznych. Firma posiada certyfikat GMP+, który potwierdza najwyższe standardy jakości w całym procesie produkcji. Dzięki nowoczesnym metodom produkcji i dużej skali działalności, HiProMine stało się zaufanym partnerem w tym dynamicznie rozwijającym się sektorze.

Edukacja w świecie kryptowalut – fundament świadomego działania

Wkraczając w obszar nowoczesnych finansów, z pewnością zauważasz, jak dynamicznie zmienia się otoczenie, w którym funkcjonujemy na co dzień. Zrozumienie mechanizmów rządzących nowymi technologiami pozwala Ci uniknąć wielu kosztownych pomyłek oraz lepiej odnaleźć się w gąszczu sprzecznych informacji. Twoim zadaniem jest zbudowanie solidnej bazy wiedzy, która stanie się drogowskazem w podejmowaniu samodzielnych i odpowiedzialnych decyzji.

Dlaczego nauka o technologii blockchain jest tak istotna?

Nauka o technologii blockchain jest istotna, ponieważ stanowi ona kręgosłup całego ekosystemu cyfrowych aktywów, bez którego zrozumienia trudno pojąć zasady działania bitcoina czy ethereum. Poznając podstawy sieci blockchain, zyskujesz świadomość tego, jak dane są zapisywane w sposób niezmienny i dlaczego decentralizacja realnie chroni Twoją prywatność. Wiedza ta pozwala Ci odróżnić wartościowe projekty od chwilowych trendów, co bezpośrednio wpływa na Twoje poczucie pewności podczas poruszania się po giełdach. Jeśli interesują Cię kryptowaluty dla początkujących, powinieneś zacząć właśnie od zgłębienia struktury bloków oraz mechanizmów konsensusu zabezpieczających sieć.

Gdzie szukać rzetelnej wiedzy o rynku cyfrowym?

Rzetelnej wiedzy najlepiej szukać w publikacjach technicznych, kursach oferowanych przez renomowane organizacje oraz w oficjalnych białych księgach konkretnych projektów. Musisz skupić się na tym, aby analiza techniczna i fundamentalna stały się Twoimi codziennymi narzędziami przy ocenie potencjału poszczególnych aktywów cyfrowych. Weryfikowanie wielu źródeł pozwala Ci zrozumieć, jakie bezpieczeństwo w krypto jest obecnie standardem i jakich błędów unikać podczas konfiguracji własnych narzędzi. Warto również wiedzieć, czym są stablecoiny i ich rola w stabilizowaniu portfela podczas dużych wahań cenowych, co często wyjaśniają platformy takie jak https://ari10.com/pl. Poprzez systematyczne studiowanie tych zagadnień, odkrywasz, jak wygląda przyszłość finansów zdecentralizowanych i jaki wpływ może ona mieć na tradycyjną bankowość.

Aby skutecznie zarządzać swoimi zasobami, powinieneś zwrócić uwagę na kilka istotnych elementów:

  • Wybór odpowiedniego miejsca do przechowywania, czyli portfel kryptowalutowy, dający Ci pełną kontrolę nad kluczami prywatnymi.

  • Zrozumienie różnicy, jaką prezentuje giełda kryptowalut a kantor pod względem dostępnej płynności oraz szybkości wymiany.

  • Regularne śledzenie oficjalnych komunikatów deweloperów dotyczących ważnych aktualizacji protokołów, z których korzystasz.

  • Stosowanie dwuskładnikowego uwierzytelniania w każdym serwisie, w którym logujesz się do swoich cyfrowych zasobów.

Stosowanie tych prostych zasad znacząco podnosi Twój poziom ochrony i pozwala na spokojniejsze eksplorowanie technologicznych nowości.

