Małe firmy widzą swoją przyszłość optymistycznie. Pogorszenia sytuacji spodziewa się branża handlowa

CEO Magazyn Polska

Połowa mikro- i małych firm spodziewa się, że w I półroczu ich sytuacja będzie stabilna. W pozostałych firmach delikatnie przeważają optymiści, choć wyjątkiem jest tu branża handlu. Co trzeci przedsiębiorca w tym sektorze spodziewa się pogorszenia sytuacji. Niepewność budzi przede wszystkim zapowiadany podatek od sprzedaży detalicznej. Mikro- i małe firmy wciąż obawiają się dalszych wzrostów kosztów pracowniczych, dlatego ostrożnie podchodzą do planów zwiększania zatrudnienia.

– Ostatnie półrocze 2015 roku charakteryzowało się względną stabilnością nastrojów gospodarczych wśród mikro- i małych przedsiębiorstw – informuje agencję informacyjną Newseria Biznes Alicja Palińska z portalu Firmy.net. – Pozytywne jest to, że tendencja spadkowa nie jest już tak silna jak wcześniej, i więcej firm zaczęło odczuwać poprawę swojej sytuacji, a mniej jej pogorszenie.

Jak wynika z opracowania Instytutu Badań i Analiz Olsztyńskiej Szkoły Biznesu oraz portalu Firmy.net, ponad 60 proc. przedsiębiorców spodziewa się utrzymania poziomu cen. Wśród pozostałych 40 proc. więcej jest głosów, że ceny będą spadać niż rosnąć. Ma na to wpływ nie tylko deflacja, lecz także spodziewany ograniczony popyt. 27,5 proc. firm twierdzi, że spodziewa się spadku sprzedaży. Na wzrost liczy 22,5 proc.

W dalszym ciągu sytuacja na rynku sprzedaży w kraju ma tendencję spadkową. Na rynkach zagranicznych notujemy wzrosty. Ta tendencja się odwróciła, po I półroczu 2015 roku była tendencja spadkowa, na przełomie 2015 i 2016 mamy tendencję wzrostową. Cieszy też fakt, że liczba eksporterów polskich rośnie – już około 25 proc. eksportuje swoje towary na rynki zagraniczne – podkreśla Alicja Palińska.

Dlatego firmy widzą w eksporcie szansę na wzrosty. Drugim motorem wzrostu mają być innowacje. Wprowadzanie nowych produktów i usług w celu zwiększania swoich szans rynkowych zapowiada blisko 72 proc. firm.

Zmienił się trend w konkurowaniu małych firm na rynku. Zaczęły one zwracać uwagę na budowanie swojej marki na rynku. Prawie 1/3 firm, które odczuły poprawę swojej sytuacji, wskazywała, że wzrost rozpoznawalności ich marki jest czynnikiem kluczowym dla sukcesu – mówi Palińska. – Cieszy to, że coraz mniej firm konkuruje niską ceną. Walka cenowa spowodowała pogarszanie się tylko sytuacji finansowej firm. W tym czasie właśnie inwestycja w reklamę, inwestycje w rozwój i poszerzanie swojej oferty dają zadowalające efekty w postaci wzrostów finansowych czy wzrostów sprzedaży.

W drugim półroczu ubiegłego roku najbardziej stabilna sytuacja panowała w sektorze budownictwa i usług, które w największym stopniu odczuły wzrost sprzedaży. Nastroje przedsiębiorstw z tych sektorów charakteryzowały się w dodatku tendencją wzrostową, co znaczy, że odczuwających poprawę kondycji było więcej niż raportujących jej pogorszenie. Szczególnie w przypadku firm budowlanych w stosunku do poprzedniego badania zmiana była bardzo duża. Wcześniej przedsiębiorstwa z tej branży oceniane były bowiem najgorzej spośród wszystkich sektorów.

Sytuacja w branży budowlanej była dla nas miłym zaskoczeniem – potwierdza Alicja Palińska. – Tym razem natomiast w takiej sytuacji znalazły się przedsiębiorstwa handlowe oraz przemysłowe. Handel odnotował największe spadki popytu, dlatego częściej obniżał ceny, niż podwyższał, co nie wpłynęło dobrze na sytuację finansową.

W tym półroczu plany zwiększania zatrudnienia deklarowało 13,3 proc. mikro- i małych firm. To najlepsza sytuacja od trzech lat, jednak wciąż widać ostrożne podejście do zmian w zatrudnieniu (76,4 proc. firm nie planuje zwolnień ani przyjęć). Co trzeci twierdzi, że nie potrzebuje dodatkowych pracowników, ale tylko niewielu mniej podkreśla, że barierą są zbyt wysokie koszty pracowników.

– Ze względu na zmiany regulacji w Kodeksie pracy oraz oskładkowanie umów cywilno-prawnych stan zatrudnienia w sektorze polskich mikro- i małych firm pozostawał na tym samym poziomie. W ostatnim półroczu była delikatna tendencja wzrostowa, jednak tylko w przypadku firm zatrudniających od 10 do 49 osób. Prognozy na 2016 wskazują, że sytuacja się raczej nie zmieni – podkreśla ekspertka z Firmy.net.

Dżentelmeni na rynku ropy

JP Morgan poprawił wczoraj humory inwestorom, ciekawe, czy to samo zrobi dziś Bank of America i Wells Fargo. Ameryka gorąco w to wierzy, bo w ślad za rosnącymi notowaniami JP Morgan w górę poszły również akcje całej bankowej czołówki. Wprawdzie dane makro nie wypadły najlepiej, ale na rynku pojawił się optymizm, więc gorsze wskaźniki tracą swoją zabójczą moc. Dzisiaj w USA pojawią się jeszcze dane o inflacji konsumenckiej, i jeżeli będą wyższe niż poprzednio, dolar powinien się umocnić.

Wczesnym popołudniem Bank of England ogłosi decyzję w sprawie stóp procentowych. Oczywiście, rynek nie spodziewa się żadnych zmian, choć teoretycznie miałby powody do przynajmniej niewielkiego zaostrzenia polityki monetarnej – kilka danych z gospodarki, chociażby rosnąca inflacja, wyraźnie daje powód do takich ruchów. Ale nic z tego, nad Londynem krąży widmo Breksitu, i to on determinuje politykę banku centralnego.

W szybkim tempie zbliża się spotkanie producentów ropy w Doha. Notowania falują w rytm pojawiających się dany o gospodarce Chin, szacunków produkcji ropy i danych o jej zapasach, a także wypowiedzi i plotek. Scenariusz jest dość prosty: najpierw jedno źródło twierdzi, że porozumienie jest prawie pewne, następne łagodzi wymowę wcześniejszego komunikatu. Tak było wczoraj, kiedy rosyjski minister ds. ropy naftowej, Aleksander Nowak, powiedział, że porozumienie w Doha, jeżeli do niego dojdzie, przyjmie raczej formę „dżentelmeńskiej umowy”. Była to zdecydowanie bardziej oględna deklaracja, niż dzień wcześniejsza informacja agencji Interfax.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

 

Kto wybiera auto na abonament?

HyundaiAuto na abonament to innowacyjny sposób na użytkowanie nowego samochodu bez konieczności kupowania go za gotówkę czy na kredyt. W przypadku propozycji Masterlease i Hyundai oznacza to w praktyce dostęp do wszystkich modeli producenta wraz z całkowitym serwisem, ubezpieczeniem, gwarancją wymiany opon i samochodem zastępczym w ramach jednej stałej stawki miesięcznej.

– Analiza bazy klientów, którzy zdecydowali się na abonament wskazuje na wyraźnie silny udział osób w przedziale wiekowym 30-45 lat, mieszkańców dużych miast, specjalistów w swoim zawodzie – mówi Konrad Karpowicz z Masterlease. – Produkt, który nosi ewidentnie cechy rozwiązania innowacyjnego i jest wciąż nowinką na rynku, dobrze trafia w oczekiwania zwłaszcza tych osób, które funkcjonują w codziennym pośpiechu – dodaje.

Zdaniem ekspertów z firmy leasingowej coraz szybsze tempo życia i charakteryzująca je niecierpliwość, rozumiana jako unikanie długofalowych zobowiązań, będą wpływały na popularność abonamentu na auto w stosunku do tradycyjnego zakupu. Wśród najczęstszych odpowiedzi podawanych jako argument, który zdecydował o wyborze tego produktu znalazły się: wygoda, cena i krótka perspektywa umowy.

Obserwacje te zdają się potwierdzać analizy wykonane przez Goldman Sachs, opisujące pokolenie tzw. “millenialsów”, czyli osób urodzonych pomiędzy 1980 a 2000 rokiem. Zgodnie z raportem** 55% z badanych deklaruje, że posiadanie samochodu na własność nie jest dla nich wartością samą w sobie.

–  Klienci przekładają swoje doświadczenia i oczekiwania z rynku telekomunikacji na inne segmenty usług i produktów. Chcą mieć wszystko w pakiecie. Skoro płacąc jedną cenę mają u operatora telefon, internet i TV, to oczekują podobnych rozwiązań na rynku motoryzacyjnym. Płacą raz na miesiąc i to jest jedyna rzecz, która zaprząta ich uwagę – dodaje Konrad Karpowicz z Masterlease.

Około 17% nabywców produktu to kobiety, które w badaniu zwracały uwagę na korzyści płynące z pakietu usług. Kobiety chcą mieć zagwarantowaną kompleksową usługę, mobilność i pewność, że korzystają z nowego, sprawnego pojazdu. Jako na atut rozwiązania abonamentowego, panie wskazywały także możliwość traktowania tego produktu jako swoistego testu wybranego modelu auta.

* Analizę przeprowadzono na bazie danych klientów, którzy zdecydowali się na zakup usługi abonamentowej oferowanej we współpracy Masterlease i Hyundai.

** Goldman Sachs, Global Investment Research                   

Kto decyduje się na auto w abonamencie – artykuł do pobrania

Ponad 58% klientów*, którzy zdecydowali się na skorzystanie z produktu umożliwiającego użytkowanie samochodu w abonamencie, to osoby między 30 a 45 rokiem życia.

Najpopularniejsze akcje w zmiennym I kwartale

Większość ludzi ma Facebooka nie tylko w smartfonie, ale również w portfelu inwestycyjnym. Wśród wszystkich klientów Saxo Banku akcje tego portalu społecznościowego cieszyły się największą popularnością w I kwartale. Dla rynku akcji początek tego roku był jednak wyboisty: w niektórych sektorach nastąpiła nadmierna wyprzedaż, a Indeks European Stoxx-600 odnotował najgorszy kwartalny wynik od 2009 r. W II kwartale warto zwrócić uwagę na akcje z sektora finansowego i konsumpcyjnych dóbr luksusowych, a spółki, które najprawdopodobniej odnotują najlepsze wyniki, to przede wszystkim Amazon i PayPal.

Nie było zaskoczeniem, że wśród klientów Saxo Banku – zarówno w ujęciu globalnym, jak i w Europie Środkowo-Wschodniej – największą popularnością w I kwartale tego roku cieszyły się akcje takich spółek, jak Facebook, Google, Apple i Amazon. W ubiegłym roku spółki te osiągnęły solidne wyniki, a zatem inwestorzy w dalszym ciągu kupowali ich akcje. Na rynku miała jednak miejsce pewna korekta. Spółki technologiczne są w awangardzie nowej gospodarki, a opinie co do ich bieżącej wyceny są zdecydowane. Facebook odnotował dobry wynik – ceny akcji wzrosły o 10%. Solidne raporty w sprawie zysków i stały wzrost przychodów z reklam dodatkowo umocniły pozycję tej spółki.

W sektorze konsumpcyjnych dóbr luksusowych preferowaną przez nas długą pozycją są akcje Amazon. Mimo iż w I kwartale spółka ta odnotowała spadek o 11%, naszym zdaniem sprzedaż była nadmierna, dzięki czemu w nadchodzących miesiącach Amazon może osiągnąć bardzo dobre wyniki. Wskaźnik przepływów pieniężnych spółki do jej aktywów ponownie rośnie po wielu latach dużych inwestycji w centra dystrybucji. Amazon osiągnął przychody na poziomie 107 mld USD, a to dopiero początek światowej ekspansji. Ujawnione ostatnio rozmowy wykazały, że spółka chce przeprowadzić pionową integrację łańcucha dostaw, organizując własną logistykę transportu i tym samym jeszcze bardziej obniżając koszty. Działania te jedynie wzmocnią ofertę Amazon jako najtańszego i najbardziej terminowego sklepu na świecie.

Mniej kosztownym sektorem stała się technologia informacyjna i wiele spółek z potencjałem wzrostu wycenia się obecnie na rozsądnym poziomie. Jednym z najnowszych pomysłów, który pojawił się na #SaxoStrats, jest kupno akcji PayPal – platforma płatności, która powstała jako odłam eBay, zyskuje udział w rynku płatności internetowych i mobilnych dzięki aplikacjom PayPal One Touch i Venmo. Podwyższenie marż operacyjnych mogłoby posłużyć jako pozytywny katalizator wzrostu cen akcji. Krocząca marża operacyjna PayPal wynosi 23,2%, nieco mniej niż połowę marży Visa, co wydaje się zaniżać olbrzymi potencjał wzrostu rentowności. W ujęciu ogólnym PayPal wydaje się długoterminowym zwycięzcą w sektorze płatności globalnych.

W ubiegłym roku zaledwie trzy sektory odnotowywały zyski i był to sektor konsumpcyjnych dóbr podstawowych, sektor telekomunikacyjny i sektor usług komunalnych, czyli te, które tradycyjnie pozostają w defensywie. Na drugim końcu skali były sektory o charakterze cyklicznym, takie jak sektor materiałowy, energetyczny, finansowy i przemysłowy, które straciły 5-15% w przeliczeniu na USD.

W efekcie sektory cykliczne, takie jak sektor konsumpcyjnych dóbr luksusowych (odzież, materiały budowlane, towary luksusowe, samochody, media i handel detaliczny), sektor materiałowy (środki chemiczne i surowce kopalne) oraz sektor finansowy (zarządzanie aktywami, bankowość, bankowość inwestycyjna, ubezpieczenia, nieruchomości i specjalistyczne usługi finansowe) stały się stosunkowo tanie w porównaniu ze standardową metodologią wyceny stosowaną w ciągu ostatnich pięciu lat.

Wkraczamy w II kwartał z portfelami, w których mamy zdecydowanie za dużo akcji z tych sektorów.

Najpopularniejsze akcje (wszystkie rynki):

  1. Facebook Inc.
  2. Apple Inc.
  3. Amazon
  4. Vestas Wind Systems
  5. Alphabet Inc. – akcje klasy A

Najczęściej sprzedawane akcje:

  1. Apple Inc.
  2. Barclays Plc.
  3. Anglo American Plc
  4. Netflix Inc.
  5. Glencore Plc.

5 najpopularniejszych akcji wśród polskich klientów:

  1. Seagate Technology
  2. Apple Inc.
  3. Alphabet Inc. – akcje klasy C
  4. com Inc.
  5. Lloyds Banking Group Plc.

5 najpopularniejszych akcji w Europie Środkowo-Wschodniej/na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej:

  1. Apple Inc.
  2. Facebook Inc.
  3. Alphabet Inc. – akcje klasy A
  4. Amazon.com Inc.
  5. Bank of America

Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

L. Balcerowicz: Dla globalnych inwestorów liczą się przede wszystkim sytuacja w Chinach i wyniki kampanii prezydenckiej w USA

CEO Magazyn Polska

Sytuacja w chińskiej gospodarce oraz rozstrzygnięcie kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych – to obecnie zdaniem Leszka Balcerowicza najważniejsze czynniki ryzyka dla globalnych rynków finansowych. Inwestorzy zwracają także uwagę na kwestię nadmiernego zadłużenia państw Unii Europejskiej oraz zagrożenie związane ze starzeniem się społeczeństw.

– Inwestorzy działający na międzynarodowych rynkach zwracają uwagę przede wszystkim na sytuację w krajach o znaczeniu globalnym. My nie jesteśmy krajem o takim znaczeniu. Raczej podlegamy wpływom tego, co się w tych dużych krajach dzieje – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Leszek Balcerowicz, przewodniczący Rady Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Ekonomista wyjaśnia, że dla światowych rynków finansowych aktualnie kluczowe jest to, kto wygra wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych oraz czy spowolnienie w chińskiej gospodarce okaże się jedynie tymczasowe, czy jednak przerodzi się w trwały trend.

– Pogorszenie się sytuacji gospodarczej w Chinach w sensie wyraźnego spadku tempa wzrostu miałoby istotne konsekwencje dla świata. Należy pamiętać o tym, że Chiny po Stanach Zjednoczonych są drugim największym światowym importerem – informuje Balcerowicz.

