W najbliższych dniach ropa będzie tracić. Cena może spaść do 35 dolarów za baryłkę

CEO Magazyn Polska

Ropa będzie kontynuowała spadki – uważa Szymon Zajkowski, analityk Domu Maklerskiego mBanku. Po fiasku rozmów producentów ropy w stolicy Kataru notowania surowca poszły mocno w dół. Zdaniem Zajkowskiego w najbliższych dniach baryłka ropy Brent potanieje do 35 dolarów. Spadki na tym rynku nie sprzyjają również rynkowi akcji.

– Przede wszystkim mieliśmy rozczarowanie spotkaniem w Doha. Nie została podjęta decyzja o zamrożeniu wielkości produkcji na poziomach ze stycznia – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Szymon Zajkowski, analityk DM mBanku. – Tym samym najwięksi producenci ropy na świecie mogą dalej zwiększać produkcję. To oczywiście nakłada presję spadkową na notowania ropy. W poniedziałek zniżkowała już nawet o 7 proc. Nie należy wykluczyć tego, że w kolejnych dniach ropa dalej będzie taniała i za baryłkę ropy Brent zapłacimy jedynie 35 dol.

W niedzielę przedstawiciele kilkunastu państw producentów ropy spotkali się w Dosze, stolicy Kataru, by negocjować ograniczenie produkcji ropy, której nadpodaż tłamsi ich zyski. Ekonomiści z równym prawdopodobieństwem obstawiali osiągnięcie porozumienia i jego brak. Rację mieli ci ostatni.

Na otwarciu pierwszej w tym tygodniu sesji europejska ropa Brent potaniała z ok. 43 dol. za baryłkę do 40,6 dol. Po południu wróciła jednak powyżej 42 dol. Z kolei amerykańska ropa WTI po porannym spadku poniżej 40 dol. również odbiła do poziomów wyższych niż przed weekendem. Jak podkreśla analityk, brak porozumienia oznacza jednak utrzymywanie, a może i zwiększanie nadpodaży surowca, co może jeszcze obniżyć ceny. Zaznacza przy tym, że znaczącego przełożenia na niższe opłaty na stacjach nie należy się spodziewać.

– Ceny paliw na stacjach benzynowych być może spadną, ale jedynie lekko – zastrzega Zajkowski. – Tutaj relacja nie jest taka bezpośrednia. Spadki ceny ropy nie przekładają się natychmiast na spadki cen paliw. W grę wchodzi również kurs złotego do dolara. Poza tym w dłuższej perspektywie notowania ropy powinny lekko zwyżkować, a co za tym idzie – również na stacjach benzynowych te ceny powinny systematycznie lekko rosnąć.

Na świecie dziennie produkuje się ok. 33 mln baryłek ropy. Ostatni odczyt zapasów ropy w Stanach (w tygodniu do 10 kwietnia) znów pokazał nadspodziewany ich wzrost – o 6,6 mln baryłek, a spodziewano się przyrostu o 1 mln. Ponieważ z powodu nadpodaży surowiec potaniał w ciągu półtora roku o trzy czwarte, państwa zrzeszone w OPEC oraz inni producenci, zwłaszcza Rosja, podjęli próbę ustalenia mniejszego poziomu produkcji. Szymon Zajkowski podkreśla, że problemem pozostaje jednak Iran, który dopiero od stycznia może znów eksportować ropę na rynki międzynarodowe (po czterech latach sankcji) i nie zamierza ograniczać sobie możliwości rekompensaty utraconych zysków.

– Przede wszystkim spodziewam się dalszych rozmów. Przy czym rynek jest raczej sceptyczny co do podjęcia decyzji zarówno o zamrożeniu, jak i o ograniczeniu produkcji ropy. W najbliższym czasie powinna pozostać presja spadkowa w notowaniach surowca. Dopiero w kolejnych miesiącach, gdy Iran zwiększy swoją produkcję do docelowych poziomów, czyli tych sprzed 2012 roku, przed nałożeniem sankcji na ten kraj, dopiero wtedy być może producenci ropy podejmą jakieś wspólne działania ograniczające produkcję. Wtedy możemy oczekiwać odbicia notowań surowca – przewiduje Zajkowski.

Wraz ze spadkami cen ropy dołowały też światowe indeksy. Giełdy azjatyckie, zwłaszcza japońska, zanotowały wyraźne spadki, podobnie jak Australia. Europejskie indeksy (z wyjątkiem Rosji i Portugalii) ostatecznie wyszły jednak na plus, dotyczy to również GPW.

– W ostatnich miesiącach widać wyraźną zależność między notowaniami ropy a notowaniami akcji. Ostatnie spadki na rynkach akcji wiążą się też z wyprzedażą na rynku ropy. Poza tym cały czas koniunktura na rynkach światowych pozostaje słaba, co uniemożliwia wzrost zysków spółek i kontynuację trendu wzrostowego na rynku akcji z poprzednich lat – wyjaśnia Zajkowski. – Dopóki gospodarka światowa nie wyjdzie na prostą, dopóty nie doczekamy się ponownych wzrostów na rynkach akcji.

Niższe notowania euro osłabiły Arctic Paper. Spółka spodziewa się poprawy sytuacji w 2016 r.

0

CEO Magazyn Polska

Arctic Paper ucierpiał z powodu osłabienia euro po działaniach Europejskiego Banku Centralnego. W bieżącym roku chce optymalizować procesy i liczy na poprawę wyników. Inwestycje zamierza finansować ze środków własnych.

– 2015 rok był trudny. Powodem była przede wszystkim polityka, która została wprowadzona przez Europejski Bank Centralny w listopadzie 2014 roku. W wyniku tego nastąpiła aprecjacja dolara, co nie jest korzystnym zjawiskiem dla firm celulozowo-papierniczych. Udało nam się jednak pokonać ten problem w trakcie roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wolfgang Lübbert, prezes zarządu Arctic Paper.

Od marca 2015 roku Europejski Bank Centralny wprowadza na rynek 60 mld euro miesięcznie, skupując obligacje państw członkowskich. Program, który pierwotnie miał potrwać do września 2016 roku, został już kilka miesięcy temu przedłużony do marca 2017 roku. To luzowanie polityki pieniężnej powoduje osłabianie euro względem dolara. Choć tak naprawdę wspólnotowa waluta najbardziej straciła wobec dolara w 2014 roku – z 1,37 dolara za euro spadła do 1,15.

Arctic Paper w 2015 roku miał nieznacznie wyższe przychody niż rok wcześniej (2,9 mld zł wobec 2,87 mld zł), jednak odnotował stratę netto rzędu 26,6 mln zł, podczas gdy w 2014 roku zarobił na czysto 78,2 mln zł.

– Podjęliśmy bardzo wiele działań, które były realizowane w ciągu 2015 roku. Dlatego nasze prognozy na bieżący rok zakładają, że wszystkie te działania podjęte wcześniej osiągną swój rezultat i efekty tego będą widoczne w 2016 roku. Patrzymy pozytywnie na bieżący rok ­– mówi Lübbert – Portfel zamówień w tym roku jest porównywalny do tego, który mieliśmy w roku poprzednim. Sądzimy, że nasza sytuacja pod tym względem nie jest ani lepsza, ani gorsza niż ta, z którą mieliśmy do czynienia w ciągu ostatnich 5–6 lat.

EBITDA spółki w 2015 roku wyniosła 212,7 mln zł wobec 252,3 mln zł rok wcześniej. Spółka uzasadnia spadek zysku EBITDA niższymi przychodami ze sprzedaży. W okresie sprawozdawczym marża EBITDA ukształtowała się na poziomie 7,33 proc. w porównaniu do 8,81 proc. w 2014 roku. Zysk na działalności operacyjnej za 2015 rok wyniósł 100,24 mln zł, natomiast za 2014 rok – 135,66 mln zł. Marża zysku/ straty netto wyniosła w zeszłym roku -0,92 proc. w porównaniu do 2,73 proc. w 2014 roku.

– Oczywiście na sytuację inwestycyjną rzutuje trudna sytuacja z roku poprzedniego. W związku z tym musieliśmy ciąć pewne programy inwestycyjne, które były planowane – wyjaśnia prezes Arctic Paper. – Podjęto także wiele działań zorientowanych na oszczędności, w tym oszczędności zużycia energii elektrycznej, szczególnie w naszym zakładzie w Kostrzynie. Jeżeli chodzi o program przejęć, to nie ma obecnie nic takiego, co mógłbym przedstawić i skomentować.

Jak deklaruje przedstawiciel spółki, głównym celem inwestycji w 2016 roku jest rozwój nowych produktów, minimalizacja kosztów produkcji, w tym kosztów energii elektrycznej, i poprawa efektywności procesu produkcyjnego. Plan inwestycyjny na 2016 rok grupa zamierza finansować ze środków własnych.

Niemal 22 proc. przychodów spółki pochodzi z rynku niemieckiego, 18,5 proc. przypada na kraje Europy Środkowo-Wschodniej bez Polski, Skandynawia przynosi grupie 14 proc. sprzedaży, a sama Polska – 12 proc. Rynki pozaeuropejskie odpowiadają za 8,2 proc. sprzedaży.

– Jesteśmy firmą międzynarodową, działamy na rynkach europejskich. Naszymi głównymi rynkami są Polska, Niemcy, Wielka Brytania, a także Skandynawia i kraje basenu Morza Śródziemnego. Natomiast jeżeli chodzi o nasze postrzeganie rynków zagranicznych, czyli tzw. zamorskich, to sytuacja na nich jest trudniejsza niż na rynkach europejskich w bieżącym roku.

P. Bujak (PKO BP): Inflacja wróci pod koniec roku. RPP słusznie pozostawiła stopy bez zmian

CEO Magazyn Polska

Dobrze, że Rada Polityki Pieniężnej na razie nie zmienia stóp procentowych – uważa Piotr Bujak, szef zespołu analiz makroekonomicznych PKO BP. Jego zdaniem kolejna obniżka mogłaby bowiem zaszkodzić złotemu. Główna stopa procentowa w dalszym ciągu pozostaje na rekordowo niskim poziomie 1,5 proc. 

– Dane o głębszej od oczekiwań deflacji w pierwszych miesiącach tego roku mogłyby sugerować wznowienie obniżek stóp procentowych w Polsce. Trzeba jednak pamiętać o tym, że nowa Rada Polityki Pieniężnej bierze pod uwagę również inne elementy i nowo powołani członkowie wyraźnie na te argumenty wskazują – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Bujak, szef zespołu analiz makroekonomicznych PKO BP. – To jest m.in. bardzo solidny wzrost gospodarczy, który w trakcie tego roku może przyspieszyć nawet do 4 proc. 

W styczniu ceny towarów i usług spadły o 0,9 proc. w lutym – o 0,8 proc., w marcu znów o 0,9 proc. To mniej niż rok wcześniej, ale więcej niż w grudniu 2015 r. Oznacza to, że deflacja łatwo nie odpuści, a ekonomiści, którzy spodziewali się wzrostu cen już w ubiegłym roku, przesuwają swoje prognozy powrotu inflacji w czasie.

Piotr Bujak zaznacza, że nietypowe jest też to, że spadkowi cen towarzyszy solidny wzrost gospodarczy. W IV kw. ubiegłego roku wyniósł on 3,9 proc. rdr.

– Wzrost gospodarczy jest powiązany z rosnącymi napięciami na rynku pracy, z oznakami narastania presji płacowej, co z pewnym opóźnieniem może się przełożyć na wzrost inflacji, i taki wzrost inflacji jest oczekiwany. Powinna ona powrócić do dodatnich poziomów już pod koniec tego roku – przekonuje Bujak. – To jest argument przemawiający za tym, żeby zachować wstrzemięźliwość w polityce pieniężnej i utrzymać stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Szczególnie, że ewentualna obniżka mogłaby zaszkodzić złotemu, spowodować jego nadmierne osłabienie, a dodatkowo dalsze obniżki stóp procentowych mogłyby uderzyć w stabilność systemu finansowego i zaszkodzić przede wszystkim mniejszym instytucjom finansowym w Polsce.

