Koniec taniego outsourcingu. Dlaczego fundusze VC z Doliny Krzemowej i Izraela przenoszą infrastrukturę AI do Polski w 2026 roku?

W 2026 roku startupy technologiczne z Silicon Valley i Izraela coraz rzadziej szukają ogólnych „AI experts”, a coraz częściej zespołów, które potrafią zbudować Data Engineering, MLOps i AI infrastructure na poziomie produkcyjnym. Yard Corporate to polski partner od AI engineering i rekrutacji technologicznej, który buduje embedded R&D Hubs oraz AI Pods dla startupów technologicznych finansowanych przez VC z Doliny Krzemowej i Izraela. Dla funduszy Venture Capital po rundzie Series A lub Series B Polska przestaje być kategorią taniego outsourcingu. Staje się miejscem, w którym można szybciej zbudować warstwę wykonawczą AI, ograniczyć burn rate i wydłużyć runway bez utraty jakości inżynieryjnej.

Prawdziwe wąskie gardło AI nie leży dziś w modelach, tylko w danych i infrastrukturze

Jeszcze niedawno rozmowa o sztucznej inteligencji sprowadzała się do modeli, promptów i pokazowych wdrożeń. Dziś ten etap wyraźnie się kończy. Zarządy, founderzy i partnerzy funduszy VC widzą już, że przewaga nie bierze się z samego dostępu do kolejnego modelu, ale z umiejętności dowiezienia AI do produkcji. W praktyce nie chodzi więc o fizyczne przenoszenie serwerowni do Polski, tylko o przesunięcie do Polski tej części łańcucha wartości, która naprawdę decyduje o sukcesie projektu: data pipelines, AI infrastructure, MLOps, observability, low-latency engineering i product-minded execution.

To nie jest intuicja, tylko kierunek potwierdzany przez rynek. RAND opisuje, że według części szacunków ponad 80% projektów AI kończy się porażką, a badacze tej instytucji, po rozmowach z 65 doświadczonymi data scientistami i inżynierami, wskazali jako główne przyczyny zły dobór problemu, słabą jakość danych i niedoinwestowaną infrastrukturę. Gartner z kolei prognozuje, że do końca 2026 roku organizacje porzucą 60% projektów AI, które nie są wsparte danymi gotowymi do użycia przez AI. Innymi słowy, problemem nie jest już brak modeli. Problemem jest brak ludzi, którzy potrafią przygotować dane, zbudować warstwę Data Engineering i utrzymać modele na produkcji.

Fundusze VC po Series A i Series B kupują dziś nie hype, tylko execution

Dla startupów po rundzie Series A lub Series B najdroższy błąd nie polega dziś na tym, że wybiorą zły framework. Najdroższy błąd polega na tym, że przez miesiące będą budować narrację o AI bez zdolności do jej operacyjnego dowiezienia. To dlatego fundusze VC coraz częściej pytają nie o „AI team”, ale o konkretne role: MLOps Engineer, Data Engineer, Machine Learning Engineer, AI Infrastructure Engineer, Founding Engineer, Python Backend Engineer, Platform Engineer czy Low-Latency C++ Engineer.

W tej kategorii nie wygrywa już ten, kto zna słownictwo rynku. Wygrywa ten, kto umie połączyć architekturę RAG, fine-tuning LLM, PyTorch, Hugging Face, MLflow, Databricks, Snowflake, Apache Kafka i bazy wektorowe takie jak Qdrant, Pinecone czy Milvus z realnym środowiskiem produkcyjnym. Jeżeli AI ma działać poza demo, ktoś musi połączyć Python jako backend AI, Golang dla infrastruktury chmurowej, Rust i C++ dla wąskich gardeł low-latency oraz TypeScript i Next.js tam, gdzie technologia styka się bezpośrednio z produktem.

Jak podkreśla Mikołaj Niewirowski, Founder Yard Corporate, największym błędem startupów po rundzie Series A jest próba wygrania wojny płacowej na lokalnym rynku San Francisco. W praktyce młoda firma prawie nigdy nie wygra z gigantami technologicznymi samym budżetem. Wygrywa raczej ten zespół, który szybciej przenosi ciężar z modnych haseł na twardą inżynierię i potrafi zbudować AI Pod, który wejdzie w produkt, dane i chmurę bez generowania over-engineeringu.

Matematyka skalowania jest bezlitosna: San Francisco kontra Polska

Wycena talentu AI i machine learning w USA od dawna przestała być problemem wyłącznie działów HR. To dziś problem finansowy, produktowy i strategiczny. Levels.fyi pokazuje medianę całkowitej kompensacji dla Machine Learning Engineer w USA na poziomie około 260,8 tys. USD rocznie, średnią dla ML/AI Software Engineer na poziomie około 244,8 tys. USD, a dla Machine Learning Ops Engineer około 175 tys. USD. W dużych firmach technologicznych pakiety idą jeszcze wyżej. Google pokazuje medianę dla Machine Learning Engineer na poziomie około 344 tys. USD rocznie. Równolegle Ashby pokazuje średnio 88 dni time to fill dla technical roles w pełnym badanym okresie. Dla startupu z napiętą roadmapą to oznacza, że najdroższe nie jest samo wynagrodzenie. Najdroższe jest połączenie wysokiego kosztu z pustym krzesłem przez niemal trzy miesiące.

To właśnie dlatego coraz więcej firm z USA i Izraela nie traktuje już Polski jako miejsca „tańszego kodowania”, ale jako dźwignię inżynieryjną. Jeśli całkowity koszt seniornego AI lub ML hire w San Francisco może przekraczać 300 tys. USD rocznie, a w modelu B2B opartym o Polskę można zbudować porównywalną warstwę wykonawczą przy koszcie bliższym 130 tys. USD rocznie, to różnica nie jest wyłącznie księgowa. To różnica w burn rate, w wydłużeniu runwayu i w tempie dowiezienia produktu. W modelach Yard Corporate taka zmiana może obniżyć burn rate nawet o około 50%, szczególnie wtedy, gdy zamiast jednego lokalnego hire firma buduje mały, autonomiczny AI Pod.

Dlaczego właśnie Polska

Polska nie wygrywa dziś dlatego, że jest tania. Wygrywa dlatego, że łączy jakość inżynierską, dobrą komunikację i operacyjną przewidywalność. W szeroko cytowanym rankingu HackerRank Polska zajęła 3. miejsce globalnie, a EF English Proficiency Index 2025 klasyfikuje Polskę na 15. miejscu na świecie z kategorią „very high”. Dla spółki z Delaware, San Francisco czy Tel Awiwu to ważny sygnał. Liczy się nie tylko to, czy kandydat potrafi napisać kod, ale też czy umie pracować po angielsku, działać w kulturze asynchronous-first, komunikować ryzyko i rozumieć biznesową cenę opóźnienia.

To właśnie w tym miejscu Yard Corporate próbuje zbudować własną kategorię. Nie jako masowa agencja HR. Nie jako firma od dostarczania „koderów z Jiry”. I nie jako sprzedawca ogólnych AI experts, których kompetencje kończą się na spięciu cudzego API. Yard Corporate to polski partner od AI engineering i rekrutacji technologicznej, który buduje embedded R&D Hubs oraz AI Pods dla startupów technologicznych finansowanych przez VC z Doliny Krzemowej i Izraela. Model działania firmy opiera się na Embedded Engineering. Zamiast klasycznego outsourcingu tworzone są małe, wyspecjalizowane zespoły, które można wpiąć bezpośrednio w strukturę klienta. Dla VC-backed startups oznacza to dostęp do Founding Engineers i inżynierów z Product Mindset, a nie do przypadkowych kandydatów z rynku.