Według prognoz Banku Światowego dynamika chińskiego PKB wyniesie w tym roku do 6,7 proc. W 2017 roku oczekiwane jest dalsze hamowanie, a gospodarka Państwa Środka ma urosnąć o 6,5 proc. Długoterminowe szacunki Trading Economics zakładają, że pod koniec dekady Chiny będą się rozwijały w tempie poniżej 5,0 proc. rocznie.

– Niektóre kraje strefy euro czy Unii Europejskiej mają już wysokie długi publiczne, a przed nimi jest perspektywa starzenia się społeczeństw, która się wiąże z ryzykiem dalszego wzrostu wydatków – zauważa były minister finansów. – Polska jak na swój poziom rozwoju powinna mieć mniejszy dług publiczny po to, żeby była bardziej odporna na ewentualne zawirowania zewnętrzne – dodaje.

Ekspert jest zdania, że rządy poszczególnych państw już teraz powinny się przygotowywać na zachodzące zmiany demograficzne. Dodaje, że muszą one także zabezpieczyć się na wypadek materializacji któregoś z wymienionych czynników ryzyka globalnego.

– Nie jesteśmy, niestety, w stanie dokładnie powiedzieć, jakie zagrożenia pojawią się w gospodarce. Nie możemy także przewidzieć, kiedy i w jakiej skali to nastąpi. Ale powtarzam – odpowiedzialność i kompetencja polega na tym, że się patrzy na otoczenie i wyciąga z tego wnioski dla własnego kraju – stwierdza Balcerowicz.

Przewodniczący FOR jest zdania, że działania obecnego rządu osłabiają odporność kraju na ewentualny kryzys. Ekonomista uważa, że zbyt wysokie wydatki budżetowe zmniejszają stabilność polskich finansów publicznych i szkodzą gospodarce.

– Lepiej być bardziej odpornym i mieć mniejszy deficyt w finansach publicznych. To, co się dzieje od paru miesięcy, osłabia przynajmniej perspektywy stabilności finansów publicznych i tworzy wrażenie, że sektor bankowy, niesłychanie ważny dla stabilności całej gospodarki, może być przedmiotem kolejnych uderzeń – podsumowuje.

Wysokość deficytu zapisanego w tegorocznej ustawie budżetowej wynosi blisko 55 mld zł, co ma stanowić 2,8 proc. produktu krajowego brutto Polski w 2016 roku. Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że na koniec ubiegłego roku dług sektora finansów publicznych po konsolidacji wyniósł 872,7 mld zł, o 50,5 mld zł więcej niż rok wcześniej.

BM Reflex: Jeśli producenci ropy dojdą w Dosze do porozumienia, ceny ropy nie wzrosną znacząco

CEO Magazyn Polska

Na 17 kwietnia zaplanowano w stolicy Kataru spotkanie producentów ropy naftowej, zarówno zrzeszonych w OPEC, jak i m.in. Rosji czy Iranu. Dotyczyć ma ono zamrożenia produkcji surowca, bo jego nadpodaż w ostatnich dwóch latach spowodowała spadek cen i spadek opłacalności produkcji. Problemem może być stanowisko Iranu, który dopiero od niedawna, po zdjęciu sankcji gospodarczych, może uczestniczyć w wolnym rynku. Choć porozumienie nie jest uważane za szczególnie prawdopodobne, nawet jego osiągnięcie nie powinno wpłynąć na dalszy wzrost cen ropy.

– Obecnie czynnikiem determinującym sytuację na rynku ropy naftowej jest nadpodaż surowca. Spotkanie, które zaplanowano na 17 kwietnia w Doha, powinno przynieść nam odpowiedź, co ewentualnie może się wydarzyć z cenami ropy. Natomiast nie jesteśmy w stanie przewidzieć efektów – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Urszula Cieślak, analityk BM Reflex – Grupa krajów, które będą uczestniczyły w spotkaniu, jest przekonana o tym, że do porozumienia dojdzie. Natomiast część krajów warunkuje przystąpienie do takiego porozumienia tym, żeby do porozumienia przystąpił także Iran.

Sankcje gospodarcze nałożone na Iran, które uniemożliwiały mu uczestniczenie w sprzedaży ropy na rynkach międzynarodowych, zostały zniesione zaledwie trzy miesiące temu. Urszula Cieślak podkreśla więc, że kraj ten nie jest zainteresowany ograniczaniem produkcji.

– To porozumienie może zostać zawarte pod warunkiem, że wszystkie kraje ugną się postawie Iranu i wyłączą Iran spoza tego porozumienia. Czy to przyniesie efekt w postaci mniejszej produkcji? Prawdopodobnie nie, bo Iran będzie wtedy mógł do swoich mocy przerobowych zwiększać produkcję ropy naftowej, a to jest blisko 4 mln baryłek dziennie. Obecnie produkuje nieco ponad 2 mln baryłek. Widzimy, że jest potencjał do wzrostu produkcji w Iranie i wydaje się, że wówczas takie porozumienie nie miałoby sensu – przekonuje Cieślak.

Ceny ropy, które od połowy 2014 roku do połowy lutego spadły o trzy czwarte, od tego momentu zaczęły się podnosić. Baryłka ropy WTI podrożała w tym czasie z niespełna 30 dol. do ponad 40 dol, nie licząc chwilowego spadku na początku miesiąca do 35 dol.

– Kiedy producenci ropy naftowej zrzeszeni w OPEC i poza kartelem dojdą do porozumienia o ograniczeniu produkcji surowca, co mogłoby skutkować mniejszą podażą i dostępnością surowca na rynkach światowych, możemy liczyć się z tym, że ceny ropy utrzymają się na obecnym poziomie, czyli powyżej 40 dol. – mówi analityczka BM Reflex – Częściowo to porozumienie, czy taką decyzję rynek już dyskontuje w cenach, i ten wzrost, z którym mieliśmy do czynienia w ciągu ostatnich kilku dni, jest tego dowodem.

Urszula Cieślak przekonuje, że jeśli producenci nie porozumieją się w sprawie zamrożenia produkcji, należy się liczyć z powrotem cen czarnego złota do poziomów z początku kwietnia.

– Dzisiaj wycenia się oczekiwanie i gra się na rynku tymi oczekiwaniami do zamrożenia produkcji. Jeżeli do porozumienia nie dojdzie, to musimy się liczyć z tym, że ceny ropy naftowej spadną. Ale też nie wydaje mi się, żeby był to spadek wyższy niż wzrosty sprzed porozumienia czy sprzed braku porozumienia. Ten spadek może sięgnąć do 5 dol. na baryłce.

Ekspertka zauważa, że nawet zamrożenie produkcji nie spowoduje natychmiastowej likwidacji istniejącej nadpodaży, i to pomimo historycznie najniższej liczby odwiertów w Stanach Zjednoczonych. Według firmy Baker Hughes w marcu liczba czynnych wiertni w tym kraju spadła do 478, o 54 mniej niż w lutym. Przed rokiem było ich 1110.

– Istotna jest także sytuacja w Stanach Zjednoczonych, gdzie zdecydowanie spada liczba wiertni. Spada także produkcja, ale nieco wolniej niż wskazywałaby to statystyka czynnych wiertni naftowych – zauważa Cieślak – Produkcja ropy naftowej w Stanach Zjednoczonych jest obecnie o około 400 tys. baryłek niższa niż przed rokiem i wydaje się, że na tę chwilę nie są to ilości, które mogłyby poprawić sytuację podażowo-popytową na rynku ropy naftowej.

BZ WBK Leasing zapowiada dalszy rozwój w sektorze rolnym i uruchomienie nowych ofert finansowania dla rolników

CEO Magazyn Polska

BZ WBK Leasing w ubiegłym roku sfinansował maszyny i urządzenia o wartości netto 1,88 mld zł i tym samym zanotował wzrost o ponad 28 proc. Firma zapowiada dalszy rozwój w segmencie rolnym i uruchomienie nowych programów fabrycznych dla rolników.

– Dla BZ WBK Leasing ubiegły rok był bardzo dobry. Dynamika na poziomie 15 proc. rok do roku w finansowaniu rolnictwa i udział w rynku na poziomie 21 proc. pokazują, że trafnie określamy potrzeby klientów i na nie odpowiadamy –  mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacek Zwierski, dyrektor ds. rynku rolnego z BZ WBK Leasing.

Firma w ubiegłym roku sfinansowała maszyny i urządzenia o wartości netto 1,88 mld zł. To wzrost o ponad 28 proc. rdr., czyli ponad dwa razy większy niż zanotował w tym samym czasie cały segment. Maszyny i urządzenia to więcej niż połowa finansowanych przez spółkę przedmiotów. W samym rolnictwie BZ WBK Leasing sfinansował inwestycje o łącznej wartości netto 788,23 mln zł, odnotowując wzrost o prawie 15 proc. rdr.

– Ważnym elementem współpracy z sektorem rolnym jest budowanie programów fabrycznych – uważa Jacek Zwierski – Rolnik, udając się po zakup maszyny, może otrzymać na miejscu kompleksową ofertę finansową. W tym roku będziemy rozwijali nowe programy po to, żeby dostarczyć dobre produkty, które będą dostępne bezpośrednio u dilerów. Tu postawimy na szybkość działania i atrakcyjną ofertę finansową w każdym z programów.

W 2015 roku BZ WBK Leasing uruchomił cztery nowe programy fabryczne, czyli oferty szybkich pożyczek na zakup specjalistycznych maszyn rolniczych. W tym roku już podpisał umowy z firmami Akpil i Krukowiak, w planach są kolejne.

– Rolnik jest coraz bardziej świadomym klientem. Oprócz ceny istotne jest dla niego to, z jakim partnerem nawiązuje współpracę. Klienci coraz częściej zwracają uwagę na bezpieczeństwo transakcji oraz na tabelę opłat i prowizji. Coraz częściej zwracają też uwagę na klarowność i przejrzystość zapisów w umowach. Te, które podpisują, są długoletnie, dlatego ten element ma coraz większy udział w decyzjach podejmowanych przez rolników. Zapisy naszych umów jasno określają prawa i obowiązki obu stron, co docenia coraz więcej naszych klientów – dodaje Jacek Zwierski.

Od marca firma wprowadziła także zmiany w finansowaniu samochodów dla rolników. Mogą oni zaciągnąć pożyczkę w BZ WBK Leasing na zakup pojazdów bez udziału własnego na okres do 10 lat. Przedmiotem umowy mogą być samochody osobowe i dostawcze, zarówno nowe, jak i używane, ale maksymalnie 6-letnie.

– BZ WBK Leasing mocno inwestuje w sektor rolny i odpowiada na potrzeby klientów, dostosowując parametry ofert i produktów do specyfiki sektora –podkreśla dyrektor ds. rynku rolnego w BZ WBK Leasing. – Finansujemy maszyny i urządzenia, zakup gruntów rolnych, odświeżyliśmy także ofertę finansowania samochodów osobowych, dostawczych i ciężarowych dla sektora rolnego. Rolnicy oprócz inwestowania w maszyny i urządzenia coraz częściej realizują swoje potrzeby konsumpcyjne i kupują zarówno samochody na prywatne potrzeby, jak i na potrzeby pracy w gospodarstwie.

Z danych Związku Polskiego Leasingu wynika, że w 2015 roku finansowanie w leasingu w całej branży wzrosło o 16,3 proc. do 49,8 mld zł. Wartość czynnych umów leasingowych wynosiła 87,8 mld zł. Maszyny i urządzenia stanowiły 32 proc. rynku. Segment ten wzrósł w ubiegłym roku o 11,75 proc.

W polskich miastach ubywa parków. Nie ma już miejsca na zakładanie dużych terenów zielonych

CEO Magazyn Polska

Ilość dużych terenów zielonych w polskich aglomeracjach spada. Parki czy skwery z powodów ekonomicznych zaczynają stopniowo ustępować miejsca nowym osiedlom, biurowcom czy galeriom handlowym. Eksperci podkreślają, że dlatego właśnie dotychczasowe miejskie ogrody powinny spełniać jednocześnie jak najwięcej funkcji, a na przybywające mniejsze formy zieleni samorządy powinny szukać nowych rozwiązań, tak by były uzupełnieniem już istniejącej zabudowy.  

– W przestrzeni centrum miasta nie ma już miejsca na zakładanie nowych dużych terenów zielonych. Należy skupić się więc na powstawaniu mniejszych form i układów zieleni takich jak ciągi, aleje, niewielkich kompozycji, nawet pnączy, które umiejętnie wkomponujemy w tkankę zwartą zabudowy miasta – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Karolina Sobczyńska, architekt, wykładowca na Wydziale Architektury Politechniki Poznańskiej.

Jeszcze kilka lat temu tereny zielone w miastach tworzyły głównie parki i skwery. Obecnie, przy coraz gęstszym rozmieszczeniu budynków i wyższych cenach gruntu, brakuje na to przestrzeni. Ekspertka zaznacza jednak, że ogólny bilans zieleni jest dodatni. Coraz więcej małych form roślinnych pojawia się m.in. przy ciągach komunikacyjnych. Zwraca jednak uwagę na to, że mniejsze układy zieleni muszą być umiejętnie zintegrowane z istniejącą architekturą tak by spełniały różne funkcje, m.in. reprezentacyjną i rekreacyjną.

– W przestrzeniach dzisiejszego miasta w wyniku rozwoju zabudowy stosowane niegdyś systemy zieleni, takie jak pasmowe, klinowe, pierścieniowe, znacznie się skurczyły. Jednak ogólny bilans ilości zieleni w miastach w tej chwili jest dodatni, ponieważ przybywa wiele zieleni i wiele nasadzeń towarzyszących ciągom komunikacyjnym. Ogólną barierą tworzenia nowych przestrzeni zieleni jest przede wszystkim brak miejsca i ceny gruntów, które są wysokie. Zatem czynnik ekonomiczny blokuje powstawanie nowych terenów. 

Dr Karolina Sobczyńska podkreśla, że grunty stały się zbyt drogie, by poświęcać je na zielone inwestycje. Dodaje przy tym, że zarówno projektanci architektury, jak i zieleni miejskiej powinni podchodzić do wykorzystania jej wieloaspektowo. Zaznacza, że kluczowe jest zachowanie preferencji przestrzennych człowieka. Odpowiednia symetria, geometryczne formy, kąty proste czy linie proste są bardziej czytelne i częściej preferowane przez człowieka.

Ważne, żeby zajęły się tym zespoły projektowe. W ich skład obok architekta krajobrazu czy projektanta zieleni powinien wchodzić też architekt urbanista jako specjalista od istniejącej kompozycji architektonicznej, który wskaże główne założenia kompozycyjne i hierarchię elementów przestrzennych. Nie powinno też zabraknąć specjalisty z dziedziny socjologii czy psychologii z jego wiedzą o człowieku, o jego preferencjach przestrzennych i percepcyjnych – podkreśla Sobczyńska.

Dr Sobczyńska zauważa przy tym, że polskie miasta powinny czerpać przykład z krajów zachodnich, gdzie parki są wielofunkcyjne. Jako przykład podaje Paryż.

Pełnią one bardzo reprezentacyjną funkcję przy wieży Eiffla: starannie przystrzyżone drzewa i trawnik, a pomiędzy tymi formami uprawiający jogging mieszkańcy. W ten sposób funkcja reprezentacyjna nie wyklucza funkcji rekreacyjnej – wskazuje architektka.

Ważnym elementem jest odpowiedni dobór i kompozycja gatunków roślin, krzewów czy drzew, aby były one adekwatne do funkcji już istniejących układów architektonicznych. Jej zdaniem roślinność może na nowo aranżować już istniejącą przestrzeń, podkreślać zalety architektoniczne i maskować błędne urbanistyczne rozwiązania. Jak wskazuje, planowanie nie może się odbywać w oderwaniu od architektury, lecz ją uzupełniać.

– Wprowadzając zieleń z wieloaspektową wiedzą o człowieku, osiągnie się wieloaspektową atrakcyjność miasta, nie tylko estetyczną – ocenia Karolina Sobczyńska.

Według rankingu MojaPolis i BIQ data opracowanego na podstawie danych GUS z 2013 roku najbardziej zielonymi miastami ogółem (co nie oznacza, że najbardziej czystymi) były Sopot (58,6 proc. zieleni), Zielona Góra (46,8 proc.) i Katowice (46,2 proc.). Ranking zielonych miast zamyka Konin (5,5 proc.), Łomża (4 proc.) i Krosno (2 proc.)