Rada Polityki Pieniężnej pozostawiła w kwietniu stopy procentowe na niezmienionym poziomie, zresztą zgodnie z oczekiwaniami. Główna stopa pozostała na poziomie 1,5 proc., najniższym w historii, który utrzymuje się od trzynastu miesięcy.

Tymczasem Europejski Bank Centralny obniżył w marcu po raz kolejny stopy procentowe. Podstawowa stopa spadła do 0 proc., a depozytowa do -0,40 proc. Program skupu obligacji został zwiększony do 80 mld euro z 60 mld euro miesięcznie.

– Europejski Bank Centralny ma mniejszy problem z deflacją niż polska Rada Polityki Pieniężnej. W przypadku strefy euro nawet płytsza deflacja jest dużo większym problemem. Stąd decyzje EBC o dodatkowym złagodzeniu polityki pieniężnej na posiedzeniu w marcu tego roku – mówi Bujak.

Ekonomista uważa jednak, że dalszego łagodzenia polityki pieniężnej przez EBC nie będzie.

– Biorąc pod uwagę to, że perspektywy dla europejskiej gospodarki nie wyglądają źle, mimo problemów Chin i innych rynków wschodzących, wiele wskazuje na to, że jest szansa na utrzymanie stabilnego wzrostu gospodarczego w strefie euro w tym roku. Nie należy się spodziewać dalszego łagodzenia polityki pieniężnej EBC i dalszych obniżek stóp procentowych do bardziej ujemnego poziomu w strefie euro.

Dla kierowców w tym roku majówka będzie tańsza niż przed rokiem. Ceny mogą być najniższe od 2009 roku

CEO Magazyn Polska

Ostatni tydzień przyniósł wzrosty cen benzyn – średnio o 5 groszy na litrze, na co wpływ miały podwyżki cen na rynku hurtowym. Podrożał również autogaz, choć w niewielkim stopniu. W najbliższych dniach wzrosty mogą być kontynuowane, ale kierowcy nie muszą się obawiać gwałtownych podwyżek. To oznacza, że wyjeżdżający autem na weekend majowy w tym roku zapłacą za tankowanie mniej niż przed rokiem. Możliwe, że ceny będą najniższe od siedmiu lat.

Przed nami okres wzmożonych wyjazdów, będziemy planować majowy wypoczynek. Wszystko wskazuje na to, że sytuacja będzie się utrzymywała , co będzie korzyścią dla kierowców. Nie musimy się obawiać gwałtownych wzrostów cen zarówno benzyn, oleju napędowego, jak i autogazu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Urszula Cieślak, analityk rynku paliw z BM Reflex.

Jak wynika z raportu BM Reflex, za nami tydzień umacniana cen benzyny. Za litr bezołowiowej 95 15 kwietnia kierowcy płacili średnio 4,20 zł, a za litr 98 – 4,49 zł. Wzrost cen o 5 groszy na litrze to efekt podwyżek cen w hurcie. Autogaz podrożał w ubiegłym tygodniu o 1 grosz (do 1,63 zł) i w tym tygodniu też możliwe są delikatne wzrosty. Stabilna sytuacja miała miejsce na rynku oleju napędowego – ceny delikatnie spadły (do 3,87 zł), choć w tym tygodniu tendencja może się odwrócić.

Stabilizację cenową będziemy zawdzięczać przede wszystkim dosyć silnej pozycji złotego wobec dolara, co będzie nam minimalizowało skutki wzrostu cen ropy naftowej czy też gwałtownych jej spadków. Dla rynku krajowego przełożenie zmian zewnętrznych będzie dosyć łagodne – ocenia Cieślak.

W jej ocenie w okresie majowego wypoczynku litr EuroSuper 95 będzie kosztował 4,05–4,15 zł. Ceny oleju napędowego powinny się kształtować w przedziale 3,85–3,90 zł, a autogazu – ok. 1,65 zł.

– Musimy jednak pamiętać o dużym zróżnicowaniu cen i o tym, że na większości stacji w weekendy możemy zatankować taniej – podkreśla Urszula Cieślak. – Biorąc pod uwagę układ majowego weekendu, można czekać do ostatniej chwili i zatankować rano, w weekend, bo to nam zagwarantuje kilka groszy oszczędności.

Tankowanie w tym roku i tak jest tańsze niż przed rokiem. 10 kwietnia 2015 roku litr 95 kosztował 4,67 zł, oleju napędowego – 4,60 zł, a autogazu – 1,98 zł.

Jest szansa na to, że ceny będą najniższe od 2009 roku – mówi Cieślak.

Złej jakości energia może uszkodzić sprzęt i zwiększyć rachunki za prąd. W UE straty z tego tytułu sięgają 150 mld euro rocznie

CEO Magazyn Polska

150 mld euro rocznie wynoszą straty w Unii Europejskiej z powodu tzw. złej jakości energii elektrycznej. Powoduje ona szybsze zużywanie się urządzeń, zwiększa ryzyko utraty danych, podnosi rachunki za prąd oraz prowadzi do awarii. Dotyka to zarówno konsumentów, jak i przedsiębiorców. Sama zmiana wartości napięcia trwająca od 0,005 s. do 0,1 s. może oznaczać koszt nawet do 200 tys. dol. Pomocne w rozwiązaniu tego problemu okazuje się być monitorowanie jakości energii elektrycznej i na jego podstawie podejmowanie działań zaradczych.

Zła energia to przede wszystkim straty finansowe – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Naszkowski, dyrektor pionu systemów teleinformatycznych w Grupie T4B. – Według badań Europejskiego Instytutu Miedzi w Unii Europejskiej straty z tego tytułu sięgają 150 mld euro rocznie.

Jak podkreśla, jedną z głównych przyczyn pogarszającej się jakości energii elektrycznej są urządzenia, których na co dzień używamy, czyli np. zasilacze, komputery czy oświetlenie energooszczędne. Są to tzw. odbiorniki nieliniowe, emitujące zakłócenia do sieci energetycznej. Wpływ mają także takie czynniki, jak wyładowania atmosferyczne, zwarcia i przełączenia w sieci, włączanie i wyłączanie dużych odbiorników.

Najlepiej porównać to do śmieciowego jedzenia, które pozornie jest smaczne i ładnie wygląda, ale spożywanie go przez długi czas może się skończyć poważnymi problemami zdrowotnymi. Podobna sytuacja ma miejsce, jeżeli chodzi o jakość energii, tylko dotyczy ona urządzeń – mówi Naszkowski.

Konsekwencjami zakłóceń mogą być m.in. zaburzenia pracy sprzętu elektronicznego, utrata danych, szybsze zużywanie się urządzeń oraz wyższe rachunki za prąd. Nieprawidłowości mogą również prowadzić do bardziej złożonych awarii. To zaś może mieć poważne skutki dla działania firm i prowadzić do przestojów w ich funkcjonowaniu.

Idealna dostarczana energia powinna być sinusoidą. Zakłócenia, które występują w sieci elektroenergetycznej, powodują, że ten prąd nie jest idealny, urządzenia nie są zasilane napięciem takim, do jakiego były projektowane, w związku z tym ich żywotność się znacząco skraca – mówi Piotr Naszkowski. – Jakość energii w dużej mierze zaburzają sami użytkownicy urządzeniami, które nie trzymają odpowiednich norm i wprowadzają zakłócenia do sieci. Drugą kwestią jest dystrybucja. Na swojej drodze energia jest wiele razy przetwarzana, przez co również dochodzi do pewnych pewnych zakłóceń i problemów. Po trzecie, nawet jeśli wytwarzana energia jest teoretycznie idealna, to w samej elektrowni jest tyle urządzeń, które korzystając z niej, wprowadzają zakłócenia do sieci.

Zakłócenia najłatwiej zaobserwować np. gdy w telewizji transmitowane jest ważne wydarzenie, które gromadzi przed odbiornikami dużą rzeszę widzów. Wtedy zachodzą najbardziej widoczne i istotne zmiany na wszystkich poziomach sieci

To świadczy o tym, że urządzenia elektroniczne nie trzymają norm, ale ponieważ nie ma kar, nikt tego nie kontroluje, a jeżeli są już kontrole, to działamy raczej post factum, a nie prewencyjnie – dodaje Naszkowski.

Według dyrektora T4B celem powinno być przede wszystkim doprowadzenie do tego, aby jakość energii dostarczanej przez producentów i spółki dystrybucyjne była wysoka, a klient, by nie wprowadzał zakłóceń do sieci. Zauważa on również, że poprawa jakości prądu jest jednym z głównych priorytetów Urzędu Regulacji Energetyki.

Uważamy, że należy prowadzić raczej permanentnie pomiary jakości energii. Dobrej klasy urządzenie może stwierdzić, czy zakłócenie pochodziło od odbiorcy, czy od spółki dystrybucyjnej – mówi Naszkowski.

Jak dodaje ekspert, w rozwiązaniu problemu złej jakości energii elektrycznej pomocne będą zmiany regulacji prawnych, które wymuszą inwestycje w modernizację sieci energetycznej oraz kontrolę jakości energii. Taki monitoring coraz częściej prowadzą duże zakłady produkcyjne, które chcą uniknąć awarii i ewentualnych przestojów.

Większość polskich firm wprowadza automatyczne rozwiązania związane z jakością obsługi klienta. Rynek ten będzie wart 10 mld dolarów

0

CEO Magazyn Polska

Rośnie rynek rozwiązań do automatycznej obsługi klienta. Jej jakość to jeden z czynników, który decyduje o lojalności klientów, dlatego w Polsce 68 proc. przedsiębiorstw rozważa wprowadzenie w najbliższym czasie automatycznych rozwiązań w tym zakresie. Wszystko po to, by zapewnić szybką, sprawną i skuteczną obsługę. Szacuje się, że do 2020 roku 85 proc. klientów będzie wymagało rozwiązań, które pozwolą im samodzielnie poradzić sobie z danym problemem czy awarią.

– Z badań, które przeprowadził Gartner, wynika, że rynek automatycznej obsługi klienta już niedługo będzie warty 10 mld dol. Będzie się mocno rozwijał, z kanałów tradycyjnych, analogowych, cyfrowych będzie przechodził w sferę czysto automatyczną – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Okniński, prezes Unified Factory, firmy dostarczającej technologie automatyzujące sprzedaż i obsługę klienta.

Klienci coraz częściej większą wagę niż do ceny przykładają do jakości obsługi. Nawet najlepsi pracownicy nie są w stanie zapewnić tak szybkiej obsługi, jak w pełni zautomatyzowana maszyna, dlatego firmy, które chcą zdobyć przewagę nad konkurencją, decydują się na wprowadzenie automatycznych rozwiązań. Klientom jednak zależy nie tylko na szybkości, lecz także indywidualnym kontakcie, większość oczekuje przy zakupach pomocy konsultanta.

Naszym zadaniem jest połączenie koncepcji human-to-human z automatycznym podejściem, tak żeby pomóc pracownikom w obsłudze klienta, żeby byli bardziej sprawni, dokładniejsi i szybsi, bardziej efektywni. Nie chodzi o to, żeby automat rozmawiał z ludźmi. Nikt sobie tego nie życzy, jako klienci wolimy przecież rozmawiać z ludźmi, a nie automatami – przekonuje Okniński.

Niedostateczna jakość obsługi to jeden z powodów, dla których nowe sklepy mają problem z utrzymaniem się na rynku. Ich sytuacja zależy od lojalności klientów i umiejętności przyciągnięcia nowych. Według analizy firmy SalesBee u dużych sprzedawców od 10 do nawet 37 proc. sprzedaży pochodzi z rekomendacji innych osób. Choć w Polsce większość sklepów szuka oszczędności właśnie na rozwiązaniach do obsługi klienta, to coraz więcej deklaruje inwestycje w tego typu rozwiązania. Na rynku pojawia się też więcej firm, które oferują automatyczne systemy w obsłudze.