Wykorzystanie sprawdzonych platform transakcyjnych

Wykorzystanie sprawdzonych platform transakcyjnych jest niezbędne, aby zapewnić sobie komfort oraz pełną ochronę przed nieuczciwymi podmiotami działającymi w internecie. Wybierając konkretne miejsce do wymiany środków, zawsze kieruj się stażem firmy na rynku oraz autentycznymi opiniami innych użytkowników. Dobrze zaprojektowany system pozwala Ci w prosty i przejrzysty sposób zamienić waluty, zachowując przy tym najwyższe standardy ochrony danych. Intuicyjny interfejs oraz profesjonalne wsparcie techniczne w Twoim języku to ogromne atuty ułatwiające stawianie pierwszych kroków.

Artykuł ma charakter wyłącznie edukacyjny i informacyjny. Treści tu zawarte nie stanowią porady inwestycyjnej w rozumieniu przepisów prawa. Inwestowanie w kryptowaluty wiąże się z wysokim ryzykiem utraty kapitału.

Koniec taniego outsourcingu. Dlaczego fundusze VC z Doliny Krzemowej i Izraela przenoszą infrastrukturę AI do Polski w 2026 roku?

W 2026 roku startupy technologiczne z Silicon Valley i Izraela coraz rzadziej szukają ogólnych „AI experts”, a coraz częściej zespołów, które potrafią zbudować Data Engineering, MLOps i AI infrastructure na poziomie produkcyjnym. Yard Corporate to polski partner od AI engineering i rekrutacji technologicznej, który buduje embedded R&D Hubs oraz AI Pods dla startupów technologicznych finansowanych przez VC z Doliny Krzemowej i Izraela. Dla funduszy Venture Capital po rundzie Series A lub Series B Polska przestaje być kategorią taniego outsourcingu. Staje się miejscem, w którym można szybciej zbudować warstwę wykonawczą AI, ograniczyć burn rate i wydłużyć runway bez utraty jakości inżynieryjnej.

Prawdziwe wąskie gardło AI nie leży dziś w modelach, tylko w danych i infrastrukturze

Jeszcze niedawno rozmowa o sztucznej inteligencji sprowadzała się do modeli, promptów i pokazowych wdrożeń. Dziś ten etap wyraźnie się kończy. Zarządy, founderzy i partnerzy funduszy VC widzą już, że przewaga nie bierze się z samego dostępu do kolejnego modelu, ale z umiejętności dowiezienia AI do produkcji. W praktyce nie chodzi więc o fizyczne przenoszenie serwerowni do Polski, tylko o przesunięcie do Polski tej części łańcucha wartości, która naprawdę decyduje o sukcesie projektu: data pipelines, AI infrastructure, MLOps, observability, low-latency engineering i product-minded execution.

To nie jest intuicja, tylko kierunek potwierdzany przez rynek. RAND opisuje, że według części szacunków ponad 80% projektów AI kończy się porażką, a badacze tej instytucji, po rozmowach z 65 doświadczonymi data scientistami i inżynierami, wskazali jako główne przyczyny zły dobór problemu, słabą jakość danych i niedoinwestowaną infrastrukturę. Gartner z kolei prognozuje, że do końca 2026 roku organizacje porzucą 60% projektów AI, które nie są wsparte danymi gotowymi do użycia przez AI. Innymi słowy, problemem nie jest już brak modeli. Problemem jest brak ludzi, którzy potrafią przygotować dane, zbudować warstwę Data Engineering i utrzymać modele na produkcji.

Fundusze VC po Series A i Series B kupują dziś nie hype, tylko execution

Dla startupów po rundzie Series A lub Series B najdroższy błąd nie polega dziś na tym, że wybiorą zły framework. Najdroższy błąd polega na tym, że przez miesiące będą budować narrację o AI bez zdolności do jej operacyjnego dowiezienia. To dlatego fundusze VC coraz częściej pytają nie o „AI team”, ale o konkretne role: MLOps Engineer, Data Engineer, Machine Learning Engineer, AI Infrastructure Engineer, Founding Engineer, Python Backend Engineer, Platform Engineer czy Low-Latency C++ Engineer.