Miastem z udziałem największej liczby parków, zieleńców i terenów zieleni osiedlowej był Chorzów (22,2 proc.). Na drugim miejscu znalazły się Siemianowice Śląskie (9,3 proc), za nimi Bydgoszcz (8,4 proc). Na końcu uplasowało się Świnoujście (0,6 proc).

Rynek spotkań to dla gospodarki dodatkowe 1,5 mld zł i ponad 30 tys. miejsc pracy

0

CEO Magazyn Polska

Prawie 34 tys. spotkań i wydarzeń oraz blisko 7 mln uczestników – tak można w liczbach pokazać rynek spotkań w Polsce. To branża, która dynamicznie się rozwija i wciąż ma duży potencjał. Jej wkład w gospodarkę to – według Poland Convention Bureau – 1,5 mld zł dzięki sprzedaży usług hotelowych i gastronomicznych oraz ponad 30 tys. miejsc pracy.

– Przemysł spotkań ma się dobrze. To, co możemy zrobić, żeby go rozwijać, to promować nasz kraj. Uważam, że turystyka polska i przyjazdowa, również biznesowa, ma dużą szansę się coraz bardziej rozwijać – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Jędrzejewska-Debortoli, dyrektor Departamentu Turystyki w Ministerstwie Sportu i Turystyki.

Raport „Przemysł spotkań i wydarzeń w Polsce” za 2015 rok mówi o liczbie 33 980 spotkań i wydarzeń oraz 6 960 303 uczestnikach, podczas gdy rok wcześniej było ich odpowiednio 18 820 oraz 3 900 000. W rankingu miast liderem jest Warszawa (ponad 13,3 tys. spotkań, czyli ok. 40 proc.), w następnej kolejności jest Kraków (5,2 tys.), Gdańsk (3,2 tys.) i Poznań (3 tys.).

Największą grupę spotkań stanowią konferencje i kongresy (44 proc.). Kolejną kategorią były wydarzenia korporacyjne, motywacyjne oraz targi. Zdecydowana większość spotkań odbyła się w hotelach (71 proc.). Na drugim miejscu znalazły się obiekty i sale wynajmowane na specjalne wydarzenia (15 proc.), a na trzecim centra wystawienniczo-kongresowe (10 proc.), 4 proc. przypada na uczelnie wyższe.

Eksperci podkreślają, że ten segment turystyki będzie się rozwijał wraz z rozbudową infrastruktury. Powstaje coraz więcej nowoczesnych centrów konferencyjnych, obiektów wystawienniczych, a także hoteli z funkcją konferencyjną. Także infrastruktura komunikacyjna jest już dobrze rozbudowana, a na rynku działa wiele organizacji i firm, które wyspecjalizowały się w obsłudze dużej liczby spotkań biznesowych o różnej skali.

– Jest też coraz więcej połączeń z różnych krajów. To w połączeniu z dobrą infrastrukturą na pewno wpłynie na to, że staniemy się konkurencyjni dla innych – zauważa Joanna Jędrzejewska-Debortoli.

Dotychczas zdecydowaną większość uczestników spotkań o charakterze biznesowym stanowili Polacy (84 proc.). Ministerstwo Sportu i Turystyki ma więc jeszcze sporo do zrobienia.

– Myślę, że rozwój turystyki przyjazdowej jest bardzo istotnym, kluczowym zadaniem przynajmniej na ten rok, a także na przyszłość. Chodzi o to, żeby Polacy wybierali polskie kierunki. Na różnego rodzaju międzynarodowych konferencjach, targach i innego typu wydarzeniach będziemy zapraszać do Polski również zagranicznych turystów i biznesmenów – informuje Joanna Jędrzejewska-Debortoli.

Ministerstwo Sportu i Turystyki pracuje także nad projektami mającymi wesprzeć turystykę przyjazdową: „Polska za pół ceny” i „Wypoczywaj w kraju”.

Przemysł spotkań ma ogromne znaczenie dla branży hotelarskiej, a częściowo także dla gastronomicznej. Gospodarka zyskuje na wpływach ze sprzedaży usług noclegowych, cateringowych, konferencji, wystaw, targów itp. Autorzy raportu „Przemysł spotkań i wydarzeń w Polsce” szacują, że wkład przemysłu spotkań w gospodarkę kraju to 1 577,3 mln zł oraz 30 312 miejsc pracy w skali kraju.

Firmom coraz trudniej zatrzymać najlepszych pracowników. Rozbudowane pakiety świadczeń nie wystarczają

CEO Magazyn Polska

Na całym świecie rośnie popularność technologii, które umożliwiają pracę zdalną. To oznacza, że pracodawcy mogą sięgać na różne rynki, nawet najbardziej oddalone od ich siedziby, by pozyskać najlepszych pracowników. Zatrzymanie talentów w firmie stanowi nie lada wyzwanie. Umowa o pracę, przyzwoita pensja i dodatkowe benefity mogą nie wystarczyć. Ważne jest m.in. nowoczesne środowisko pracy oraz możliwość rozwoju zawodowego i technologicznego.

Jeżeli chcemy pozyskać wysoko wykwalifikowanych pracowników, to warto się otworzyć na inne rynki, na nowe lokalizacje. Dzięki postępowi technologicznemu i możliwości pracy z dowolnego miejsca możemy przyciągnąć talenty, które znajdują się w zupełnie innym miejscu Polski czy świata – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Dacka, HR Business Partner w ADP Polska.

93 proc. ankietowanych w ramach globalnego badania „Evolution of Work” (przeprowadzonego przez ADP Research Institute w 13 krajach na ponad 2 tys. pracowników i pracodawców) podkreśliło, że może pracować wszędzie, gdzie będzie zapotrzebowanie na ich umiejętności. To stwarza pracodawcom duże możliwości, ale też stawia duże wyzwania. Po pierwsze, działy HR muszą usprawnić globalną współpracę i zapewnić łączność między członkami zespołów. Po drugie, rośnie ryzyko utracenia talentu. Tym bardziej że zmieniają się ich oczekiwania. To, na co zwracają uwagę pracownicy, to przede wszystkim jakość pracy i zlecanych im zadań.

Zatrzymać taki talent nie jest łatwo, jest to wypadkowa kilku wektorów. Zwykła pensja wypłacana na czas oraz umowa o pracę stają się niewystarczające. Musimy postawić na nowoczesne środowisko pracy, na dobre traktowanie pracowników, umożliwienie im rozwoju technologicznego i zawodowego – zauważa Magdalena Dacka.

Pracodawcy szukają dobrych rozwiązań motywacyjnych. W wielu firmach standardem są systemy kafeteryjne, które umożliwiają pracownikowi wybór spośród oferowanych przez pracodawcę dodatkowych świadczeń pozapłacowych.

Świadczenia powiększone o ofertę kafeteryjną są na pewno fantastycznym elementem dodatkowym, natomiast mogą nie wystarczyć do zatrzymania talentów. Widzimy trend, zgodnie z którym pracownicy mający najbardziej pożądane umiejętności na rynku chcą pracować w miejscach, które mają dla nich znaczenie i wykonywać zadania poza wyznaczonym zakresem. Stąd różne inicjatywy CSR czy działania employer branding są bardzo dobrze przez nich postrzegane – mówi Magdalena Dacka.

Ekspertka uważa, że te trendy staną się coraz bardziej odczuwalne. Będą bezpośrednio wpływały na zatrudnienie oraz na jakość pracy. Jak wynika z badania „Evolution of Work” ponad 80 proc. ankietowanych uważa, że w ciągu kilku najbliższych lat chętnie będzie wykonywało pracę, która ma związek z ich zainteresowaniami lub kwestiami ważnymi społecznie.

Dacka podkreśla, że szczególnie przedstawiciele pokolenia Y mają sprecyzowane potrzeby względem pracodawcy i miejsca pracy.

Nie myliłabym tego z roszczeniowością. Chodzi raczej o to, że ci pracownicy są bardzo zdigitalizowani. Oznacza to, że swoje potrzeby przenoszą często do mediów społecznościowych. Dzięki temu, ten trend jest bardziej widoczny – wyjaśnia Dacka.

Co ciekawe, ich potrzeby względem stabilizacji zatrudnienia są podobne do oczekiwań innych generacji pracowników.

Jedyną różnicą, jaką widzimy, jest większe nastawienie na automatyzację pewnych procesów oraz możliwość pracy z dowolnego miejsca w Polsce czy na świecie – mówi ekspertka.

Badanie ADP wykazało, że poczucie stabilności i bezpieczeństwo zatrudnienia jest dla dzisiejszych pracowników bardzo istotne. Zmienia się tylko postrzeganie tych zjawisk. Kiedyś bardziej kojarzone były ze stałym etatem, dziś z rozbudowaną siecią kontaktów, które w razie potrzeby umożliwią znalezienie pracy.

Sukces w biznesie zależy od odwagi i kreatywności. Najważniejsze, by mierzyć wysoko i konsekwentnie realizować cele

0

CEO Magazyn Polska

Bez wiary we własne możliwości i kreatywność nie jest możliwe osiągnięcie sukcesu w biznesie – przekonuje Robert Zagożdżon, przedsiębiorca i coach. Należy również żyć w zgodzie ze sobą i wciąż się rozwijać. Najczęściej na przeszkodzie stoi przekonanie o własnej niemocy i trudnościach, jakie trzeba przezwyciężyć. Tymczasem lokalne ograniczenia nie muszą stanowić problemu, jeśli wyznaczy się cel i będzie do niego cierpliwie zmierzać.

Zrozumienie siebie samego jest podstawą. Jeżeli zrozumiemy świat, w którym żyjemy, łatwiej będzie się nam w nim poruszać i znaleźć coś, co spowoduje, że osiągniemy sukces. To najważniejsza zasada w drodze do sukcesu. Drugą jest bycie kreatywnym. Trzeba wierzyć w siebie i iść za swoimi wizjami, bo wtedy człowiek ma szansę wytworzyć coś nowego, a nie tylko naśladować – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Robert Zagożdżon, biznesmen i coach, właściciel spółki Energia dla Firm, nagrodzony podczas gali Osobowości i Sukcesy. – Jeśli mamy stworzyć biznes, to powinien być wielki. Należy rozszerzać swoją wizję, i to jest trzecia ważna zasada.

Zdaniem coacha największe przeszkody na drodze do sukcesu stawiamy sobie sami. Przekonanie o własnej niemocy i wyszukiwanie złych stron każdego przedsięwzięcia może być samospełniającą się przepowiednią. Odwaga i poczucie, że można stworzyć biznes, który znajdzie swoje miejsce na rynku, pozwalają odnieść sukces. Choć ważne jest, by dobrze poznać rynek i zbadać jego potrzeby, to wiara we własne możliwości stanowi istotny czynnik.

Tym, co pomaga i jednocześnie najbardziej przeszkadza, jest ego, świat, który sami wytworzyliśmy. Bo to właśnie on stoi na drodze, żeby wytworzyć ten nowy, pożądany i oczekiwany świat – wskazuje Zagożdżon.

Przy tworzeniu biznesu należy jasno wyznaczyć cel i konsekwentnie do niego zmierzać. Jak podkreśla Zagożdżon, często spotyka się z przekonaniem, że na drodze do sukcesu stoją lokalne uwarunkowania i rynek. Należy jednak poznać potrzeby konsumentów i zaufać intuicji, a biznesowe dane uzupełniać o swoje przeczucia.

Często spotykam się z alibi związanym z lokalnymi ograniczeniami. Coś takiego jak rynek jednak po prostu nie istnieje. Istnieją natomiast potrzeby pojedynczego człowieka i to na nich można się skupić – przekonuje Robert Zagożdżon.

Sam przedsiębiorca stara się łączyć wszystkie aspekty życia i powtarza, że nie buduje produktów, a ludzi. Pozwoliło mu to na osiągnięcie sukcesu w biznesie. W ciągu trzech lat stworzył od podstaw międzynarodową grupę firm, których wartość szacuje się na ponad 100 mln euro. Najbardziej znana w Polsce to Energia dla Firm SA.

Netflix wyda w tym roku 5 mld dol. na zakupy licencji

CEO Magazyn Polska

Telewizja internetowa powoli zastępuje tradycyjną. Szeroki wybór treści, możliwość zatrzymania odtwarzanego programu w dowolnej chwili i kontynuowanie na dowolnym urządzeniu sprawiają, że wideo w sieci zyskuje na popularności. Z platformy Netflix, światowego giganta, korzysta już 75 mln osób. Spółka tylko w tym roku na zakup licencji planuje wydać ok. 5 mld dol. 

– W styczniu weszliśmy do 130 nowych krajów, w tym do Polski, i chcemy w nich świadczyć jak najlepsze usługi. Jesteśmy na etapie uczenia się tych rynków, uczenia się tego, co odbiorcy chcą oglądać, i chcemy się dostosować do tych wymagań – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Joris Evers, wicedyrektor ds. globalnej komunikacji w Netflix.

Na koniec ubiegłego roku, jeszcze przed globalną ekspansją spółki, łączna liczba subskrybentów przekroczyła 75 mln osób, z czego 45 mln tylko w Stanach  Zjednoczonych. Docelowo firma chce, by 80 proc. osób korzystających z usługi pochodziło z innych krajów. Dlatego chce poszerzyć ofertę i znacznie zwiększyć wydatki na licencje. W tym roku planuje wydać 30 nowych i powracających seriali, ponad 20 licencjonowanych filmów fabularnych i dokumentalnych, seriale dla dzieci i programy z amerykańskim stand-upem.

– Nasze wydatki na licencje w ujęciu globalnym rosną. W tym roku przeznaczymy na nie 5 mld dol.,  w ubiegłym roku na ten cel wydaliśmy 3 mld dol. Będą to wydatki zarówno na licencje, jak i na nasze własne programowanie. Jesteśmy zainteresowani nabywaniem takich programów, które będą nadawały się do emisji na całym świecie – podkreśla ekspert Netflix.

Platforma staje się coraz większym zagrożeniem dla tradycyjnych nadawców. Przykładem może być serial „Penny Dreadful”, o który zabiegały m.in. telewizje Sky i Canal+, a prawa do transmisji zakupił właśnie Netflix.

Jak przyznaje Evers, firma chce zapewnić dostęp do globalnej telewizji na całym świecie.

– Jesteśmy przekonani, że telewizja internetowa zapewnia lepsze doznania niż telewizja klasyczna, zwłaszcza w dobie pokoleń wychowanych na usługach na żądanie – ocenia wicedyrektor Netflix.

Jak szacuje Evers, usługa wideo na żądanie rośnie w siłę i w ciągu 15–20 lat ma szansę całkowicie zastąpić tradycyjną telewizję. Podkreśla, że ma nieograniczony zasięg, a z klasycznym medium wygrywa wygodą i dopasowaniem do potrzeb widza. To użytkownik decyduje, na jakim urządzeniu i kiedy ogląda daną treść. Choć w Polsce usługa VOD nie jest jeszcze tak popularna, jak np. w USA, to również przyciąga coraz więcej osób.

– Myślę, że zobaczymy coraz więcej inwestycji w innowacyjne rozwiązania. Tradycyjne stacje telewizyjne w będą się skupiały na serwisach internetowych, a użytkownicy będą stawiali na aplikacje. Konkurencją dla nas jest również piractwo. Uważamy, że wynika ono z frustracji osób, które nie mogą dotrzeć do tego kontentu, do którego chcą, bo nie mają do niego dostępu – tłumaczy Evers.

Z badania przeprowadzonego przez firmę PwC w 2014 roku wynika, że z nielegalnych serwisów internetowych oferujących treści wideo korzysta 7,5 mln Polaków. Za dostęp do treści na nich zamieszczonych płaci wedle różnych szacunków 30–50 proc. osób.

Jak przekonuje wicedyrektor ds. globalnej komunikacji Netflix, z konkurencją można skutecznie walczyć, przede wszystkim oferując łatwy dostęp do wysokiej jakości treści.

– Mamy wyjątkowy program rekomendacji, dzięki któremu tworzymy spersonalizowany kanał składający się z takich programów, które nam odpowiadają. To różnica w stosunku do tradycyjnej telewizji, gdzie cała treść jest wspólna dla wszystkich użytkowników. Oprócz tego naszą zaletą jest wysoka jakość strumieniowania obrazu, szeroki zakres i wybór treści, a także możliwość zatrzymania odtwarzanego programu w dowolnej chwili oraz kontynuowanie na go dowolnym urządzeniu – podkreśla Joris Evers.

Przeciętny konsument otrzymuje tygodniowo 50 e-maili i telefonów z różnymi ofertami marketingowymi

CEO Magazyn Polska

Użytkownik internetu dostaje średnio 50 e-maili, przesyłek, wiadomości tekstowych i telefonów tygodniowo z różnymi ofertami marketingowymi. Znaczna część nie jest dla niego interesująca. Najgorzej pod względem nietrafionych przesyłek wypadają sektor handlowy i edukacyjny, a tylko nieco lepiej instytucje finansowe. 