To obsługa tak naprawdę decyduje dzisiaj, czy wybieramy dostawcę A czy dostawcę B, dlatego musi być zrobiona na jak najwyższym poziomie, a to kosztuje. Firmy zaczynają szukać oszczędności. Kierunek automatyzacji, który przyjęliśmy, jest sposobem na to, żeby te oszczędności wygenerować – ocenia prezes Unified Factory.

Zdaniem eksperta inwestycje w urządzenia, które pomagają pracownikom w sprawnej obsłudze, są tańsze niż wprowadzenie pełnej automatyki. Dlatego też może być to dobre rozwiązanie, zwłaszcza dla małych i średnich przedsiębiorstw, które właśnie ze względu na wysokie koszty nie decydowały się do tej pory na wdrożenie tego typu systemów.

Jesteśmy przekonani, że nasz przykład przyczyni się do tego, żeby próbować tego typu narzędzia przygotowywać. Z własnych badań wiemy, że około 68 proc. polskich przedsiębiorców przymierza się do wdrażania automatycznych rozwiązań w zakresie obsługi klienta. Czy to są wdrożenia wielotysięczne, czy wielomilionowe to już zupełnie inny temat, natomiast rzeczywiście skala zainteresowania tą tematyką jest z naszej perspektywy ogromna – przyznaje Okniński.

Automatyzacja obsługi stała się już normą w sektorze e-commerce. W nieprzewidzianych sytuacjach klienci również oczekują automatycznych rozwiązań w jak najkrótszym czasie. Unified Factory wprowadził zastosowanie algorytmów pamięci asocjacyjnej, która umożliwia automatyzację obsługi klienta. Efektywność pracy w obsłudze klienta może dzięki temu wzrosnąć nawet o 80 proc. Firmy inwestują też w sell service, które pozwalają na samodzielne rozwiązanie problemów przez klientów.

Widzimy, że klienci właśnie tego oczekują. Według Gartnera do 2020 roku 85 proc. klientów chciałoby w większości swoje sprawy załatwiać samodzielnie, bez konieczności dzwonienia do kogoś, kilkukrotnego przełączania, wysyłania kilku e-maili, tylko mieć takie rozwiązania, które im w tym pomagają – wskazuje Maciej Okniński.

Lunche wypierają tradycyjne obiady wśród pracujących Polaków. Najpopularniejsze są drugie śniadania

CEO Magazyn Polska

Cztery lub pięć posiłków dziennie w regularnych odstępach czasu – takie są zalecenia specjalistów od żywienia. Badania KFC wykazują, że Polacy zdają sobie z tego sprawę, ale nie zawsze udaje im się do tego stosować. Osoby aktywne zawodowo w ciągu dnia pracy jedzą dwa posiłki. Najbardziej popularne jest drugie śniadanie, spożywane przez 76 proc. ankietowanych. Z kolei lunche, które wybiera połowa badanych, coraz częściej wypierają z codziennej diety kilkudaniowe obiady.

Celem badania KFC było sprawdzenie, jak zmieniają się nawyki żywieniowe pracujących Polaków. 46 proc. ankietowanych przyznało, że nie spożywa śniadania w domu, ale dopiero w pracy. Tradycyjny obiad wybiera tylko 20 proc. badanych. 11 proc. z nich jada w pracy podwieczorek, a 10 proc. kolację, co świadczy o tym, że zdarza im się zostawać po godzinach.

W tej chwili obserwujemy stale rosnący trend żywienia poza domem. Polacy coraz częściej wybierają drugie śniadanie i lunche zamiast tradycyjnego kilkudaniowego obiadu – mówi agencji informacyjnej Newseria Monika Czyż, dyrektor KFC w Polsce.

Zdaniem specjalistów do spraw żywienia, idealna dieta powinna składać się z 4–5 posiłków dziennie, w tym z co najmniej jednego ciepłego. Powinny być one spożywane mniej więcej co 3–4 godziny. Stosowanie się do tej zasady ma kluczowe znaczenie dla prawidłowego funkcjonowania organizmu. Dzięki zachowaniu odpowiedniej diety mamy więcej energii do działania, nie czujemy zmęczenia, a nasz mózg jest bardziej wydajny.

Widać rosnącą świadomość Polaków dotyczącą systematycznego odżywiania się, co wiąże się głównie z jednym ciepłym posiłkiem w ciągu dnia. Zamiast  posiłku przygotowanego w domu jest to już coraz częściej jedzenie na mieście – podkreśla Monika Czyż.

Większy, ciepły posiłek w godzinach pracy jada jednak tylko 43 proc. badanych. Taką samą popularnością cieszą się sałatki. Dużo częściej wybierane są z kolei kanapki (79 proc.), a także warzywa i owoce (62 proc.). Na dalszych miejscach zestawienia znalazły się zupy (24 proc.) oraz płatki z mlekiem lub jogurtem (23 proc.). Z badania wynika, że Polacy lubią też podjadać pomiędzy posiłkami słodkie (36 proc.) lub słone (16 proc.) przekąski.

Zbliżamy się coraz bardziej do Europy Zachodniej. Tutaj już nie ma standardowych trzech posiłków dziennie, które jeszcze w głowach naszych rodziców były mocno zakorzenione. W tej chwili liczba tych posiłków rośnie, ale głównie widzimy trend rosnący, jeżeli chodzi o porę drugiego śniadania i porę lunchu kosztem tego późniejszego obiadu – mówi Monika Czyż.

Polacy najczęściej szukają potraw przyrządzonych ze świeżych składników. Zależy im także na wygodzie, szybkości, oszczędności czasu i pieniędzy. 75 proc. Polaków korzysta z restauracji lub dostawy jedzenia do pracy. Dlatego również KFC stawia na ofertę lunchową.

Przygotowujemy coraz więcej posiłków zbilansowanych, tortilla z ryżem, kawałki kurczaka z miksem chrupiących sałat. Zarówno wszystkie nasze nowości, jak i stała oferta są przygotowane z wyselekcjonowanych składników od lokalnych dostawców, ze świeżego kurczaka i ze świeżych warzyw. To jest dla nas priorytet – podkreśla Monika Czyż.

Aktywni zawodowo Polacy w takich restauracjach jak KFC najczęściej zamawiają na lunch burgery (44 proc.), tortille (40 proc.), kanapki (32 proc.), sałatki (31 proc.) lub zestawy box, składające się np. z ryżu, kawałków kurczaka i miksu kruchych sałat (29 proc.).

Wiosną wynajem apartamentu w Hiszpanii, we Włoszech czy Francji nawet o połowę tańszy niż latem

CEO Magazyn Polska

Rimini, Budapeszt, Ateny i Kraków to miasta, w których najbardziej opłaca się inwestować w mieszkania na wynajem dla turystów – wynika z raportu przeprowadzonego przez porównywarkę HomeToGo.pl. Poziom cen zależy jednak również od sezonu – w ciepłych europejskich krajach wynajem apartamentu latem, zwłaszcza w popularnych kurortach, może być dwukrotnie droższy niż wiosną. 

Zestawienie 45 popularnych turystycznie destynacji powstało na podstawie porównania ceny za 1 mkw. nieruchomości w danym mieście ze średnimi kosztami noclegu, jakie ponosi turysta w sezonie wiosenno-letnim.

– Na pierwszym miejscu w naszym rankingu znalazła się miejscowość Rimini, znany włoski kurort, do którego Polacy bardzo chętnie jeżdżą. Na drugim miejscu znalazł się Budapeszt, a na trzecim Ateny – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Marta Górska, dyrektor krajowy HomeToGo. – Można powiedzieć, że w krajach europejskich widać cały czas efekt kryzysu ekonomicznego na rynku nieruchomości. Ze względu na niskie ceny w takich miejscach jak np. Walencja czy Ateny opłaca się nabyć nieruchomość, a potem wynajmować ją turystom.

W czołówce zestawienia znalazły się trzy polskie miasta – Kraków, Warszawa i Sopot. Dwa pierwsze cechują się stabilnymi cenami wynajmu w sezonie wiosennym i letnim, a także relatywnie niską ceną za 1 mkw. mieszkania w porównaniu z innymi często odwiedzanymi miejscami w Europie. Z kolei wynajem apartamentu na wakacje w Sopocie, podobnie jak we włoskim kurorcie, jest znacznie droższy w okresie letnim i średnio rośnie z 2643 zł do 3410 zł (podane ceny obejmują tygodniowy pobyt dla 2–6 osób). Dlatego też mimo wysokiej ceny kupna mieszkania, inwestycja powinna się szybko zwrócić.

Wszystko zależy od tego, w jaki sposób będziemy promować ofertę danej nieruchomości. Jeżeli będziemy współpracować z portalami, które również mają dostęp do zagranicznych turystów to będziemy mieli szansę na to, że ten wynajem będzie częstszy – podkreśla Marta Górska.

Zwycięzca rankingu, włoski kurort Rimini, zdecydowanie drożeje w sezonie wakacyjnym. Za nocleg w domu wypoczynkowym latem turyści płacą średnio 4238 zł, co sprawia, że wynajem w sezonie staje się dla właścicieli szczególnie opłacalny.

W znanych kurortach w Hiszpanii, we Włoszech czy Francji obserwujemy wzrost cen z sezonu na sezon, czyli z sezonu wiosennego na letni nawet o 100 proc. w niektórych miejscowościach. Na Ibizie możemy wynająć dom lub apartament za 4,5 tys. zł wiosną, co też jest dosyć wysoką ceną, ale w sezonie letnim będzie to już 8 tys. za tygodniowy pobyt dla sześciu osób – tłumaczy Marta Górska.

Z obserwacji HomeToGo.pl wynika, że Rosja, Litwa, Estonia i Serbia to kraje, w których średnia cena noclegu w domu lub apartamencie wakacyjnym w sezonie letnim jest niższa niż wiosną.

Marta Górska podkreśla, że w porównaniu z kurortami w ciepłych krajach południa polskie miasta drożeją nieco mniej w sezonie wakacyjnym. Dla przykładu apartament lub dom wakacyjny na Półwyspie Helskim kosztuje wiosną 2064 zł, a latem blisko 2600 zł. Ten popularny wśród żeglarzy i windsurferów kurort latem jest tańszy niż Międzyzdroje czy Pobierowo (odpowiednio 2800 i 2900 zł), ale już wiosną jest droższy od obu tych miejscowości (1400 i 1700 zł). Z reguły ceny noclegów w dużych europejskich miastach, w tym Warszawie, we Wrocławiu i w Poznaniu, nie rosną znacznie w sezonie wakacyjnym, a czasami są nawet niższe niż wiosną. Gdańsk jest jednak wyjątkiem – za nocleg wiosną zapłacimy tu średnio 2058 zł, a latem 2736 zł.

Z danych HomeToGo.pl wynika, że rezerwacje domów i apartamentów wakacyjnych w dużych europejskich kurortach odbywają się ze znacznym wyprzedzeniem. W Rimini i Sopocie turyści rezerwują miejscówki na wyjazd sierpniowy 58 dni przed datą przyjazdu, a na kwietniowy – miesiąc wcześniej.

Ole Hansen o szczycie OPEC

Na szczycie w Doha nie doszło do porozumienia. Główną przyczyną porażki wydają się naciski Arabii Saudyjskiej na uwzględnienie Iranu w planach zamrożenia produkcji. Kolejny raz okazało się, że OPEC składa obietnice bez pokrycia; ich realizację uniemożliwiły względy polityczne. Producenci zapowiedzieli właśnie okres „konsultacji” (tj. dalszej gry na czas, by zrównoważyć sytuację na rynku), który ma trwać do czerwca.