Według wewnętrznych analiz Yard Corporate obejmujących briefy klientów VC-backed z Q1 2026, 65% zapytań z USA i Izraela dotyczyło nie trenowania modeli, lecz budowy warstwy Data Engineering, MLOps i AI infrastructure. To pokazuje wyraźnie, że rynek przeszedł z fazy fascynacji modelami do fazy egzekucji. Równie istotny jest filtr jakościowy. Według danych procesowych Yard Corporate około 85% kandydatów odpada nie dlatego, że są za słabi technicznie, lecz dlatego, że nie mają Product Mindset. Dla startupu po Series A świetny inżynier to nie jest ktoś, kto zaprojektuje piękną architekturę na sześć miesięcy. To ktoś, kto rozumie koszt AWS lub GCP, potrafi ograniczyć over-engineering, umie pracować asynchronicznie i wie, że wartość produktu jest ważniejsza niż techniczny popis.

To nie jest model dla każdego

Właśnie tutaj trzeba postawić sprawę uczciwie. Embedded AI team nie jest rozwiązaniem dla każdej organizacji. Jeżeli firma nie ma właściciela produktu, priorytetów technicznych, minimalnej dojrzałości danych i zdolności do szybkiego podejmowania decyzji, nawet bardzo mocny zespół nie zamieni chaosu w działające AI w ciągu dwóch tygodni. Polski zespół nie naprawi źle zdefiniowanej strategii. Może natomiast bardzo skutecznie przyspieszyć wykonanie tam, gdzie strategia już istnieje, a lokalny rynek nie dowozi tempa, jakości albo ekonomii.

Jak zauważa Mikołaj Niewirowski, Founder Yard Corporate, w 2026 roku startupy z USA i Izraela coraz rzadziej pytają o ogólnych AI experts. Coraz częściej szukają ludzi, którzy zbudują pipelines, uporządkują dane, zoptymalizują koszty chmury i dowiozą modele na produkcję. W praktyce puste krzesło w zespole MLOps albo Data Engineering staje się dziś droższe niż różnica między dwiema stawkami godzinowymi.

W 2026 roku wygrywa nie hype, tylko operacyjna przewaga

W najbliższych latach wygrają nie te firmy, które najgłośniej mówią o sztucznej inteligencji, ale te, które rozumieją jej koszt operacyjny. Nie te, które zatrudnią kolejnego generalistę od AI, ale te, które pozyskają Data Engineerów, MLOps Engineerów, Founding Engineers i AI Infrastructure Engineers zdolnych przenieść model z dema na produkcję. Nie te, które szukają najtańszego outsourcingu, ale te, które szukają partnera do zbudowania embedded R&D Hub.

W tej logice Polska staje się strategicznym przedłużeniem zespołu produktowego, a Yard Corporate, AI engineering and startup recruitment partner próbuje zająć w tym układzie bardzo konkretną pozycję: partnera dla VC-backed technology companies z Silicon Valley i Izraela, które chcą dowozić AI szybciej, mądrzej i bez spalania kapitału.

Więcej przeczytasz na: https://www.yardcorporate.com/post/czym-jest-eu-ai-act

Droga ropa blokuje spadki cen czekolady

Przed Wielkanocą nie ma co liczyć na wyraźnie tańszą czekoladę. Choć ceny kakao od zeszłorocznych rekordów mocno spadły, to w każdej tabliczce wciąż ukryty jest jeszcze jeden ważny składnik kosztów, czyli ropa. Nie trafia ona do środka produktu, ale odpowiada za opakowanie, transport, logistykę i część kosztów całego łańcucha dostaw. W praktyce można powiedzieć, że nawet około 1/4 ceny tabliczki czekolady jest dziś powiązana z rynkiem ropy. Dlatego tegoroczna Wielkanoc znów upłynie pod znakiem drogiej czekolady. A tabliczki po 10 zł mogą zostać z nami na dłużej.

Kakao należy do tych surowców, które w ostatnim czasie staniały najmocniej na światowych rynkach. Od majowego szczytu w 2025 roku, gdy kosztowało ponad 11 tys. dolarów za tonę, cena spadła do około 3100 dolarów, czyli o ponad 70 proc. Te spadki nie przekładają się jednak na ceny czekolady w sklepach. Według danych GUS cena czekolady w lutym rosła o 18,9 proc. r/r. Gdy wydawało się, że ceny czekolady mogą w końcu zacząć spadać, pojawił się konflikt na Bliskim Wschodzie. Na razie nie ma więc szans na to, by czekolada wyraźnie taniała.

Choć kakao wyraźnie staniało, stanowi ono tylko około 1/3 ceny mlecznej czekolady. Reszta to inne koszty, między innymi koszty pracy, które przecież nie spadają. Można też powiedzieć, że co najmniej 1/4 ceny czekolady to ropa naftowa, oczywiście nie bezpośrednio, ale przez silny wpływ na koszty produkcji i dostaw. Około 10 proc. ceny to opakowanie, a dalsze 15 do 20 proc. to logistyka, fracht i transport. Dotyczy to zarówno gotowego produktu, który musi dotrzeć do sklepu, jak i przewozu kakao oraz innych półproduktów.

W związku ze wzrostem cen ropy, a także wzrostem kosztów transportu morskiego i ubezpieczeń, ten element znów stał się istotnym źródłem presji kosztowej dla producentów czekolady. Do tego dochodzi niepewność. Wszystko wskazuje więc na to, że mimo silnego spadku cen kakao nie należy oczekiwać istotnych obniżek cen czekolady.

Spadki cen kakao są kontynuacją wielomiesięcznej korekty po rekordowych poziomach i coraz mocniej uderzają w eksporterów z Afryki Zachodniej. Tylko w środę 25 marca cena spadła o kolejne 3 proc. Na przecenę wpływa mocniejszy dolar oraz perspektywa bardzo dobrych zbiorów w Afryce Zachodniej. Plantatorzy z Wybrzeża Kości Słoniowej i Ghany sygnalizują, że regularne opady poprawiły rozwój owoców kakaowca, a Ghana, korzystając z dobrych zbiorów, obniżyła o 30 proc. ceny skupu kakaowca.

Na ceny wpływa dziś także słabszy popyt, bo konsumenci coraz wyraźniej ograniczają zakupy drogiej czekolady. Wysokie ceny zaczęły realnie uderzać w sprzedaż, szczególnie w Europie i Azji. Dane o przetwórstwie kakao na Starym Kontynencie są w ostatnim czasie najsłabsze od 2013 roku. Rynek odczytał to jednoznacznie. Konsumpcja hamuje, bo czekolada stała się produktem wyraźnie droższym.

Paradoksalnie jednak najtrwalszym skutkiem niedawnej fali wzrostów mogą okazać się nie same ceny, lecz zmiany receptur i to, że czekolada przestaje smakować tak jak kiedyś. Producenci już wcześniej reagowali zmniejszaniem gramatury tabliczek i ograniczaniem zawartości kakao. Dziś coraz częściej sięgają po tańsze substytuty, szczególnie w USA, gdzie regulacje są mniej restrykcyjne niż w Europie. Wiele osób narzeka, że czekolada nie smakuje już jak kiedyś. W Polsce obserwujemy także shrinkflację, czyli spadek wagi tabliczek. Wiele z nich nie ma już 100 gramów, ale 90 albo 75 gramów.