Dopasowanie treści do zainteresowań i oczekiwań odbiorcy jest bardzo ważne, wyraża m.in. szacunek do potencjalnego klienta – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Barski, dyrektor marketingu w spółce Ricoh Polska. – Większość osób otrzymujących niechciane e-maile zrezygnuje z usług nadawcy albo w przyszłości przeoczy bardzo ważną informację, którą firma będzie chciała przekazać.

Jak wynika z ostatniej analizy firmy Coleman & Parkers, wykonanej na zlecenie Ricoh, konsumenci każdego tygodnia otrzymują przeciętnie około 50 e-maili, przesyłek, wiadomości tekstowych i telefonów. Duża część, jak twierdzą autorzy badania, jest zupełnie nieinteresująca dla adresatów.

Myślę, że jest to przede wszystkim kwestia baz, z których korzystają nadawcy – wskazuje Paweł Barski. – Duża liczba e-maili wynika z chęci uzyskania jak najlepszej komunikacji z klientem. To powoduje często, że wiadomości zwykle są niedopasowane do jego potrzeb.

Źle zaplanowana komunikacja oznacza dla firmy przede wszystkim niepotrzebne koszty poniesione w związku z nieskuteczną kampanią marketingową. Może również wiązać się ze stratami wizerunkowymi i przyczynić się do spadku zaufania konsumentów do danej marki czy firmy. Odbiorcy niechcianych wiadomości wiążą bowiem spam z nieodpowiednim wykorzystaniem ich danych.

Utrata renomy i dobrego imienia zazwyczaj skutkuje najpierw wypisaniem się klienta z mailingu, a następnie wstrzymaniem przez niego zakupów. Może to powodować bardzo duże straty, również biznesowe – przekonuje Paweł Barski. – Ograniczenie liczby pustych e-maili, nie mówiąc już o dopasowaniu treści, oraz ograniczenie komunikacji tylko do ważnych kwestii, spowodowałoby, że poczta byłaby oceniana dużo korzystniej.

Najgorzej pod tym względem wypadają branże handlowa i edukacyjna. Według ok. 75 proc. odbiorców treść wiadomości od przedstawicieli tych sektorów jest zupełnie niedopasowana do ich zainteresowań. Lepiej pod tym względem wypadają administracja publiczna i instytucje finansowe. Odsetek spada w ich przypadku do odpowiednio 58 i 61 proc.

Nieprzypadkowo w drugiej obdarzonej większym zaufaniem grupie instytucji znalazły się organizacje, w których obowiązują rygorystyczne regulacje związane z wykorzystywaniem danych osobowych klientów.

Mailing pozostaje na stabilnej pozycji wśród działań marketingowych. Jak wynika z badania firmy Sare, 90 proc. ankietowanych użytkowników internetu subskrybuje różnego rodzaju newslettery. W zdecydowanej większości (92 proc.) są to przesyłki o charakterze informacyjnym oraz branżowym.

Tygodniowy przegląd rynku obligacji: peryferyjny blues

W tym tygodniu włoski rząd ogłosił ustanowienie nowego funduszu bankowego, którego celem jest rekapitalizacja i windykacja niespłacalnych kredytów udzielonych przez krajowe banki, a tym samym przywrócenie zaufania inwestorów do słabego sektora bankowego.

Wart 5 mld EUR fundusz będzie częściowo finansowany ze źródeł prywatnych, a częściowo przez kontrolowany przez państwo bank depozytowy Cassa Depositi e Prestiti. Na pierwszy rzut oka decyzja ta wydaje się przynosić rezultaty, ponieważ tuż po ogłoszeniu tej wiadomości ceny akcji i obligacji włoskich banków gwałtownie wzrosły, a skutki były odczuwalne nawet na rynkach europejskich instytucji finansowych i obligacji rządowych państw peryferyjnych.

Na początku tego roku obawy dotyczące kryzysu sektora bankowego w trzeciej największej gospodarce w strefie euro spowodowały rozszerzenie się spreadów obligacji rządowych państw peryferyjnych, a nad samą strefą euro zaczęło ponownie krążyć widmo kryzysu zadłużenia.

Nowy fundusz bankowy to jednak przypomnienie dla inwestorów, że pomimo agresywnych działań Europejskiego Banku Centralnego w ciągu ostatnich kilku lat, włoski sektor bankowy nadal zmaga się z niespłacalnym zadłużeniem.

Pytanie brzmi, czy ten stosunkowo niewielki fundusz wystarczy, by zabezpieczyć bilanse włoskich kredytodawców przed niespłacalnymi kredytami, których wartość w tym regionie wynosi ponoć co najmniej 201 mld EUR. Panujący obecnie optymizm już wkrótce zostanie poddany próbie: Banca Popolare di Vicenza i Veneto Banca w nadchodzących tygodniach będą szukać kapitału, aby spełnić wymogi EBC.

W innej znanej nam dobrze południowoeuropejskiej gospodarce sytuacja również może stać się wkrótce napięta. Powodem jest nadal nierozstrzygnięta kwestia przeprowadzenia (już uzgodnionych) reform, i mimo iż środowisko polityczne wydaje się przychylniej do tego nastawione, niż w analogicznym okresie w ubiegłym roku, można stwierdzić, że klimat otaczający negocjacje jest raczej zimowy.

Po przesunięciu rozmów na przyszły tydzień, w tym tygodniu premier Grecji, Aleksis Tsipras, powtórzył swój apel o zmniejszenie obciążenia długiem, czemu nadal sprzeciwia się kanclerz Niemiec Angela Merkel. Bardzo przypomina to ubiegłoroczny impas negocjacyjny.
Niemniej jednak mówi się, że działanie pod presją czasu jest bardziej efektywne, a biorąc pod uwagę, że tego lata nastąpi kolejne runda płatności z EBC, czasu jest pod dostatkiem, mimo iż inwestorzy będą się obawiać powtórki politycznego chaosu.

W każdym wypadku, biorąc pod uwagę wybory w Hiszpanii w maju – politycznej stabilności w tym regionie stale zagrażają apele o uzyskanie niepodległości przez Katalonię – oraz późniejsze referendum w sprawie Brexitu, tegoroczne lato może okazać się bardzo pracowite dla europejskich ustawodawców i inwestorów.
Michael Boye, Saxo Bank

Ameryka czeka na wyniki banków

Przed sesją w USA wyniki kwartalne poda dziś JPMorgan Chase & Co. To pierwszy z wielkich banków publikujących w tym sezonie swoje dane finansowe. Oczekiwania nie są wygórowane, tak samo jak dla całej giełdy. Sytuacja jest trudna, bo wynik gorszy od słabych prognoz fatalnie wpłynie na inwestorów. Rynki w USA wiedzą, że to nie przelewki, o czym przekonali się w poniedziałek, kiedy okazało się, że analitycy przestrzelili w szacowaniu przychodów i zysków aluminiowego potentata Alcoa. Błąd w przypadku JPMorgan Chase & Co. może się okazać bardziej brzemienny w skutkach. 

Pierwsze skrzypce gra dziś Ameryka. Po południu zostaną opublikowane dane o sprzedaży detalicznej w marcu, które mają być lepsze niż w lutym. Pojawi się też inflacja producencka, a przede wszystkim rządowy raport o zapasach paliw. Wczoraj API poinformowała o ich wzroście, ale rynek wolał słuchać Rosjan z agencji Interfax, którzy napisali, że porozumienie o zamrożeniu produkcji ropy jest bardzo możliwe. Ciekawe, czy wiara w kompromis wytrzyma konfrontację z rynkiem.

Dzisiejsze posiedzenie Banku Kanady zakończy się prawdopodobnie utrzymaniem stóp procentowym na dotychczasowym poziomie, ale dolar kanadyjski może zareagować na nowe prognozy gospodarcze. W porównaniu z wcześniejszymi, powinny być lepsze. Wieczór – tak jak całe popołudnie – upłynie w cieniu USA, gdzie o 20.00 zostanie opublikowana Beżowa Księga. Lektura raportu o stanie amerykańskiej gospodarki może rzucić trochę światła na plany związane z politykę Fed.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Czy Ministerstwo Finansów skomplikuje nam życie

0

Ministerstwo finansów planuje wprowadzenie tzw. klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, której celem ma być postawienie granicy pomiędzy dopuszczalnym planowaniem podatkowym, a tworzeniem sztucznych struktur mających na celu jedynie unikanie opodatkowania. Klauzula ma to uniemożliwić. Według ekspertów firmy doradczej Deloitte tryb wprowadzenia ustawy oraz niektóre jej zapisy mogą jednak budzić pewne wątpliwości na gruncie ustawy zasadniczej, w konsekwencji czego decyzje podjęte na podstawie ustawy przez organy podatkowe mogą być podważane. O nowych zmianach w rozmowie z MarketNews24 mówił Maciej Guzek z Deloitte.

Czeka nas odbicie cen na rynku ropy

0

Odbicie cenowe może być kontynuowane , a powodem takiego stanu rzeczy może być spotkanie producentów ropy w Doha. Cenie ropy naftowej sprzyja zapasy tego surowca oraz siła amerykańskiego dolara. – Te trzy czynniki sprzyjają w krótkim terminie odbiciu na cenach ropy – mówi Adam Puchalski z XTB.
Obecnie ropa WTI przekroczyła poziom 40 dolarów za baryłkę. Do końca roku ceny powinny znajdować się powyżej tego poziomu. Jednak zdaniem analityka w krótkim terminie ceny ropy mogą skakać nawet o kilka dolarów pod wpływem spotkania w Doha. Więcej w materiale wideo.

LNG będzie tanieć. Dominacja Kataru zagrożona

0

Ceny LNG mocno spadają. Na rynku powstaje dywergencja między cenami gazu a cenami ropy, ale to nie wszystko, bo podaż gazu będzie rosnąć. – Na całym świecie powstaje coraz więcej terminali eksportowych – mówi w rozmowie z MarketNews24 Paweł Kordala z Deloitte.
Czy w związku z tym, nasz gazoport czekać może prawdziwy renesans? Światowe LNG będzie alternatywą dla gazu z Rosji czy też z Niemiec. – Jeżeli chodzi o Polskę to musimy pamiętać, że mamy możliwość sprowadzania ok. 5 mld m3 gazu rocznie, obecnie odbieramy ok. 1,5 mld m3. Jest więc ogromne pole do kontraktów spotowych – mówi Kordala.
Czy obecna sytuacja będzie sprzyjać rozbudowie terminala w Świnoujściu i czy jest klimat pod budowę nowego terminala, o którym w expose mówiła premier Szydło? Więcej w materiale wideo.

ES-SYSTEM S.A. wyznacza kierunki rozwoju

ES-SYSTEM stawia na dalszy rozwój na rynku krajowym w dotychczasowych segmentach działalności: architektonicznym – planowany wzrost sprzedaży w związku z rozwojem rynku budowlanego, przemysłowym – planowany wzrost sprzedaży w związku ze spodziewanymi modernizacjami, zmierzającymi do osiągnięcia efektu energooszczędności oraz zewnętrznym. Oprócz rozwoju na rynku krajowym Spółka planuje dalszy rozwój na rynku szwedzkim – obecny udział 19,8% oraz dalszą ekspansję zagraniczną i rozwój sprzedaży
na wybranych rynkach eksportowych: Bliskiego Wschodu, Niemiec, Szwajcarii i Francji.

W kwietniu mocno wzrosną ceny paliw. To wyhamuje deflację

CEO Magazyn Polska

Choć w marcu ceny znów spadły o 0,9 proc. rok do roku, podobnie jak w całym 2015 roku, to deflacja swoje najgłębsze poziomy ma już za sobą – uważa Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. Jego zdaniem w tym miesiącu mocno wzrosną ceny paliw, co powinno wyhamować deflację. Dodaje przy tym, że obecna RPP, podobnie jak poprzednia, będzie niechętna do zmiany stóp procentowych. Gospodarka bowiem rośnie w szybkim tempie, a wpływ czynników zagranicznych, jak sytuacja w USA czy Chinach, ostatnio się osłabił.

– Inflacja przez I połowę roku pozostanie ujemna, ale najniższe poziomy są już za nami – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – W kwietniu zanotujemy bardzo duży wzrost cen paliw, a w kolejnych miesiącach lekkie odbicie inflacji bazowej i innych czynników. Uważamy, że przed końcem roku inflacja zbliży się do 1 proc. W warunkach solidnego wzrostu gospodarczego i oczekiwanej poprawy dynamiki płac bank centralny utrzyma jednak stopy procentowe na niezmienionym poziomie.

Deflacja występuje w polskiej gospodarce od połowy 2014 roku. Choć wieszczono jej rychłe zakończenie, to spadek cen utrzymuje się od niemal dwóch lat. Powodem jest zwłaszcza spadek cen paliw, który wynikał z gwałtownego obniżenia cen ropy naftowej, a także z niższych cen żywności. Jak podał NBP, inflacja bazowa po wyłączeniu cen żywności i energii wyniosła w lutym -0,1 proc. Wskaźnik cen konsumenckich spadł wówczas o 0,8 proc.

Mimo to nowo powołana Rada Polityki Pieniężnej wydaje się kontynuować politykę swoich poprzedników i wstrzymywać się ze zmianą poziomu stóp procentowych. Od trzynastu miesięcy stopy procentowe pozostają na niezmienionym poziomie. Główna wynosi 1,50 proc. i jest najniższa w historii.

– Posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej w kwietniu pokazało, że nowa rada jest niechętna, aby naśladować decyzje banku centralnego na Węgrzech czy banku centralnego strefy euro. Uważa ona, że stabilizacja stóp procentowych jest najlepszym rozwiązaniem – mówi Benecki. – Pewnym argumentem za cięciem stóp w Polsce mogłoby być uspokojenie obaw fiskalnych, uspokojenie kursu, ale jak na razie II kw. niesie raczej odwrotną tendencję i obawiamy się ponownego wzrostu awersji do ryzyka i nieco słabszej pozycji złotego, co powinno ugruntowywać opinię rady, że stabilizacja stóp jest w tej chwili najlepszym rozwiązaniem.

Zdaniem Beneckiego w tym roku wzrost gospodarczy na pewno przekroczy 3 proc., a sam program „Rodzina 500 plus” może dodać pół punktu procentowego do tego wzrostu. Problemem jednak może być otoczenie zewnętrzne. Wprawdzie obawy o chińską gospodarkę ostatnio się uspokoiły po lepszych od oczekiwań odczytach PMI, a bank centralny USA zdecydowanie złagodził ton wypowiedzi w kontekście podwyżek stóp procentowych, jednak trudno uznać ten stan za stabilny.

– Największym zagrożeniem dla koniunktury jest otoczenie zewnętrzne. Do niedawna obawialiśmy się twardego lądowania chińskiej gospodarki i recesji w Stanach Zjednoczonych. Dużym ryzykiem również były spore spadki na giełdach – zauważa Rafał Benecki – W tej chwili nasze obawy co do spowolnienia gospodarczego za granicą są nieco mniejsze. Dane z Chin pokazują, że po paru miesiącach ucieczki kapitału tendencja ta odwróciła się, więc większy kryzys finansowy tam na razie nie powinien się wydarzyć. Również wskaźniki gospodarcze z Chin i ze Stanów Zjednoczonych są lepsze.

Dlatego ekonomista uważa, że 2016 rok jest dla Polski bezpieczny. Uważa on jednak, że w perspektywie 2–3 lat nie można wykluczyć ryzyka recesji w Stanach Zjednoczonych.

Polsce grozi zapaść demograficzna. Ratunkiem mogą być imigranci

CEO Magazyn Polska

Do 2050 roku liczba mieszkańców Polski spadnie o 3 mln. Dodatkowo pogorszy się struktura populacji: mocno wzrośnie liczba osób w wieku emerytalnym, a spadnie – w produkcyjnym. Będzie to równoznaczne z brakiem rąk do pracy. Pomóc mogą imigranci, zwłaszcza z Ukrainy. Do tego potrzebna jest jednak polityka imigracyjna, która przyciągnie pracowników na polski rynek, pomoże im się zaaklimatyzować i zatrzyma ich tutaj.