W artykule, który opublikowałem w ubiegłym tygodniu (https://www.tradingfloor.com/posts/wcu-silver-outshining-gold-crude-oil-crumbles-ahead-of-doha-7456019), twierdziłem, że w ostatnich miesiącach realne wsparcie dla rynków ropy nie było generowane przez uczestników szczytu w Doha, a przez północnoamerykańskich producentów ropy z łupków i innych producentów wysokokosztowych.

Biorąc pod uwagę rekordowo długą pozycję w ropie Brent oraz wzrost liczby długich pozycji w ropie WTI o 11% w ubiegłym tygodniu, w perspektywie krótkoterminowej wartość docelowa uległa obniżeniu. Niższa cena jeszcze bardziej przyczyni się do przywrócenia równowagi, nie oczekuję zatem istotnego spadku, a korekty rekordowej długiej pozycji. Podtrzymuję swój pogląd, że w tym kwartale przedział dla ropy Brent wyniesie 35-45 USD.

Ole Hansen, dyrektor ds. strategii rynków towarowych w Saxo Bank

 

Tydzień dla Mario Draghi

Gdyby nie porażka spotkania w Doha, poniedziałek byłby wyjątkowo nudny. Producenci ropy wyjechali ze stolicy Kataru z niczym, ale gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, pojawiły się plotki, że w czerwcu – czyli podczas następnego mitingu – może być dużo lepiej. Rynek lubi takie kuluarowe spekulacje, choć ich znaczenia nie ma co przeceniać. Dziwne informacje, pochopne wnioski i zaskakujące oświadczenia to na tym rynku codzienność. 

Po dzisiejszym wystąpieniu Williama Dudley’a, szefa Fed z Nowego Jorku, raczej nie ma się co wiele spodziewać, ale i tak inwestorzy będą uważnie go słuchali. W tym tygodniu Ameryka nie ma do zaoferowania wielu ważnych informacji gospodarczych, poza rutynowymi danymi o zapasach paliw (bardzo ważnymi dla rynku ropy) i kolejnymi publikacjami wyników kwartalnych spółek. Dzisiaj dane finansowe zaprezentuje PepsiCo i Netflix, jutro Goldman Sachs, Intel, Yahoo, w środę – Coca-Cola, US Bancorp, American Express, w czwartek – BNY Mellon, General Motors, Microsoft, Alphabet, a w piątek – McDonald’s i General Electric. Zapowiada się bardzo ciekawy tydzień na NYSE. 

Hitem tygodnia jest czwartkowa konferencja i komunikat po posiedzeniu Europejskiego Banku Centralnego. EBC nie wykona raczej żadnych gwałtownych ruchów (ostatnie mocne luzowanie polityki monetarnej zostało dokonane w marcu), ale Mario Draghi może przygotowywać rynek do jakichś kolejnych działań. Euroland nie do końca spełnia oczekiwania EBC i Draghi pewno w czwartek wskaże jego słabe punkty. To wystarczy, by przynajmniej z grubsza przewidzieć, co jeszcze może zrobić Europejski Bank Centralny.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

 

Na ewentualnym brexicie zyska zwłaszcza dolar

CEO Magazyn Polska

Za dwa miesiące Brytyjczycy opowiedzą się za pozostaniem w UE lub opuszczeniem jej. Jeśli zdecydują o wyjściu ze wspólnoty, to funt osłabi się zwłaszcza do dolara. Umocnieniu euro przeciwdziałać będzie osłabienie Unii przez odłączenie Wielkiej Brytanii, złoty zaś straci na fali ucieczki do bezpiecznych aktywów i utraty części funduszy europejskich przez Polskę.

– Brexit wywołałby zamieszanie na światowych rynkach finansowych. Funt osłabiłby się w stosunku do głównych walut. Chociaż największym beneficjentem brexitu byłby amerykański dolar. W takich przypadkach niepewności inwestorzy szukają bezpiecznych aktywów, szukają bezpiecznej przystani, a dolar jest właśnie takim aktywem – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Janusz Galas, analityk DM Deutsche Banku.

Funt osłabia się do głównych walut od początku roku, przy czym w tym roku na razie do dolara stracił niespełna 4 proc., podczas gdy np. do euro – ponad 7 proc. Strata wobec złotego jest podobna jak wobec franka szwajcarskiego i wynosi blisko 7 proc. Urzeczywistnienie się czarnego scenariusza wywróciłoby jednak te proporcje.

– Do tej pory brexit czy ryzyko brexitu nie było za bardzo poważnie traktowane. Natomiast po ostatnich wydarzeniach trzeba się liczyć z tym, że do tego może dojść – mówi Galas.

Nastroje na Wyspach Brytyjskich są mocno niepewne. W sondażach szale przechylają się raz na jedną, raz na drugą stronę, a języczkiem uwagi będą niezdecydowani. Po ogłoszeniu na początku kwietnia danych z Panama Papers, które ujawniły, że ojciec brytyjskiego premiera Davida Camerona miał udziały w funduszu powierniczym zarejestrowanym na Bahamach, liczba zwolenników brexitu wzrosła. Po upublicznieniu przez Camerona zeznań podatkowych szanse jednak znowu się wyrównały, a funt odrobił część strat.

– Mniej skorzysta na brexicie euro. Chociaż funt też powinien się osłabić do euro, ale jednak ta skala osłabienia powinna być mniejsza. Trzeba wziąć pod uwagę to, że wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej pokazałoby pewną słabość UE jako instytucji. Ta słabość wiązałaby się również ze słabością wspólnej waluty – wyjaśnia analityk DM Deutsche Banku.

Podobnie polski złoty mógłby ucierpieć, i to co najmniej z dwóch powodów: odwrotu inwestorów od rynków wschodzących oraz uszczuplenia wspólnej unijnej kasy, której Polska jest największym beneficjentem.

– Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej oznaczałoby mniejszy unijny budżet. Jeżeli mniejszy unijny budżet, to do Polski też napływałby mniejszy strumień funduszy pomocowych. Dodatkowo polski złoty mógłby tracić na tym, że jest najpłynniejszą walutą, jeżeli chodzi o kraje dawnego bloku socjalistycznego.

Zastrzega jednak, że opuszczenie przez Wielką Brytanię wspólnoty musiałoby potrwać co najmniej kilka lat, więc jego realne skutki byłyby rozłożone w czasie. Rynki jednak szybko wycenią potencjalne szkody.

– Przykład Wielkiej Brytanii mógłby skłonić także inne bogatsze państwa należące do Unii Europejskiej do pójścia w jej ślady. To mogłoby spowodować w przyszłości nawet ograniczenie napływu środków z Brukseli, mógłby on nawet zostać całkowicie wstrzymany – przestrzega Galas.

MEN do końca maja ma podjąć decyzję ws. rządowego podręcznika. Wydawcy edukacyjni liczą na większą decyzyjność nauczycieli i rodziców

CEO Magazyn Polska

W resorcie edukacji narodowej toczy się dyskusja na temat rządowego podręcznika. – W maju musimy podjąć decyzję dotyczącą tego, co dalej z podręcznikiem drukowanym w ministerstwie. Oczywiście system dotacji do podręczników chcemy utrzymać – zapewnia minister Anna Zalewska. Na uporządkowanie sytuacji liczą także wydawcy podręczników, którzy postulują większą decyzyjność po stronie nauczycieli i rodziców.

W tej chwili w Ministerstwie Edukacji Narodowej toczą się dyskusje. Mamy wrażenie, że system się rzeczywiście zaplątał, jeżeli chodzi o to, jak rozdzielone są zadania, odpowiedzialność nauczyciela, kiedy podejmują oni decyzję o wyborze podręcznika, a mamy tak naprawdę jeden darmowy podręcznik pisany w ministerstwie. Przed nami trudne decyzje – mówi agencji informacyjnej Newseria Anna Zalewska, minister edukacji narodowej.

Minister deklaruje, że do końca maja zostanie podjęta decyzja o dalszych losach podręczników, zarówno darmowych, jak i dotowanych. Zapowiada też konsultacje społeczne tego projektu. Dodaje, że bezsporne jest pozostawienie systemu dotacyjnego, należy się tylko zastanowić, na jakiej zasadzie państwo będzie dotowało podręczniki.

Jest parę rzeczy do zrobienia związanych z rozwarstwieniem w dostępie do podręczników, bo ono się rzeczywiście pojawiło – ocenia skutki wejścia w życie reformy podręcznikowej z 2014 Jarosław Matuszewski, przewodniczący Sekcji Wydawców Edukacyjnych Polskiej Izby Książki. – Wzrosty notują szkoły niepubliczne, zarówno prywatne, jak i społeczne, co wynika z niezadowolenia rodziców poziomem nauczania w szkołach publicznych.

Jego zdaniem temu rozwarstwieniu w dużym stopniu zawinił rządowy podręcznik, wykorzystywany w klasach nauczania początkowego. Ma nadzieję, że od przyszłego roku ministerstwo przestanie być jedynym wydawcą podręcznika.

Nie chcę mówić o konkretnych liczbach, ponieważ umówiliśmy się z panią minister na rozmowę na temat nowej roli podręczników i pomocy edukacyjnych – mówi Matuszewski. – Mówimy o redefinicji podręcznika i przypisaniu mu nowych funkcji. Od tego będzie też trochę zależało to, jak powinien wyglądać podręcznik, jaką powinien mieć formę i objętość.

Jak zapowiada, wydawcy będą namawiać resort edukacji do pozostawienia nauczycielom możliwości dobierania dodatkowych, niedotowanych pomocy edukacyjnych, np. przez ustalenia z rodzicami. Jest to szczególnie istotne przy klasach sprofilowanych, gdzie predyspozycje uczniów warto rozwijać w określonym kierunku, dostosowanym do ich możliwości, a nie narzuconym odgórnie.

Zdaniem wydawców przedyskutowania wymaga także system dotacji do pozostałych pomocy szkolnych, który ich zdaniem jest niewystarczający.

Jest dostępna ocena skutków regulacji i jest tam informacja, że kwotę dotacji na ćwiczenia – 25 zł – wyliczono na podstawie 2–3 wizyt w księgarniach warszawskich, czyli kompletnie niereprezentatywnie – przekonuje Jarosław Matuszewski. – Wydaje mi się, że w ramach pracy nad nowym systemem – bo toczy się dyskusja o finansowaniu edukacji, a więc i pomocy edukacyjnych – przyjdzie czas na rozmowy o finansowaniu podręczników, zeszytów ćwiczeń i innych materiałów edukacyjnych.

Obecnie dotacja na ćwiczenia w klasach starszych to 25 zł na komplet ćwiczeń. Oznacza to, że na jeden zeszyt ćwiczeń szkoła może wydać maksymalnie 5 zł. To zbyt mało, aby przygotować rozbudowane ćwiczenia. Przykładowo, ćwiczenia do języka obcego po reformie podręcznikowej są o ponad połowę cieńsze niż wcześniejsze. Do tego dochodzi wieloletni rządowy podręcznik, który w przypadku nauki języków obcych nie bierze pod uwagę obowiązujących trendów w nauczaniu języków.

Dotacja w kwocie 25 zł na komplet materiałów edukacyjnych, z wyjątkiem podręczników, jest absurdalna – przekonuje Jarosław Matuszewski. – Konkretne dane mówią o tym, że przybyło 20 proc. uczniów w szkołach językowych, co oznacza, że szkolne nauczanie języków obcych jest niewystarczające.

Łączone usługi rosną w siłę. 50 tys. klientów skorzystało z oferty Energi i Microsoftu na dostawę energii i pakietu usług Office 365

CEO Magazyn Polska

Konsumenci coraz częściej decydują się na ofertę łączonych usług różnych dostawców. Na rynku jest coraz więcej propozycji sprzedaży pakietów energii i gazu czy usług telekomunikacyjnych i energii. Konsumenci wiedzą, że w ten sposób mogą ograniczyć rachunki i dostosować ofertę do swoich potrzeb. Z pierwszej na polskim rynku połączonej usługi technologicznej i energetycznej Energi i Microsoftu na dostawę energii oraz pakietu Office 365 skorzystało w ciągu roku 50 tys. klientów.