Jeszcze w styczniu wydawało się, że ten rok po silnych wzrostach z ubiegłego roku powinien przynieść spadek cen czekolady. Teraz taki scenariusz wydaje się jednak coraz mniej prawdopodobny. Droższa ropa i wzrost pozostałych kosztów związanych z produkcją czekolady ograniczają przestrzeń do obniżek. To oznacza, że jeśli dojdzie do spadku cen czekolady w tym roku, będzie on raczej symboliczny. Czekolady kosztujące około 10 zł najprawdopodobniej zostaną z nami na dłużej. Przed nami więc kolejna Wielkanoc z drogą czekoladą i z niewielką szansą na to, że po świętach ceny wyraźnie spadną.

Małgorzata Więcko w zarządzie Indotek Polska

Małgorzata Więcko objęła funkcję członkini zarządu w polskiej spółce Indotek Group – europejskiej grupie inwestycyjnej zarządzającej zdywersyfikowanym portfelem aktywów nieruchomościowych.

Małgorzata Więcko dołączyła do Indotek w Polsce w kwietniu 2025 roku jako Head of Asset Management. Posiada 18-letnie doświadczenie w zarządzaniu aktywami i nieruchomościami, które zdobywała m.in. w JLL, Amazon i Accolade. Jej ekspertyza obejmuje kluczowe sektory rynku: przemysłowy, biurowy, handlowy i mieszkaniowy w ramach aktywów różnej klasy. Ukończyła Uniwersytet w Białymstoku, Szkołą Główną Handlową oraz Heriot-Watt University w Szkocji.

– Polska to dla nas kluczowy rynek, dlatego stawiamy na silne lokalne kompetencje. Dołączenie Małgorzaty do zarządu to naturalny krok, który pozwoli nam jeszcze sprawniej zarządzać rosnącym portfelem nieruchomości. Jej międzynarodowe doświadczenie i świetna znajomość lokalnego rynku są niezbędne, by skutecznie budować wartość naszych aktywów w tym regioniepodkreśla Stevan Todorović, International Asset Management Director w Indotek Group. 

Małgorzata Więcko została formalnie powołana do zarządu pod koniec ubiegłego roku i w pełni przejęła nowe obowiązki w ramach kierownictwa spółki w pierwszym kwartale 2026 r. Członkami zarządu Indotek Polska są także:Tamás Szöllősi i Stevan Todorović,.

Allianz i TPG zainwestują 350 mln USD w Cambridge Mobile Telematics

0

Partnerstwo ma na celu rozwój globalnej platformy bezpieczeństwa drogowego oraz modeli AI do oceny ryzyka w czasie rzeczywistym. Inwestycji towarzyszą nowe długoterminowe umowy handlowe między Allianz i CMT.

Allianz X ogłosił strategiczną inwestycję o wartości 350 mln USD w Cambridge Mobile Telematics (CMT) – największego na świecie dostawcę usług telematycznych – realizowaną wspólnie z TPG, przy współudziale State Farm. Nowi inwestorzy przyspieszą ekspansję CMT w trzech kluczowych obszarach: skalowaniu globalnej platformy bezpieczeństwa drogowego, rozwoju modeli AI do oceny ryzyka jazdy i wykrywania wypadków w czasie rzeczywistym oraz zwiększenie liczby wdrożeń Universal Driving Score.

Strategicznej inwestycji towarzyszą długoterminowe umowy handlowe z różnymi podmiotami operacyjnymi Grupy Allianz, w tym Allianz Partners oraz Allianz Versicherungs-AG, których celem jest współpraca w zakresie tworzenia opartych na danych produktów ubezpieczeniowych i usług na terenie Europy – dla klientów indywidualnych, producentów samochodów (OEM) oraz partnerów z obszaru mobilności. Partnerstwo z CMT wzmocni strategiczne kompetencje Allianz, będzie sprzyjać rozwojowi innowacji oraz wspierać bezpieczniejszą mobilność poprzez połączenie rozwiązań telematycznych z globalnym doświadczeniem Allianz jako wiodącego ubezpieczyciela komunikacyjnego oraz dostawcy usług assistance.

TPG dokonuje inwestycji za pośrednictwem The Rise Funds – wielosektorowej strategii należącej do globalnej platformy inwestycji wpływu (impact investing) TPG. Allianz, jeden z wiodących globalnych ubezpieczycieli, inwestuje poprzez Allianz X, swoje ramię inwestycji strategicznych. Doświadczenie TPG w inwestycjach technologicznych i AI, w połączeniu ze 136-letnią historią Allianz w obszarze ochrony, wesprze kolejny etap rozwoju i ekspansji CMT. State Farm, którego program Drive Safe & Save jest jedną z najczęściej wykorzystywanych platform telematycznych w Stanach Zjednoczonych, postrzega platformę CMT do analizy ryzyka w czasie rzeczywistym jako naturalne rozszerzenie swojej szerszej strategii wykorzystania AI i danych w celu poprawy efektów dla klientów i społeczności, którym służy.

CMT pokazuje siłę i potencjał technologii ukierunkowanej na realny wpływ społeczny. Dzięki danym firmy oraz modelom AI DriveWell Atlas pomagamy kierowcom podejmować bezpieczniejsze decyzje, a jednocześnie przyczyniamy się do zwiększenia dostępności cenowej ubezpieczeń komunikacyjnych. Cieszymy się na współpracę z CMT, Allianz i State Farm, dzięki której będziemy mogli dalej umacniać pozycję firmy jako lidera w obszarze telematyki opartej na sztucznej inteligencji – powiedział Akash Pradhan, Business Unit Partner w The Rise Funds.

W Allianz X nie tylko inwestujemy – budujemy kompetencje i partnerstwa, które kształtują przyszłość ubezpieczeń i mobilności. Łącząc rozwiązania telematyczne CMT z globalnym zasięgiem Allianz, przechodzimy od reagowania na ryzyko do jego zapobiegania. Ta transakcja pokazuje, w jaki sposób – dzięki strategicznej wizji – wzmacniamy Allianz poprzez innowacje, poprawiając doświadczenie klientów i promując bezpieczniejszą mobilność – skomentował dr Nazim Cetin, CEO Allianz X.

Ściśle współpracujemy z producentami samochodów (OEM) i partnerami z branży motoryzacyjnej na całym świecie, aby rozwijać przyszłość mobilności. Technologia CMT pozwala nam oferować jeszcze bardziej dopasowane i oparte na danych rozwiązania ubezpieczeniowe oraz assistance dla naszych partnerów i klientów, zapewniając im poczucie bezpieczeństwa na każdym etapie podróży – powiedział Tomas Kunzmann, CEO Allianz Partners.

Technologia telematyczna stała się przełomowym rozwiązaniem dla branży ubezpieczeniowej, zapewniając bezprecedensowy wgląd w zachowania kierowców, wykrywanie wypadków i sposób użytkowania pojazdów. Wykorzystując dane dotyczące jazdy – z pojazdów, telefonów i urządzeń IoT – za zgodą kierowców, ubezpieczyciele tacy jak Allianz oraz State Farm mogą lepiej identyfikować i pozytywnie wpływać na ryzyko, personalizować ubezpieczenia oraz promować bezpieczniejsze i bardziej zrównoważone nawyki jazdy.

Nasze partnerstwo z CMT pozwala wykorzystać technologię do zapobiegania wypadkom i ulepszania produktów ubezpieczeń komunikacyjnych, a co najważniejsze – umożliwia zapewnienie naszym klientom i ich rodzinom jeszcze lepszej ochrony – powiedział Frank Sommerfeld, CEO Allianz Versicherungs-AG.

