Banki zwykle niechętnie wliczają niestandardowe źródła dochodu do zdolności kredytowej.
Alimenty na dzieci są ignorowane przez większość baków, ale mogą spowodować zmniejszenie kosztów utrzymania gospodarstwa.
Dodatkowym źródłem dochodu mogą być natomiast alimenty zasądzone na małżonka.
Jednym z podstawowych warunków uzyskania kredytu jest posiadanie odpowiedniej zdolności kredytowej. Na jej wysokość składa się wiele czynników – od dochodów zaczynając, poprzez posiadane już zobowiązania, na kosztach utrzymania kończąc. Czasami jednak posiadamy dodatkowe źródła dochodu, jak zasiłki – np. 500+, dodatki do pensji czy alimenty. Jak traktowane są takie dodatkowe środki przez banki?
Alimenty mają służyć dziecku
Otrzymywane alimenty na dzieci przez większość banków są pomijane przy wyliczaniu zdolności kredytowej. Powodem jest ich przeznaczenie – pieniądze z alimentów mają służyć dziecku, a nie stanowić zabezpieczenie przy kredycie. Rodzice co prawda zarządzają tymi środkami, ale docelowo powinny być przeznaczone na utrzymanie dzieci. Jednak niektóre banki znalazły sposób, aby wykorzystać i te środki w procesie kredytowym.
– Możemy znaleźć na polskim rynku banki, które przy wyliczaniu zdolności kredytowej biorą pod uwagę fakt otrzymywania alimentów na dzieci. Niestety są to sporadyczne przypadki, a alimenty te, w zależności od ich wysokości, nie tyle podwyższają dochody tylko ewentualnie obniżają koszty utrzymania dzieci przy wyliczaniu kwoty kredytu dostępnej dla danego klienta. Natomiast, możemy być pewni, że jeżeli jesteśmy płatnikiem alimentów, to bank każdorazowo kwotę alimentów potraktuje jako zobowiązanie obniżające naszą zdolność kredytową – tłumaczy Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni.
Dodatkowy dochód – alimenty od eks
Zdarza się, że przy rozwodzie jeden z małżonków występuje o alimenty od drugiej strony. Podstawą zasądzenia takich alimentów jest wykazanie, że dana osoba nie jest w stanie samodzielnie się utrzymać i znajduje się w tzw. stanie niedostatku. Środki te mają zapewniać godziwą egzystencję, jednak nie może o nie wystąpić osoba, z winy której doszło do rozpadu małżeństwa. Nie są one zasądzane dożywotnio – eksmałżonek zobowiązany jest płacić alimenty do momentu zawarcia ponownego małżeństwa przez osobę uprawnioną do ich otrzymywania. Obowiązek alimentacyjny wygasa również po upływie pięciu lat od orzeczenia rozwodu, chyba że wystąpią wyjątkowe okoliczności do jego przedłużenia. Podobnie sytuacja wygląda przy separacji, ale w tym przypadku obowiązek nie wygasa nawet po upływie 5 lat. To wystarczy, aby bank traktował alimenty jako dodatkowe źródło dochodu.
– Jeżeli staramy się np. o kredyt hipoteczny, to nie należy zapominać o żadnym źródle dochodu, nawet gdy nie jesteśmy pewni, czy może on być wliczony do zdolności kredytowej. Zawsze możemy liczyć na pomoc eksperta kredytowego, który zna procedury i warunki panujące w bankach i podpowie, który z nich weźmie pod uwagę dodatkowy czy też niestandardowy dochód – dodaje Katarzyna Dmowska.
Miniony rok był kolejnym dobrym rokiem dla branży faktoringowej w Polsce. Dane dotyczące obrotów wskazują, że klienci coraz bardziej potrzebują bezpieczeństwa. Świadczy o tym ponad 20-proc. wzrost obrotów w segmencie faktoringu pełnego w stosunku do dynamiki wzrostu obrotów na całym rynku. Firmy doceniają komfort, jaki daje im korzystanie z tej formy faktoringu, przede wszystkim przejęcie ryzyka niewypłacalności kontrahenta przez faktora. Jest to rozwiązanie, które nie tylko umożliwia finansowanie bieżącej działalności firmy, ale również pozwala ustrzec się przed ewentualną przedłużającą się zwłoką w płatnościach ze strony nabywców lub wręcz braku płatności. Z kolei 24-proc. wzrost faktoringu cichego (tajnego) wskazuje na fakt, że coraz więcej firm korzysta z faktoringu w celu pozyskania finansowania, jako alternatywy do kredytu obrotowego. Z faktoringu cichego korzystają głównie duże firmy, w połączeniu z faktoringiem pełnym, w celu osiągnięcia poprawy struktury bilansu.
Mniej pozytywny jest rozwój sytuacji w obszarze faktoringu eksportowego, którego dynamika wzrostu była niższa od tempa rozwoju całego rynku, mimo znacznego wzrostu eksportu (9% rok do roku w okresie styczeń-listopad 2017 roku, jak wynika z danych GUS). Tymczasem rozwiązanie to może służyć eksporterom nie tylko do ograniczania ryzyka braku zapłaty ze strony zagranicznych kontrahentów, ale również do ograniczania wpływu ryzyka walutowego na ich biznes. Korzystając z faktoringu, eksporterzy mogą otrzymać zapłatę od faktora w walucie faktury nawet w dniu wystawienia faktury, a nie w ciągu kilkudziesięciu dni (w Europie, gdzie trafia około 80% polskiego eksportu, średni termin płatności wynosi ok. 50 dni), kiedy kurs walutowy może ulec zmianie w porównaniu do stanu z momentu sprzedaży.
Autor: Sebastian Grabek, dyrektor ds. faktoringu w HSBC Bank Polska S.A.
Amerykańskie rynki akcji przestały świecić na czerwono. Kolejny dzień przynosi więcej informacji, dotyczących tego, co mogło stać za silną, poniedziałkową wyprzedażą indeksów.
Wygląda na to, że – mimo, iż ostatni spadek indeksów giełdowych był zainicjowany przez dane o zarobkach z piątku – winę za pogłębienie wyprzedaży i odpowiedź na pytanie „Dlaczego waluty nie zareagowały?” ponosi m.in. indeks VIX i odwrócony exchange-traded note (ETN) na niego, czyli XIV.
Inwestorzy, przyzwyczajeni do niewielkiej zmienności na rynku, stawiali na utrzymanie takiego stanu rzeczy w przyszłości, inwestując w XIV i jemu podobne instrumenty. Wzrost zmienności wywołał ogromne straty na owych instrumentach i potrzebę „zabezpieczania się” przez stratnych inwestorów, którzy zaczęli zajmować odwrotne pozycje – tym samym zakładając się o wzrost zmienności – dlatego tak mocno rósł krótkoterminowy VIX.
Winę zrzuca się również na automatyczne algorytmy tradingowe oraz tzw. „risk parity funds”, czyli fundusze, które nie mają ustalonego poziomu inwestycji w konkretne aktywa (np. 90% w akcje, 10% w papiery dłużne), tylko dostosowują poziom inwestycji w konkretne aktywa bezpieczne/ryzykowne do poziomu ryzyka na rynku (mierzonego właśnie np. przez VIX). Tym samym, w przypadku wzrostu implikowanej zmienności struktura aktywów, w które inwestują zmienia się na niekorzyść akcji, a kapitał płynie w stronę obligacji. Tak właśnie prawdopodobnie stało się w poniedziałek.
SPOJRZENIE NA WALUTY
PLN
Polski złoty w relacji do głównych walut miniony dzień zakończył na niemal niezmienionym poziomie. W środę wydarzeniem dnia na krajowym rynku będzie spotkanie, decyzja oraz konferencja Rady Polityki Pieniężnej. Oczywiście, biorąc pod uwagę uwarunkowania makroekonomiczne w polskiej gospodarce oraz retorykę banku centralnego nie spodziewamy się żadnych zmian w kwestii parametrów polityki monetarnej ani teraz, ani na przestrzeni kolejnych kwartałów.
W kontekście przyszłych działań banku centralnego warto będzie jednak obserwować popołudniową konferencję Banku.
EUR
Kurs EUR/PLN we wtorek osłabił się o 0,1%, wahając się w widełkach 4,15 – 4,17. Wspólna waluta w relacji do dolara amerykańskiego i funta brytyjskiego zakończyła dzień na niemal niezmienionym poziomie.
W dniu dzisiejszym poinformowano, iż partia SPD osiągnęła porozumienie z partią Merkel. Zgodnie z nowymi informacjami, socjaldemokraci będą prawdopodobnie sprawować pieczę nad Ministerstwem Finansów, Ministerstwem Pracy oraz Ministerstwem Spraw Zagranicznych, partia CDU będzie opiekować się Ministerstwem Obrony i Ministerstwem Gospodarki, z kolei CSU – Ministerstwem Spraw Wewnętrznych. Wypracowane przez strony porozumienie będzie musiało jeszcze zostać zaakceptowane przez członków partii SPD, niemniej, wygląda na to, iż jesteśmy na półmetku utworzenia kolejnej “Wielkiej Koalicji” w Niemczech.
GBP
Kurs GBP/PLN we wtorek osłabił się o 0,1%, wahając się w widełkach 4,67 – 4,70. Dzisiejsze dane z brytyjskiego rynku pokazały niespodziewany spadek cen nieruchomości. W ujęciu miesięcznym ceny w styczniu spadła o 0,6% w porównaniu do poprzedniego miesiąca. Roczna dynamika cen nieruchomości w Wielkiej Brytanii wynosi 2,2% i znajduje się w okolicy wieloletniego minimum. Słabość rynku nieruchomości jest wyraźnie widoczna – jeszcze półtorej roku ceny nieruchomości rosły niemal o 10% rocznie.
Brytyjska waluta kontynuuje dziś słabą passę z ostatnich dni – na parze GBP/PLN jednak nie jest to widoczne, gdyż złoty również notuje spadki. Uwaga inwestorów powinna skupić się na jutrzejszym posiedzeniu Banku Anglii. Rynek nie oczekuje zmian stóp procentowych, inwestorów może zainteresować natomiast nowy “Raport o inflacji”, w którym zawarte będą prognozy gospodarcze Banku. To właśnie nowe szacunki BoE powinny rzucić nieco więcej światła na to, kiedy będziemy mogli spodziewać się kolejnych podwyżek stóp procentowych w Wielkiej Brytanii.
USD
Kurs USD/PLN we wtorek osłabił się o 0,1%, wahając się w widełkach 3,34 – 3,38. Pomimo podwyższonej zmienności w ciągu dnia, dolar amerykański w relacji do głównych walut zakończył wczorajszy dzień na niemal niezmienionym poziomie. Wczorajsze dane JOLT nieco rozczarowały – liczba ofert pracy w grudniu spadła do poziomu 5,811 mln z 5,978 mln notowanych miesiąc wcześniej. Wzrasta natomiast liczba osób, które zwalniają się na swój wniosek. Dane (uwzględniając odczyty z ostatnich miesięcy) sugerują, że popyt na pracę w USA może powoli spadać, co niekoniecznie jest negatywnym sygnałem, biorąc pod uwagę fakt, iż gospodarka Stanów Zjednoczonych obecnie znajduje się w okolicy pełnego zatrudnienia.
W dniu dzisiejszym przemawiać będzie dwóch członków FOMC, William Dudley oraz Charles Evans.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
12/13:00 – decyzja RPP w sprawie stóp procentowych
14:30 – przemawia William Dudley z amerykańskiego FOMC
16:00 – konferencja RPP
16:30 – przemawia Charles Evans z amerykańskiego FOMC
Po wcześniejszych głębokich spadkach indeksów na niemal wszystkich światowych giełdach, niektóre giełdy, np. w USA i Japonii, odreagowują lekkimi wzrostami, a inne – pogłębiają spadki, np. w Europie czy Chinach. Inwestorzy mają nadzieję na większe odreagowanie rynków. Z kolei eksperci zastanawiają się nad przyczyną gwałtownego nurkowania indeksów oraz ucieczką kapitałów do bezpiecznych przystani i nadal nie mają jednoznacznej odpowiedzi. Najbardziej prawdopodobna jest teza o zbyt dobrych danych o płacach w USA (wzrost 2,9% r/r), co wywołało obawy o wzrost inflacji, która z kolei wymusiłaby na Rezerwie Federalnej szybsze podniesienie stóp procentowych i bardziej opłacalne niż inwestowanie w akcje byłoby kupowanie innych papierów wartościowych, takich jak obligacje. W efekcie doszło do jednej z największych korekt od 2009 r
Waluty
W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do japońskiego jena (+1,03%), a traci do euro (-0,58%), brytyjskiego funta (-0,89%), dolara kanadyjskiego (-0,92%) oraz dolara australijskiego (-0,89%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,24, GBP/USD – 1,399, USD/CAD – 1,25, AUD/USD – 0,789 i USD/JPY – 109,2. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,2%) i kurs EUR/JPY wynosi 135,3, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,886. Złotówka zyskuje do głównych walut światowych. W środę rano dolar kosztuje 3,35 zł, euro – ponad 4,15 zł, funt – ponad 4,68 zł, a frank szwajcarski – ponad 3,58 zł.
Giełdy
Na światowych giełdach przewaga koloru czerwonego. We wtorek w Europie londyński indeks FTSE 100 stracił 2,64%, frankfurcki indeks DAX – 2,32%, a paryski indeks CAC 40 – 2,35%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 wzrósł o 1,74%, meksykański Bolsa stracił 2,16%, a brazylijski Bovespa zyskał 2,48%. W środę w Azji tokijski indeks Nikkei wzrósł o 0,16%, indeks Shanghai Composite obniżył się o 1,82%, a hongkoński indeks Hang Seng spadł o 0,75%.
Ropa i złoto
Trzeci dzień z rzędu ceny ropy naftowej idą w dół. We wtorek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 66,86 USD (-1,14%), a ropy WTI – 63,39 USD (-1,2%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca spadła o 1 USD do 72 USD. Z kolei złoto po wcześniejszych wzrostach także traci na wartości. W środę rano uncję metalu rynek wycenia na 1331 USD. To 11 USD mniej (-0,83%) niż dobę wcześniej.
Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:
8:00 – Niemcy – Produkcja przemysłowa (r/r), grudzień – 6,5% (prognoza 6,8%)
Marcin Pilarski objął stanowisko Chief Commercial Officer największego w Polsce programu angażowania klientów.
Wkraczając w nową erę angażowania klientów oraz planując pozyskanie kilku milionów nowych użytkowników w związku z przystąpieniem do Programu kolejnych partnerów, kierownictwo PAYBACK podjęło strategiczną decyzję o powołaniu od 1 lutego 2018 roku Marcina Pilarskiego na stanowisko Chief Commercial Officer (CCO).
– W 2018 roku planujemy pozyskać 3 miliony nowych użytkowników Programu PAYBACK, co stawia przed nami szereg nowych możliwości. Z Marcinem na pokładzie chcemy przyśpieszyć rozwój Programu i poszerzyć bazę aktywnych użytkowników kart PAYBACK – mówi Michał Pieprzny, CEO PAYBACK Polska.
Marcin, jako Chief Commercial Officer, będzie odpowiadał za realizację strategii sprzedaży w kluczowych dla Programu segmentach rynku, a także rozwój biznesu zgodnie ze strategią wzrostu przychodów.
– Cieszę się, że dołączam do zespołu PAYBACK w Polsce, i wierzę, że razem będziemy osiągać świetne wyniki na rynku o ogromnym potencjale rozwoju w obszarze angażowania klientów. Zamierzam kontynuować dostarczanie wyjątkowej wartości zarówno partnerom Programu z różnorodnych branż, jak również wielomilionowej i wciąż rosnącej grupie jego użytkowników w całym kraju – mówi Marcin Pilarski, CCO PAYBACK Polska.
Przed dołączeniem do PAYABCK Marcin pracował dla Travelport (NYSE: TVPT), gdzie przez ostatnie dwa lata pełnił funkcję Wiceprezesa ds. Globalnego Produktu i Marketingu w linii biznesowej Agency Commerce. Był tam odpowiedzialny za tworzenie produktów, rozwiązań i usług dostępnych na 170 rynkach dla 68 tysięcy klientów Travelport, koncentrując się przede wszystkim na: platformie rezerwacyjnej Smartpoint, aplikacji poprawiającej efektywność pracy Agency Effectiveness, aplikacji mobilnej oraz wykorzystywaniu danych analitycznych.
Wcześniej pełnił funkcję dyrektora zarządzającego na Europę Wschodnią odpowiadając za operacje Travelport w 25 krajach regionu, w tym w Rosji i Polsce.
Marcin jest absolwentem Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu. W życiu zawodowym interesuje się teoriami przywództwa oraz wykorzystaniem ich w tworzeniu wysoko wydajnych zespołów osiągających ponadprzeciętne wyniki. Prywatnie jest zapalonym biegaczem, miłośnikiem windsurfingu i jazdy na rowerze.
Za nami imponujący styczeń z rajdem ryzykownych klas aktywów od akcji przez surowce po waluty rynków wschodzących, a wszystko to odbywało się przy masowej wyprzedaży dolara amerykańskiego. Jakkolwiek początek roku przebiegał w myśl zadowolenia siłą globalnego ożywienia, tak luty przynosi pierwsze wątpliwości i zagubienie trendów.
W rezultacie aktywa stały się podatne na korektę, czemu też sprzyja poprawa sentymentu wokół dolara po serii bardzo dobrych danych z gospodarki USA. W nadchodzących tygodniach inwestorzy mogą decydować się na częściową realizację zysków ze wzrostu cen akcji, surowców i umocnienia walut ryzykownych, w tym walut rynków wschodzących. To także oznacza zagrożenie dla złotego, który ma za sobą silne otwarcie roku, ale zwykł tracić na wartości, kiedy na rynkach wzrasta awersja do ryzyka. W takim klimacie inwestycyjnym największe zmiany mogą dotyczyć kursu franka do złotego – szwajcarska waluta jest tzw. „bezpieczną przystanią”, która przyciąga kapitał w okresach rosnącej niepewności.
Konrad Białas, główny ekonomista Dom Maklerski TMS Brokers
W 2017 roku w największych aglomeracjach w kraju popyt na powierzchnie biurowe sięgnął niemal 1,5 mln mkw., informują analitycy Walter Herz. W Warszawie do najemców trafiło znacznie więcej biur niż łącznie na rynkach regionalnych
W 2017 roku w dziewięciu największych miastach w Polsce (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Poznań, Łódź, Szczecin, Lublin) wynajęte zostało około 1 475 000 mkw. powierzchni biurowych. – Bezkonkurencyjna pod względem popytu okazała się Warszawa, w której zawarto transakcje na ponad 800 tys. mkw. biur – zaznacza Bartłomiej Zagrodnik, Prezes Zarządu Walter Herz. W Krakowie podpisano umowy najmu na przeszło 200 tys. mkw. powierzchni, a na wrocławskim rynku najemców znalazło około 170 tys. mkw. biur.
Ponad 9,6 mln mkw. powierzchni biurowej w Polsce
W minionym roku, jak obliczają specjaliści, w największych aglomeracjach w kraju przybyło łącznie ponad 740 tys. mkw. powierzchni biurowych. Zasoby warszawskiego rynku wzbogaciły się o 280 tys. mkw. biur, a w ośmiu miastach regionalnych oddano do użytku ponad 460 tys. mkw. powierzchni, z czego większość w Krakowie – około 193 tys. mkw.
Jak podaje Bartłomiej Zagrodnik, największe miasta w Polsce oferują obecnie łącznie około 9 615 000 mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. – Na koniec ubiegłego roku w Warszawie było 5 230 000 mkw. biur, a regiony dysponowały powierzchnią około 4 385 000 mkw. Niemal połowa regionalnego potencjału biurowego przypada na rynek krakowski i wrocławski. Kraków może pochwalić się już wolumenem 1 100 000 mkw. nowoczesnych powierzchni biurowych, a Wrocław 907 tys. mkw. biur – wylicza Bartłomiej Zagrodnik.
Coraz mniej wolnej powierzchni
Najniższy współczynnik powierzchni niewynajętej, na poziomie 8,5 proc. notowany jest w Trójmieście, w którym powstaje obecnie kilka dużych projektów, a całkowite zasoby biurowe sięgają prawie 700 tys. mkw. Z danych Walter Herz wynika, że podobnie niskim wskaźnikiem pustostanów charakteryzuje się też rynek poznański. W Warszawie, w której powstaje obecnie niezwykle duża ilość powierzchni biurowej – około 780 tys. mkw., współczynnik pustostanów obniżył się do poziomu 11,5 proc.
Bartłomiej Zagrodnik prognozuje, że w tym roku na warszawskim rynku biurowym nadal będziemy mogli obserwować spadek ilości wolnej powierzchni, co wiązać się będzie z niskim poziomem nowej podaży. Jego zdaniem, przyniesie to dalszą stabilizację stawek czynszowych i mniejsze możliwości negocjacji cen.
Popyt na duże powierzchnie
Do największych transakcji przeprowadzonych w 2017 roku na rynkach regionalnych doradcy zaliczają umowę poufnego najemcy na ponad 25 tys. mkw. w poznańskim Nowym Rynku i przednajem Credit Agricole na ponad 15 tys. mkw. w Business Garden II we Wrocławiu.
W Warszawie z kolei w minionym roku bank Millenium odnowił umowę na ponad 18 tys. mkw. powierzchni w Harmony Office Centre. Podobnej wielkości powierzchnię w Generation Park X wynajęła firma Citi Service Center Poland. Na wynajem około 15 tys. mkw. w Atrium Garden zdecydował J.P. Morgan Poland, a Alior Bank w Łopuszańska Business Park i koncern farmaceutyczny AstraZeneca w budynku Postępu 14 wynajęły powierzchnie przekraczające 13 tys. mkw.
Rosnące zainteresowanie inwestycjami na polskim rynku
Polski rynek nieruchomości komercyjnych cieszył się w 2017 roku większym zainteresowaniem inwestorów niż rok wcześniej. Wartość zawartych transakcji inwestycyjnych sięgnęła niemal 4,7 mld euro, z czego na segment biurowy przypadło 1,6 mld euro, co obejmowało 33 proc. inwestycji. Największym zainteresowaniem inwestorów cieszył się sektor handlowy, w którym ulokowane zostało około 40 proc. walorów.
Jak podaje Walter Herz, nieruchomości biurowe w centrum Warszawy wyceniane są obecnie przy stopach kapitalizacji na poziomie 5,25-5,50 proc., a poza obszarem centralnym 7-7,50 proc. Na rynkach regionalnych stopy kapitalizacji najlepszych obiektów biurowych kształtują się natomiast w przedziale 6,50 -7 proc.
Wzrastająca popularność kryptowalut sprawia, że stają się one atrakcyjnym przedmiotem inwestowania dla wielu przedsiębiorców. Obiektem ich zainteresowania są zarówno najpopularniejsze cyfrowe waluty, jak i tzw. koparki do ich pozyskiwania. Co za tym idzie: powstaje pytanie, w jaki sposób przedsiębiorcy powinni rozliczać się z tych kosztów.
Kryptowaluty to jeden z najgorętszych tematów ostatnich miesięcy. Miało to związek przede wszystkim z rekordowo wysokimi cenami Bitcoina, co skusiło wiele osób do inwestowania w cyfrowe pieniądze. Ich popularność stała się na tyle duża, że coraz więcej firm zaczęło wprowadzać możliwość opłacania transakcji za pomocą kryptowalut.
Za i przeciw
Zwolennicy Bitcoina wskazują na to, że obracanie nim jest stosunkowo łatwe i szybkie. Dokonywane za jego pomocą transakcje nie wymagają pośredników, a samo przechowywanie Bitcoina oraz operowanie nim jest bezpieczne. Nie bez znaczenia dla niektórych jest także fakt, że płatności dokonywane Bitcoinami są anonimowe.
Z kolei przeciwnicy Bitcoina wskazują, że nie ma on w niczym oparcia, działa na zasadzie bańki spekulacyjnej i nikt nie jest w stanie zagwarantować jego stabilności. Co więcej, zdaniem niektórych analityków, upadek Bitcoina to kwestia czasu i można na nim wyłącznie stracić.
Anonimowość Bitcoina jest niestety wykorzystywana także przez przestępców. Na przykład autorzy słynnego ransomware (złośliwego oprogramowania blokującego użytkownikowi dostęp do danych na komputerze) WannaCry domagali się od ofiar okupu wypłacanego właśnie w Bitcoinach.
Jak rozliczać obrót kryptowalutą?
Jak wskazują eksperci z firmy inFakt, przedsiębiorca, który już zdecyduje się na zakup kryptowaluty, może rozliczać obrót nią w ramach prowadzonej działalności, ale także poza – w przypadku, gdy obrót występuje incydentalnie. Wówczas dochody ze sprzedaży kryptowalut można rozliczyć poza działalnością jako dochody z praw majątkowych.