Połączenie sprzedaży oprogramowania z dostawą energii na początku wyglądało dosyć egzotycznie – przyznaje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Piotrowski, członek zarządu w polskim oddziale Microsoft. – Najważniejsza jest jednak odpowiedź rynku, a w tym wypadku odpowiedź konsumentów była fantastyczna. Nie przewidywaliśmy takiego zainteresowania klientów Energi takim pakietem. Teraz stali się oni naszymi wspólnymi klientami, o których dbamy w tej chwili wspólnie. Decyzja o stworzeniu tej unikatowej oferty była szybka i prosta. Będziemy ją rozwijać również w innych sektorach branży.

Usługa Energa 365 polega na dostawie energii z trzyletnią gwarancją niezmienności ceny oraz możliwością zakupu pakietu Office 365 na rok w cenie 1 zł. Jak podkreślają pomysłodawcy projektu, pozwala on m.in. propagować wśród użytkowników korzystanie z legalnego oprogramowania. Licencja umożliwia dostęp do oprogramowania Microsoft na pięciu urządzeniach, dzięki czemu jednocześnie można z niego korzystać na komputerze domowym, smartfonie i tablecie. Daje też dostęp do 1 terabajta przestrzeni na dysku w chmurze.

Microsoft to firma innowacyjna, a energetyka aktualnie wchodzi w sferę innowacji. Chcieliśmy więc wykorzystać markę Microsoft, by kojarzyła się z innowacyjnością w Enerdze – tłumaczy Dariusz Kaśków, prezes Grupy Energa. – Ponad 50 tysięcy klientów skorzystało z łączonej oferty obu tych produktów, czyli Office z energią. Połączenie dało bardzo duży efekt.

Energa wprowadza również projekt inteligentnego pomiaru energii w domu za pomocą oprogramowania pod nazwą LivingLab. Na razie ten innowacyjny program testowany jest w 300 gospodarstwach domowych w Gdyni. Mieszkańcy uczą się, jak zarządzać energią elektryczną, bezpłatnie testując nowoczesne narzędzia i usługi.

Choć połączenie usług technologicznych i energetycznych było pierwszym na polskim rynku, wpisuje się w coraz częściej występujące zjawisko łączenia usług z różnych dziedzin we wspólne pakiety. Prezes Energi podkreśla elastyczność takich ofert. Dodaje, że klient może utworzyć usługę dopasowaną do jego indywidualnych potrzeb.

Usługa online polega na tym, że konsument sam ustawia sobie najlepszą ofertę, jaka mu odpowiada w danej chwili. To daje miarodajne i znaczne przełożenie na biznes, bo klient kreuje produkt najlepszy dla siebie – przekonuje Kaśków.

Microsoft zaznacza, że dostrzega dalsze możliwości rozwoju współpracy z Energą. Dariusz Piotrowski dodaje, że firma przygotowuje się również do współpracy z innymi sektorami, takimi jak telekomunikacja, banki i ubezpieczyciele czy branża przemysłowa.

Konsumenci oczekują nowego rodzaju usług łączących różne rozwiązania – mówi Dariusz Piotrowski. – To jest wyznacznik współpracy z firmami w odmiennych branżach oraz element testowania rynku. Wiemy i widzimy po współpracy z Energą, że odpowiedź rynku była pozytywna i dała nam jasny sygnał, że to usługa, a nie oddzielne produkty, jest tym, czego oczekuje konsument.

Oferta gdańskiej Energi i polskiego oddziału Microsoftu jest dostępna na rynku od jesieni 2014 roku. Usługa ta została nagrodzona w konkursie „Liderzy Świata Energii” podczas XXIII Konferencji Energetycznej EuroPOWER.

J. Jankowiak: Jest duża nieufność zagranicznych inwestorów do polskich banków

CEO Magazyn Polska

Wprowadzenie podatku bankowego oraz niepewność dotycząca portfela kredytów hipotecznych to główne powody nieufności zagranicznych inwestorów do polskich banków – uważa Janusz Jankowiak, główny ekonomista z Polskiej Rady Biznesu. W jego ocenie tę niepewność widać chociażby w notowaniach giełdowych spółek. 

– Cały czas jest dosyć duża nieufność do polskich banków. To dotyczy nie tylko niewiadomych skutków wprowadzenia podatku na aktywa bankowe,lecz także portfela kredytów hipotecznych. W dalszym ciągu nie ma jasności, jak sprawa się rozstrzygnie i jak wpłynie na wyniki wszystkich banków – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu Janusz Jankowiak.

Wprawdzie od początku lutego indeks WIG-banki rósł nawet nieco szybciej niż WIG (9,8 proc. wobec 9 proc.), jednak przez ostatni rok jego straty były znacznie wyższe i przekraczały 22 proc., podczas gdy indeks szerokiego rynku stracił przez ostatnich 12 miesięcy tylko 13 proc. Do odrobienia strat wciąż więc bankom daleko. W ocenie Jankowiaka pomoc frankowiczom w jakiejś formie byłaby do rozważenia, gdyby nie było to jedno z wielu wprowadzanych jednocześnie rozwiązań, jak Fundusz Wsparcia Kredytobiorców, podatek bankowy czy składki na Bankowy Fundusz Gwarancyjny.

– Gdyby to był jedyny tego rodzaju pomysł, to myślę, że w pewnych warunkach i po odpowiedniej dyskusji można by było go poprzeć – ocenia.

Ekonomista dostrzega pierwsze skutki podatku nałożonego na instytucje finansowe. Według niego dotyczy to zakłóceń na rynku bankowym i międzybankowym. Jankowiak uwagę na fakt, że obligacje skarbu państwa nie są objęte podatkiem bankowym, co zachęca do ich zakupu. Taki wyjątek nie dotyczy jednak bonów pieniężnych Narodowego Banku Polskiego.

– Oznacza to większy popyt na obligacje rządowe, głównie krótkie. Dzięki temu mieliśmy bardzo duże przesunięcia w strukturze portfela pod względem podziału na rezydentów i nierezydentów. Polskie banki były zainteresowane tym, żeby kupować aktywa, które nie są objęte podatkiem, a banki zagraniczne z racji dobrych cen, które dyktowały polskie banki, z chęcią te obligacje sprzedawały –­ mówi.

Rentowności polskich obligacji 10-letnich na rynku wtórnym spadły od drugiej połowy stycznia do drugiej połowy marca z 3,30 do 2,80. Oznacza to, że wzrosły ich ceny.

Główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu mówi, że trzeba liczyć się także ze skutkami, które dadzą o sobie znać w dłuższym horyzoncie czasowym, zwłaszcza ze zmianą oferty kredytowej banków w stronę kredytów konsumpcyjnych.

– To będzie głownie, jak sądzę, przesunięcie w portfelu aktywów bankowych idące w stronę produktów wysokomarżowych ­– ocenia. –­ Będziemy mieli do czynienia prawdopodobnie z dosyć dużą dynamiką wzrostu akcji kredytowej w części finansującej konsumpcję, co z makroekonomicznego punktu widzenia oczywiście w dłuższym okresie nie jest zbyt opłacalne.

Po pierwszym kwartale 2016 roku BIK odnotował wzrost zapytań o kredyty hipoteczne, a spadek o konsumenckie, ale to tylko miara popytu, nie podaży ani ostatecznie przyznawanych kredytów.

Przyjęta przez Sejm ustawa nałożyła od lutego 2016 r. na banki, SKOK-i i firmy ubezpieczeniowe podatek wynoszący w skali roku 0,44 procent wartości ich aktywów.

Branżę IT czeka dekada dynamicznego wzrostu internetu rzeczy. Do końca roku w sieci będzie działać prawie 6,5 mld urządzeń

CEO Magazyn Polska

Miliardy urządzeń codziennego użytku połączonych do sieci – od samochodów po pralki czy centralne ogrzewanie – to nie wizja przyszłości, lecz rzeczywistość najbardziej dynamicznie rozwijającej się części sektora ICT, czyli internetu rzeczy. Taki stan powinien się utrzymać przez całą dekadę, a tempo rozwoju być może jeszcze wzrośnie, gdy korzyści biznesowe staną się bardziej widoczne.

Internet of Things (IoT), czyli internet rzeczy to koncepcja, wedle której przedmioty codziennego użytku mogą nie tylko gromadzić, lecz także przetwarzać lub wymieniać dane w sieci.

Jak wynika z raportu analityków amerykańskiej firmy doradczej Gartner, do końca 2016 roku w ramach internetu rzeczy podłączonych będzie 6,4 miliarda urządzeń, co oznacza wzrost o 30 proc. w ciągu roku. Szacuje się, że tylko w tym roku każdego dnia do sieci podłączanych będzie około 5,5 mln różnego rodzaju nowych przedmiotów codziennego użytku. Za cztery lata liczba aktywnych urządzeń podłączonych w ramach globalnej sieci IoT wzrośnie do 20,8 miliarda. Według różnych analiz do tego czasu wartość całego roku dawno przekroczy barierę biliona dolarów. Na świecie idea ta jest już określona mianem teleinformatycznej rewolucji.

– Prawdziwy potencjał internetu rzeczy tkwi jednak po stronie biznesowej. Jego biznesowe wykorzystanie to proces, który nazywamy cyfrową transformacją. Chodzi o integrację nowych cyfrowych technologii, technologii komunikacyjnych i mocy obliczeniowych we wszelkiego rodzaju urządzeniach, dzięki czemu stają się one inteligentniejsze i pomagają optymalizować procesy biznesowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joseph Reger, dyrektor ds. technologicznych Fujitsu na region Europy, Bliskiego Wschodu, Indii i Afryki.

Jak podkreśla, jest to prawdopodobnie największy segment branży ICT. Tempo jego rozwoju może znacznie przyspieszyć, kiedy bardziej widoczne staną się korzyści biznesowe wynikające z wykorzystywania nowoczesnych technologii informatycznych i komunikacyjnych. Ten postęp w opinii Regera widać coraz wyraźniej.

– Internet rzeczy i cyfrowa transformacja przynoszą jednocześnie wiele korzyści i wiele problemów. Każdy klient powinien pamiętać o obu tych stronach. Musimy pilnować, by technologie te były wykorzystywane w celach, które są etycznie i moralnie akceptowalne oraz korzystne dla firm – podkreśla Joseph Reger.

W opinii przedstawicieli Fujitsu, koncernu specjalizującego się w nowych technologiach, połączenie w sieć działających na całym świecie urządzeń będzie przełomem o rewolucyjnym znaczeniu dla każdej branży. Firmy dostaną nowoczesne i zaawansowane narzędzia do komunikacji, obliczeń, przechowywania, analizowania danych, korzystania z komputerów przenośnych i w końcu przetwarzania danych w chmurze. Na internet rzeczy stawia też Fujitsu.

Koncentrujemy się na technologiach umożliwiających wdrożenie internetu rzeczy i cyfrową transformację, która obejmuje nie tylko urządzenia, komunikację czy moce obliczeniowe, lecz także analizę danych, na przykład aplikacje do analizy biznesowej, analizę prognozującą, prowadzącą do działań wyprzedzających. Zaczynamy się również przyglądać procesowi uczenia maszyn, ponieważ stanie się on niezbędny do obróbki do ogromnej ilości danych, które produkujemy i do obsługi internetu rzeczy – mówi Joseph Reger.

Na badania i rozwój w tych obszarach koncern przeznacza ok. 5 proc. rocznych obrotów. Prace nad innowacyjnością prowadzone są również w polskim oddziale. W ocenie dyrektora ds. technologicznych Fujitsu Polska jest jednym z dynamiczniej rozwijających się krajów w Europie, a przez to atrakcyjnym dla branży. Według eksperta IoT wymaga specjalnych umiejętności, które w Polsce są szeroko dostępne.