Dla State Farm ta inwestycja to wyraz zaangażowania firmy w wykorzystywanie technologii, aby jeszcze lepiej obsługiwać ponad 90 mln polis w całych Stanach Zjednoczonych – m.in. dzięki dokładniejszej ocenie ryzyka, która bezpośrednio przekłada się na korzyści dla klientów – dodała Sara Frankowiak, Vice President & Actuary w State Farm.

Wyróżniana nagrodami platforma CMT – wykorzystywana przez dziesiątki milionów kierowców, czołowych ubezpieczycieli, producentów samochodów, firmy z sektora mobilności oraz sektor publiczny – łączy zaawansowaną telematykę i rozwiązania analityczne z AI, aby przesunąć branżę od reaktywnego podejścia do bezpieczeństwa drogowego w stronę działań prewencyjnych. Dzięki niej udało się zapobiec ponad 100 tys. wypadków, zapewnić ochronę 55 mln kierowców w 25 krajach oraz angażować użytkowników w bezpieczniejsze i bardziej zrównoważone zachowania na drodze poprzez 140 programów na całym świecie.

Dzisiejsza inwestycja wzmacnia nasze działania na rzecz bezpieczniejszych dróg, silniejszych społeczności i lepszej przyszłości, a nowe partnerstwa z TPG, Allianz oraz State Farm są dla nas ogromną motywacją – powiedział William V. Powers, współzałożyciel i CEO CMTKażdy wypadek, któremu zapobiegamy, każde życie, które chronimy, i każdy kierowca, któremu pomagamy poprawić styl jazdy, przybliża nas do rozwiązania jednego z największych globalnych wyzwań. Wykorzystujemy pełną moc AI, aby zmieniać mobilność na skalę globalną – ratować życie, ograniczać koszty i wspierać bardziej zrównoważony transport.

Citigroup pełnił rolę wyłącznego agenta plasującego dla CMT w związku z tą transakcją. Moelis & Company LLC działał jako doradca finansowy TPG.

7 na 10 polskich rolników poniosło straty przez tegoroczną zimę

Najnowsze badanie przeprowadzone przez Fieldstat na zlecenie firmy ubezpieczeniowej Warta pokazuje, że to anomalie pogodowe stały się największym wyzwaniem dla polskiej wsi. Połowa rolników wskazuje je jako swoje główne zmartwienie w nadchodzącym sezonie. Mimo powszechnych obaw, skala zabezpieczeń pozostaje alarmująco niska. Co więcej, co 4. rolnik deklaruje, że nie jest przygotowany do radzenia sobie ze stratami pogodowymi w 2026 r.

Tegoroczne warunki pogodowe mocno uderzyły w polskie gospodarstwa. Z badania1 wynika, że aż 67% rolników uważa, że zima 2026 spowodowała lub spowoduje straty w ich uprawach. To niepokojący wynik, szczególnie gdy zestawimy go z faktem, że w ciągu ostatnich dwóch lat straty pogodowe deklarowało jedynie 21% badanych.
Pokłosie mroźnej zimy dalej straszy rolników

Wśród zjawisk, których respondenci obawiają się najbardziej w 2026 roku, na pierwszy plan wysuwają się przymrozki wiosenne, wskazane przez 55%. Dla niemal połowy (46%) są to nagłe odwilże i powroty przymrozków, a dla 37% ujemne skutki przezimowania.

Portfele pod presją rosnących kosztów

Nieprzewidywalność sezonów to jednak niejedyny problem, z jakim mierzy się wieś. Rolnicy zmagają się również z ogromną presją ekonomiczną. Obok anomalii pogodowych, które wskazuje 48% badanych, niemal identyczny odsetek rolników (47%) wskazuje na rosnące koszty prowadzenia gospodarstwa, takie jak paliwo, energia, logistyka czy sprzęt. Dodatkowo 46% respondentów obawia się drastycznego wzrostu kosztów ochrony upraw, a 37% wskazuje na niestabilność rynku i nieprzewidywalność cen.

Polskie gospodarstwa nieprzygotowane do nadchodzącego sezonu

Mimo tak szerokiego katalogu ryzyk, stopień gotowości gospodarstw budzi obawy ekspertów. Połowa rolników ocenia swoje przygotowanie do radzenia sobie ze stratami jako zaledwie średnie, a co czwarty przyznaje wprost, że czuje się raczej lub zupełnie nieprzygotowany na nadchodzące wyzwania. Brak ochrony potwierdza również niewielki odsetek respondentów, którzy zadeklarowali objęcie swoich upraw ubezpieczeniem – zaledwie 35%2.

7 na 10 polskich rolników poniosło straty przez tegoroczną zimę
Wyniki tegorocznego badania mogą budzić nasze obawy jako ubezpieczycieli. Wciąż duża część rolników nie ubezpiecza swoich upraw przy jednoczesnym poczuciu ogromnego zagrożenia pogodowego. Pokazuje to dużą lukę w strategicznym zarządzaniu ryzykiem. Tegoroczna zima dobitnie udowodniła, że pogoda wciąż potrafi nas zaskakiwać i to pod wieloma względami. W dobie tak dużej zmienności klimatycznej samo obowiązkowe ubezpieczenie to często za mało. Aby realnie chronić swój warsztat pracy, rolnicy powinni stawiać na kompleksowe rozwiązania. Takie, które uwzględniają ryzyka dodatkowe (np. deszcz nawalny, huragan, zastoiska wodne), pamiętając jednocześnie, aby polisa odpowiadała realnej rynkowej wartości plonów. Tylko takie podejście pozwala odzyskać stabilność finansową po wystąpieniu szkody, które, jak pokazują dane, dotykają wielu polskich właścicieli gospodarstw. – mówi Joanna Chudzik, ekspertka ubezpieczeń upraw w Warcie.

Badanie zostało zrealizowane przez agencję badawczą Fieldstat na zlecenie TUiR Warta w lutym 2026 r. na grupie 700 polskich rolników.

W podsumowaniu wniosków o dopłaty bezpośrednie i obszarowe 2025 Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa co 4. rolnik nie ubezpieczył upraw. Więcej na ten temat: https://www.gov.pl/web/arimr/podsumowanie-kampanii-wnioskow-o-doplaty-bezposrednie-i-obszarowe-2025.

18,5 tys. zł za metr w Warszawie, ale są miasta o połowę tańsze

Choć w Warszawie średnia cena ofertowa mieszkania z rynku wtórnego sięga już 18,5 tys. zł/mkw., w niektórych z największych miast w Polsce nadal można kupić używane lokum za mniej niż 10 tys. zł/mkw. Otodom sprawdził, na których z siedmiu największych rynków ta granica wciąż nie została przekroczona.

Dane z serwisu Otodom pokazują wyraźne kontrasty pomiędzy poszczególnymi miastami. Najdrożej jest w Warszawie, choć w lutym nastąpił tam symboliczny spadek cen w ujęciu miesięcznym (o 0,2%).

– Przeciętna stawka za metr kwadratowy w stolicy jest ponad dwukrotnie wyższa niż w Łodzi, która pozostaje najtańszym spośród siedmiu analizowanych miast. Pod koniec lutego ofertowe ceny mieszkań z drugiej ręki wynosiły tam 8,8 tys. zł/mkw. – wyjaśnia Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.

Gdzie poza Łodzią szukać ogłoszeń poniżej 10 tys. zł/mkw.?