Z kolei w sytuacji, kiedy obrót cyfrowymi walutami jest ciągły, nastawiony na zysk i ma charakter zorganizowany, rozliczenie powinno nastąpić w ramach działalności gospodarczej. Przedsiębiorca handlujący kryptowalutami powinien pamiętać, aby wybrać odpowiedni kod PKD. W tym wypadku będzie to PKD 64.19.Z – pozostałe pośrednictwo pieniężne. Wybierając formę opodatkowania, przedsiębiorca może natomiast zdecydować się na zasady ogólne lub podatek liniowy. W rozliczeniu rocznym przychód ze sprzedaży kryptowalut należy wykazać razem z pozostałymi przychodami z działalności gospodarczej.
Warto też pamiętać, że nabycie Ethereum, Monero czy Bitcoina stanowi koszt uzyskania przychodu, który można rozliczyć na bieżąco. Przedsiębiorca musi jednak pamiętać o tym, aby mieć odpowiedni dokument, który potwierdzi poniesione koszty. W innym wypadku wydatek na kryptowaluty może nie zostać zaliczony do kosztów uzyskania przychodu. Do kosztów można zaliczyć zarówno wydatki na nabycie kryptowaluty, która miałaby zostać dalej odsprzedana, jak i tych, które będą następnie wykorzystywane do celów związanych z prowadzeniem działalności. Może to być np. zapłata za usługi lub towary.
Kiedy powstaje przychód ze sprzedaży kryptowaluty?
– Przedsiębiorcy często mają wątpliwości, kiedy powstaje przychód ze sprzedaży kryptowaluty: czy dzieje się to w chwili, kiedy po jej sprzedaniu otrzymają zapłatę w prawnym środku płatniczym – np. w złotówkach czy euro – na swoje konto giełdowe, czy raczej wówczas, kiedy przeleją tę kwotę na własny rachunek bankowy – mówi Magda Sławińska-Rzemek, doradca podatkowy w firmie inFakt. – W mojej opinii przychód ze sprzedaży kryptowaluty powstaje wtedy, kiedy na konto giełdowe przedsiębiorcy wpływa wynagrodzenie za sprzedane waluty. Data wykonania przelewu na rachunek przedsiębiorcy z konta giełdowego nie ma tu znaczenia.
Jak zaksięgować koparkę do kryptowalut?
Tak zwana koparka do kryptowalut to komputer posiadający dużą moc obliczeniową. Koszt takiego zaawansowanego urządzenia wynosi zazwyczaj kilkanaście tysięcy złotych. Koparka powinna być zaksięgowana jako składnik majątku pod kodem KŚT 491 Zespoły komputerowe. Ponieważ ma ona znaczą wartość, należy ją także wprowadzić do ewidencji środków trwałych oraz poddać amortyzacji.
Przedsiębiorca może także rozliczać w kosztach uzyskania przychodów wydatki poniesione na zakup sprzętu do wydobywania kryptowaluty oraz rachunki za energię elektryczną zużytą w tym celu. – Wydatki te są poniesione w celu uzyskania przychodu – wyjaśnia Magda Sławińska-Rzemek. – Trzeba pamiętać, aby zostały należycie udokumentowane: zakup sprzętu – fakturą lub umową sprzedaży. Co do energii elektrycznej – warto rozważyć zamontowanie oddzielnego licznika, aby nie było wątpliwości, że pobrany prąd służy wyłącznie do kopania kryptowalut. Koszt zakupu i montażu dodatkowego licznika również oczywiście może być potraktowany jako koszt prowadzenia działalności.
Zwiększenie mocy produkcyjnych oraz zakup nowych technologii lub sprzętu – to najczęściej deklarowane przez polskie firmy plany związane z inwestycjami. Jak wynika z raportu Deutsche Bank „Polskie firmy – kondycja, perspektywy, inwestycje i ich finansowanie”, skłonność do kreślenia ambitnych planów rozwoju rośnie wraz ze skalą działalności biznesu. Wśród firm średnich i dużych, więcej niż co druga ma zamiar zainwestować w rozwój w perspektywie najbliższych miesięcy.
Dobra koniunktura w polskiej gospodarce trwa. Prognozy na najbliższe miesiące są również optymistyczne – większość ekspertów spodziewa się dalszych wzrostów. Takie warunki rynkowe sprzyjają inwestycjom w rozwój firm. Deutsche Bank sprawdził, czy i w jaki sposób rodzimy biznes chce z tego pozytywnego trendu skorzystać. Z badania przeprowadzonego wśród polskich przedsiębiorstw wynika, że w 2017 r. polskie firmy patrzyły w przyszłość raczej z optymizmem, co przekładało się na chęć inwestowania w rozwój. Wśród wszystkich podmiotów, które wzięły udział w badaniu, aż 41 proc. zadeklarowało chęć podjęcia inwestycji w perspektywie najbliższego półrocza. Warto podkreślić, że w poprzedniej edycji badania, z 2016 r. takie plany miała tylko co trzecia firma.
Inwestycje domeną większych
Wzrost zainteresowania inwestycjami to nie jedyna zauważalna zmiana w ciągu ostatniego roku. Jeszcze w 2016 r. różnice w deklaracjach małych, średnich i dużych firm były minimalne. Tymczasem w nowej edycji raportu wyraźnie widać, że istnieje zależność między wielkością przedsiębiorstwa a planowaniem inwestycji. To właśnie średnie i duże podmioty oraz te działające w skali europejskiej i globalnej chętniej snują plany dotyczące rozwoju. Ich działania mogą stać się impulsem dla mniejszych firm, które w dłuższej perspektywie będą śmielej podchodziły do inwestycji.
– Wydaje się, że przedsiębiorstwa, które odważyłyby się pójść pod prąd i postawiły na inwestycje, mogłyby zyskać sporą premię i to z kilku powodów – komentuje Paweł Sienkiewicz, Dyrektor Departamentu Produktów Kredytowych Deutsche Bank Polska. – Innowacyjne inwestycje to szansa na nowe rynki zbytu i ucieczkę z pułapki niskiej marży. Z kolei postawienie na automatyzację, czy to produkcji, czy obsługi klienta, pozwoliłoby uniknąć lub zminimalizować kłopoty z pozyskaniem pracowników.
W co inwestują polskie firmy
Listę najważniejszych celów inwestycyjnych – podobnie jak w 2016 r. – otwierają wydatki na zwiększenie mocy produkcyjnych. Do tego kroku przymierza się 60 proc. wszystkich firm planujących inwestycje w najbliższym czasie. Na wysokim miejscu znalazła się też chęć zakupu i wdrożenia nowych technologii, sprzęt i infrastruktura. Taki zamiar ma co drugie badane przedsiębiorstwo. Dla co trzej firmy najważniejsze są inwestycje w nowe powierzchnie biurowe bądź usługowe.
W porównaniu do poprzedniej edycji raportu Deutsche Bank, znacząco spadła skłonność do inwestowania w badania i rozwój. W ten segment chce angażować się jedynie 13,6 proc. polskich firm. W 2016 r. odsetek takich deklaracji wynosił blisko 21 proc. Jak podkreśla Maciej Sus, Dyrektor Departamentu Klienta Biznesowego Deutsche Bank Polska, przypisywanie niskiej rangi inwestycjom w sferę B+R powinno niepokoić. – To właśnie innowacyjność – warto powtarzać to przy każdej okazji – jest długofalowo najsilniejszą dźwignią wzrostu wartości – mówi Maciej Sus. – Wiedzą to duże firmy – do proinnowacyjnych wydatków przymierza się w najbliższych miesiącach co drugi podmiot o obrotach powyżej 50 mln euro. Na drugiej szali są małe firmy – zaledwie 9 proc. z nich stawia na inwestycje w badania i rozwój.
Inwestycje finansowane z własnych pieniędzy
W konsekwencji utrzymującej się dobrej koniunktury, firmy zgromadziły dość funduszy, aby samodzielnie sfinansować inwestycje. Z raportu Deutsche Bank wynika, że to właśnie ze środków własnych chce korzystać aż 85 proc. przedsiębiorstw nastawionych na inwestycje. Jest to znaczny wzrost w porównaniu do deklaracji z 2016 r. – wówczas na własny kapitał jako optymalne źródło finansowania wskazało 65 proc. Z kolei po fundusze unijne chce sięgnąć co trzecia firma.
Jak podkreśla ekspert Deutsche Bank, finansowanie zewnętrzne wciąż uważane jest za rozwiązanie ostateczne, gdy wyczerpią się inne możliwości. Z kredytu bankowego chciałoby skorzystać ponad 28 proc. podmiotów planujących inwestycje, zaś leasingiem byłoby zainteresowane co piąte przedsiębiorstwo. – Gdy firma zbliża się do kresu możliwości produkcyjnych, po prostu sięga po własne środki i stawia np. nową linię. Ale to historyczne przyzwyczajenie ma swoje wady. Własną „poduszkę finansową” warto zachować na trudniejsze czasy, gdy gorsza koniunktura będzie wymagała np. dodatkowego finansowania obrotowego, a banki będą mniej skore do udzielania kredytów – radzi Paweł Sienkiewicz. – Zdolność kredytową lepiej budować w dobrych czasach, traktując wynegocjowaną na dobrych warunkach linię jako rezerwę na nagłe sytuacje, gdyby np. pojawiła się możliwość przejęcia innego podmiotu – dodaje.
Prognozy na bieżący rok
Według Arkadiusza Krześniaka, Głównego Ekonomisty Deutsche Bank Polska, w 2018 roku gospodarka Polski prawdopodobnie wzrośnie realnie o 3,6 proc., PKB strefy euro zwiększy się o 2 proc., a Niemiec o 1,8 proc. – Pomimo oczekiwanej korzystnej koniunktury na rynku krajowym i rynkach zagranicznych w Europie, w przyszłym roku firmy staną w obliczu nowych wyzwań. Dalszy spadek stopy bezrobocia spowoduje, że niedobór pracowników stanie się coraz bardziej odczuwalną barierą, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że w Polsce przeważają technologie wymagające relatywnie dużego nakładu pracy. To sprawi, że większego znaczenia nabierze konieczność inwestycji w technologie zmniejszające zależność przedsiębiorstwa od dostępu do siły roboczej – uważa Arkadiusz Krześniak.
Historycznie bardzo długi okres skompresowanej, niskiej zmienności, tradycyjnie kończy się jej potężnym wybuchem. W obliczu silnych przetasowań sentymentu i załamania na Wall Street, które nie miało wiele wspólnego z sytuacją fundamentalną, uczestnicy rynku wystawieni są na próbę wystrzału zmienności. To obraz notowań, o którym inwestorzy przyzwyczajeni do pełzającej, ślimaczej hossy na rynkach akcji dawno zapomnieli.
Podstawą spadków było nie widmo recesji (wręcz przeciwnie, światowa gospodarka jest w świetnej formie i w tym roku zadaniem MFW wzrośnie o blisko 4 proc.) a skrajne pozycjonowanie, ekstremalne wykupienie i wyśrubowane do granic wyceny. Część inwestorów zaczyna się obawiać, że kończy się powoli era dobrej koniunktury i bardzo łagodnej polityki monetarnej, która zapewniała niską zmienność. Kluczem będzie kolejne kilkadziesiąt godzin. Jeśli w tym czasie zniżka nie zostanie w jeszcze większym stopniu wymazana a stabilizacja nastrojów, to zapewne będzie czekać nas głębsze spadkowe odreagowanie.
Jedno jest pewne: czeka nas okres większych wahań kursów walut i cen instrumentów finansowych, wzmożonej niepewności i niestabilności sentymentu. W takim środowisku zagrożone są przede wszystkim te waluty i aktywa, które charakteryzowało skrajne pozycjonowanie. Inwestorzy w obliczu rynkowych turbulencji powinni dążyć do redukcji swojej ekspozycji. A na fali słabości dolara takich przypadków jest mnóstwo. Należy zacząć od walut emerging markets, szczególnie zagrożony jest rubel i rand, ale złoty również jest zbyt mocny względem fundamentów. Wartość godziwą EUR/PLN widzimy obecnie ponad 4,20. W gronie G-10 rekordowe pozycjonowanie charakteryzuje euro. W przypadku funta i wspólnej waluty zaangażowanie netto instytucji finansowych odbiega też od długoterminowej średniej o około 1,5 odchylenia standardowego. Dlatego też w tym epizodzie większej awersji do ryzyka faworyzujemy dolara – może stać się beneficjentem wychodzenia z rynku inwestorów. Na rynkach surowców podobnie wygląda sytuacja ropy, bawełny i co ciekawe – złota. Dlatego też kruszec powinien w przypadku rozwinięcia się spadków zachowywać się słabiej niż wskazywałyby na to historyczne wzorce.
Dziś należy zwrócić uwagę na posiedzenia RPP i RBNZ, ale i tak zostaną one w cieniu przetasowań na Wall Street.
Rada Polityki Pieniężnej utrzyma stopy procentowe bez zmian, ale interesująca może być konferencja prasowa. Jeśli obawy o siłę złotego i konkurencyjność zostaną uwzględnione w komunikacie po posiedzeniu, jeszcze bardziej podkreśli to dominację gołębiego skrzydła w Radzie, co w końcu może pchnąć rynek do ujmowania podwyżki z wyceny. W obliczu niepewnego i kruchego sentymentu na rynkach zewnętrznych, przekaz RPP może być katalizatorem dla redukcji ekspozycji w złotym. Niezależnie od wyniku posiedzenia spodziewamy się osłabienia złotego i powrotu EUR/PLN ponad 4,20.
RBNZ obecnie funkcjonuje z wakatem na stanowisku gubernatora (jego obowiązki pełni wiceprezes Spencer do czasu, aż nowy rząd wybierze swojego kandydata). Adrian Orr został już wybrany, ale jego kadencja rozpocznie się dopiero 27 marca. Nowy rząd planuje też rewizję celów polityki pieniężnej, a szczegóły jeszcze będą ustalane. Kombinacja tych czynników zmniejszają szanse na istotne zmiany w strategii polityki pieniężnej. Stąd komunikat po lutowym posiedzeniu powinien być w większości neutralny i zbliżony wydźwiękiem do listopadowego a po Banku Rezerwy Nowej Zelandii powszechnie oczekuje się utrzymania stopy procentowej na 1,75 proc. Kluczem będą zatem rewizje prognoz makroekonomicznych. Ryzyka przeważają po gołębiej stronie, co może dołożyć się do zmienności NZD. Dane z gospodarki od ostatniego posiedzenia w listopadzie miały mieszany wydźwięk. Choć wzrost PKB w IV kw. zaskoczył pozytywnie (2,7 proc. r/r) a z nocnych danych wynika, że bezrobocie jest najniższe od dziewięciu lat, to inflacja CPI (1,6 proc. r/r) wypadła słabiej zarówno wobec prognoz rynkowych, jak i RBNZ.
Samochody autonomiczne czy car-sharing, czyli współdzielenie aut to zjawiska, które mają i będą mieć coraz większy wpływ na kształt rynku motoryzacyjnego. Auta wyposażone w szereg czujników bezpieczeństwa mogą obniżyć liczbę wypadków nawet o 90 proc. Zmiany te mają coraz większy wpływ na rynek ubezpieczeń komunikacyjnych. Jak wynika z analizy firmy doradczej Deloitte, firmy ubezpieczeniowe muszą przygotować się na wprowadzenie fundamentalnych zmian w ofercie ubezpieczeń komunikacyjnych, a także w obszarze oceny ryzyka, wyceny składki i modeli biznesowych.
Ubezpieczenia komunikacyjne mają najwyższy udział w ubezpieczeniach majątkowych. W 2015 roku w skali globalnej wygenerowały one około 200 mld dolarów, czyli jedną trzecią wszystkich składek płaconych za ubezpieczenia majątkowe. – Również w Polsce rynek ubezpieczeń komunikacyjnych jest jednym z wiodących. Jak wynika z raportu Deloitte dla Polskiej Izby Ubezpieczeniowej, po polskich drogach jeździ ponad 23 mln aut, a w 2016 roku wypłaty z tytułu OC i AC wyniosły 12 mld zł – mówi Krzysztof Stroiński, Partner, Lider Praktyki Ubezpieczeniowej w Europie Środkowej, Deloitte.
Jak samochody autonomiczne mogą wpłynąć na sytuację na drogach? Z szacunków wynika, że najeżone czujnikami auta mogą ograniczyć liczbę wypadków nawet o 90 proc. – Co więcej w wielu krajach obserwujemy rosnące postawy proekologiczne, które wiążą się ze wzrostem awersji do posiadania własnego samochodu, a w konsekwencji z popularyzacją współużytkowania pojazdów i współdzielenia podróży, czyli tzw. car- i ride- sharingu. Jest to widoczne szczególnie w miastach. To wszystko nie pozostaje bez wpływu na rynek ubezpieczeń – mówi Krzysztof Stroiński.
Przede wszystkim bezpieczeństwo
Z badania Deloitte wynika, że tempo tych zmian może się różnić w zależności od grupy wiekowej i regionu, ale przekonujące korzyści ekonomiczne i społeczne sugerują, że przyszłość będzie coraz częściej definiowana przez pojazdy autonomiczne. Najbardziej przychylni samochodom autonomicznym oraz współdzieleniu aut są mieszkańcy Chin oraz Indii, a także przedstawiciele pokolenia milenialsów i generacji Z. Zdaniem ekspertów Deloitte również w innych krajach i starszych grupach wiekowych akceptacja dla tego typu rozwiązań będzie rosła. – Będzie się to jednak działo stopniowo, tak jak stopniowo zmienia się technologia. Producenci samochodów dziś nie sprzedają jeszcze pojazdów autonomicznych, ale wyposażają już nowe auta w szereg czujników, które wpływają na bezpieczeństwo i zwiększają zaufanie konsumentów do automatyzacji – mówi Daniel Martyniuk, Partner w Dziale Konsultingu, Deloitte.
Z badania Deloitte wynika, że konsumenci chcieliby, by ich samochody były przede wszystkim bezpieczne, dlatego najchętniej wyposażyliby je w czujniki, które pozwalają rozpoznawać obiekty na drodze i unikać kolizji. Czujniki te informują kierowcę o niebezpiecznych sytuacjach drogowych, blokują auta w razie niebezpiecznych sytuacji w ruchu drogowym czy też wzywają pomoc w razie wypadku. – Większość kierowców chce, aby ich pojazdy zostały należycie wyposażone w technologie związane z zachowaniem bezpieczeństwa, odwrotnie niż w przypadku smartfonów, gdzie użytkownicy oczekują przede wszystkim szybszego działania urządzeń i sprawnej obsługi – tłumaczy Daniel Martyniuk.
Nowe oblicze składki ubezpieczeniowej
Pojawienie się na drogach pojazdów autonomicznych i coraz większa popularyzacja car-sharingu wpłynie na wysokość składki ubezpieczeniowej płaconej przez kierowców. Z jednej strony zminimalizowanie błędów ludzkich, a co za tym idzie mniejsza liczba wypadków samochodowych mogą wpłynąć na zmniejszenie składek ubezpieczenia. Z kolei współdzielenie samochodów może zwiększyć składkę, ponieważ komercyjne wykorzystanie auta będzie negatywnie wpływało na jej wysokość. – Przyszłość, w której samochody tradycyjne będą jeździć po ulicach obok pojazdów częściowo i w pełni zautomatyzowanych, a w dalszej perspektywie wizja dominacji samochodów autonomicznych na drogach, powinna wymusić wprowadzenie fundamentalnych zmian w ofercie produktów ubezpieczeniowych, a także w obszarze oceny ryzyka, wyceny i modeli biznesowych – mówi Jacek Wiśniewski, Starszy Menedżer, Dział Usług Aktuarialnych i Ubezpieczeniowych, Deloitte.
Zmiany te będą obejmować szereg czynników, m.in. przygotowanie się ubezpieczycieli, do tego że rewolucja na rynku motoryzacyjnym może przebiegać w różnym tempie w różnych regionach i grupach wiekowych czy też uznanie, że odpowiedzialność za wypadki i kolizje w coraz mniejszym stopniu będzie spoczywała na kierowcy, a w coraz większym stopniu na producencie pojazdu lub technologii.
Powszechność technologii będzie wymagać od firm ubezpieczeniowych wdrożenia zaawansowanych narzędzi analitycznych oraz odpowiedniego przeszkolenia rzeczoznawców i likwidatorów szkód. – To wszystko oznacza, że firmy ubezpieczeniowe będą musiały szybko się odnaleźć w ewoluującej rzeczywistości mobilnego ekosystemu. Nie będzie taryfy ulgowej dla tych, którzy przegapią tę rewolucję. Tylko dzięki odpowiednio szybkiemu reagowaniu ubezpieczyciele będą mogli utrzymać swoją pozycję w zmieniającym się i bardzo konkurencyjnym otoczeniu – podsumowuje Krzysztof Stroiński.
2018 rok będzie dziewiątym z rzędu, w którym rynek leasingu w Polsce wzrośnie. Co więcej, będziemy mieć do czynienia z bezprecedensową sytuacją, w której branża leasingowa zakończy szósty rok z rzędu dwucyfrową dynamiką. ZPL prognozuje, że wartość sfinansowanych aktywów przez firmy leasingowe w 2018 roku wzrośnie o 15,1 proc.
– Za nami kolejny roczny rekord branży leasingowej. Z danych Związku Polskiego Leasingu wynika, że firmy leasingowe sfinansowały w 2017 roku aktywa o wartości 67,8 mld zł, czyli o 15,7 proc. więcej niż rok wcześniej. Mamy bezprecedensową sytuację, w której nasz rynek od pięciu lat rozwija się w dwucyfrowym tempie, a wszystko wskazuje na to, że taka sytuacja utrzyma się również w najbliższych dwóch latach. Tak dobre wyniki naszej branży to pochodna świetnej kondycji polskiej i światowej gospodarki. W szczególności jednak na poszczególne obszary rynku leasingowego wpłynęły takie czynniki jak eksport, produkcja przemysłowa, wykorzystanie zdolności produkcyjnych oraz konsumpcja prywatna – zwraca uwagę Marcin Nieplowicz, główny ekonomista EFL.
Kiedy rośnie eksport i produkcja przemysłowa…
… leasing maszyn rośnie jak na drożdżach. W 2017 roku wyraźnie przyspieszyła międzynarodowa wymiana handlowa, na czym skorzystała strefa euro, której gospodarka ma wyraźnie eksportowy charakter. Dzięki temu wzrost gospodarczy w Eurolandzie jest obecnie na najwyższym od 6 lat poziomie. Nie pozostaje to bez wpływu na polską gospodarkę – blisko 80 procent eksportu kierujemy właśnie do krajów Unii Europejskiej. Nie dziwi więc, że w okresie od stycznia do listopada 2017 roku eksport towarów z Polski wzrósł o 10,7 proc. r/r, a w samym listopadzie dynamika wyniosła 12,5 proc. r/r.
Rosnący eksport ma wyraźne przełożenie na wyniki przetwórstwa przemysłowego. Dynamika produkcji przemysłowej w tym obszarze wyniosła w ubiegłym roku 7,3 proc. r/r. A przetwórstwo jest tą częścią gospodarki, która jest mocno powiązana z finansowaniem maszyn przez firmy leasingowe. Jeżeli dodamy do tego bardzo wysokie wykorzystanie zdolności produkcyjnych w polskich firmach (rzędu 83,5 proc.) i rozpoczęcie utylizacji środków unijnych z perspektywy 2014-2020, to w efekcie sektor maszyn stał się siłą napędową całego rynku leasingu z ponad 20 proc. dynamiką.
Kiedy są grubsze portfele Polaków
…zyskuje rynek finansowania samochodów. Głównym motorem rozwoju polskiej gospodarki stały się wydatki konsumentów, rosnące zarówno za sprawą bardzo dobrej sytuacji na rynku pracy, ale też wsparte programem Rodzina 500+. Te natomiast były ściśle powiązane z trendami dominującymi na rynku leasingu. Firmy leasingowe ponad 3/4 swoich usług kierują do firm mikro- i małych z sektora prywatnego, czyli do firm inwestujących w odpowiedzi na silny wzrost popytu krajowego w Polsce, napędzanego rosnącymi wy-datkami konsumpcyjnymi gospodarstw domowych. Znajduje to mocne odzwierciedlenie w finansowaniu pojazdów lekkich, gdzie dodatkowo dynamiczny wzrost rejestracji nowych aut osobowych i dostawczych (o 15 proc. w 2017 r.) jest wpierany korzystnymi przepisami fiskalnymi. W rezultacie sektor finansowania samochodów osobowych i dostawczych wzrósł w ubiegłym roku o 22 proc.
To, co zawiodło w 2017, zaskoczy w 2018…
…czyli inwestycje. One rosły wyraźnie na poziomie mikro- i małych firm (i widzimy to w wynikach branży leasingowej), ale wzrost inwestycji w całej gospodarce wyniósł za trzy kwartały 2017 roku jedynie 1,1 proc. r/r. Jednak patrząc na ostatnią część ubiegłego roku można spodziewać się, że w 2018 roku będziemy mieć do czynienia z ożywieniem w tym obszarze. Bowiem wzrost inwestycji w IV kwartale jest szacowany na ok. 12,0 proc. r/r.
– Spodziewamy się, że w tym roku z jednej strony wyhamuje nieco dynamika konsumpcji prywatnej, ale za to wyraźnie odbiją inwestycje. Będzie to więc kolejny dobry rok dla branży leasingowej. Zgodnie z prognozą ZPL, wartość sfinansowanych aktywów przez firmy leasingowe wzrośnie o 15,1 proc. w 2018 roku – mówi główny ekonomista EFL.