Reger przekonuje, że propozycja Fujitsu w zakresie internetu rzeczy sprowadza się przede wszystkim do tego, by pomóc klientom w optymalizacji ich procesów biznesowych. W ramach rozwoju technologii IoT na całym świecie promuje wizję świata inteligentnego społeczeństwa. Ma się ono opierać na najnowszych osiągnięciach teleinformatyki, w jego centrum ma stać wyłącznie człowiek.

Według krajowych raportów idea IoT w Polsce ma największy potencjał nabywczy w przypadku inteligentnych urządzeń RTV i AGD oraz naszpikowanych elektroniką domów i mieszkań. Według ubiegłorocznego raportu IAB Polska polscy klienci najbardziej doceniają potencjalne korzyści IoT związane z oszczędnością energii (44 proc.), większym poczuciem kontroli nad urządzeniami i sprzętami (41 proc.), a także bezpieczeństwem (38 proc.).

Odpowiedzialne firmy poszukiwane na rynku pracy. Młodzi ludzie wybierają pracodawców, którzy wyznają podobne wartości

CEO Magazyn Polska

Dla pokolenia, które wchodzi na rynek pracy, wartości wyznawane przez firmę mają duże znacznie przy wyborze przyszłego pracodawcy. Dlatego lepiej oceniane przez kandydatów są podmioty odpowiedzialne społecznie, działające na rzecz pracowników, lokalnych społeczności czy środowiska. Pozytywna opinia pracowników, a także nagrody i wyróżnienia w zakresie CSR mają duży wpływ na postrzeganie firmy w społeczeństwie, co przekłada się na wzrost zaufania klientów, a tym samym na wyniki finansowe. 

Według badań i obserwacji, które prowadzimy od lat, CSR [Corporate Social Responsibility, czyli społeczna odpowiedzialność biznesu – red.] jest istotnym elementem postrzegania firmy przez klientów, kontrahentów, pracowników, a co za tym idzie – ma ogromny wpływ na zyski firm – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Potocka-Domin, wiceprezeska Business Centre Club (BCC). – W dzisiejszych czasach przedsiębiorstwa konkurują o prymat głównie wizerunkiem, a CSR jest niezwykle ważnym jego elementem.

Według unijnej strategii społecznej odpowiedzialności przedsiębiorstw CSR to działania wynikające z poczucia więzi ze społeczeństwem, dotyczące zarówno kwestii społecznych, środowiskowych, etycznych, jak i związanych z prawami człowieka oraz uprawnieniami konsumentów. Jak wynika z badania Deloitte, są to wartości coraz bardziej cenione przez przedstawicieli wchodzącego na rynek pracy pokolenia Y. Wdrażająca zasady CSR firma ma w związku z tym większe szanse na zdobycie najlepszych pracowników. Tym bardziej że millenialsi w ciągu najbliższych 10 lat będą stanowili ¾ aktywnych zawodowo Polaków.

Pokolenie, które wchodzi na rynek, czyli generacja Y i Z, ma już inne wymagania. To ludzie, którzy potrzebują równowagi między pracą zawodową a życiem prywatnym. Ważne jest dla nich spełnienie w pracy, ale potrzebują także silnych, inspirujących liderów – potwierdza Marek Jurkiewicz, prezes portalu InfoPraca.pl. – Dla przyszłych pracowników wartości, jakie wyznaje firma, i odpowiedzialność w biznesie są rzeczami kluczowymi.

Zdaniem Jurkiewicza działania CSR wpisują się w deklarowaną przez młodych pracowników potrzebę szukania sensu pracy, który coraz częściej nie dotyczy tylko kwestii finansowych.

Społeczna odpowiedzialność firmy jest także istotna dla kontrahentów i klientów, a także wpływa na pozycję rynkową przedsiębiorstwa. Z badania firmy doradczej PwC wynika, że najważniejsze korzyści ze stosowania CSR to pozytywny wizerunek (74 proc.), zmotywowani pracownicy (58 proc.), przychody (45 proc.) oraz oszczędności (21 proc.). Wszystkie w rezultacie prowadzą do korzyści finansowych, ale dwie ostatnie – w sposób bezpośredni.

Polscy przedsiębiorcy od wielu lat są odpowiedzialni społecznie, ale część z nich „nie wie, że mówi prozą”, tzn. opiekuje się pracownikami i społecznością lokalną, ale nie nazywa tego CSR-em – zauważa Anna Potocka-Domin.

Według BCC ok. 40 proc. przedsiębiorców zna konkretne zasady CSR, a tego rodzaju działalność nazywa po imieniu. Odsetek ten rośnie przy tym wraz z wielkością firmy. Wśród średnich i dużych przedsiębiorstw znajomość taką deklaruje odpowiednio 60 i 80 proc.

W większych organizacjach są to profesjonalne przedsięwzięcia, które mają swoje miejsce w strategiach i obejmują zasięgiem zarówno firmę, jak i jej otoczenie – zauważa Anna Potocka-Domin. – Związane są zarówno z drobnymi akcjami na rzecz społeczności lokalnej, jak i dużymi, ogólnopolskimi działaniami.

Ważne jest, jak podkreśla Anna Potocka-Domin, by przedsięwzięcia CSR były spójne ze strategią biznesową firmy, stały się zrozumiałe dla pracowników i nie miały charakteru przypadkowego. Dobrze, gdy zatrudnieni stają się także inicjatorami takich działań lub biorą w nich aktywny udział, np. poprzez wolontariat pracowniczy.

Firmy, które działają wyjątkowo dobrze w tym obszarze, warte są tego, żeby je pokazywać, nagradzać, żeby było o nich głośno. Nie ma nic lepszego niż pokazywanie dobrych przykładów. To działa fantastycznie na samą firmę i pracowników, wzmacnia ich motywację. Dla pozostałych firm jest to fantastyczny przykład, a dla konkurencji sygnał, że warto się zaangażować, z korzyścią dla nas wszystkich – podkreśla wiceprezeska BCC.

Wyłonieniu liderów CSR ma służyć organizowany przez Akademię Filantropii konkurs „Dobroczyńca Roku”. Do 22 kwietnia na stronie dobroczyncaroku.pl można oddawać głosy na firmy, które podejmują działania odpowiedzialne społecznie.

90 proc. społeczeństwa uważa, że firmy powinny mówić o swoim zaangażowaniu społecznym – podkreśla Anna Potocka-Domin. – Nasze społeczeństwo najczęściej dowiaduje się o takich działaniach z mediów, ale najbardziej wiarygodnym źródłem są pracownicy tych firm, a także rodzina i przyjaciele. Bardzo wysoko cenione są także nagrody i wyróżnienia.

Biegun południowy, 105 lat po zdobyciu przez Amundsena, wciąż przyciąga podróżników. Wyprawa wiąże się z długotrwałymi przygotowaniami i dużym wysiłkiem

CEO Magazyn Polska

W tym roku mija 105. rocznica zdobycia bieguna południowego przez Roalda Amundsena. Choć dziś polarnicy mają dużo lepszy sprzęt, możliwości nawigacyjne i specjalistyczne ubrania, to niezmienna pozostaje konieczność poczynienia długotrwałych przygotowań. Niezbędne jest też odpowiednie przygotowanie fizyczne i psychiczne, bo pokonanie trasy w tak monotonnym krajobrazie jest nie lada wyzwaniem.

Biegun południowy wciąż jest celem dla podróżników. Co roku wiele osób chce go zdobyć. Odbywają się tam również wyprawy narciarskie długości 100 kilometrów. Są i tacy, którzy chcą przebyć całą drogę, tzn. od wybrzeża do bieguna – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Børg Ousland, polarnik z Norwegii.

Biegun południowy został po raz pierwszy zdobyty dokładnie 105 lat temu przez norweskiego polarnika Roalda Amundsena.

Należy podziwiać to, że w tamtych czasach udało mu się tak świetnie przygotować, zdobyć wiedzę. Wiemy, że Amundsen czerpał również ze swoich doświadczeń z Arktyki, z bieguna północnego. O dużym sukcesie jego wyprawy przeważyło to, że zabrał ze sobą psy, a nie konie jak jego konkurent Robert Scott – mówi Małgorzata Korczak-Abshire, ekspertka z Zakładu Biologii Antarktyki w Instytucie Biochemii i Biofizyki Polskiej Akademii Nauk. – Był to niewątpliwie ogromny wyczyn sportowy.

Obecnie wyprawa na biegun, choć to wciąż wyzwanie logistyczne, jest już znacznie prostsza niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Dzięki możliwościom nawigacji, dobremu sprzętowi i świadomości, że w razie kłopotów możliwa jest ewakuacja, na wyprawy decyduje się coraz więcej osób. Wśród nich są przede wszystkim naukowcy, polarnicy i doświadczeni podróżnicy.

My też korzystamy z doświadczeń Amundsena, np. wykorzystanie futra reniferów i fok, które stanowią idealną izolację od silnego wiatru i bardzo niskich temperatur, od -40 do nawet -60 stopni Celsjusza. My podejrzeliśmy to właśnie u niego i w tej chwili również wykorzystujemy tę wiedzę – mówi Korczak-Abshire. – Przede wszystkim staramy się wyciągnąć wniosek, że do każdej wyprawy trzeba się bardzo dobrze przygotować: zapoznać się z literaturą, umieć przewidzieć każde pojawiające się w tamtym rejonie niebezpieczeństwo i zagrożenie oraz minimalizować ryzyko, tak jak zrobił to Roald Amundsen.

Jak podkreśla, wyprawy naukowe, w których pięciokrotnie sama brała udział, wymagają od uczestników jeszcze większych przygotowań. Startują one mniej więcej rok przed rozpoczęciem wyprawy.

Niezbędna jest kondycja fizyczna. Przecenienie własnych sił i zbyt krótki trening przed wyjazdem mogą zaprzepaścić szansę na zdobycie bieguna. Istotne jest również doświadczenie w wędrówkach, zwłaszcza że koniecznej wiedzy nie można zdobyć tylko poprzez lektury czy filmy przyrodnicze. W obecnych czasach jest to dużo łatwiejsze niż ponad sto lat temu, kiedy Amundsen szedł w nieznane.

Trzeba się przygotować nawet na 10 godzin marszu dziennie z ciężkim ekwipunkiem, więc trening jest niezbędny. Można też łatwo kupić sprzęt niezbędny do ekspedycji, ale mimo to potrzeba doświadczenia. Nie radziłbym zaczynać od Antarktyki. Na początek rekomendowałbym Grenlandię lub Svalbard – radzi polarnik.

Wyprawa na biegun oznacza nie tylko wysiłek fizyczny, lecz także psychiczny. Jednostajny krajobraz w połączeniu z dotkliwym wiatrem i zimnem potrafią każdego doprowadzić na skraj wytrzymałości. Jak podkreśla Ousland, istotne jest dlatego przygotowanie do mentalnego wyzwania. Choć większość podróżników nie bierze pod uwagę tego, że może się wycofać, Antarktyda potrafi wygrać z każdym.

Czasami ludzie chcą zrezygnować, ponieważ doznają kontuzji albo nie są w wystarczająco dobrej kondycji. Jednym z częstych powodów są również odmrożenia wywołane zimnem i wiatrem. Na Antarktyce jest również problem z wysokością, ponieważ płaskowyż jest położony na wysokości ponad trzech tysięcy metrów. Jest więc wiele różnych czynników, które decydują o tym, czy osiągnie się sukces – ocenia Børg Ousland.

Mimo to Antarktyda jest też coraz częściej wybierany przez mniej doświadczone osoby. Wśród nich znajdują się nie tylko poszukiwacze przygód, osoby, którzy stale chcą przesuwać granicę fizycznej wytrzymałości, lecz także zwyczajni ludzie, którzy do wyprawy przygotowują się miesiącami, tylko po to, by spełnić swoje marzenie. Częściej wybierane są krótsze trasy, tygodniowe albo dwutygodniowe, a nie trzymiesięczne, jak kiedyś. Biura podróży organizują także wyprawy – rejsy na Antarktydę. Ich koszt to kilkadziesiąt tysięcy dolarów.