Łódź nie jest jedynym rynkiem, który wciąż opiera się pięciocyfrowym stawkom. Do tego grona należą również Katowice, choć tamtejsze ceny są już zauważalnie wyższe. Różnica między tymi rynkami wynosi nieco ponad 820 zł na każdym metrze kwadratowym, co oznacza, że średnia ofertowa cena w stolicy Górnego Śląska sięga blisko 9,6 tys. zł/mkw. W praktyce zakup dwupokojowego mieszkania o powierzchni 40 mkw. wiąże się tam z wydatkiem rzędu 383 200 zł.

Jak zauważa Paweł Jarząbek, w Trójmieście za lokal o takim samym metrażu trzeba byłoby już zapłacić średnio 657 240 zł. Jednocześnie Trójmiasto to rynek, który w lutym odnotował największy wzrost cen zarówno w ujęciu miesięcznym (3,9%), jak i rocznym (5,9%). Mimo to pod względem poziomu stawek pozostaje na trzecim miejscu, ponieważ drożej jest w Krakowie, gdzie przeciętna cena używanego mieszkania wynosi 16,8 tys. zł/mkw.

Gdzie na tym tle plasują się pozostałe duże rynki?

– Wrocław i Poznań tworzą wyraźny środek stawki. W obu tych miastach bariera 10 tys. zł/mkw. została już dawno przekroczona, jednak wciąż daleko im do najdroższej trójki. Co ciekawe, choć ceny we Wrocławiu są wyższe niż w Poznaniu, to właśnie w stolicy Wielkopolski odnotowaliśmy w lutym silniejszą dynamikę wzrostu rok do roku, sięgającą 4,5% – dodaje Paweł Jarząbek.

We Wrocławiu za mieszkanie z rynku wtórnego trzeba zapłacić średnio blisko 13,5 tys. zł/mkw., natomiast w Poznaniu stawka ta wynosi nieco ponad 12,1 tys. zł/mkw.

Prawie 70 proc. specjalistów IT codziennie korzysta z AI, ale 40 proc. jej nie ufa

Prawie 70 proc. specjalistów IT codziennie używa w pracy narzędzi sztucznej inteligencji, ale 40 proc. nie ma do nich zaufania. Co 3. obawia się zastąpienia przez AI.

Już ¾ firm z sektora IT w Polsce zachęca swoich pracowników do korzystania z rozwiązań wykorzystujących sztuczną inteligencję, a kolejna ⅕ nie zachęca, ale zezwala na jej używanie. Większość specjalistów IT wspiera się tą technologią codziennie, a 88 proc. wysoko ocenia ich użyteczność. Jednak tylko 2 proc. ma do AI pełne zaufanie. Najwięcej obaw budzi możliwość generowania błędów w kodzie oraz wycieku danych. Co 3. badany specjalista IT obawia się zastąpienia w pracy przez sztuczną inteligencję, a żadnych obaw co do przyszłości swojej pozycji zawodowej nie ma 16 proc.

Już 68 proc. osób zatrudnionych w branży IT w Polsce codziennie korzysta w pracy z narzędzi wykorzystujących sztuczną inteligencję. Co 5. używa ich kilka razy w tygodniu, a 7 proc. – parę razy w miesiącu. Aż 88 proc. wysoko ocenia ich przydatność, ale zaledwie 2 proc. ma pełne zaufanie do wiarygodności i dokładności ich działania. To dane z najnowszego raportu „AI na rynku pracy IT” od No Fluff Jobs. 

Zaledwie 4 proc. specjalistów IT uważa, że narzędzia sztucznej inteligencji są w ich pracy zupełnie nieprzydatne, a 8 proc. ma do nich obojętny stosunek. Ograniczone zaufanie wobec tego typu wsparcia ma 37 proc. badanych, 21 proc. nie umie tego ocenić, a aż 40 proc. przyznaje, że im nie ufa. Największe obawy budzą możliwość wygenerowania błędnego kodu (60 proc. odpowiedzi) oraz ryzyko wycieku danych udostępnianych AI (59 proc.).

Tylko 2 proc. firm IT zabrania używania sztucznej inteligencji w pracy

Według dostępnych danych w Polsce ze sztucznej inteligencji w codziennej pracy korzysta 14 proc. osób, jednak, pracując w podatnej na innowacje branży technologicznej, można odnieść wrażenie, że technologia ta jest wszechobecna. Potwierdzają to dane – z naszego raportu wynika, że ⅔ pracujących w IT korzysta z AI codziennie – mówi Marek Psiuk, CTO w No Fluff Jobs. – Część osób nie wyobraża sobie już pracy bez używania AI. Firmy IT w większości doskonale zdają sobie sprawę z powszechności stosowania tego typu narzędzi przez pracowników i wspierają tę transformację – stworzenie własnych wytycznych jest znacznie bezpieczniejszym rozwiązaniem niż pozostawienie tego procesu bez kontroli. 

Jak wynika z badania, już połowa pracodawców z sektora IT nie tylko zachęca do korzystania ze sztucznej inteligencji w pracy, lecz także daje co do tego formalne wytyczne. W co 4. firmie zachęca się do używania AI, nie ma jednak żadnych wytycznych czy formalnej polityki w tym zakresie. W przypadków pracodawca dopuszcza korzystanie z AI, ale nie zachęca do tego aktywnie i nie daje wytycznych. Zakaz korzystania z rozwiązań AI w pracy dotyczy tylko 2 proc. przedsiębiorstw. Natomiast 4 proc. badanych specjalistów IT nie zna polityki swojego pracodawcy w tym zakresie.

Co 3. specjalista IT obawia się zastąpienia przez sztuczną inteligencję

Chat GPT cieszy się największą popularnością ze wszystkich narzędzi sztucznej inteligencji  w polskiej branży IT – korzysta z niego 63 proc. specjalistów badanych przez No Fluff Jobs. Kolejne pozycje zajmują: rozwiązania AI od Google (46 proc.), GitHub (41 proc.), Claude Code (33 proc.) oraz Claude.ai (24 proc.). 

Głównym celem, do którego specjaliści IT wykorzystują rozwiązania Ai, jest szukanie rozwiązań problemów (77 proc. odpowiedzi). Do pisania kodu wykorzystuje je 60 proc. badanych, 54 proc. do tworzenia lub utrzymywania dokumentacji. Nowych koncepcji lub technologii z pomocą AI szuka 53 proc. respondentów, a 51 proc. wspomaga się sztuczną inteligencją przy debugowaniu lub naprawianiu kodu. Prawie połowa badanych specjalistów IT wykorzystuje sztuczną inteligencją jako partnera do burzy mózgów

Zastąpienia w pracy przez sztuczną inteligencję obawia się co 3. ankietowany. O swoją pozycję zawodową zdecydowanie nie obawia 16 proc. badanych, a 28 proc. raczej nie czuje obaw. Zdania na ten temat nie ma 23 proc. 

W wielu branżach AI nie tylko wspiera operacje, ale też zaczyna podważać dotychczasowe źródła przewagi konkurencyjnej. Zmienia sposób tworzenia produktów, obsługi klientów i podejmowania decyzji. To oznacza, że firmy wdrażają AI nie tylko po to, by robić więcej szybciej, ale także po to, by nie oddać rynku tym, którzy przebudują swój model działania – mówi Marek Psiuk, CTO w No Fluff Jobs. – Każdego dnia AI pozwala zaoszczędzić czas i pieniądze, jednak coraz bardziej widać, że nie jest odpowiedzią na wszystkie problemy w organizacjach. Sztuczna inteligencja część rzeczy przyspieszyła, ale w innych wciąż nie jest w stanie zastąpić człowieka i jeszcze długo nie zastąpi. To dobry znak, bo pokazuje, że technologia dalej może wspierać rozwój kariery, ale nie sprawia, że ludzka wiedza i doświadczenie tracą na znaczeniu.