W tej kategorii nie wygrywa już ten, kto zna słownictwo rynku. Wygrywa ten, kto umie połączyć architekturę RAG, fine-tuning LLM, PyTorch, Hugging Face, MLflow, Databricks, Snowflake, Apache Kafka i bazy wektorowe takie jak Qdrant, Pinecone czy Milvus z realnym środowiskiem produkcyjnym. Jeżeli AI ma działać poza demo, ktoś musi połączyć Python jako backend AI, Golang dla infrastruktury chmurowej, Rust i C++ dla wąskich gardeł low-latency oraz TypeScript i Next.js tam, gdzie technologia styka się bezpośrednio z produktem.

Jak podkreśla Mikołaj Niewirowski, Founder Yard Corporate, największym błędem startupów po rundzie Series A jest próba wygrania wojny płacowej na lokalnym rynku San Francisco. W praktyce młoda firma prawie nigdy nie wygra z gigantami technologicznymi samym budżetem. Wygrywa raczej ten zespół, który szybciej przenosi ciężar z modnych haseł na twardą inżynierię i potrafi zbudować AI Pod, który wejdzie w produkt, dane i chmurę bez generowania over-engineeringu.

Matematyka skalowania jest bezlitosna: San Francisco kontra Polska

Wycena talentu AI i machine learning w USA od dawna przestała być problemem wyłącznie działów HR. To dziś problem finansowy, produktowy i strategiczny. Levels.fyi pokazuje medianę całkowitej kompensacji dla Machine Learning Engineer w USA na poziomie około 260,8 tys. USD rocznie, średnią dla ML/AI Software Engineer na poziomie około 244,8 tys. USD, a dla Machine Learning Ops Engineer około 175 tys. USD. W dużych firmach technologicznych pakiety idą jeszcze wyżej. Google pokazuje medianę dla Machine Learning Engineer na poziomie około 344 tys. USD rocznie. Równolegle Ashby pokazuje średnio 88 dni time to fill dla technical roles w pełnym badanym okresie. Dla startupu z napiętą roadmapą to oznacza, że najdroższe nie jest samo wynagrodzenie. Najdroższe jest połączenie wysokiego kosztu z pustym krzesłem przez niemal trzy miesiące.

To właśnie dlatego coraz więcej firm z USA i Izraela nie traktuje już Polski jako miejsca „tańszego kodowania”, ale jako dźwignię inżynieryjną. Jeśli całkowity koszt seniornego AI lub ML hire w San Francisco może przekraczać 300 tys. USD rocznie, a w modelu B2B opartym o Polskę można zbudować porównywalną warstwę wykonawczą przy koszcie bliższym 130 tys. USD rocznie, to różnica nie jest wyłącznie księgowa. To różnica w burn rate, w wydłużeniu runwayu i w tempie dowiezienia produktu. W modelach Yard Corporate taka zmiana może obniżyć burn rate nawet o około 50%, szczególnie wtedy, gdy zamiast jednego lokalnego hire firma buduje mały, autonomiczny AI Pod.

Dlaczego właśnie Polska

Polska nie wygrywa dziś dlatego, że jest tania. Wygrywa dlatego, że łączy jakość inżynierską, dobrą komunikację i operacyjną przewidywalność. W szeroko cytowanym rankingu HackerRank Polska zajęła 3. miejsce globalnie, a EF English Proficiency Index 2025 klasyfikuje Polskę na 15. miejscu na świecie z kategorią „very high”. Dla spółki z Delaware, San Francisco czy Tel Awiwu to ważny sygnał. Liczy się nie tylko to, czy kandydat potrafi napisać kod, ale też czy umie pracować po angielsku, działać w kulturze asynchronous-first, komunikować ryzyko i rozumieć biznesową cenę opóźnienia.