To ludzie, którzy po prostu chcą się znaleźć na wielkiej białej równinie Antarktyki. Cel dla wszystkich jest wspólny. Chcą stanąć na biegunie południowym, i to jest najważniejsze – mówi Ousland.

Antarktyka to dla większości osób prawdziwy koniec świata, miejsce, za którym nie ma już nic. Na wyobraźnię działa też fakt, że dotarło się na spód Ziemi. Jak przekonuje podróżnik, kontynent ma też do zaproponowania bogatą faunę.

Miliony pingwinów, fok i wielorybów – wymienia Ousland. – Antarktyczny interior jest bardzo sterylny, nie ma tam w ogóle życia, ale na wybrzeżu fauna jest niezwykle bogata.

Zakładając polską stację badawczą [Polską Stację Antarktyczną im. Henryka Arctowskiego – red.], która działa nieprzerwanie od 1977 roku, czerpaliśmy wiedzę z wcześniejszych odkryć i dokonań, które były prowadzone na Antarktydzie. Bardzo nas to inspirowało. Cały czas odkrywamy ten kontynent i tajemnice, które jeszcze kryje. Nasze badania obejmują różnoraki zakres naukowy: geologię, glacjologię, biologię, również badania morskie oraz monitoring meteorologiczny i gatunków wskaźnikowych – wyjaśnia Małgorzata Korczak-Abshire.

Przeciętny Polak wydaje jednorazowo na zakup wędlin 11 złotych

Ponad 40 proc. Polaków postrzega wędliny, jako zdrowe produkty. Równocześnie 45 proc. nie ma sprecyzowanego zdania na ten temat. Mimo to, wędliny to jedna z najbardziej popularnych kategorii kupowanych do polskich gospodarstw domowych. 70 proc. nabywców dokonuje zakupu kategorii kilka razy w tygodniu.

W kwietniu, który w 2015 roku był miesiącem świątecznym (Wielkanoc) całkowita sprzedaży kategorii wędlin do polskich gospodarstw domowych wyniosła blisko 1 284 mln PLN. W porównaniu do świątecznego kwietnia w 2014 r. zaobserwowano spadek w wartości sprzedaży kategorii o 6 proc.

Przeciętny Polak wydaje jednorazowo na zakup wędlin 11 złotych. Średnio podczas jednego aktu zakupowego kupujemy 600 gramów wędliny. Co czwarty produkt z tej kategorii jest kupowany w promocji. Zdecydowanie częściej kupujemy wędliny na wagę niż paczkowane. Udział wędlin paczkowanych stanowi 1/3 całkowitej wartości sprzedaży kategorii.

Podczas zakupów wędliny w sklepie zza lady ponad połowa nabywców woli kupować wędlinę w plastrach. Ponadto, preferują oni krojenie wędlin na miejscu przez sprzedawcę niż uprzednio pokrojone plastry gotowe do sprzedaży.

Do końca 2018 roku Bank BGŻ BNP Paribas chce zdobyć ponad 5 proc. udziału w rynku

Tomasz Bogus prezes Zarządu Banku BGŻ BNP Paribas– Rok po połączeniu dwóch banków, jesteśmy coraz bliżej ukończenia procesu integracji. Jednocześnie jesteśmy gotowi, aby w połowie bieżącego roku połączyć się z Sygma Bankiem Polska. Fuzja z Sygma Bankiem wzmocni naszą działalność w obszarze consumer finance. Uznaliśmy, że to dobry moment do aktualizacji strategii rozwoju naszego zintegrowanego Banku. Połączenia, o których wspomniałem, znacząco umacniają naszą pozycję rynkową – należymy do grona największych banków w Polsce pod względem sumy bilansowej i liczby klientów. W niektórych obszarach, jak np. sektor agro czy międzynarodowa bankowość korporacyjna, jesteśmy liderem pod względem udziałów w rynku. Jednocześnie mamy świadomość wyzwań stojących przed sektorem finansowym i aby nadal móc się rozwijać musimy koncentrować się na dalszej poprawie efektywności, która przyniesie pozytywne efekty dla naszych klientów, pracowników i akcjonariuszy – mówi Tomasz Bogus, Prezes Zarządu Banku BGŻ BNP Paribas.

W strategii, Bank BGŻ BNP Paribas jasno zdefiniował swoje cele:

  • uzyskanie ponad 5 proc. udziału w rynku kredytów i depozytów,
  • poprawa efektywności wynikająca zarówno z synergii kosztowych związanych z integracją banków, jak i zwiększania przychodów,
  • wzrost wyniku z działalności bankowej poprzez wdrożenie nowych inicjatyw we wszystkich liniach biznesowych,
  • obniżenie wskaźnika kosztów do dochodów z 74 proc. w 2015 r. (bez uwzględnienia kosztów integracji) do ok. 55 proc. w 2018 r.,
  • wzrost rentowności kapitału własnego (ROE) do poziomu ok.10 proc.

Zakończenie integracji pozwoli nam na realizację synergii po stronie kosztowej. Jednak bazą do poprawy efektywności w kolejnych latach ma być systematyczna poprawa wyniku z działalności bankowej. Posiadamy ofertę dla każdej z grup klientów i zamierzamy to wykorzystać do dalszego rozwoju. Chcemy rosnąć w każdym obszarze, być bankiem zintegrowanym, wykorzystującym w pełni potencjał naszej uniwersalnej oferty do zwiększenia przychodów – dodaje Tomasz Bogus.

Bank BGŻ BNP Paribas chce oprzeć swój rozwój na 4 filarach:

  1. Koncentracja na kliencie – obecność blisko klientów, dzięki wykorzystaniu sieci oddziałów, przede wszystkim w małych i średnich miastach. Koncentracja na klientach bankowości detalicznej oraz wybranych sektorach i branżach bankowości korporacyjnej i MSP. Dalsze umacnianie pozycji lidera w sektorze rolno-spożywczym.
  2. Wsparcie klientów korporacyjnych w ich zagranicznej ekspansji, dzięki wykorzystaniu potencjału Grupy BNP Paribas obecnej w 75 krajach na całym świecie.
  3. Przekształcenie banku uniwersalnego w bank zintegrowany zwiększający cross-selling, umożliwiający kompleksową obsługę każdego aspektu działalności biznesowej, zarówno poszczególnych klientów, jak i wybranych branż.
  4. Rozwój bankowości elektronicznej i mobilnej umożliwiający konkurowanie z najlepszymi bankami na rynku. Optymalizacja i industrializacja procesów operacyjnych.

Nastroje mikro i małych firm w województwie lubuskim

Mikro i mali właściciele firm w województwie lubuskim inwestują najwięcej w kraju – wynika z danych szóstej edycji „Raportu o sytuacji mikro i małych firm” autorstwa ekspertów Banku Pekao. Nastroje przedsiębiorców są lepsze niż w poprzednim badaniu, a w rankingu krajowym zajmują trzecią pozycję. Lubuski przedsiębiorca rzadziej niż sąsiedzi wprowadza do swojej firmy innowacyjne rozwiązania.

Mikro i mali przedsiębiorcy z województwa lubuskiego są w najlepszych nastrojach od 6 lat. Średni Ogólny Wskaźnik Koniunktury[1] jest wyższy o 2 p.p. w ujęciu rocznym i wynosi 99,5 p. Średnia krajowa to 98 p. Przedsiębiorcy z podregionu zielonogórskiego, podobnie jak w ubiegłym roku, lepiej niż gorzowscy sąsiedzi ocenili swoje nastroje w 2015 r. oraz perspektywy na kolejne 12 miesięcy (odpowiednio 97,5 p. i 102 p.). Ankietowani właściciele mikro i małych firm z podregionu gorzowskiego oceniają swoją sytuację w 2015 r. również powyżej średniej krajowej – na 97,2 p., a perspektywy na 2016 r. – na 100,9 p.

Ocena nastrojów mikro i małych przedsiębiorców w Lubuskiem rośnie już trzeci rok z rzędu. W Polsce większymi optymistami są jedynie ankietowani z województwa pomorskiego i kujawsko-pomorskiego. Firmy z podregionu zielonogórskiego podobnie jak w ubiegłym roku najlepiej oceniły swoją sytuację w regionie – mówi Tomasz Kierzkowski, Dyrektor w Departamencie Klienta Biznesowego w Banku Pekao S.A.

Na wskaźnik koniunktury składa się 8 badanych obszarów, takich jak ogólna sytuacja gospodarcza, sytuacja branży i firmy, przychody i wynik finansowy firmy, zatrudnienie, oczekiwanie na zapłatę, dostęp do finasowania. Przedsiębiorcy z lubuskiego nieznacznie gorzej niż inne regiony ocenili jedynie zatrudnienie. Indeks długości oczekiwania na zapłatę w województwie lubuskim jest za to najwyższy w kraju.

Co drugi mikro i mały przedsiębiorca w Lubuskiem inwestuje – to najlepszy wynik w kraju, wyższy od ubiegłorocznego o 7 p.p. Tak jak w ubiegłym roku, inwestycyjnym liderem jest podregion zielonogórski (52% mikro i małych firm zainwestowało tam w 2015 r., co stanowi wzrost o 3 p.p.). W podregionie gorzowskim inwestycje wzrosły w ujęciu rocznym aż o 15 p.p. (34% w 2014 r. i 49% w 2015 r.). Ankietowani przedsiębiorcy zapowiadają spadek inwestycji w kolejnych 12 miesiącach o 4 p.p. To niewiele w porównaniu ze średnią krajową, która wynosi 39%. Nakłady inwestycyjne w Lubuskiem są niewielkie, jedynie jedna na pięć inwestycji przekracza kwotę 100 tys. złotych.

– Mikro i małe firmy w Lubuskiem inwestują najchętniej w kraju. Nadal liderem jest podregion zielonogórski, ale szybko dogania go podregion gorzowski, gdzie odnotowaliśmy dwucyfrowy wzrost inwestujących firm. Tak wysoki odsetek inwestycji przekłada się na rosnący z roku na rok optymizm lubuskich właścicieli mikro i małych firm. Są one w krajowej czołówce nastrojów – komentuje Tomasz Kierzkowski, Dyrektor w Departamencie Klienta Biznesowego w Banku Pekao S.A.

Według danych Banku Pekao odsetek mikro i małych firm eksortujących w województwie lubuskim jest niższy w porównaniu z 2014 r. o 6 p.p. i wynosi 17%. Wynik na tle kraju jest dobry – więcej eksportują jedynie przedsiębiorcy w mazowieckim (20%) i zachodniopomorskim (19%). Średnio w kraju produkty i usługi sprzedaje za granicę 16% firm. W 2015 r. w Lubuskiem w podregionie gorzowskim eksportowało 19%, a w zielonogórskim – 16%. W 2014 r. odsetek eksporterów był wyższy w zielonogórskim – 24%, natomiast w gorzowskim wynosił 21%. Ankietowani w Lubuskiem zapowiadają wzrost eksportu w 2016 r. do 22% – to najbardziej optymistyczna prognoza w kraju.

Spadło zaangażowanie lubuskich mikro i małych przedsiębiorców w zakresie innowacyjności. Lubuski właściciel mikro i małej firmy jest mniej innowacyjny niż przeciętny przedsiębiorca w kraju. Innowacje produktowe wprowadziło w Lubuskiem w 2015 r. 20% firm – w 2014 r. było ich o 6 p.p. więcej. Krajowy lider, województwo mazowieckie, ma wynik lepszy o prawie 10 p.p. Spadek dotyczy również obszaru innowacji procesowych – w 2015 r. wprowadziło je 16% lubuskich firm, w 2014 r. – było ich o 5 p.p. więcej.

W województwie lubuskim główne bariery w rozwoju sektora mikro i małych przedsiębiorstw stanowią wysokość podatków, obciążenia biurokratyczne oraz koszty pracy. Średnia tych barier jest mimo wszystko nieco niższa niż średnia krajowa. W porównaniu z ostatnią edycją badania wzrosło znaczenie m.in. obciążeń biurokratycznych oraz przepisów prawnych.