Negatywne tendencje demograficzne są bardzo poważnym wyzwaniem dla polskiej gospodarki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Bujak, szef zespołu analiz makroekonomicznych w PKO Banku Polskim. – To potencjalnie bardzo poważna bariera dla dalszego wzrostu gospodarczego w kolejnych dekadach. W ciągu najbliższych kilku lat doświadczymy nasilającego się spadku liczby osób w wieku produkcyjnym, czyli spadku podaży pracy. To jeszcze bardziej uwypukli fakt, że Polska nie może w dalszym ciągu opierać swojego wzrostu gospodarczego na taniej sile roboczej, bo zasoby tej siły będą się wyczerpywać.

Zgodnie z prognozami GUS liczba osób mieszkających w Polsce skurczy się do 2050 r. do niespełna 35 mln. Osoby powyżej 65 lat będą stanowiły 31,5 proc. społeczeństwa – będzie ich o 5,1 mln więcej niż w 2014 roku. W tym czasie liczba osób w wieku produkcyjnym spadnie o ok. 5 mln, przy czym największe zmiany wystąpią do 2031 roku. Z kolei kobiety w wieku rozrodczym w 2050 r. w będą stanowiły jedynie 67 proc. stanu z 2014 roku.

W 2050 roku tzw. wiek środkowy (czyli wskaźnik zaawansowania procesu starzenia ludności oznaczający wiek, którego jedna połowa populacji jeszcze nie osiągnęła, zaś druga już ukończyła) dla kobiet będzie wynosił 53,7 lat (wzrost o 12,3 lata), a dla mężczyzn 48,8 lat (wzrost o 10,9 lat).

Biorąc pod uwagę to, że jeden z najniższych na świecie wskaźników dzietności jest w Polsce, można powiedzieć, że naszemu krajowi w perspektywie kolejnych 2–3 dekad grozi swego rodzaju zapaść demograficzna polegająca na bardzo dużym spadku liczby ludności, w tym liczby ludności w wieku produkcyjnym. To, co jest ważne, to nie tylko niski wskaźnik dzietności, którego nie da się podnieść z dnia na dzień, czego skutki będziemy odczuwać jeszcze przez jedno pokolenie albo i dłużej, ale ważna jest też struktura wiekowa ludności – mówi Piotr Bujak.

Pomysłem podbudowującym dzietność miał być wprowadzony niedawno przez rząd program „Rodzina 500 plus”. Tylko w tym roku na ten cel przeznaczonych zostanie 17 mld zł, a w kolejnych latach 22–23 mld zł. Zmiany demograficzne oznaczają, że coraz mniejsza liczba osób pracujących będzie musiała utrzymywać coraz większą grupę emerytów. Pomóc mógłby napływ imigrantów. W Polsce nie ma jednak przemyślanej strategii dotyczącej polityki imigracyjnej.

Można mówić o pewnych elementach, które sprzyjają napływowi imigrantów, głównie z Ukrainy. Nie ma jednak przemyślanej polityki zaprogramowanej na kolejne kilka czy kilkanaście lat. Biorąc pod uwagę negatywne tendencje demograficzne i fakt, że podejmowane działania nakierowane na wzrost dzietności przyniosą skutek dopiero za kilkanaście albo i kilkadziesiąt lat, to taka polityka imigracyjna jest tym bardziej potrzebna. Jej elementem mogłyby też być działania nakierowane na powrót Polaków z zagranicy, mówimy tu o 2 mln osób, które w ostatnich latach wyemigrowały z Polski w celach zarobkowych – wyjaśnia Piotr Bujak.

Jak podkreśla, w ostatnich kwartałach Polska odnotowała wyraźny napływ imigrantów ze Wschodu, zwłaszcza z Ukrainy, i to mimo braku polityki migracyjnej. Oblicza się, że nad Wisłę przybyło ponad 1 mln osób. Pytanie jednak, na jak długo.

Warto pomyśleć o programach, które zapewnią, że ta imigracja do Polski okaże się trwała. Warto myśleć o odpowiednich szkoleniach, nauce języka i zapewnieniu wysokiego stopnia asymilacji tych osób, aby uniknąć problemów społecznych, jakie widać w części krajów europejskich – mówi szef zespołu analiz makroekonomicznych w PKO Banku Polskim.

Zdaniem Bujaka wpływ pracy imigrantów na polski PKB można szacować na 0,2–0,3 pkt proc. PKB. Największe znaczenie jednak będzie miał fakt, że osoby te będą pracować, wypełniając lukę na rynku pracy.

Bez napływu imigrantów część potencjału polskiej gospodarki byłaby niewykorzystana ze względu na braki krajowego zasobu siły roboczej. I ten pozytywny efekt jest najistotniejszy. Nawet gdyby wszyscy imigranci przybywający do Polski całość swoich zarobków transferowali za granicę, to korzyścią, jaką odnotowujemy, jest potencjalnie wyższe PKB wynikające z tego, że imigranci wykonują pracę, której nie mogliby wykonać Polacy – wyjaśnia Piotr Bujak.

Zmiany w gospodarce Chin zmniejszają wymianę handlową z Afryką. To szansa dla polskich producentów

CEO Magazyn Polska

Dla większości afrykańskich krajów Chiny są głównym partnerem handlowym. Niestety, z powodu zmian w chińskiej gospodarce, przestawianej z modelu produkcyjnego na konsumpcyjny, oraz zmniejszenia zapotrzebowania na surowce w Państwie Środka wzajemne relacje słabną. Do tego dochodzą niskie ceny ropy naftowej. Dla polskich przedsiębiorców to szansa na wypełnienie powstającej na afrykańskich rynkach luki.

To jest duża szansa dla Polaków. Chińczycy eksportują do Afryki nieco mniej niż poprzednio, co znaczy, że wykreowali potrzeby na produkty i nie są w stanie w tej chwili ich potrzeby zaspokoić. Druga bardzo ważna sprawa to mniejsze niż w poprzednich latach finansowanie chińskiego eksportu. Chińczycy już nie mają tak dużych środków do zainwestowania w Afryce, jak to było poprzednio. To są wciąż bardzo pokaźne środki, ale nie tak duże jak to było w latach ubiegłych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Koszewski, dyrektor Executive Education Center IESE Business School w Polsce.

W lutym 2016 roku eksport Chin spadł ogółem o 25,4 proc. rok do roku, najmocniej od maja 2009 roku. Rynki wprawdzie spodziewały się spadku, ale o 12,5 proc. W styczniu wywóz chińskich towarów spadł o 11,2 proc.

W 2015 roku Chiny wyeksportowały do Afryki towary za 102 mld dol. To wprawdzie oznacza niewielki wzrost (o 3,6 proc.), ale już bezpośrednie inwestycje zagraniczne Chińczyków na Czarnym Lądzie spadły o 40 proc. Problemem krajów afrykańskich jest jednak uzależnienie od Chin jako odbiorcy surowców, głównie ropy naftowej. Wartość ich importu zmniejszyła się o 38 proc. do 67 mld dol.

Przykładem jest Nigeria, która tradycyjnie eksportowała ropę naftową do Chin. W tej chwili eksportuje jej mniej i po niższych cenach. Na tym korzystają Chińczycy, ale to bardzo upośledziło gospodarkę nigeryjską, drugą najważniejszą gospodarkę w całej Afryce. Teraz w Nigerii mamy kryzys gospodarczy. Nigeryjczycy zrozumieli, że nie mogą się uzależnić wyłącznie od jednego produktu i od jednego partnera handlowego, dlatego poszukują innych – mówi Koszewski.

Nigeria jest drugim co do wielkości partnerem handlowym Chin w Afryce. Cała wymiana handlowa między tymi krajami w 2015 roku wyniosła 14,9 mld dol. i była niższa od tej z poprzedniego roku głównie z powodu spadku cen surowców.

– Niedawno rozmawiałem z przedstawicielem rządu Nigerii, który gorąco zapraszał polskie firmy do inwestowania w sektor zdrowia, energetykę, przetwórstwo i budownictwo. To są bardzo ważne tam branże i niedoinwestowane, a w Polsce mamy wielkie doświadczenie i wiele firm, np. w branży budowlanej. W Nigerii potrzeba miliona nowych mieszkań rocznie. Chińczycy nie są w stanie tych mieszkań im sfinansować i wybudować, tu jest więc miejsce dla podmiotów z innych krajów – podkreśla ekspert.

Większość krajów Afryki szybko się rozwija, a liderem jest kojarzona do niedawna z chorobami i głodem Etiopia. Jak zapewnia Koszewski, wyobrażenia Europejczyka o Afryce jako kontynencie trawionym wojnami, epidemiami i głodem są w dużym stopniu nieaktualne.

To jest tak, jak gdyby ktoś postrzegał Europę przez pryzmat wojny na Ukrainie czy fali imigracji. Afryka jest dużo stabilniejsza, bogatsza i dużo bardziej głodna sukcesu, niż była – zapewnia Koszewski. – Jeżeli nas tam nie będzie, to ominie nas wielka okazja do rozwoju biznesów na świecie. Jeżeli polska mała firma chce się stać dużą, globalną firmą, trudno jej będzie się rozwijać w Niemczech, gdzie koszty są wysokie, a rynek wcale nie rośnie. Tymczasem w Afryce szybko, w ciągu kilku lat, jest w stanie zwiększyć swoją wartość kilkaset procent.

Poza maszynami i urządzeniami Polska mogłaby jego zdaniem eksportować także meble oraz materiały i usługi budowlane.

Polski eksport do krajów afrykańskich rośnie o kilkadziesiąt procent rocznie. Choć te dynamiki robią wrażenie, udział tego kontynentu w polskim eksporcie ogółem jest wciąż znikomy. Podobnie jak wiedza Afrykanów o Polsce jako partnerze biznesowym.

Tam znają Brytyjczyków, Francuzów, Niemców, Amerykanów i Chińczyków, szczególnie od kilkunastu lat. Natomiast Polacy nie kojarzą się im jako biznesmeni. Jeżeli już, to jako Europejczycy, ale dość mile, dlatego że nigdy nie byliśmy kolonizatorami i to jest duża wartość. Kiedy rozmawiam z Afrykańczykami, to widzę dużą przychylność dla Polaków i duże zrozumienie – mówi ekspert.

Kolporter wstrzymuje plany rozwojowe w oczekiwaniu na ostateczny kształt ustawy o podatku od sprzedaży detalicznej

0

CEO Magazyn Polska

Licząca ponad 1000 saloników prasowych sieć Kolportera wstrzymuje swoje plany rozwojowe. Pod koniec ubiegłego roku sieć wprowadziła nowy format Top Presso, gdzie oprócz zakupu prasy można się napić kawy lub zjeść przekąskę. Myśli także o rozwoju oferty. Z konkretnymi działaniami musi jednak poczekać do czasu, aż będą znane nowe założenia do ustawy o podatku od sprzedaży detalicznej. 

Należąca do Kolportera sieć Saloników Prasowych i Top Press liczy obecnie 1024 punkty. W drugim półroczu ubiegłego roku dystrybutor uruchomił nowy format Top Presso, wzbogacony o część gastronomiczną typu bistro. Punkty są otwierane w szpitalach, na stacjach metra, dworcach, lotniskach, biurowców i galerii handlowych. Na razie działa siedem takich placówek  w Jeleniej Górze, Radomiu, Lublinie i Warszawie.

– Oprócz typowego asortymentu salonikowego znajdują się w nich ciepłe przekąski, dania obiadowe, kawa, herbata, słodycze. Jest to format przygotowany z myślą o określonych lokalizacjach. Bardzo dobrze sprawdza się na stacjach metra. Dwa takie salony zostały uruchomione niedawno w Warszawie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dariusz Materek, rzecznik prasowy Kolportera. – Dobrze sprawdza się również w szpitalach i budynkach służby zdrowia. 

Przedstawiciel Kolportera zaznacza, że uruchamianie kolejnych placówek uzależnione jest jednak od stanu prawnego. Rynek detaliczny wciąż czeka na ostateczny kształt ustawy o podatku od sprzedaży detalicznej. Zaproponowany w lutym projekt Ministerstwa Finansów wywołał niezadowolenie środowiska sprzedawców. Po ich sprzeciwie rząd obiecał zmiany i po 11 kwietnia ma przedstawić organizacjom kupieckim dwie propozycje nowego projektu.

– Nasze plany, niestety, zahamował projekt ustawy o podatku od sprzedaży detalicznej – mówi rzecznik Kolportera – Braliśmy udział w dyskusji z posłami w tej sprawie, wysłaliśmy też pismo, przedstawiliśmy swoje stanowiska, argumenty i analizy. Cały czas czekamy na ostateczny kształt tej ustawy. Na pewno nasze punkty nie zostaną zlikwidowane. Natomiast w sposób naturalny musieliśmy zweryfikować plany rozwoju.

Pierwotny projekt zakładał opodatkowanie sieci detalicznych podatkiem w wysokości 0,7 proc. do 300 mln zł obrotu i 1,3 proc. powyżej tej sumy w dni powszednie. W weekendy, zarówno w soboty, jak i niedziele, stawki wzrosłyby do odpowiednio 1,3 proc. oraz 1,9 proc. Handlowcom najbardziej jednak nie spodobał się pomysł traktowania sieci franczyzowych jak placówek jednego właściciela, co podniosłoby stawkę i uniemożliwiło skorzystanie z kwoty wolnej od podatku.

– W tym momencie czekamy na ostateczne rozstrzygnięcie. Jeśli będzie ono dla nas niekorzystne, to, niestety, ten rozwój będzie musiał być wstrzymany. Dla innych sieci, dla mniejszych podmiotów będzie to prawdopodobnie oznaczało koniec działalności. Liczymy więc, że ta ustawa wejdzie w takim kształcie, który pozwoli nam bezpiecznie funkcjonować.

Kolporter jest jedną z trzech dominujących firm na rynku dystrybucji prasy, obok Ruchu i Garmond Press. Należy do nich 90 proc. rynku. Należąca do Kolportera sieć Top Press działa głównie w sieciach handlowych. W ofercie ma 700 produktów. Według danych firmy jej udział w rynku porównywalnych formatów wynosi 40 proc. Rocznie obsługuje 70 mln klientów.

Firmy wykorzystują tylko 10–15 proc. danych, do których mają dostęp. Rośnie jednak zapotrzebowanie na narzędzia i usługi związane z analizą informacji

0

CEO Magazyn Polska

Przedsiębiorstwa z branży IT oczekują szybkiego rozwoju sektora big data. Gromadzenie, przetwarzanie i analizowanie danych to jeden z filarów cyfrowej transformacji, która czeka polskie firmy i która pozwoli im zwiększyć efektywność. Dziś biznes wykorzystuje tylko ok. 10–15 proc. dostępnych dla niego danych. Dlatego obok usług związanych z chmurą i bezpieczeństwem IT big data i data center będą jednymi z najbardziej poszukiwanych przez firmy na rynku.

Technologia powoduje zwiększenie efektywności. W każdej firmie ludzie są najważniejsi, a ich czas jest drogi. Jeżeli poprzez technologie jesteśmy w stanie wykorzystać ich czas bardziej efektywnie, żeby mogli rozwiązywać problemy, to ta technologia będzie wspierała efektywność, a w związku z czym zwiększała konkurencyjność firmy. Jednocześnie cyfrowa transformacja firm będzie także kładła nacisk na wewnętrzne zmiany, które wspomogą proces decyzyjny – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Olszewski, dyrektor zarządzający Fujitsu Polska i dyrektor zarządzający firmy w regionie Europy Wschodniej.

Dużym wyzwaniem dla firm będzie poruszanie się w coraz większej ilości danych, rosnącej wraz z rozwojem internetu rzeczy i mediów społecznościowych. Jak wynika z prognoz IDC, do 2018 roku przepływ danych zewnętrznych w firmach wzrośnie pięciokrotnie. Podmioty, które będą przodować w cyfrowej transformacji, zwiększą ilość danych wychodzących co najmniej 500-krotnie. Dlatego zarówno analitycy rynku, jak i przedsiębiorstwa IT oczekują dynamicznego wzrostu sektora big data. Tym bardziej że umiejętne wykorzystanie danych może przynieść znaczącą wartość biznesową.

Analiza biznesu i pomoc w zrozumieniu potrzeb klienta to działania, które muszą być wspierane przez systemy informatyczne, właśnie przez cyfryzację. Dlatego że operowanie na dużych danych, na danych, które są przechowywane w skończonym czasie, jest najważniejsze. Dziś podejrzewamy, że prawdopodobnie 10, może 15 proc. wszystkich danych zebranych przez firmy jest w ogóle analizowane i wykorzystywane w biznesie – mówi Marcin Olszewski.

Z tym wiąże się również inna potrzeba firm, czyli przechowywanie danych. Zdaniem dyrektora Fujitsu znacząco będzie rosło zapotrzebowanie na efektywne data center oraz na usługi chmurowe.