W 2022 roku zacznie działać Ekstremalnie Wielki Teleskop Europejski. Nowe urządzenie pozwoli pozyskiwać 13 razy więcej światła niż największy obecnie działający na świecie teleskop i dostarczać obrazy 16 razy ostrzejsze niż pochodzące z Kosmicznego Teleskopu Hubble’a. W budowę urządzenia przeznaczonego do badania obiektów kosmicznych takich jak planety pozasłoneczne i ich atmosfera zaangażowani są polscy naukowcy.
– Ekstremalnie Wielki Teleskop, czyli ELT, to największe obserwatorium astronomiczne świata. ELT będzie miał największe zwierciadło, o średnicy 39 m, zbudowane z prawie 800 sześciokątnych, małych, ruchomych zwierciadełek i będzie miał powierzchnię zbierającą światło ponadtrzynastokrotnie większą niż największe obecnie funkcjonujące teleskopy świata. Na tym astronom zależy najbardziej – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Aleksandra Bukała, dyrektor generalna Sener Polska.
Największy na świecie teleskop optyczny E-ELT powstanie na szczycie Cerro Armazones (ponad 3 tys. metrów n.p.m.) na pustyni Atakama w Chile, gdzie ruchy atmosfery ziemskiej należą do najmniejszych na globie ziemskim. Dzięki nowatorskim rozwiązaniom, m.in. ruchomym lustrom, wyeliminowane zostaną możliwe wpływy atmosfery, jak parowanie czy wiatr. Nowy teleskop pozwoli na dokładniejsze obserwacje Wszechświata, badanie ciemnej materii czy szukanie planet wielkości Ziemi. Będzie zbierał 100 mln razy więcej światła niż ludzkie oko i 26 razy więcej niż jeden teleskop VLT.
– Dokładność teleskopu ELT będzie pozwalała badać np. skład atmosfery pozasłonecznych planet, więc astronomowie z całego świata już ustawiają się w kolejce do produkcji swoich badań, które do tej pory w ogóle nie były możliwe, bo nie byliśmy w stanie spojrzeć tak daleko. Rozmiar teleskopu Hubble’a był ograniczony możliwościami rakiety nośnej i pojemnością ładowni wahadłowców amerykańskich starej generacji, tutaj tego problemu nie ma. Jeśli uda się wyeliminować wpływ ziemskiej atmosfery, to otrzymamy unikalne w skali świata narzędzie do obserwacji dalekiego kosmosu – tłumaczy Aleksandra Bukała.
Światło w ELT będzie zbierać zwierciadło o średnicy 39 metrów. Powierzchnia konstrukcji zajmie teren podobnej wielkości co połowa boiska do gry w piłkę nożną. To właśnie główne lustro, M1, jest czymś, co wyróżnia nowy teleskop. Skierowane w kierunku gwiazd i ustawione pod niewielkim kątem względem Ziemi będzie zbierać światło i kierować je w kierunku M2, czyli drugiego lustra, ustawionego 70 metrów bezpośrednio nad głównym zwierciadłem i największego kiedykolwiek wyprodukowanego lustra wypukłego. Światło będzie przesyłane do kolejnych zwierciadeł, a dopiero wówczas trafi przed oczy astronoma.
– Wszystkie zwierciadła mają unikalne sposoby stabilizacji mechanicznej. To szczególne ważne w przypadku tego pierwszego zwierciadła, bo dzięki ogromnej powierzchni jest ono narażone na taki efekt, jaki występuje czasami na powierzchni jeziora, gdzie w wyniku wiatru powstają delikatne zmarszczki. Takiego samego efektu inżynierowie spodziewają się na powierzchni pierwszego zwierciadła, stąd pod każdym segmentem tego zwierciadła będą się znajdowały specjalne siłowniki, które będą ten efekt niwelować – tłumaczy ekspertka.
Ekstremalnie Wielki Teleskop Europejski jest budowany przez Europejskie Obserwatorium Południowe. To unikalna konstrukcja, która wymaga elementów optycznych i mechanicznych zaawansowanych technologicznie. W budowę ELT, którego koszt szacuje się na 1 mld euro, zaangażowani są polscy inżynierowie. Eksperci Sener Polska będą odpowiedzialni za projekt i produkcję dwóch modułów zwierciadeł nowego teleskopu. W Polsce powstaną m.in. urządzenia służące do montażu zwierciadła czy specjalne ochrony zwierciadeł przed uszkodzeniem.
– Oczekiwania wobec obserwacji wykonanych przy użyciu ELT są ogromne. Mamy nadzieję, że uda się osiągnąć wiele przełomowych odkryć dla lepszego poznania naszego wszechświata. Teleskop już znajduje się w budowie, fundamenty zostały wylane, większość kluczowych kontraktów została podpisana, część kontraktów znajduje się w fazie konkursowej. Zakończenie budowy teleskopu i jego uruchomienie jest planowane na 2022 rok – podsumowuje Aleksandra Bukała.
Wsparcie innowacji oraz fundusze na badania i rozwój to plany Komisji Europejskiej na najbliższe lata. Wspólnota chce wspierać projekty, które z jednej strony są ryzykowne, ale jednocześnie mogą przynieść nowe technologie i miejsca pracy. W aktualnej perspektywie finansowej nacisk zostanie położony na kilka obszarów: cyberbezpieczeństwo, migracje, gospodarkę o obiegu zamkniętym oraz cyfryzację. W nowym programie Europejska Rada ds. Innowacyjności przeznaczy do 2020 r. 2,7 mld euro na wsparcie najbardziej innowacyjnych projektów.
W najbliższych latach Komisja Europejska przeznaczy łącznie na wsparcie innowacyjnych projektów około 30 mld euro. Nowym projektem jest Europejska Rada ds. Innowacji, która otrzyma budżet około 2,7 mld euro do 2020 roku. To nowy, pilotażowy program, którego zadaniem jest wspieranie najbardziej innowacyjnych firm i projektów.
– Jej celem jest wspieranie najbardziej innowacyjnych małych i średnich firm, jak również ośrodków i projektów badawczych tak, aby mogły jak najlepiej rozkwitać i przynosić efekty. Odbędzie się to poprzez łączenie ich z innymi firmami tak, aby w połączeniu lepiej działały, weszły na rynek lub już funkcjonowały na rynku. W tym celu rada ma zamiar wesprzeć około tysiąca projektów do 2020 roku – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Świtalski z Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.
Horyzont 2020 jest największym do tej pory, zarówno pod względem wartości, jak i zakresu, programem badań i innowacji w Unii Europejskiej. Wspiera projekty, których cele powiązane są ze strategicznymi priorytetami strategii „Europa 2020” i „Unia innowacji”. Program w dużym stopniu opiera się na wynikach osiągniętych podczas poprzednich programów ramowych. Ma trzy główne priorytety tematyczne: doskonała nauka, przywództwo przemysłowe i wyzwania społeczne.
Horyzont 2020 oferuje uproszczone zasady udziału i zapewnia finansowanie do poziomu 100 proc. kosztów kwalifikowanych. W latach 2018–2020 nacisk zostanie położony na mniejszą liczbę zagadnień, za to otrzymają one większy budżet. Chodzi o: niskoemisyjną, odporną na zmianę klimatu przyszłość (3,3 mld euro), gospodarkę o obiegu zamkniętym (1 mld euro), digitalizację i przekształcanie europejskiego sektora przemysłu i usług (1,7 mld euro), unię bezpieczeństwa (1 mld euro) i migracje (200 mln euro).
– Do 2020 roku nacisk zostanie położony na kilka obszarów, w których liczymy na innowacje. To cyberbezpieczeństwo, migracje, gospodarka o obiegu zamkniętym, tzw. circular economy, a także cyfryzacja, umiejętności cyfrowe społeczeństwa. To kilka priorytetowych obszarów, w których KE w ramach Horyzontu 2020 będzie wspierała innowacje – mówi Piotr Świtalski
W tym roku ruszają rozmowy na temat przyszłego unijnego budżetu. Jak przyznaje przedstawiciel Komisji Europejskiej w Polsce, trudno przewidzieć, jak będą wyglądać programy na innowacyjność i badania po 2020 roku. Zakłada jednak, że innowacyjna gospodarka będzie jednym z priorytetów Unii Europejskiej, co oznacza, że za kilka lat także nie powinno zabraknąć funduszy na wsparcie nowych rozwiązań i technologii.
Ostatnia wyprzedaż na rynku akcji przełożyła się również na migrację kapitału do bardziej bezpiecznych aktywów oraz do zamykania transakcji carry trade, co widać po umocnieniu się jena japońskiego i dolara amerykańskiego względem dolara australijskiego oraz nowozelandzkiego.
Dalsza paniczna wyprzedaż przełoży się na dalszą aprecjację bezpiecznych aktywów, ale co na to analiza techniczna?
AUDJPY – mocna przecena
Przez ostatnie kilka tygodni na parze walutowej AUDJPY dzieję się mało, mamy do czynienia z długoterminową konsolidacją. Nawet ostatnia wyprzedaż na rynku giełdowym nie zdołała pokonać dolnego ograniczenia konsolidacji 84-85. Jeżeli na wykresie tygodniowym powstanie Pin Bar, będzie to oznaczało zakończenie wyprzedaży i kolejny test górnej bandy konsolidacji 88-89. Z drugiej strony zaostrzenie sytuacji na rynku oraz dalsza przecena światowych indeksów doprowadzi do zamykania długich pozycji w dolarze australijskim i spłatę zadłużenia denominowanego w jenie japońskim. W przypadku tego scenariusza notowania AUDJPY spadłyby w okolicę poziomu 82.
Notowania AUDJPY, interwał dzienny
Źródło: Admiral Markets
Z kolei analizując wskaźniki analizy technicznej podążające za trendem mamy zgrzyt interwałów. Na interwale dziennym oraz czterogodzinowym wszystkie wskaźniki wskazują na trend spadkowy. Natomiast na wyższym interwale czasowym trzy z pięciu wskaźników technicznych wskazują na trend wzrostowy. Należą do nich MACD, Awesome oraz Parabolic. Oprócz tego warto wiedzieć, że notowania na interwale tygodniowym znalazły się poniżej 55-okresowej oraz 14-okresowej średniej kroczącej.
Patrząc na wszystkie zmienne większe prawdopodobieństwo leży po stronie kontynuacji wyprzedaży.
NZDUSD – wzrosty w opałach
Przez cały 2017 rok notowania pary walutowej NZDUSD poruszały się w konsolidacji. Czy jest to pora na jej zakończenie?
Dolne ograniczenie konsolidacji znajduje się w okolicy poziomu 0.685-0.696. Zostało już przetestowane trzy razy i za każdym razem kupujący odparli atak niedźwiedzi. Tak samo było w grudniu 2017 roku, na samym początku strefa wsparcia została naruszona, ale ostatni miesiąc poprzedniego roku przyniósł mocne odbicie. Po kilku tygodniach wzrostowych notowania po raz kolejny znalazły się na oporze 0.733-0.740. Opór został już niejednokrotnie przetestowany oraz przebity, ale niedźwiedzie nie dawały za wygraną. Czy tym razem będzie tak samo?
Notowania NZDUSD, interwał tygodniowy
Źródło: Admiral Markets
Na interwale tygodniowym wszystkie wskaźniki wskazują na trend wzrostowy. Notowania poruszają się ponad krótkoterminową oraz długoterminową średnią kroczącą. Z kolei spoglądając na interwał dzienny sytuacja wygląda nieco inaczej. Dwa z pięciu wskaźników sugerują trend spadkowy. Należą do nich 14-okresowa EMA oraz Parabolic, czyli dwa najszybsze wskaźniki analizy technicznej. Dodatkowo oscylator stochastyczny wskazuje na mocne wykupienie rynku, co przekłada się na większe prawdopodobieństwo wyprzedaży.
Niemniej jednak, dopóki notowania na interwale tygodniowym nie znajdą się poniżej krótkookresowej średniej kroczącej EMA, to scenariusz wzrostowy jest jak najbardziej prawdopodobny.
Elektromobilność nie jest nowym trendem. Jeszcze sto lat temu pierwsze samochody były pojazdami elektrycznymi. Ze względu na problem z magazynowaniem energii, wygrały i upowszechniły się diesle oraz auta napędzane paliwami stałymi. Ustawa o elektromobilności jest elementem otwierającym dyskusję oraz zapoczątkowującym przygotowania do budowy sieci i upowszechnienia aut elektrycznych. Ważnym momentem będzie podjęcie decyzji o działaniach koncernów energetycznych, które mają dominującą pozycję, a na ogół są państwowe.
– Stary trend powraca. Ma on swoje plusy i minusy. Zwłaszcza w dużych miastach bardzo silnie wpływa na jakość powietrza – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes zarządu Instytutu Jagiellońskiego – Z punktu widzenia polskiej gospodarki bardzo ważne jest, abyśmy potrafili wyodrębnić jej segment, który wyprodukuje pojazdy elektryczne. To nowy biznes i będzie się on rozwijał. Jeżeli Polska się do tego nie przygotuje zapłacimy zagranicznym koncernom. Mamy szansę stworzyć nową gałąź przemysłu. Firmy takiej jak Orlen, Lotos, PGE czy Tauron mają bardzo rozbudowaną infrastrukturę sieciową, która jest też niezbędna do rozwoju stacji ładowania, jak i całego przemysłu elektromobilnego. Nie możemy więc zacząć od pojazdów, jeżeli nie będzie sieci. Ta z kolei nie sfinansuje się bez samochodów. Dlatego te dwa elementy muszą ruszyć równolegle – ocenił Roszkowski.
Rzecznik Finansowy proponuje zmiany w prawie, które miałyby uporządkować rynek ubezpieczeń o charakterze inwestycyjnym. Problem wciąż istnieje, choć w sprzedaży nie ma już złych produktów narażających klientów na wysokie opłaty likwidacyjne, przez które tracili często całe ulokowane środki. Posiadacze takich produktów coraz powszechniej walczą o zwrot pieniędzy w sądach, które w większości przypadków przychylają się do roszczeń.
– Wielu klientów przez lata nabywało produkty ubezpieczeniowe, które były im sprzedawane jako produkt inwestycyjny, na którym zarobią na swoją emeryturę albo na przyszłość swoich dzieci. Natomiast – jak się okazało po latach – były one stricte produktami ubezpieczeniowymi, miały niewiele wspólnego z częścią inwestycyjną. Zaczęła się lawina po reportażach w prasie, radiu i telewizji dotyczących dużych opłat pobieranych przez towarzystwa ubezpieczeń – mówi agencji Newseria Paweł Włodarczyk, prezes zarządu Great Private Equity.
Stowarzyszenie „Przywiązani do polisy” podaje, że 2017 rok był rekordowy pod względem liczby pozwów skierowanych do sądów w sprawie polisolokat. Część kancelarii prawniczych wyspecjalizowała się w dochodzeniu takich roszczeń, a w sądach utrwaliła się linia orzecznicza korzystna dla posiadaczy tych produktów. Dlatego ścieżkę sądową – w większości skuteczną w odzyskiwaniu oszczędności wpłaconych na polisy z UFK – wybiera coraz więcej poszkodowanych.
Ubezpieczenia powiązane z funduszami kapitałowymi, w które zainwestowało około 5 mln Polaków, okazały się bardzo skomplikowanym produktem. Dodatkowe opłaty i koszty były ukryte w niezrozumiałych umowach, a większość klientów nie była świadoma, z jakim ryzykiem się to wiąże. Dlatego w 2016 roku weszły w życie przepisy, które miały zwiększyć ochronę klientów.
W założeniu polisolokaty miały umożliwić legalne ominięcie 19-proc. podatku Belki od zysków kapitałowych, czyli zapewnić większy zysk niż na zwykłej lokacie. Problemem okazały się jednak wysokie opłaty dodatkowe i opłaty likwidacyjne. Klient, który chciał wycofać pieniądze i zerwać polisolokatę (zawieraną z reguły na 15-30 lat), tracił nawet do 90 proc. włożonego kapitału.
– Klienci zaczęli występować o zwrot swoich środków, zaczęli interesować się tym, ile rzeczywiście mają zebranych środków finansowych na kontach i – ku ich ogromnemu zdziwieniu – okazało się, że produkt nie działa wcale tak jak powinien – mówi Paweł Włodarczyk.
Wyspecjalizowana w doradztwie finansowym kancelaria prowadzi w tej chwili kilkaset postępowań sądowych, reprezentując poszkodowanych posiadaczy takich produktów finansowych. Liczba takich spraw utrzymuje się na stałym, wysokim poziomie.
– W ubiegłym roku zakończyliśmy 173 postępowania sądowe, wszystkie zakończyły się wygraną. Klienci odzyskali wszystkie nienależnie pobrane opłaty, jak również odsetki naliczane od momentu, w którym taka opłata została pobrana. W tej chwili toczy się prawie 500 postępowań przeciwko towarzystwom ubezpieczeń na życie. Również liczymy na 100-proc. skuteczność – mówi Paweł Włodarczyk.
W maju ubiegłego roku miał miejsce pierwszy, precedensowy wyrok – warszawski sąd w pierwszej instancji przychylił się do roszczeń grupy 165 klientów, którzy domagali się od Towarzystwa Ubezpieczeń Generali zwrotu 2,5 mln zł pobranych przez ubezpieczyciela w ramach opłat za likwidację polisolokat. Z kolei w tym tygodniu Sąd Apelacyjny w Warszawie utrzymał mocy karę w wysokości 5 mln zł dla Getin Banku za sprzedawanie klientom polisolokat i wprowadzanie ich w błąd.
– Towarzystwa twierdzą, że opłata likwidacyjna jest świadczeniem głównym. Natomiast sądy wypowiadają się, że świadczeniem głównym jest ubezpieczenie na życie, a nie opłaty likwidacyjne i ta sentencja zapada w wyrokach. Całe szczęście, sądy mają zupełnie inne spojrzenie na to, co się rzeczywiście dzieje i przychylają się do klientów – mówi Paweł Włodarczyk.
O pomoc poszkodowani zwracają się także do Rzecznika Finansowego. W ubiegłym roku urząd otrzymał 222 wnioski z prośbą o istotny pogląd w sprawie w postępowaniach dotyczących ubezpieczeń z UFK, a rok wcześniej było ich 232. Wnioski dotyczą zarówno sporów indywidualnych, jak i grupowych.
W styczniu biuro Rzecznika Finansowego w piśmie do Senackiej Komisji Praw Człowieka, Praworządności i Petycji zaproponowało zmiany w ustawie, które mają uporządkować rynek polisolokat. Jak podkreślają przedstawiciele biura, bez systemowych rozwiązań może się okazać, że sądy jeszcze przez kolejnych kilka lat będą się zajmować tymi sprawami. Rzecznik proponuje między innymi, by za umowę ubezpieczenia z UFK uznawano takie produkty, w których 51 proc. składki jest przeznaczone na ochronę, a maksymalnie 49 proc. – na inwestycję.
Wprowadzenie rynku mocy, wynegocjowanie korzystnego kształtu unijnego Pakietu Zimowego i dokończenie aktualnie prowadzonych inwestycji w moce wytwórcze – to największe wyzwania dla sektora energetycznego w 2018 roku w ocenie Ministerstwa Energii. Nadchodzące miesiące w energetyce upłyną pod znakiem dużych zmian: w pierwszym półroczu ma zapaść decyzja rządu dotycząca budowy elektrowni jądrowej, a w grudniu powinny odbyć się pierwsze aukcje na dostawy energii w latach 2021–2023, związane z wdrożeniem w Polsce rynku mocy.
– Jednym z największych wyzwań, jednocześnie długo wyczekiwanym, jest zafunkcjonowanie rynku mocy w Polsce. To wiąże się z przygotowaniem wytwórców do uczestnictwa w tym systemie. Pojawi się dużo obowiązków, po stronie wytwórców będzie do wykonania olbrzymia praca, żeby można było bezpiecznie i w pełni uczestniczyć w tym systemie – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Dąbrowski, dyrektor Departamentu Energetyki w Ministerstwie Energii.
Ustawa o rynku mocy została w grudniu przyjęta przez Sejm, a obecnie jest w procesie notyfikacji w Komisji Europejskiej. Jak zapowiedział w ubiegłym tygodniu minister Krzysztof Tchórzewski, powinien się on zakończyć w pierwszym kwartale tego roku. Zgodnie z unijnymi regulacjami rynek mocy jest formą pomocy publicznej, dlatego wymaga zgody Komisji.
Ustawa wprowadzi w Polsce dwutowarowy rynek energii. To oznacza, że transakcjom kupna-sprzedaży będzie podlegać nie tylko wytworzona energia elektryczna, ale również moc dyspozycyjna, czyli gotowość do dostarczania energii. Dzięki temu dostawcy mocy pozyskają dodatkowe środki na inwestycje (obecnie ceny hurtowe prądu są zbyt niskie, żeby można było sfinansować modernizację czy budowę nowych bloków). Z kolei operator systemu przesyłowego zyska pewność, że ilość mocy dyspozycyjnej w systemie wystarczy do pokrycia zapotrzebowania odbiorców na energię elektryczną. W grudniu br. mają odbyć się trzy pierwsze aukcje na dostawy energii w latach 2021-23.
Rynek mocy ma zapobiec niedoborom mocy wytwórczych, stanowić dodatkowe wsparcie dla elektrowni i firm energetycznych oraz przeciwdziałać gwałtownym skokom cen energii elektrycznej. Od 2021 roku konsumentom do rachunków za energię będzie doliczana dodatkowa tzw. opłata mocowa. Z symulacji Deloitte wynika, że koszt funkcjonowania rynku mocy przekroczy 4 mld zł rocznie.
– Kolejne wyzwanie to cała strefa regulacji. Trwają prace nad pakietem na rzecz czystej energii dla wszystkich Europejczyków, potocznie zwanym pakietem zimowym. W tym zestawie regulacji jest wiele zapisów, które mogą być groźne lub niebezpieczne dla polskiej gospodarki i sektora energii. Musimy zadbać o to, żeby te zapisy były jak najbardziej korzystne, bo ich kształt na wiele lat zdeterminuje rozwój polskiego sektora energetycznego, łącznie z tym, jaki będzie wymagany udział OZE i jaki będzie udział paliw kopalnych – mówi Tomasz Dąbrowski.
Pakiet zimowy to przedstawiony w 2016 roku, liczący ponad tysiąc stron, zbiór rekomendacji, które dotyczą polityki energetycznej i klimatycznej Unii Europejskiej w latach 2020–2030. Wśród zawartych w nim propozycji jest m.in. kontrowersyjny dla Polski zakaz pomocy publicznej dla źródeł o emisji powyżej 550 kg CO2 na 1 MWh (który w praktyce eliminuje źródła węglowe).
W lutym prace nad pakietem zimowym wejdą w fazę uzgodnień pomiędzy Komisją Europejską, Parlamentem Europejskim i państwami członkowskimi, które swoje stanowiska w tej sprawie wypracowały w grudniu, w trakcie spotkania ministrów ds. energetyki.
– Chcielibyśmy, aby w jak najpełniejszym zakresie można było wykorzystywać te nośniki energii, które są u nas dostępne, czyli przede wszystkim paliwo kopalne, jakim jest węgiel kamienny i węgiel brunatny. Pomysły, które są lansowane w ramach UE są różne, idą trochę wbrew naszym oczekiwaniom, staramy się zatem pogodzić ogień z wodą – mówi Tomasz Dąbrowski.
Dyrektor departamentu energetyki w ME ocenia, że trzecim, istotnym wyzwaniem dla energetyki będzie w najbliższym czasie dokończenie aktualnie realizowanych i planowanych inwestycji – m.in. dwóch nowych bloków Elektrowni Opole, nowego bloku w Jaworznie oraz planowanej do realizacji w tym roku budowy bloku energetycznego na terenie Elektrowni Ostrołęka.
– Mamy w tej chwili olbrzymi plac budowy w obszarze wytwarzania. Jedna inwestycja – blok w Kozienicach, została niedawno ukończona i uruchomiona. Przed nami kolejne bloki, na które już czekamy, bo bilans energetyczny w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym jest dość napięty i każda nowa moc wytwórcza będzie witana z zadowoleniem – mówi Tomasz Dąbrowski.
W tym półroczu ma też zapaść decyzja rządu dotycząca budowy elektrowni jądrowej.
– Polska energetyka przyszłości to energetyka zrównoważona, w której jest miejsce dla różnych technologii wytwarzania energii, zarówno dla konwencjonalnych, opartych na paliwach kopalnych, jak i odnawialnych oraz dla energetyki jądrowej – w naszym bilansie ciągle jest miejsce na to, żeby ten obszar zagospodarować – podkreśla Tomasz Dąbrowski.
Połączenie Idea Leasing z Getin Leasing oznacza, że na polskim rynku powstał drugi co do wielkości gracz w Polsce. Celem nowego podmiotu, Idea Getin Leasing, jest umocnienie mocnej pozycji pod względem wartości i liczby finansowanych środków transportu. Spółka chce rozwijać się w tempie szybszym niż rynek – ok. 20 proc., głównie dzięki intensywnym inwestycjom firm w maszyny i urządzenia. Już w 2018 roku roczne finansowanie nowych aktywów ma wynieść 9 mld zł, a rok później – 10 mld zł.