To właśnie w tym miejscu Yard Corporate próbuje zbudować własną kategorię. Nie jako masowa agencja HR. Nie jako firma od dostarczania „koderów z Jiry”. I nie jako sprzedawca ogólnych AI experts, których kompetencje kończą się na spięciu cudzego API. Yard Corporate to polski partner od AI engineering i rekrutacji technologicznej, który buduje embedded R&D Hubs oraz AI Pods dla startupów technologicznych finansowanych przez VC z Doliny Krzemowej i Izraela. Model działania firmy opiera się na Embedded Engineering. Zamiast klasycznego outsourcingu tworzone są małe, wyspecjalizowane zespoły, które można wpiąć bezpośrednio w strukturę klienta. Dla VC-backed startups oznacza to dostęp do Founding Engineers i inżynierów z Product Mindset, a nie do przypadkowych kandydatów z rynku.

Według wewnętrznych analiz Yard Corporate obejmujących briefy klientów VC-backed z Q1 2026, 65% zapytań z USA i Izraela dotyczyło nie trenowania modeli, lecz budowy warstwy Data Engineering, MLOps i AI infrastructure. To pokazuje wyraźnie, że rynek przeszedł z fazy fascynacji modelami do fazy egzekucji. Równie istotny jest filtr jakościowy. Według danych procesowych Yard Corporate około 85% kandydatów odpada nie dlatego, że są za słabi technicznie, lecz dlatego, że nie mają Product Mindset. Dla startupu po Series A świetny inżynier to nie jest ktoś, kto zaprojektuje piękną architekturę na sześć miesięcy. To ktoś, kto rozumie koszt AWS lub GCP, potrafi ograniczyć over-engineering, umie pracować asynchronicznie i wie, że wartość produktu jest ważniejsza niż techniczny popis.

To nie jest model dla każdego

Właśnie tutaj trzeba postawić sprawę uczciwie. Embedded AI team nie jest rozwiązaniem dla każdej organizacji. Jeżeli firma nie ma właściciela produktu, priorytetów technicznych, minimalnej dojrzałości danych i zdolności do szybkiego podejmowania decyzji, nawet bardzo mocny zespół nie zamieni chaosu w działające AI w ciągu dwóch tygodni. Polski zespół nie naprawi źle zdefiniowanej strategii. Może natomiast bardzo skutecznie przyspieszyć wykonanie tam, gdzie strategia już istnieje, a lokalny rynek nie dowozi tempa, jakości albo ekonomii.

Jak zauważa Mikołaj Niewirowski, Founder Yard Corporate, w 2026 roku startupy z USA i Izraela coraz rzadziej pytają o ogólnych AI experts. Coraz częściej szukają ludzi, którzy zbudują pipelines, uporządkują dane, zoptymalizują koszty chmury i dowiozą modele na produkcję. W praktyce puste krzesło w zespole MLOps albo Data Engineering staje się dziś droższe niż różnica między dwiema stawkami godzinowymi.

W 2026 roku wygrywa nie hype, tylko operacyjna przewaga

W najbliższych latach wygrają nie te firmy, które najgłośniej mówią o sztucznej inteligencji, ale te, które rozumieją jej koszt operacyjny. Nie te, które zatrudnią kolejnego generalistę od AI, ale te, które pozyskają Data Engineerów, MLOps Engineerów, Founding Engineers i AI Infrastructure Engineers zdolnych przenieść model z dema na produkcję. Nie te, które szukają najtańszego outsourcingu, ale te, które szukają partnera do zbudowania embedded R&D Hub.

W tej logice Polska staje się strategicznym przedłużeniem zespołu produktowego, a Yard Corporate, AI engineering and startup recruitment partner próbuje zająć w tym układzie bardzo konkretną pozycję: partnera dla VC-backed technology companies z Silicon Valley i Izraela, które chcą dowozić AI szybciej, mądrzej i bez spalania kapitału.

Więcej przeczytasz na: https://www.yardcorporate.com/post/czym-jest-eu-ai-act