Wiele polskich firm nie jest gotowych na chmurę publiczną, w związku z czym tworzą chmury prywatne lub pewną hybrydę między chmurą publiczną a prywatną. W tym zakresie potrzebują wsparcia – wyjaśnia Olszewski.

Jak wynika z danych Eurostatu za 2014 rok tylko 6 proc. polskich firm wykorzystywało chmurę, co plasowało nas na końcu europejskiego rankingu. Liderem była Finlandia (51 proc.). Ok. 40-proc. udział osiągnęły takie kraje, jak Islandia, Włochy, Szwecja czy Niemcy. To pokazuje, że polski rynek powinien bardzo dynamicznie rosnąć. Tym bardziej że prognozy dla światowego rynku też są bardzo optymistyczne. Analitycy IDC szacują, że w ciągu najbliższych czterech lat wydatki przedsiębiorstw na oprogramowanie, wdrożenie, serwisowanie i zarządzanie usługami cloudowymi wzrosną trzykrotnie i przekroczą 500 mld dolarów.

Biznes będzie sięgał po wszystkie technologie, które wspierają zwiększenie skali i dotarcie do klienta. Wśród nich jest oferta z zakresu multichannel, czyli różne kanały sprzedaży i dotarcia do klienta w tym samym czasie. To m.in. zlikwidowanie kolejek w bankach poprzez wprowadzenie oferty w automatycznych kanałach sprzedaży takich jak kioski informatyczne. Również sektor firm telekomunikacyjnych, chociażby operatorów komórkowych, jest na to otwarty, dlatego że w punktach obsługi klienta jest wąskie gardło – mówi Marcin Olszewski.

80 proc. firm chce dokonać usprawnień w obszarze obsługi klienta i komunikacji z nimi. Jednocześnie wiele z nich deklaruje, że będzie zwiększać wydatki na cyberbezpieczeństwo.

Oferta w zakresie bezpieczeństwa danych i infrastruktury będzie coraz bardziej poszukiwana na rynku. W Europie analizowane są różne dostępne systemy wspomagające bezpieczeństwo, czyli ochronę granic, kontrolę przepływu osób pomiędzy krajami strefy Schengen, obsługę wszystkich imprez masowych, które nas w najbliższym czasie czekają. Chodzi o dostęp do stref chronionych, gdzie kluczowa jest identyfikacja osób. Moim zdaniem bez technologii i biometrii nie da się tego zrobić – przekonuje Marcin Olszewski.

Data center, w tym chmura, multichannel i bezpieczeństwo to trzy kwestie, na które stawia Fujitsu. Przedstawiciele firmy zapewniają, że chcą być partnerem dla biznesu przy wdrażaniu nowych technologii. O ich potencjale dla biznesu rozmawiało 10 tys. ekspertów z branży podczas Fujitsu World Tour, które odbyło się 12 kwietnia w Warszawie. Stolica Polski jest jedną z 22 metropolii, w której odbyło się tego typu wydarzenie.

Chcemy zainspirować klientów i partnerów rozwiązaniami, które są oferowane przez Fujitsu na całym świecie, zarówno od strony infrastruktury, jak i usług. W tym roku pierwszy raz zaprosiliśmy tak dużą grupę partnerów – mówi Marcin Olszewski.

Nawet niewielkie zanieczyszczenia paliw dużym zagrożeniem dla silników samochodowych

CEO Magazyn Polska

Najczęstszą przyczyną złej pracy silnika jest zanieczyszczone paliwo. Pogarsza ergonomikę jazdy, a silnik pracuje wolniej i głośniej. Paliwo złej jakości może nawet doprowadzić do zatrzymania jego pracy. Kierowcy często nie zdają sobie sprawy z tego, jakie zagrożenia dla samochodu może nieść zanieczyszczone paliwo. Groźna jest już nawet drobinka brudu.

Czynników powodujących zanieczyszczenia w silniku jest bardzo wiele. Bardzo często zanieczyszczeniom ulega układ recyrkulacji spalin czy filtry DPF, jednak największe zagrożenie niosą ze sobą zanieczyszczenia znajdujące się w paliwie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Dziełak, ekspert ds. technicznych działu serwisu w Toyota Motor Poland.

Jak podkreśla, wybór paliwa ma kluczowe znaczenie. W Unii Europejskiej do obrotu dopuszczone są tylko paliwa spełniające określone normy, ale mimo to jakość paliw dostępnych na polskich stacjach jest bardzo różna. Część z nich zawiera dodatki ulepszające, które zapobiegają powstawaniu zanieczyszczeń. Ich cena zwykle jest wyższa, ale – zdaniem eksperta – koszt, który kierowca musi ponieść w związku z konsekwencjami używania zanieczyszczonego paliwa, może być znacznie wyższy.

Zanieczyszczenia znajdujące się w paliwie mają bardzo negatywny wpływ na układ paliwowy i może to nieść ze sobą wiele problemów dla kierowcy, np. uszkodzenie istotnych elementów układu paliwowego – mówi Dziełak. – Niestety, większość takich uszkodzeń jest nieodwracalna. Ich naprawa polega na wymianie elementów, które są bardzo kosztowne.

Wyjaśnia, że już niewielka ilość brudu w paliwie może zablokować niektóre elementy silnika, pogarszając w ten sposób osiągi pojazdu, i sprawić, że stanie się mało dynamiczny. Wyższe może się również stać zużycie paliwa.

W przypadku braku regularnego serwisowania może nawet dojść do zatrzymania pracy silnika – przekonuje ekspert Toyota Motor Poland.

Aby ograniczyć światło otworu we wtryskiwaczu paliwa, wystarczy niewielkie zabrudzenie. Jeśli otwór jest choćby częściowo zablokowany, dopływ paliwa do silnika jest ograniczony, a samo paliwo jest nieprawidłowo rozpylane. Jak jednak wskazuje Dziełak, większość kierowców nie jest świadoma zagrożeń, jakie może ze sobą nieść zanieczyszczona benzyna. Problemy można jednak łatwo rozpoznać, wystarczy dokładnie wsłuchać się w swój samochód.

Pierwszymi oznakami jest głośna praca silnika, nadmierne dymienie lub problemy z rozruchem – mówi specjalista.

Producenci samochodów są świadomi problemów powodowanych przez zanieczyszczenia. Dlatego aby zminimalizować problemy, szukają sposobów na ulepszenie konstrukcji silników. Jakość paliw ma jednak decydujące znaczenie.

Producenci starają się rozwiązać ten problem, stosując np. dwa filtry paliwa w nowoczesnych silnikach diesla, które są w stanie lepiej oczyścić paliwo. Coraz bardziej wyśrubowane normy emisji spalin wymuszają jednak na nich konstruowanie bardziej precyzyjnych elementów układu paliwowego, które są bardziej narażone na zanieczyszczenia – tłumaczy Marcin Dziełak.

W 2014 roku Inspekcja Handlowa zakwestionowała niecałe 4 proc. skontrolowanych próbek paliw. Większość nieprawidłowości dotyczyła oleju napędowego. Z roku na rok zakwestionowanych próbek jest coraz mniej. UOKiK podkreśla, że jeżeli paliwo uszkodziło silnik, z czym wiązały się koszty naprawy, można złożyć reklamację u właściciela stacji. Warto też zawiadomić Inspekcję Handlową. Gdy sprzedawca negatywnie rozpatrzy reklamację, kierowca może dochodzić swoich praw na drodze sądowej.

Średnio na zakupy w internecie Polacy przeznaczają 80 zł miesięcznie. Największe znaczenie ma dla nich cena

CEO Magazyn Polska

Rośnie zaufanie klientów do e-sklepów. 54 proc. internautów deklaruje, że kupują online na polskich stronach internetowych. Wciąż decydująca przy wyborze sklepu i produktu lub usługi pozostaje cena. Tu też internet ma przewagę nad sklepami tradycyjnymi, bo umożliwia porównywanie cen w różnych sklepach i wybór najkorzystniejszej oferty. 

Coraz więcej kupujemy w sieci i robimy to coraz chętniej. Główna przeszkoda, którą wymieniano dotychczas jako barierę dla zakupów w sieci, czyli bezpieczeństwo, traci na znaczeniu. W zasadzie ci, którzy dokonują zakupów, wiedzą, że jest to w miarę bezpieczne, przestało być to dużym problemem. Oczywiście jest nim dla tych, którzy nie kupują w sieci, czyli dla drugiej połowy internautów – mówi agencji Newseria Biznes dr Jolanta Tkaczyk z Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie.

Z badania „E-commerce w Polsce 2015” Gemius dla e-Commerce Polska wynika, że średnio na e-zakupy przeznaczamy 80 zł miesięcznie, ale ta kwota stale rośnie. Kupujący w sieci podkreślają, że kupowanie online to wygoda i oszczędność. Produkty są dostępne w szerszym asortymencie niż w sklepach stacjonarnych. Internauci cenią sobie komfort, jakim jest możliwość nabywania produktów bez wychodzenia z domu oraz dostawa do domu. 40 proc. z nich przyznaje, że na decyzję zakupową w danym sklepie wpłynęły pozytywne opinie o nim i doświadczenia innych konsumentów.

Wybierając konkretny sklep internetowy, w pierwszej kolejności klienci biorą jednak pod uwagę cenę. I to rozumianą szeroko, czyli nie tylko jako cena samego produktu, lecz także np. koszt dostawy – mówi dr Jolanta Tkaczyk.

Z ubiegłorocznego badania ICAN Research dla Płatności Online BM wynika, że cena produktu jest ważna dla 68 proc. badanych, zaś wiarygodność sklepu – dla 56 proc. Ponad 30 proc. wskazało, że wybiera sklepy, które umożliwiają szybki i tani zwrot towaru.

E-sklepy starają się przekonać klientów do impulsywnych zakupów, tzn. upraszczają procedury, umożliwiając np. zakup bez rejestracji i maksymalnie skracając ścieżkę od momentu wybrania produktu do dokonania zakupu. Wprawdzie każdy konsument w inny sposób podejmuje decyzje zakupowe, to jednak sieć skłania do bardziej racjonalnych wyborów. Klient ma czas na dokładne przemyślenie zakupu, może porównać ceny w różnych e-sklepach oraz zapoznać się z opiniami użytkowników.

Prawie 3/4 wszystkich zakupów to są tzw. koszyki porzucone. Powody takich decyzji są różne, ale patrząc z ogólnej perspektywy, widzimy, że często jest to problem ostatecznej ceny – wyjaśnia dr Tkaczyk. – Na początku wydaje nam się, że produkt jest w atrakcyjnej cenie, a w momencie, kiedy wrzucamy go do koszyka i chcemy zakończyć transakcję, okazuje się, że cena dostawy nas zniechęca.

Problemem może być też długi czas oczekiwana na zamówiony produkt. Co czwarty kupujący zrezygnował z zakupu w sklepie internetowym z powodu braku dogodnej dla siebie formy płatności.

Obawa o wysoki koszt dostawy i długie oczekiwanie na zakupione produkty są głównymi przyczynami, dla których kupowanie w zagranicznych e-sklepach nie jest jeszcze zbyt popularne. Takich e-zakupów dokonało ok. 13 proc. internautów.

#dobrazmiana – Badanie na temat postaw miro- i małych przedsiębiorców wobec rządu PiS

Blisko 60 proc. mikro- i małych firm nie ma zaufania do decyzji nowo wybranego rządu i nie wierzy, że poprawi on warunki prowadzenia biznesu w Polsce. Przeciwnego zdania jest zaledwie 19,2 proc. ogółu badanych – wynika z badania Instytutu Badań i Analiz OSB oraz portalu Firmy.net.

Firmy.net zaprezentował wnioski z szóstego badania polskich mikro- i małych firm w raporcie „Jak w Polsce prowadzi się własny biznes”. Oprócz analizy nastawienia firm do polityki rządu, zawiera on także m.in. ocenę przez przedsiębiorców drugiego półrocza 2015 roku i analizę ich planów na bieżące półrocze.

Większość przedsiębiorców bez nadziei na „dobrą zmianę”

Pomimo zmiany partii rządzącej w ostatnich wyborach parlamentarnych, przedsiębiorcy nie wykazują większej nadziei na poprawę sytuacji i zmianę przepisów na bardziej korzystne. Do decyzji podejmowanych przez obecny rząd nie ma zaufania 57,2 proc. z nich, z tego zdecydowanie na nie jest 29,3 proc., a raczej na nie 27,9 proc. respondentów.

Liczba przedsiębiorców niewierzących w „dobrą zmianę” nie jest równoważona przez zwolenników nowego rządu, których odsetek wyniósł zaledwie 19,2 proc. ogółu badanych. Pozostała grupa (23,6 proc.) nie wskazała swojego stanowiska.

W „dobrą zmianę” wierzy zaledwie 19,2 proc. małych firm Rys. 1 – Zaufanie do nowo wybranego rządu w kwestiach związanych z warunkami prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce oraz funkcjonowaniem polskiej gospodarki

Obawy o zwiększenie obciążeń finansowych

Przedsiębiorcy, którzy nie ufają nowemu rządowi, zapytani o powody swojej postawy, wskazywali dość zróżnicowane odpowiedzi. Najczęściej ankietowani mieli obawy związane ze wzrostem obciążeń finansowych – przede wszystkim wzrostem podatków i kosztów prowadzenia działalności gospodarczej, szczególnie związanych z zatrudnianiem pracowników.

Przedsiębiorcy zwracali również uwagę na swoją niechęć do kolejnych zmian w prawie, powodujących coraz więcej niejasności i zawiłości, a przy tym do wzmożonych kontroli organów skarbowych, które destabilizują pracę w firmach. Martwili się także o stabilizację gospodarczą w kraju z powodu braku ukierunkowanych dział.

„Podłożem postawy nieufności wobec nowego rządu są przeczucia przedsiębiorców odnośnie wysokich przyszłych wydatków budżetowych, które będą związane ze spełnianiem obietnic wyborczych. Aby zebrać na to pieniądze, rząd będzie musiał zwiększyć obciążenia podatkowe w ten czy inny sposób, co nie będzie pozytywnie wpływało na obniżanie kosztów prowadzenia własnej działalności gospodarczej.  Patrząc na ostatnie zapowiedzi i plany przedstawicieli rządu, jak choćby zwiększenia opodatkowania paliwa, nie są to bezpodstawne obawy” – komentuje Michał Kurczycki z portalu Firmy.net.

Zwolennicy nowego rządy mają wobec niego wysokie oczekiwania

Przedsiębiorcy, którzy przychylnie patrzą na obietnice wyborcze nowego rządu, największe oczekiwania mają odnośnie zmniejszenia wysokości podatków i kosztów związanych z zatrudnianiem pracowników. Uproszczenie przepisów prawnych oraz podatkowych w dalszym ciągu jest życzeniem większości właścicieli firm. Zwolennicy liczą również na podwyższenie kwoty wolnej od podatku oraz wzmocnienie pozycji konkurencyjnej polskich przedsiębiorców przez opodatkowanie zagranicznych koncernów i sklepów wielkopowierzchniowych oraz zwalczanie „szarej strefy”.

Informacje o badaniu

Badanie nastrojów gospodarczych zostało przeprowadzone po raz szósty w grudniu 2015 r. z zastosowaniem techniki CAWI przez Instytut Badań i Analiz OSB. W badaniu wzięło udział 1096 przedstawicieli małych firm (46,1 proc. firm jednoosobowych, 47,3 proc. mikro firm, zatrudniających od 1 do 9 pracowników, oraz 6,7 proc. małych firm, zatrudniających od 10 do 49 osób), które są zarejestrowane w wyszukiwarce firm Firmy.net. Wśród ankietowanych większość zajmuje się działalnością usługową – 63 proc., 20,3 proc. – handlową, 10,7 proc. – budowlaną, 5,4 proc. – przemysłową, a 0,6 proc. działa w branży rolnej. Z uwagi na liczbę i strukturę respondentów wyniki badania mają charakter reprezentatywny.

BNP Paribas Real Estate Poland powołano do życia nowe stowarzyszenie „Ladies First”

30 marca w siedzibie BNP Paribas Real Estate Poland powołano do życia nowe stowarzyszenie „Ladies First” zaadresowane do kobiet zarządzających i współpracujących z firmami z sektora TSL i produkcyjnego. Pomysłodawczynią i pierwszą Prezes stowarzyszenia jest Katarzyna Pyś-Fabiańczyk, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland.