– Dwóch czołowych graczy na polskim rynku, Idea Leasing i Getin Leasing, połączyło się. 1 lutego powstała nowa grupa Idea Getin Leasing. Staliśmy się jednym z liderów nie tylko w Polsce, ale też na rynku leasingu w naszym regionie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Bauer, prezes zarządu Idea Getin Leasing.
Wśród strategicznych celów nowopowstałej spółki są przede wszystkim umocnienie pozycji lidera pod względem wartości i liczby finansowanych pojazdów oraz rozwój innowacyjnej oferty dla przedsiębiorców. Przed połączeniem Idea Leasing koncentrowała się przede wszystkim na finansowaniu środków transportu ciężkiego oraz maszyn i urządzeń, oferując leasing i zarządzanie flotą. Z kolei Getin Leasing koncentrował się na finansowaniu pojazdów osobowych poprzez leasing i kredyty samochodowe. Uzupełniające się portfele spółek mają przyciągnąć nowych klientów – zarówno z segmentu małych i średnich firm, jak i tych rozpoczynających działalność gospodarczą.
– Połączona spółka ma obecnie ponad 130 tys. klientów, a co ciekawe, tylko 4 tys. z nich ma jednocześnie umowę w dawnej Idea Leasing i Getin Leasing. Nasi klienci będą korzystać z synergii, którą daje połączenie. Ci, którzy wcześniej finansowali samochody osobowe w Getin Leasing, teraz mogą sięgnąć po dużą gamę produktów oferowanych przez Idea Leasing, jak np. finansowanie najmu środków transportu, maszyn budowlanych, czy produkty z segmentu maszyn i technologii – wyjaśnia Marek Bauer.
Idea Getin Leasing po 2017 roku jest liderem finansowania pojazdów lekkich, o dmc do 3,5 t i środków transportu ciężkiego. W ubiegłym roku firma sfinansowała ponad 66,1 tys. środków transportu, w tym ponad 50 tys. samochodów osobowych i lekkich dostawczych. Wartość sfinansowanych ciągników siodłowych wyniosła 1,27 mld zł (wzrost o 22 proc. rdr), a naczep i przyczep – 0,63 mld zł (wzrost o blisko 24 proc.). Także w segmencie agro spółka zanotowała wzrost sprzedaży o 130 proc., finansując maszyny i urządzenia o wartości 0,6 mld, co daje jej trzecią pozycję w tym segmencie rynku.
Idea Getin Leasing osiągnęła ponad 11-proc. udział w rynku. W ubiegłym roku wartość udzielonego przez spółkę finansowania wyniosła 7,62 mld zł netto, co oznacza wzrost sprzedaży o 29 proc. rdr., przy dynamice rynku na poziomie 15,7 proc.
– W roku 2018 chcemy dalej rosnąć szybciej niż rynek. Myślę, że jest to możliwe. Związek Polskiego Leasingu prognozuje wzrost na poziomie około 15 proc., my planujemy ok. 20 proc. wzrostu – mówi prezes połączonych spółek. – Chcemy też uzyskać większy udział niż do tej pory w finansowaniu maszyn i technologii.
Tempo wzrostu, które prognozuje Idea Getin Leasing, może oznaczać, że spółce wcześniej uda się osiągnąć zakładane 3 lata temu cele.
– Kiedy trzy lata temu zaczęliśmy rozmawiać o połączeniu, planowaliśmy osiągnąć łączną sprzedaż finansowania aktywów na polskim rynku leasingu w wysokości 10 mld zł w 2020 roku. Ze względu na to, że tak dobrze poszło nam w 2017 roku, przyspieszyliśmy te cele i chcemy mieć sprzedaż na poziomie 10 mld zł już w 2019 roku. Jednocześnie chcemy być dalej jednym z liderów finansowania środków poprzez leasing na polskim rynku – zapowiada prezes Idea Getin Leasing.
Marek Bauer podkreśla, że firma nie planuje w najbliższym czasie żadnych przejęć ani fuzji. Tych jednak na rynku nie można wykluczyć.
– Rynek polskiego leasingu jest bardzo ciekawy. Nie wykluczamy, że nastąpią też inne spektakularne fuzje czy przejęcia w branży na przestrzeni najbliższych miesięcy, może w przyszłym roku – ocenia Marek Bauer.
Pod zabudowę mieszkaniową coraz częściej wykorzystywane są grunty poprzemysłowe. Często są znakomicie położone, ale potencjalnie mogą się okazać niebezpieczne ze względu na możliwe zanieczyszczenia chemiczne gruntu. Klienci szukający mieszkań nie mają jednak świadomości, jak ważne są to kwestie. Tylko co piąty pyta o to dewelopera.
– Dla większości z nas zakup wymarzonego M to jedna z najważniejszych decyzji w naszym życiu. Chcąc podjąć jak najwłaściwszą, bardzo mocno staramy się prześledzić rynek, zrobić maksymalny research, żeby podjąć decyzję, której nie będziemy żałować. 80 proc. osób, które niedawno kupiły mieszkanie, pytało się o dewelopera, jego sytuację finansową, opinie klientów – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Kamil Ciepiela, kierownik Działu Remediacji w Menard Polska.
Z badania „O co pytają Polacy, kupując mieszkanie”, przeprowadzonego przez agencję SW Research w ramach kampanii „Gruntownie badamy zanim zamieszkamy”, wynika, że 85 proc. osób, które kupują mieszkanie, sprawdza informacje o deweloperze. Najczęściej sprawdzamy opinie klientów, którzy korzystali z oferty dewelopera (67 proc.), aktualnie prowadzone inwestycje (61 proc.) oraz aktualności ze strony internetowej (59 proc.). Tylko co piąty był zainteresowany tym, czy deweloper badał zanieczyszczenia powierzchni ziemi.
– Ludzie wiedzą o smogu, pytają o stan zanieczyszczenia powietrza, ale o zanieczyszczenie środowiska gruntowo-wodnego już nie. Z przeprowadzonych badań wynika, że około 2/3 osób, które w ostatnim czasie nabyły nieruchomość, pytało o kwestie związane z ochroną środowiska, natomiast z tej grupy 70 proc. pytało o zanieczyszczenie powietrza lub natężenie hałasu, 40 proc. o zanieczyszczenia gruntu, a ok. 35 proc. o zanieczyszczenia wód podziemnych – mówi Kamil Ciepiela.
Blisko 60 proc. badanych uważa, że badania gruntu to istotny czynnik przy podejmowaniu decyzji o zakupie nieruchomości. Wiele osób nie interesuje się jednak tą kwestią, bo nie wiedzą, że takie badania w ogóle istnieją. Dla 21 proc. osób, które kupiły nieruchomość, i 45 proc. planujących zakup, ważniejsze były inne czynniki. Część była zaś przekonana, że takie badania są obowiązkowe.
– Samo badanie gruntów nie jest obowiązkowe. Wynika to z bardzo niejednoznacznych przepisów i możliwości wielorakiej interpretacji. Natomiast już oczyszczanie gruntu, o którym wiemy, że jest zanieczyszczony, jest obowiązkowe. Aby uniknąć sytuacji, w której deweloper nie wykona badań, a grunt będzie zanieczyszczony, tylko my nie będziemy o tym wiedzieć, należy właśnie pytać deweloperów, czy takie badania w ogóle wykonali – tłumaczy ekspert Menard Polska.
Świadomość osób kupujących nieruchomości chcą podnieść inicjatorzy kampanii „Gruntownie badamy, zanim zamieszkamy”. Ma ona podkreślić wagę badań czystości gruntu, na jakim stanie dana nieruchomość. Na stronie internetowej kampanii dostępna jest checklista zawierająca pytania, które osoby zainteresowane zakupem mieszkania powinny zadać deweloperowi lub pośrednikowi. Wśród tych pytań jest pytanie o zanieczyszczenia środowiska gruntowo-wodnego, ponieważ mają duże znaczenie dla zdrowia i życia. Przykładowo, hodowla roślin na takim terenie powoduje, że zanieczyszczenia przedostają się do naszego organizmu, podobnie jak np. w przypadku parowania gruntu.
– W gruncie mogą występować dwa typy zanieczyszczeń: metale ciężkie i związki organiczne. Wśród związków organicznych możemy wyróżnić fenol, wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne czy chociażby zanieczyszczenia z grupy BTX, czyli benzen, toluen, etylobenzen, ksylen – wymienia dr inż. Ewa Kret z Akademii Górniczo-Hutniczej im. S. Staszica w Krakowie.
Przy zakupie gruntu niewiedza dotycząca zanieczyszczeń może też nieść ze sobą konsekwencje finansowe i prawne. Zgodnie z przepisami to na właścicielu spoczywa obowiązek remediacji, czyli usunięcia szkodliwych substancji i przywrócenia stanu sprzed skażenia. To zaś wiąże się z określonymi kosztami.
W Polsce brakuje strategicznego planu walki z chorobami nowotworowymi – podkreślają eksperci. Oprócz dostępu do najskuteczniejszych leków powinien on zakładać kompleksową opiekę nad pacjentem, sprawowaną od momentu diagnozy aż do zakończenia rehabilitacji. Na listy refundacyjne trafia jednak zaledwie część powszechnie stosowanych na świecie terapii, przy czym wiele z nich wdrażanych jest w niewłaściwej linii leczenia. W najlepszej sytuacji są chorzy na nowotwory hematologiczne, pośród których istotnie zwiększa się liczba pięcioletnich przeżyć.
Choroby nowotworowe stanowią obecnie główną przyczynę zgonów ludzi na całym świecie. Z ich powodu co roku umiera ponad 8 mln osób, z czego ok. 100 tys. Polaków. Liczba nowych zachorowań stale rośnie, obecnie wynosi 14 mln, według prognoz ma się jednak podwoić na przestrzeni najbliższych dwóch dekad. Największymi zabójcami są nowotwory płuca, wątroby, żołądka, jelita grubego oraz piersi.
Zdaniem ekspertów nie kadra lekarska, zarówno na poziomie lekarzy rodzinnych, jak i specjalistów onkologów, jest problemem polskiej ochrony zdrowia, lecz dostęp do nowoczesnych leków.
– Co roku około 20 tys. ludzi umiera tylko dlatego, że są leczeni w Polsce, bo gdyby byli leczeni w krajach sąsiednich jak Czechy, Słowacja, Niemcy, to żyliby zdecydowanie dłużej. Różnica w pięcioletnich przeżyciach bierze się stąd, że mamy ograniczony dostęp do wielu produktów leczniczych – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Leszek Borkowski, farmakolog kliniczny, prezes Fundacji „Razem w Chorobie”.
Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat medycyna zanotowała ogromny postęp w leczeniu nowotworów złośliwych – co roku rejestrowanych jest kilka nowych, niezwykle skutecznych cząsteczek. Nowoczesne leki są w stanie nie tylko znacznie wydłużyć życie chorych, co często pozwala im doczekać jeszcze nowszych terapii, lecz także doprowadzić do całkowitej remisji nowotworu. Polscy pacjenci mają jednak dostęp tylko do części powszechnie stosowanych na świecie terapii. Eksperci uważają, że rozwiązaniem problemu byłoby przyjęcie strategicznego programu walki z nowotworami, zakładającego m.in. wydzielenie funduszu onkologicznego z budżetu państwa, oraz zmian w schematach leczenia.
– Niektóre produkty lecznicze podajemy w drugiej lub trzeciej linii leczenia zamiast w pierwszej. Robimy to ze zwykłej oszczędności, ponieważ nie ma jeszcze uzasadnienia naukowego, żeby tak postępować. To powoduje, że wielu pacjentów nie dożywa do tej linii leczenia. Poza tym dochodzi do sytuacji, że leczymy pacjenta, który jest wycieńczony chorobą nowotworową – mówi dr Leszek Borkowski.
Od 2016 roku Ministerstwo Zdrowia realizuje Narodowy Program Zwalczania Chorób Nowotworowych, którego celem jest propagowanie zdrowego stylu życia, zachęcanie do wykonywania badań profilaktycznych, a także wyposażenie szpitali onkologicznych w wysokiej jakości sprzęt medyczny. Zdaniem ekspertów jest to jednak działanie o charakterze interwencyjnym i doraźnym, a nie strategicznym.
– Nie chodzi o samo dolanie pieniędzy do systemu, bo to niczego nie zmieni. Chodzi o to, żeby równolegle wprowadzić odpowiedni system monitorowania jakości diagnozy i wyników leczenia, żeby sieć onkologiczna, ośrodki najwyższego stopnia referencyjności, gwarantowały kompleksową opiekę od diagnozy przez leczenie aż po rehabilitację i powrót człowieka do społeczeństwa – mówi dr Janusz Meder, prezes Polskiej Unii Onkologii.
W najlepszej sytuacji znajdują się pacjenci hematoonkologiczni, którzy mogą liczyć na stosunkowo dobry dostęp do najnowocześniejszych terapii. Eksperci podkreślają, że w Polsce dobrze rozwija się transplantologia komórek krwiotwórczych i szpiku, która jeszcze dwie dekady temu była trudno dostępną dla pacjenta procedurą medyczną. Chorzy na nowotwory układu krwiotwórczego mogą także liczyć na leczenie nowoczesnymi terapiami z wykorzystaniem przeciwciał monoklonalnych oraz immunochemioterapią. Dobry dostęp do leków znajduje odzwierciedlenie w wynikach pięcioletnich przeżyć pacjentów onkologicznych.
– Okazuje się, że leczenie chorób z kręgu hematoonkologii odnotowuje największy postęp. Różnica na korzyść wynosi około 10 proc., a w skali całej populacji to dużo. Jeśli chodzi o inne nowotwory, poprawa jest rzędu 5–8 proc., więc hematoonkologia jest na topie pod względem skuteczności – mówi prof. Jan Walewski, dyrektor Centrum Onkologii – Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie.
W Polsce problemem jest także zbyt późne wykrywanie zmian nowotworowych. Wielu chorych nie udaje się uratować właśnie dlatego, że za późno trafiają do lekarza. Tutaj jest ogromna rola lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej.
– Nowoczesnego lekarza rodzinnego powinny cechować czujność onkologiczna i wspomaganie procesu terapeutycznego na wczesnym etapie. Jego zadaniem jest leczenie i współleczenie wszystkich chorób dodatkowych indukowanych przez proces chemioterapii, ale też szereg działań profilaktycznych. Nie zawsze pacjenci kojarzą nas z chorobami onkologicznymi, ale od nas zaczyna się cały proces terapeutyczny – mówi Michał Sutkowski ze Stowarzyszenia Kolegium Lekarzy Rodzinnych.
Lekarze POZ odgrywają niezwykle istotną rolę zarówno w profilaktyce chorób nowotworowych, jak i diagnostyce oraz późniejszym leczeniu. Wśród pacjentów onkologicznych znaczny odsetek stanowią bowiem osoby starsze, cierpiące na choroby współwystępujące, często związane z podeszłym wiekiem – kontrola nad tymi schorzeniami należy właśnie do lekarzy rodzinnych.
Holistyczna opieka nad pacjentem onkologicznym powinna obejmować również konsultację z psychologiem, które pomogłyby się oswoić z diagnozą oraz przejść przez kolejne etapy leczenia. Pogodzenie się z chorobą wymaga dużej siły psychicznej, a także zmian organizacyjnych w codziennym życiu, choćby w zakresie opieki nad dziećmi czy kwestiach związanych z pracą zawodową. Znaczna część pacjentów dość szybko odzyskuje równowagę emocjonalną po usłyszeniu diagnozy, gorzej przedstawia się jednak sytuacja pacjentów, u których dochodzi do nawrotu choroby.
– To moment bardzo trudny, bo po pierwszym leczeniu miało być dobrze, a okazuje się, że nie jest. Dlatego trudno wtedy znaleźć w sobie nadzieję. Niektórzy popełniają błąd, chcemy myśleć bardzo pozytywnie, że po pierwszym leczeniu na pewno wszystko będzie dobrze, jest to pewna pułapka, bo później przy nawrocie, jeśli coś miało być na pewno, a nie jest, to co teraz będzie? – mówi dr Mariola Kosowicz, psychoonkolog, Kierownik Zakładu Psychoonkologii COI im. Marii Skłodowskiej-Curie.
Kwestie profilaktyki, dostępu do leków, a także kompleksowej opieki nad pacjentem były tematami poruszanymi przez ekspertów podczas konferencji „Szybsi od raka – zanim choroba uzyska przewagę”, zorganizowanej z okazji Światowego Dnia Walki z Rakiem przypadającego 4 lutego.
Sprzeciw budzi zarówno zakres ochrony sygnalisty jaki i możliwość nadawania takiego statusu kontrahentom przedsiębiorcy. Sygnalistą, zgodnie z projektem ustawy o jawności życia publicznego, mógłby bowiem zostać poza pracownikiem, czy współpracownikiem, również inny uczestnik obrotu gospodarczego związany z danym podmiotem umową, na przykład spółka, co w zestawieniu chociażby z zakazem rozwiązania umowy z sygnalistą, wydaje się nie być uzasadnione – ostrzega Konfederacja Lewiatan.
– Status sygnalisty, zgodnie z projektem, nadaje prokurator osobie lub podmiotowi zgłaszającemu wiarygodne informacje o możliwości popełnienia przestępstwa w firmach (głównie dotyczy to korupcji, fałszowania faktur, oszustw). Choć pozytywnie odnosimy się do samej idei, zaproponowane przepisy budzą szereg wątpliwości.
Chociażby taką, że umożliwiają one nadawanie tego statusu nie tylko pracownikom czy współpracownikom, ale i podmiotom gospodarczym. A dodatkowo, projekt bardzo szeroko chroni sygnalistę. Bez zgody prokuratora pracodawca nie będzie mógł na przykład rozwiązać umowy o pracę, czy zmienić sygnaliście warunków pracy na mniej korzystne. Nie będzie również możliwe rozwiązanie umowy z kontrahentem, któremu status sygnalisty został nadany. W przypadku pracownika, nawet w sytuacji zawinionej utraty uprawnień do wykonywania zawodu, czy popełnienia przestępstwa uniemożliwiającego dalszą współpracę, pracodawca musi czekać na zgodę prokuratora. A sama ochrona trwa jeszcze przez rok po prawomocnym zakończeniu postępowania – mówi Magdalena Garbacz-Kajda, radca prawny, ekspertka Konfederacji Lewiatan.
Proponowane przepisy oznaczają też w praktyce zablokowanie pracodawcom możliwości wprowadzania zmian dotyczących stosunku pracy sygnalisty nawet w sytuacjach, w których proces zmian dotyczy całej załogi np. w przypadku zmiany regulaminu wynagradzania, gdyż pracodawca wprowadzając zmiany może nie mieć pewności, czy mają one niekorzystny charakter dla sygnalisty (przejście na produkcji z wynagrodzenia ustalanego w oparciu o stawkę godzinową na system akordowy).
Sygnaliście, z którym rozwiązano bądź zmieniono umowę bez zgody prokuratora ma przysługiwać: w przypadku umowy o pracę – odszkodowanie w wysokości dwukrotności wynagrodzenia rocznego pobieranego przez sygnalistę na ostatnio zajmowanym stanowisku. W przypadku innej umowy – odszkodowanie od strony rozwiązującej/zmieniającej w wysokości całkowitej kwoty płatności należnej sygnaliście określonej w treści umowy i niezapłaconej do dnia rozwiązania umowy.
W pierwszym przypadku może powstać wątpliwość czy wysokość wynagrodzenia, ustalona na dwukrotność wynagrodzenia rocznego, czyli 24-krotność wynagrodzenia miesięcznego, nie jest zbyt wygórowana. Na gruncie Kodeksu pracy pracownik odwołujący się od niezgodnego z prawem rozwiązania umowy o pracę może domagać się odszkodowania w maksymalnej wysokości trzymiesięcznego wynagrodzenia lub za cały czas pozostawania bez pracy. Proponowana wysokość odszkodowania jest zatem niewspółmierna do najwyższych kwot określonych przepisami prawa pracy.
– Projekt nie zawiera również żadnych mechanizmów chroniących przedsiębiorcę przed pomówieniami ze strony kontrahenta lub pracownika, jednocześnie zapewniając niemal nieograniczoną i nieproporcjonalną ochronę sygnalistom. Przepisy nie przewidują również żadnej sankcji za bezpodstawne zgłaszanie podejrzenia popełnienia przestępstwa. Mogą zdarzyć się sytuacje, w których będzie z różnych pobudek dochodziło do nadużycia instytucji- dodaje Magdalena Garbacz-Kajda.
Sfinks Polska, spółka zarządzająca sieciami Sphinx, Piwiarnia Warki, Chłopskie Jadło i WOOK, podpisała aneks do umowy z BOŚ zmieniający harmonogram spłaty rat nieodnawialnego kredytu inwestycyjnego. W rezultacie, jedenaście rat kapitałowo-odsetkowych płatnych w okresie od października 2017 do sierpnia 2018 zostało obniżonych do kwoty 700 tys. zł, zaś kwota 7 mln zł ma zostać spłacona wraz z ostatnią ratą kredytu w listopadzie 2022 roku. Jednocześnie Sfinks podpisał z BOŚ aneks przedłużający na rok linię faktoringu odwrotnego z limitem 8 mln zł.
– Dzięki zmianie harmonogramu spłat kredytu inwestycyjnego pozyskaliśmy dodatkowe 7 mln zł z wypracowywanych przez nas środków, które jeszcze w tym roku będziemy mogli przeznaczyć na realizację strategii. Zabiegaliśmy o taką zmianę w naszej umowie kredytowej, gdyż mamy do czynienia z korzystną sytuacją rynkową, która pozwala na zajęcie pozycji i budowanie siły gastronomicznej w wymiarze sprzedażowym i marketingowym. By móc w jak największym stopniu wykorzystać ten okres, potrzebne nam są dodatkowe środki na inwestycje.– komentuje Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska SA.
Zgodnie ze strategią rozwoju Sfinks do 2022 roku chce rozbudować sieć do poziomu ponad 400 lokali, tworząc komplementarne portfolio marek gastronomicznych. Spółka chce rozwijać swoje sieci zarówno organicznie, jak i w wyniku przejęć. W konsekwencji, systematycznie pracuje nad flagowymi markami jak Sphinx czy Chłopskie Jadło, ale też nowymi konceptami gastronomicznymi. Na bazie umów licencyjnych Sfinks otwiera od 2017 restauracje pod szyldem Fabryka Pizzy i przygotowuje się do rozwoju konceptów Meta i Funky Jim. Jest też w trakcie uruchamiania pierwszych lokali w ramach nowych marek własnych – Spice UP! i Lepione & Pieczone. Spółka od minionego roku silnie istnieje też na rynku pubów, po włączeniu do grupy blisko 70 lokali sieci Piwiarnia Warki. Sposobem na zwiększenie sprzedaży i rentowności ma być również dla Sfinksa silne wejście w kanał delivery, który grupa intensywnie rozwja od 2017 roku. Usługa ta jest dostępna w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Łodzi i Wrocławiu.
W związku z podpisanym aneksem do umowy kredytu inwestycyjnego, ma nastąpić aktualizacja dotychczasowych zabezpieczeń wierzytelności BOŚ na majątku Sfinks Polska oraz ustanowienie nowych zabezpieczeń, w tym zastawu na przedsiębiorstwie, tj. na wchodzących w jego skład zbiorze rzeczy ruchomych i praw majątkowych. Będzie to przedmiotem decyzji walnego, które ma się odbyć 22 lutego br.
Firma doradcza JLL podsumowała 2017 r. oraz wskazała trendy na 2018 r. w segmencie gruntów pod inwestycje mieszkaniowe, biurowe, handlowe i hotelowe w Polsce.
Daniel Puchalski, Dyrektor Działu Gruntów Inwestycyjnych w JLL
„W segmencie gruntów inwestycyjnych, zdecydowanym liderem 2017 roku był rynek mieszkaniowy. To w tym sektorze zanotowaliśmy rekordową liczbę oraz wartość umów kupna i sprzedaży. Wysokie tempo utrzymał również sektor gruntów pod biurowce i obiekty hotelowe, co potwierdzają zrealizowane transakcje sprzedaży kilkudziesięciu nieruchomości na takie cele na terenie całego kraju”, komentuje Daniel Puchalski, Dyrektor Działu Gruntów Inwestycyjnych w JLL.
Grunty pod zabudowę mieszkaniową
2017 rok był trzecim z rzędu rokiem z rekordową sprzedażą mieszkań – tylko w sześciu największych miastach na koniec IV kwartału ich liczba osiągnęła poziom blisko 73 000. Na rynku miały też miejsce transakcje pakietowe, łącznie z nabywaniem całych budynków na etapie pozwolenia na budowę, a w ostatnich dwóch kwartałach liczba zapytań inwestorskich o tego typu inwestycje wzrosła kilkukrotnie. Podaż nie nadążała za popytem, więc deweloperom zdarzało się podnosić w ciągu roku ceny mieszkań nawet kilka razy, aby nieco wyhamować sprzedaż i tym samym utrzymać lepszą płynność całego projektu. Według danych REAS za 2017 rok, najwyższy wzrost cen ofertowych w stosunku do ubiegłego roku miał miejsce w Trójmieście (15%). Wysoki był także w Łodzi (8,5%) i Warszawie (8,4%), natomiast we Wrocławiu i Poznaniu średnie ceny wzrosły o 4,4%. Mimo rosnących cen mieszkań, popyt utrzymywał się na rekordowo wysokim poziomie, co doprowadziło do istotnego zmniejszenia się liczby mieszkań w ofercie deweloperów.