Rolnictwo wchodzi w sezon 2026 z ostrożnością. Długi lekko spadły, ale nastroje w branży wyraźnie się pogorszyły

Pierwszy dzień kalendarzowej wiosny symbolicznie otworzył nowy sezon w polskim rolnictwie, jednak branża rozpoczyna go w warunkach dalekich od optymizmu. Choć dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz bazy BIK pokazują niewielki spadek zaległego zadłużenia firm z sektora rolnictwa, leśnictwa, łowiectwa i rybactwa, to skala tej poprawy pozostaje ograniczona. Jednocześnie wskaźniki koniunktury pokazują wyraźne pogorszenie nastrojów, a dodatkowym źródłem niepewności są skutki mroźnej zimy oraz utrzymująca się presja kosztowa.

Na koniec stycznia 2026 r. łączne zaległe zadłużenie firm z sektora rolnictwa, leśnictwa, łowiectwa i rybactwa wyniosło 645,8 mln zł. To o ponad 9 mln zł mniej niż rok wcześniej, co oznacza spadek o 1,4 proc. W tym samym czasie zmniejszyła się także liczba przedsiębiorstw mających przeterminowane zobowiązania – z 2 566 do 2 470. Dane te można odczytywać jako sygnał umiarkowanej poprawy, jednak poziom zadłużenia branży nadal pozostaje wysoki.

Największa część zaległości przypada na segment upraw i hodowli, czyli działalność sklasyfikowaną w grupie PKD 01. Odpowiada on za około 70 proc. całego zadłużenia sektora. W tej kategorii zaległe zobowiązania spadły z 491,3 mln zł do 453,4 mln zł, a więc o blisko 38 mln zł w skali roku. Równocześnie liczba niesolidnych płatników zmniejszyła się z 1 493 do 1 415. To właśnie ten obszar najmocniej wpłynął na poprawę ogólnego obrazu zadłużenia rolnictwa.

Mimo tego trudno mówić o wyraźnym przełomie. Jak ocenia Paweł Szarkowski, prezes BIG InfoMonitor, spadek przeterminowanego zadłużenia można określić jako odwilż po trudnym okresie, ale nie zmienia to faktu, że ponad 645 mln zł zaległych zobowiązań nadal pokazuje dużą skalę problemów finansowych w branży. W jego ocenie poprawa wynika często nie tyle z trwałej odbudowy kondycji gospodarstw, ile z większej ostrożności finansowej, ograniczania inwestycji i koncentracji na utrzymaniu płynności.

Ostrożne podejście rolników potwierdzają także badania koniunktury. Z najnowszej informacji sygnalnej Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH za pierwszy kwartał 2026 r. wynika, że główny wskaźnik koniunktury w rolnictwie znalazł się na poziomie -26,9 pkt. W ciągu zaledwie trzech miesięcy obniżył się o 12,6 pkt, a w ujęciu rocznym spadł o 7,2 pkt. Według autorów badania jest to jedno z najgłębszych pogorszeń w historii pomiaru. Skala kwartalnego spadku okazała się większa niż w okresie światowego kryzysu finansowego z lat 2008–2009 czy podczas szoku energetycznego w 2022 r.

Tak słabe nastroje nie są przypadkowe. Sytuacja ekonomiczna gospodarstw rolnych w dużej mierze zależy od relacji między kosztami produkcji a cenami sprzedaży. W ostatnich latach sektor był silnie obciążony wzrostem kosztów energii, nawozów, środków ochrony roślin, paliw i pasz. Jednocześnie producenci funkcjonowali w warunkach dużej zmienności cen skupu, co dodatkowo ograniczało rentowność. Jak podkreśla dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk BIG InfoMonitor, nawet niewielkie wahania rynkowe mogą w takich warunkach szybko przekładać się na problemy z terminowym regulowaniem zobowiązań.

Nowy sezon produkcyjny rozpoczyna się również pod presją czynników pogodowych. Wyjątkowo mroźna zima, w wielu regionach określana jako najostrzejsza od lat, mogła negatywnie wpłynąć na stan upraw i zwiększyć koszty ich odtwarzania. To oznacza ryzyko niższych zbiorów już na starcie sezonu. Dodatkowo sytuację komplikuje napięcie geopolityczne na Bliskim Wschodzie, które wpływa na ceny energii. Droższe paliwo do maszyn rolniczych oraz wyższe koszty gazu potrzebnego do produkcji nawozów mogą jeszcze bardziej pogorszyć opłacalność produkcji rolnej.

W dłuższej perspektywie problemem pozostaje także susza. Jak wskazują analitycy, zima nie poprawiła zapasów wody w glebie, a modele klimatyczne zapowiadają ciepłą i relatywnie suchą wiosnę. To oznacza, że obawy o tegoroczne plony nie kończą się na skutkach mrozu, lecz obejmują także ryzyko niedoborów wody w kolejnych miesiącach.

Na tle całego kraju szczególnie trudna sytuacja występuje na Lubelszczyźnie. To właśnie w województwie lubelskim odnotowano najwyższy poziom zaległych zobowiązań firm rolnych – blisko 116 mln zł, co stanowi około 18 proc. całego zadłużenia sektora. Przeciętnie na jedną zadłużoną firmę przypada tam aż 927 tys. zł długu, co jest najwyższym wynikiem w Polsce. Dane te pokazują skalę problemów z płynnością finansową, które coraz mocniej dotykają część producentów rolnych.

Niepokój budzi także kondycja przedsiębiorstw rolnych na Mazowszu, Pomorzu Zachodnim i w Wielkopolsce. Szczególnie województwo wielkopolskie wyróżnia się największą liczbą zadłużonych firm – 346 podmiotów. W tle pozostają takie czynniki jak rozdrobniona struktura produkcji, presja cenowa wynikająca z nadpodaży surowców oraz rosnące koszty operacyjne, które utrudniają terminową obsługę zobowiązań.

Najlepiej na tle kraju wypadają natomiast województwa świętokrzyskie, opolskie i podkarpackie. Łączne zaległości firm rolnych wynoszą tam odpowiednio ponad 5,2 mln zł, 6,6 mln zł i 8,8 mln zł. Regiony te mają również najmniejszą liczbę niesolidnych płatników, co może sugerować bardziej zrównoważoną strukturę produkcji i mniejszą ekspozycję na wahania cen surowców.

Kupujesz działkę? Marzec to najlepszy moment, by sprawdzić jej realną wartość

Po zimowym zastoju rośnie liczba osób szukających działek budowlanych, ale — jak podkreślają eksperci portalu RynekPierwotny.pl — to właśnie wczesna wiosna jest najlepszym momentem na ich ocenę. Marzec nie upiększa rzeczywistości — pokazuje ją w najtrudniejszych warunkach, ujawniając problemy, których latem często nie widać.

To, co w lipcu wygląda jak idealna działka pod dom, w marcu potrafi zamienić się w podmokły teren z realnym ryzykiem podtopień. Właśnie teraz grunt przechodzi najważniejszy test — a dla kupującego jest to wiedza bezcenna.

– Wiosna działa jak naturalny audyt działki. Jeśli grunt ma problem z wodą, to właśnie teraz wychodzi to na jaw – mówi Marek Wielgo, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Żeby kupić działkę, a nie staw

Ostatnie tygodnie tylko to potwierdzają. Gwałtowna odwilż i szybki spływ wód roztopowych doprowadziły do licznych podtopień w całym kraju. W ciągu jednego dnia strażacy interweniowali blisko dwa tysiące razy — szczególnie w województwach kujawsko-pomorskim, mazowieckim i zachodniopomorskim. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej wydał jednocześnie ostrzeżenia hydrologiczne dla większości kraju.