Tematem specjalnym tegorocznej edycji Raportu są startupy czyli firmy, które działają na rynku krócej niż 3 lata. Startupy z dużo większym optymizmem oceniają otaczającą rzeczywistość. Ogólny Wskaźnik Koniunktury dla tej grupy firm wyniósł 104 punkty. Zmiany, które ułatwiłyby rozpoczynanie i prowadzenie działalności gospodarczej startupom to mniejsze koszty pracy (ZUS, podatki; 50% wskazań), lepszy dostęp do finansowania (27%) oraz uproszczenie przepisów (11%).

Raport Banku Pekao powstał w oparciu o wywiady telefoniczne z właścicielami ponad 6,9 tys. mikro i małych firm, prowadzone we wrześniu 2015 r. Wyniki badania przedstawione są na poziomie kraju, 16 województw oraz 66 grup subregionalnych, jak również według branż, wielkości firmy i okresu funkcjonowania na rynku. Respondenci odpowiedzieli na 70 pytań.

[1] Wskaźniki w ramach badania mogą przyjmować wartości od 50 do 150, przy czym 50 oznacza „dużo gorzej”, 75 – „gorzej”, 100 – „ani lepiej, ani gorzej”, 125 – „lepiej”, 150 – „dużo lepiej”.

Praktyki i staże w I kw. 2016

Stażyści i praktykanci są coraz chętniej poszukiwani przez pracodawców – w I kwartale 2016 r. na portalu Pracuj.pl opublikowano o 23% więcej ofert dla nich niż w tym samym okresie rok wcześniej. Jakie specjalizacje najszybciej się rozwijają i gdzie najłatwiej znaleźć ofertę praktyk bądź stażu?

W pierwszych trzech miesiącach 2016 r. pracodawcy na Pracuj.pl opublikowali 2709 ofert praktyk i staży – to wzrost aż o 23% w stosunku do analogicznego okresu w roku ubiegłym. Pracodawcy wykazują wyraźne zainteresowanie młodymi pracownikami, w których widzą coraz większy potencjał i chętnie zatrudniają w swoich firmach. To doskonała okazja nie tylko do poznania organizacji i sprawdzenia jej „od wewnątrz” przez studentów, ale także dla pracodawców, aby dać się poznać z jak najlepszej strony i zatrzymać przy sobie najzdolniejszych ludzi. A o takich będzie coraz trudniej – na rynek pracy wchodzi bowiem pokolenie niżu demograficznego.

W jakich specjalizacjach najłatwiej o pracę?

Studenci kierunków związanych z finansami nie powinni mieć problemu ze znalezieniem ofert praktyk i staży; przyszłych finansistów pracodawcy w I kwartale poszukiwali najczęściej i opublikowali aż 675 ogłoszeń skierowanych do nich, co stanowiło wzrost o 15% w stosunku do I kw. 2015 r.  Ogłoszenia skierowane były do osób chcących zajmować się w przyszłości audytami/podatkami, doradztwem/konsultingiem, kontrolingiem, księgowością, rynkami kapitałowymi czy analizami.

Dużą popularnością ciszą się także przyszli specjaliści z zakresu handlu i sprzedaży, do których skierowano 523 oferty praktyk i staży. To duży wzrost w tej kategorii – aż o 46%. To specjalizacja, w której bez trudu znajdą pracę osoby sumienne, ze zdolnościami analitycznego myślenia, komunikatywne – pracodawcy dużą wagę przywiązują w ogłoszeniach do kompetencji miękkich.

W czołówce od wielu lat jest również specjalizacja IT – pracodawcy opublikowali dla osób nią zainteresowanych 435 ogłoszenia praktyk i staży, co stanowi wzrost aż o 33% w stosunku do analogicznego kwartału 2015 r. Pracodawcy poszukują pracowników zarówno do pracy w administracji IT, którzy zajmować się będą administrowaniem baz danych, sieci bądź systemów oraz rozwoju oprogramowania, co obejmuje pracę w działach analiz biznesowych, architektury, programowania, testowania czy zarządzania projektami.

Również studenci planujący karierę w human resources i marketingu mają powody do zadowolenia – ich pracodawcy także chętnie poszukują. W ostatnim kwartale skierowano do nich w przypadku specjalizacji HR 362 ogłoszenia, a w przypadku marketingu 341 (wzrost liczby ofert o 28%).

Jak szukać, aby znaleźć?

Mimo sprzyjających informacji płynących z rynku pracy studenci często mają problem ze znalezieniem odpowiednich ofert pracy. Aby nie tracić czasu i nie przegapić żadnej wartościowej oferty, warto korzystać z narzędzi, które ułatwiają poszukiwania. W zakładce student.pracuj.pl znaleźć można oferty praktyk i staży, pogrupowane zgodnie z podstawowymi kierunkami studiów. Pozwala to studentom w prosty i intuicyjny sposób wyszukiwać najlepiej dopasowane do ich oczekiwań oferty. Jest to rozwiązanie istotne także dla osób, którzy nie wiedzą jeszcze, w jakim kierunku chciałyby się rozwijać podczas studiów i poszukują inspiracji. Dodatkowo  w zakładce znajdują się przydatne narzędzia umożliwiające stworzenie profesjonalnych dokumentów aplikacyjnych, porównywarka zarobków oraz wiele porad dotyczących procesu rekrutacyjnego.

 

Nastroje mikro i małych firm w województwie świętokrzyskim

Szósty już „Raport o sytuacji mikro i małych firm” Banku Pekao pokazał, że zadowolenie wśród świętokrzyskich przedsiębiorców rośnie. Pogłębia się natomiast różnica pomiędzy przedsiębiorcami z podregionu kieleckiego oraz sandomiersko-jędrzejowskiego. Właściciele firm z kieleckiego są bardziej zadowoleni, chętniej inwestują, eksportują i wprowadzają więcej innowacji produktowych oraz procesowych.

Świętokrzyscy mikro i mali przedsiębiorcy są w najlepszych nastrojach od 6 lat. Ogólny Wskaźnik Koniunktury[1] w województwie świętokrzyskim wzrósł aż o 4 p.p. osiągając wartość 97 p. Dla porównania średnio w kraju wskaźnik ten osiągnął wartość 98 p. (wzrost w ujęciu rocznym o 2 p.). Podobnie jak w ubiegłym roku, największymi optymistami okazali się właściciele firm z podregionu kieleckiego, którzy ubiegły rok ocenili na 95,4 p. (średnia dla kraju to 96,4 p.), a perspektywy 2016 roku na 101,7 p. (średnia dla kraju to 100,2). Najmniej zadowoleni w regionie są przedsiębiorcy z podregionu sandomiersko-jędrzejowskiego, którzy miniony rok ocenili na 90,4 p., a perspektywy kolejnego na 94,8 p.

W porównaniu ze średnią krajową świętokrzyscy mikro i mali przedsiębiorcy nieco lepiej oceniają oczekiwanie na zapłatę. Pozostałe siedem obszarów: ogólną sytuację gospodarczą, sytuację branży, firmy, jej przychody oraz wynik finansowy, zatrudnienie i dostępność do finansowania zewnętrznego ocenili gorzej niż ich koledzy w kraju.

– Przedsiębiorcy z województwa świętokrzyskiego są w zdecydowanie lepszych nastrojach niż w latach ubiegłych. Ogólny Wskaźnik Koniunktury, czyli miernik nastrojów ,skoczył o 4 p.p. To najwyższy wzrost tego wskaźnika w kraju. Najwięksi optymiści w regionie, właściciele firm z podregionu kieleckiego, w odróżnieniu od ubiegłorocznego badaniam, lepiej niż średnio w kraju ocenili perspektywy najbliższych 12 miesięcy –mówi Jakub Fulara z Departamentu Klienta Biznesowego Banku Pekao S.A.

W świętokrzyskim inwestuje mniejszy odsetek firm niż średnio w kraju. W ubiegłym roku w podregionie kieleckim inwestowało 43% firm, a w podregionie sandomiersko-jędrzejowskim 36% (dla porównania średnio w kraju inwestowało 46% firm). W najbliższych miesiącach zamierza inwestować 44% firm z kieleckiego, czyli o 5 p.p. więcej niż średnio w kraju, gdzie inwestować będzie 39% firm.

W świętokrzyskim w porównaniu z resztą kraju, eksportuje mniej mikro i małych firm. W 2015 r. działalność eksportową prowadziło 9% firm, to więcej niż rok wcześniej, kiedy to eksportowało 6,8% firm, ale zdecydowanie mniej niż średnio w kraju, gdzie odsetek ten wynosi 16%. W najbliższych 12 miesiącach eksportować będzie zaledwie 7% firm. Pogłębia się różnica pomiędzy podregionami. W 2015 r. w podregionie kieleckim eksportowało 10% firm (co stanowi wzrost o 3 p.p. w ujęciu rocznym), a w podregionie sandomiersko-jędrzejowskim 6% firm (tyle samo co w 2014 r.). W kolejnych 12 miesiącach różnica pomiędzy dwoma podregionami będzie jeszcze większa: w kieleckim 9% firm zamierza eksportować, a w sandomiersko-jędrzejowskim tylko 3% firm.

– Pogłębia się różnica pomiędzy dwoma podregionami województwa. Właściciele firm z podregionu kieleckiego więcej inwestują, eksportują a także wprowadzają więcej innowacji niż ich koledzy z podregionu sandomiersko-jędrzejowskiego. Przede wszystkim są jednak bardziej zadowoleni i z większym optymizmem spoglądają w przyszłość, co nie pozostaje bez wpływu na sposób, w jaki prowadzą działalność biznesową – mówi Jakub Fulara z Departamentu Klienta Biznesowego Banku Pekao S.A.

27% przedsiębiorców ze świętokrzyskiego wprowadziło innowacje produktowe w firmach. To nieco więcej niż średnio w kraju, gdzie innowacje produktowe wdrożyło 26% przedsiębiorstw. W świętokrzyskim innowacje procesowe wdrożyło 11% firm (średnia dla kraju to 17%). Przedsiębiorcy z podregionu kieleckiego przodują zarówno w innowacjach produktowych, jak i procesowych. W podregionie kieleckim innowacje produktowe wdrożyło 31% firm, a innowacje procesowe 15%. W podregionie sandomiersko-jędrzejowskim odsetek ten wynosi odpowiednio 19% i 3%. Przedsiębiorcy z kieleckiego, finansując inwestycje, częściej niż ich koledzy z sąsiedniego podregionu korzystają z kredytów bankowych czy dotacji unijnych i krajowych.

Tematem specjalnym tegorocznej edycji Raportu są startupy czyli firmy, które działają na rynku krócej niż 3 lata. Startupy z dużo większym optymizmem oceniają otaczającą rzeczywistość. Ogólny Wskaźnik Koniunktury dla tej grupy firm wyniósł 104 punkty. Zmiany, które ułatwiłyby rozpoczynanie i prowadzenie działalności gospodarczej startupom to mniejsze koszty pracy (ZUS, podatki; 50% wskazań), lepszy dostęp do finansowania (27%) oraz uproszczenie przepisów (11%).

Raport Banku Pekao powstał w oparciu o wywiady telefoniczne z właścicielami ponad 6,9 tys. mikro i małych firm, prowadzone we wrześniu 2015 r. Wyniki badania przedstawione są na poziomie kraju, 16 województw oraz 66 grup subregionalnych, jak również według branż, wielkości firmy i okresu funkcjonowania na rynku. Respondenci odpowiedzieli na 70 pytań.

[1] Wskaźniki w ramach badania mogą przyjmować wartości od 50 do 150, przy czym 50 oznacza „dużo gorzej”, 75 – „gorzej”, 100 – „ani lepiej, ani gorzej”, 125 – „lepiej”, 150 – „dużo lepiej”.