„Wobec kurczącej się oferty lokali, wzrosło zainteresowanie deweloperów budowaniem banku ziemi, a popyt na grunty miał bezpośrednie przełożenie na ich ceny. W niektórych lokalizacjach w Warszawie wzrosły one nawet o 80%. Szybujące w górę oczekiwania sprzedających nie tylko podgrzały atmosferę na rynku, ale też faktycznie skłoniły kupujących do płacenia wyższych kwot za nabywaną ziemię. Coraz wyższe ceny ziemi i mieszkań, rosnące koszty robót i materiałów budowlanych niektórzy odbierają jako symptomy nadchodzącego spadku koniunktury. Jednak w odróżnieniu od hossy sprzed 10 lat, tym razem mamy już do czynienia z bardziej dojrzałym rynkiem – ceny mieszkań rosną wolniej i stabilniej, a ich oferta jest lepiej dopasowana do oczekiwań nabywców”, tłumaczy Daniel Puchalski.
Średnie ceny gruntów pod inwestycje mieszkaniowe w 2017 r.
Obszar
Cena (PLN / mkw. PUM*)
Warszawa Śródmieście
3 000 – 5 000** PLN
Warszawa – pozostałe dzielnice
1 000 – 2 500 PLN
Miasta powyżej 400 000 mieszkańców
650 – 2 500 PLN
*PUM – Powierzchnia Użytkowa Mieszkań
** Pojedyncze grunty w najlepszych lokalizacjach osiągały ceny nawet powyżej 5 000 PLN / mkw. PUM
Źródło: JLL
Biorąc pod uwagę nieustający apetyt na grunty, bardzo dobre wyniki sprzedaży mieszkań w IV kw. 2017 r., a także długie listy rezerwacyjne w świeżo rozpoczętych projektach, w 2018 r. możemy się spodziewać dalszych dobrych wyników, zarówno jeśli chodzi o sprzedaż gruntów, jak i mieszkań.
„Z naszych danych wynika, że ponad 60 firm deweloperskich planuje w 2018 r. zakupy gruntów o wartości od 10 do 50 mln PLN, a 14 inwestorów jest gotowych do nabycia terenów o wartości nawet 150-200 mln PLN. Z kolei fundusze typu private equity są gotowe na wydanie około 300 mln euro na zakupy dużych pakietów mieszkaniowych pod wynajem w celach inwestycyjnych. Szansa na wygenerowanie dodatkowego popytu na pierwotnym rynku mieszkaniowym jest też upatrywana we wprowadzeniu ustawy o tzw. REIT-ach, która umożliwiłaby spółkom notowanym na giełdzie działanie na rynku nieruchomości mieszkaniowych, dając tym samym osobom fizycznym dostęp do nowych form inwestowania”, podsumowuje Daniel Puchalski.
Grunty pod zabudowę biurową
Za nami kolejny dobry rok w obszarze zakupów gruntów biurowych zarówno w Warszawie, jak i w miastach regionalnych. Skala popytu na tereny inwestycyjne oraz dynamika transakcji sprzedaży utrzymywały się na podobnym poziomie jak w 2016 roku. Spadek poziomu pustostanów, będący konsekwencją silnego popytu oraz umiarkowanego wolumenu nowej podaży, sprzyjał optymizmowi inwestorów i zainteresowaniu analizowaniem możliwości realizacji nowych inwestycji biurowych. Z punktu widzenia wielkości popytu na nowoczesną powierzchnię biurową i jej podaży, w czołówce miast regionalnych niezmiennie plasują się Kraków i Wrocław, a dalej Trójmiasto, Poznań, Łódź i Katowice. Te ośrodki miejskie cieszyły się też największym zainteresowaniem inwestorów rozważających zakupy gruntów poza stolicą.
Średnie ceny gruntów pod inwestycje biurowe w 2017 r.
Obszar
Cena (PLN / mkw. PUB**)
Warszawa COB*
2 200 – 4 000
Warszawa obrzeża COB*
1 300 – 2 300
Warszawa pozostałe
600 – 1 300
Miasta powyżej 400 000 mieszkańców
600 – 1 500
*COB – Centralny Obszar Biznesu
**PUB – Powierzchnia Użytkowa Biur
Źródło: JLL
„Potencjał dla dalszego rozwoju rynku biurowego tkwi nie tylko w niezabudowanych gruntach, ale również budynkach, które potencjalnie mogłyby zostać przebudowane, zrewitalizowane i zamienione w nowoczesną powierzchnię biurową. Dlatego w 2018 r. możemy spodziewać się rosnącego zainteresowania inwestorów analizą nieruchomości zabudowanych obiektami przeznaczonymi do modernizacji lub wyburzenia. Ten trend będzie występował nie tylko w Warszawie, ale we wszystkich głównych miastach w Polsce, które znajdują się na radarze deweloperów biurowych”, wyjaśnia Daniel Puchalski.
Grunty pod zabudowę handlową
Grunty handlowe cieszyły się w 2017 r. podobnym zainteresowaniem jak rok wcześniej. W poszukiwaniu „białych plam” na mapie handlowej Polski inwestorzy nierzadko byli gotowi obniżać przyjęte wcześniej kryteria dotyczące wielkości miasta czy liczby mieszkańców. Kluczowe przy wyborze lokalizacji pozostawały niezmiennie: dokładna analiza konkurencji w sąsiedztwie, skala zainteresowania ze strony najemców oraz strefa oddziaływania potencjalnego projektu handlowego (tzw. „catchment area”).
„Wzrost nasycenia powierzchnią handlową w największych miastach sprzyjał popytowi na grunty o wielkości 0,5 ha – 3 ha, umożliwiające realizację parków handlowych o powierzchni sprzedaży między 6 tys. mkw. a 10 tys. mkw., które uzupełnią ofertę dużych galerii i wypełnią luki na mapie handlowej Polski. W 2018 roku branżę handlową, czekają liczne zmiany prawne dotyczące między innymi podatku dla właścicieli nieruchomości komercyjnych o wartości przekraczającej 10 mln zł, czy wejścia w życie ustawy ograniczającej handel w niedzielę. Wpływ zmian legislacyjnych na kondycję rynku handlowego, w tym również na rynek handlowych gruntów inwestycyjnych, będziemy w stanie ocenić dopiero z czasem. Nie spodziewamy się jednak, aby w 2018 roku spowodowały one wstrzymanie inwestycji czy rezygnację inwestorów negocjujących nabycie gruntu z finalizacji transakcji zakupu”, wyjaśnia Daniel Puchalski.
W kolejnych latach możemy też spodziewać się większej ilości projektów wielofunkcyjnych, w których handel stanowi tylko jeden z komponentów całej inwestycji.
Średnie ceny gruntów pod inwestycje handlowe w 2017 r.
Obszar
Cena (PLN / mkw. PUU*)
Warszawa – tereny przeznaczone pod handel wielkopowierzchniowy
2 000 – 5 000 PLN
Warszawa – tereny przeznaczone pod parki handlowe i wolnostojące budynki handlowe
1 500 – 2 000 PLN
Miasta powyżej 400 000 mieszkańców
400 – 1 200 PLN
* PUU – Powierzchnia Użytkowa Usług
Źródło: JLL
Grunty pod zabudowę hotelową
Sektor hotelowy w Polsce przeżywa rozkwit, co jest rezultatem między innymi rozwoju turystyki zagranicznej i krajowej, poprawy jakości infrastruktury transportowej, czy wzrostu zamożności społeczeństwa. Dobra koniunktura gospodarcza nakręcała dodatkowo popyt na usługi hotelowe i MICE. Zachęceni dobrą sytuacją na rynku inwestorzy śmielej podejmowali decyzje o nowych projektach. Miało to bezpośrednie przełożenie na zainteresowanie gruntami na sprzedaż, jak również obiektami do adaptacji na cele hotelowe.
„Liczba ogłoszonych i rozpoczętych w 2017 r. projektów hotelowych, jak również spore zainteresowanie tym rynkiem ze strony inwestorów, sprawiają, że w najbliższych latach możemy spodziewać się nawet kilkudziesięciu otwarć nowych obiektów rocznie. W kolejnych latach będziemy też obserwować debiuty marek znanych międzynarodowych sieci, które nie występowały dotychczas na polskim rynku, np. Motel One, Marriott Renaissance, Four Points by Sheraton, Raffles, Staybridge Suites, Radisson Red, Autograph Collection Hotels, Crowne Plaza, Sure Hotel czy MGallery by Sofitel. Odmienność hotelowych marek i konceptów wchodzących na polski rynek przekłada się na zróżnicowanie wymagań inwestorów w stosunku do nieruchomości. Z punktu widzenia rynku gruntów, zwiększa się zakres zarówno zabudowanych, jak i niezabudowanych nieruchomości wpisujących się w obszar potencjalnego zainteresowania inwestorów”, komentuje Daniel Puchalski.
Zdaniem JLL, przyszłość sektora hotelowego będzie kształtować między innymi dynamiczny rozwój projektów wielofunkcyjnych oraz rozwój marek hotelowych dedykowanych przedstawicielom młodszych pokoleń. Dla przykładu, w Polsce intensywnie rozwija się marką Moxy, należącą do grupy Marriott International, adresująca swoją ofertę w szczególności do pokolenia tzw. Millennialsów.
„Duży potencjał rynku hotelowego powoduje, że zdecydowana większość inwestorów z branży planuje dalszy rozwój portfela. Jednocześnie, podobnie jak na rynku mieszkaniowym, popyt na atrakcyjne grunty i budynki do adaptacji na cele hotelowe przewyższa podaż nieruchomości. W 2018 r. spowoduje to utrzymanie zainteresowania inwestorów nowymi lokalizacjami. Wzrośnie również otwartość właścicieli na przejęcia konkurencyjnych firm, mimo że na razie większość z nich preferuje wzrost w oparciu o posiadany bank ziemi oraz nabyte nieruchomości”, podsumowuje Daniel Puchalski.
Inwestycje w nieruchomości komercyjne w 2017 roku utrzymywały się na wysokim poziomie. Dzięki niezwykle intensywnemu ostatniemu kwartałowi, kiedy zawarto transakcje opiewające na 2,5 miliarda euro, całkowity wolumen inwestycyjny w 2017 przekroczył 5 miliardów euro, tym samym zbliżył się do rekordowego wyniku z 2006 roku. Co więcej, rynek nie zwalnia tempa, gdyż od początku 2018 roku zawarto już transakcje o wartości 1,2 miliarda euro. Szczegółowa analiza rynku w 2017 roku oraz prognozy na rok 2018 prezentowane są w raporcie „Poland Investment MarketView 2017” przygotowanym przez ekspertów CBRE.
Etap dojrzałości jaki osiągnął rynek nieruchomości w Polsce sprawia, iż wzrasta popyt na transakcje fuzji i przejęć. Ponad 55% całkowitego wolumenu w 2017 dotyczyło transakcji portfelowych, co stanowiło rekordowy udział tego typu transakcji w historii polskiego rynku. Największe transakcje portfelowe jakie miały miejsce w zeszłym roku dotyczyły nabycia nieruchomości Griffin Premium RE przez Globalworth RE, sprzedaży portfolio nieruchomości handlowych IKEA firmie Pradera oraz nabycia portfolio Fashion House przez DAWM.
Zmienia się również kraj pochodzenia kapitału napływającego do Polski. Nie dominują już amerykańscy inwestorzy, których transakcje stanowiły 11% całkowitego wolumenu w 2017 roku. Na uwagę zasługuje przede wszystkim kapitał południowoafrykański, który brał udział w 20% zawartych transakcji oraz niemiecki z 18% udziałem w rynku. Bardzo aktywni okazali się również inwestorzy z Chin, którzy zawarli transakcje stanowiące 15% całkowitego wolumenu.
Zainteresowaniem inwestorów cieszą się wszystkie sektory, z rynkiem handlowym na czele (43% udziału na rynku). Oprócz dużych transakcji portfelowych największe transakcje jakie miały miejsce w tym sektorze to sprzedaż centrum handlowego Magnolia we Wrocławiu oraz Galerii Słonecznej w Radomiu. Duży udziału w rynku odnotował również sektor biurowy, w którym zawarto transakcje na poziomie 1,5 miliarda euro, co stanowi 31% udziału w rynku. Aktywność na rynku przemysłowo-logistycznym została zdominowana przez jedną paneuropejską transakcję portfelową, która stanowiła 81% całkowitego wolumenu w tym sektorze.
Warto zauważyć, iż największy wzrost zainteresowania odnotowano na rynku hotelowym, gdzie aktywność inwestycyjna osiągnęła najwyższy w historii poziom 0,35 miliarda euro. Rośnie również zainteresowanie inwestorów alternatywnymi aktywami – odnotowano pierwsze transakcje w sektorze PRS (Private Rented Sector), z czego największa to nabycie 72 apartamentów w Złota 44 Tower przez Catella Wohnen.
Przemysław Felicki, Dyrektor, Dział Rynków Kapitałowych, CBRE
Obecną sytuację na rynku inwestycyjnym w Polsce komentuje Przemysław Felicki, Dyrektor, Dział Rynków Kapitałowych, CBRE:
„Rok 2017 był intensywny zarówno pod względem inwestycyjnym, jak i wdrażanych zmian politycznych, które niewątpliwie mogą wpłynąć na zmianę sytuacji na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce. Wśród najczęściej omawianych i najbardziej kontrowersyjnych tematów znajduje się przede wszystkim obowiązujący już zakaz handlu w niedziele. Duże zainteresowanie rynku budzi również wciąż dopracowywana ustawa o REIT-ach, czy też obowiązująca już ustawa o zmianie ustawy o CIT i PIT. Mamy nadzieję, że rynek szybko dostosuje się do zachodzących zmian, a silna pozycja ekonomiczna Polski pomoże jej zmierzyć się z zaistniałymi wyzwaniami i nie zakłóci dalszego tempa rozwoju.”
Stopy kapitalizacji wciąż utrzymują tendencję zniżkową w praktycznie wszystkich sektorach. Dla najlepszych budynków biurowych w Warszawie są obecnie szacowane na poziomie 5,20%, spadły również na rynku powierzchni handlowych do poziomu 5,15%, podczas gdy na rynku magazynowym utrzymują się na poziomie 6%. Stopy kapitalizacji w Polsce, pomimo iż na historycznie niskich poziomach, nadal są relatywnie atrakcyjne w porównaniu do rynków Europy zachodniej i spodziewamy się ich dalszej kompresji w 2018.
Ciekawy początek wtorkowych notowań przy Wall Street skutecznie zwiększył szansę powrotu bardziej ryzykownych aktywów do łask inwestorów. Powyższy fakt najsilniej uderza w wycenę franka szwajcarskiego, który jednocześnie notuje 0,6 proc. osłabienie wobec dolara oraz wypycha parę EUR/CHF nad dość problematyczny poziom 1,1600. O zamiarze publikacji szeroko zakrojonego planu infrastrukturalnego poinformował prezydent USA Donald Trump. Zgodnie z deklaracjami zawartymi w noworocznym orędziu o stanie państwa nakłady na realizację jednej z obietnic wyborczych mają przekroczyć zawrotny poziom 1,5 mld USD.
Coraz bliżej poziomów z wczorajszego zamknięcia znajduje się japoński jen (-0,1 proc.), który pozwala parze USD/JPY na powrót w okolicę poziomu 109,10. Gwiazdą koszyka walut państw G10 zostaje kiwi (0,5 proc.) oczekujące na najnowszy raport z rynku pracy oraz częściowo niesione przychylnym wynikiem aukcji mleka. W środku stawki znajduje się euro (0,1 proc.) mogące zaskoczyć w trakcie azjatyckiej części notowań. Przy obecnym ułożeniu świec nie należy wykluczać powrotu EUR/USD nad okrągły poziom 1,2400.
Na rynku walut Emerging Markets najjaśniej błyszczy południowoafrykański rand (1,0 proc.) wyraźnie uciekający dość mocnej lirze tureckiej (0,5 proc.). Najsilniejszą walutą regionu zostaje rosyjski rubel (0,3 proc.), któremu po piętach w dalszej mierze depcze węgierski forint (0,2 proc.). Nieco skromniejszą skalę umocnienia notuje polski złoty (0,1 proc.). Na koniec dnia EUR/PLN wraca do 4,1600, USD/PLN schodzi do 3,3580, GBP/PLN przełamuje się przez 4,6900, a CHF/PLN plasuje się przy 3,5830.
O napływie niezbyt optymistycznych wskazań może mówić amerykańska gospodarka, na którą w trakcie wtorkowych notowań został wylany kubeł lodowatej wody. Według najnowszych wskazań grudniowy deficyt wymiany handlowej USA uplasował się na poziomie 53,1 mld USD, co zaskoczyło nieco bardziej optymistycznie nastawionych uczestników rynku (konsensus: 52,1 mld USD). Dodatkowe światło na zależności w eksporcie netto rzuciły szacunki podsumowujące rok 2017. Zgodnie z nimi luka handlowa uplasowała się na poziomach nienotowanych od 2008 roku (12,1 proc.), do czego niewątpliwie przyczyniły się rekordowy deficyt wymiany z Chinami (375,2 mld USD).
Cios w wycenę dolara próbował zadać James Bullard, gołębio nastawiony reprezentant Fed z St. Louis, według którego obserwowaną przecenę na rynkach akcji można tłumaczyć przez pryzmat analizy technicznej. Bullard wyraźnie wyłamuje się z grona osób obawiających się o poziomy wskaźników fundamentalnych stwierdzając, że nie odbiegają one od historycznych norm. Jego zdaniem zależności wynikające z krzywej Phillipsa obecnie nie mają większego zastosowania w analizach gospodarki USA, a siła procesów płacowych powinna być rozpatrywana jako dość słaby predyktor inflacji. Dodatkowym popisem gołębiości okazały się być wzmianki dotyczące mniejszej przydatności „dot-plot” w rękach analityków czy nieadekwatności obecnych ram polityki forward-guidance, która może implikować obecność jeszcze większej zmienności na rynku.
W trakcie dzisiejszych notowań WIG 20 zdołał skutecznie wymazać dobre wrażenie po poniedziałkowej sesji, gdy usilnie opierał się obecności silnych impulsów podażowych. Jego 3,8 proc. zniżka uczyniła go najsilniej przecenionym głównym indeksem w Europie oraz jednym z najsilniej tracących na świecie. Najbardziej dotkliwy ruch w stronę południa odnotował Orlen, który osunął się do poziomu 99,00 USD za walor między innymi za sprawą zaskakującego przetasowania na najwyższym szczeblu kierowniczym. Nowym szefem paliwowego giganta został Daniel Obajtek, były prezes Energi (-1,8 proc.). W oczekiwaniu na publikację wyników za miniony kwartał znajduje się mBank (-5,5 proc.), który zgodnie z konsensusem powinien wypracować zysk netto na poziomie 301,8 mln PLN.
Miano najmniej przecenionej spółki zyskało Orange Polska (-0,3 proc.) informujące o rozpoczęciu przejęcia sieci światłowodowych.
Żadna ze spółek wchodzących w skład frankfurckiego indeksu DAX (-2,3 proc.) nie zdołała wyjść ponad poziom z wczorajszego zamknięcia. Szczególną uwagę inwestorów zwrócił Munich Re, który zaprezentował wysoce rozczarowujące wyniki za miniony kwartał. Jego 5,3 proc. przecenę usilnie goniły Commerzbank (-4,5 proc.) oraz dostający rykoszetem Allianz (-3,8 proc.). Ze spadkowych nastrojów w Londynie udało się wyłamać jedynie Tesco (0,6 proc.) oraz EasyJetowi (0,1 proc.). W przypadku potentata na rynku budżetowych linii lotniczych należy mówić o napływie pozytywnych informacji związanych z popytem na oferowane usługi – według danych zaprezentowanych przez spółkę w styczniu obsłużono 8 proc. pasażerów więcej niż przed rokiem. Finalnie indeks FTSE 100 zakończył dzisiejszą sesję z 2,6 proc. zniżką w okolice poziomu 7 141 pkt.
Zakładnikiem zdecydowanie gorszych nastrojów na rynku metali szlachetnych stał się pallad, który na przestrzeni dnia stracił aż 1,9 proc. Zdecydowanie skromniejszy ruch w stronę południa ma za sobą złoto (-0,8 proc.) obecnie wyceniane po 1 329 USD za uncję. W trakcie dzisiejszych notowań surowce energetyczne wymazały część odnotowanej zniżki i w dalszej mierze usilnie próbują wrócić nad kreskę. Obecnie baryłka West Texas Intermediate (-0,4 proc.) jest wyceniana po 63,90 USD, a marcowy kontrakt na gaz ziemny schodzi 0,2 proc. w okolicę poziomu 2,74 USD/MMBtu. O dość satysfakcjonującym przebiegu sesji mogą mówić płody rolne. Obecnie o miano najsilniejszego walczą marcowe kontrakty na sok pomarańczowy oraz kawę, które względem wczorajszego zamknięcia zdołały wypracować zwyżkę rzędu 1,8 proc.
Gwałtowna wyprzedaż akcji przyczynia się do obniżek cen kryptowalut. Bitcoin spadł właśnie do najniższego poziomu od połowy listopada. Panika na rynku akcji raczej nie zapowiada poważnego kryzysu finansowego. Czy jednak to samo da się powiedzieć o kryptowalutach? – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.
Indeks 30 największych amerykańskich spółek spadał w poniedziałek najgwałtowniej od ponad sześciu lat. Wyprzedaże akcji zaczęły się już w piątek po publikacji raportu z rynku pracy, w którym okazało się, że wynagrodzenia Amerykanów wzrosły w styczniu o 2,9 proc., czyli najszybciej od niespełna dekady. Takie dane zwiększają prawdopodobieństwo wzrostu stóp procentowych w USA, dlatego wywołują obawy inwestorów, że kończy się czas tzw. taniego pieniądza.
Spokojnie, to tylko odreagowanie
Wyprzedaż akcji, mimo że gwałtowna, nie zapowiada jednak poważnego załamania rynku. Wręcz przeciwnie – gospodarka w USA, to samo dotyczy też strefy euro, rozwija się w coraz szybszym tempie. Bieżące spadki są zatem raczej odreagowaniem silnych wzrostów, które – szczególnie w USA – odbywały się w ostatnich miesiącach bez naturalnej korekty. Krwawy poniedziałek nie niesie obaw o kolejny kryzys finansowy czy załamanie gospodarki.
Recepta na spadki kryptowalut
Czy to samo możemy powiedzieć o kryptowalutach, obserwując równie gwałtowne spadki ich cen? W ostatnich tygodniach kryptowalutom zdecydowanie brakuje pozytywnych bodźców. Zapowiedzi coraz surowszych regulacji wywołują z kolei negatywny efekt. W ostatnich dniach szczególną rolę odegrał temat wstrzymania możliwości dokonywania zakupów kryptowalut za pośrednictwem wiodących banków w USA (m.in. Bank of America, JP Morgan czy Lloyds). Szefowie banków tłumaczą decyzje ochroną swoich klientów przed stratami wynikającymi z gwałtownych zmian cen czy wyłudzeń. W efekcie jednak zmniejsza to popyt na kryptowaluty, a zwiększa obawy, że coraz więcej banków na świecie ograniczy handel powiązany z kryptowalutami.
Dodajmy do tego plany Chin, by blokować wszystkie strony internetowe powiązane z handlem kryptowalutami i ICO (oferty publiczne oparte o kryptowaluty). Dochodzą też kwestie dwóch regulatorów w USA (SEC oraz CFTC), którzy wg Bloomberga planują prosić Kongres o nadzór federalny nad giełdami kryptowalut. I w sumie mamy receptę na gwałtowne spadki.
Trzeba też pamiętać o możliwości krótkiej sprzedaży (short sellingu), np. bitcoina.
Przynosi ona zyski posiadaczowi takiej strategii, gdy spada cena danej kryptowaluty. Część giełd w USA umożliwia takie transakcje poprzez kontrakty terminowe na bitcoina, co także prawdopodobnie przyczynia się do przyspieszenia tempa i zwiększenia skali spadków cen.
Ostrożności nigdy za wiele
Bitcoin kosztował we wtorek poniżej 6 tys. USD, czyli najmniej od połowy listopada i o ok. 70 proc. poniżej grudniowych szczytów. Od początku stycznia z rynku wyparowało ok. 500 mld dolarów wartości kryptowalut.
Jeżeli przyjrzymy się jednak notowaniom bitcoina, jego wartość cofnęła zyski wypracowane w ostatnich miesiącach w związku ze zwiększoną ekspozycją w mediach. Perspektywa wprowadzenia regulacji może jednak równocześnie pomóc użytkownikom uzyskać więcej ochrony przed wyłudzeniami, a także zapewnić więcej stabilizacji na wciąż “dzikim zachodzie” kryptowalut.