To nie są pojedyncze zdarzenia, lecz praktyczny sprawdzian terenu. Pokazuje on, czy działka leży w naturalnym obniżeniu, czy znajduje się na drodze spływu wód, oraz czy lokalna infrastruktura radzi sobie z ich odprowadzaniem.

– Widzimy działki, które latem wyglądają jak gotowe pod budowę, a w marcu przypominają rozlewisko. To moment, w którym kupujący może uniknąć bardzo kosztownego błędu – podkreśla Marek Wielgo.

Oferta działek mocno się skurczyła

Choć początek roku sprzyja ocenie przydatności działek do zabudowy, to jednocześnie ostatni dzwonek dla tych, którzy chcieliby jeszcze w tym roku rozpocząć budowę. Problem w tym, że wybór parceli jest wyraźnie mniejszy niż przed rokiem.

Według danych przeszukiwarki nieruchomości Adradar w lutym 2026 r. w całej Polsce dostępnych było ok. 185 tys. unikalnych ogłoszeń dotyczących działek o różnym przeznaczeniu. To o 12% mniej niż rok wcześniej i aż o 25% mniej niż w lipcu 2024 r., kiedy liczba ofert była najwyższa.

Co prawda początek 2026 r. przyniósł odbicie i więcej sprzedających zdecydowało się wystawić działki na rynek, ale liczba nowych ogłoszeń była aż o 37% niższa niż rok temu. O prawie połowę spadła też liczba działek wycofywanych z rynku — najczęściej po sprzedaży.

– Rynek działek jest dziś bardzo wymagający dla kupujących. Mamy mniej ofert i ograniczoną skłonność sprzedających do negocjacji, więc presja cenowa pozostaje wysoka – komentuje Marek Wielgo.działki budowlane kraj

Działka w cenie mieszkania

Najbardziej spektakularne zmiany widać w cenach. W dużych miastach działki coraz częściej kosztują tyle co mieszkania — a czasem nawet więcej. Przykład? Parcela o powierzchni niespełna 700 m kw. na warszawskim Mokotowie kosztuje 4,2 mln zł. Za niespełna 1000 m kw. na Pradze-Południe sprzedający żąda 3,3 mln zł. Oferty powyżej miliona złotych przestają kogokolwiek dziwić.

Tańsze działki oczywiście też istnieją — w Wawrze za ok. 650 tys. zł można kupić działkę o powierzchni ok. 730 m kw., czyli za tyle, ile kosztuje tam dwupokojowe mieszkanie.

W innych dużych miastach sytuacja wygląda podobnie — za grunt płaci się coraz więcej, często kwoty zbliżone do cen mieszkań.

Według GUS średnia cena działki pod zabudowę mieszkaniową (ok. 1800 m kw.) w 2024 r. wynosiła 280,3 tys. zł, czyli o prawie 20% więcej niż rok wcześniej. W miastach na prawach powiatu było to średnio ponad 900 tys. zł, a w pozostałych obszarach — ok. 187 tys. zł. Rekordy biją zwłaszcza miasta powiatowe w województwach: mazowieckim (ponad 2,9 mln zł), małopolskim (ok. 1,6 mln zł), dolnośląskim (ok. 1,5 mln zł) i pomorskim (ok. 1,4 mln zł).Komunikat działki budowlane ceny

Zakup działki obarczony ryzykiem

Marek Wielgo radzi, by w obecnych warunkach szukać przede wszystkim działek z jasną sytuacją planistyczną. Jeśli teren jest objęty miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego (MPZP) lub sprzedający ma bezterminową decyzję o warunkach zabudowy (WZ), uzyskanie pozwolenia na budowę staje się formalnością.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja, gdy MPZP nie ma, a o WZ musi wystąpić kupujący. Wtedy ryzyko wyraźnie rośnie. Działka uznawana dziś za budowlaną może w ciągu kilku miesięcy stracić ten status. To efekt reformy planistycznej, której kluczowym elementem jest plan ogólny gminy — dokument nadrzędny określający, co i gdzie można budować. Na jego podstawie będą uchwalane nowe MPZP oraz wydawane decyzje WZ, które odtąd będą ważne tylko przez pięć lat.

Dopóki gmina nie uchwali planu ogólnego — a ma na to czas do połowy roku, ewentualnie do końca wakacji — wydawanie decyzji WZ może zostać wstrzymane. Ponieważ większość gmin ma opóźnienia, w praktyce oznacza to ryzyko paraliżu inwestycyjnego.

I to jeszcze nie koniec. Nawet jeśli gmina uchwali plan ogólny na czas, wcale nie oznacza to, że działka pozostanie budowlaną. Może zostać przeznaczona pod zieleń, rekreację, korytarz ekologiczny albo nową drogę.

Innymi słowy: ktoś kupi działkę pięknie położoną przy lesie, nad strumieniem, z cudownym widokiem… a po uchwaleniu planu okaże się, że nie wolno tam budować, bo grunt jest zalewowy albo cenny przyrodniczo.

– Działka marzeń może więc stać się działką tylko do piknikowania – przestrzega ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Pepco zwiększa sprzedaż i podtrzymuje cele na 2026 rok

Grupa Pepco przedstawia dziś wybrane wyniki za pierwsze sześć miesięcy roku obrotowego 2026. Publikacja wyników finansowych za I półrocze roku obrotowego 2026 jest zaplanowana na 21 maja 2026.

Stephen Borchert, prezes Grupy Pepco, skomentował wyniki:

„Po raz kolejny osiągnęliśmy solidne wyniki: wzrost przychodów oraz marży brutto Pepco – w tym w Polsce, naszym największym rynku. Pepco zanotowało już piąty z kolei kwartał wzrostu przychodów w ujęciu porównywalnym. W bieżącym roku obrotowym wzrost przychodów Pepco w ujęciu porównywalnym, z wyłączeniem towarów szybkozbywalnych, osiągnął 4,2 proc. do czego przyczyniły się nasza atrakcyjna oferta kierowana do klientów, dalsze ulepszenie linii produktowych oraz dyscyplina cenowa. Te działania przynoszą pozytywne efekty, mimo mieszanych nastrojów wśród konsumentów.

Jesteśmy na dobrej drodze do realizacji naszego planu otwierania nowych sklepów, przy 31 nowych sklepach netto otwartych dotychczas w tym roku obrotowym. Od czerwca będziemy obecni w Macedonii Północnej, co jeszcze bardziej wzmocni nasz biznes w Europie Środkowej i Wschodniej. Będziemy wówczas działać już łącznie w 19 krajach. Ponadto, nasze silne wyniki i skuteczne działania zarządcze podjęte na Płw. Iberyjskim i we Włoszech zapewniły stabilną, dochodową ekspansję sklepów w tym regionie, co pozwala optymistycznie patrzeć na dalszy potencjał tego obszaru. Przedstawimy bardziej przekrojowy przegląd tej kluczowej części naszego biznesu przy okazji publikacji wyników półrocznych, w maju 2026 r.

Mieliśmy udany start naszej strategii cyfrowej, uruchamiając niedawno w Polsce naszą nową stronę internetową oraz aplikację mobilną. Przed końcem roku planujemy udostępnić je w jeszcze kilku innych krajach. Po zaledwie kilku tygodniach z satysfakcją możemy poinformować, że zanotowaliśmy 800 000 pobrań aplikacji mobilnej Pepco. Ten wynik przekroczył nasze oczekiwania i jest dowodem na popularność marki Pepco i naszej oferty wśród coraz większej liczby klientów” – dodaje.