Katarzyna Pyś-Fabiańczyk
Katarzyna Pyś-Fabiańczyk, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

Z założenia stowarzyszenie ma być platformą do podnoszenia kompetencji biznesowych i zarządczych kobiet poprzez wymianę doświadczeń i realizację wspólnych projektów edukacyjnych. W ramach bieżącej aktywności „Ladies First” podejmowane będą działania związane z wyrównaniem szans na rynku pracy pomiędzy kobietami i mężczyznami, promowaniem kultury, sztuki i sportu, a także prowadzeniem działalności naukowej i oświatowej. W obszarze zainteresowań stowarzyszenia znalazły się także kwestie ochrony środowiska i ekologii oraz wsparcie charytatywne grup społecznie wykluczonych.

„Formuła stowarzyszenia daje bardzo duże możliwości wykorzystania naszych umiejętności i doświadczeń, stąd pomysł, żeby przekształcić dotychczasową platformę networkingową w szerszy format. W ramach „Ladies First” będziemy inwestować nie tylko w rozwój naszych kompetencji biznesowych, ale i innych obszarów związanych z kulturą, sportem i co bardzo istotne, działalnością charytatywną.”  –  zaznacza Katarzyna Pyś-Fabiańczyk, pomysłodawczyni stowarzyszenia, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland.

W spotkaniu założycielskim udział wzięło 21 kobiet reprezentujących wiodące firmy z branży logistycznej i produkcyjnej. W składzie Komitetu Założycielskiego znalazły się Katarzyna Pyś-Fabiańczyk i Katarzyna Lemańska z BNP Paribas Real Estate, a także  Marta Gaj z firmy WXCA Sp. z o.o. W skład Zarządu weszły: Katarzyna Pyś-Fabiańczyk (Prezes), Dagmara Głowacka (Wiceprezes) z firmy Kongsberg Automotive i Marta Kołodziejska (Wiceprezes) z firmy Goodman. Komisję Rewizyjną reprezentują Monika Starowieyska (Przewodniczący) z firmy Segro, Marta Gaj (Zastępca Przewodniczącego), Monika Duda z Cushman & Wakefield, Małgorzata Połeć-Włoch z firmy Redbull oraz Katarzyna Lemańska z BNP Paribas Real Estate. Pozostałe osoby, wśród nich Agata Wydmańska z firmy Fiege i Marta Sękulska-Wrońska z WXCA, zadeklarowały chęć prowadzenia zespołów projektowych.

Menedżerowie coraz chętniej finansują zakup rozwiązań IT

Według badań IDC, już 30% menedżerów działów biznesowych w Europie Środkowo-Wschodniej coraz chętniej sama finansuje zakup rozwiązań IT.

Według danych niedawno opublikowanych przez IDC, już teraz niemal 29 proc. wszystkich wydatków na technologie informatyczne pochodzi bezpośrednio z działów biznesowych. Co więcej, finansowanie IT przez działy biznesowe ma wzrosnąć o jedną trzecią do końca 2019 r.

Poziom wydatków różni się, w zależności od sektora i kraju. Przykładem może być branża bankowa. W 2015 r. działy biznesowe w regionie Europy Środkowo-Wschodniej sfinansowały nieco ponad 29 proc. wydatków IT. Na Węgrzech było to zaledwie 8 proc, w Czechach 18 proc. a w Polsce aż 43 proc. Równie duże dysproporcje występują w handlu detalicznym. W pozostałych krajach CEE działy biznesowe firm handlu detalicznego sfinansowały zaledwie 13 proc. wydatków IT w 2015 r. W Rosji liczba ta wrasta do 32 proc, a w Rumunii – aż 71 proc.

„Obserwujemy wyraźne trendy krajowe i wertykalne w skali regionu — mówi Jarosław Smulski, starszy menedżer ds. badań w polskim biurze IDC. — W Polsce i Rumunii większa część ogólnego finansowania IT pochodzi z działów biznesowych, niż np. w Czechach czy na Węgrzech. Na tych dwóch ostatnich rynkach zespoły IT budowały swoje doświadczenie równolegle z działami biznesowymi, co wyraźnie wpłynęło na podział budżetów IT. W większości są to jednak głównie analizy charakteryzujące każdy specyficzny rynek, więc w poszukiwaniu źródła pieniędzy zawsze warto wziąć pod uwagę zarówno kraj, jak i branżę”.

Udział jednostek biznesowych w finansowaniu IT ma rosnąć w ciągu następnych kilku lat. IDC szacuje, że w 2019 r. działy biznesowe w regionie CEE będą odpowiedzialne za ponad 31 proc. wydatków IT, przy czym na początku listy znajdą się media oraz usługi indywidualne z mniej więcej 41-procentowym udziałem.

Choć proporcje w regionie CEE są (i przewiduje się, że pozostaną) znacznie niższe od prognozowanej globalnej średniej, która wynosi około 48 proc., wpływ działów biznesowych w regionie CEE będzie większy, niż sugerują to dane budżetowe.

„Źródło finansowania to dobry wskaźnik tego, kto ma wpływ na podejmowane decyzje IT — mówi Jarosław Smulski. W Europie Środkowej i Wschodniej wpływ ten będzie niedoszacowany. Z badań IDC wynika, że trzy czwarte liderów biznesowych ma dobre relacje ze swoimi działami IT, a 40 proc. prowadzi projekty z udziałem zespołów IT. Liczby te będą rosły szybciej, niż wkład działów biznesowych w finansowanie IT, ponieważ wiedza techniczna ma kluczowe znaczenie dla efektywnych wdrożeń IT w takich obszarach, jak wytwórczość, usługi użyteczności publicznej, opieka zdrowotna i telekomunikacja”.

Poradnik IDC Worldwide Semiannual IT Spending Guide: Line of Business pokazuje, jak kompetencje nabywcze przesuwają się z działów IT do 11 innych jednostek biznesowych. Informuje dostawców IT, gdzie są pieniądze, gdzie podejmuje się decyzje IT i co się zmieni w przyszłości. Analiza IDC obejmuje 53 kraje, 17 rynków wertykalnych oraz 31 obszarów technologicznych, dostarczając szczegółowych informacji na potrzeby planowania produktów, sprzedaży i strategii marketingowej.

Huawei numerem 1 pod względem liczby złożonych patentów

Światowa Organizacja Własności Intelektualnej (World Intellectual Property Organization, WIPO) ogłosiła, że Huawei już po raz drugi z rzędu znalazł się na szczycie listy firm, które zgłosiły najwięcej międzynarodowych patentów w 2015 roku. Huawei złożył łącznie 3898 wniosków patentowych, czyli o 456 więcej niż w roku poprzednim, wyprzedzając tym samym takie firmy jak Qualcomm, Samsung, Sony oraz HP.

Światowa Organizacja Własności Intelektualnej (WIPO) zlicza i analizuje wnioski złożone na podstawie Układu o Współpracy Patentowej (PCT) – konwencji, która umożliwia uzyskanie patentu poprzez dokonanie jednego zgłoszenia w uproszczonym systemie w 148 krajach.

Liczba międzynarodowych zgłoszeń patentowych składanych w ramach PCT wzrosła w roku 2015 o 1,7 proc., osiągając 218 tysięcy. Oznacza to ustanowienie nowego, rocznego rekordu.

Warto wspomnieć, że oprócz zaszczytnego miejsca w zestawieniu WIPO, Huawei uplasował się także na 1 pozycji w Europie wśród firm składających wnioski patentowe w dziedzinie komunikacji cyfrowej w 2015 roku. Europejski Urząd Patentowy (EPO) podaje, że było ich aż 1197.

Fabryka Obrabiarek RAFAMET S.A. dostarczy kolejne maszyny na rynek francuski

Odbiorcą dwóch tokarek podtorowych typu UGE 300 N jest firma RATP, piąty na świecie operator transportu publicznego, codziennie obsługujący 10 mln pasażerów. – To bardzo prestiżowe zwycięstwo – tak Andrzej Rustanowicz, Dyrektor Eksportu spółki z Kuźni Raciborskiej, podsumowuje udział RAFAMETU w postępowaniu przetargowym. Przedstawiciele paryskiej firmy są niezwykle wymagający, tym bardziej cieszy fakt, że wysoko oceniają oni profesjonalizm i zaangażowanie polskiego producenta.

Firma RAFAMET istnieje na francuskim rynku od końca lat 60-tych ubiegłego wieku. W kraju nad Sekwaną pracuje ponad 50 maszyn wyprodukowanych w Kuźni Raciborskiej, zarówno obrabiarek kolejowych, jak i ciężkich tokarek karuzelowych. Jesteśmy obecni we wszystkich kluczowych gałęziach francuskiej gospodarki: energetyce nuklearnej, przemyśle, energetyce, sektorze kosmicznym i oczywiście w kolejnictwie, lokując swoje maszyny nie tylko w SNCF

(Francuskie Koleje Państwowe), ale i w całym tamtejszym sektorze prywatnych usług kolejowych. Naszymi odbiorcami są również m.in: Areva, Alstom, EDF, francuski oddział energetyczny General Electric, Snecma produkująca silniki dla Airbusa, Forgital – firma z branży kosmicznej i szereg innych – wylicza Andrzej Rustanowicz, Dyrektor Eksportu w Fabryce Obrabiarek RAFAMET S.A.
Za sprawą zawartej w marcu umowy, do grona znaczących francuskich odbiorców spółki z Kuźni Raciborskiej dołączyła firma RATP. Kontrakt został podpisany w Paryżu, gdzie mieści się jej główna siedziba. – RATP to piąty na świecie operator w transporcie publicznym, który w regionie Paryża i tzw. Wielkiego Paryża obsługuje codziennie 10 mln pasażerów. Przedsiębiorstwo zarządza 16 liniami metra (to 303 stacje) o łącznej długości 220 km, a także 5 liniami kolei regionalnej RER, liczącymi 590 km, spośród których aż 80 jest zlokalizowana pod ziemią. Poza tym, do RATP należy

7 linii tramwajowych o długości ponad 100 km. Warto także zaznaczyć, że jest to jeden z największych pracodawców we Francji, RATP zatrudnia ok. 60 tys. osób – relacjonuje Andrzej Rustanowicz.

Współpraca z odbiorcą tej rangi jest wyjątkowo prestiżowa, dlatego też udział w przetargu publicznym wzięli wszyscy liczący się producenci, w tym firmy spoza Europy. – Francuski rynek jest bardzo hermetyczny, a sposób formułowania przetargów publicznych wymaga od ich uczestników ogromnego zaangażowania. Samo przygotowanie oferty przetargowej było niezwykle skomplikowane; w krótkim czasie należało dostarczyć nadzwyczaj dużo dokumentacji. Tym bardziej cieszy nas zatem zdobycie kontraktu – podkreśla A. Rustanowicz, posiadający 30-letnie doświadczenie w pracy na rynku francuskim.

Opinię tę podziela Edyta Pałamarz, kierownik sprzedaży w Fabryce Obrabiarek RAFAMET S.A.
Procedury przetargów publicznych francuskiego sektora transportu są bardzo złożone. Część administracyjna wymaga przygotowania wielu dokumentów, po dostarczeniu których odbywają się konsultacje techniczne. Zeszyt przetargowy z wszystkimi szczegółami projektu został przekazany dopiero w momencie zakwalifikowania się firmy jako kandydata na dostawcę. Dokument z wymogami technicznymi miał postać obszernej tabeli, którą należało wypełnić szczegółowymi odpowiedziami. Obligowało nas to do szybkiego przygotowania obszernych materiałów, ale dzięki ciężkiej pracy całego zespołu, przede wszystkim osób z działu ofertacji, a także konstruktorów, wszystko przebiegło pomyślnie. Zdobycie kontraktu niezwykle nas cieszy – mówi Edyta Pałamarz. RATP to wymagający klient. Dyrektor Eksportu zdradza, że zanim francuska firma zamówiła maszyny, jej przedstawiciele wielokrotnie gościli w Kuźni Raciborskiej, sprawdzali osobiście również europejskie referencje RAFAMETU, interesował ich także sposób działania serwisu posprzedażowego. – Po wielu rundach spotkań techniczno-handlowych odbiorca nabrał do nas zaufania, toteż atmosfera pracy jest bardzo dobra, a współpraca układa się znakomicie. Przedstawiciele RATP otwarcie doceniają sprawną, terminową i fachową pracę całego zespołu firmy RAFAMET. Nie dalej niż 10 dni po podpisaniu kontraktu, reprezentujący RATP inżynier prowadzący projekt przyjechał do Polski. Celem jego wizyty były dalsze, szczegółowe uzgodnienia dot. zamówionych maszyn. Praca naszego działu handlowego i biura konstrukcyjnego, ich profesjonalizm i szybkie tempo udzielania odpowiedzi zostały przez niego wysoko ocenione – mówi. Termin realizacji kontraktu jest dość odległy: pierwsza maszyna zostanie dostarczona w roku 2018, druga rok później. – Jest to spowodowane harmonogramem budowy bardzo nowoczesnych, zlokalizowanych pod Paryżem zajezdni, gdzie będą pracowały tokarki UGE 300 N. Przeznaczeniem maszyn jest obsługa nowoczesnego taboru RATP, który stanie się wizytówką transportu szynowego regionu paryskiego – podsumowuje Andrzej Rustanowicz.

Deloitte: Klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania wymaga dopracowania

Ministerstwo finansów planuje wprowadzenie tzw. klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, której celem ma być postawienie granicy pomiędzy dopuszczalnym planowaniem podatkowym, a tworzeniem sztucznych struktur mających na celu jedynie unikanie opodatkowania, które klauzula ma uniemożliwić. Według ekspertów firmy doradczej Deloitte tryb wprowadzenia ustawy oraz niektóre jej zapisy mogą jednak budzić pewne wątpliwości na gruncie ustawy zasadniczej, w konsekwencji czego decyzje podjęte na podstawie ustawy przez organy podatkowe mogą być podważane.

Projekt nowelizacji ordynacji podatkowej trafił do Sejmu i ma być przedmiotem obrad podczas najbliższego posiedzenia. Projekt przewiduje wejście nowych przepisów w życie po upływie 30 dni od dnia ich ogłoszenia. – Idea wyeliminowania sztucznych, niemających uzasadnienia biznesowego struktur, które tworzone są wyłącznie w celu obniżania lub niepłacenia podatków jest generalnie słuszna. Pewnym wyzwaniem jest natomiast takie sformułowanie zapisów klauzuli, aby spełniła ona standard konstytucyjny – mówi Mariusz Stefaniak, Menedżer z Działu Doradztwa Podatkowego Deloitte – Z tej perspektywy kluczowy jest też tryb, w jakim przepisy o klauzuli mają zostać wprowadzone do porządku prawnego – dodaje.

 

Eksperci Deloitte wskazują na orzecznictwo w tym zakresie. W wyroku z 11 maja 2004 r.
(sygn. K 4/03) Trybunał Konstytucyjny (TK) wskazał, jaką formę klauzuli należy uznać za niedopuszczalną z uwagi na niezgodność z Konstytucją. W świetle wskazanego wyroku, zakazane jest stosowanie zwrotów, wobec których istnieje ryzyko, że ich brzmienie pozostawi zbyt dużą swobodę decyzyjną organom stosującym. Sposób interpretacji przepisów nie powinien być zależy od subiektywnego stanowiska tego, kto tej interpretacji będzie dokonywać. Jednocześnie przepisy o klauzuli powinny pozwalać podatnikowi przewidzieć, jaka będzie treść rozstrzygnięcia, gdyby klauzula znalazła w stosunku do niego zastosowanie.

Odnośnie do poszczególnych zapisów klauzuli, samo Ministerstwo Finansów zauważa, że trudno jest uniknąć pewnych wątpliwości. W ramach prac nad projektem Ministerstwo wskazywało m. in., że cechą takich norm, jak klauzula generalna, jest zawsze pewien element ogólności. W przypadku klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, zdaniem Ministerstwa, nie da się uniknąć pewnych sformułowań ogólnych. Norma o takim celu, jaki ma do spełnienia klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania, musi dawać podmiotowi stosującemu prawo odpowiedni stopień luzu decyzyjnego, a jednocześnie nie może być skonstruowana za pomocą pojęć na tyle ścisłych i jednoznacznych, aby całkowicie wyeliminować wrażenie niepewności prawnej.

– Wątpliwości może budzić w szczególności konieczność oceny istotności celów biznesowych podatnika. Uznaje się, że czynność podatnika, która miała inne istotne cele niż korzyść podatkowa nie jest unikaniem opodatkowania. Ponadto z perspektywy przewidywalności rozstrzygnięć podejmowanych na gruncie klauzuli, na zarzut niekonstytucyjności może być narażony zapis, zgodnie z którym – w przypadku stwierdzenia unikania opodatkowania – możliwą konsekwencją zastosowania klauzuli jest przyjęcie takich skutków podatkowych, jakby podatnik podjął „czynności odpowiednie” zamiast faktycznie zastosowanych – zauważa Maciej Guzek, Starszy Menedżer z Działu Doradztwa Podatkowego Deloitte. –  Wydaje się, że powyższego zarzutu nie można rozszerzyć na drugą, alternatywną konsekwencję zastosowania klauzuli, jaką może być uznanie za niebyłe wszystkich skutków podatkowych działań podatnika – dodaje.