Ostatnie spadki wartości kryptowalut, podobnie jak w przypadku rynku akcji, mogą sprawić także, że potencjalne inwestycje dokonywane będą z zachowaniem większej ostrożności, co na dłuższą metę może wyjść pozytywnie dla obu rynków.
Rejestry podmiotów profesjonalnego obrotu gospodarczego zawierają szereg informacji istotnych dla przedsiębiorcy czy konsumenta. Ich aktualność ma być gwarantem pewności obrotu. Jakie sankcje mogą spotkać podmiot uporczywie uchylający się od ujawniania aktualnych informacji?
Co może zrobić sąd?
W różnych krajach za utrzymywanie rejestru przedsiębiorców odpowiedzialne są różne organy. W Polsce są to sądy rejestrowe, gdzie indziej np. specjalne komórki w ministerstwach. Każdy z tych organów został wyposażony w odpowiednie kompetencje, aby mógł dbać o to, żeby informacje o podmiotach były aktualne, a rejestr wolny od „martwych spółek”.
W Polsce zgłaszanie zmian danych podlegających wpisowi w KRS jest obowiązkiem podmiotu wpisanego do rejestru. Zmiany powinny zostać zgłoszone w terminie 7 dni od zaistnienia przyczyny uzasadniającej konieczność aktualizacji. O ile o wpis, którego dokonanie powoduje zaistnienie zmian (np. zmiana umowy spółki), podmioty wpisane do rejestru dbają, ponieważ leży to w ich interesie, o tyle aktualizacja danych, których wpis w KRS jest deklaratoryjny (potwierdza stan zaistniały wcześniej), bywa zaniedbywana. To samo dotyczy często sprawozdawczości finansowej. Nieskładane latami informacje o stanie finansowym spółek to niestety przykra rzeczywistość.
W razie stwierdzenia przez sąd rejestrowy zaistnienia zmian przy braku złożenia wniosku o ich ujawnienie wszczęte może zostać tzw. postępowanie przymuszające. Polega ono na wezwaniu spółki do zgłoszenia wniosku o ujawnienie zmian, a w razie zignorowania przez spółkę tego przypomnienia – na motywowaniu osób odpowiedzialnych przez nakładanie grzywien, często wielokrotne.
W przypadku gdy postępowanie przymuszające okaże się nieskuteczne, powinno zostać umorzone. Zakończenie prób zmotywowania spółki do złożenia wniosków o wpis to jednak nie koniec działań sądu rejestrowego. Skoro spółka nie reaguje na próby przymuszenia jej do wykonania obowiązków nałożonych na nią przez przepisy, to może ponieść najcięższą konsekwencję w postaci wykreślenia z rejestru. Może się tak zdarzyć w kilku przypadkach: jeśli spółka nie złoży, pomimo wezwania, sprawozdań finansowych za dwa kolejne lata; jeśli oddalony zostanie wobec spółki wniosek o ogłoszenie upadłości ze względu na brak środków na przeprowadzenie postępowania upadłościowego lub gdy zebrany przy rozpoznawaniu takiego wniosku materiał dowodowy jest wystarczający, aby stwierdzić, że istnieją podstawy do rozwiązania spółki; gdy umorzone zostanie postępowanie przymuszające lub sąd uzna, że jest ono bezcelowe i nie zostanie w ogóle rozpoczęte, a także gdy pomimo dwukrotnego wezwania spółka nie wykona innych obowiązków aktualizacji danych w KRS.
Opisane wyżej możliwości dają sądowi przepisy art. 24, 25 oraz 25a–25e ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym.
I co dalej?
W razie wszczęcia przez sąd postępowania z urzędu, którego przedmiotem jest wykreślenie podmiotu z rejestru, spółka może jeszcze temu zapobiec, jeżeli udowodni, że rzeczywiście prowadzi działalność i posiada majątek. W razie gdy spółka zignoruje tę możliwość, sąd podejmie działania zmierzające do usunięcia jej z rejestru.
Po zakończeniu postępowania majątek spółki jest w całości przejmowany przez Skarb Państwa. Fiskus z kolei ponosi wobec wierzycieli wykreślonej spółki odpowiedzialność za jej zobowiązania z przejętego majątku. Warto przy tym pamiętać, że Skarb Państwa będzie odpowiadał do wartości składników przejętego majątku. Należy również mieć na uwadze, że przepisy ustawy o KRS skracają terminy przedawnienia się takich roszczeń do 1 roku od dnia przejęcia majątku przez Skarb Państwa. Zatem czasu na odzyskanie pieniędzy jest niewiele. Jeżeli więc wykreślony został z rejestru podmiot, którego wierzycielem jesteśmy, musimy działać szybko i sprawnie. Wspólnicy spółki z kolei mogą dochodzić zwrotu przejętego majątku pozostałego po wykreślonej spółce, jednak muszą reprezentować łącznie min. 2/3 kapitału zakładowego oraz wykazać, że nie ma niezaspokojonych lub niezabezpieczonych roszczeń wierzycieli.
Praktyka rejestrów wczoraj i dziś
Chociaż, jak zostało wspomniane wyżej, przepisy o możliwości wykreślenia spółki z rejestru obowiązują już od ponad 2 lat, to jak wiadomo teoria i praktyka nie zawsze idą w parze.
Przez pierwsze dwa lata postępowania przymuszające były raczej przypadkami jednostkowymi i podejmowane były głównie w przypadkach, gdy np. rezygnujący członek zarządu prosił sąd o usunięcie jego nazwiska z rejestru, ponieważ spółka nie zgłosiła stosownego wniosku. Na marginesie stwierdzić należy, że takie wykreślenie byłego członka zarządu jest osiągalne, jednak wymaga odpowiednio skonstruowanego wniosku, przy którym pomoc prawnika może być bardzo wskazana.
W ostatnim czasie wyraźnie widać wzrost aktywności sądów rejestrowych oraz urzędów prowadzących ewidencje spółek w zakresie aktualizowania rejestrów czy egzekwowania składania sprawozdań finansowych. W polskich sądach rejestrowych jest to stosunkowo młoda praktyka, jednak np. cypryjski rejestr przedsiębiorców od dłuższego czasu bardzo aktywnie zmierza do usunięcia zwłaszcza tych podmiotów, które uchylają się od wypełniania obowiązków dotyczących sprawozdawczości finansowej.
Takie działania są swoistym novum – zarówno w polskim KRS, jak i we wspomnianym cypryjskim rejestrze bez trudu można odszukać mnóstwo spółek, które od wielu lat nie złożyły do KRS żadnego sprawozdania finansowego, a adres siedziby zmieniły trzykrotnie, nie aktualizując wpisu w KRS, co świadczy o tym, że przepisy te nie są zbyt rygorystycznie egzekwowane.
Wskazać należy jednocześnie, że aktualne informacje rejestrowe pożądane są nie tylko przez kontrahenta, ale także przez samą spółkę. Choćby wpis dotyczący adresu siedziby wywołuje doniosłe skutki ze względu na to, że chodzi o wiążący adres do doręczeń, na który doręczona będzie korespondencja z sądów i urzędów.
Na aktualności informacji dostępnych w rejestrze zależeć będzie również osobom potencjalnie odpowiedzialnym za zobowiązania spółek, czyli np. członkom organów reprezentujących spółkę kapitałową. W przypadku rezygnacji z zasiadania w zarządzie spółki były już członek organu spółki nie jest uprawniony do złożenia wniosku o wykreślenie swoich danych z rejestru, ponieważ zobowiązana do tego jest spółka. Gdy ta nie dopełniła swojej powinności – czy to intencjonalnie, czy przez fakt, że pozbawiona jest reprezentanta – niezaspokojeni wierzyciele mogą próbować egzekwować swoje należności, pozywając, spełniwszy wcześniej ustawowe wymogi, członka zarządu, który nadal widnieje w KRS. Dbając o swój interes, były członek zarządu winien przynajmniej podjąć starania w celu usunięcia nieaktualnych wpisów w KRS. Przede wszystkim powinien zadbać, aby rezygnacja została złożona zgodnie z wymaganiami formalnymi. Ma to szczególnie doniosłe znaczenie, gdy rezygnuje jedyny członek zarządu. Następnie należy spowodować, aby sąd rejestrowy powziął wiedzę o tym, że informacje mające szczególne znaczenie dla bezpieczeństwa obrotu gospodarczego są nieaktualne, oraz wnieść o ich usunięcie.
W praktyce niestety ciągle zmieniające się przepisy dotyczące postępowania rejestrowego, a także stopień skomplikowania urzędowych formularzy może nastręczać osobom niezajmującym się takimi sprawami na co dzień nie lada trudności. Zdarzają się również takie niuanse, których przeciętny przedsiębiorca nie ma szansy wychwycić. W związku z tym rejestracja zmian może ciągnąć się miesiącami, stąd skorzystanie z pomocy fachowca może okazać się nieocenione.
Autor: Radca prawny Kamil Nagrabski, radca prawny Robert Nogacki
Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
To pytanie z początkiem każdego roku zadają sobie wszyscy inwestorzy. Po okresie wieloletniej hossy na rynkach akcji odpowiedź na to pytanie jest szczególnie istotna. Dzisiaj inwestorzy krajowi bez większych trudności mogą lokować kapitał na rynkach światowych, nie są więc ograniczeni tylko do warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Powinniśmy zatem poznać główne globalne trendy inwestycyjne, aby efektywnie alokować swój kapitał.
Eksperci Domu Maklerskiego TMS Brokers S.A. wyróżnili kilka najważniejszych tendencji rynkowych. Odnoszą się oni do hossy na światowych rynkach akcji, rynków obligacji oraz surowców, w szczególności metali szlachetnych.
Czy hossa na światowych rynkach akcji będzie kontynuowana?
Przez ostatnie 2 lata w gospodarce światowej dokonało się wyraźne i szerokie przyspieszenie wzrostu gospodarczego, co znalazło odzwierciedlenie we wzrostach na rynkach akcji. Odbyło się ono w otoczeniu niskiej inflacji, przy silnym wsparciu polityki banków centralnych tak w USA, jak i w Europie, a w USA dodatkowo
w efekcie impulsu fiskalnego. Od dłuższego czasu utrzymuje się też rekordowo niski poziom zmienności indeksów rynków akcji.
Porównanie atrakcyjności indeksów rynków światowych wypada na korzyść indeksów europejskich, a w tym obszarze, dużych spółek vs. małe. Ponadto uwagę przyciągają wyśrubowane wyceny amerykańskich indeksów, co znajduje odzwierciedlenie w wysokich odczytach wskaźników: cena do zysku (C/Z) i cena do wartości księgowej (C/WK). Implikują one wysokie prawdopodobieństwo ruchów korekcyjnych. W związku z czym osiąganie zadowalających stop zwrotu będzie wymagało bardziej selektywnego podejścia do inwestycji zarówno na poziomie branż jak i konkretnych spółek – mówi Paweł Jackowski, Dyrektor Departamentu Zarządzania Aktywami DM TMS Brokers.
Sektor technologiczny to o wiele więcej, niż Amazon, Facebook i Alphabet
Rosnące wyceny technologicznych mega capów, mają silnie umocowanie w poprawie wyników tych spółek, lecz przestrzeń do kontynuacji tego procesu jest ograniczona. Dzieje się tak ze względu na bariery makroekonomiczne dla konsumpcji w USA, czyli rosnące stopy procentowe, wieloletnie minimum stopy oszczędności i wysokie zadłużenie netto wśród 20% najmniej zarabiających.
Dlatego znacznie większe możliwości oferują spółki z wcześniejszych etapów łańcucha dostaw. Na uwagę zasługują m.in. takie firmy jak producenci półprzewodników i układów scalonych – np. BE Semiconductor Industries, czy Cypress Semiconductor Corp.; dostawcy usług IT – Salesforce.com, SAP i Tencent Holdings.
W kręgu zainteresowań inwestorów nastawionych na wysokie stopy zwrotu powinni znajdować się także producenci gier komputerowych, przykładowo takie spółki jak: Ubisoft Entertainment i Activision Blizzard.
Czy to już koniec hossy na światowych rynkach obligacji?
Na rynku obligacji wyraźne są dwie tendencje. W USA postępuje wypłaszczenie krzywej dochodowości w efekcie wzrostu kosztu finansowania krótkoterminowego. Proces ten przyspieszył w II półroczu 2017 r. i historycznie jest sprawdzonym prognostykiem kłopotów i wzrostu zmienności na amerykańskim rynku akcji z uwagi na pogorszenie warunków finansowania i co za tym idzie płynności na rynku. W Europie, natomiast od kilkunastu miesięcy stabilnie rosną stawki swapów na stopę procentową, które są dobrym miernikiem oczekiwań rynku w zakresie przyszłej ścieżki stóp procentowych. Wzrost kosztu pieniądza zarówno na rynku amerykańskim jak i na rynku europejskim mogą przybrać na sile i wywierać presję na rynki akcji w sytuacji, gdy przyspieszy inflacja.
W obliczu globalnie rosnących rentowności, podnoszenia stóp przez Fed i inne banki centralne kluczową kwestią staje się zarządzanie ryzykiem stopy procentowej w portfelach dłużnych, a jednocześnie uzyskiwanie stabilnego realnego dochodu z portfela obligacji. Portfel obligacji korporacyjnych w obecnej sytuacji wymaga szerokiej dywersyfikacji, w celu ograniczenia ryzyka związanego z ich bieżącymi wysokimi wycenami. W naszej ocenie modelowy portfel długu korporacyjnego powinien być przeważony w obligacjach amerykańskich o ratingu inwestycyjnym, charakteryzować się relatywnie krótkim terminem do wykupu, a dodatkowo powinien zawierać instrumenty dające ekspozycję na wzrost rentowności na rynku – wyjaśnia Paweł Jackowski, DM TMS Brokers
S. A.
Metale szlachetne – czy będą błyszczeć w 2018 r.?
Ceny metali szlachetnych w ciągu najbliższych 12-tu miesięcy będą wspierane wieloma czynnikami: stopniowym wzrostem oczekiwań inflacyjnych w głównych gospodarkach, stabilnymi napływami do ETF-ów surowcowych, wzrostem deficytu fiskalnego w USA, wzrostem zmienności na rynkach akcji oraz relatywnie słabym dolarem amerykańskim. Dodatkowo cykl podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych historycznie wspierał ceny kruszców, a potencjalne odbicie inflacji utrzyma stopy realne na poziomach bliskich zeru lub ujemnych.
W świetle powyższych czynników, Zarządzający Portfelami DM TMS Brokers prognozują, że najbliższy rok będzie sprzyjał inwestycjom w metale szlachetne i dostrzegają duży potencjał do wzrostów cen złota, srebra
i platyny.
Silna wyprzedaż globalnych akcji generuje wyraźny wzrost ryzyka na rynku. W takiej sytuacji polska waluta powinna wyraźnie tracić – tak się jednak nie dzieje. Dlaczego polski złoty i pozostałe waluty rynków wschodzących nadal utrzymują względną siłę?
Początek tygodnia przyniósł kontynuację i pogłębienie spadków światowych indeksów akcji. Największej wyprzedaży poddane były akcje amerykańskie i azjatyckie – w zależności od indeksu straty sięgały od 3 nawet do ponad 5 procent. Tzw. „indeks strachu”, czyli VIX (wskaźnik implikowanej, krótkoterminowej zmienności indeksu S&P 500) wzrósł do poziomu 37,32 z okolic 13,0 notowanych w czwartek. Brak równie silnych ruchów futures na VIX (opisujących oczekiwaną zmienność w długim terminie) sugeruje, że inwestorzy obawiają się zmienności przede wszystkim w najbliższym czasie (w perspektywie 30 dni).
Poniedziałkowy ruch był kontynuacją zmian z ostatniego tygodnia, kiedy to inwestorzy zaczęli obawiać się perspektyw wyższej inflacji oraz w domyśle idących za nią, szybszych podwyżek stóp procentowych w USA. Oczekiwania te nie wydają się nieracjonalne, zwłaszcza w kontekście obserwowanych oraz potencjalnych zmian na rynku pracy, które może wywołać reforma podatkowa – niektóre większe firmy w USA już zapowiedziały wypłacanie pracownikom premii oraz w perspektywie – podwyżkę płac. Na efekty reformy trzeba będzie jeszcze poczekać, jednak – jak pokazały piątkowe dane – już teraz wynagrodzenia rosną w tempie 2,9% rocznie.
Co istotne, wczorajszy ruch na rynkach – ku pewnemu zaskoczeniu – nie przełożył się w istotnym stopniu na rynek surowcowy i na rynek walutowy. Może to sugerować, że ruchy z początku bieżącego tygodnia są raczej przede wszystkim korektą rynków rozwiniętych oraz, że inwestorzy mimo wszystko nie obawiają się kryzysu rynku akcji, który – jeśli doszłoby do niego – niemal na pewno wpłynąłby na praktyczne wszystkie klasy aktywów. Jeśli zwrócimy uwagę na futures na VIX obrazujące oczekiwania w średnim terminie, hipoteza ta wydaje się być racjonalna. Istotne jest również to, co stoi za wyższą zmiennością – tym razem nie jest to ryzyko polityczne, które wywołało ostatni taki wzrost “indeksu strachu” i spadki PLN w ostatnich latach.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w poniedziałek osłabił się o 0,2%, wahając się w widełkach 4,14 – 4,17. Wspólna waluta poddała się wczoraj sile dolara amerykańskiego, indeks EUR zakończył dzień na minusie. Wczorajszy, zrewidowany odczyt indeksu PMI dla sektora usług w styczniu pokazał wzrost z poziomu 57,6 do 58 potwierdzając, iż ekspansja gospodarek wspólnego bloku walutowego jest kontynuowana również w początkach roku. Nastroje inwestorów w strefie euro mierzone indeksem Sentix w styczniu były nieco gorsze niż w ubiegłym miesiącu. Mimo wszystko indeks nadal znajduje się w okolicy ostatnich maksimów. Dynamika sprzedaży detalicznej w strefie euro w grudniu była zgodna z niskimi oczekiwaniami. Sprzedaż pod koniec roku rosła o 1,9% w ujęciu rocznym. W górę zaktualizowano również odczyt z ubiegłego miesiąca.
We wczorajszej wypowiedzi Mario Draghi z EBC poinformował, iż oczekuje wzrostu dynamiki cen w krajach wspólnego bloku walutowego, zwrócił jednak uwagę na fakt, iż zmienność na EUR może być przeszkodą wzrostu inflacji w strefie euro.
GBP
Kurs GBP/PLN w poniedziałek osłabił się o 0,7%, wahając się w widełkach 4,67 – 4,72. Wczorajszy odczyt indeksu PMI dla sektora usług Zjednoczonego Królestwa rozczarował. Wskaźnik pokazał nieoczekiwany spadek z poziomu 54,2 do 53. Z uwagi na znaczenie sektora usług dla gospodarki Zjednoczonego Królestwa, gorszy odczyt może sugerować spowolnienie dynamiki PKB Wielkiej Brytanii na początku roku. Rynek na dane zareagował negatywnie, GBP wczoraj był poddany wyprzedaży.
USD
Kurs USD/PLN w poniedziałek umocnił się o 0,5%, wahając się w widełkach 3,33 – 3,37. Wczorajszy odczyt indeksu ISM dla sektora usług Stanów Zjednoczonych pozytywnie zaskoczył, notując silny wzrost z poziomu 56 w grudniu do 59,9 w styczniu. Poza dobrymi odczytami z gospodarki USA, warto wspomnieć, iż wczoraj Jerome Powell został oficjalnie zaprzysiężony na prezesa Rezerwy Federalnej. Jego rządy powinny być kontynuacją polityki prowadzonej przez Janet Yellen.
W dniu dzisiejszym opublikowany zostanie raport JOLTs z amerykańskiego rynku pracy, oprócz tego po południu przemawiać będzie James Bullard z FOMC. Inwestorzy powinni obserwować przede wszystkim dzisiejsze głosowanie w Izbie Reprezentantów, którego efektem ma być wydłużenie krótkoterminowego finansowania rządu do 23 marca.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
14:50 – przemawia James Bullard z FOMC
16:00 – dane JOLTs z amerykańskiego rynku pracy
Według badania zrealizowanego na zlecenie Carefleet S.A., 40,6 proc. przedsiębiorców z sektora MŚP stosuje metody ograniczające koszty wynikające z niewłaściwego wykorzystania służbowych pojazdów przez pracowników. Najpopularniejszym sposobem jest monitoring stylu jazdy kierowców za pomocą systemu GPS. To rozwiązanie stosuje 60 proc. ankietowanych, którzy deklarują, że podejmują jakiekolwiek działania w tym zakresie. Marginalną rolę w firmach MŚP odgrywają natomiast rozmowy edukacyjne z kierowcami oraz kary i nagrody za nieekonomiczną i niebezpieczną jazdę.
Nadmierna eksploatacja samochodów służbowych to problem wielu firm, a zarazem istotny czynnik wpływający na efektywność wykorzystania floty i koszty jej użytkowania. Dlatego już nie tylko korporacje i duże przedsiębiorstwa, ale coraz częściej również podmioty z sektora MŚP wprowadzają rozwiązania, których celem jest eliminacja ponadnormatywnego zużycia firmowych pojazdów, takie jak np. monitoring stylu jazdy.
– Częstą przyczyną stłuczek i wypadków komunikacyjnych są sami kierowcy, którzy nie przestrzegają przepisów ruchu drogowego, nie dostosowują prędkości do warunków panujących na drodze i nieodpowiednio eksploatują pojazdy. W takich przypadkach – dzięki możliwości precyzyjnego odczytu czasu i miejsca zdarzenia oraz prędkości przed i w trakcie kolizji – systemy monitorowania mogą być wykorzystywane do oceny stylu jazdy kierowcy i weryfikacji okoliczności wypadku. Statystyki potwierdzają, że kierowcy objęci elektronicznym nadzorem GPS jeżdżą wolniej, płynniej, a także łagodniej ruszają i hamują – twierdzi Ilona Ochęduszko, dyrektor Departamentu Account Management w Carefleet S.A.
Wśród najpopularniejszych rozwiązań wykorzystywanych przez przedsiębiorców, którzy w badaniu zadeklarowali, iż stosują metody ograniczające ponadnormatywną eksploatację służbowej floty, jest też tworzenie polityki flotowej (36,3 proc. wskazań). Jak twierdzi Ilona Ochęduszko z Carefleet S.A., jeszcze do niedawna polityki flotowe w postaci regulaminów lub procedur tworzone były przede wszystkim w dużych firmach, posiadających kilkadziesiąt lub kilkaset samochodów. Obecnie coraz więcej przedsiębiorstw z sektora MŚP reguluje na piśmie kwestie związane z nabywaniem, użytkowaniem i wymianą samochodów służbowych.
– Polityka samochodowa jest istotna nie tylko ze względu na zarządzanie znaczną wartością majątku firmy, ale przede wszystkim z uwagi na bezpieczeństwo użytkowników samochodów poruszających się po drogach. Ważne, aby nie był to jedynie „martwy”, jednorazowy dokument. Polityka flotowa musi ewaluować, a jej zapisy nadążać zarówno za zmianami prawno-podatkowymi, jak też działaniami wewnątrz organizacji. Często, jako firma CFM, udzielamy wsparcia w tworzeniu polityki flotowej naszym Klientom. Średni i mali przedsiębiorcy również szukają sposobów, jak zminimalizować szkodowość pojazdów i zwiększyć bezpieczeństwo pracowników – dodaje Ilona Ochęduszko.
Jeśli chodzi o tworzenie polityk flotowych wyjątek w sektorze MŚP stanowią mikroprzedsiębiorstwa zatrudniające od 1 do 9 pracowników. Zaledwie 7,5 proc. badanych, którzy deklarowali, że stosują metody ograniczające zużycie floty, wybiera to rozwiązanie. Dla porównania w małych firmach jest to 42,9 proc., a w średnich 45,8 proc.
Po doskonałej końcówce zeszłego roku, Giełdowy Indeks Produkcji zanotował niewielką korektę zamykając styczeń na poziomie 1129.63 pkt (-0.56%). Mimo, że pierwszym tygodniom tego roku towarzyszyły głównie pozytywne odczyty różnych danych, to korekta na największych rynkach akcji zdusiła wypracowane w tym czasie wzrosty.
Spadek kursu akcji polskich firm produkcyjnych zbiegł się w czasie ze zmianami na wielu rynkach akcji. Jeszcze w połowie miesiąca trudno było doszukać się sygnałów, które mogłyby sugerować zbliżającą się korektę. Pęknięcie bańki spekulacyjnej na rynku kryptowalut, spadek wartości dolara i wzrost wartości złota nie musiały wcale wpłynąć na spadki na rynkach akcji. Jednakże rosnąca niechęć do ryzyka wywołała niepewność co do przyszłego kierunku zmian cen na największych rynkach akcji. To przełożyło się na największą od dłuższego czasu korektę. – Naturalną konsekwencją kilku słabszych sesji na Wall Street było to, że kapitał zagraniczny zaczął stopniowo wycofywać się z naszego rodzimego parkietu, a wśród ofiar tej korekty znaleźli się również polscy producenci. Znalazło to swoje odzwierciedlenie w sporym spadku indeksu GIP60 w ostatniej dekadzie stycznia – tłumaczy Maciej Zaręba z firmy DSR dostarczającej rozwiązania wspierające zarządzanie produkcją, pomysłodawca indeksu GIP. Obejmuje on największe polskie spółki wytwórcze notowane na Głównym Rynku GPW.