BIEŻĄCE WYNIKI

W okresie 25 tygodni do 22 marca 2026 r., przychody Pepco wzrosły o 4,8% przy założeniu stałych kursów walutowych, z przychodami w ujęciu porównywalnym (LFL) rosnącymi o 4,2%, nie licząc towarów szybkozbywalnych (wliczając je, przychody LFL wzrosły o 0,7% w tym samym okresie). Przyczyniły się do tego pozytywne wyniki LFL w Polsce i dalszy dwucyfrowy wzrost przychodów LFL w Europie Zachodniej. Na Półwyspie Iberyjskim Spółka odnotowuje pozytywne przychody LFL w pierwszych sklepach, które zakończyły sprzedaż towarów szybkozbywalnych ponad rok temu. Odkąd minął rok od konwersji, te konkretne sklepy utrzymują dwucyfrowy wzrost przychodów LFL, analogicznie do pozostałych sklepów regionie, które nie musiały przechodzić takich zmian. Skutkiem tego jest stabilny wzrost przychodów w ujęciu raportowanym.

Obroty marki Pepco w ostatnich tygodniach dodatkowo jeszcze się poprawiły, dzięki silnej, pozytywnej reakcji klientów na pojawienie się w sklepach Grupy nowych propozycji na sezon wiosna/lato oraz na Wielkanoc. Przełożyło się to w ostatnich czterech tygodniach na wzrost przychodów LFL o 9,6%, bez towarów szybkozbywalnych (oraz o 6,6% licząc z FMCG). Pepco wciąż odnotowuje solidny wzrost marży brutto w ujęciu rok do roku, oferując przy tym klientom najlepszą wartość w wiodących na rynku cenach.

Na poziomie Grupy, w okresie 25 tygodni do 22 marca 2026 r. przychody wzrosły o 3,7% (przy założeniu stałych kursów walutowych), przy negatywnym wpływie wyników Dealz. W tym samym okresie, przychody LFL Grupy zwiększyły się o 3,1% bez towarów szybkozbywalnych (oraz nie zmieniły się, licząc z FMCG), a przychody LFL samego Dealz spadły o 9,8%. Proces wyjścia Grupy z Dealz postępuje w dobrym tempie, a zakończenie tego procesu spodziewane jest w bieżącym roku obrotowym.

Na koniec lutego 2026 r. Pepco prowadziło 4 046 sklepów. Otworzyło 31 nowych sklepów netto w trwającym I półroczu roku obrotowego 2026. Na ten relatywnie niewielki wynik netto wpływ miały zamknięcia w Niemczech związane z ogłoszoną wcześniej restrukturyzacją działalności Grupy w tym kraju. Spółka niezmiennie spodziewa się otworzyć ok. 250 nowych sklepów netto w roku obrotowym 2026, wszystkie pod marką Pepco. Dealz prowadzi 344 sklepów, tj. bez zmian w stosunku do poprzedniego sprawozdania.

ŁAŃCUCH DOSTAW

Ostatnie wydarzenia na Bliskim Wschodzie mają jedynie minimalny wpływ na Grupę Pepco, a Spółka jest dobrze przygotowania do podejmowania odpowiednich kroków, dzięki inwestycjom w odporność łańcucha dostaw poczynionym w ostatnich latach. Około 95% importowanych towarów jest transportowanych szlakiem wokół Przylądka Dobrej Nadziei za pomocą regularnego frachtu morskiego, przy zakontraktowanych wcześniej stawkach i wolumenach. Szlak ten nie odczuł poważnych zakłóceń w świetle ostatnich wydarzeń. Spółka ma odpowiedni poziom zatowarowania w centrach dystrybucyjnych. Jest on wyższy niż w tym samym okresie rok temu, m.in. z uwagi na przypadające w tym roku wcześniej Wielkanoc i chiński Nowy Rok. Grupa charakteryzuje się również strukturalnie niższą ekspozycją na krótkoterminową zmienność popytu i cykle fast fashion, co wspierają długie horyzonty planowania i kontraktowania dostaw. Mimo to Grupa stale uważnie monitoruje rozwój wydarzeń i jest w gotowości do podejmowania kroków na rzecz zapewnienia właściwego zatowarowania sklepów w odpowiednich cenach, jeżeli tylko zajdzie taka konieczność.

SKUP AKCJI WŁASNYCH – AKTUALIZACJA

Czwarta transza programu zakupu akcji własnych, o wartości 52,9 mln euro, rozpoczęła się 12 marca 2026 r., a jej koniec nastąpi nie później niż 22 maja 2026 r. Ta transza zakończy pierwszy program skupu akcji własnych Grupy Pepco o wartości 200 mln euro, po raz pierwszy przedstawiony na Dniu Inwestora w 2025 r. Zgodnie ze stanem na 20 marca 2026 r. Spółka zakupiła łącznie 1 333 482 akcji zwykłych, przy średniej cenie 26,53 zł, w ramach czwartej transzy. Przed jej rozpoczęciem, w obrocie publicznym było łącznie 553 918 650 akcji, nie licząc 23 533 285 akcji w posiadaniu Spółki.

PERSPEKTYWY

Spółka spodziewa się osiągnięcia solidnego wyniku za I półrocze. W kontekście oczekiwanych wyników za cały rok, mimo niepewności związanych z nastrojami konsumenckimi oraz wydarzeniami geopolitycznymi, Spółka podtrzymuje przekonanie o realizacji celów nakreślonych w grudniu 2025 r. W skład tych założeń wchodzi spodziewany wzrost przychodów raportowanych w roku obrotowym 2026 na poziomie między 6% a 8%, uwzględniając negatywny wpływ wyjścia z segmentu FMCG – zgodnie z wcześniejszymi założeniami – który według naszych szacunków obniży wzrost przychodów w całym roku obrotowym 2026 o około 2 punkty procentowe, przy jednoczesnym pozytywnym wpływie na marże i rentowność. Wpływ tego na przychody będzie szczególnie widoczny w I półroczu roku obrotowego.

Nasze cele na cały rok obrotowy pozostają bez zmian, planujemy również zakończyć nasz programu skupu akcji własnych o wartości 200 mln euro w tym roku obrotowym. Plan otwierania nowych sklepów również postępuje zgodnie z harmonogramem, a oferta dla klientów wciąż jest polepszana. Daje nam to solidną pozycję do skutecznej realizacji naszych zobowiązań w tym roku i kolejnych latach” – dodaje Stephan Borchert, prezes Grupy Pepco

Zgodnie ze wcześniejszymi informacjami, spodziewany wzrost bazowej EBITDA (MSSF 16) w roku obrotowym 2026 ma osiągnąć przynajmniej 9% rok do roku, mimo wzrostu kosztów transformacji, z 25 mln euro do 35 mln euro. Spółka spodziewa się wzrostu bazowego zysku netto o ponad 25% rok do roku, dzięki poprawie efektywnej stawki podatkowej, znacząco niższym kosztom odsetkowym uzyskanym dzięki niedawnemu udanemu refinansowaniu zadłużenia, a także dzięki lepszemu dopasowaniu reguł amortyzacyjnych do faktycznych okresów najmu sklepów.

NADCHODZĄCE WYDARZENIA

  • Wyniki za I półrocze roku obrotowego 2026: 21 maja 2026
  • Wybrane wyniki operacyjne za III kwartał roku obrotowego 2026: 9 lipca 2026