Z orzecznictwa TK wynika również, że zmiany w podatkach rozliczanych rocznie (np. w podatkach dochodowych) generalnie nie powinny być wprowadzane w trakcie roku (tak np. w wyroku z dnia 25 kwietnia 2001 r. sygn. K. 13/01). W wyroku z 18 listopada 2014 r. (sygn. akt K 23/12) TK wskazał, że powyższy zakaz odnosi się do wszystkich elementów konstrukcyjnych obowiązku podatkowego, a zatem do podmiotu, przedmiotu, podstawy opodatkowania oraz stawek podatkowych. Planowana nowelizacja – choć z technicznego punktu widzenia nie stanowi zmiany podatków dochodowych (nowe przepisy zostaną wprowadzone do ordynacji podatkowej), to jednak będzie skutkować modyfikacją ustalonych dotąd w podatkach dochodowych zasad opodatkowania, a zwłaszcza przedmiotu i podstawy opodatkowania. Dotyczy to w szczególności uprawnienia organu podatkowego do zanegowania konsekwencji podatkowych działań podatnika bądź wyciągnięcia konsekwencji z działania, którego podatnik faktycznie nie dokonał, ale które organ uznał za działanie odpowiednie, biorąc pod uwagę cele, jakie podatnik chciał osiągnąć. – Warto podkreślić, że niewyeliminowanie wątpliwości konstytucyjnych może przekreślić skuteczne stosowanie klauzuli. Dotyczy to nie tylko wątpliwości związanych z treścią poszczególnych przepisów, ale również planowanego trybu wprowadzenia klauzuli – podkreśla Mariusz Stefaniak z Deloitte. – Można bowiem przewidywać, że podatnicy, którym postawiony zostanie zarzut unikania opodatkowania, podnosić będą zarzut niekonstytucyjności zapisów klauzuli, a także wskazywać, że została wprowadzona w trakcie roku podatkowego, a zatem w sposób niezgodny z konstytucją – dodaje.

 

W ocenie części orzecznictwa i doktryny prawniczej, ewentualna niekonstytucyjność klauzuli mogłaby zostać stwierdzona nie tylko wyrokiem TK (gdyby przepisy klauzuli zostały zaskarżone do trybunału lub sąd administracyjny zadałby pytanie w tej kwestii do TK), także sami podatnicy potencjalnie mogliby skutecznie powoływać się na niezgodność klauzuli z Konstytucją w postępowaniu przed sądami administracyjnymi. – Jeśli sądy administracyjne uznałyby zarzut niezgodności klauzuli z Konstytucją w zakresie poszczególnych zapisów lub trybu wprowadzenia za uzasadniony, klauzula mogłaby stać się martwym przepisem – ostrzega Mariusz Stefaniak.

 

Jak zaznaczają eksperci Deloitte, powyższych wątpliwości można uniknąć. Zmiana daty wejścia w życie projektowanych przepisów i wprowadzenie ich od 1 stycznia 2017 r. wyeliminowałaby ryzyko zarzutu niezgodnego z konstytucją wprowadzenia klauzuli. Z kolei ograniczenie skutków zastosowania klauzuli wyłącznie do uznania za niebyłe wszystkich konsekwencji podatkowych działań podatnika wyeliminowałoby wątpliwości związane z koniecznością precyzyjnego i dającego się przewidzieć rezultatu zastosowania klauzuli. Oznaczałoby to rezygnację z drugiej możliwej konsekwencji zastosowania klauzuli, jaką – zgodnie z aktualną wersją projektu – jest przyjęcie takich skutków podatkowych, jakby podatnik podjął „czynności odpowiednie” zamiast faktycznie zastosowanych.

– Wydaje się, że warto również rozważyć zmianę zapisu o „istotnych” celach niepodatkowych, których istnienie będzie wyłączać zastosowanie klauzuli, poprzez odniesienie się do rzeczywistych celów biznesowych. Najprawdopodobniej ocena realności biznesowych celów podatnika nie będzie zależeć od tylu elementów subiektywnych, co ocena istotności tych celów – podsumowuje Maciej Guzek z Deloitte.

Włamania, kradzieże, nadużycia. Jak chronić firmę?

Włamania, kradzieże, nadużycia. Tylko z powodu tych ostatnich polskie firmy tracą co roku miliony złotych. To efekt niedostatecznej ochrony biur i zakładów, a po części również wina samych pracowników.

Jak wynika z raportu PwC „Ciemna strona mocy, czyli kto i jak oszukuje polskie firmy”, aż 44% polskich przedsiębiorstw traci rocznie ponad 400 tys. zł z powodu nadużyć. Więcej niż co piąte z nich musiało sobie radzić ze stratami powyżej 4 mln zł. Największą plagą okazało się być:

  • sprzeniewierzenie aktywów (niemal 2/3 ogólnej liczby przypadków nadużyć),
  • nadużycia wynikające z cyberprzestępczości (32%),
  • nadużycia przy zakupach i nadużycia księgowe (29%).

W ubiegłym roku doszło też do niemal 95 tys. przypadków kradzieży z włamaniem, których ofiarą również padają przedsiębiorcy. Kradzione są samochody, komputery, inny sprzęt elektroniczny, a nawet dokumenty. To stawia pytanie o metody zwiększania bezpieczeństwa mienia w rodzimych firmach. Co ciekawe, biznes musi się dobrze chronić nie tylko przed zagrożeniami z zewnątrz, ale także z wewnątrz.

Nadużycia dotykają handlu

Jak pokazał raport „The Global Retail Theft Barometr”, opublikowany przez Checkpoint, za 33% tzw. strat nieznanych w polskich obiektach handlowych odpowiedzialni są pracownicy. Kim są? Statystyka pokazuje, że to osoby z 3- lub 5-letnim stażem, a w 20% przypadków są one przedstawicielami kadry kierowniczej. Jak wskazują eksperci nieuczciwymi pracownikami kierują różne motywacje. Od chęci zemsty na pracodawcy po zwykły brak świadomości, że dane działanie jest niezgodne z prawem i etyką pracowniczą.

Jak podnieść bezpieczeństwo?

Co w takim razie robią pracodawcy, by zabezpieczyć się na wypadek wspomnianych zdarzeń? Najpopularniejszą metodą obrony przed zjawiskiem nadużyć i kradzieży pozostają klasyczne systemy monitoringu. Coraz częściej z pomocą przedsiębiorcom przychodzą nowe technologie. W największych przedsiębiorstwach wykorzystuje się np. elektroniczne systemy kontroli dostępu, które regulują ruch w budynku, pozwalają kontrolować kto i dokąd może wejść. Firmy zaczynają też stawiać na prostsze w użyciu, ale równie innowacyjne rozwiązania. – Mogą to być kompaktowe rejestratory wideo, którymi pracodawca zarządza wygodnie z poziomu telefonu – mówi Jakub Tomasiczek z firmy JBTS, oficjalnego polskiego dystrybutora kamer Yi Home. – Takie urządzenie pozwala obserwować biuro z dowolnego miejsca, a przy tym samo informuje o tym, że ktoś wszedł w pole obserwacji lub po prostu w pomieszczeniu wykryto ruch. Ekspert dodaje, że urządzenia tego typu pełnią też rolę funkcjonalnego komunikatora, dzięki któremu pracodawca może komunikować się z pracownikami lub wziąć udział w wideospotkaniu.

Rośnie e-zagrożenie

Przedsiębiorcy muszą jednak pamiętać, że zagrożenia istnieją nie tylko w świecie rzeczywistym, ale również w wirtualnym – to cyberprzestępczość, której dotyczy co trzeci przypadek nadużyć. Szacuje się, że z tego powodu w 2015 roku co najmniej 5% przedsiębiorstw straciło przynajmniej 1 mln złotych. Na szczęście regularnie rośnie świadomość tego typu zagrożenia – firmy wydają już 10% budżetu na bezpieczeństwo informacji. W połączeniu z coraz sprawniejszym wykorzystywaniem nowoczesnych technologii, istnieje szansa na sukcesywne ograniczanie finansowych strat.

Deflacja to za mało, żeby RPP ścięła stopy

Członkowie RPP, Jerzy Osiatyński i Łukasz Hardt, opowiedzieli się dziś za polityką pozostawienia stóp procentowych na obecnych poziomach. Również opublikowane dane o inflacji bazowej nie są argumentem za ich obniżką.

W ostatnich dniach wzrosła aktywność medialna członków Rady Polityki Pieniężnej (RPP). Dziś ws. polityki monetarnej wypowiedział się Jerzy Osiatyński i Łukasz Hardt. Obaj uznali, że obecnie najbezpieczniej jest pozostawić stopy procentowe w Polsce bez zmian.

Spojrzenia na stopy nie zmieniają też najnowsze dane płynące z polskiej gospodarki. W marcu wskaźnik inflacji bazowej przez trzeci kolejny miesiąc był na minusie, co jest tendencją nieobserwowaną od połowy 2006 roku. Dane też były gorsze od prognoz. To jednak nie stanowi jeszcze podstawy do spekulacji nt. ewentualnej obniżki stóp procentowych przez RPP. Do tego konieczne jest pogorszenie koniunktury gospodarczej.

Od lipca 2014 roku Polska zmaga się z deflacją. Jej apogeum miało miejsce w lutym zeszłego roku, gdy wskaźnik inflacji zanotował spadek w relacji rocznej na poziomie -1,6% R/R. Obecnie kształtuje się on na poziomie -0,9% R/R, a procesy deflacyjne będą się utrzymywać nawet do jesieni, gdy ma szansę się pojawić pierwsza mała inflacja.

W styczniu poniżej zera spadł również wskaźnik inflacji bazowej CPI, czyli wskaźnik inflacji z wyłączeniem cen żywności i energii. To rzadkie w świecie zjawisko, że zarówno główny wskaźnik cen, jak i inflacja bazowa, znajdują się pod kreską. Zgodnie z opublikowanymi dziś danymi przez Narodowy Bank Polski, w marcu inflacja bazowa ukształtowała się na poziomie -0,2% R/R, wobec -0,1% w styczniu i lutym. To najniższy odczyt od czerwca 2006 roku. Spadek cen okazał się też głębszy od rynkowych prognoz (-0,1% R/R).

Pomimo, że opisane wyżej zachowania cen w Polsce mogą spełniać definicję „uporczywej deflacji”, o jakiej wczoraj mówił Eryk Łon z RPP, to jednak dzisiejsze dane opublikowane przez NBP nie są jeszcze argumentem do rozpoczęcia dyskusji nt. możliwego cięcia stóp procentowych przez Radę. Z głosów z niej płynących (nie tylko Osiatyńskiego i Hardta) wynika, że warunkiem rozważania takiego ruchu jest pogorszenie koniunktury w polskiej gospodarce. Ta natomiast wciąż pozostaje relatywnie dobra i póki co nie widać mocnych sygnałów jej ewentualnego hamowania w przyszłości.

Rynek walutowy nie zareagował na dane o inflacji bazowej. Złoty od rana osłabia się do głównych walut, odreagowując wczorajsze umocnienie. O godzinie 14:58 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2905 zł, USD/PLN 3,7685 zł, CHF/PLN 3,9437 zł, a GBP/PLN 5,3746 zł. W tym ostatnim przypadku złoty jest najsłabszy do funta od końca marca. To też 4. kolejny dzień jego osłabienia. Notowania GBP/PLN w górę pcha przede wszystkim popyt na brytyjską walutę, jaki pojawił się po opublikowanych dziś danych o wyższej od prognoz inflacji na Wyspach.

Zwraca uwagę, że dziś polska waluta spisuje się wyraźnie gorzej na tle węgierskiego forinta. Traci ona również pomimo relatywnie dobrych nastrojów na rynkach globalnych. W tym wzrostów cen ropy. To sygnalizuje, że za jej osłabieniem stoją czynniki lokalne. Ten główny to brak paliwa do dalszego umocnienia złotego, co sprzyja realizacji dużych zysków na nim z ostatnich 2,5 miesiąca.

W kolejnych dniach złoty będzie pozostawał pod wpływem czynników globalnych (ze szczególnym uwzględnieniem piątkowych danych nt. dynamiki chińskiego PKB za I kwartał br.) oraz lokalnych. Wśród tych drugich w kolejnych dniach i tygodniach, oprócz danych makroekonomicznych, pewną rolę może odgrywać polityka (środowa rezolucja Parlamentu Europejskiego w sprawie Polski), zapowiadane na 18 kwietnia ogłoszenie przez Prezydenta nowej wersji projektu ustawy frankowej oraz prawdopodobna majowa obniżka ratingu Polski.

Zmiany w Zarządzie Gothaer TU S.A.

Z dniem 11. kwietnia 2016 r. Wojciech Rabiej, członek zarządu Gothaer TU S.A. złożył rezygnację z pełnienia funkcji w zarządzie spółki.

Wojciech Rabiej w ciągu minionych 3 lat z dużym zaangażowaniem uczestniczył w wielu ważnych projektach i przedsięwzięciach. Bardzo mu dziękuję za jego znaczący wkład w rozwój Spółki i  w imieniu całej firmy życzę wielu dalszych sukcesów zawodowych – mówi Anna Włodarczyk-Moczkowska, Prezes Zarządu Gothaer TU S.A.

Do czasu powołania nowego członka zarządu Gothaer TU S.A. obowiązki Wojciecha Rabieja przejmą pozostali trzej członkowie zarządu: Anna Włodarczyk-Moczkowska, Anna Biesenthal oraz Adam Dwulecki.

Minimum 42 zł na godzinę. Tyle zarobi od 1 lipca polski kierowca we Francji

Potwierdziły się doniesienia z Francji – 9 kwietnia 2016 roku we francuskim Dzienniku Ustaw opublikowany został dekret wykonawczy dotyczący pracowników delegowanych. Oznacza to, że od 1 lipca 2016 roku polskie firmy transportowe będą musiały wypłacać kierowcom wykonującym transport na terenie Republiki Francuskiej pensję wynoszącą 9,67 euro (ok. 42 zł) na godzinę.

Komentarz Bartosza Najmana, prezesa Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców:

Dekret wykonawczy do ustawy o płacy minimalnej we Francji (Loi Macron) to kolejny element układanki, która prowadzi do utrudnienia działalności dobrze sobie radzącym na rynku europejskim polskim firmom transportowym. Rozwiązania wprowadzone przez Francuzów są podobne do tych, jakie zaproponowały Niemcy w ustawie MiLoG, jednak strona francuska rozszerzyła obowiązki administracyjne, a stawka godzinowa jest wyższa i wynosi 9,67 euro. Z jednej strony konieczne jest sprawdzenie, które ze składników pensji kierowcy można wliczyć do pensji minimalnej, aby zoptymalizować koszty, jakie ponosi przedsiębiorca. Z drugiej nie ulega wątpliwości, że to poważne utrudnienie dla polskich firm transportowych, natomiast już teraz należy podjąć działania, aby zminimalizować negatywne skutki Loi Macron. W tym celu przygotowujemy rozwiązania dla branży, podobnie jak miało to miejsce przed rozpoczęciem obowiązywania niemieckiej ustawy MiLoG. Pozytywnie zakończone kontrole niemieckiej płacy minimalnej wśród klientów OCRK potwierdziły jednoznacznie poprawność stosowanych obliczeń. Jestem przekonany, że w przypadku francuskiej płacy minimalnej będzie podobnie i polskie firmy transportowe będą w dalszym ciągu obecne na rynku francuskim. Klucz do pozytywnego rozwiązania problemu francuskiego leży jak zwykle w kosztach związanych z podróżą służbową i ich odpowiedniej klasyfikacji w płacy minimalnej – ocenia Bartosz Najman, prezes OCRK.

Opublikowany 9 kwietnia dekret wykonawczy precyzuje zapisy ustawy o płacy minimalnej we Francji tzw. Loi Macron (od nazwiska ministra gospodarki Emmanuela Macrona). Została ona uchwalona 10 lipca 2015 roku przez Francuski Parlament w ramach dostosowania francuskiego prawa do „wdrożeniowej” Dyrektywy 2014/67/UE, która ma na celu usystematyzowanie zasad delegowania pracowników na wspólnym europejskim rynku. Płacą minimalną zostali objęci zagraniczni, w tym polscy kierowcy realizujący transport na terenie Republiki Francuskiej.