Nie wszyscy tracili
Pomimo niekorzystnych czynników zewnętrznych, wielu polskich producentów wykazało się dużą odpornością, a to może świadczyć zarówno o ich pozytywnym wizerunku wśród inwestorów, jak i sporym potencjale rozwoju. Najwięcej w styczniu zyskiwali projektanci i dystrybutorzy odzieży. Wartość spółek z tej branży rosła w styczniu średnio o 9.56%. Równie imponujące wzrosty zanotowały spółki z przemysłu lekkiego (9.42%) oraz producenci żywności (8.23%). Powyższe wyniki są zgodne z odczytami sub-indeksów branżowych WIG, wśród których najwięcej zyskiwały WIG-SPOŻYW (8.61%) i WIG-ODZIEŻ (6.18%). Dobre wyniki roczne oraz spory potencjał wzrostu sprzedaży, szczególnie za granicą, spowodował, że korekta nie dotknęła tak bardzo spółek z tych branż.
Niestety siła wzrostu polskich producentów odzieży i żywności nie była na tyle wystarczająca, żeby zrekompensować duże spadki wartości rynkowej pozostałych producentów, co przełożyło się sumarycznie na niewielki spadek indeksu GIP60. Najwięcej w styczniu stracili producenci tworzyw sztucznych (średnio -13.26%). W styczniu pod kreską znalazły się również spółki motoryzacyjne (-4.46%), producenci wyrobów drewnianych (-2.50%), materiałów budowlanych (-.35%), a także spółki z branży metalurgicznej (-0.96%).
NEWAG najlepszy, ale najsilniejsza branża odzieżowa
Wyniki spółek, które znalazły się na podium styczniowego rankingu GIP60 zdają się zaprzeczać obecności jakichkolwiek problemów na rynku akcji. Zwrot na poziomie 21.12% i pierwsze miejsce GIP60 w styczniu to wyniki spółki NEWAG S.A. – bydgoskiego producenta taboru kolejowego, który od lat łączy nowoczesność z wieloletnią tradycją sięgającą 1876 roku. – Od czasu debiutu na giełdzie w 2013 wycena rynkowa spółki charakteryzowała się stosunkowo dużą zmiennością, zaliczając dołek w połowie 2016 roku. Na początku miesiąca nastąpiła dematerializacja akcji bydgoskich kolejarzy, co znacznie zwiększyło bezpieczeństwo inwestycji. Również spodziewane bardzo dobre wyniki za 4 kwartał, jak i cały ubiegły rok podziałały na wyobraźnię inwestorów – komentuje Maciej Zaręba z DSR.
Miejsca drugie i trzecie w styczniowym rankingu GIP60 należą do spółek odzieżowych. Zdobyły je CDRL S.A. za wzrost wartości o 21.05% oraz VISTULA za 18.49%. Taki skład podium potwierdza doskonałą koniunkturę w branży i duże zaufanie ze strony inwestorów. Obie spółki zanotowały w zeszłym roku wysokie wzrosty przychodów – prognozy wzrostu sprzedaży w całym ubiegłym roku oscylują wokół +7% r/r dla CDRL S.A., dla spółki VISTULA S.A. przewiduje się wzrost nawet o 16% r/r. Również prognozy sprzedaży w grudniu, w najgorętszym miesiącu dla sprzedawców odzieży, mogą robić wrażenie. Szacuje się, że CDRL S.A. zwiększyła w tym miesiącu swoją sprzedaż detaliczną o 20% r/r, a VISTULA S.A. o 17.9% r/r.
Spółka COCCODRILLO S.A. to jeden z licznych przykładów rodzimych spółek, które powstały na zgliszczach minionego systemu i do dzisiaj wypracowały silną pozycję rynkową. Od początku swojej działalności spółka skupiła się na segmencie ubrań dziecięcych i dziś projektuje, a także sprzedaje swoje ubranka również na wielu rynkach poza Polską.
Grupa VISTULA specjalizuje się w projektowaniu, produkcji i dystrybucji kolekcji mody dla kobiet i mężczyzn oraz biżuterii. Intensywny rozwój poprzez fuzje i przejęcia doprowadził tę grupę do pozycji jednej z najbardziej znanych firm działających w tej branży w naszym kraju, rozwinęła ona takie spółki jak: Vistula, W.KRUK, Wólczanka czy Deni Cler Milano. Spodziewany wzrost EBITDA za IV kwartał ubiegłego roku wpisuje się w doskonały rok dla polskiej branży odzieżowej i uzasadnia wysoki wzrost wartości rynkowej całej grupy.
Dane makro napawają optymizmem
Listę dobrych danych makroekonomicznych otwiera oczywiście wzrost Produktu Krajowego Brutto, którego roczny wzrost w cenach stałych, wg wyliczeń GUS, wyniósł 4.6%. W przemyśle ten wzrost był jeszcze wyższy i wyniósł 6.2%. Głównym czynnikiem wzrostu była konsumpcja prywatna, która zwiększyła się o 4.8%.
Pozytywnym zaskoczeniem jest długo wyczekiwany wzrost inwestycji. – Cieszy szczególnie wzrost inwestycji zagranicznych, które wyniosły w zeszłym roku 13 mld euro, osiągając najlepszy wynik od dekady i drugi wynik w tym roku w całej Unii Europejskiej. Taki poziom inwestycji może przełożyć się na powstanie ponad 86 tys. nowych miejsc pracy i tu już jesteśmy liderem UE. Cieszy również wysoka liczba miejsc pracy, które polskie firmy chcą stworzyć za granicą – 6.5 tys. to również liczba, której nie zaobserwowano od dekady – komentuje Maciej Zaręba z DSR. Wartość naszych inwestycji za granicą wyniosła 1.14 mld euro.
Stopa bezrobocia rejestrowanego na koniec grudnia 2017 wyniosła 6.5%, co jest najniższą wartością od 26 lat i doskonałą wiadomością dla pracowników. Niska stopa bezrobocia spowodowała jednak też największe od lat problemy z pozyskaniem pracowników przez firmy funkcjonujące w polskim przemyśle. Odsetek firm produkcyjnych wskazujący na problem ze znalezieniem chętnych do pracy jako na główny czynnik hamujący rozwój, jest najwyższy po 1989 roku.
Styczniowe wyniki badań PMI® również przedstawiają pozytywny obraz polskiej gospodarki wchodzącej w 2018 rok. Co prawda wskaźnik PMI liczony dla polskiego przemysłu odnotował spadek z grudniowego 34-miesięcznego rekordu na poziomie 55.0 do 54.6, ale jest to ciągle drugi najwyższy wynik od roku. Najszybciej od trzech lat rośnie liczba nowych zamówień, co jest chyba najlepszą prognozą dla polskiej branży produkcyjnej na najbliższy czas.
Transatlantyckie połączenie
– Podsumowując, polski przemysł podobnie jak polska gospodarka prezentuje się bardzo dobrze i – jeśli wierzyć prognozom – ma przed sobą doskonałe perspektywy. Rozgrzany przemysł europejski dodatkowo wzmacnia czynniki wewnętrzne sugerując dalsze wzrosty. Jednakże na horyzoncie coraz częściej pojawia się widmo znaczącej korekty na rynkach kapitałowych. Jeśli korekta na zachodnich rynkach akcji przekształci się w kryzys, wówczas skutków nie sposób przewidzieć – zwraca uwagę Maciej Zaręba z firmy DSR. Metoda wyjścia z poprzedniego kryzysu finansowego jaką wybrały największe banki centralne takie jak FED i EBC, mogła jedynie odsunąć w czasie konsekwencje poważniejsze niż te, które mogliśmy zaobserwować dekadę temu. – To sprawia, że przyszłe ceny akcji polskich spółek niekoniecznie muszą odzwierciedlać dobrą kondycję ich emitentów. Póki co jednak, do niewielkiej korekty na cenach akcji polskich producentów należy podchodzić z odpowiednim dystansem – konkluduje Maciej Zaręba.
Korekta ostatnich wzrostów trwa wciąż na giełdach. Po słabych wynikach z USA przyszła kolej na Azje i Europę. Dobre dane od zachodniego sąsiada na temat zamówień. KNF ostrzega przed giełdą kryptowalutową.
Korekta na giełdach
Ostatnie tygodnie wzrostów na giełdach uśpiły trochę czujność analityków. Obecnie wielu inwestorów doszło do wniosku, że korekta musiała nadejść. Co więcej chyba ją właśnie wywołali. Po tym jak w USA Dow Jones Industrial spadł o 6%, a S&P spadło o 4% było niemal pewnym, że za Ameryką podążą inne kraje. Tak to zresztą często bywa, że kolejna sesja azjatycka ma wyniki mocno powiązane z poprzednim amerykańskim zamknięciem. Nie inaczej było dzisiaj. Nikkei, główny japoński indeks zanurkował niemal 5%. W Chinach spadki były łagodniejsze, aczkolwiek i tak giełda straciła ponad 3%. Gdzie trafił kapitał widać wyraźnie na rynku obligacji. W ciągu jednego dnia na 10 letnich papierach dłużnych można zarobić już nie 2,85% rocznie tylko 2,7%.
Dobre dane z Niemiec
Dzisiaj od rana oprócz spadków na giełdach zobaczyliśmy dobre dane od naszego zachodniego sąsiada. Zamówienia w przemyśle rosły w skali roku o 7,2% zamiast oczekiwanych 3,1%. Reakcją rynków na lepsze dane były wzrosty euro względem głównych walut. Co ciekawe europejska waluta traciła względem złotego. Pomimo dobrych danych spadki nie ominęły niemieckiej giełdy, która traci od rana już ponad 2%.
KNF umieścił giełdę kryptowalutową na liście ostrzeżeń
Wczoraj Komisja Nadzoru Finansowego umieściła jedną z giełd kryptowalutowych (bitbay) na liście ostrzeżeń. Nie oznacza to co prawda, że podobnie jak niektóre znajdujące się tam podmioty oszukuje swoich klientów. Powodem jest świadczenie usług płatniczych bez zezwolenia. Firma jeszcze tego samego dnia wyemitowała oświadczenie informujące, że zarzuty są bezpodstawne, a model działania prawidłowy. Obecnie przyjdzie nam czekać na reakcję prokuratury, do której trafiło zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Z pewnością jednak cała ta sytuacja nie pomoże wspomnianej spółce jak i całej branży w Polsce.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – handel zagraniczny,
16:00 – Kanada -indeks Ivey PMI.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Fake newsy i złośliwe ataki mające na celu tworzenie koparek kryptowalut – to dwa rodzaje cyberzagrożeń, pod których znakiem może stać rok 2018. Zobacz, jak poważne są to zagrożenia.
Walka z fake newsami jak walka z wiatrakami?
Jak mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Wojciech Głażewski, country manager w firmie Check Point Software Technologies: „Fake newsy to często wykorzystywana broń do niszczenia reputacji poszczególnych osób lub wpływania na sytuację w środowiskach, krajach. Z punktu widzenia cyberbezpieczeństwa bardzo istotną rzeczą jest to, że informacja nieprawdziwa może być podana przez organizację podszywającą się pod organizację rządową czy cieszącą się zaufaniem społecznym. Wtedy staje się niebezpieczna”. Nic dziwnego, że atakowanie fake newsami z roku na rok staje się coraz powszechniejsze. Jak się przed nimi bronić? Przede wszystkim nie brać niczego na wiarę i weryfikować prawdziwość informacji. Firmy oraz inne organizacje powinny też pamiętać, żeby odpowiednio zabezpieczyć się przed hakerami, którzy mogą się pod nie podszywać, aby rozpowszechniać fałszywe treści.
Gdy komputer staje się… koparką
Innym bardzo aktualnym cyberzagrożeniem są ataki malware, które tworzą z zainfekowanych komputerów koparki kryptowalut. Jak zauważa ekspert: „Koparka kryptowalut to nic innego jak komputer wykorzystujący swoją moc obliczeniową do wykonywania operacji matematycznych, w wyniku których otrzymujemy pewne obliczenia, ciągi matematyczne – bardzo mocno upraszczając – przekształcane w kryptowalutę”. Ostatnimi czasy fala ataków, dzięki którym hakerzy tworzą z komputerów zarówno użytkowników indywidualnych, jak i firm koparki kryptowalut, mocno wzrasta. „Nasze badania dowodzą, że w drugiej połowie 2017 r. od 25% do (w niektórych krajach) 50% firm było zainfekowanych malware’em wykorzystującym ich zasoby do kopania kryptowalut” – informuje rozmówca.
Na światowych giełdach i rynkach mamy pogrom. Inwestorzy uciekają od niepewnych aktywów do bezpiecznych przystani. Zaczęło się od USA wyprzedażą akcji. W poniedziałek Dow Jones Industrial spadł najmocniej od 2008 r. Niektóre indeksy światowych giełd tracą ponad 4%. We wtorek rano wartość bitcoina spadła do poniżej 6,3 tys. USD, czyli w ciągu doby stracił on 22%, a od początku tego roku – 54%. To najmniejsza wartość najpopularniejszej kryptowaluty od końcówki października 2017 r. Traci też ropa. Na wartości zyskuje natomiast złoto, amerykański dolar, japoński jen i szwajcarski frank. Jak na razie złotówka trzyma się stosunkowo nieźle.
Waluty
W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do japońskiego jena (-1,03%), a zyskuje do euro (+0,58%), brytyjskiego funta (+0,89%), dolara kanadyjskiego (+0,92%) oraz dolara australijskiego (+0,89%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,238, GBP/USD – 1,397, USD/CAD – 1,253, AUD/USD – 0,786 i USD/JPY – 108,9. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-1,56%) i kurs EUR/JPY wynosi 134,9, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,886. Złotówka traci do dolara i franka szwajcarskiego, zyskuje do funta i pozostaje na tym samym poziomie do euro. We wtorek rano dolar kosztuje 3,36 zł, euro – ponad 4,16 zł, funt – 4,7 zł, a frank –3,6 zł.
Giełdy
Na światowych giełdach wyłącznie kolor czerwony. W poniedziałek w Europie londyński indeks FTSE 100 stracił 1,46%, frankfurcki indeks DAX – 0,76%, a paryski indeks CAC 40 – 1,48%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 obniżył się aż o 4,1%, brazylijski Bovespa – o 2,59%, a argentyński Merval – o 4,5%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei spadł aż 4,73%, indeks Shanghai Composite – 3,35%, a hongkoński indeks Hang Seng – aż 5,02%.
Ropa i złoto
Drugi dzień z rzędu ceny ropy naftowej idą w dół. W poniedziałek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 67,62 USD (-1,42%), a ropy WTI – 64,15 USD (-2,03%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca spadła o 2 USD do 73 USD. Z kolei złoto notuje wzrosty. We wtorek rano uncję metalu rynek wycenia na 1342 USD. To 10 USD więcej (+0,75%) niż dobę wcześniej.
Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:
4:30 – Australia – Decyzja RBA ws. stóp procentowych, luty – bez zmian
8:00 – Niemcy – Zamówienia w przemyśle (r/r), grudzień – 7,2% (prognoza 3,1%)
9:00 – Czechy – Produkcja przemysłowa (r/r), grudzień – 2,7% (prognoza 4%)
9:00 – Czechy – sprzedaż detaliczna bez samochodów (r/r), grudzień – 4,7% (prognoza 5,5%)
10:00 – Niemcy – Wystąpienie szefa Bundesbanku
14:30 – USA – Bilans handlu zagranicznego, grudzień (prognoza -52 mld USD)
14:30 – Kanada – Bilans handlu zagranicznego, grudzień (prognoza -2,2 mld CAD)
14:50 – USA – Wystąpienie szefa Fed z St. Louis
16:00 – Kanada – Indeks Ivey PMI, styczeń (poprzednio 60,4 pkt.)
22:45 – Nowa Zelandia – Stopa bezrobocia, IV kw. (prognoza 4,7%)
Branża badań i rozwoju w Polsce (nazywana też sektorem B+R albo R&D) właśnie dostała nowe regulacje administracyjne i duże zachęty podatkowe. To zapowiedź szybkiego rozwoju, który deklaruje blisko 60 proc. dużych przedsiębiorstw. Jak twierdzą eksperci Devire, na rynku rekrutacyjnym zapowiada się duża batalia o pozyskanie dobrych inżynierów R&D.
W ostatnim rankingu innowacyjności European Innovation Scoreboard, opublikowanym w 2017 roku przez Komisję Europejską, Polska plasuje się dopiero na 25 miejscu w Unii Europejskiej. Jako kraj wyprzedzamy pod tym względem jedynie Chorwację, Bułgarię i Rumunię. Nasza gospodarka osiąga poziom niecałych 55 proc. unijnej średniej innowacyjności. Od 2010 roku udało nam się poprawić ten wynik o niecałe 2 punkty procentowe. Dla porównania, najbardziej innowacyjni w UE Szwedzi mają gospodarkę na poziomie 143 proc. średniej, a europejscy liderzy, Szwajcarzy, mogą pochwalić się wynikiem ponad 164 proc.
Wśród lokomotyw, na których opiera się ogólna ocena innowacyjności Polski, w ciągu ostatnich siedmiu lat największe postępy zrobiliśmy między innymi w obszarach:
penetracja szerokopasmowego Internetu +44%
liczba osób z wyższym wykształceniem +42%
międzynarodowe publikacje naukowe +35%
rozwój przedsiębiorczości +35%
wydatki firm na R&D +24%
Zwłaszcza pod względem tego ostatniego parametru mamy na tle Europy powody do zadowolenia. Z danych Komisji Europejskiej wynika, że rozwój tego sektora w Polsce od 2010 roku wyprzedza unijną średnią o 24 proc. Daje nam to 7 miejsce w całej Wspólnocie. Jak te wskaźniki przekładają się na konkretne kwoty? Główny Urząd Statystyczny podaje, że roczne wydatki na B+R w Polsce sięgają 18 miliardów złotych rocznie.
Wyścig dopiero się zaczyna
– Polska od wielu lat ma ambicje dogonienia, a nawet wyprzedzenia Europy pod kątem innowacyjności. To będzie długi wyścig, wymagający nie tylko zaangażowania biznesu, ale przede wszystkim sprzyjających warunków w całej gospodarce, administracji i prawie – mówi Robert Błażyca, Dyrektor Regionalny w agencji rekrutacyjnej Devire, która zajmuje się m.in. rekrutacją w sektorze R&D. Jeśli chodzi o ten pierwszy aspekt, według ubiegłorocznego raportu „Badania i rozwój w przedsiębiorstwach” firmy doradczej Deloitte:
33 proc. polskich przedsiębiorstw przeznacza na działalność rozwojową ponad 3 proc. obrotów
17 proc. wydaje na ten cel powyżej 10 proc. obrotów
56 proc. dużych firm wdrożyło lub jest w trakcie wdrażania strategii B+R+I
59 proc. przewiduje wzrost wydatków w ciągu najbliższych 3-5 lat
Dodatkowo do 2020 roku na działalność badawczo-rozwojową Polska może liczyć na prawie 10 mld euro dofinansowania z UE, a wydatki na R&D mogą sięgnąć – jak szacuje Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego – około 2 proc. PKB.
Ulgi podatkowe i inne profity na zachętę
Według danych Ministerstwa Rozwoju w styczniu 2018 roku status Centrum Badawczo-Rozwojowego miało w Polsce 35 instytucji. Oczywiście jednostek rozwojowo-badawczych bez statusu CBR jest znacznie więcej, a ich łączna liczba oscyluje wokół tysiąca. Według danych rządowej Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu, opublikowanych w raporcie „Rynek B+R w Polsce” najsilniej w tej dziedzinie reprezentowane są branże:
Motoryzacyjna
Usług biznesowych
IT i Telekomunikacja
Lotnicza
– Z jednej strony możemy mówić o dużych centrach R&D, które bardzo prężnie działają również w przemyśle chemicznym czy farmacji. Z drugiej strony powstaje coraz więcej niewielkich, ale bardzo wyspecjalizowanych zespołów rozwojowo-badawczych, które realizują projekty chociażby w zakresie przemysłu jachtowego i materiałoznawstwa – podkreśla Robert Błażyca, Dyrektor Regionalny w agencji rekrutacyjnej Devire. – Trzeba pamiętać, że R&D to nie tylko branża produkcyjna. Coraz więcej firm IT inwestuje w centra rozwojowo-badawcze. Podobnie jest z branżą medyczną, w której coraz częściej pojawiają się globalne działy odpowiedzialne za badania i rozwój. Przykłady można mnożyć – dodaje Robert Błażyca.
Resort rozwoju intensywnie zachęca kolejne przedsiębiorstwa do tworzenia centrów, kusząc ulgami podatkowymi. Przedsiębiorcy, posiadający status CBR mogą liczyć dziś na:
zwolnienia z podatku od nieruchomości,
zwolnienia z podatku rolnego,
zwolnienia z podatku leśnego.
Nowa ustawa z listopada 2017 roku podnosi poziom ulg podatkowych na prowadzenie działalności badawczo rozwojowej nawet do 150 proc..
Czy to przekona przedsiębiorców do większego zaangażowania w R&D? Biorąc pod uwagę, że jednym z największym hamulcem w rozwoju sektora, na jaki wskazuje wspomniany raport Deloitte, był dotąd brak sensownych zachęt podatkowych i wsparcia w postaci dotacji, można mieć uzasadnione nadzieje. Aż 39 proc. ankietowanych przez Deloitte przedsiębiorstw wskazywało ten właśnie aspekt jako warunek większego zaangażowania w B+R.
Inżynierowie potrzebni od zaraz
Drugim pod względem ważności czynnikiem wpływającym na rozwój badań i rozwoju jest natomiast dostępność wykwalifikowanej i doświadczonej kadry badawczej.
W ośrodkach R&D pracuje dziś w Polsce ponad 30 tysięcy osób. W całym sektorze badań i rozwoju (licząc jednostki publiczne, prywatne i szkolnictwo wyższe), jak podaje GUS, zatrudnienie przekracza 170 tysięcy osób. Średnia liczebność kadry w jednym centrum to – jak policzyli w ubiegłym roku analitycy ze Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych ABSL – 184 osoby. Dla porównania centra zagraniczne zatrudniają ponad 200 ekspertów, polskie nieco ponad 70.
Jednymi z najbardziej poszukiwanych ekspertów do ośrodków i jednostek badawczych są inżynierowie R&D. To zdecydowanie rynek pracownika jak twierdzi Robert Błażyca, Dyrektor Regionalny w agencji rekrutacyjnej Devire firmy poszukujące doświadczonych fachowców muszą wiedzieć, jakimi argumentami zachęcić potencjalnych pracowników.
– Pieniądze to dla nich nie wszystko. Podobnie jak w sektorze IT, dla inżynierów liczy się przede wszystkim projekt: dla kogo? Jak bardzo złożony? Na jakich technologiach będzie się pracowało? – tłumaczy Agnieszka Nowak, Manager Dywizji Manufacturing & Engineering z firmy rekrutacyjnej Devire. – Bardzo ważna jest również misja. Jeśli przyjrzymy się branży medycznej, do której poszukiwani są chemicy, biotechnolodzy, toksykolodzy, biolodzy molekularni, a sami kandydaci będą odpowiedzialni za projekty, które są związane chociażby z opracowaniem leków na poważne choroby, to jednym z kluczowych argumentów podjęcia nowej pracy staje się również wewnętrzna potrzeba wzięcia udziału w tak ważnym społecznie projekcie. Podobnie jest w przypadku obszarów dotykających ekologii, czy bezpieczeństwa – podkreśla Katarzyna Wierzbicka, Executive Manager Life Sciences w Devire.
Dobra strategia rekrutacyjna na pozyskanie specjalisty B+R musi więc uwzględniać coś więcej, niż konkurencyjna płaca. Eksperci Devire polecają nieco inne podejście:
prezentację dotyczącą projektu/produktu nad którym kandydat ma pracować,
połączenie rozmowy rekrutacyjnej z oprowadzeniem po samym centrum R&D i bardzo szczegółowym opowiedzeniem o produkcie i wszystkich elementach pracy nad nim.
– Okazuje się, że pozornie prosty produkt codziennego użytku jak np. klamka w samochodzie, nagle staje się dla kandydatów niezwykle ciekawym produktem do badań i rozwoju, ze względu na ilość procesów, które należy uwzględnić przy ich badaniu i rozwoju (procesy atmosferyczne, wytrzymałościowe, etc.) – dodaje Agnieszka Nowak z Devire. – Takie oprowadzanie może trwać nawet 2-2,5 godziny, ale warto zainwestować w ten czas. 99 proc. kandydatów, po tym jak na własne oczy zobaczy złożoność procesów i technologii produkcji jest tak zaciekawiona stanowiskiem, że chętnie rozmawia o przyjęciu oferty – podsumowuje.
Dowodem na to, że dobry zespół badawczy i rozwojowy przekłada się wprost na biznes są statystyki, opublikowane w styczniu przez GUS. Duże firmy usługowe już prawie 6,5 proc. przychodów generują z produktów nowych lub istotnie ulepszonych. W przedsiębiorstwach przemysłowych ten wskaźnik jest jeszcze wyższy i przekracza 10 proc.
Firma doradcza IDC przygotowała najważniejsze prognozy dotyczące zmian w działach IT w przedsiębiorstwach oraz kierunków i działań jakie podejmować będą dyrektorzy ds. informatyki w związku z cyfrową transformacją biznesu.. Nie znaczy to jednak, że digitalizacja i rywalizacja z zachodnimi firmami będzie łatwym zadaniem. Do 2020 r. 75% CIO nie zdoła osiągnąć wszystkich celów związanych z cyfryzacją, w związku z ich błędnym określeniem i nieudanymi wdrożeniami nowych technologii. Stoimy przed dużą szansą. Wiele systemów informatycznych wykorzystywanych w Polsce jest bowiem nowocześniejszych niż te wdrożone na rozwiniętych rynkach. Wyzwań jednak nie brakuje.
Zmiany wywołane wdrażaniem technologii DX będzie śledzić coraz więcej menadżerów IT z regionu CEE – wskazują analitycy. Dzisiaj, jak zwraca uwagę IDC, w największym stopniu odczuwają je przedstawiciele takich sektorów gospodarki jak handel, bankowość i finanse czy media, ale niebawem branż dotkniętych cyfrową transformacją, które będą musiały podjąć bardziej zdecydowane kroki w obszarze digitalizacji, będzie więcej.
Dla dyrektorów i menadżerów IT wyższego szczebla głównym wyzwaniem jest dziś myślenie i działanie w kategoriach cyfrowego przedsiębiorstwa. Stawką jest nie sam rozwój, ale przetrwanie firmy na rynku.– tłumaczy Serge Findling, wiceprezes ds. badań IDC IT Executive Programs.
Oto 10 najważniejszych prognoz dla dyrektorów IT przygotowanych w ramach IDC FutureScape for Worldwide CIO Agenda:
Do końca 2018 roku, zarabianie na danych oraz zwiększenie zysków z cyfryzacji znajdą się na szczycie listy celów aż 75% dyrektorów ds. informatyki.
Mimo to, do 2019 roku, 75% CIO nie zdoła sfinalizować procesów cyfrowej transformacji. Najważniejsze powody to m.in. wewnętrzne konflikty organizacyjne związane z określeniem celów cyfryzacji, zły dobór narzędzi i rozwiązań technologicznych, niedofinansowanie projektów czy nieudana migracja do środowisk chmurowych.
Do 2020 roku 60% dyrektorów IT stanie się liderami cyfrowego biznesu swoich organizacji oraz członkami zarządu.
Do 2019 roku, 60% CIO odświeży infrastrukturę oraz aplikacje wykorzystywane w swojej organizacji, korzystając z rozwiązań chmurowych, mobilnych oraz metodyk DevOps.
Do 2019 roku, 60% organizacji IT zakończy wdrażanie platform umożliwiających stworzenie modeli biznesowych odpowiednich dla nowych konsumentów cyfrowej gospodarki.
Do 2019 roku, 75% dyrektorów ds. informatyki zmieni swój stosunek do bezpieczeństwa cybernetycznego w zakresie uwierzytelniania dostępu do danych i zarządzania ryzykiem.
Do 2020 r. 40 % dyrektorów IT odegra inspirującą rolę w cyfrowej transformacji swoich organizacji, dzięki przywództwu opartemu na nowej misji i wizji przedsiębiorstwa
Do 2020 r. 40 % dyrektorów IT wprowadzi nowe modele zarządzania zasobami informatycznymi w celu przyspieszenia innowacji, uznając, że dotychczasowe sposoby zarządzania informatyką nie odpowiadają wymogom cyfrowej gospodarki.
Do końca 2018 roku 70% CIO podniesie rangę „zwinnego” zarządzania na wyższy poziom dzięki Design Thinking oraz narzędziom DevOps.
Do 2020 roku, 60% dyrektorów IT wprowadzi model biznesowy oraz kulturę organizacyjną, które nie będą koncentrować się na uruchamianiu kolejnych projektów informatycznych, ale na bezpośrednim opracowywaniu cyfrowo zorientowanych produktów.
Powyższe prognozy zostaną szczegółowo zaprezentowane podczas dorocznej konferencji IDC Predictions 2018, która odbędzie się w Warszawie 21 marca 2018 r.
Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od maja 2015 r., zakończyła 2017 r. jednostkowym zyskiem netto w wysokości 905 tys. zł przy przychodach ogółem sięgających blisko 6,8 mln zł. Podmioty wchodzące w skład Grupy Kapitałowej realizują przyjętą strategię rozwoju, co pozytywnie przekłada się na umacnianie ich pozycji rynkowej oraz dywersyfikację źródeł przychodów.
W 4 kw. 2017 r. Emitent osiągnął na poziomie jednostkowym prawie 408 tys. zł zysku netto, a jego przychody ogółem wyniosły 2.077 tys. zł. W analogicznym okresie 2016 r. jednostkowy zysk netto Spółki sięgnął 99 tys. zł przy przychodach ogółem w kwocie 1.746 tys. zł. Wypracowane przez Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. wyniki finansowe wykazują tym samym bardzo mocną progresję w ujęciu rdr. Spółka zwiększa swoją obecność na rynku windykacji pakietów B2C oraz rozwija sprzedaż usług faktoringu i pożyczek B2B, co ma swoje odzwierciedlenie we wzroście przychodów. Emitent obniżył także koszty działalności poprzez przeniesienie działu księgowości do spółki zależnej Kancelaria Biegłych Rewidentów WEC Witczak i Wspólnicy sp.k., która generuje też przychody ze świadczenia usług podmiotom spoza Grupy. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. osiągnęła w 2017 r. najlepsze wyniki finansowe w całej historii Spółki i zrealizowała prognozy finansowe zakładające wypracowanie minimum 600 tys. zł zysku oraz przychodów w wysokości co najmniej 6.500 tys. zł.
„Spółka osiągnęła dobre wyniki dzięki ciągłemu rozwijaniu swojej podstawowej działalności, czyli windykacji na zlecenie (inkaso) B2B, która przynosi nam stały wzrost przychodów. Sektor windykacji przedsiębiorstw jest tym, w którym posiadamy pozycję jednego z wiodących podmiotów. Jednocześnie rozwijamy nowe obszary aktywności jak finansowanie działalności poprzez usługi faktoringu i pożyczek dla biznesu – Spółka podpisała już 49 umów faktoringu, w których przyznała limity o wartości ponad 2,4 mln zł. W celu dywersyfikacji przychodów rozpoczęliśmy również skup pakietów B2C i w ostatnim kwartale 2017 r. Spółka zakupiła 4 pakiety wierzytelności z branż komunikacji masowej, pożyczek chwilówek oraz IT. Przychód osiągnięty z tych działalności przełożył się na zysk Spółki dzięki niezwiększaniu kosztów operacyjnych, na co możemy sobie pozwolić, ponieważ posiadamy wykwalifikowaną kadrę specjalistów z dziedziny windykacji, zarządzania wierzytelnościami i nie musimy do obsługi pakietów zatrudniać znacznej ilości osób, czyli zwiększać kosztów osobowych.” – podkreśla Remigiusz Brzeziński, Prezes Zarządu Spółki Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A.
Ostatni kwartał 2017 r. pozwolił Grupie Kapitałowej Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. na osiągnięcie skonsolidowanego zysku netto w kwocie ponad 420 tys. zł przy przychodach ogółem wynoszących 2.167 tys. zł. Na uwagę zasługuje fakt, że w 4 kw. 2017 r. skonsolidowany wynik netto Spółki był wyższy od jednostkowego. Oznacza to, że realizowane działania prorozwojowe w spółkach wchodzących w skład Grupy Kapitałowej przynoszą oczekiwane rezultaty i zwiększają one przychody. Głównym celem Zarządu Spółki na 2018 r. będzie utrzymanie tego pozytywnego trendu i zwiększanie strumieni przychodowych ze świadczenia usług podmiotom spoza Grupy WEC, a tym samym dalsza dywersyfikacja źródeł przychodów.
„Wyższy wynik skonsolidowany jest efektem realizacji polityki Spółki zmierzającej do zwiększania przychodów Grupy WEC przy jednoczesnym kontrolowaniu kosztów. W tym celu niektóre procesy przenosimy do spółek zależnych takich jak spółka prawnicza Kancelaria Prawna WEC Sroczyński i Wspólnicy sp.k czy spółka audytorsko-księgowa Kancelaria Biegłych Rewidentów WEC Witczak i Wspólnicy sp.k z dedykowanym dla nich zadaniem obsługi podmiotów z Grupy Kapitałowej WEC w zakresie ich działalności, ale jednocześnie pozyskiwania klientów spoza Grupy, co zwiększa efektywnie przychody całej Grupy. Spółki aktywnie pozyskują klientów na swoje usługi oraz jednocześnie zapewniają serwis Grupie WEC i w ten sposób osiągamy efekt synergii. Będziemy dążyli do sytuacji, w której w każdej ze spółek zależnych przychody generowane przez podmioty spoza Grupy będą stanowiły minimum 50% wszystkich przychodów danej spółki. Fakt działania w Grupie oferującej usługi finansowania biznesu, prawne, windykacyjne, audytorskie czy księgowe daje duże możliwości ofertowania klientów poprzez podmioty Grupy, co wpływa na zwiększenie przychodów skonsolidowanych.” – dodaje Prezes Brzeziński.
Dwie trzecie ze 151 przebadanych inwestorów rynku nieruchomości
w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii stwierdziło, że spodziewa się zmiany trendu stóp zwrotu na wzrostowy w 2020 roku lub później.
Najlepsze stopy zwrotu w ciągu najbliższych 12 miesięcy będą generowały nieruchomości logistyczne.
Klimat dla inwestycji w nieruchomości handlowe w ciągu najbliższych 12 miesięcy będzie się pogarszał. Ogólne perspektywy dla nieruchomości biurowych są nieco lepsze.
Inwestorzy zmuszeni są do poszukiwania nowych typów inwestycji, aby uciec od konieczności zaakceptowania niższych stóp zwrotu lub wyższego ryzyka.
To najważniejsze wnioski płynące z cyklicznego badania przeprowadzonego przez Union Investment wśród inwestorów z branży nieruchomości z Francji, Niemiec
i Wielkiej Brytanii.
Deficyt produktów inwestycyjnych na rynku nieruchomości wymusza zmiany i zwiększa innowacyjność w tym sektorze. To korzystna ocena procesu transformacji, z którym zmaga się wiele segmentów branży nieruchomościowej. – Obecny brak produktów przyspieszy trend na rynku, który od jakiegoś już czasu nabiera tempa za sprawą takich kierunków, jak zrównoważony rozwój, cyfryzacja i urbanizacja – mówi Olaf Janssen, dyrektor analiz w Union Investment Real Estate. W ciągu ostatnich dziewięciu lat branża musiała się nauczyć, że niedobór dostępnych nieruchomości inwestycyjnych, napędzający wzrost cen, nie jest zjawiskiem tymczasowym. Ponadto rynek jest daleko od odwrócenia trendu w stopach zwrotu.
Stopy wzrostu zaczną rosnąć po 2020 roku
W najnowszym badaniu nastrojów inwestycyjnych Union Investment dwie trzecie ze 151 przebadanych inwestorów rynku nieruchomości w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii stwierdziło, że spodziewa się punktu zwrotnego w 2020 roku lub później. 36% badanych inwestorów szacuje, że nominalne stopy zwrotu na rynku nieruchomości w Europie zaczną ponownie rosnąć nie wcześniej niż za trzy lata. W zależności od oczekiwań inwestorów odnośnie stóp zwrotu strategia inwestycyjna może uwzględniać akceptację dla wyższego ryzyka lub niższych stóp zwrotu. Według badania Union Investment 37% inwestorów obecnie chce podejmować dodatkowe ryzyko w zamian za te same stopy zwrotu. Jednak wyraźna większość (56%) nie ma zamiaru zmieniać swojej strategii ryzyka, tym samym godząc się na niższe stopy zwrotu.
Ok. 50% inwestorów biorących udział w badaniu stwierdziło, że nie wierzy, iż osiągnie swoje cele rentowności – ani w ciągu trzech, ani w ciągu pięciu lat. Z badania wynika także, że profesjonalni inwestorzy stale przypisują dużą wartość bezpieczeństwu. Jest ono najważniejszym aspektem decyzji inwestycyjnych dla 30% z badanych inwestorów. Dla 15% najważniejszym czynnikiem jest płynność, natomiast tak jak w ubiegłym roku stopy zwrotu z inwestycji stanowią priorytet dla 54% respondentów. Jedynie inwestorzy francuscy wykazują większą tolerancję ryzyka niż w poprzednim badaniu, przeprowadzonym w kwietniu 2017 roku.
– Wnioski te pokazują najlepsze sposoby na poradzenie sobie z dylematem inwestora. Trzecia opcja obok gry na przeczekanie i podejmowania wyższego ryzyka, mimo że wciąż znacznie mniej popularna, jest oparta na większej innowacyjności i podejmowaniu obliczalnego ryzyka – twierdzi Olaf Janssen.
Brytyjscy inwestorzy stawiają na logistykę
Wciąż jednak dominują strategie alternatywne, które starają się dotrzeć do nowych źródeł produktów poza głównymi segmentami rynku. Inwestorzy oceniają, które rodzaje nieruchomości będą generowały najlepsze stopy zwrotu w ciągu następnych 12 miesięcy, tym samym wskazując, gdzie w przyszłości podaż będzie jeszcze mniejsza. Według 53% respondentów największy potencjał mają nieruchomości logistyczne. 26% odpowiadających wskazało zaś nieruchomości biurowe. Z drugiej strony inwestorzy są bardziej ostrożni, jeżeli chodzi o wzrost wartości w ciągu następnych 12 miesięcy w segmencie hotelowym i handlowym. Istotnego wzrostu wartości w tych segmentach w 2018 roku spodziewa się zaledwie odpowiednio 9% i 8% badanych. W analizie wszystkich głównych rodzajów nieruchomości komercyjnych ponad trzy czwarte inwestorów brytyjskich widzi największy potencjał na najbliższe 12 miesięcy w segmencie logistycznym, w tym w zyskującej na popularności tzw. logistyki ostatniej mili.
Warto zauważyć, jak powszechną jest ocena, we wszystkich badanych krajach, że klimat dla inwestycji w nieruchomości handlowe w ciągu najbliższych 12 miesięcy będzie się pogarszał. Ogólne perspektywy dla segmentu nieruchomości biurowych są nieco lepsze. Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej zdaje się mieć znacznie mniejszy negatywny wpływ na brytyjski rynek biurowców, niż się tego spodziewano. Zaledwie 16% inwestorów lokalnych spodziewa się pogorszenia koniunktury na brytyjskim rynku nieruchomości biurowych w ciągu następnych 12 miesięcy. Jak pokazuje brytyjski indeks nastrojów inwestycyjnych, nastroje inwestorów brytyjskich nieco się poprawiły od dołka odnotowanego w czasie referendum o opuszczeniu Unii. Pomimo tego nieznacznego trendu wzrostowego brytyjski indeks wynosi zaledwie 63,6 pkt, poniżej indeksów w Niemczech i we Francji, które tylko minimalnie spadły od ostatniego badania. Najbardziej pozytywne nastroje z trzech największych gospodarek Europy już po raz trzeci wykazuje Francja (69,1 pkt). Indeks nastrojów inwestycyjnych w Niemczech wyniósł 67,3 pkt, co odzwierciedla niskie oczekiwania lokalnych inwestorów, jeżeli chodzi m.in. o pozyskiwanie inwestycji.
– Mając na uwadze ograniczoną podaż wysokiej jakości nieruchomości wystawionych na sprzedaż, ciekawe, czy inwestorzy wykorzystają tę sytuację do przyjrzenia się nowym kreatywnym produktom i rozwiązaniom lub też zajmą się tematami bardziej złożonymi, ale oferującymi większe okazje. Poza tym wciąż duży potencjał oferuje kwestia zrównoważonego rozwoju – mówi Olaf Janssen.
Wciąż niewielkie znaczenie budynków neutralnych dla klimatu
Firmy zdały już sobie sprawę z tego, że tematu zrównoważonego rozwoju nie da się ominąć. Ale w wielu miejscach postępy w tej kwestii są niewielkie. Rzadko spotyka się w pełni zdefiniowane cele i strategie dotyczące zrównoważonego rozwoju. Według badania Union Investment inwestycje nieruchomościowe wciąż opierają się przede wszystkim na zasadzie ekonomicznej opłacalności, mimo że pod uwagę bierze się również zrównoważony rozwój. 81% badanych inwestorów nieruchomościowych kładzie większy nacisk na kwestię zrównoważenia portfela tylko, jeśli to ma sens z finansowego punktu widzenia. Zaledwie jedna na trzy badane firmy nieruchomościowe stworzyła harmonogram wdrażania przyjaznej środowisku polityki inwestycyjnej.
Niemieccy inwestorzy nieruchomościowi są pod tym względem najmniej przygotowani. W przypadku Wielkiej Brytanii i Francji odpowiednio 38% i 44% inwestorów realizuje jasną strategię mającą na celu stopniowe ograniczenie emisji CO2, zaś w przypadku Niemiec zaledwie 24%. To oznacza, że tylko jeden na czterech inwestorów posiada gotowy program ograniczania emisji gazów cieplarnianych lub taki program wdraża.
– Widzimy w branży wartościowe i innowacyjne inicjatywy mające ujawnić zagrożenia klimatyczne dotyczące nieruchomości, oceniać te zagrożenia i nimi aktywnie zarządzać. Poczyniono ogromne postępy, jeżeli chodzi o narzędzia do analizy ryzyka portfeli budynków. Ale era obiektów neutralnych dla klimatu jeszcze nie nadeszła – mówi Jan von Mallinckrodt, dyrektor ds. zrównoważonego rozwoju w Union Investment Real Estate GmbH.
Pomimo ambitnych celów w zakresie ochrony klimatu wyznaczonych przez rząd federalny Niemiec, zrównoważony rozwój nie ma obecnie szczególnego znaczenia dla jednej trzeciej inwestorów niemieckich. Z drugiej strony warto zauważyć, że w Wielkiej Brytanii standardy branżowe i oceny zrównoważonego rozwoju są bardzo doceniane. Znacznie większe grono inwestorów uwzględnia te czynniki lub bierze udział w takich inicjatywach niż w przypadku dwóch pozostałych badanych krajów. W Wielkiej Brytanii 85% badanych inwestorów stwierdziło, że bierze udział w ocenach zrównoważonego rozwoju. W Niemczech i we Francji jest to odpowiednio 33% i 44%. – Międzynarodowe benchmarki i oceny są niezbędne do definiowania celów. To jeden z kluczowych aspektów inwestowania w ochronę klimatu– mówi von Mallinckrodt.
Blisko połowa Polaków chce dojeżdżać do pracy nie dalej niż 15 km, z kolei co trzeci twierdzi, że mógłby przemieścić się od 15 do 50 km – wynika z danych Kantar Millward Brown dla Work Service. Jednocześnie tylko 15% firm zachęca pracowników do podjęcia zatrudnienia poza miejscem zamieszkania. To pokazuje, że wciąż w Polsce zarówno kandydaci, jak i pracodawcy nie są zwolennikami wewnętrznych migracji. Także bony relokacyjne nie cieszą się dużym zainteresowaniem. W ciągu 2,5 roku skorzystało z nich jedynie 30 tys. osób bezrobotnych.
Bezrobocie jest rekordowo niskie, ale to nie oznacza, że w całym kraju sytuacja jest równie dobra. Wciąż w dwóch województwach warmińsko-mazurskim i kujawsko-pomorskim odsetek osób bez pracy jest dwucyfrowy. Co więcej, w skali kraju są miejsca, gdzie w odległości 100 kilometrów różnica w poziomie bezrobocia jest ogromna. Przykładem powiat szydłowiecki, gdzie bez pracy jest 25,8% mieszkańców, a znajduje się on nieco ponad 130 km od Warszawy, gdzie bezrobocie wynosi 2%. To pokazuje, że wiele osób nie jest skłonnych do dalszego dojeżdżania do miejsca zatrudnienia. Potwierdzają to dane Work Service – tylko co 14-sty badany twierdzi, że może przejechać do pracy powyżej 100 km, a nieco ponad 5% od 50 do 100 km.
Paradoksalnie można stwierdzić, że Polacy chętniej wyjeżdżają za pracą do innego kraju niż do innego miasta w Polsce. 49% badanych przez nas pracowników twierdzi, że może dojeżdżać do miejsca zatrudnienia 15 km czyli tak naprawdę jest to podróż w ramach rejonu zamieszkania. Co trzeci deklaruje podróż od 15 do 50 km. Problem pojawia się, kiedy praca jest dalej czyli powyżej 50 albo 100 km. Gdyby pracownicy byli bardziej skłonni do dojeżdżania to w wielu regionach kraju bezrobocie byłoby dużo niższe. Pracodawcy szukają kandydatów, a ci wielokrotnie mimo, że nie mają zatrudnienia to nie chcą opuszczać swojej miejscowości w poszukiwaniu pracy. Nawet jeśli kilkadziesiąt kilometrów dalej jest dostępna od ręki. Widać też, że im większe zarobki tym większa skłonność do dalszych dojazdów. Najmniej chętni są ci, którzy zarabiają do 1999 zł netto, a najbardziej ci, którzy co miesiąc otrzymują powyżej 3999 zł na rękę – komentuje Andrzej Kubisiak, Dyrektor ds. Analiz z Work Service S.A.
Pracodawcy i bony relokacyjne nie zachęcają do dojazdów
Ponad połowa pracodawców ma już kłopoty za znalezieniem pracowników, ale tylko 15% pracodawców prowadzi jakiekolwiek działania mające skłonić ludzi do podjęcia zatrudnienia w innym mieście bądź miejscowości. Najczęściej firmy proponują ludziom pracę zdalną, na co wskazuje 5,8% przedsiębiorstw. 5,5% dopłaca do transportu albo oferuje zakwaterowanie na miejscu. 1 na 50 firm sama dowozi pracowników. Działania, które mają zachęcić ludzi do aktywności zawodowej poza miejscem zamieszkania, podjęło też kilka lat temu Ministerstwo Rodziny Pracy i Polityki Społecznej. Wprowadziło bon na zasiedlenie. W jego ramach bezrobotni do 30 roku życia mogą otrzymać środki na pokrycie kosztów zakwaterowania jeśli zdecydują się na pracę poza miejscem zamieszkania. Dofinansowanie sięga poziomu 2-krotności przeciętnego wynagrodzenia. Z tej opcji w zeszłym roku skorzystało ponad 13 tys. osób, w 2016 roku niewiele ponad 10 tys., a w pierwszej połowie 2015 roku już 6,8 tys. bezrobotnych.
Na przestrzeni dwóch i pół roku ponad 30 tys. bezrobotnych skorzystało z bonu na zasiedlenie. To jednak wciąż kropla w morzu potrzeb, bo już w tej chwili mamy ponad 131 tys. wakatów i przeszło milion bezrobotnych. Jednocześnie widać, że tylko 15% firm robi coś, żeby zachęcić ludzi do migracji wewnątrz kraju i podejmowania pracy poza miejscem zamieszkania. Najczęściej decydują się na to firmy duże, bo i one potrzeby mają największe. Wśród tych zatrudniających powyżej 249 osób działania prowadzi 19% z nich. Najrzadziej decydują się małe, wśród których odsetek wynosi 14%. Warto zwrócić uwagę, że połowa badanych przez nas przedsiębiorców sygnalizuje, że pracownicy z innych miast sami się do nich zgłaszają. Jednak wraz z rosnącymi problemami kadrowymi sytuacja będzie musiała się zmienić, bo bez zachęt do migracji wewnętrznych wiele miejsc będzie pozostawać nieobsadzonych i wówczas jedynym rozwiązaniem będzie sięganie po pracowników zza granicy – dodaje Andrzej Kubisiak.
***
Metodologia badania:
Dane zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut Kantar Millward Brown S.A. Badanie zostało podzielone na dwie kategorie:
Pracowników – Badanie zrealizowano na próbie osób pracujących (N=515) dobranej z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (dobranych zgodnie ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania), wyniki poddano procedurze ważenia. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby pracujących to +/-4,4%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATIBUS w okresie 19-24.07.2017 r.
Pracodawców – Badanie zrealizowano na próbie pracodawców (N=300) dobranych w kwotach dla wielkości zatrudnienia, po 100 wywiadów dla firm małych (10-49 pracowników), średnich (50-249 pracowników) oraz dużych (250+ pracowników), z uwzględnieniem województwa – miejsca prowadzenia działalności oraz branży firmy. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby to +/- 4,2%, a dla wyróżnionych trzech klas wielkości zatrudnienia +/- 10,2%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI Ad Hoc w okresie 14-27.07.2017 r.